Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-08-31

„Na linii świata” Manuela Gretkowska

Wydawca: Znak

Data wydania: 16 sierpnia 2017

Liczba stron: 304

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Apokalipsa i chaos

Zadziwia mnie literacki fenomen Manueli Gretkowskiej. Osoby tak uważnej w obserwacji świata, tak wnikliwej w jego postrzeganiu, tak inteligentnej w wydobywaniu jego absurdów, a tak kompletnie niepotrafiącej o tym wszystkim napisać dobrej powieści. Już od wielu, wielu lat. „Na linii świata” przyciągnęło moją uwagę tym, że po pierwsze – jak głosi wieść wydawnicza – autorka na coś się odważyła (musiał być to niezwykły krok, bo Gretkowskiej w żadnym aspekcie działalności i sposobu wyrazu odwagi nie brakuje), a po drugie – wpisała się w modny katastroficzny nurt literatury współczesnej, na którym niektórzy co nieco ugrali, a z innych się śmieją. Manuela Gretkowska nie wniesie niczego, co mogłoby wywoływać ogólnospołeczne dyskusje, ale też w żaden sposób nie jest śmieszna. Groźna i zagadkowa do pewnego momentu. Potem kompletnie niezrozumiała w tym, co chce przekazać, gdy łączy ze sobą tanie science fiction i teorie fizyki kwantowej. Powieść otwarta jest bardzo dobrze i chociaż nerw publicystyczny każe w niej topić za dużo i w nierównomiernych proporcjach, ze strony na stronę jest coraz bardziej obiecująco. Do pewnego momentu jednak. Może do tego, w którym porzucona jest ta ułomna ludzkość, a wprowadzona pewna wykładnia dziejów niejako z zewnątrz. A przecież to narracja o ludzkich troskach, potrzebach, zagubieniu i wstydzie. Szkoda, że ludzie w niej sami za siebie nie mówią.

Nie będziemy tutaj mieli do czynienia z klasyczną dystopią, ponieważ wszystko zaczyna się jak obyczajówka takiej frazy, do której Gretkowska zdążyła nas przyzwyczaić. Zanim akcja przeniesie się za ocean, otrzymujemy – którą już z kolei tego pióra – opowieść o tym, jak przedmiotowo traktowana jest w Polsce kobieta i jak często fasadowe w swych założeniach mogą być ruchy feministyczne skupiające przedstawicielki charakteryzujące się odrobiną (a może wcale nie odrobiną) hipokryzji. Natasza zarabia na wideospotkaniach ze stęsknionymi wirtualnego seksu mężczyznami, studiując jednocześnie psychologię, na którą na pewno nie poszła po to, by przeanalizować rodzinne traumy stawiające ją w gronie głodnych samopoznania kandydatek na ten kierunek. Natasza prowadzi specyficzną grę i jednocześnie badania terenowe. Nie dochodzi do żadnych zasadniczych wniosków, a jej partnerzy po drugiej stronie ekranu komputerowego mają chyba więcej namacalnych korzyści. Bohaterka wydobyła się z prowincji, gdzie w XXI wieku zasięg telefonii komórkowej jest czymś deficytowym i na jego braku można zarobić. Stara się żyć tak, by skrywać wewnętrzne niedosyty i jednocześnie nie obnażać się za bardzo przez nikim. Woli nagość przed komputerem, a tej metaforycznej się wstydzi. Boi się tego, co ją czeka w świecie, który staje się coraz bardziej konserwatywny i gdzie intelektualista z robotniczej rodziny chadza z ostrym narzędziem, którego gotów jest użyć – dla zemsty lub zabawy. Okrutnie potraktowana przez dziekana postanawia zrejterować. Z uczelni i z wirtualnej rzeczywistości. Pod adres kogoś, kogo spotkania w internecie interesowały nieco inaczej niż pozostałych.


Tom decyduje się na sprowadzenie Nataszy do amerykańskiej Doliny Krzemowej, by dziewczyna zajęła się jego autystycznym dzieckiem. Rodzinne zatomizowanie, jakim naznaczone będzie życie Toma, zainicjowała już matka, wobec której trzeba było być żebrakiem czułości. Ta druga matka, partnerka Toma, też okazała się matką wolącą trzymać się na dystans ze swym macierzyństwem i wynikającymi z tego obowiązkami. Ethan przejął po ojcu pewną atrofię uczuć i emocji. Widzi świat, który tworzy na własnych zasadach. Do tego świata usiłuje dotrzeć Natasza. Nowy kraj, nowe wyzwania, nowe relacje. Ludzie z otoczenia Toma są równie ekscentryczni jak on sam. Kryją w sobie tajemnice albo kompulsywnie się kochają i tak samo działają, mówiąc obcym wszystko – także to, czego obcy nie chcą słuchać. Interesujące jest w tej części powieści zarysowane tło socjologiczne, w którym tkwią ludzie wygodni (majątek, odpowiednia miejscówka, czas i ochota na wszelakie formy ekscentryczności) i tacy, co dotarli już do pewnego kresu swoich doznań oraz osiągnięć. Tom jest zajęty zmienianiem rzeczywistości, z którą tak naprawdę nie ma żadnego kontaktu emocjonalnego. Ethan tkwi w bezpiecznym kokonie, gdzie nie ma miejsca na bliskość kogokolwiek. Śmiali w sferze obyczajowej i seksualnej sąsiedzi Toma także odcinają się, zaprzeczając i poszukując jednocześnie. Świat tych relacji doskonale się rozpada. Natasza nawiąże bliższą więź z kimś innym, tworzącym przez dłuższy czas tylko tło. Liczy się na to, że apokalipsa zawłaszczy tę nicość, ale pozostawi swoich bohaterów z wszystkim, co ludzkie. Gretkowska idzie w innym kierunku. Zaczyna mieć paradoksalnie coraz mniej do powiedzenia w momencie, w którym zacznie wyjaśniać genezę zapoczątkowanych zmian. Sensacyjna fabuła jeszcze nadal przykuwa uwagę, ale tylko do pewnego momentu. Wtedy robi się już naprawdę nieznośnie.

