2018-06-22

„Berlińska depresja. Dziennik” Anda Rottenberg


Wydawca: Wydawnictwo "Krytyki Politycznej"

Data wydania: 27 kwietnia 2018

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Sztuka i życie

Ta książka jest swoistym bilansem własnych kroków, decyzji i działań Andy Rottenberg. Zestawione są one jednocześnie z tymi wszystkimi przejawami życia, które wciąż stanowią dla niej wyzwanie. Dlatego to dziennik intensywności w kilku znaczeniach. Nie chodzi tylko o to, że zapiski są gęste, a ich struktura zdaje się znosić wszelkie uporządkowania. Nie chodzi o to, jak nowe życiowe doświadczenia Rottenberg odbiera przez pryzmat tego, co już przeżyła. To też nie jest dziennik z Berlina – powstał w ramach pobytu stypendialnego, ale w przeciwieństwie do tego typu publikacji dynamicznie obrazuje ruch autorki. Ustawiczne przemieszczanie się, najczęściej między Berlinem a Warszawą. Ale otrzymujemy także refleksje z zagranicznych podróży. Między innymi z Izraela, który tak bardzo szanuje sztukę i oddaje jej należne znaczenie. Berlińska depresja” to przecież opowieść kogoś, kto ze sztuką związał całe swoje życie. Rottenberg będzie zatem poruszać kwestie estetyki czy etyki w stałym powiązaniu ze swoimi zainteresowaniami twórczymi. Da nam jednak obraz różnorodności, która składa się na specyficzny rytm jej funkcjonowania. Stale aktywnego, choć przecież sama pisze, że jej życie toczy się już „po łuku w dół”, że to powinien być czas raczej podsumowań niż nowych odkryć. Okazuje się jednak, że autorka dynamizuje nie tylko swoje zapiski. Jest w wiecznym ruchu, towarzyszy jej swoista niespokojność także w obserwacji otaczającej przyrody. Jest wyrazicielką siebie w wielu znaczeniach. W tej narracji znajdziemy otwartość, dociekliwość, wieczną ciekawość świata, ale przede wszystkim coś, co ma służyć samej Rottenberg. „Berlińska depresja” to bowiem książka o tym, jak udaje się znaleźć potrzebny dystans, by nie być cynicznym. Także o patrzeniu na funkcjonowanie Polski, Europy i świata w historycznych kontekstach, w przypominaniu sobie o Historii wielu nieznanej albo przez nich wypartej.

To książka o tożsamości kobiety, artystki, historyczki sztuki, uważnej krytyczki, oddanej przyjaciółki i osoby wciąż na nowo przyglądającej się sobie z różnych perspektyw. Sporo tutaj autotematycznych rozważań o języku. Także języku artysty, muszącym mieć przecież określony kształt i służyć konkretnym funkcjom. Rottenberg proponuje nam tutaj coś, co Mircea Cărtărescu nazwał „notacją wolnej myśli”. Bo będzie to przecież książka o wewnętrznej wolności, o umiejętności zatrzymania jej w sobie, o silnym kręgosłupie moralnym i zachłanności wolnego życia w każdym jego przejawie. Rozważania poważniejsze, bardziej przygnębiające czy wręcz rzeczywiście depresyjne idą tutaj w parze z czułością i empatią w portretowaniu ludzi bliskich Andzie Rottenberg. Tych, na których może liczyć, odwiedzać ich i spędzać z nimi czas, ale także tych, którzy odeszli. Ten dziennik nie będzie sumą utrat, lecz bilansem zysków – w każdej relacji, każdej podróży, ale także w momentach, w których należało wypowiadać się o istocie sztuki w niewygodnych kontekstach czy sytuacjach.

Mam wrażenie, że zasygnalizowana w tytule depresyjność jest pewną zwodniczą grą z czytelnikiem, albowiem mnogość działań i przemyśleń wyraźnie podkreśla, że autorka jest wciąż w głównym nurcie, wciąż zadziwiana i zaskakiwana, modyfikująca poglądy oraz przemyślenia. To żywa tkanka wchłaniająca w siebie coraz więcej, a może wyjątkowo kompulsywnie dużo ze świadomością jesieni życia. Rottenberg jest więc pozornie pełna witalizmu. Depresyjność ujawnia się wówczas, gdy pisze o aktualnej sytuacji Polski oraz o tym, co zmieniło się w świecie sztuki, co zahamowało jego rozwój i co wyznaczyło jakieś nowe, niezrozumiałe dla autorki tendencje. W tym znaczeniu moc przygnębienia rzeczywiście może stopować swoiste życiowe ADHD Rottenberg.

Dowiemy się, dlaczego woli być anonimowa w Berlinie niż rozpoznawalna w Warszawie, a także poznamy specyfikę w odbiorze obu miast. Inne przestrzenie i inne refleksje – tak można strywializować to, co odczytamy w tych zapiskach pełnych zdumienia, zaskoczenia, wątpliwości i oczywistych pytań o kształt naszej przyszłości. Polskiej, europejskiej, ale nie tylko. Anda Rottenberg daje się zaskoczyć stereotypom, gdy diagnozuje na przykład elektorat rządzącej partii. Jest jednak dużo bardziej twórcza i tym samym groźna, kiedy obsesyjnie wręcz wraca do historycznych uwarunkowań relacji władzy i społeczeństwa, pokazując zagrożenia, jakie czyhają na nas w kraju, w którym ponoć jako jedynym kelnerzy potrafią publicznie wyrazić swoje uprzedzenie do klienta. Jednak nie tylko o uprzedzenia chodzi. Autorka portretuje coraz bardziej widoczną polaryzację społeczeństwa, ale dostrzega także zagrożenia atomizacji. Jest mroczna w swoich przewidywaniach tego, co nas czeka. A jednocześnie świadoma wszelkich mechanizmów, dlatego europejska i polska rewolucja jawią się nadzwyczaj groźnie. Rottenberg przestrzega i punktuje. Jednak unika dydaktycznego tonu, kiedy portretuje, co niosą w sobie nowe demokracje i co może stać za podziałami wyzwalającymi ksenofobię i agresję.

Póki może, jeździ po Europie bez granic. Węgry, Francja, Szwajcaria. Punkty podróży i zapiski dotyczące sposobów odbierania rzeczywistości przez pryzmat tego, co dla danych krajów tak charakterystyczne. W umyśle Rottenberg, który jest wyjątkowo otwarty nie dlatego, że widzi tak wiele różnorodności, ale przede wszystkim z racji doświadczeń. Autorka nie dowierza, że może być świadkiem tego, co już miało miejsce, już zostało zdefiniowane, oznaczone jako minione i gotowe do uznania za niepowtarzalne. Jesteśmy powtarzalni w swej bezradności i głupocie zupełnie tak samo jak przyroda, której rozkwitom i snom Rottenberg przygląda się w zapiskach z lat 2015-2016. Radykalizacja ludzkiego świata powoduje, że przez chwilę można pomyśleć, iż żywot słyszanego o poranku słowika jest bardziej sensowny niż życie ludzkie.

To też książka, w której autorka wraca do Holokaustu, duma nad znaczeniem religii, wspomina o aktualności Brechta i utyskuje na trudność nauki języka niemieckiego. Nie ma tu głębszych diagnoz, ale są bardzo intensywne przeżycia. Także przemyślenia – wciąż z perspektywy człowieka w służbie sztuki. Ale Rottenberg daje się poznać także jako kobieta z dużym poczuciem humoru oraz dystansem do najmroczniejszej nawet rzeczy, która potrafi spędzić jej sen z powiek. „Berlińska depresja” to kalejdoskop zdarzeń, lecz tylko pozornie książka wielości tematów oraz przemyśleń. Pojawiają się w niej troska oraz lęk. Poczucie pewnej przegranej i chęć uczenia się wciąż na nowo. Zrozumienie dla błędów świata i człowieka, ale też uważność w ich punktowaniu. Miejsca i ciekawe asocjacje. Czyta się z wytężoną uwagą i daje to poczucie bycia gdzieś blisko. Jest intymnie, kameralnie, także z wyraźnie zaznaczonym dystansem. Wartościowa rzecz. Ważna w dzisiejszych czasach, które inteligentnie komentuje.

2018-06-20

„Góra miłości” Jarosław Maślanek


Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 28 lutego 2018

Liczba stron: 234

Oprawa: twarda

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Odyseja tajemnic

Jarosław Maślanek to pisarz niemedialny. Konsekwentny w swych tonacjach noir bardzo dobrze radzi sobie z opowieściami miejskimi – pod jego piórem „urban fiction” nabiera wyjątkowego charakteru. Bardzo lubię czytać Maślanka, bo zawsze mam pewność, że mogę po niego sięgnąć, gdy potrzeba mi literackich smutku i melancholii. Pochylenia nad życiem jako ciągiem krzywd i rozczarowań, ale bez opowiadania o tym w rejestrze patosu albo niepotrzebnej czułostkowości. „Góra miłości” przynosi mi ten rodzaj czytelniczej satysfakcji, jaką dawały wcześniejsze książki autora. Nie tylko dlatego, że tak jak w „Fermie ciał” czy „Haszyszopenkach” Maślanek ponownie portretuje miejską przestrzeń jako dość enigmatyczny labirynt. Cenię sobie powroty do znajomej frazy, specyficznej wrażliwości, do pokładów egzystencjalnego przygnębienia i poczucia, że to właśnie taka literatura jak tworzona przez tego autora dosadnie i taktownie pokazuje nasze bliskie związki z… niebyciem, odchodzeniem, pożegnaniem i pustką.

