Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2018-02-28

„Pierwszy bandzior” Miranda July

Wydawca: Pauza

Data wydania: 28 lutego 2018

Liczba stron: 336

Przekład: Łukasz Buchalski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Odkryć siebie

Zacznę może od tego, komu nie przypadnie do gustu powieść Mirandy July. Na pewno czytelnikom bez poczucia humoru. Oczekującym spójnej i niezaskakującej fabuły. Zwolennikom przekonania, że role społeczne porządkują rzeczywistość i w te nam wyznaczone należy wrosnąć. Przekonanym o tym, że kobiece pragnienia erotyczne są ograniczone. Uwaga! Bohaterka będzie marzyć o zrobieniu na kogoś kupy albo operowaniu sprawnym penisem. Co dalej? July odrzucą ci, którzy lubią prozę wysublimowaną. W ładnych zdaniach, bez nadmiaru groteski oraz ironii, bez zaskakującego tempa, które nie każdy może znieść i unieść. Pierwszy bandzior” to powieść wywrotowa, zaskakująco dobrze obalająca mity oraz stereotypy, drapieżna i kontrowersyjna, ale przede wszystkim dynamiczna oraz wyraźna. July opowiada o tym, jak trudne i zarazem możliwe jest zdefiniowanie siebie i wyjście naprzeciw swoim oczekiwaniom. Portretuje neurotyczkę, która późno, lecz zaskakująco trafnie określa, czego oczekuje od życia. Nakreśla niezwykłe relacje, których charakter zmienia każdy kolejny rozdział. Ile w tym wszystkim zmyślenia, ile absurdu, ile bolesnej prawdy o ludzkich ograniczeniach? Czyta się świetnie, ale jest ryzyko zagubienia się w rollercoasterze emocji i zdarzeń. Autorka drwi nie tylko z utartych schematów klasycznych powieści obyczajowych. Przede wszystkim stawia pod pręgierzem instytucjonalność nakazującą nam odgrywanie ról zdefiniowanych przez status społeczny czy płeć. „Pierwszy bandzior” to proza nasycona mocnym ładunkiem. Można dostać mocno w twarz jak główna bohaterka. Po to tylko, by ujrzeć i zrozumieć siebie w innym świetle.

Poznajemy Cheryl, gdy przybywa na sesję terapeutyczną specjalisty poleconego przez kolegę z pracy, w którym skrycie się durzy. Zawodowo zajmuje się samoobroną kobiet, ale czy potrafi obronić się przed samą sobą? Cheryl przekroczyła czterdziestkę i zasadniczo źle jej samej. Dom uznaje za twierdzę, gdzie panuje system niebrudzenia i niebałaganienia. W codziennym życiu bohaterki nie jest już tak sterylnie. Cheryl pielęgnuje swoje lęki oraz neurozy, nigdy nie dopuszczając do siebie tezy o tym, że jej myśli nie są rzeczywistością. Tonie w smutnym sentymentalizmie przełamywanym dynamicznym działaniem. July nie proponuje nam żadnej diagnozy osobowości bohaterki. Musimy ją zaakceptować taką, jakiej nie akceptuje sama siebie. Dopiero wtedy zaczyna się frajda czytelnicza, gdy dostrzegamy, ile nowego o swojej osobowości Cheryl dowie się z ulgą, a ile z przerażeniem.

Adorująca potajemnie Phillipa kobieta uznawana jest przez niego za wzór wyemancypowania. Tymczasem Cheryl gubi się w świecie wolności, który wypracowała wokół siebie dość fasadowo. Wszystko, co było przez nią oswojone, rozpada się, kiedy poznaje prawdę o oczekiwaniach Phillipa, ale przede wszystkim przyjmuje pod swój dach młodziutką Clee, córkę pracodawców. Clee jest „opaloną blondynką wielkiego formatu”, ale Miranda July kwestionuje każdą oczywistość i każde przewidywanie, w związku z tym jej bohaterka absolutnie nie będzie taka, jak być może postrzegają ją odwracający się na ulicy mężczyźni. Clee zawłaszcza dom Cheryl. Gospodyni staje się bezradna wobec jej grubiaństwa i bezkompromisowości. Musi powalczyć nie tylko o swoje cztery kąty. Musi podjąć z Clee specyficzną grę. Jej finałem będzie coś zupełnie nieoczekiwanego dla Cheryl, ale czy gdziekolwiek napisałem, że July proponuje nam przewidywalną powieść?

Podoba mi się to, z jaką lekkością pojawiają się tu sytuacyjne oraz słowne absurdy, a także pewność oraz konsekwencja, z którymi autorka prowadzi nas przez swój ekscentryczny świat przedstawiony. To świat widziany oczyma Cheryl, przez pryzmat jej niezadowolenia, buntu, potem podążania za odkrytymi właśnie potrzebami. Relacje między bohaterami są bardzo napięte. Clee wydobyła się z domu, w którym nikt nie tłumił emocji. Cheryl uczy się te emocje nazywać w bezpośredniej konfrontacji z dwudziestolatką. Dodatkowo ma jeszcze jeden front wojenny, którym są rozmowy z terapeutką. Zaskakujące i prowadzące do nieoczekiwanego finału. To w gabinecie terapeutycznym Cheryl dowie się, iż fundamentem właściwie funkcjonujących relacji ma być porozumienie między stronami, które czasem warto spisać. Co i w jaki sposób kieruje nami w postrzeganiu drugiego człowieka? Kiedy jesteśmy wściekli na siebie, a kiedy na tę drugą osobę w nieprzystającej relacji? July prowokuje i dokłada do pieca – jest coraz bardziej energetycznie, gdy Cheryl przechodzi z roli do roli. Nie takiej narzuconej przez innych, ale takiej, jaką świadomie wybiera. Bo człowiek to zmienność. Kobieta to zmienność wyjątkowa. Nie chodzi o feminizujące przesłanie tej powieści. Chodzi bardziej o to, że Miranda July zdobywa się na takie rejestry narracyjne, które jednocześnie kwestionują wiarygodność bohaterek i czynią je chwilami takimi swojskimi, do pełnej akceptacji.

„Pierwszy bandzior” to przewrotna opowieść o tym, jak osiągnąć życiowe cele, oraz o ludziach z naszego otoczenia, którzy rzadko kiedy właściwie odczytują nasze intencje. July traktuje stosunki międzyludzkie jako specyficzną przestrzeń zamieszania i chaosu, z której uważny czytelnik ma wydobyć jakąś jasną treść. Jacy jesteśmy – dla siebie i dla innych? Dlaczego krzywdzimy – siebie dużo bardziej niż innych? Kto lub co ustala nam nieszczęśliwe priorytety i co stanie się, gdy zmieciemy je doszczętnie z życiowego horyzontu? To powieść o utajonej złości oraz rozczarowaniach. Jednocześnie historia zaskakująca ciepłem i empatią w portretowaniu najbardziej czułych oczekiwań wobec życia. July opowiada o bezpośrednich konfrontacjach, ale daje także duże pole do działania wyobraźni tych, którzy chcą widzieć relacje ludzkie jako dość ekscentryczne. Bo prawie wszystkie takie są, ale trzeba mieć śmiałość i narracyjny pazur, by to pokazać. Amerykańskiej autorce udaje się to doskonale. Dlatego „Pierwszy bandzior” to niezwykle plastyczna książka pozostająca w pamięci na długo. Kumulacja wyrażanych i niewyrażanych emocji czyni z tej powieści bombę z opóźnionym zapłonem. July konsekwentnie zmierza do satysfakcjonującego nas zakończenia, ale cały czas zadajemy sobie pytania o to, co dzieje się wokół, czego naprawdę doświadczamy i jakie to wszystko ma rzeczywiste oraz symboliczne odniesienia do kwestii człowieka osadzonego w płci, kulturze, tkance społecznej i skomplikowanych relacjach z najbliższymi. Warto czytać książki dyskusyjne, a „Pierwszy bandzior” to jedna z nich. Zabawna, przejmująca, zaskakująco uczciwa wobec czytelnika. Manipulująca uwagą i stopniująca napięcie niczym w dobrej sztuce teatralnej. July pisze tak, że pochłania całkowicie. Każdego, kto zdecyduje się ją przeczytać, uwalniając umysł od wszelkich ograniczeń.


PATRONAT MEDIALNY

2018-02-26

„Wstyd” Iga Zakrzewska-Morawek

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 7 lutego 2018

Liczba stron: 328

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Grzechy nasze dziedziczne

Dynamiczna fraza stu dwudziestu pięciu krótkich rozdziałów składających się na „Wstyd” przypomina dokonania pisarskie Sylwii Chutnik i Zośki Papużanki, ale Iga Zakrzewska-Morawek prezentuje się tu w bardzo osobliwym stylu, proponując nam specyficzną polifonię ludzi naznaczonych traumami z przeszłości. Uważność, dbałość o detale, szczegółowość obserwacji i zaskakujące porównania – styl „Wstydu” na pewno jest wyróżniający, bo to w języku i poprzez język autorka oddaje wszelkie ułomności emocjonalne, wszystkie naznaczone bólem wspomnienia i marzenia, których nie można spełnić, choć bardzo by się chciało nie popełniać błędów toksycznych rodziców. „Wstyd” jest między innymi o tym, że całe życie dźwigamy ciężar tych błędów, bezskutecznie usiłując uwolnić się od wychowawczych porażek. To opowieść o tym, że matka i ojciec wypalają się stygmatem na skórze i w świadomości. Że trudno jest wyprzeć pomyłki tych, którzy powinni prowadzić przez życie, a nie czynić je niemożliwym do zniesienia. Zakrzewska-Morawek prezentuje bohaterki z krwi i kości, które cierpią do wewnątrz, na zewnątrz pozostając czujne i gotowe albo do walki, albo do kompulsywnej ucieczki. W świetnie dynamizowanej frazie opowiada o poczuciu wyobcowania i o tym, jak niezmiernie trudno jest zbudować tożsamość w opozycji do rodziców. To także książka o odrzuceniu, trudnym macierzyństwie i potrzebie wyrażenia swoich lęków w najprostszy z możliwych sposobów. O trudnych więziach i o zaskakujących relacjach. Zmuszająca do koncentracji, by nie pogubić się w poszczególnych scenach tej wielogłosowej opowieści.