Wszystkie dyżurne tematy autorka doskonale już przerobiła, tworząc książki z podobnymi problemami i podobnym schematem stawiania pytań. To, co opresyjne, dalej jest tym samym. To, z czym walczymy wewnętrznie, także zostało zdefiniowane. Tu dochodzi też wspomniana już rozpoznawalna fraza. Dialogi i sytuacje są afektowane, dość teatralne, kompletnie się nie zazębiają i w oczekiwaniu na piękną katastrofę Gretkowska serwuje nam opary absurdu oraz narastający chaos. Tak, „Na linii świata” to kolejny dowód na to, że pisarka jest mistrzynią literackiego chaosu. Chce opowiedzieć o świecie, który mimo naszych koszmarnych ingerencji zawsze jakoś dawał sobie radę i zapewne da w przyszłości. Tutaj apokaliptyczność sugerowana jest w kilku wymiarach, a element oczyszczenia czy jakiejś jasno wyrażonej refleksji nie oczyszcza pola działania szalonej wyobraźni Manueli Gretkowskiej. Niejasny jest status samej Nataszy, bohaterki pierwszoplanowej i zarazem epizodycznej. Nie chodzi o to, że trzeba się pewnych kwestii domyślać, ale o to, kto te zasadnicze wypowiada albo też swoim zachowaniem wyraża. Dlatego ta narracja – jak wiele poprzednich – znowu jest nieudana, bo językowo kaleka i z dość pretensjonalnym dydaktyzmem, który niszczy większość powieści o apokaliptycznym charakterze. Gretkowska pokazała związki człowieka z czymś, co mechaniczne i co jako wytwór człowieczej nieudolności oraz kompleksów może się obrócić przeciwko niemu jak w opowieści o losach twórcy Frankensteina. „Na linii świata” to książka pokazująca różne modele relacji, ale niewchodząca w prawdziwą relację z czytelnikiem. Szkoda, bo to wszystko miało jakiś potencjał.

2017-08-29

„Stancje” Wioletta Grzegorzewska

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 30 sierpnia 2017

Liczba stron: 188

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Konfrontacje... ze sobą

Gdy Wioletta Grzegorzewska zamykała „Guguły”, jej bohaterka nie miała odwagi ruszyć w świat. Hektary były wszystkim, co rozumiała, pojmowała i co dawało poczucie bezpieczeństwa. „Stancje” to opowieść o tym, co się wydarzyło po zmianie decyzji. O ruszeniu w ten wielki świat, który symbolizuje najbliższa metropolia – Częstochowa. Czy Wioletta Rogala jest gotowa na to, by wędrować? W tej momentami poetyckiej prozie opowiadającej o realiach w gruncie rzeczy pozbawionego barw etapu studenckiego życia czai się nie tylko strach głównej bohaterki, która niesie ze sobą wspomnienia z rodzinnej wsi i łączy je w świadomości z tym, co opowiadają ludzie w mieście. Jest w niej także ta bliżej nieokreślona forma świata, który dopiero trzeba sobie złożyć w całość. Czasem myśląc o nieprzebytej materii kosmosu, czasem przywołując śmierć. Stancje” to opowieść o ważności wspomnień oraz o doświadczeniach w relacjach międzyludzkich wywołujących obcość i pewną trwogę przed światem. To też historia kobiecej uważności, delikatności i empatii w słuchaniu z elementami subtelnego erotyzmu oraz dygresjami dotyczącymi różnych form życia, bo przecież nieprzypadkowo Wioletta na zajęciach z łaciny odmienia czasownik „żyć”.

Grzegorzewska wie, w jaki sposób opowiadać o świecie i jak na drodze opowiadania stawiać ludzi, którym trzeba się uważnie przyjrzeć. Stosunek bohaterki „Stancji” do ludzi jest enigmatycznie ambiwalentny, ale trafnie diagnozuje ją kochanek, którego śladów poszukuje w wielkim mieście. Wioletta z jednej strony jest bardzo zdystansowana i chłodna wobec otoczenia. Widzimy, że nie nawiązuje żadnych trwałych relacji z rówieśnikami tak dobrze czującymi się na studiach w Częstochowie. Z drugiej jednak strony przyciąga do siebie tych, którzy chcą opowiedzieć o swoich rzeczach ważnych. Wydobywają z czasu minionego obrazy, które słuchaczka zestawia z tym, jak sama postrzega wciąż nieoswojony, dziwny i zaskakujący świat wokół. Ten, który mimo wszystko trzeba oswoić, bo powrót do Hektarów jest już niemożliwy. Wioletta nie jedzie do domu na święta, zakotwicza się w obcych przestrzeniach, prześladują ją wizyjne obrazki z przeszłości i niepokoi śmierć w kilku wymiarach. Ta, wobec której bohaterka chce zachować pamięć, gromadząc papierowe nekrologi. Ta, która się wydarzyła, ale nie została w świadomości akceptowalna – jak śmierć córki jednej z dobrych dusz, która proponuje Wioletce mieszkanie, ale w gruncie rzeczy chce ją zamknąć w swoim świecie wspomnień i traum.

Stancje są zasadniczo trzy, ale poza nimi kilka płaszczyzn życiowych, z którymi kontakt jest źródłem nieustającego zdziwienia – nad kształtem świata i ukształtowanych przez ten świat ludzi. Wioletta odnajduje przy farelce bliskość z innymi mieszkańcami hotelu robotniczego, w którym nie zainwestowano w ogrzewanie. Płynnie wchodzi w narzucone role i w codzienność życia zakonnic, które oferują jej tymczasowy pokój na poddaszu. Kiedy w końcu decyduje się na swoje lokum, nie jest ono tym, czego Wioletta mogłaby oczekiwać. Jest to opowieść niedokończona i w zasadzie to historia pewnych początków, a czasami dramatycznych końców. Tworzą ją ludzie wokół bohaterki i jej świadomość. To, co pamięta – co chce zapamiętać i co w tej pamięci uwiera. W tym znaczeniu „Stancje” zbliżają się odrobinę do debiutu prozatorskiego Weroniki Gogoli „Po trochu”. Ale fraza i sposób obrazowania rzeczywistości Grzegorzewskiej to coś, co zostało już dopracowane i we wszystkich szczegółach wymyślone w „Gugułach”. Czy druga książka jest zatem wtórna? Bynajmniej. Oczekuje być może innego odczytania, bo to historia pewnego otwarcia, a nie zamknięcia czasu, do którego nie można już przecież powrócić.