Nowa powieść – z kilku powodów niewygodna, stąd może pozbawiona szerszego oddźwięku interpretacyjnego – staje się wyjątkowo niepokojącą historią pewnego związku, ale także obrazem miejskich dramatów skrywanych w punktowanych ledwie, subtelnie zarysowanych biografiach bohaterów drugiego planu. Ktoś w „Górze miłości” ginie, ktoś się wścieka, ktoś tęskni i ktoś pożąda. Wszyscy osaczeni i przytłoczeni jednym dniem opowieści, pierwszym dniem listopada, szczególną datą tworzącą pomost między życiem a śmiercią. Ten dzień rozpoczynamy z mężczyzną, który odnajduje fotografię zaginionej żony i postanawia skończyć z tygodniowym bezruchem – rusza w miasto, by znaleźć jakieś jej ślady, zrozumieć motywy odejścia, odpowiedzieć sobie na pytanie o charakter łączących ich relacji.

Wszystko zaczyna się komplikować w momencie, w którym zdajemy sobie sprawę, że nie jesteśmy pewni, kto nas prowadzi po wyludnionej Warszawie. Kto rozpoczyna tę opowieść i czy domaga się ona właśnie takiego rozpoczęcia. Nieszczęśliwy mężczyzna trafia pod centrum handlowe. Tam pracowała jego żona. Tam wiodła życie być może inne od tego, które stworzyli wspólnie w domu na przedmieściu. Symbolika miejsca jest bardzo czytelna. Moloch pochłaniający wszelkie formy anonimowego istnienia straszy pustką, jest niedostępny, nie ma ani funkcji, ani roli do odegrania – jest jakby cmentarzyskiem oddanych tam ostatnio oddechów, wypowiedzianych słów, wykonanych gestów, nawiązanych relacji. Kiedy straumatyzowany mąż dociera do tego miejsca, może poczuć jedynie pustkę i obcość. Ale pojawia się coraz więcej groźnych elementów. Wchodzimy w sieć zaskakujących zależności – to, co usłyszy mężczyzna od ludzi znających jego żonę, będzie nie tyle zagadkowe, ile przede wszystkim coraz bardziej mroczne.

I tu zaczyna się prawdziwa historia – tonie w niedomówieniach i mglistych sygnałach, że w przeszłości związku dwojga ludzi pojawiały się coraz liczniejsze wyrwy, coraz więcej było niepokoju i osamotnienia, coraz mocniej dryfowali gdzieś obok siebie i teraz są już osobno. Ona odeszła. Czy na pewno? On jej poszukuje? Jej czy czegoś, co jest z nią związane? Jarosław Maślanek znakomicie buduje atmosferę wewnętrznego niepokoju i dość dobrze rozgrywa tę literacką grę z czytelnikiem. Rozczarowało mnie kilka fragmentów, w które wkradają się elementy wykładu i dość upraszczające interpretowanie tego, czego jesteśmy świadkami, niemniej całość jest naprawdę spójna i domaga się wytężonej uwagi. Także czujności w przyglądaniu się wszystkim nieszczęśliwym ludziom, do których opisywania autor ma spory talent i ujawnił to już dużo wcześniej.

„Góra miłości” absorbuje nie tylko tym, co zagadkowe. Zmusza do niekomfortowej konfrontacji z tematami, od których na co dzień trzymamy się z daleka. Bezpieczny dystans wobec takich zjawisk jak zniknięcie czy śmierć to pewien mechanizm obronny – w tej powieści musimy bronić się przed zainfekowaniem wyjątkową formą przygnębienia, jaką niosą w sobie bohaterowie. Mąż szukający żony to mroczny wędrowiec, na którego drodze stają kolejne pokrzywdzone przez los postacie. Ta odyseja przez wymarłe miasto potęguje pustkę, ale tkwi w tym wszystkim bardzo silny ładunek emocjonalny. Śledzimy poczynania ojca, któremu ktoś skrzywdził dziecko. Kobiety zmuszonej do tego, by wydobywać żywność z odpadów centrum handlowego. Mężczyzny, który od lat przestawia wózki z miejsca na miejsce i utknął na życiowej mieliźnie ze swą powtarzalnością działań i myśli. Wszystko sportretowane w taki sposób, że nie mamy bliższego kontaktu z czyimkolwiek wnętrzem. Możemy jednak obserwować, w jak zaskakujący sposób łączą się losy tych, którzy w Święto Zmarłych zmuszeni zostali do tego, by wykazać jakąś życiową aktywność.

To jednak nie jest książka o życiu, lecz o śmierci, a raczej o jej specyficznej filozofii. Jej jednoczesnym kwestionowaniu i odpieraniu lęku przed jej bezwzględnością. Odejście otwiera tę powieść w znaczeniu, które potem się zmieni. Jesteśmy wewnątrz świata, który zatrzymał się i zastygł. Jednocześnie blisko ludzi z ich silnymi emocjami, żywymi potrzebami, nieukojonym żalem i pokładami bolesnych frustracji. Maślanek nikogo nie oszczędza, ale w żadnej swojej książce tego nie robił, w związku z tym „Góra miłości” nie zaskakuje. Do pewnego momentu. Ważne jest nie tyle to, jaką historię mamy poznać, ile przede wszystkim mnogość perspektyw, z których możemy ją ujrzeć. W tej narracji pojawia się wiele mocnych, trudnych do zniesienia i przejmujących słów. Właściwie wszystkie pod adresem męża rozpaczliwie poszukującego żony. Ale chyba te padające tuż przed zakończeniem są właściwym mottem tej powieści. „Każdy żyje we własnym piekle” – Jarosław Maślanek nie chce tej tezy udowadniać, chce jedynie nakreślić, jak ogromny ładunek cierpienia i smutku niesie ze sobą każdy mieszkaniec anonimowego miasta. Miasta, które skryło się na jeden dzień ze swą wielką siłą i codziennym pulsem różnorodności życia. W „Górze miłości” chodzi przede wszystkim o tym, co w życiu jest wstydliwe, ukrywane, trudne do zniesienia i uniesienia. Dlatego ta ponura powieść nie jest łatwa do udźwignięcia. Jednocześnie fascynuje i wyjątkowo skutecznie zajmuje uwagę. Jarosław Maślanek pokazuje, jak sam rozumie zagadkę i co zagadkowego mogą przynieść kompulsywne próby odnalezienia kogoś, kto z różnych powodów nie może być odnaleziony. Cieszę się, że autor wciąż na nowo podkreśla mgliste fundamenty konstrukcji człowieka. To, jak potrafimy być słabi i bezbronni i jak za wszelką cenę staramy się to ukryć. Przed innymi i przed sobą.

2018-06-18

„Ulga” Natalia Fiedorczuk


Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 23 maja 2018

Liczba stron: 272

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Upokorzenia

Niesamowicie pozytywne zaskoczenie! Po debiucie Natalii Fiedorczuk, który doczekał się wielu wyróżnień, a w którym nie odnalazłem ani niczego odkrywczego, ani też nowego, otrzymałem coś zupełnie innego. Książkę, po której lekturze trudno dojść do siebie. To jedna z tych pozycji, o jakich mogę nieelegancko powiedzieć, że mnie sponiewierały. I wcale nie chodzi o to, że Fiedorczuk buduje tym razem bardzo spójną i zamkniętą całość. Nie chodzi też o to, że ukazuje problemy zamężnych kobiet i matek w jakimś zaskakująco nowym świetle. Nie, chodzi o konstrukcję tej książki, jej sugestywny ładunek emocjonalny i może także o to, że autorka nie popełnia już błędu z „Jak pokochać centra handlowe”, czyli nie tłumaczy, co napisała i jak należy to rozumieć.

„Ulga” jest wyjątkowo gęstą, przejmującą i niebywale smutną narracją. Depresyjną nawet, bez możliwości znalezienia wyjścia z emocjonalnych impasów bohaterek. Natalia Fiedorczuk opowie o kobiecych rozczarowaniach, deficytach pragnień i oczekiwań, ale przede wszystkim o tym, czego unieść nie sposób, a kobiety jednak muszą to znieść, muszą zmierzyć się z tym intymnie, w samotności. Fronty walki o godność, poczucie zauważenia i docenienia to jedno. One tworzą czytelną i oczywistą strukturę fabularną tej powieści. Mnie natomiast zainteresowało wszystko to, co nie jest opowiedziane. Ta sfera emocji, której nie udaje się zwerbalizować. I – jak zawsze przy tak skonstruowanych narracjach – losy tych, których już nie ma, odeszły z żalem i frustracjami. To babka i matka głównej bohaterki. Pierwsza zniosła życie u boku opresyjnego mężczyzny, druga się od niego uwolniła. Pierwsza wiodła długą egzystencję naznaczoną wiecznie niespełnionymi pragnieniami i lękiem, druga podjęła ryzyko, a potem postanowiła poszukiwać tytułowej ulgi w środkach chemicznych, które zawsze przecież są równią pochyłą.