Zośkę matka napełniała jedzeniem. Nic nie mogło się zmarnować. Nie miało znaczenia to, czy córka ma apetyt, czy nie. To tylko jeden z przejawów przemocy emocjonalnej i spartańskiego wychowania, w którym Zośka nie miała czasu na dziecięcą beztroskę. Kiedy rodzi, a potem wychowuje córkę, chce przede wszystkim, by była ona normalna. Nie zamierza powielać schematu zachowania matki, a jednak dojrzewa do trudnego macierzyństwa. Zośka chciałaby pobiegać nago po polu rzepakowym albo zrobić jakąś inną szaloną rzecz, która oderwałaby ją od przykrych wspomnień związanych z matką i codziennego życia u boku męża oddalającego się zarówno od Zośki, jak i od swojego dziecka.

Bosa poznaje ją, gdy odwiedza sąsiadkę Zośki. Wiekowa Fryda domaga się płatnej opieki po to, by zachować resztki godności w obliczu starości, której różne definicje poznaje Bosa. Tak jak poznawała wzory matematyczne, z których odpytywał ją nocami pijany ojciec. Ten, co zaciskał zbyt mocno gumkę na włosach, blokując też umysł córki. Mówiący, że dziewczyna nie osiągnie niczego nadzwyczajnego. Że ma się mu bezwzględnie podporządkować, a potem pokornie iść przez życie, nie oczekując od niego zbyt wiele.

Marta nie oczekuje już niczego. Zmaga się z najmroczniejszymi demonami spośród całej trójki bohaterek, ale może wynika to z tego, że – w przeciwieństwie do Zośki oraz Bosej – nikomu nie pozwala zbliżyć się do siebie. Projekcje jej wyobraźni czynią ze „Wstydu” lekturę przesyconą trudnym do zniesienia napięciem, ale straumatyzowanie Marty ma tu szersze znaczenie. Trzeba uważnie czytać tę powieść. Znaleźć coś, co łączy wszystkie kobiety. Odszukać w ich niepokojach i neurozach jakąś cząstkę siebie, bo Zośka, Bosa czy Marta są przecież osobami, które możemy znać z sąsiedztwa, nie wchodząc z nimi w bliższy kontakt.

Tę swojskość zaserwowanych tu problemów, których nie objąłby pewnie jeden gabinet psychoterapeutyczny, Zakrzewska-Morawek stara się pokazać z różnych stron. Przełamuje dramatyzm dowcipnymi wstawkami. Nie pogrąża swoich bohaterek w otchłani rozpaczy. Właściwie sugeruje, że to, co najgorsze, już w życiu przeżyły, choć nigdy nie możemy być pewni tego najgorszego, gdy tkwią w nas niezagojone rany oraz przejścia na zawsze łamiące charakter i życiowe zasady. Wstyd” to nie tylko opowieść upokorzeniach kobiet, ich lękach i próbach przezwyciężania emocjonalnych ograniczeń. To też bardzo interesujący mężczyźni – sportretowani jakby w drugim planie, ale równie wyraźną kreską. Nie ma bowiem u autorki postaci, która byłaby zbędna. Wzajemne zależności wyjaśniają się w trakcie lektury, ale nawet jeśliby traktować „Wstyd” jak ponad setkę etiud literackich, powieść przyniesie satysfakcję czytelnikowi wrażliwemu na niuanse językowe, frazę podporządkowaną chaosowi myślenia, zdania obrazujące bezradność, rozpacz oraz kompulsywną walkę o kolejny dzień.

Zakrzewska-Morawek opowiada o tym, jak funkcjonuje w ludzkiej świadomości poczucie zbędności i w jaki sposób może doprowadzać do autodestrukcji. To także historia o tym, że jesteśmy bezradni wobec życia i odpowiedzialności za drugiego człowieka, jeśli wcześniej zaznaliśmy emocjonalnych deficytów ze strony swoich bliskich. Są w tej książce opowieści wyjątkowo wzruszające, są też momenty bezkompromisowego spotkania z tym, co absolutnie złe, niszczące, potrafiące zgładzić najsilniejszą nawet wolę życia. Marta będzie walczyć o siebie w samotności, a Bosa w opozycji do tego, który krzywdził. Zośka będzie starała się przede wszystkim zapomnieć, ale nikt tu zapomnieć nie potrafi, skoro przeżył coś, co na zawsze zniekształciło strukturę świata, w którym trzeba walczyć o tak zwaną normalność. Opresyjność dzieciństwa i młodości podkreślana jest tutaj punktowo, ale w miarę konsekwentnie. Zakrzewska-Morawek fantazjuje także o tym, w którym momencie nie mamy już prawa powoływać się na doświadczenia z przeszłości i musimy podjąć decyzje kluczowe dla wydobcia się ze schematów.

„Wstyd” jest o tym, co schematycznie powtarzamy, ale także o istocie ludzkich ułomności, bo krzywdzą krzywdzeni albo nieświadomi tego, jak bardzo potrafią być opresyjni. To pouczająca historia o braniu odpowiedzialności za siebie. O pozbywaniu się balastu niesprawiedliwego poczucia winy, które blokuje najbardziej i najbardziej przygniata. Iga Zakrzewska-Morawek pisze także o tym, co niemożliwe do przełamania, i o drogach, którymi nie jest dane kroczyć, bo wymagają zbyt wiele odwagi i samozaparcia. „Wstyd” z czułością pochyla się nad słabościami i obrazuje, w jaki sposób przypominamy swoich bliskich, wciąż na nowo pragnąc się od nich wyzwolić, odciąć. To trudna powieść o rodzinie, przynależności, zaburzonym poczuciu wartości oraz o tym, że zawsze trzeba walczyć. Napisana naprawdę świetnym językiem, który wchłania i uzależnia. Ostatni rozdział przynosi poczucie niedosytu. A jednak autorka opowiada wszystko, co ważne, i w taki sposób, w jaki konsekwentnie chce to przedstawiać. Bardzo interesująca, choć smutna i zapadająca w pamięć cieniem powieść.

2018-02-24

„Legenda o samobójstwie” David Vann

Wydawca: Pauza

Data wydania: 17 stycznia 2018

Liczba stron: 256

Przekład: Dobromiła Jankowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Pożegnanie

„Legenda o samobójstwie” to zbiór wyjątkowo dobranych opowieści. Ich struktura wydaje się mało spójna, ale przecież doskonale widzimy, co stanowi centrum, punkt odniesienia, jądro tej bolesnej bezradności, o której Vann stara się pisać w sposób bardzo stonowany, nie obarczając nas zbyt wielkim balastem emocjonalnym. Trudno wybrać teksty, które wyróżniają się jakoś w tej książce. Każdy stara się niuansować smutek w różny sposób. Każdy też trzyma nas niejako na dystans, bo nie podąża w kierunku sentymentalnej wiwisekcji uczuć. Widzimy raczej obrazy, jesteśmy w centrum wspomnień, mamy do czynienia z fikcją literacką, ale też czytelnymi symbolami. Dziecko, a następnie mężczyzna opowiada o trudnościach i (nie)możliwościach wydobycia się z aktu, który naznacza przede wszystkim żyjącego, choć przecież jest świadectwem dramatu tego, kto odchodzi, gdy wybiera śmierć z własnej ręki. Prawdziwym bohaterem tej książki jest rozpacz, która staje się udziałem mężczyzny. Ta, która pogrążała ojca i kierowała go w stronę emocjonalnej równi pochyłej, ale także ta, z którą musi się zmierzyć osierocony syn, wyjątkowo silnie reagujący na porzucenie cichym, lecz konsekwentnym buntem. Bez niego nie zaistniałyby narracje tworzące tę książkę.