Interesujące zakończenie tej książki każe nam zrewidować każdy pogląd na temat tego, co się wcześniej wydarzyło. Wioletta poszukuje możliwości czy je odrzuca? Stara się dostosować czy dostosowuje to, co widzi, do ukształtowanych już wyobrażeń i wrażliwości? Spotykani znajomi z Hektarów są już inni, mają inne priorytety, wyglądają inaczej, inaczej się zachowują. Wioletta unika bliskości, na jaką pozwalała wcześniej. Mierzy się z odejściem babki, które naznacza ją na kilka sposobów. Częstochowa nie zbliża się do niej, to miasto wciąż pozostaje zagadkowo obce. Można w nim spotkać nieszczęście pod postacią agresywnych skinów, można też uciec w niebyt na kilka dni, by ocknąć się i ponownie spróbować zmierzyć z prozą życia.

„Stancje” to opowieść jednocześnie o bezradności i determinacji. O tym, w jaki sposób żyją w nas wspomnienia, i o lęku przed wychodzeniem naprzeciw temu, co nowe. Zbyt wiele wydobyło się stamtąd, skąd Wioletta Rogala wyjeżdża. Zbyt ciężki bagaż emocjonalny ze sobą zabrała. Czy poszukuje własnej tożsamości? Może chce rozpaczliwie wydobywać intymne okruchy z pamięci innych, by zatrzeć w swojej to, co ją uwiera i stygmatyzuje? Grzegorzewska podpowiada kilka tropów interpretacyjnych. Dlatego też ważne, że jej teksty są krótkie. To takie punktowanie problemów, ale bardzo uważne i niepozbawione czułości. „Stancje” wydobywają się z „Guguł”, ale są też narracją o czymś nowym. Bohaterka musi się odnaleźć nie tylko w specyficznych przestrzeniach i pośród specyficznych ludzi. Musi uwiarygodnić samą siebie, nazwać i określić swoje potrzeby, emocje. Chciałoby się tę książkę nazwać opowieścią drogi, ale w gruncie rzeczy chodzi o pewne zatrzymanie się i uważność. Pośród opowieści, które nie znaczyłyby niczego, gdyby nie przyjmowała ich do siebie tak uważna słuchaczka.

Lata dziewięćdziesiąte minionego stulecia ożywają w sposób wybiórczy i bardzo sugestywny. Pośród wojen gdzieś daleko – Czeczenia czy Bałkany – toczy się też prywatna wojna o samostanowienie. Na ile można wrócić do tego, co kryją w sobie Hektary, a na ile próbować zakorzenić w nowym mieście i z nowymi ludźmi? Co z rozczarowaniami, które malują Częstochowę w smutnych barwach i dają do zrozumienia, że koloryt pozostał tam, gdzie rodzina i znajoma okolica? Myślę, że „Stancje” domagać się będą uzupełnień i Wioletta Grzegorzewska doskonale wie, o czym mogłaby napisać kolejne książki. Ta jest melancholijna, zestawia przejawy witalizmu ze śmiercią, czaruje poetyckością opisów tego, co wokół, i zastanawia nad skomplikowanym pejzażem emocjonalnym głównej bohaterki. To też historia o tym, że na każdym etapie życia kształtują nas doświadczenia innych. O czułości i empatii, którą można połączyć z dystansem niezbędnym do uważnych obserwacji. Piękna książka. Dużo bardziej skondensowane były „Guguły”, ale i tutaj mnogość ścieżek interpretacyjnych poprowadzi nas przez zagadkowość istnienia i doświadczania świata.

2017-08-26

„Zawód: powieściopisarz” Haruki Murakami

Wydawca: MUZA

Data wydania: 16 sierpnia 2017

Liczba stron: 288

Przekład: Anna Zielińska-Elliott

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Warsztat pracy i filozofia życia

Po kilku przygodach z powieściami Murakamiego oraz jednym spotkaniem ze zbiorem jego opowiadań postanowiłem sobie, że będę czytał książki japońskiego pisarza tylko wtedy, gdy nie będą fikcjami literackimi. Dużą przyjemnością było poznawanie przed siedmiu laty jego publikacji o bieganiu i ze sporą dozą ciekawości podchodziłem właśnie do tej. Tym bardziej że „Zawód: powieściopisarz” tematycznie znajduje się zdecydowanie w kręgu moich zainteresowań egzemplifikowanych rozmowami z autorami, w których za każdym razem – choć zawsze inaczej – pytam o istotę procesu twórczego i kondycję współczesnego prozaika. Czy Murakami opowiedział mi tu coś, czego nie byłem świadom? Niekoniecznie. Istotne w tej książce jest jednak to, że opowiada o niesamowitej konsekwencji w działaniu. O wytyczeniu rytmu i kierunku drogi twórczej, których w żaden sposób nie naruszy największe nawet tsunami. Bo krajobraz mentalny Murakamiego nigdy nie będzie przypominał świata po Fukushimie, do którego odwołuje się w swych rozważaniach. Zawód: powieściopisarz” jest pełną ironicznej autoadoracji opowieścią o wyborze, jego konsekwencjach oraz o tym, jak raz na zawsze określić swój status, nazwać własne oczekiwania, realizować je i być spełnionym w tym, co się robi.