Karolina musi zmierzyć się z tymi dwoma odejściami. Pierwsze zaskakuje ją wówczas, gdy przebywa w Niemczech na stypendium i aktualnie mierzy się z pierwszą emocjonalną zawiłością w swoim życiu. Fascynujący ją Johan nie unosi ciężaru odpowiedzialności za bliskość. Jego deklaratywne „chciałbym cię znać” roztrzaskuje się na bruku emocjonalnej codzienności. Karolina nie jest zżyta emocjonalnie z babką, ale łączą ją silne więzy z matką. Także z jej wieczną biedą, rozgoryczeniem, ze złością i chęcią kontrolowania życia córki. Kiedy Weronika odchodzi, Karolina przejmuje część jej złości. Matka jak zawsze zrobiła coś, co spowodowało niepotrzebne zawirowanie w jej życiu. Córka jest zła z powodu kolejnej wyrwy emocjonalnej. Odejście jest trudne do przeżycia. Samodzielne trwanie w tyglu obowiązków żony i matki okazuje się jeszcze trudniejsze.

Natalia Fiedorczuk obrazuje dwie bohaterki, dla których małżeństwo staje się układem zależności i sferą pewnego rodzaju zadaniowości – ma być wykonane to, co konieczne. Obok tego – kilka warunków podległości, bo życie rodzinne ma się toczyć wyznaczonym rytmem. Wszystko, co robi lub czego podejmuje się mąż, musi być skonfrontowane z planowanym stylem życia żony. Dwie sąsiadki zagubione w sferze własnych emocji przeżywają wyjątkowe formy odrzucenia i wyobcowania. A może jednak Fiedorczuk opowiada o czymś zdarzającym się bardzo często, jednak słowami wyjątkowo zapadającymi w pamięć i obrazującymi dramaty kobiet z kilku perspektyw. Dlatego „Ulga” jest tak przejmująca. Nie chodzi przecież o to, że kobietom jest źle, ale głównie o to, dlaczego jest źle i co warunkuje to pełne poświęcenia i goryczy trwanie na stanowisku, które przecież wcześniej było określonym i wymarzonym celem.

Macierzyństwo jest tu równie trudne jak to opisane w debiucie autorki. Tym razem jednak kwestie związane z nim schodzą na drugi plan, choć nie sposób nie zauważyć kumulacji dramatyzmu, gdy Fiedorczuk opisuje kolejne utracone przez Karolinę ciąże. Dziecko pozostawia za sobą skansen przedmiotów, na których obraz zwróciła uwagę Justyna Sobolewska, udowadniając, że „Ulga” atakuje nas sugestywnymi scenami. Dla mnie najbardziej przejmująca była ta w szpitalu po poronieniu. Niebywale szokujący, a jednocześnie obraz upokorzenia zaprezentowany w bardzo prosty, nonszalancki wręcz sposób. Tak, kobiety w „Uldze” są upokarzane i nikt nie potrafi pokazać im drogi wydobycia się z kumulowanego wstydu, bezradności osoby skazanej na bycie kimś określonym, nadpisanym, społecznie ukształtowanym w normach, nakazach i zakazach. Same muszą szukać tytułowej ulgi i Fiedorczuk ukazuje bezradność, jaka im wtedy towarzyszy. Karolina czy Alicja to nie są klasyczne ofiary, którym należy współczuć. To jednostki wyjątkowo zagubione w sobie, skonfrontowane z opresyjnym otoczeniem, z nieodpowiednimi mężczyznami, z zależnościami mającymi charakter konfrontacji. „Ulga” opowiada o tym, jak wielka osobność i samotność mogą czekać każdą kobietę, której życiowe priorytety zamienią się w koszmar niespełnionych pragnień. Fiedorczuk doskonale niuansuje, jak postępuje wyobcowanie, co stoi za jego siłą, jak kompulsywnie kobiety rzucają się do ucieczki przed bezradnością i jak bardzo w niej toną pozbawione wsparcia nawet siebie nawzajem.

Niezrealizowane, osaczone, minimalizujące emocjonalne ryzyko podjęcia jakiejkolwiek ważnej decyzji – bohaterki książki nie są w stanie uporać się z narastającymi problemami, których nie będą w stanie zwerbalizować. Nałogi czy wiara okazują się iluzjami, nieporadnie używanymi narzędziami zastępowania bezradności. Ulga” jest także powieścią o goryczy poświęcenia, którego nikt nie jest w stanie docenić. O tym, że kobiety swoje neurozy i bolesne doświadczenia muszą skrywać gdzieś głęboko w sobie, bo nie ma warunków, okoliczności i możliwości, by opowiedziały swój ból, nakreśliły granice prywatnych dramatów. Dlatego tym razem narracja Natalii Fiedorczuk bardzo do mnie trafia i mocno przekonuje. Nie jest sztuką zaprezentować bohaterkę bezradną wobec okoliczności życia. Sztuką jest sportretować tę niemoc głęboko, dojrzale, z jednoczesną empatią oraz marginesem błędu, bo przecież cierpiące bohaterki same do końca nie potrafią zdefiniować, co im najbardziej w życiu szkodzi.

Świetna, zapadająca w pamięć książka. Krótkie, mocnej struktury zdania. Pułapki i rozczarowania portretowane jako swego rodzaju wyzwania. I stała potrzeba poszukiwania ulgi. Fiedorczuk pisze doskonale, nie buduje prostej dychotomii katów i ofiar. Sięga głębiej – portretuje pejzaż emocjonalny ofiary. Kto jednak jest odpowiedzialny za poczucie skrzywdzenia? Komu można się z niego zwierzyć, kto cokolwiek z tym zrobi? Czy ulga od niespełnionego życia w ogóle jest możliwa?

2018-06-15

„Maszkaron” Patrycja Pustkowiak


Wydawca: Znak

Data wydania: 23 maja 2018

Liczba stron: 352

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Z nienawiści

Jestem bardzo rozczarowany. Patrycja Pustkowiak popełnia grzech literackiej wtórności i niewiele przekonuje mnie do tego, że ma naprawdę coś nowego do powiedzenia. „Maszkaron” tak jak „Nocne zwierzęta” portretuje kobietę obsesyjnie skupioną na sobie. Sfrustrowaną, wściekłą, krytykującą wszystko wokół, ale przede wszystkim nadającą sobie status kogoś zbędnego. O ile Tamara Mortus z pierwszej książki dochodzi do pewnych wniosków, doświadczając osobiście rozmaitych form świata i relacji międzyludzkich, o tyle Marianna z „Maszkarona” wbrew jakimkolwiek doświadczeniom neguje wszystko – siebie i otoczenie. Wrasta we wściekłość, a potem w nienawiść i jest dużo bardziej antypatyczna niż Tamara. Jeśli „Nocne zwierzęta” zaskakiwały soczystą frazą i w swej bezkompromisowości oraz kontrowersyjności naprawdę przykuwały uwagę, to nowa powieść coraz mocniej ją rozprasza, staje się książką zbyt wielu znaczeń i w gruncie rzeczy jest o wszystkim i o niczym.

Trudno jednoznacznie orzec, ku czemu prowadzą refleksje i obserwacje głównej bohaterki. Mam wrażenie, że Pustkowiak napisała kolejną ponurą książkę o tym, jaka Polska jest brzydka w kilku symbolicznych znaczeniach, a wspomniana wtórność polega głównie na przedmiocie opisu, braku jakichkolwiek diagnoz lub refleksji. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że szpetna bohaterka egzemplifikuje tezę, że kategoria brzydoty w doskonałym kształcie świata złudzeń i iluzji XXI wieku jest pewną formą niepełnosprawności społecznej i z niej wynikają wszystkie możliwe złe emocje, głównie autodestrukcyjne. Problem polega na tym, że autorka proponuje opis polskich przywar i bolączek, który jest bardzo rozmyty, niezwykle sztampowy, mało kreatywny i dotykający tych sfer oraz problemów, które nie tyle są zwyczajnie widoczne dla każdego, ile w „Maszkaronie” tylko punktowane. O co właściwie chodzi Mariannie? Kto i dlaczego jej przeszkadza? Pustkowiak myślami swojej bohaterki przypuści frontalny atak na wszystko, co jest dla niej irytujące w Polsce i Polakach. Pozostaje jednak niedosyt, bo „Maszkaron” niczego nowego ani w zasadzie ważnego nie punktuje. Odnoszę wrażenie, że jest głównie autorską grą z opanowanymi już frazą i stylem. Tym, co zaskakiwało i intrygowało w „Nocnych zwierzętach”, a tutaj zwyczajnie męczy, bo obok soczystych fragmentów pełnych słusznej ironii i doskonałego czarnego humoru Pustkowiak proponuje nam wyolbrzymienia i satyrę, których czasami nie da się znieść – jak w przypadku sceny filozoficznego panelu dyskusyjnego. Poza tym – lawirowanie między kameralnym dramatem egzystencjalnym a odważną powieścią społeczną. Ani jedno, ani drugie nie wychodzi dobrze.