Całość tekstu na stronie "Czas Kultury"

2018-02-20

„Hawana. Podzwrotnikowe delirium” Mark Kurlansky

Wydawca: Czarne

Data wydania: 15 lutego 2018

Liczba stron: 192

Przekład: Tomasz Fiedorek

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Kubański rytm

Reportaż o mieście to nie lada przedsięwzięcie. Nie chodzi tylko o to, by czytelnik zechciał w nim się znaleźć i przejść ulicami portretowanej metropolii. Ważne są konteksty, z jakich każde miasto się wydobywa – społeczny, historyczny, geopolityczny, geograficzny czy socjologiczny. Oddać duszę miasta to pokazać każde jego oblicze. Wydobyć zdarzenia ważne dla jego kształtu i te, które go zmieniały. Pokazać puls ulicy i spojrzeć na miasto z szerszej perspektywy. Myślę, że Mark Kurlansky spisał się znakomicie. Hawana widziana jego oczami to przede wszystkim miejsce sugestywnie sportretowanej różnorodności. Chodzi o jej strukturę, architekturę, mentalność mieszkańców. Także o obyczaje i różnorodność językową oraz kulturową. Tak, gorąca Hawana, gdzie podobno mojito smakuje najlepiej, działa na wyobraźnię i przekonuje do siebie. O ile w rysie historycznym brakowało mi nieco szczegółów dotyczących życia miasta za panowania Fidela Castro (tu autor albo poddaje się politycznej poprawności, albo decyduje na świadome pominięcia, serwując ogólnie znane informacje o deficytach i radzeniu sobie z nimi oraz spiralach różnego rodzaju paranoi dyktatora), o tyle percepcja miasta przez znanych ludzi jest uchwycona w swej drobiazgowości bardzo dobrze. Kurlansky nie tylko cytuje Carpentiera, Greene’a czy Padurę. Nawiązuje dialog z tymi autorami. Przecież Padura to doskonały współczesny kronikarz miasta, a „Gorączka w Hawanie” i jej kontynuacje nie stawiają sobie aż takich wymagań jak Mark Kurlansky. Czyta się jego opowieść o mieście z poczuciem satysfakcji, bo autor dba o detale, ujawniając nie tylko niesłychaną wrażliwość na niuanse ulicy, ale także wnikliwość w portretowaniu historii miasta i sięganiu do materiałów źródłowych.

Kurlansky rozpoczyna od kolorów miasta, a kończy na miejscowym baseballu. Jego opowieść to pokłosie wizyt w kubańskiej stolicy, ale także silnego zaangażowania w śledzeniu losów historycznych miasta. Hawana latami bała się otwartego morza, bo stamtąd przybywały do niej różnego rodzaju zagrożenia. Od czasu Kolumba po ostatnie lata życia Castro – zawsze była miejscem różnego rodzaju ingerencji z zewnątrz, co wpłynęło naturalnie na pewien nieoczywisty obraz metropolii. Miasta bardzo długo naznaczonego niewolnictwem, przemocą, nierównościami społecznymi czy różnego rodzaju oddziaływaniami przybyszów. Jednocześnie miasto, które zwykle jako pierwsze w rejonie otrzymywało luksusowe dobra, a potem szybko musiało się godzić z tym, że luksus jest tam dostępny tylko dla wybranych. Kurlansky opowiada o tym, jak różne nacje oraz religie wpłynęły na specyficzny wizerunek Hawany, i podkreśla przede wszystkim znaczenie różnic kulturowych, dzięki którym zyskała ona niepowtarzalny, w wyjątkowy sposób kosmopolityczny charakter.

A jednak życie w kubańskiej stolicy nigdy nie należało do lekkich. Miejsce historycznych rewolt i wiecznych zmian nie zachowało jakiegoś jednorodnego kształtu przez dłuższy czas. Pokłosie niewolnictwa i różnic społecznych formowało ludzi w pewne grupy, ale nie było też jakichś widocznych antagonizmów, bo wszystkich w niedoli zjednywały upał, bieda i zamiłowanie do charakterystycznych dla Hawany rytmów oddziałujących na świadomość i światopogląd. Kurlansky wspomina miasto, w którym odnalazł wiele pięknych kobiet i ujrzał różne oblicza przemysłu seksualnego. Hawańską prostytucję uczynił tematem swojej książki Daniel Chavarría. Jego świetna „Adiós muchachos” to oczywiście żywioł fikcji literackiej. Autor „Hawany” trzyma się faktów, obrazując różne aspekty zjawiska, wspominając także kubański szowinizm i konteksty związane z takim, a nie innym postrzeganiem zjawiska prostytucji. Hawana się jednak nie prostytuuje – to miasto wie, czego wymagać od siebie, swych mieszkańców, ale także przyjezdnych. Przetrwało najazdy i rewolucje, nie tracąc nic z ognistego charakteru. Dziś na co dzień poszukuje cienia – w znaczeniu dosłownym oraz symbolicznym. Kształtuje się w nieprzewidywalnym po upadku reżimu Castro charakterze, ale to, co niedopowiedziane u Kurlansky’ego, jest dość oczywiste. Hawana zawsze sobie poradzi, zawsze pokaże swój drapieżny pazur, zawsze też będzie miejscem różnorodności zapraszającym do siebie każdego, kto chce jej doświadczyć.

Autor często wspomina Hemingwaya, który w Hawanie zakotwiczył na kilka dekad. Popularność pisarza przyniosła chlubę miejscom, które odwiedzał. Kurlansky opowiada o tym, jak na Kubie rodzi się kultowość. Wskazuje miejsca powstałe w charakterystycznym czasie oraz portretuje ich wyjątkowy charakter. Podążamy śladami Hemingwaya, ale także śladami tych, którzy zdecydowali się o Hawanie pisać wiersze lub prozę. Poszczególne rozdziały rozpoczynają cytaty prowadzące przez autorskie rozważania. Słowa pełne czułości, subtelności, czasem goryczy, ale zawsze powiązane z poczuciem przynależności do tego miejsca. Miasta, które poznajemy także poprzez jego smaki, dźwięki i żywotność zaułków, których inna metropolia nigdy by nie zagospodarowała. Kurlansky wskazuje jednak specyfikę Hawany i zaznacza, że to, co hawańskie, niekoniecznie definiuje samą Kubę. Tkwi jednak pośród ważnych słów o mieście, interpretując je ze swobodą oraz rozwagą, a także wspominając, w jaki sposób pamięć ludzi ważnych dla miasta kształtuje świadomość społeczną kolejnych pokoleń. Tu w roli głównej przede wszystkim José Martí, o którym Mark Kurlansky wspomina wielokrotnie.

Ciekawe jest to, w jak znacznym stopniu afrykańskie wpływy kulturowe ukształtowały miasto. Jak bardzo mimo różnorodności jest ono wewnętrznie spójne i mające wyraźny charakter. To nie tylko Hawana z duszą, to miejsce historycznej walki o wolność tej duszy i miejsce, w którym witalizm przełamywany jest obecnością śmierci w bardzo ciekawym kontekście. „Hawana. Podzwrotnikowe delirium” to przewodnik po mieście, który zrodził się z miłości do niego. Nieprzypadkowo cytowani ludzie także na różne sposoby deklarowali fakt, iż Hawana pozostała im bliska na zawsze. Magnetyczna moc miasta idzie w parze z portretowaną w niej nonszalancją. W kubańskiej stolicy zasadniczo zawsze życie było trudne. Kurlansky pokazuje, w jaki sposób mimo codziennych problemów miejsce to udowadniało, że jest piękne, romantyczne i zawsze autonomiczne – bez względu na ingerencje oraz zaznaczane w nim wpływy. Sugestywna i przekonująca lektura. Rzetelnie napisany reportaż o miejscu, które przywiązuje i które można pokochać.

2018-02-18

„Manipulantka” Isabel Ashdown

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 31 stycznia 2018

Liczba stron: 304

Przekład: Anna Zielińska

Oprawa: miękka

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Siostrzane tajemnice

Anglojęzyczne bestsellerowe thrillery zlewają się w jakąś masę, w której można zatonąć, obserwując próby efektownych zwrotów akcji mających przyciągać uwagę czytelnika. Wówczas bohaterowie wraz z motywacjami swoich działań stają się mało wiarygodni. Bardzo często taki twór literacki chce się trzymać prawdopodobieństw, ale z powodu wolt narracyjnych staje się groteską. Isabel Ashdown nie popełniła tego błędu. Od początku do końca bardzo wyraziście nakreśliła zdarzenia, które nie silą się na to, by zaskakiwać za wszelką cenę. Manipulantka” jest wręcz statyczną powieścią jak na prezentowany gatunek, ale autorka umiejętnie buduje napięcie gdzieś w tle. Bardzo ważne – i tu nie unika sztampowości – będą retrospekcje dające szerszy ogląd tego, co dzieje się w czasie teraźniejszym. Najważniejsze jednak są bohaterki, dwie siostry połączone toksyczną więzią. Kobiety, które przez szesnaście lat nie miały ze sobą kontaktu. Dziewczęta, którym nie było dane zaznać siostrzanej bliskości. Każda z nich jest świetnie sportretowaną postacią przeżywającą dramaty, które będziemy obserwować z dwóch różnych perspektyw. W mroczny sposób uzupełnią się dwie narracje – jedna dystansuje nas od bohaterki, a ta druga, pierwszoosobowa, zbliża do tej krzywdzonej. Do ostatnich stron nie wiemy, czy chodzi o zemstę, czy też może o zwyczajną poprawę relacji. Tak czy owak otrzymujemy intrygujący obraz rodziny tonącej w kłamstwach. Ashdown proponuje wiarygodną i przykuwającą uwagę anatomię kłamstwa, dając przeciwwagę do niedawno wydanej „Kłamczuchy” E. Lockheart, w której motyw konfabulacji praktycznie niszczy spójność i sensowność fabuły. „Manipulantkę” warto zatem przeczytać. Warto zadać sobie pytanie o to, jak wiele skrytych prawd może tworzyć dystans między pozornie najbliższymi ludźmi. Mamy tu także ciekawie – jak w „Gdzie jest Mia?” Alexandry Burt – zaprezentowany motyw porwanego dziecka. Dodatkowo komplikujący już skomplikowane relacje między bohaterami.