Haruki Murakami unika rozgłosu medialnego. Nie przepada za wystąpieniami publicznymi. Tkwi w świecie, który zbudował sobie z wyobrażeń i selekcji faktów, i bardzo dba o to, żeby ten świat był harmonijny. Cokolwiek o pisaniu napisze człowiek, który z pisania żyje ponad 35 lat, będzie to ważne i nie sposób podejść do tych esejów tak krytycznie jak do powieści japońskiego autora. Bo wydaje mi się, że Murakami pisze uczciwie, bez zawikłanych zestawień, bez zbędnej terminologii, odniesień, symboliki, porównań. Łączy ze sobą to, kim jest jako człowiek piszący, z tym, czego oczekuje od niego świat. Jest to w dużej mierze książka bardzo intymna, ale obok interesujących rozważań na temat choćby japońskiego rynku wydawniczego czy kreowania bohaterów literackich pojawiają się frazy tąpnięcia, po których chwilę trzeba dochodzić do siebie. Jak wyznanie, że potrzeba pisania gromadzi się Murakamiemu jak woda przed zaporą, gdy topnieje śnieg…

Kiedy autor nie używa pretensjonalnych metafor, całkiem zgrabnie i konsekwentnie pisze o własnym warsztacie, który miał swój specyficzny początek. Bo potrzeba pisania zrodziła się pod wpływem znaczącej dla Murakamiego chwili pewnego dnia sezonu baseballowego. „Zawód: powieściopisarz” to zbiór bardzo uporządkowanych tematycznie i formalnie esejów, które odzwierciedlają to wewnętrzne uporządkowanie autora. Każda jego książka zrodziła się w sposób naturalny, przewidywalny, określony w czasie i bez tak zwanej męki twórczej, albowiem pisarz twierdzi z przekonaniem, że wszystkie zdania zawsze wypływały z jego wyobraźni gładko. Można zastanawiać się, na ile takie wyznania są świadectwem wspomnianej już konsekwencji w działaniu twórczym, a na ile zwyczajnego wyrobnictwa. Nie można jednak odmówić racji Murakamiemu, kiedy powtarza frazę, którą gdzieś zasłyszał: o tym, że nie można zadowolić wszystkich i należy zadowolić samego siebie.

Czy czytelnik i wielbiciel jego prozy będzie zadowolony z tej książki? Na pewno tak. Widać, że jest przemyślana i ułożona w bardzo zhierarchizowanym porządku. Całość to efekt pewnego zdziwienia – sobą i tym, co do tej pory udało się osiągnąć. Murakami spotyka się nie tylko z własną świadomością, ale przede wszystkim przysiada, by poopowiadać innym o czymś, co wydawało się przez lata intymne. Ta książka to dowód na to, że z natury nietowarzyski człowiek może się do nas jednak dosiąść i szczerze o sobie opowiedzieć. Strzegący swojej prywatności prozaik pozwala sobie na niebywałą wręcz otwartość. Nie ma w tym egzaltacji ani megalomanii. Jest swoista spowiedź, dość uczciwa. Dotyczy pracy nad materią, z której nie wszyscy potem są zadowoleni. Jakkolwiek oceniać twórczość japońskiego pisarza, trzeba uznać, że pokazuje proces pisania, odzierając go z wielu narosłych mitów i legend. To efekt uważnego obserwowania rzeczywistości i wyciągania wniosków w szerokim kontekście. Nieważne, jakie są potem literackie tego efekty. Widać wyraźnie, że pisanie porządkuje życie, ma pewną strukturę, nie jest w opinii Harukiego Murakamiego ani czymś błyskotliwym, ani też czynnością zasługującą na szczególne uwagę i podziw.

„Zawód: powieściopisarz” to książka odwołująca się stale do upływu czasu i sytuująca przemyślenia w kontekście kilku dekad, podczas których zmieniała się recepcja danego dzieła, zasadniczy pomysł na nie i przyglądanie się danej książce z nieco innej autorskiej perspektywy. Interesujące są opowieści o tym, w jaki sposób Murakami najpierw odbierał, a potem tworzył literaturę w języku angielskim. Jak zaistniał w amerykańskich, a potem europejskich wydawnictwach. W jaki sposób odcinał się od wszystkiego, co opresyjne w japońskim rynku wydawniczym, i jak konsekwentnie szedł swoją drogą. To też mądra książka o tym, jaki stosunek trzeba przyjąć do krytyki literackiej i jak zwyczajnie robić swoje, jeśli uznaje się, iż jest to robota celowa i słuszna.

Murakami mówi o tym, że tylko upływ czasu może zweryfikować zarówno oryginalność, jak i ważność danej książki. Widzimy także, w jaki sposób ten pogląd się narodził. Co na niego wpłynęło – czy w większym stopniu odbiór literatury na świecie, czy też może uważne przyglądanie się Murakamiego samemu sobie. To książka o poczuciu własnej wartości, o człowieku spełnionym. Taka opowieść o życiu, na które niejednego nie stać, bo brakuje mu odwagi albo określenia priorytetów. W takim rozumieniu „Zawód: powieściopisarz” to historia o tym, w jaki sposób najpierw poszukuje się życiowej harmonii, a potem w niej umacnia. Gdyby jednak świat literacki obfitował w tak uporządkowane, zadowolone z siebie i pewne swego persony, literatura w gruncie rzeczy przestałaby zaskakiwać. Murakami pisze o porządku. Tak, te eseje porządkują sprawy i nazywają je w sposób racjonalny. Tkwią jednak nad przepaścią wzruszeń i emocji, o których wielu pisarzy nie potrafiłoby opowiedzieć w takiej formie jak Murakami. Napisane zostało to, co można wyrazić i w przypadku autora – konkretnie uporządkować. Pewnego rodzaju rozczarowanie po lekturze wiąże się z tym, że właściwie już wszystko wiemy, wszystkiego się dowiedzieliśmy. Tożsamość pisarza to może być tylko to, co zamknie się w zbiorze jedenastu tekstów z posłowiem?