Tkwimy w bezradności i bezwoli, która charakteryzuje Mariannę, wyjątkowo brzydką trzydziestopięciolatkę uważającą, że przegrała swoje życie, niczego w nim nie doświadczyła, nie poczuła się ani kobietą, ani człowiekiem, ani istotnym członkiem jakiejkolwiek społeczności. Zdana na pastwę własnych lęków i neuroz „męczennica wisząca na krzyżu własnego ciała” poszukuje takich form koegzystencji z innymi ludźmi, które choć na chwilę uczyniłyby ją kimś podmiotowym, ważnym członkiem zgromadzenia, częścią jakiejś całości, fragmentem żywej tkanki społecznej. Tymczasem trochę na własne życzenie, ale głównie z powodu odium wobec wszelkich form ludzkiej szpetoty Marianna musi wycofywać się w głąb siebie. Jej życie seksualne nie istnieje. Nikt nigdy jej nie chciał i nigdy nie zechce. Pozostają pornografia i żałosne substytuty doświadczeń erotycznych. Wydobyła się z opresyjnego domu z zachowawczymi rodzicami, wulgarną matką i poczuciem wiecznego stłamszenia. Uciekła z ciasnego mieszkania rodzinnego do zlokalizowanej w innym, bardzo drogim mieście ponurej kawalerki, którą może wynajmować z powodów znanych tylko autorce, albowiem budżet bohaterki prawdopodobnie nie obejmuje komfortu wynajmu mieszkania w żadnej większej polskiej metropolii. Marianna obserwuje, analizuje, przygląda się, podsłuchuje. Między drobnymi zleceniami snuje się po mieście i tworzy jednoosobową lożę szyderców, odsłaniając absurdy codzienności pozornie szczęśliwych ludzi.

Tu przechodzę do szeregu przewidywalnych i tendencyjnych scen. Patrycja Pustkowiak pozwoli swojej bohaterce na niczym nieskrępowany krytycyzm. Dostanie się zatem uporządkowanemu życiu rodzinnemu, dostanie się modnym i wyzwolonym grupom wzajemnego wsparcia kobiet. Ośmieszeniu ulegnie pewna atrakcyjna fizycznie filozofka, a także filozofowanie samo w sobie. Aby było dosadniej, Marianna dołoży w myślach nawet Miłoszowi. Jej niechęć i narastająca nienawiść obejmą wszystkich – od rodziców i szkolnych kolegów będących oprawcami po poetów, filozofów i ludzi proponujących jakiekolwiek sensowne wykładnie świata chaosu. Świetnie, bardzo to żywe, momentami drapieżne i przykuwające uwagę, ale nic z tak prowadzonej w „Maszkaronie” narracji nie wynika. Obserwujemy, w jaki sposób rodzi się frustracja ludzka oraz społeczna. Otrzymujemy przejaskrawiony obraz wszystkich wyautowanych, z daleka od polskich antagonizmów, ale daleko również od jakiejkolwiek stabilnej pozycji w polskim społeczeństwie.

Pustkowiak chce odważnie wyjść poza prywatną sferę upokorzeń, frustracji, lęków i ograniczeń z „Nocnych zwierząt”, by uczynić z nowej bohaterki pewną wędrującą po skompromitowanym mieście abnegatkę, która wydobywa z codziennego życia naznaczonego fałszem i złudnymi ideałami cały brud, ten brud symboliczny, całą brzydotę, która w przeciwieństwie do jej brzydoty fizycznej wciąż formuje się na nowo, nabiera nowych kształtów, pochłania i zawłaszcza. Marianna jest wbrew modom, tendencjom, oczekiwaniom, narzucanym sposobom funkcjonowania na co dzień. Jej pozostaje już tylko nienawiść. Trochę zabawne jest postrzeganie tej książki jako manifestu wściekłości wykluczonych, którzy oferują samymi sobą jedynie głębokie pokłady złych emocji. I teraz nie wiem, czym mam się bardziej przejąć – tragikomiczną sytuacją Marianny, druzgoczącą próbą diagnozy kilku wyeksponowanych środowisk czy może rozpaczliwą niemocą, która nad tym wszystkim wisi i do której bardzo zgrabnie nawiązuje inteligentne zakończenie. Problem polega na tym, że dylematy i sytuacja Marianny jakoś nie wzbudzają współczucia, a być może nawet zainteresowania, diagnoz zaś w tej powieści nie ma żadnych. „Maszkaron” ma być gniewnym odzwierciedleniem tego, jak nonsensowne jest nasze życie, w którym trzeba się za czymś opowiedzieć, wobec czegoś być w kontrze, gubić kontakt z własnym wnętrzem, a jeśli już go mamy – może być tak obsesyjnie irytujący jak ten Marianny rozdzierającej szaty nad własnym tragicznym położeniem.

Myślę, że Patrycja Pustkowiak straciła czujność. Nieźle pisząc, pomknęła w jakiś wyjątkowo dobrze oswojony rejon tematyczny. Nie wydobywa stamtąd niczego interesującego. Maszkaron” to powieść rozmyta, rozdrobniona. Jak wspomniałem na wstępie – o wszystkim, a właściwie o niczym nowym. Kpina i satyra to również narzędzia, którymi autorka posługuje się sprawnie, ale w pewnym momencie nie widać celu ani przesłania w ich stosowaniu. Szkoda, bo miałem nadzieję na coś nowego i świeżego. Feministycznego, dającego kopa i możliwości różnych przemyśleń. Nie mam ich zbyt wielu po lekturze „Maszkarona” i obawiam się, że ta opowieść o aspołeczności i nienawiści może zostać szybko zapomniana – że za miesiąc już nie będę pamiętał, o czym była ta książka.

2018-06-13

„Dom węży” Mateusz Lemberg


Wydawca: Od Deski Do Deski

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 344

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Podwójnie osaczona

Warto było tak długo czekać na taką książkę. Mateusz Lemberg usuwa swoje drugie imię i wyciąga asa z rękawa – zaproponuje zaskakujący thriller z odniesieniami do palących problemów społecznych, ale przede wszystkim zaryzykuje nową, ciekawą konstrukcję tego typu literatury, w której zawsze mamy do czynienia z czytelnym rozróżnieniem oprawcy, ofiary i walecznego stróża prawa, który konsekwentnie zmierza do złapania złoczyńcy. „Dom węży” to na pewno powieść wyrastająca z zawodowych zainteresowań autora, ale przede wszystkim książka, która od początku przykuwa uwagę. Mamy bowiem zastraszoną, uciekającą przed zagrożeniem kobietę i mamy również psychopatę pragnącego zrobić jej krzywdę, jednak nie mamy jasno określonego statusu śledczego, który będzie zaangażowany w sprawę ścigania zła i jego przejawów. Dostrzegamy ofiarę, od początku jesteśmy bliscy zabójcy, ale nie widzimy na horyzoncie przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości i zastanawiamy się nad tym, jak Lemberg uniesie ciężar takiej powieści. To dopiero początek spektakularnych zaskoczeń. Wszystko dodatkowo w znanym już z poprzednich książek autora klimacie mroku i dwuznaczności. Mistrzowsko to wszystko rozegrane przed czytelnikiem. Chapeau bas!

Alicja podejmuje się odważnego kroku. Zamierza uciec od opresyjnego męża. Inicjuje sytuację, nad którą panuje tylko do pewnego momentu. Wszystko zdaje się zaplanowane, ale po rozstaniu z tym, kogo chce się pożegnać na zawsze, wydarzenia nabiorą zupełnie innego wymiaru. Zaczynają mieć bowiem miejsce sploty okoliczności, jakich Alicja nigdy nie mogłaby przewidzieć. Lemberg portretuje bardzo silną, konsekwentną w działaniu i odporną na nieustanny stres kobietę, która nie może znieść domowej opresji. Alicja będzie symbolem wyzwalania się i świadomego decydowania o sobie – nawet wówczas, gdy będzie osaczona i zmuszona do przerażającej konfrontacji z czymś, czego nie uniósłby psychicznie zwykły człowiek. Autor „Zasługi nocy” wytacza potężne działa przeciw patriarchatowi i szowinizmowi. Obrazuje kondycję kobiety przejmującej z domu rodzinnego pewną formę uległości wobec mężczyzny i udowadnia, że jest możliwe zerwanie ze schematami myślowymi i wpajanymi wzorcami zachowań, które powodują, iż życie staje się tylko smutną wegetacją kogoś zdominowanego i niepewnego swojej wartości. Alicja dojrzewa do tego, by stanowić o sobie i rozumieć, jak ważne są jej potrzeby, ale także dojrzeć w sobie wolę przetrwania. Skonfrontowana z granicznymi sytuacjami jest coraz bardziej zagubiona, ale jednocześnie – paradoksalnie – coraz silniejsza, gotowa odeprzeć każdy atak. Wejdzie zatem w specyficzną relację ze swym oprawcą. Zdobędzie się na odwagę, by zagrać z nim w psychologiczną grę. Uśpi jego czujność. Co więcej, spowoduje, że zabójca straci instynkt samozachowawczy. Zaskakujące będą jego autodestrukcyjne działania, ale to tylko pokazuje, w jak przewrotny sposób Mateusz Lemberg wykorzystał symbolikę Uroborosa.