Jess dowiaduje się przypadkiem o śmierci matki. Osoby, którą musiała przed laty pożegnać, nie wyjaśniając powodów opuszczenia domu. Wszystko zainicjowała i zrealizowała siostra Jess, która uznała, że tak będzie najlepiej. Dla kogo? Powracająca po latach kobieta ponownie staje twarzą w twarz z Emily. Starszą – choć jedynie o dziesięć miesięcy – siostrą, z którą latami tworzyły relacje oparte na zależności i nieustannym napięciu. Okrucieństwo wobec młodszej ujawnia się stopniowo, ale najważniejsze są motywy, dla których ta druga wręcz zesłała ją na wieloletnią tułaczkę po świecie. Dziś Emily jest szczęśliwą matką, choć nie tworzy związku formalnego z mężczyzną, do którego zbliży się Jess po tym, jak Emily wspaniałomyślnie pozwoli jej zamieszkać w swoim domu. Przybywająca do niego kobieta ujrzy szereg skomplikowanych relacji między domownikami. Równie skomplikowanych co relacje z przeszłości, kiedy Emily dominowała, dyktowała warunki, potrafiła upodlić i bezwzględnie dążyła do zaspokajania tylko własnych potrzeb.

Dom, do którego trafia Jess, zdaje się domem idealnym. Do momentu, w którym ktoś porywa maleńką córkę Emily i Jamesa. Jess miała być odpowiedzialna za dziecko, kiedy rodzice wyszli z domu, by świętować nadejście Nowego Roku. Straciła świadomość, jak działo się wielokrotnie w przeszłości, i nie jest pewna tego, co stało się z dzieckiem. Widzi natomiast, jak rośnie w zrozpaczonej matce podejrzliwość wobec siostry. Potem wobec swojej pasierbicy. Emily zdaje sobie sprawę z tego, że nikomu nie może zaufać. A to przecież na zaufanie zawsze stawiała i było to jej ulubione słowo…

Obserwujemy zagubioną w pustce matkę, która nadużywa leków uspokajających oraz alkoholu. Wokół niej struktura domu rodzinnego chcącego utrzymać swój fundament i nie dać się rozpaczy. Jess szybko zjednuje sobie sympatię domowników. Emily czuje gniew. Frustruje ją to, że po raz kolejny to siostra swą łagodnością i zdolnością do empatii zjednuje sobie ludzi, do których Emily nie może się w pełni zbliżyć. Poznając jednak szczegóły z mrocznej przeszłości sióstr, coraz lepiej rozumiemy istotę napięcia, które zaczyna panować w domu Emily i Jamesa. Bynajmniej niezwiązaną z tym, że zniknęło dziecko i trudno znaleźć jakiś ślad porywacza.

Ashdown portretuje nie tylko rodzinną psychodramę. Ukazuje przerażające fakty z przeszłości, które naznaczyły relacje między siostrami podejrzliwością oraz uprzedzeniami. Emily od początku nie wzbudza zaufania czytelnika, ale nie wiemy do końca, czym kieruje się Jess. Siostry dawniej pozwalały sobie na ujawnianie emocji wobec siebie. Teraz tkwią obok przyczajone. Któraś z nich nie zdaje sobie sprawy z tego, co miało miejsce przed laty. Nie rozumie motywacji siostry aż do pewnego momentu. Emily skupia czytelniczą uwagę, ale w gruncie rzeczy najważniejsze są nowe relacje. To, co udało się stworzyć Jess. To, do czego nigdy nie była zdolna jej siostra…

„Manipulantka” to narracja wydobywająca z mroków czasu przeszłego wszystko to, co niezbędne, by zrozumieć motywacje bohaterek. Dwóch sióstr połączonych specyficzną więzią. Uzależnionych od siebie niejako, a potem na życzenie jednej z nich oddzielonych od siebie na lata. Ta konfrontacja jest pasjonująca, ale warto zauważyć, że Ashdown nie koncentruje się tylko na tym. Wokół zaginięcia dziecka buduje zupełnie inną intrygę. Każda z nich trzyma się ram wiarygodności i prawdopodobieństwa. Każda oddziałuje na emocje i trzyma czytelnika w trudnym do zniesienia napięciu. To naprawdę rasowy thriller, choć nie odbywa się tu nic, co w sensie dosłownym mogłoby zjeżyć włos na głowie. Isabel Ashdown wnika bardzo głęboko w emocje sióstr, pokazując wszelkie traumy w wyjątkowo czytelnym świetle. Ta układanka zagadek przeradza się w opowieść o bolesnych formach odrzucenia. O zawiści i zazdrości, które potrafią zniszczyć jedną z najważniejszych relacji w życiu. To także historia dwóch domów naznaczonych tajemnicami i niedopowiedzeniami. Dom, który z takim wysiłkiem stworzyła Emily, zaczyna przypominać ten rodzinny, skąd wydobyły się siostry. Rozpad relacji z czasu teraźniejszego jest stopniowy i konsekwentny. Zmierzamy do finałowej tragedii. Albo oczyszczenia. Autorka w żaden sposób nie zasugeruje, co nas czeka. Dlatego „Manipulantka” to powieść naprawdę zaskakująca, w pełni realistyczna i wiarygodna – nawet gdy portretuje trudne do zniesienia pokłady wszelkich złych emocji i uczuć, które mogą tkwić w człowieku.

2018-02-15

„Elegia dla bidoków” J.D. Vance

Wydawca: Marginesy

Data wydania: 15 lutego 2018

Liczba stron: 304

Przekład: Tomasz S. Gałązka

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Odkrywanie Ameryki?

Usiłuję zrozumieć fenomen książki J.D. Vance’a. Problem w tym, że nie widzę w niej niczego unikatowego, niczego szczególnie odkrywczego ani też nawet wyraźnie wzruszającego, choć autor stara się z drobiazgowością i tkliwością przedstawić własną rodzinę, w której na co dzień dominowały szorstkość i agresja. Elegia dla bidoków” jest autobiograficzną narracją, którą czyta się jak reportaż. Mało pasjonujący, niestety. Vance na bazie własnej biografii pokazuje schemat wydobywania się z patologicznych warunków rodzinnych, portretując amerykańską klasę robotniczą i uznając jej cechy za szalenie dystynktywne. Chodzi o spiralę przemocy, poczucie beznadziei i ubóstwo – także intelektualne – przekazywane z pokolenia na pokolenie, specyficzny rodzaj marazmu i bierności oraz silną solidarność klasową. Ci, co mają mało albo nie posiadają niczego, zawsze trzymają się razem. Rzadko kiedy wydobywają się z przykrych uwarunkowań społecznych, bo rzadko chcą wziąć odpowiedzialność za siebie. Zarówno wskazane cechy tak charakterystyczne dla wielu grup społecznych na całym globie, jak i oczywiste dość przesłanie, że wszystko zależy od naszych indywidualnych decyzji i determinacji, by wydobyć się z toksycznego środowiska – to wszystko Vance przedstawia jak prawdy objawione. To też książka absolutnie amerykocentryczna. Narrator stale podkreśla, że mimo biedy i dramatycznych wydarzeń z dzieciństwa oraz młodości wciąż żyje w najwspanialszym i najbogatszym (sic!) kraju na świecie. Ta patriotyczna duma nie uwierałaby tak bardzo, gdyby nie czyniła całej książki tendencyjną. „Elegia dla bidoków” opisuje bardzo proste mechanizmy socjologiczne, prezentuje miałkie tło kulturowe i opowiada o losach autora w sposób bardzo przewidywalny.

Centrum wszystkiego był zawsze dom prababci, a nie ponure Middleton w Ohio, którego sama nazwa została stworzona naprędce i byle jak. Tam, w Kentucky, czas płynął inaczej i relacje rodzinne były odmienne od tych, które tworzyła zagubiona w życiu matka zapominająca o odpowiedzialności za syna. Vance opowiada o babci i dziadku, czule nazywa ich Mamaw i Papaw. Mimo że odziedziczyli – jak wszyscy w środowisku – gwałtowność i porywczość, obdarowali wnuka wyjątkową miłością i to ona stała się fundamentem do zmian w jego życiu. Brzmi wystarczająco wzruszająco? Jeśli nie, Vance brnie w ten wizerunek cudownych dziadków dalej. Pokazuje, z jakich uwarunkowań się wydobyli i co uznawali za priorytet. Ich status oraz emocje zawsze wyrażane są w języku. Najpierw mówią, później myślą, a czasami zdarza im się tylko to pierwsze. Hołubiony wnuk jest dla nich prywatnym marzeniem o lepszym życiu, którego z wielu powodów nie doświadczyli, ale które – w przeciwieństwie do innych – mogą sobie wyobrazić. W orbicie wpływów staruszków, którzy nie szczędzili obelg i szorstkości, wyrasta wspaniały chłopiec. Vance podkreśla, że jego osiągnięciem jest przede wszystkim zwyczajne życie, ale są w książce momenty, od których odpycha dość przygnębiająca autoadoracja.