2017-08-24

„Pikantne historie dla pendżabskich wdów” Balli Kaur Jaswal

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 2 sierpnia 2017

Liczba stron: 408

Przekład: Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Kobiety i wolność

Lekka i pozornie przyjemna narracja o wyjątkowo trudnych sprawach. Literacko – słabiutki chick lit z tendencjami do moralizowania i upraszczania jednocześnie. Tematycznie – rzecz zajmująca się z uwagą opresyjną kulturą patriarchalną pogranicza Indii i Pakistanu. Balli Kaur Jaswal zgrabnie łączy powieść obyczajową z elementami kryminalnymi i trafnymi socjologicznymi obserwacjami Brytyjki spoglądającej na rodaczki z Indii, które mimo dekad spędzonych w innym kraju pozostają wierne swej kulturze i pochodzeniu – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Byłaby to książka naprawdę godna uwagi, gdyby główna bohaterka nie bawiła się w nauczycielkę i mentorkę nie tylko dla swoich powieściowych podopiecznych. Momenty, w których czytelnik może dojść do samodzielnych wniosków, są bardzo rzadkie, albowiem dwudziestodwuletnia Nikki skomentuje każdy aspekt obserwowanych zdarzeń i nie zezwoli na inne niż jej własne interpretacje tego, co się dzieje z pendżabskimi kobietami. A dzieje się sporo, choć Balli Kaur Jaswal usiłuje podkreślić, że prawdziwe wyzwolenie spod władzy mężczyzn, z kostycznych struktur wspólnoty i odbierających podmiotowość uzależnień opierać się ma na tym, że kobiety będą sobie ze swobodą i frywolnością opowiadać seksualne historie rodem z serii „Harlequin Desire”. Szkoda, że w powieści podejmującej ważny temat uwarunkowań kobiecego uprzedmiotowienia w kulturze Dalekiego Wschodu pojawia się sugestia, że uwięzienie w domach i własnych głowach należy zwalczyć erotycznymi fantazjami i to one będą początkiem drogi do zmian. Głównie w relacjach damsko-męskich.

Cieszę się, że autorka książki nie unika podkreślania problemu kobiet, które same dla siebie potrafią być najbardziej toksyczne, wpychając się solidarnie w szereg różnego rodzaju ograniczeń i sankcjonując tym samym ład oparty na podległości mężczyźnie i dobru rodziny. Kuriozalne wspomnienia o tym, jak teściowe kładą się w łóżkach między małżonkami, to ledwie początek opowieści o opresyjności, której ramy niejednokrotnie narzucają sobie same kobiety. Ale Balli Kaur Jaswal wychodzi poza to, bo w „Pikantnych historiach dla pendżabskich wdów” będzie mowa przede wszystkim o zupełnie innej solidarności. Oswojone ze swymi erotycznymi fantazjami i wsłuchane w opowieści o poszukiwaniu dróg spełnienia pożądania indyjskie kobiety znajdują nową płaszczyznę porozumienia, a w niej siłę do tego, by się zmienić. Nie widzimy co prawda, jak się zmieniają, ku czemu to zmierza i czy bliskość wokół intymnych opowieści niesie ze sobą jakąkolwiek zmianę w przestrzeni funkcjonowania obywatelskiego we wspólnocie. Jaswal pozwala swoim bohaterkom po raz pierwszy nazwać po swojemu wolność. Dzięki temu zrozumieją, że Wielka Brytania, której języka, kultury i codziennego życia nie przyswoiły jako własnych, pozwala im na coś, czego nigdy nie dały rodzinne strony – na swobodę wyrażania siebie, swoich pragnień i oczekiwań. Na wolność dokonywania wyboru.

Dla Nikki ta wolność jest priorytetem. Młoda dziewczyna wyprowadza się z domu, co jest czynem nie tyle potępianym, ile w dużej mierze wymagającym takich pokładów siły i indywidualizmu, których sikhijskie kobiety nie są w stanie w sobie odnaleźć. Nikki jest łatwiej, bo jest Brytyjką. Nie tylko, także Pendżabką i sikhijką. Te trzy tożsamości mają się uzupełniać, ale też i wykluczają się. Nikki, która porzuciła studia prawnicze ku niezadowoleniu ojca, jest przekonana, że ów nieżyjący już mężczyzna chciał, by realizowała swoje cele i marzenia, ale w kształcie, w jakim on je dla niej zaplanował. Bohaterka postanawia opuścić rodzinę, bo jest niezależna i doskonale wie, jak opresyjny kształt ma wspólnota, w której kobiety zmuszane są do aranżowanych małżeństw i przez całe życie w związkach nigdy nie czują prawdziwej bliskości z mężczyzną. Los chce, że stanie przed nią zadanie współpracy z kobietami. Tradycjonalistkami, ciekawymi jednak czegoś nowego. Nikki wejdzie w świat, którego do końca nie rozumie, i będzie odkrywać mroczne zagadki wspólnoty, w której kobiecość jest elementem targów i ustaleń między mężczyznami. Balli Kaur Jaswal zobrazuje nam środowisko kobiet przez całe życie pokornie schylających głowy przed tradycją, niepisanymi zasadami, żądną podporządkowania męskością i tym, co zwyczajnie ludzie powiedzą, a ich języki wyjątkowo parzą.

Żeby zdynamizować fabułę i dodać jej barw, autorka wprowadzi do historii Nikki i jej kursantek z gurudwary kilka spraw kryminalnych związanych z młodymi pendżabskimi dziewczętami, wobec których los był nie tyle niesprawiedliwy, ile okrutny. Tymczasem zgromadzone wokół Nikki kobiety w białych szatach są po utracie mężów niewidzialne. Nie istnieją dla mężczyzn, są tłem opresyjnej wspólnoty. Nigdy nie stanowiły o sobie, nie wyrażały własnego zdania i nie miały pojęcia o tym, że mogą mieć jakikolwiek wpływ na kształt własnego otoczenia. Pendżabskie wdowy zaczynają fantazjować i dzięki temu czują, że na moment się wyzwoliły. To, co robią, zmierza w dość przewidywalnym kierunku i byłoby nawet bardzo nudno, gdyby nie to, że Nikki także zmienia perspektywę patrzenia na kilka spraw. Ażeby było już całkiem przewidywalnie, na jej drodze stanie tajemniczy przystojniak. Trochę kłamca, ale można mu wybaczyć. Tak jak Nikki wybacza przypisane ojcu winy. Nie wszyscy pendżabscy mężczyźni są gotowi tłamsić i ograniczać swoje kobiety.