Dodatkową komplikacją będzie fakt, że Alicja mierzy się także z drugim oprawcą. Lata podległości i bierności w związku się skończyły. Kobieta podejmuje się heroicznego aktu wyzwolenia. Działa kompulsywnie, nie wszystko ma dokładnie przemyślane. Wie, że musi uwolnić się od męża. Wie także, że on będzie ją ścigał. Nieoczekiwanie staje się ścigana podwójnie. W tej konfrontacji co chwila będą zmieniać się czytelnicze punkty widzenia i sympatie. A mnie niezmiennie podoba się to, że Lemberg w swoim pisaniu nie tylko zarysowuje, co się dzieje, ale dodatkowo wyjaśnia, dlaczego to wszystko się dzieje. Bez dydaktyzmu i narzucania zdania. Chodzi po prostu o czytelne tło. By zasugerować, kto jest zły, dlaczego stał się zły i co kieruje jego postępowaniem. A oblicz zła w tej powieści będzie zaskakująco wiele. Wystarczy wspomnieć, że nieco zmanipulowany czytelnik nie będzie kibicował policjantom poszukującym Alicji. Potem jednak wszystko się zmienia. Zmiana i dynamika – to cechy charakterystyczne „Domu węży”. Powieści o tym, że prawdziwego człowieczeństwa doświadcza się przede wszystkim przez cierpienie. Powieści o odwadze samostanowienia i sile kobiecego buntu. Bo świat nie należy do mężczyzn i nie jest podległy ich decyzjom.

Świetnie sportretowana postać oprawcy przykuwa uwagę równie silnie jak motyw wykorzystania jadowitych węży w tej intrydze. Widzimy, że mamy do czynienia z samotnikiem, który działa i zabija bardzo precyzyjnie. Potrafi być przebiegły i niewidzialny. Przyjmuje, że ma inną moralność, sam wyznacza sobie priorytety, uznaje siebie za indywidualistę, a jednak znajduje się w sieci toksycznych zależności, w których też komuś podlega, ktoś wywiera na niego wpływ. Lemberg pokazuje, w jak różnych zależnościach od innych ludzi możemy się znaleźć, jak zmieniają się fronty w relacjach i jak wiele niepewności tkwi w każdym akcie zaufania drugiej osobie. Sportretowany w „Domu węży” świat to rzeczywistość bardzo skomplikowanych układów i zależności. Alicja Wald, zaledwie dwudziestosześcioletnia dziewczyna, przechodzi przez gehennę, ale jednocześnie układa relacje ludzi związanych z jej zaginięciem. Świetnie sportretowana jest również Warszawa w funkcji mrocznej klatki, z której bohaterka nie może się wydostać. Klaustrofobiczny nastrój potęgują wspomniane już węże, których rolą będzie uczynienie opisywanych okrucieństw jeszcze bardziej przerażającymi. W tym wszystkim Lemberg jest jednak wyjątkowo spójny – nie ma ani jednej zbędnej sceny, niepotrzebnego dialogu, nieuzasadnionego działania bohatera. Dlatego ta powieść hipnotyzuje i obezwładnia jak widok wijącej się kobry. Ładunek emocjonalny książki jest ogromny, odpowiednio jednak i umiejętnie przekazywany.

Wszystko jest tu nieszablonowe i wszystko wymyka się schematom. A jednak jest to powieść wyraźnie stawiająca granicę między tym, co dobre, słuszne i moralne, a tym, co destrukcyjne, obnażające ludzkie wstydliwe słabości. Istotną rolę odegra także nagość, ale to już w kontekście kameralnej konfrontacji oprawcy z ofiarą, przeradzającej się w spektakularną fabułę o zaskakujących zwrotach akcji. Czyta się Mateusza Lemberga z niesłabnącym przekonaniem, że mamy do czynienia z pisarzem świadomym warsztatu, panującym nad stworzonymi sytuacjami i udowadniającym, iż wszystko, czego doświadczamy, może mieć kontekst i przyczynę oraz może zostać zrozumiane – jakkolwiek byłoby upiorne i nieznośne do przyjęcia. Świetna książka!

2018-06-11

„Jedyna historia” Julian Barnes


Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 23 maja 2018

Liczba stron: 288

Przekład: Dominika Lewandowska-Rodak

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Miłość i obojętność

To wielkie zaskoczenie i spore niedowierzanie, kiedy tak znakomity pisarz jak Julian Barnes proponuje nam tak nieprzekonującą i tonącą w truizmach opisanych jako prawdy objawione powieść, której przecież nie można nazwać złą. To wciąż jest dobra literatura, do jakiej przyzwyczaił nas autor, ale jednocześnie narracja nieprzekonująca, momentami bardzo męcząca, nadmiernie dydaktyczna, w sferze przekazu emocji i przeżyć zła na pewno. Barnes podejmuje się opowiadania o miłości. O ile w „Zgiełku czasu” potrafił z wyeksploatowanego motywu konfrontacji wybitnej jednostki z systemem uczynić rzecz unikalną i wielką, o tyle tutaj – rozważając miłość w tym najbardziej intymnym, osobistym kontekście – proponuje nam powieść będącą wykładem. A właściwie rzecz rozpoczynającą się i kończącą akademickim tonem pouczenia, bowiem sama opowieść niuansuje wiele oblicz ludzkiego cierpienia, bezradności i tego, jak bardzo pierwsze doświadczone przez nas uczucie wytycza kierunek dalszemu życiu. Nie jest tak, że patrzę na „Jedyną historię” jednowymiarowo i czepiam się źle poprowadzonego wątku miłosnych perypetii jeszcze nastolatka i dojrzałej kobiety, matki i żony. Chodzi o to, że Barnes wpada we wtórność oraz proponuje literackie klisze, budując z jednej strony przewidywalną i nużącą opowieść inicjacyjną, z drugiej zaś – historię o eksplozji różnego rodzaju emocji, samą jednak tych emocji pozbawioną. Coś tu jest bardzo nie tak od samego początku, nie chce się temu wierzyć, ale co najgorsze – czyta się opisy działań bohaterów oraz komentarze do nich z nieustającym przekonaniem, że to wszystko jest zbiorem oczywistości ubranych w piękne słowa.

Paul i Susan poznają się w klubie tenisowym. Ten sam klub pożegna ich, kiedy inni zorientują się, że to kochankowie. Ich miłość jest wbrew wszystkiemu – wbrew porządkowi społecznemu Anglii sprzed półwiecza, wbrew rozsądkowi, wbrew oczekiwaniom innych i wbrew sobie samej, bo przecież uczucie łączące dwoje ludzi, których dzieli pokolenie, zawsze będzie musiało nieść ze sobą pewien bolesny balast doświadczeń. Wyniknie z tego, że kochankowie niekompatybilnie widzą siebie nawzajem, swoje role w tyglu uczuciowym, oczekiwania i plany związane z rozwijającą się miłością. Jasne jest bez żadnych kontekstów czy literackich gier, że w takim związku to doświadczona kobieta zawsze ma więcej do stracenia, zawsze będzie znacząco poszkodowana i nie będzie miała śmiałości podporządkować się uczuciu z taką werwą i bezkompromisowością, z jaką będzie ją kochał młodziutki adorator. Barnes prowadzi nas po tej krętej drodze przeżywania być może pierwszego prawdziwego uczucia, która skontrastowana jest z szeregiem mentalnych i emocjonalnych ograniczeń kobiety wydobytej ku miłości z opresyjnego domu przemocy, z braku bliskości fizycznej i z miejsca obwarowanego zasadami narzuconymi przez otoczenie, ale także przez zastygłych w emocjonalnym bezwładzie partnerów.

To w zasadzie nie będzie historia miłosna, ale opowieść o pewnym rodzaju zagubienia, o niemożności przeżycia uczucia w taki sam sposób i o trudności porozumienia, gdy miłosna perspektywa zasłoni to, kim naprawdę jesteśmy ze swymi słabościami i bolączkami. Czy Julian Barnes opowiada zatem coś ważnego i przede wszystkim nowego o smutku i cierpieniu? W pewnym sensie tak. Inteligentnie zwodzi i każe uwierzyć, że to wydobywające się dość nonszalancko z pamięci narratora wspomnienie będzie jednocześnie opowieścią o tym, czym naprawdę jest nasze życie. Narzucona teza to przekonanie, że pierwsza miłość „układa nam życie”. Autor konsekwentnie dowodzi, z czym to się wiąże. Stara się pokazać, iż nigdy potem nie wydarzy się już nic ważniejszego w znaczeniu naszej pamięci, świadomości i odbioru tego, kim dla siebie jesteśmy. A na kartach „Jedynej historii” wątek miłosny nabiera wyjątkowo sztampowego charakteru, bo jednak bariery wieku i mentalności będą robić swoje. Utrudniać szczęście i porozumienie. Pchać cierpiącą kobietę w szpony nałogu (świetnie, że zarysowany został temat kobiecego alkoholizmu) i demontować ten wspaniały związek, który stanie się stwarzaniem iluzji poczucia bezpieczeństwa. Dlaczego iluzji? Bo budowanej na pojawiających się coraz częściej niedopowiedzeniach i kłamstwach.