Jest to także książka o Ameryce. Doskonałym państwie z pewną grupą niedoskonałych obywateli. Tych, którzy zarzucili realizację amerykańskiego snu i postanowili wieść życie jak najbardziej przyziemne – nie wymagając niczego od siebie, ale bardzo wiele od otoczenia. J.D. Vance portretuje skomplikowane relacje z matką zmieniającą partnerów i narkotyki, ale obrazuje także specyficzną siłę tych toksycznych więzi. Chce być odkrywczy, gdy analizuje, jak silnie przywiązują do siebie przemoc, rozpacz, gniew i rozczarowania. Mamy się dowiedzieć, że zintensyfikowane przez to więzi są dużo mocniejsze niż te wypracowane w tak zwanych normalnych rodzinach. Nihil novi. Aby podkreślić swą nieprzystawalność do tego uporządkowanego świata, Vance analizuje swoją akademicką drogę w Yale, obrazując dość dowcipnie zderzenia prowincjonalnego bidoka z okolic Appalachów z dziećmi, którym bogaci i wpływowi rodzice urządzili życie pewnie na długo przed ich narodzinami. To też szczególnie nie przykuwa uwagi. To, co jest ciekawe w opowieści Vance’a, to ta umiejętność spojrzenia na trudne dzieciństwo i młodość jako na trampolinę, dzięki którym w gniewie odbił się gdzieś dalej niż inni. Wymagało to nie lada konsekwencji oraz determinacji, więc całkiem słusznie autor dumny jest ze swych osiągnięć. Analizując jednak losy tych, którym się nie udało, nie proponuje żadnej rzetelnej analizy socjologicznej czy psychologicznej. A jednak ujął tą opowieścią swoich rodaków. Siłą, z jaką przekonuje od początku do końca o tym, że naprawdę wszystko zależy od nas samych. Rozbijając się o rafy pretensjonalności, autor „Elegii dla bidoków” klaruje jednocześnie bardzo czytelne przesłanie, dzięki któremu ta książka mogłaby być zakwalifikowana na półkę z poradnikami o tym, jak dobrze i godziwie żyć. Na pewno nie odnalazłbym jej razem z wartościowymi rozprawami o amerykańskim rozwarstwieniu społecznym i przemianach kulturowych pięciu dekad minionego stulecia, a także o tym, jaki jest tego skutek w stuleciu obecnym.

Vance chce swoim pisaniem przełamać kompleksy oraz stereotypy. Jest dość wyraźny w tym, co chce przekazać, ale – jak wspomniałem – nie ma do przekazania niczego odkrywczego. Pokazuje, jak wydobyć z siebie skuteczny bunt, by pożegnać się z tymi wszystkimi stygmatyzowanymi przez społeczeństwo ludźmi, którzy grzęzną coraz mocniej we własnej bezradności. Vance przełamał genetyczne apatię, gwałtowność, potrzebę utyskiwania na system i tworzących go ludzi. Wyszedł poza proste uwarunkowania i osiągnął ogromny sukces, ale portretując drogę do tego sukcesu, nie opowiada nam o swej ukochanej Ameryce niczego, czego średnio zorientowany w codzienności USA obywatel świata by nie wiedział. To też książka usiłująca zrozumieć autodestrukcyjność określonej grupy społecznej znajdującej się pod presją tradycji i religii. Chce się z niej zrobić przewodnik o tym, dlaczego taki, a nie inny człowiek wygrał w Ameryce wybory prezydenckie. To, że „Elegia dla bidoków” prezentuje sugestywny punkt widzenia na kraj, nie czyni jej specjalnie ideologiczną. Co więcej – Vance nie wyjaśnia więcej i dokładniej niż to, co przedstawiają media, do których krytyczny stosunek mają jego ziomkowie. Portretowani ludzie i trudne rodziny nie są w żaden sposób hermetyczni. Prezentowanie struktury ich życia oraz braku perspektyw na przyszłość ani nie jest twórczą diagnozą, ani też nie zmusza do stawiania sobie jakichś szczególnie ważnych pytań. Wartość tej książki polega na tym, że opowiada o konsekwencji w działaniu, która umożliwia kolosalne zmiany. Poza tym – nie proponuje żadnej frapującej historii, a niektóre rozdziały są tak boleśnie przewidywalne, że lektura może zwyczajnie znużyć.

2018-02-12

„Burza” Steve Sem-Sandberg

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 31 stycznia 2018

Liczba stron: 320

Przekład: Paulina Rosińska

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Odsłaniając przeszłość

„Burza” to powieść koturnowa. Teatralna. W połowie niewiarygodna i wyjątkowo ponura. Steve Sem-Sandberg bardzo się postarał, bo po mistrzowsku dobrał dekoracje. Wyspa, której topografię rzeczywistą i mentalną stara się przedstawić. Elektryzujący temat, czyli osadzony w małej społeczności nazista, wobec którego trzeba przyjąć określone stanowisko. Przeszłość wyłaniająca się fragmentarycznie. Wypełzająca gdzieś z portretowanej w powieści mgły. Wszystko w doskonałych proporcjach, a jednak wierzy się tylko pamięci, choć to ją przede wszystkim „Burza” ma kwestionować. Narrator przybywa po latach tam, dokąd nie powinien się już wybierać. Odwiedzając Żółty Dom, w którym się wychowywał z siostrą, rekonstruuje przeszłość, odnajdując ślady sprawiające wrażenie podsuniętych po to, by fabuła gładko toczyła się do przodu. Nie wierzę w to, że z taką łatwością i precyzją bohater odsłania prawdziwe karty czasu minionego. Niewiarygodne jest to, jak bezproblemowo się to odbywa. Praktycznie bez emocji. Scena za sceną, dialog za dialogiem – to tak, jakby było odczytywane z kartki, przygotowane, niewyzwalające w odkrywającym żadnych emocji. Dlatego „Burza” mnie rozczarowała. Będąc powieścią o konfabulacjach, powinna zbudować przejmujący obraz dezintegracji, obrazować rozpaczliwe próby zachowania tożsamości. Winna targać emocjami tego, który odkrywa, że świat nie był taki, jakim go postrzegał, a ten fałszywy ogląd miał ogromny wpływ na dalsze, dorosłe życie. Otrzymujemy stępiające czujność powolne tempo, mnogość intryg i wątków, z których nie wszystkie mają uzasadnienie dla dramatyzowania fabuły. Bohatera, który powinien tracić oddech i ginąć w mrocznych domysłach. Tymczasem metodycznie, skrupulatnie i bez wyjaśnienia, jakie ma źródła tak obszernej wiedzy, odsłania mistyfikacje, trzymając się jakby z dala od tego, co było, i tego, co właśnie się dzieje.

To nie jest tak, że Steve Sem-Sandberg zbyt opieszale przystępuje do budowania dramatyzmu. Chodzi o to, że w gruncie rzeczy tego dramatyzmu tu nie ma albo jest kompletnie niewiarygodny. Andreas czyta, przegląda, analizuje, obserwuje. Układa nam przeszłość w gładkich zdaniach i czyni się zdystansowanym kronikarzem, opowiadając przecież o odkrywaniu przerażających i bolesnych prawd z własnej przeszłości. Jak wspomniałem, wierzę – paradoksalnie w odniesieniu do przesłania – tylko w to, co pamięta. Widzę dwóch mężczyzn w wannie. Dawnego opiekuna i chłopca, który teraz musi pomóc zniedołężniałemu samotnikowi. Widzę ciało dryfujące w wodzie. Ciało bliskiej Andreasowi osoby, która nie miała sił na to, by mierzyć się z życiem. Drżącą dłoń z kamieniem mającym pozbawić życia. Widzę wyspę z jej klaustrofobiczną atmosferą, narastającym niepokojem, relacjami mieszkańców wahającymi się między otwartą wrogością a przenikliwym chłodem obojętności. Kompletnie nie czuję tego, że zapamiętane elementy zaczynają się mieszać w mrocznym tyglu i sklejać w spójną całość. „Burza” stawia wiele znaków zapytania i dużo wymagań przed czytelnikiem, ale ostatecznie jest powieścią prostego wykładu. Bez emocji, dwuznaczności, bez napięcia odkrywania bolesnych prawd przez narratora – postać dość papierową. A jednak jest w tej historii klimat, który może ująć. Można dać się skusić, choć to wszystko w niewiarygodny sposób jest nam opowiedziane. Nienawiść i poczucie wyobcowania zawsze można interesująco sportretować. Dla mnie interesujące są postaci, które być może nie odgrywają tak ważnej roli dla zrozumienia tego, co wydarzyło się na wyspie.