„Pikantne historie dla pendżabskich wdów” to powieść z ciekawym tłem socjologicznym, ale bardzo słabą narracją, opowiastką mającą raczej sprawiać przyjemność i skłaniać do uśmiechu, niż realnie zwracać uwagę na dramaty kobiet, którym w wydobyciu się z oceanu codziennej opresji bynajmniej nie będzie pomagać opowiadanie erotycznych historyjek. Balli Kaur Jaswal podejmuje ważny temat, ale wtłacza go w nazbyt lekką formę, tkwiąc czasami w stereotypach albo niedostatecznie obrazując to, co w portretowanej społeczności jest wyjątkowo wieloznaczne. Czyta się to wszystko bardzo szybko, ale bez poczucia, że weszło się w środek życia tych, które nigdy nie definiowały własnej tożsamości. Jaswal portretuje uśmiechnięte kobiety, które w grupie budują pewność siebie. Nie wychodzimy gdzieś dalej ani nie obserwujemy niczego szerzej niż z perspektywy głównej bohaterki i jej antagonistki, która oczywiście zmieni poglądy, bo narracja nie może skończyć się dramatem. Mimo że obrazuje w gruncie rzeczy wielki dramat. W sposób niepełny, bo inaczej w zaproponowanej konwencji literackiej się nie da. Dynamiczna, lecz rozczarowująca.

2017-08-22

„Skradziony pawian” Anna Karolina

Wydawca: 12 Posterunek

Data wydania: 18 maja 2017

Liczba stron: 438

Przekład: Michał Bolek

Oprawa: miękka

Cena det.: 35,90 zł

Tytuł recenzji: Mroki Sztokholmu

Anna Karolina to taka szwedzka Gaja Grzegorzewska. Ta sama pełna napięcia fraza, brak jakiejkolwiek poprawności, brutalność i dosadność w opisach, ale w „Skradzionym pawianie” – na szczęście – dużo mniej wulgaryzmów osiągających u Grzegorzewskiej stężenie równe stężeniu testosteronu u jej powieściowych samców. Czyta się tę powieść doskonale. Autorka wie, jakie środki wyrazu zastosować, aby zdynamizować fabułę, ale przede wszystkim kreśli zapierającą dech w piersiach, wielowątkową intrygę, w której niemym, lecz widocznym bohaterem będzie Sztokholm – miasto, gdzie toczą się nieustanne wojny gangów, narodowości, toczone jakąś wewnętrzną chorobą buntu, złości i nienawiści. Anna Karolina zdaje sobie sprawę z tego, jak grać na stereotypach, podsycać skryte fobie, podążać śladem wyobraźni Szwedów, do którego biegu nigdy by się nie przyznali. „Skradziony pawian” to opowieść o poszukiwaniu prawdy i o prawdzie, której nikt nie chce ujawniać. Głównymi bohaterkami – wbrew pozorom dominującej męskiej obecności – będą kobiety niemogące poradzić sobie ze statusem istoty podrzędnej, wykorzystanej, upokorzonej i zniszczonej. To będzie książka o sile, która paradoksalnie rodzi się z niemocy i wątpliwości. Napisana przez policjantkę i w taki sposób, że prześwietlamy szwedzkie środowisko mundurowych na wylot. Nie chcemy uwierzyć w to, co widzimy. Nie chce się jednak oderwać od prozy Anny Karoliny, bo choć szorstka i nie unika hiperboli, potrafi zostawić po sobie ślad. Śladów zaś będzie szukać główna bohaterka. By zemścić się czy by zrozumieć?

Amanda jest wzorową policjantką. Służba porządkuje jej życie. Dzięki pracy może zapomnieć o demonach z przeszłości i opresyjnej prowincji, skąd wydobyła się w poszukiwaniu śladów po siostrze. Amanda nieprzypadkowo wybiera taki, a nie inny zawód. To, a nie inne miejsce. Okazuje się, że kobieta nosi w sobie dręczące ją pytania o to, co stało się przed czterema laty z bliską jej osobą. To życiowa obsesja, która zmusza ją do tego, by żyć ciągłymi manipulacjami. Wikła się w romans ze swym policyjnym kolegą, ale także z kimś innym. Z przestępcą, który nie jest świadom znaczenia romansu. Bo Amanda mężczyzn na swojej drodze traktuje przede wszystkim jak zadania. Musi dowiedzieć się prawdy o tym, dlaczego jej pełna życia siostra pożegnała się z tym życiem w Sztokholmie. Amanda jest zdeterminowana i gotowa na każdy rodzaj konfrontacji. Nie będzie się spodziewać konsekwencji związku z wyjętym spod prawa.

Adnan nie wie, że romansuje z policjantką. Dla niego liczą się szemrane interesy, szybkie zarobki, praca nad masą mięśniową i tajski boks. Amanda jest specyficzna. Nie można jej narzucić swoich warunków. Nie podporządkowuje się. Tym samym coraz bardziej przyciąga do siebie Adnana. Anna Karolina obrazuje mentalność potomka emigrantów, który postrzega siebie jako obywatela drugiej kategorii nie tylko dlatego, że zajmuje się działalnością zabronioną prawnie. Chodzi o poczucie obcości w szwedzkim społeczeństwie. Adnan wyznaje, że nigdy nie stanie się jednym z tych prawych svennów, którzy zamykają się w dzielnicach willowych, ukradkiem opuszczają te podejrzane, bledną na dźwięk nazw niektórych z nich i usuwają się z życia migrantów mających radzić sobie samodzielnie. Dostęp do Szwedów zdaje się niemożliwy. Tym bardziej intrygujący jest dla arabskiego mężczyzny związek z typową Szwedką. Nie ma pojęcia, co planuje Amanda. Nie wie, że jest osobą podejrzaną o śmierć, która wcześniej była blisko z siostrą policjantki, czyli z denatką. Nie ma pojęcia, jakie konsekwencje będzie miała ta znajomość. Wie tylko, że musi wydobyć się z sieci toksycznych układów z półświatkiem, zdobyć dużo pieniędzy i pokazać, że jest panem świata. Nawet jeśli w tym świecie jest migrantem, na którego Szwedzi patrzą ze strachem, a służby na lotnisku z wyraźnym rozczarowaniem przepuszczają przez kontrolę, gdy niczego nie mogą wykryć.