Barnes sugestywnie prezentuje Susan, która być może znajduje wreszcie drogę ku wyzwoleniu erotycznemu, lecz daleko jej do wyzwolenia z obyczajowości, zasad, uporządkowanych ról społecznych, ale przede wszystkim z osadzenia siebie jako kobiety w roli milczącej ofiary różnego rodzaju opresji. Jej młodziutki kochanek i późniejszy towarzysz życia miota się w bezradności. Ale to jego osobista bezradność, przeniesiona potem w dalsze życie – w tym znaczeniu zarysowana teza może się bronić, pod warunkiem że autor nie narzuci nam innych stereotypowych konotacji związanych z tą myślą o miłości jako drogowskazie życia. Tak czy owak najciekawsza wydaje się postać drugiego planu. Inna kobieta, której nie wyszło. Emocjonalnie i uczuciowo. Jej samotność jest czytelna i widoczna. Może inna od samotności obezwładniającej głównych bohaterów, ale to Joan jest barwna, czytelna, zwracająca na siebie uwagę i taka jakby zupełnie nieprzystająca do tej dydaktycznej opowiastki o charakterze egzystencjalnym. Szkoda że ten charakter jest jakoś wymuszany. Że Barnes tak bardzo dba o frazę i przekaz, iż nie pozwala tej powieści rozsadzić swoich ram i zwyczajnie teatralnie udręcza bohaterów. Nie dałem się przekonać tej historii. Nie przekonuje mnie dość toporne rozbijanie stereotypów i sugerowanie pozornie nieoczywistych przemyśleń. Martwi czynienie z tej książki czegoś niebywale wtórnego, przewidywalnego i pozbawionego umiejętności zarażania emocjami, które rozpalają bohaterów.

„Jedyna historia” naprawdę tonie w truizmach. Susan skonfrontowana z tym, jak wiele musi poświęcić dla nowego związku. Paul oceniający wartość i ważność uczucia dopiero po latach. Sporo tego jest. Julian Barnes nie proponuje nam ani zręcznej mistyfikacji, ani też inteligentnej gry z proponowanymi przez narratora przemyśleniami. Może wadą powieści jest to, że stara się być tak przeraźliwie spójna? To wystarcza, by była po prostu dobrą literaturą, ale nie zmienia tego, że opowieść zwyczajnie nuży. Mnie bardzo rozczarowała, choć szukałem czegoś więcej, i wciąż na nowo. Nie te tony, nie te rejestry, nie ta wrażliwość? Może. A być może to kwestia tego, że o miłości napisano już wszystko, ale nie szantażowano emocjonalnie, by przyjąć perspektywę autora – a to robi Barnes, niestety, bardzo dobrze i bardzo konsekwentnie. Nie wszedłem w to.

2018-06-08

„Nasz chłopak” Daniel Magariel


Wydawca: Pauza

Data wydania: 6 czerwca 2018

Liczba stron: 144

Przekład: Dobromiła Jankowska

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Rodzina jest najboleśniejsza

To jest książka, która zawłaszcza i pochłania. Nie pozwala się od siebie oderwać z dwóch konkretnych powodów – jest bardzo dynamiczna i nie zwalnia tempa, ale też każe opowiedzieć się wobec wszystkiego, czego jesteśmy świadkami, i unieść to jednorazowo, bo nie można się z tym mierzyć etapami. Daniel Magariel nie oszczędza czytelnika. Natychmiast jest on wrzucony w wir dramatycznych wydarzeń. Szybkość obrotu spraw, konflikt, emocje. Bez żadnych wstępów, żadnych literackich prób nakreślenia tła albo kontekstów. Dwaj synowie i prowadzący samochód ojciec. Klasyczna powieść drogi, ale to jednak kameralny dramat rozpisany na cztery role – tych dominujących i uległych, manipulantów i ofiary manipulacji. Najciekawsze jest to, że „Nasz chłopak” nie daje wytchnienia ani możliwości analizowania przyczyn opisywanego zła. Widzimy tylko bezradność, a potem złość narratora. Nastolatka, który odbiera zmieniającą się rzeczywistość w skomplikowanych rejestrach, całkowicie zagubionego w natłoku wydarzeń. Dochodzimy wraz z nim do momentu, w którym chce – jak trafnie to określa – „wydostać się z siebie”. Podobne wrażenie wywołuje ta krótka i nasycona treścią powieść – naprawdę chce się z niej wydostać, ale jej ślad w pamięci to uniemożliwi.

Magariel pisze o wielu rodzajach przemocy. O formach bezradności i o wstydzie dzieci za rodziców. O postępującym od nich oddaleniu. O opresyjnym charakterze rodziny, gdy przemienia się ona w układ walczących ze sobą sił, dorosłych eksploatujących emocjonalnie siebie i swoje dzieci. Pokazuje, w jaki sposób rozpadają się najważniejsze z ludzkich więzi, co sprzyja temu rozpadowi i dlaczego w miejsce miłości i przywiązania pojawia się nienawiść. Amerykański debiutant chce udowodnić tezę, że rodzina jest najważniejsza i jednocześnie najboleśniejsza, opowiadając historię toksycznych zależności, w których dzieje się rzecz najgorsza z możliwych – nikt nie ma ani poczucia bezpieczeństwa, ani też komfortu obcowania z drugą, rzekomo najbliższą osobą. Ojciec jest królem przemocy i chaosu. Wycofana matka unika odpowiedzialności za swoje decyzje i wyda na nią wyrok każdy, kto zauważy, że nie potrafi tego, co matce nakazane przez atawizmy – nie chroni swoich dzieci. Dwaj dorastający synowie wchodzą w sieć zależności, w których muszą wybierać strony, ich rodzice są skonfliktowani po rozwodzie, nieprzypadkowo nazywanym tu wojną. Obaj muszą także przyjąć jakiś wspólny front działań, kiedy orientują się, że nie mogą polegać na jedynych ludziach, w których powinni mieć oparcie. I tu zaczyna się genialnie – bo szybko – rozegrana psychodrama. Daniel Magariel oszczędza słowa, ale używa ich w takich frazach, że mamy wrażenie, iż z opisanego piekła relacji rodzinnych nie ma dla nikogo wyjścia. Dziecięca ufność, potrzeba pewności otaczającego świata oraz wrodzone zaufanie do rodziców – wszystko zostanie zdruzgotane, a wszelkie próby lojalności okażą się początkiem prawdziwych dramatów…

On zabiera synów do innego stanu. Ona zgadza się na to, choć nie wiemy, jakie są motywy jej postępowania. Oni trzej mają zacząć nowe życie. Wyprzeć to, jakie do tej pory wiedli, i rozpocząć coś mającego wyjątkowe znaczenie. Trzech oddanych sobie mężczyzn. Uwolnionych od złych wpływów jednej kobiety. Teraz będą naprawdę razem i znajdą wspólnie szczęście. W nowym świecie każdy z nich będzie mógł stać się nonszalanckim chłopakiem. Takim swojskim. Bezpiecznym…

Tymczasem narratorowi powieści pomaga przetrwać to, że doskonale znosi ból fizyczny. Plastyczne i przerażające opisy bicia synów skrywają jeszcze bardziej mroczne oblicze. Labilny emocjonalnie ojciec ujawni przede wszystkim własną niedojrzałość życiową. Chłopcy będą musieli szybko dorosnąć. Najpierw wziąć odpowiedzialność za ojca, a potem zrozumieć, że nie pozostaje im nic innego jak odpowiedzialność za samych siebie. I lojalność, której granic ani definicji nie są już pewni. Magariel wydobywa ze swoich bohaterów każdą formę niepewności i lęku, które prowadzą do destrukcyjnych działań. Cała ta powieść jest w swym symbolicznym wymiarze autodestrukcyjna. Intryguje przewrotny epilog, ale odnosi się wrażenie, że autor mierzy się z tak plastycznie opisanymi demonami, iż prawdopodobnie musiał poznać ich toksyczny oddech. Bo chciałoby się wierzyć, że „Nasz chłopak” to po prostu inteligentna i przerażająca fantazja. Czymkolwiek jest, manipuluje także percepcją czytelnika. I jego emocjami, tak zbliżonymi do emocji zagubionych dzieci. Ale to i tak nie wszystko. Ta książka opowiada o rozpadzie świata wartości i przeżyć. Kwestionuje wszystko, co bohaterowie uznają za pewne. Wyzwala wszechobecny chaos i sankcjonuje go narastającą przemocą pod kilkoma postaciami. Nie ma katharsis, nie ma ucieczki od skomplikowanych dramatów. Nie ma oddechu i możliwości zrozumienia jakichkolwiek kontekstów. Jest zaproponowany obraz patologicznych relacji, który momentami jest nie od udźwignięcia. A jednak czyta się Magariela z narastającymi emocjami bez ich ujścia. Tkwimy w emocjonalnym klinczu, ale właściwie czego jesteśmy świadkami?