Minna, siostra Andreasa, zawsze nad nim dominowała. On przez całe swoje życie był gotów wszystko jej wybaczać, byle tylko znaleźć się blisko i poczuć kimś istotnym. Starsza siostra jest szorstka, a wobec otoczenia bywa agresywna i krnąbrna. Jej brat – przede wszystkim bezradny, całkowicie zagubiony w zmieniających się siostrzanych emocjach, wciąż tak samo jej wierny i przez całe życie tkwiący w wyrzutach sumienia, że robi za mało, by przełamać widziane coraz wyraźniej odrzucenie. Równie odrzucony, ale przez społeczność wyspy, jest nieszczęśliwy Johannes, człowiek zaprzeczający wielu krzywdzącym niejakiego Kaufmanna opiniom. Skupiony na dwójce dzieci, które miały z nim zostać tylko na chwilę, a zostały na wiele lat. Johannes zaprzecza posądzaniu Kaufmanna o sprzyjaniu ideologii nazistowskiej. Równie silnie buntuje się wobec odium miejscowej społeczności, która nie ma pozytywnego stosunku do tego, że mężczyzna wychowuje Minnę i Andreasa. Ta dwójka to być może jedyni ludzie, których był w stanie pokochać. Jedyni przełamujący jego obcość i samotność tak silnie zakorzenioną, że nie sposób zbliżyć się do starzejącego się opiekuna, bo nawet przed swymi wychowankami stara się do końca trzymać gardę. To Johannes jako pierwszy i być może jedyny będzie opłakiwał odejście jednego z dzieci. To on w swych niejednoznacznych motywacjach i wyborach życiowych jest najbardziej wyrazistą postacią tej powieści. Wydobytą z pamięci, nie z jej porządkowania i decydowania, co było prawdą, a co złudzeniem. Związek Johannesa z dziećmi, których porzucili rodzice, jest sam w sobie bardzo niejednoznaczny. Dużo bardziej niż motywacje Kaufmanna, tego klasycznego Złego z wyspy. Na wyspie znalazło się dużo więcej zła, niż można byłoby przypuszczać. Wkraczając w jego otchłań, Andreas notuje fakty, lecz nie przeżywa odkryć. Cała gama skrytych emocji obnażona jest dyskretnie przede wszystkim we wspomnieniach z życia w Żółtym Domu, w którym – w przeciwieństwie do nastrojów panujących na wyspie – miała zaistnieć przestrzeń prawdziwie rodzinnego porozumienia.

„Burza”, czerpiąc z Szekspira nie tylko w kwestii tytułu, odnosi się do różnych definicji wyobcowania i pokazuje skomplikowane zależności między ludźmi walczącymi o wpływy na wyizolowanym skrawku ziemi. Gdy Andreas powraca na wyspę, jest ona już skomunikowana ze stałym lądem. We wspomnieniach nie ma mostów – ani tych rzeczywistych, ani pomagających mieszkańcom wzajemnie się zrozumieć. Są zmowa milczenia i jej konsekwencje. Jest narastająca agresja, a w kontraście do niej bezradność. Sprawy wyspy nigdy tak naprawdę nie wydostały się poza nią. Żeby zrozumieć historię, której nie pojął Andreas, a być może zrozumiała Minna, trzeba uświadomić sobie, że czas i przestrzeń lądu na morzu wyglądają zupełnie inaczej niż gdzie indziej. Steve Sem-Sandberg chce kwestionować i uwiarygodnić niektóre wspomnienia. Opowiedzieć o mistyfikacjach i wygodnych dla ludzi kłamstwach. Pokazać, jak nieświadome niczego dzieci stają się nosicielami ciężaru ponad ich siły. Wplątane w sieć zależności, z którymi nie poradziłby sobie nawet dorosły. „Burza” to też powieść o norweskich rozliczeniach z nazizmem i wszelkimi konsekwencjami tego mrocznego romansu z ideologią wytyczającą inne prawa, inną moralność. Byłaby to niezmiernie pasjonująca lektura, gdyby dodano do niej… pierwiastek ludzki. Bo literacko nie można mieć żadnych zastrzeżeń. Można jednak pisać pięknie, a mało przekonująco. „Burza” rozczarowuje tym, że mimo magnetycznego wręcz przesłania (okrucieństwo i jego konsekwencje zawsze przyciągają uwagę), trzyma czytelnika na dystans do siebie.

2018-02-09

„Grzech zaniechania” Małgorzata Rogala

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 15 lutego 2018

Liczba stron: 344

Oprawa: miękka

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Utracone zaufanie

Małgorzata Rogala jest wyjątkową pisarką. Podczas gdy inni twórcy literatury kryminalnej zamykają cykl swoich książek w modnym dzisiaj tryptyku, autorka pisze dalej. Co więcej, coraz lepiej i coraz bardziej sugestywnie. Grzech zaniechania”, mimo iż mamy do czynienia z aż dwoma mordercami, wyraźniej wybrzmi jako powieść obyczajowa niż kryminał. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że opowiada o zawiedzionym zaufaniu. O ludziach, którzy powinni być dla nas podporą, a są toksycznymi manipulantami. Rogala ambitnie rozpoczyna cytatem z Freuda, ale szybko zorientujemy się, jakie ma on podstawy i w jaki sposób najnowsza narracja autorki odnosi się do kwestii psychoanalizy. Dość wspomnieć, że denatką w tej części perypetii Górskiej i Tomczyka będzie lekarka zajmująca się swymi pacjentami w sposób co najmniej kontrowersyjny. Okazuje się, że prawdziwej i uczciwej terapii potrzebuje większość bohaterów, którzy mierzą się ze śmiercią psychiatry. Mamy tu także motyw ludzkiej potrzeby wejścia w to, co nieświadome. Odkrywania siebie, które może być bardzo niebezpieczne, jeśli odbywa się pod kierunkiem dyletanta. Małgorzata Rogala napisała dość kontrowersyjną książkę, w której trudno będzie się przejrzeć zarówno psychoterapeutom, jak i nadopiekuńczym rodzicom. Poza tym stawia swoją bohaterkę w zupełnie zaskakującej sytuacji, która przerasta ją i szokuje. Tak, to naprawdę świetna narracja. Będzie gratką zwłaszcza dla czytelników całej serii, albowiem na kartach „Grzechu zaniechania” powracają wspomnienia i bohaterowie z poprzednich książek.

Co przydarza się Agacie Górskiej? Dotychczas śledząca i przesłuchująca sama stanie się przesłuchiwaną. Zostaną jej postawione poważne zarzuty. Ktoś będzie miał duży interes w tym, by Górska znalazła się w areszcie – i tak się w istocie stanie. Scena zamykająca „Zastrzyk śmierci” jest jednocześnie dynamicznym otwarciem „Grzechu zaniechania”. Agata Górska znajdzie się w bardzo trudnej sytuacji, w której będzie musiała pewne kwestie przewartościować. Przyjrzy się też temu, w jaki sposób działa czasem wymiar sprawiedliwości, i zrozumie, że nie zawsze działa on sprawiedliwie. To, że Rogala zamknie swą główną bohaterkę za kratkami, nie spowoduje bynajmniej, że fabuła stanie się mniej dynamiczna. Sławek Tomczyk będzie prowadził śledztwo za dwoje, wspierając Agatę i pomagając jej uporać się z dość opresyjnym zbiegiem okoliczności, którego efektem są zarzuty i aresztowanie.

Wspomniana już lekarka zostaje znaleziona martwa w swym gabinecie. Razem z dwójką wspólników prowadziła ośrodek psychoterapeutyczny. Podczas przesłuchań wychodzi na jaw, że każdy z pracowników ośrodka ma swoje tajemnice i że doktor Brzozowska nie zawsze właściwie interpretowała w swych działaniach słowa przysięgi Hipokratesa. Bardzo ciekawą postacią jest jedna z terapeutek ośrodka, którą poznajemy, gdy zmaga się z niechęcią do rozpoczęcia kolejnego dnia pracy. Antagonistka denatki opowiada Górskiej i Tomczykowi o tym, w jaki sposób zmarła manipulowała pacjentami. Każe im spojrzeć na psychoterapię w bardzo mrocznym świetle. Bo działalność mająca na celu pomaganie innym w wielu sferach zamienia się w intratny biznes. Nie chodzi tylko o to, że moda na psychoterapię przyciąga wszelkiej maści dyletantów mieniących się specjalistami. Judyta uchyla rąbka tajemnicy – przedstawia świat doskonale skonstruowanego biznesu, w którym terapeuci tworzą rynek konkurencji, niekoniecznie podmiotowo traktując pacjentów. Judyta Halska, ostoja moralności i uczciwości, nie może odnaleźć się w świecie, w którym wartości uległy relatywizacji i gdzie pacjent niekoniecznie jest tym, czyje dobro powinno być najważniejsze.

Na śmierć Brzozowskiej panicznym lękiem reaguje jedna z matek pacjentek. Od początku widzimy, jak skomplikowane są relacje matki i córki, którymi opiekowała się zmarła. Czy naprawdę była to opieka? Toksyczna matka z zaburzeniami jest w stanie stworzyć Rozalii więzienie. Czternastolatka marzy tylko o przestrzeni i możliwości złapania oddechu, co spowoduje, że zdecyduje się na desperacki krok. Dziewczynka z niezwykłą konsekwencją i odwagą walczy o samostanowienie. O coś, co często odbierane jest w gabinetach terapeutycznych podczas spotkań z sugerowaną tezą. To przeraża bardziej niż bezpośrednie krzywdzenie drugiego człowieka. Rogala porusza problem manipulacji, jakie mają miejsce wówczas, gdy człowiek jest na nie wyjątkowo podatny, a także etyki zawodu, który powinien być jednym z najbardziej godnych zaufania publicznego.