Anna Karolina stara się wyraźną kreską oddzielić świat mężczyzn od świata kobiet. Czytelna granica kreślona przez pochodzenie, motywy bycia razem i różne priorytety wskazanego związku to zaledwie jeden z wielu rysów wyraźnej dychotomii. Mężczyźni – w większości – są zapatrzonymi w siebie szowinistami. Przekonanymi o tym, że panują nad każdym, nad podległymi im kobietami przede wszystkim. Magnus Blomberg, wspomniany już policjant wdający się w przelotny romans z Amandą, to kwintesencja wszystkiego, co w portretowanej męskości może być najgorsze. Bo mężczyzna staje się tu wrogiem i zabójcą. Skradziony pawian” to bowiem powieść portretująca kondycję poniżonej kobiety, która nie ma siły i odwagi walczyć o swą godność. Szwedzka autorka na przykładzie relacji małżeńskiej Magnusa pokazuje mechanizm przywiązywania kobiety do męża. Doprowadzania jej do stanu, w którym gotowa jest akceptować wieloletnie znęcanie się. Ofiary, pośród których była siostra Amandy, to zgwałcone kobiety niemogące wyrazić swojej traumy i takie, które nie szukają winnych, nie dążą do ich ukarania. Anna Karolina posługuje się dość czytelnymi kontrastami, aby uwypuklić problemy dużo bardziej złożone. Kwestia gwałtu w szwedzkiej opinii publicznej wywołuje dużo emocji. Zwłaszcza w ostatnim czasie. Tu wykorzystanie seksualne jest tylko początkiem czegoś przekraczającego granice zrozumienia. Czy upokorzone kobiety będą w stanie wziąć odwet? Czy którejkolwiek z bohaterek starczy odwagi – jak Amandzie manipulującej mężczyznami?

„Skradziony pawian” to rzecz bardzo wyrazista, na podstawie której można by nakręcić dynamiczny film sensacyjny. Wspomniana już mnogość wątków zazębia się ze sobą, choć niektóre sceny wydają się w swym przejaskrawieniu nieco surrealistyczne. Anna Karolina stawia na zaskakujące zwroty akcji, zgrabnie łącząc klasyczną intrygę thrillera z wątkami obyczajowymi. Wchodzimy jednocześnie w coraz bardziej mroczny świat Sztokholmu, którego kryminalną mapę autorka rozrysowuje bardzo sugestywnie. Anna Karolina – jak wspomniałem – igra także ironicznie ze stereotypami. Z tym, w jaki sposób w Szwecji określa się przestępcę, jak wpływa na postrzeganie ludzi ich pochodzenie i jak bardzo różnorodne kulturowo i etnicznie społeczeństwo może się dzielić, atomizując się w lękach oraz uprzedzeniach. To książka dla czytelników o mocnych nerwach nie tylko dlatego, że osadzona jest głęboko w kryminalnym półświatku i portretuje postacie nie tyle odstręczające, ile przede wszystkim sugestywnie groźne. „Skradziony pawian” to taka fantazja o tym, czym mogłyby być ulice Sztokholmu, a czym być może są wszystkie skryte przed oczyma innych pomieszczenia pełne złych ludzi i ich złych zamiarów. Ta powieść to także konsekwentnie budowana historia odkrywania bolesnej prawdy o życiu kogoś, kogo – mimo bliskości – nie można było zrozumieć. To narracja o kobiecej solidarności, o aktach przemocy naznaczonych przez płeć i o konsekwencji w działaniu. Także tym kryminalnym, albowiem można tu polubić kogoś bardziej niż zdeterminowaną w działaniu, prawą policjantkę.

2017-08-19

Sznurówki” Domenico Starnone

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 10 maja 2017

Liczba stron: 208

Przekład: Stanisław Kasprzysiak

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Między nimi

Od współczesnych narracji obrazujących kryzysy małżeńskie nie oczekuję już naturalistycznego nerwu Augusta Strindberga, ale żywię przekonanie, że temat tak mocno wyeksploatowany literacko należy przekazać w sposób zasadniczo dynamiczny. Krócej – w opowieści o piekle małżeństwa chcę czuć żar tego piekła i ma mnie on solidnie sparzyć. Powieść Domenica Starnone jest przede wszystkim letnia. Mało przekonująca i dość wtórna. Posługująca się  prostym schematem ukazywania z różnych perspektyw tego samego cierpienia i zmuszająca do dystansu już od samego początku, kiedy czytamy listy porzuconej żony zmagającej się z utratą, walczącej ze sobą – między gniewem a rozczarowaniem, między niepewnością a rozgoryczeniem. Adresat listów podejmie się prób tłumaczenia ze swego zachowania, a trzecia część to nazbyt już oczywiste podsumowanie zaprezentowanej psychodramy oczyma tych, którzy wchłonęli z niej najwięcej tego, co najgorsze.

Starnone – jeśli już uznać, że opowiada ciekawą historię – bardzo interesująco portretuje obyczajowość włoską, w której spojrzenie na instytucję małżeństwa zmieniało się, pozostawiając zgliszcza emocjonalne zwykle po tej kobiecej, bardziej pokrzywdzonej stronie. Punktowana jedynie historia rodziców głównego bohatera to powojenny schemat rodziny, w której sankcjonowane jest to, że mężczyzna to tyran, kobieta cierpi w milczeniu i znosi wszelkie niedogodności w pokorze, bo takie są rola i status w małżeństwie. To schemat włoskiego powojennego związku, którego mroczne oblicze zabiera w dorosłe życie syn. Ten syn, który w latach siedemdziesiątych będzie starał się udowodnić, że kostyczny schemat funkcjonuje już inaczej. Żona wprawdzie nadal jest uzależniona finansowo od męża i dość mu podległa, ale oboje mają możliwości oraz narzędzia, by walczyć o własną wolność. Tu mamy do czynienia ze zdradą i jej skutkami, ale takie odczytywanie „Sznurówek” to mało zręczna próba oswojenia tego, co Starnone usiłuje przekazać, portretując ewolucję małżeńskiego modelu. On jest gotów odejść, by stanowić o sobie. Ona – mimo żalu i goryczy – zdobywa się na to, aby utrzymać spójność rodziny, zadbać o dzieci, szanować siebie w nowej roli i jednocześnie poszukiwać odpowiedzi na dręczące ją pytania. To, co potem robi on, jest już inną kwestią. Małżeństwo okazuje się związkiem, w którym rysy można uwypuklić, a żal w jakiś sposób przeanalizować wewnętrznie. Trzecie pokolenie, syn głównego bohatera, prezentuje już lekkomyślną modę na związki tworzone z wygody i dla zapewnienia sobie czasowej przestrzeni swobody. Jego dzieci i poszczególne kobiety, z którymi spłodził potomków, to świadectwa pewnej atomizacji. Związki nie mają już silnych struktur. Mogą być jednak tak samo toksyczne. W tym znaczeniu „Sznurówki” są interesującą powieścią o przemianach we włoskiej obyczajowości i uniwersalnym ugrzęźnięciu w rachunkach wzajemnych krzywd, które zawsze są te same i niczego nie zmieniamy, zmieniając odbiór instytucji małżeństwa.