Każda próba uporządkowania sobie zdarzeń, określenia czytelniczych sympatii czy zrozumienia dla różnych form bezradności może zakończyć się fiaskiem. Nie sugeruję, że autor proponuje nam jakąś moralną dwuznaczność czy kwestionuje oczywiste pojęcie dobra i zła. Istotna jest rola dziecięcego obserwatora, który proponuje nam fragmentaryczny ogląd tego, w czym uczestniczymy. To, co się dzieje, jest pokłosiem wypracowanych latami schematów zachowań w toksycznej rodzinie. Magariel proponuje nam dramatyczną puentę naznaczającą skomplikowany charakter wzajemnych zależności w rodzinie, w której istotna jest walka o wpływy i posiadanie. W takiej rodzinie, w której ukształtowała się forma podległości, zdziwienia i którą usankcjonowały formy manipulacji. Takie rodzaje skutecznych szantaży emocjonalnych, jakich jesteśmy świadkami, wypracowuje się przez dłuższy czas. Magariel nie tylko świetnie odczytuje to, do czego prowadzą zaburzone relacje emocjonalne w rodzinie, ale przede wszystkim mistrzowsko portretuje atrofię uczuć. Są już tylko zależności i układy. A w tym mimo wszystko czytelna forma miłości i przywiązania. „Nasz chłopak” spowoduje, że przytuli się najbliższą osobę i zamknie książkę z ulgą. Czy aby na pewno chodzi w niej tylko o uniesienie okrucieństwa, niesprawiedliwości i zła?

2018-06-06

„Życiorysy z pamięci” Krzysztof Malkiewicz


Wydawca: Poligraf

Data wydania: 31 stycznia 2018

Liczba stron: 276

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Zło i dobre życie

Książka wspomnieniowa Krzysztofa Malkiewicza jest jakby przełamana na pół, obrazując dwa oblicza świata, ludzkiej egzystencji, międzyludzkich relacji i oczekiwań. Autor portretuje siebie przez pryzmat najważniejszych dla niego przeżyć, wychodząc od pierwszych wojennych wspomnień, a zamykając zbiór opowieścią o powrocie do ukochanego Krakowa. Tak, to w pewnym stopniu książka o trudnej, lecz silnej miłości do kraju, który wydał wyrok śmierci na jego wuja, napiętnował matkę, nie chciał powrotu ojca i wydobywał się z trudnego jarzma stalinowskiej opresji, by po latach stać się państwem, dokąd powrót był konieczny. Bo rodzinna kamienica, rodzinne miasto, szereg wspomnień i sentymentów. „Życiorysy z pamięci” to opowieść o długim, pasjonującym życiu człowieka, który zawsze zachowywał kręgosłup moralny, wciąż na nowo ciekawy okoliczności, w jakich się znajdował, wciąż czujny, empatyczny, skłonny do przyjaźni i opowiadający o sile przywiązania do rodziny. Czyta się to z niesłabnącym poczuciem, że człowiek doświadczający różnego rodzaju zła w dzieciństwie i młodości musi ten mroczny bagaż przekuć w coś innego niż pozostające zawsze w cieniu tęsknota, żal, smutek i rozgoryczenie. Ta książka będzie bowiem opowiadać o dobrym życiu pośród złych ludzi i o tym, że można umieć każdy rodzaj zła pokonać. Bardzo sugestywna, pełna empatii i przyciągająca uwagę. To dowód na to, że warto swoje życie podsumować. Jakkolwiek trudne to może być.

Poruszający dwugłos matki i syna, który obrazuje lata dorastania Malkiewicza, jest intymną opowieścią o okrucieństwie, heroizmie i honorze. Matka artysty, uwięziona w 1947 roku, spędziła osiem lat w polskich więzieniach, doświadczając upokorzeń, którym stara się po latach nadać znaczenie. Mokotów, Fordon, Inowrocław. Mroczne przystanki na drodze stygmatyzowanej przez system kobiety, której nieobecność była odczuwana bardzo wyraźnie przez nastoletniego syna mogącego ujrzeć matkę dopiero trzy lata po jej uwięzieniu. Nagrane wyznania zapisane w logicznym porządku portretują nielogiczność, szaleństwo i absurd systemu więziennego, w którym matka autora doświadczyła konfrontacji z istotą ludzkiego zła. To nie tylko obraz tego, co Polacy Polakom byli skłonni robić po wojnie. To przede wszystkim świadectwo ogromnej dojrzałości emocjonalnej, pewnego rodzaju hardości i umiejętności przetrwania w nieludzkich warunkach, w których zachowanie godności stawało się priorytetem. Poznajemy ze szczegółami więzienną codzienność matki i czas, w którym jej osamotniony syn kształtował swój charakter. Oddalenie po latach nabiera symbolicznego znaczenia. Oboje mogą odnieść się do przeszłości, zdefiniować jej charakter, zaznaczyć ślady nieobecności drugiego i opowiedzieć o życiu w cieniu politycznego terroru.

Ta wzruszająca opowieść rozpisana na dwa głosy obrazuje życie, które musiało się toczyć dwutorowo, oraz ludzi konsekwentnie wiernych zasadom, rozdzielonych przez osiem lat i zmagających się z różnymi obliczami powojennej Polski. Intymna relacja matki i syna to także próba ujrzenia konieczności warunkującej przetrwanie. Inne priorytety, te same cele. Nie dać się złamać, pozostać sobie wiernym. Matka wspomina czas uwięzienia w taki sposób, by latom bezsensu i cierpienia nadać jednak znaczenie, bo przecież czas rozłąki z synem i czas jej prywatnej walki o zachowanie godności łączą się po latach w jedno. W historię cierpienia, ale i umiejętności zachowania taktu wobec brutalności życia. Matka i syn – podwójny sposób kwestionowania okrucieństwa dziejów. Te opowieści są bardzo sugestywne, mocno zapadają w pamięć. Na szczęście ta dwójka mogła się odnaleźć w innym, lepszym świecie.

Druga część „Życiorysów z pamięci” to opowieść o możliwościach, jakie dawało nowe życie. Malkiewicz wspomina swoją drogę twórczą, studia filmowe i wyjazdy zagraniczne, a także blisko pół wieku pobytu w Kalifornii. To historie w zupełnie innej tonacji niż wspomnienia z powojennej Polski. Świat filmu pozwolił autorowi na określenie własnego warsztatu twórczego, nazwanie życiowych perspektyw. Dał szansę na ustalenie wartości, oczekiwań, zdefiniowanie właściwego dla siebie stylu życia. Krzysztof Malkiewicz wspomina wielu znanych ludzi, którzy stanęli na jego drodze, i opowiada o dekadach drastycznych amerykańskich przemian naznaczonych wieloma smutnymi wydarzeniami, które wstrząsnęły nie tylko Ameryką. Ale to nie jest już opowieść o odcieniach smutku. To historia niebywałego otwarcia na nowy świat uporządkowany wedle innych zasad, dający możliwość określenia sensownych priorytetów. Opowieść zmierza ku wypunktowaniu, w jaki sposób Malkiewicz chłonął ten świat, jak uczył się w nim szacunku do siebie i do innych. Opresyjny i mroczny charakter pierwszej części publikacji przeradza się w dynamiczną narrację o zdobywaniu i osiąganiu celów. „Życiorysy z pamięci” są zatem książką obrazującą przełom, lecz także opowiadającą o dwóch rodzajach ludzkich relacji. Te pierwsze, naznaczone niepewnością i niepokojem, przeradzają się w bliskość ludzi, których intencji można być pewnym. Tak skonstruowana opowieść jest historią zła oraz dobra, pewnego porządku. Napisana bardzo sugestywnie – zwracająca też uwagę na detale, jak smak gorącego kapuśniaku na początku wojny, dźwięki zakazanego jazzu czy emocjonalna siła portretowanej matki, która w nieludzkich warunkach była w stanie pochłaniać prozę Balzaka.

To też książka o tym, jak człowieka paraliżują różnego rodzaju lęki i w jaki sposób wychodzi się im naprzeciw. Wspomnienia Krzysztofa Malkiewicza pokazują ważne etapy jego życia bez zaznaczania, który z nich był szczególnie przełomowy. Tym niemniej dostrzeżemy, że oboje – matka i syn – w różnych przestrzeniach oraz w różnym czasie wydobywają się z tego, co ich ogranicza, by skosztować życia naprawdę, wyjść mu naprzeciw i zaprzeczyć tezie o tym, że źli ludzie na zawsze pozostawiają w duszy i sercu swój ślad. Mimo całego dramatycznego ładunku jest to opowieść niezwykle budująca i inspirująca. Sportretowana bliska relacja daje okazję do przyjrzenia się temu, w jaki sposób i na jakich zasadach dorastający syn zdobywał sympatię innych ludzi. Wszystko napisane z pamięci – bez ścisłej chronologii, bez detali zbędnych, gdy chodzi o opis krajobrazu emocji i przeżyć. A jednak zaznaczone zostaje wszystko, co najważniejsze: przywiązanie, bunt, piekielna niepewność losu bliskiej osoby, ale także siła, dzięki której z mrocznych doświadczeń można stworzyć coś dobrego, konstruktywnego. Piękna książka o wydobywaniu się z otchłani mrocznych wspomnień. O budowaniu życia świadomego i szczęśliwego. Na przekór wszystkiemu, co złe. Inspirująca lektura.