„Grzech zaniechania” to także opowieść o skomplikowanych związkach, w których bohaterowie gubią się na tyle, że popełniają mniejsze lub większe błędy. Także takie, które trudno naprawić. Rogala sięga głębiej – rysuje konteksty przedstawianych problemów bardzo wyraźną kreską i zmusza nas do podjęcia wysiłku przeanalizowania kilku sytuacji za uczestniczących w nich bohaterów. Jak wspomniałem, warstwa obyczajowa tej powieści będzie dominować nad wątkami kryminalnymi, ale w tej drugiej kwestii Małgorzata Rogala opowiedziała nam niemało. W poprzednich książkach mniej mieliśmy okazji, by rozejrzeć się uważniej wokół, przyjrzeć pozakryminalnym uwarunkowaniom działań bohaterów. Powodem tego jest także pomysł na zamknięcie Agaty Górskiej w areszcie i uczynienie z niej tej, co do której można mieć wątpliwości, czy postąpiła słusznie. Także stawiać pytania o to, co się stało feralnego dnia, który doprowadził do sformułowania zaskakującego aktu oskarżenia.

To powieść o naszej podatności na wpływy i o ludzkiej bezradności wobec tego, kim naprawdę możemy się stać, jeśli zostaniemy zmanipulowani przez innych. Jest w niej sporo kontrowersji, ale dzięki temu czyta się ją z dużymi emocjami i myślę, że jest to książka mogąca wywołać debatę publiczną o kondycji zarówno rynku terapeutycznego w Polsce, jak i zagubionych w życiowych priorytetach rodziców, którzy nie są w stanie dać dziecku tego, czego od nich oczekuje. Grzech zaniechania” to wyjątkowa pozycja w ambitnym dorobku Rogali. Wyjątkowo skutecznie przykuwa uwagę od pierwszej do ostatniej strony. Wielbiciele autorki będą zachwyceni. Jest w doskonałej formie i ma nam do powiedzenia niejedną fascynującą historię, nie zamykając się w tryptyku narracji kryminalnej. Tę powieść szczególnie gorąco polecam tym, co zostali zranieni przez osobę, której ufali. Mocna rzecz z wyjątkowo trudnym, ale czytelnym przesłaniem.

2018-02-06

„Chcę wierzyć w waszą niewinność” Magda Louis

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 6 lutego 2018

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Język i ludzkie dramaty

Magda Louis swoją książką świetnie uzupełnia dwie ciekawe narracje opisujące polską emigrację na Wyspach Brytyjskich. Po mocno promowanych „Angolach” Ewy Winnickiej i dużo rzadziej omawianym „Przystanku Londyn” Jacka Wąsowicza pojawia się rzecz specyficzna i ciekawa. Ujęcie problematyki polskiej emigracji w Wielkiej Brytanii widzianej oczyma pracującej w służbie publicznej tłumaczki, przez siedem lat towarzyszącej oskarżonym i przesłuchiwanym polskiego pochodzenia w sprawach, w których byli sprawcami, ofiarami, ale nie tylko. Także w szeregu wieloznacznych postępowań, kiedy język polski okazywał się jedynym pomostem zrozumienia między brytyjskim wymiarem sprawiedliwości a zagubionym człowiekiem, od którego wymaga się zeznań. „Chcę wierzyć w waszą niewinność” ma nieco przewrotny tytuł, albowiem Louis już w pierwszym reportażu opowiada historię mężczyzny, którego wina wydaje się wypisana na twarzy. Ta książka opowiada nie tylko o zderzeniu polskich emigrantów z brytyjskim prawem, ale także o tym, jaka jest struktura systemu sprawiedliwości na Wyspach, jak działają policja, koroner, sądy pierwszej instancji czy izby przesłuchań. Czyta się to z niesłabnącym zainteresowaniem nie tylko dlatego, że z polskich opowieści wyłaniają się ogólne problemy, z którymi Wielka Brytania niejednokrotnie nie może dać sobie rady. Czyta się to także jak intymny pamiętnik, gdyż ta książka to być może autorska szansa na pozbycie się traum wspomnień oraz nieznośnego napięcia towarzyszącego w zawodzie, którego wiarygodność i obiektywizm były kwestionowane nawet na sali sądowej.

Ten zbiór tekstów obrazuje przede wszystkim ogromne napięcie, jakiemu poddany jest tłumacz uczestniczący w śledztwach. To bardzo wyczerpująca emocjonalnie praca, o której godność walczą sami tłumacze. Magda Louis sygnalizuje, że pożegnała się z tym zawodem pod wpływem zmian określających kompetencje tłumaczy i zakres ich obowiązków. Wcześniej był to zawód dla wybranych. Dla tych, którzy między dwoma językami widzieli jeszcze całą masę kontekstów, a ich interpretacje musieli zachować dla siebie. Bardzo ciekawy jest reportaż, w którym Louis opisuje bliższą znajomość z holenderską tłumaczką, charyzmatyczną i przebojową, ale jednocześnie zagubioną we własnych emocjach. Te muszą być kontrolowane na posterunkach policji, w pokojach przesłuchań, w celach, na salach sądowych. Magda Louis pisze być może terapeutycznie – opowiadanie z precyzją o siedmiu latach pracy, która narażała na obcowanie z niesamowitymi okrucieństwem i przemocą, jest dla niej szansą pożegnania bolesnego balastu i uporządkowania emocji kłębiących się gdzieś pod powierzchnią nie zawsze gładko tłumaczonych słów i fraz.

Tym razem Louis chce wytłumaczyć, w jak trudnej sytuacji znajdują się polscy emigranci, gdy zmuszeni są do konfrontacji z brytyjskim wymiarem sprawiedliwości. Opowieści są rozmaite – jedne wyjątkowo mrożące krew w żyłach, inne bardzo emocjonujące, niektóre po prostu zabawne. Louis uczestniczyła w przesłuchaniach bitych żon, porzuconych dzieci, sprawców afer o wymiarze obyczajowym i tych, którzy potrafili zabić. Spektrum prezentowanych problemów jest bardzo duże, a wszystkie reportaże wychodzą od jednostkowej sprawy, by potem nakreślać kluczowe kwestie w wymiarze ogólnokrajowym. Przyjrzymy się zatem, w jaki sposób Wielka Brytania walczy ze zorganizowaną przestępczością, z pedofilią czy przemocą domową. Ta ostatnia dotyka chyba autorkę najmocniej, bo w reportażu o ofierze przemocy domowej, której nie udało się pomóc, jest zarówno bezradność, jak i kobieca złość – także na te krzywdzone, które w imię pozornej stabilności związku wycofują się często z obciążających partnerów zeznań i decydują na dalsze z życie pośród gróźb czy siniaków pojawiających się wciąż na nowo…

Myślę, że takie ślady, ale przede wszystkim na psychice, pozostawiło te siedem lat, które Magda Louis portretuje jako czas wyjątkowo trudnych doświadczeń. Tłumacz w służbie publicznej wszelkie emocje musi zachować dla siebie. Czasem widzi więcej niż przesłuchujący, ale nie powinien dzielić się swoimi przemyśleniami. Jest człowiekiem od języka i nikim ponad to. A przecież – jak widać w narracjach Louis – przede wszystkim uważnym obserwatorem, który nie jest w stanie skupiać się tylko na przekładzie, bo czasem żeby oddać niuanse językowe, trzeba znać ich niewerbalne konteksty. Chcę wierzyć w waszą niewinność” to także opowieść o tym, w jak dużym stopniu Wielka Brytania wyszła naprzeciw potrzebom emigrantów nieanglojęzycznych i do czego ta uległość doprowadziła. Najpopularniejszego języka świata nie trzeba znać w najmniejszym nawet stopniu, aby na Wyspach zdobyć wszystko, co potrzebne do godnej egzystencji. Tę godność odbierają jednak zbiegi okoliczności albo celowe podążanie po równi pochyłej. Książkę otwiera informacja o tym, że w ubiegłym roku w brytyjskich więzieniach naliczono już prawie 10 tysięcy Polaków. Ich wzajemne animozje doprowadzają czasami do dramatów. Louis nie feruje wyroków i nie wchodzi w socjologizowanie. Z jej doświadczeń wynika jednak, jak bardzo zatomizowani potrafią być polscy emigranci i jak często to zatomizowanie może prowadzić do tego, że niektórymi zajmie się wymiar sprawiedliwości.