2018-06-04

„Skrzynecki. Demiurg i wizjoner” Monika Wąs


Wydawca: Mando/WAM

Data wydania: 6 czerwca 2018

Liczba stron: 320

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Pośród ludzi

Na kartach tej książki pojawiają się wątpliwości, które wyraża Jan Kanty Pawluśkiewicz. Kompozytor mówi o pewnej bezradności pojawiającej się wówczas, gdy chce się opisać życie Piotra Skrzyneckiego oraz istotę jego relacji z ludźmi. Monika Wąs zdaje się podejmować wyzwanie, stając w opozycji do tej tezy. Jej książka będzie wnikliwą analizą przede wszystkim dorosłego życia Skrzyneckiego i będzie się starała wyjść naprzeciw bezradności, gdy chciałoby się określić jakoś bardziej zasadniczo to, jak twórca Piwnicy pod Baranami żył, funkcjonował na co dzień, mierzył się z rzeczywistością i zjednywał sobie ludzi. Autorka spotkała się z podmiotem swojej publikacji jako licealistka uczestnicząca w zajęciach teatru szkolnego zainicjowanych i koordynowanych przez Piotra Skrzyneckiego. Latami przyglądała mu się z charakterystycznej perspektywy, a po jego śmierci dojrzewała do decyzji, by napisać pełną i rzetelną biografię. „Skrzynecki. Demiurg i wizjoner” to książka wchodząca w dialog z „Piotrem” Joanny Olczak-Ronikier – nie tylko dosłowny, gdy publikacja jest cytowana przez Wąs. Chodzi przede wszystkim o poszerzenie tego, o czym w „Piotrze” mogliśmy przeczytać. Otrzymujemy opowieść o świadomej drodze twórczej, twórczych poszukiwaniach, specyficznej empatii i wrażliwości, ale przede wszystkim historię człowieka, któremu rodzinę zastąpiły przyjaźnie, a wyjątkowa charyzma spowodowała, że otaczał się różnymi ludźmi, z którymi chciał i Kraków, i cały świat uczynić radośniejszymi.

Autorka wykazuje się wyjątkowymi taktem i empatią, nie tracąc jednocześnie reporterskiej czujności. Zarówno trudny okres dzieciństwa, jak i czas choroby Piotra Skrzyneckiego zaprezentowane są tutaj w półcieniach i celowych niedomówieniach. Monika Wąs stara się przyjąć perspektywę badawczą zgodną ze światopoglądem opisywanego człowieka. Nie podejmuje tematów mrocznych, bolesnych, trudnych. Nie opowiada o tym, o czym sam Skrzynecki nie opowiadał. Sugeruje, że prawdę o nim odkryjemy w tym, co zapamiętane, zasłyszane, widziane, zanotowane i pozostające w pamięci na zawsze, albowiem Piotr Skrzynecki to żywa legenda i mimo ponad dwudziestu lat mijających od jego śmierci wciąż jest to człowiek poruszający wyobraźnię, inspirujący, zaskakująco tajemniczy i wyjątkowo oryginalny w tym, jaką filozofię życia wyznawał w czasach systemowego reżimu, przewidywalności, szarości i smutku.

Konstrukcyjnie książka składa się z dziesięciu rozdziałów będących autorskimi rozwinięciami słów Piotra Skrzyneckiego wydobytymi z różnych kontekstów, ale ogniskujących się wokół czytelnej kwestii otwierającej kolejny rozdział. Monika Wąs przeanalizuje przede wszystkim drogę, jaką przeszedł Skrzynecki od życia wagabundy nieznanego nikomu w Krakowie do czasu, w którym miasto ofiarowało mu pewien honorowy tytuł. Opowie o kilku okresach życia twórcy, ale skupi się na tych najbardziej intensywnie przez niego przeżywanych – siłą rzeczy rozważania skoncentrują się wokół Piwnicy pod Baranami, ale także wokół różnorodnych i bardzo silnych relacji z innymi ludźmi. Relacji, dzięki którym znajomi i przyjaciele Skrzyneckiego rozumieli zagadkę jego bachtinowskiego śmiechu, przejęli część jego niepoprawnego optymizmu; uczynili życie swoje oraz swojego miasta lepszym, bardziej radosnym, przesyconym energią wydobytą z intensywnych spotkań. Każda bowiem forma kontaktu ze Skrzyneckim była intensywna i niosła coś ze sobą.

„Życie to trzeba umieć sobie wyreżyserować” – to cytat z Pana Piotra, jak nazywa go autorka i jak nazywano go w Krakowie. Monika Wąs przywołuje bliskich i znajomych Skrzyneckiego, by opowiedzieli o tym, na ile jego codzienna egzystencja była teatrem jednego aktora, a ile w tej rubaszności, otwartości i serdeczności było skrywanego smutku, pewnej formy wyobcowania. Magia jego konferansjerki oraz działań twórczych wyzwalających w ludziach, z którymi współpracował, chęć i potrzebę zmiany życia, skonfrontowana jest z pewnym monolitem, jaki Piotr Skrzynecki prezentował. Zmieniał ludzi i rzeczywistość wokół, ale sam zdawał się ukształtowany, konkretny, zawsze pewny siebie i czasami w tej pewności niebywale konsekwentny w działaniu. Im więcej dowiadujemy się o tym, jaki był, z kim się trzymał, co komu radził i jak unikał sytuacji konfliktowych oraz dramatycznych, tym mniej możemy się domyślać jego osobistych przeżyć. Żył pośród ludzi i w mieście, które zawsze ogniskowało w sobie serdeczność, awangardowość, antysystemowość i specyficzną demokrację. Pan Piotr w swych relacjach, osądach innych i poradach dawanych znajomym zawsze był liberalny, tolerancyjny i właśnie demokratyczny. Tak jak jego Piwnica pod Baranami, która wymagała, ale jednocześnie stała otworem przed każdym, kto chciał podjąć wysiłek osobistej aktywności twórczej.

Skrzynecki na kartach tej książki to człowiek o niezwykle rozwiniętych umiejętnościach prospołecznych, który będąc doskonałym słuchaczem, tak naprawdę zawsze chronił swą prywatność i niekoniecznie zwierzał się z tego, co naprawdę myśli. Jednocześnie prawdziwy erudyta, wielbiciel Prousta i Montaigne’a, wycofany w głąb lektur i własnych przemyśleń, nie zawsze tak ekstrawertyczny, za jakiego uchodził. Podoba mi się to, że Wąs przytacza różne, czasami sprzeczne opinie o tym, jak Piotr Skrzynecki został zapamiętany w różnych sytuacjach życiowych. Wchodził w naprawdę intensywne związki emocjonalne z ludźmi, którzy go otaczali. Jednocześnie na największą bliskość z nim zasłużyli nieliczni. Monika Wąs sugeruje, że warto zadać sobie pytanie o to, co z materią życia robił twórca – kreował ją czy też mistyfikował. Bezapelacyjnie był duszą towarzystwa. Prawdziwą duszą, nie kompanem od kieliszka czy piwnicznych przyśpiewek. Widać pewną uważność w obserwacji innych ludzi. Teraz to oni muszą się tą uważnością wykazać, przypominając Pana Piotra w wielu jego codziennych odsłonach.

Podoba mi się też zdystansowane portretowanie Skrzyneckiego w relacjach z ludźmi, bo to one go definiowały i one opowiadały o tym, kim był naprawdę. Monika Wąs nie stawia daleko idących tez, nie decyduje się na prywatne śledztwo, nie chce analizować i podsuwać czytelnikom swoich sugestii. Ta biografia odwołuje się do innych ludzi, bo to oni w interakcjach z Piotrem Skrzyneckim uczynili go takim, jakim był dla Krakowa. „Skrzynecki. Demiurg i wizjoner” opowiada o mocy różnego rodzaju tworzenia i kreatywnej wizyjności w czasach ograniczonych do ram określanych przez władzę, uwarunkowania społeczne i te lokalne, typowo krakowskie. To nie tylko pasjonująca opowieść o człowieku, który nie umiał żyć bez innych ludzi, lecz także ciekawa historia o Piwnicy pod Baranami nabierającej kształtu, wartości i celu w służbie człowieka uznającego, że w życiu miał szczęście do przyjaciół, poezji i alkoholu. A te trzy składowe gotowe były stworzyć nie tylko niepowtarzalny charakter miejsca, ale także jego filozofię przywiązywania do siebie. Monika Wąs śledzi poczynania Piotra Skrzyneckiego, by odpowiedzieć na pytanie o to, kim był sam dla siebie i co wspaniałego chciał podarować Krakowowi. Czym go zarazić, a co zwyczajnie zeń wykrzesać. Tak jak z ludzi, którzy dzięki niemu byli uwodzeni. A potem zmieniani. Tak by uśmiechać się do siebie. Bo to książka o uśmiechniętym człowieku stawiającym na witalizm. Dynamicznie napisana narracja o kimś, kto przez całe dorosłe życie starał się wyrwać z każdego dnia to, co najlepsze. Potrafił zamknąć Lenina w klatce, tworzyć sztukę w nowohuckim błocie i kochać każdą intensywną noc życia. Wyjątkowa opowieść o wyjątkowej osobowości. Warta poznania.