Te reportaże to głównie opowieści o tych Polakach, którym na emigracji z różnych powodów nie wyszło to godne, wymarzone życie, dla którego potrafili poświęcić wiele, a nawet wszystko. Smutne historie o ludzkiej desperacji, samotności i bezradności. Skomplikowane procedury umieszczają zarówno katów, jak i ofiary w dość specyficznych poczekalniach czasowych. Emigranci nie tyle nie rozumieją systemu, który musi określić winę i karę, ile przede wszystkim nie chcą go zrozumieć. Tłumacz okazuje się czasem kimś na kształt duchowego powiernika, choć przecież nie wolno mu być nikim innym niż tłumaczem. Co zrobić jednak w relacji z dzieckiem, które zaznało przemocy, albo zagubionym w rzeczywistości Wielkiej Brytanii rodakiem będącym przede wszystkim ofiarą paskudnego zbiegu okoliczności? Louis nie feruje wyroków i opowiada o swoich doświadczeniach zawodowych dość obiektywnie. Wie, że teraz, po latach, nie musi trzymać gardy, nie musi podkreślać swej bezstronności, siły charakteru czy emocjonalnej przewagi nad klientami. Ta książka to także dowód tego, ile trudności pojawiało się na co dzień, jak wyglądały chwile słabości i przede wszystkim – co takie zajęcie może zrobić z uporządkowaną na pozór sferą emocji. To także opowieść o problemach, z którymi Wielka Brytania sobie nie radzi, i o przestępcach wymykających się jasno ustalonym kategoriom i przyporządkowaniom. Czyta się to trochę jak opowieść sensacyjną, ale cały czas powinno się mieć na uwadze, że te reportaże obrazują zderzenia. Stosy dokumentacji danej sprawy a oskarżony lub ofiara jako ludzie z krwi i kości – dwie zupełnie inne sfery, w jednej dominuje język pisany, w drugiej mówiony. Louis zauważa też absurdy, punktuje sytuacje zwyczajnie zabawne. Cały czas jednak opowiada o wykonywanym z pasją zawodzie, który może stać się przekleństwem niczym przestępstwo, jakiego dopuszcza się klient. „Chcę wierzyć w waszą niewinność” to świetna literatura faktu i interesująca opowieść o momencie konfrontacji innych kultur, mentalności i światopoglądów. Tej konfrontacji trzeba nadać jakiś wymiar i ubrać ją w słowa. Magda Louis dobiera je do swej książki z rozsądkiem i empatią. Stara się być obiektywna, ale jednocześnie każe spojrzeć na ludzkie dramaty jako coś, co wydobyło się z szeregu nieobiektywnych uwarunkowań. Świetna rzecz!

2018-02-03

„Kłamczucha” E. Lockhart

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 31 stycznia 2018

Liczba stron: 320

Przekład: Agnieszka Brodzik

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Przesyt intryg

Powieść przedstawiana od końca. Nawet gdyby została zaprezentowana od początku, można by było utonąć w mieliznach fabularnych, nielogicznościach i nie tyle zaskakujących, ile absurdalnych zwrotach akcji. Kłamczucha” – produkt bliżej nieokreślony gatunkowo. Książka za poważna na nurt young adult, bo jednak morderstwa to trochę przesada w tym zakresie. Zbyt niepoważna na klasyczny thriller, gdyż opowiada jakąś odrealnioną historię o dzianych dzieciakach, które samoloty traktują jak taksówki, karty kredytowe niczym zabawki, a drogie hotele jak poczekalnie. Wszystko tu szwankuje – pomysł na historię, jego realizacja, charakterystyka bohaterów i bardzo przewidywalna, wprowadzająca trochę w zażenowanie fabularna wolta w zakończeniu. E. Lockhart na pewno czyta się bardzo szybko. Myślę, że nawet zapominając wcześniejsze rozdziały już w trakcie lektury – nieważne, czy ułożono by je chronologicznie, czy odczytywano w ten oryginalny w założeniu autorki sposób. Zakładam sobie, że tego typu książki mają spełniać przede wszystkim funkcję rozrywkową. „Kłamczucha” nie tyle opowiada o niedorzecznościach, ile przede wszystkim rozsadza się wewnętrznie nadmiarem zdarzeń. Namnożone jedynie stępiają percepcję. Myślę, że pewnie o to chodzi, bo to przecież książka przede wszystkim o tym, jak postrzegamy innych i jak łatwo w tym postrzeganiu możemy ulec złudzeniom.

Główna bohaterka – nie wspomnę imienia, bo to kwestia zawikłanej tożsamości – zrodziła się z jakiejś koszmarnej historii w stylu horrorów z lat osiemdziesiątych minionej dekady. Doświadczyła czegoś, co na zawsze w dużym stopniu rujnuje psychikę, nie pozwalając na normalny dalszy ciąg życia. Z jakiegoś powodu stała się niczym bohaterka filmu sensacyjnego mająca nadprzyrodzone zdolności, jak umiejętność bycia niewidzialną, wieloaspektowe oszustwa i stwarzanie odpowiednich pozorów zawsze wtedy, gdy chce coś osiągnąć. A zazwyczaj jest doskonale pewna tego, czego chce. Bohaterka ma za sobą traumatyczną przeszłość i jakiś enigmatyczny kurs stawania się twardą. Odporną na ciosy w sensie dosłownym i metaforycznym. Gotową rozprawić się z każdym i w każdych okolicznościach. Dzielnie udającą coraz to nowe osoby, by jeszcze bardziej gubić się w sobie, tracić kontakt ze swoimi emocjami, przestać odróżniać rzeczywistą osobowość od stworzonych przez siebie fikcyjnych tożsamości. Ach, jeszcze ma serce z kamienia, bo coś w tym wszystkim powinno być wyjątkowo wyraźne. A jak bohater nie potrafi kochać, to już jest dużo ciekawszy, bo atrofia uczuć to przecież przejaw wyjątkowego skrzywdzenia przez los. Kogo zatem mamy? Osiemnastolatkę z bagażem doświadczeń dorosłego. Zachowującą się w sytuacjach krytycznych albo z wyjątkową dbałością o swą wiarygodność, albo też niczym dziecko, któremu ktoś odebrał ulubioną zabawkę. Jest nie tylko labilna emocjonalnie, ale dość poważnie zaburzona. Otoczenie tego nie dostrzega. Każdy, kto znajdzie się w orbicie jej wpływów, będzie narażony na toksyczne relacje, z których nie wynika nic dobrego.

Tak jak z całego przesłania „Kłamczuchy”. Autorka uwiarygodnia przekaz, cytując Ervinga Goffmana, który twierdził, że ludzki charakter jest jedną wielką adaptacją i gramy różne role w zależności od kontekstu spotkania towarzyskiego oraz osób biorących w nim udział. Będziemy zatem obserwować szereg usankcjonowanych naukowym cytatem zachowań, za którymi stać będą zazdrość, zawiść, poczucie wyobcowania i bezwzględna kontrola nad życiem drugiej osoby. Lockhart opowiada historię szarej myszki, która pracuje nad mięśniami oraz złudnym poczuciem pewności siebie, i jej bardzo bogatej koleżanki z traumatycznym dzieciństwem zrekompensowanym przez wszystkie dobra doczesne przybranych rodziców usiłujących przy okazji zagłaskać swą córkę na śmierć. Relacje między dziewczynami będą bardzo dynamiczne. Z nieuporządkowanych retrospekcji będzie wyłaniał się obraz tej toksycznej przyjaźni oraz groźne jej konsekwencje. Poniosą je obie czy tylko jedna z nich? Ta, która przestała być czujna i pozwoliła sobie na wtargnięcie w sferę prawdziwych emocji? Odnosi się chwilami wrażenie, że jedna z dziewcząt warta jest drugiej. Antypatyczni bohaterowie tej książki nie są w stanie wykrzesać z czytelnika większego współczucia. A jednak czyta się to z zapartym tchem, nie tyle śledząc szereg niedorzeczności, ile przede wszystkim usiłując pojąć, jakie są zasadnicze motywy zachowania tej, która krzywdzi.

Jedna z dziewczyn przejmuje tożsamość drugiej. Niebywałe jest to, z jaką łatwością jej to przychodzi. Nie mam na myśli drobnych oszustw wynikających z faktu, że upodobnia się wyglądem i może robić w konia kilka osób w kilku sytuacjach. Nie, tu przedstawione są oszustwa finansowe na dużą skalę, które przebiegają nadzwyczaj łatwo. Naprawdę łatwo też zagubić się w logice zdarzeń, kiedy czytelnik podda się ich dynamicznemu rytmowi. „Kłamczucha” ma budować napięcie i radzi sobie z tym całkiem nieźle. Gorzej, gdy chcemy się zatrzymać i spokojnie przeanalizować, co tu się właściwie dzieje. Także to, co się wydarzyło, albowiem przeszłość bohaterek nakreślana jest wyjątkowo pospiesznie i tonie w półcieniach. Pewnie tak miało być, ale nie czyni to dramatów dziewczyn bardziej wiarygodnymi.

E. Lockhart zaznacza jeszcze czytelny feministyczny sznyt tej narracji. Główna bohaterka buduje w sobie poczucie pewności i szkoli się w walce. Wie, że w tym świecie wszystko przychodzi łatwo mężczyznom, a kobiety utkwiły w statycznych wzorcach zachowania, których przełamać nie sposób. Aby osiągnąć własne cele, trzeba mieć twardy kark i mocne pięści. A zatem udaje się zniszczyć wzorce i pokazać, że kobieta jest górą. Nawet ta, która dopiero dorasta do kobiecości, mając w sobie przede wszystkim skrzywdzone i oszukane dziecko. Płaska dosyć i zupełnie niepogłębiona dychotomia, która tonie w stereotypach, a niezależność bohaterki wizualizuje się nam tym samym groteskowo. Najtrudniejsze do pojęcia są motywy postępowania. Niby dość czytelne jest to, dlaczego jedna z przyjaciółek okaże się zdrajczynią, ale wszechobecna atmosfera podejrzliwości czyni z tej książki spektakl marionetek, bo każda postać to teza, nie zaś charakter. Czyta się „Kłamczuchę” z rosnącym przeświadczeniem o pewnym wyprowadzeniu w pole, ale także z poczuciem, że ani nie jest to wartościowa literacko rzecz, ani też w żaden wyjątkowo spektakularny sposób nie podnosi ciśnienia, będąc powieścią właśnie takiej konwencji. Stracony czas. Choć szybko mi mijał.