To wszystko, co Domenico Starnone ma ciekawego do powiedzenia. Reszta to zbiór literackich klisz i powieść tonąca w truizmach być może dlatego, że stawia na narracje, a nie dialogi. Aldo postanawia uwolnić się od toksycznej żony. Kobiety, która kontrolowała jego życie i swą pokrętną logikę konfrontowała z nienazwaną głośno sferą uczuć mężczyzny. Aldo wie, że związek z Vandą to tylko złudzenie. Chce rozbić fasadowość tego, co stworzyli wspólnie w młodym wieku, ale nie jest gotowy na szantaże emocjonalne. Pyta sam siebie – na wygnaniu – o sens swojego życia i o własną tożsamość. Otrzymujemy opowieść o boleści kwestionowania męskości w kilku różnych rolach społecznych. Niezależnie myślący mężczyzna, który podejmuje być może pierwsze w życiu odważne decyzje, musi zmierzyć się jednak z małostkowością żony. Z tym, że na pewnym etapie życia to ona go zdefiniowała. Są przecież jeszcze dzieci. Gotowość do kompromisów to jedno, ale co przeżywają te dwie dorastające istoty i jak patrzą na konflikt rodziców?

Przyglądamy się małżeństwu po wielu latach, kiedy emocje okrzepły, a ślad po prawdziwej miłości Alda to już tylko sfera jego prywatnych fantazji. Ktoś demoluje mieszkanie, gdy Aldo i Vanda przebywają na urlopie. Rozsypany porządek domu, budowany głównie przez Vandę, staje się okazją do wiwisekcji dusz tak bardzo od siebie oddalonych. Tu Starnone sugestywnie teatralizuje i każe nam rozważyć wszystko, co mówią i myślą bohaterowie. Sznurówki” mogłyby manipulować czytelnikiem, ale tego nie robią. Spośród stwierdzeń wyłaniają się przede wszystkim pytania – często oczywiste i retoryczne. Ogrom cierpienia skonfrontowany jest z rzeczywistym chaosem, który wdarł się do mieszczańskiego domu, gdzie Aldo zawsze ulegał Vandzie, a dzieci z czasem przejęły jej perspektywę skrzywdzonej. Pośród bałaganu, symbolicznych ruin, odbędzie się kulminacyjne zderzenie. Tak się myśli, ale włoski autor ma w zanadrzu pozornie interesującą trzecią część. Warto zgrabnie zamknąć temat w formie tryptyku, jednak niewiele z tego, co dzieje się w zakończeniu, może być odkrywcze. Nawet dzieci jest dwójka, by solidnie i czytelnie podzielić rozkład traum i sposób, w jaki odbijają się one na dalszym życiu kolejnego pokolenia.

Domenico Starnone w mało odkrywczy i niewiele nowego mówiący sposób opowiada o tym, jak małżeństwo staje się przestrzenią – tu słowa bohatera – „uczuciowego ubóstwa”. Stara się udowodnić, że pod przykrywką stabilności i wypracowanych nawyków życia wciąż kumulują się emocje. Nie stara się ich ze sobą skonfrontować, lecz pozostawia osobne perspektywy do przemyślenia czytelnikowi. W jego toksycznym domu i wypalonym emocjonalnie małżeństwie nic nie jest już zagadką, wszystko w przewidywalny sposób brnie ku oczywistemu zakończeniu. Nie chodzi o to, że nie ma jakiegoś przełomu, momentu duchowego oczyszczenia, zazębienia konfliktowych racji czy nadmiernego tragizowania. Chodzi o to, że wszystko toczy się po jakimś dobrze każdemu znanym torze. Że przemyślenia bohaterów trącą banalnością. Że oni sami w swych osobnych cierpieniach są trochę fasadowi i nie ma tu dramatu z krwi i kości, nie ma uniesień emocjonalnych na miarę dobrze skrojonej powieści o tym, dlaczego tak wiele złego robimy sobie w związkach. Starnone nie opowiada po prostu historii, która zapada w pamięć. Opowiada o lęku i dominacji, potrzebie dopasowania się i ustalania ram wspólnego życia. Portretuje w gruncie rzeczy bardzo przeciętne małżeństwo z dość przeciętnymi problemami. Językowo także nie jest to powieść, która mogłaby zaintrygować. Parafrazując Tołstoja, można na koniec rzec, że nieszczęśliwa rodzina ze „Sznurówek” jest nieszczęśliwa wtórnie. Na swój sposób próbuje tę wtórność tylko wyrazić. Mnie ta historia niczego nie nauczyła, nie skłoniła do żadnych twórczych przemyśleń ani nie kazała się podziwiać. Ot, powieść o ludzkim piekle, z której nie wydobywa się ani odrobina żaru…

2017-08-17

„Upiór w bloku. Kryminałki mieszkaniowe” Marta Rysa

Wydawca: Wydawnictwo "Krytyki Politycznej"

Data wydania: 3 sierpnia 2017

Liczba stron: 200

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Metraże i opowieści

Kryminałki mieszkaniowe Marty Rysy należy czytać jako uzupełnienie świetnego reportażu Filipa Springera „13 pięter”, w którym autor – analizując problemy mieszkaniowe Polaków – trochę po macoszemu potraktował kurioza dzisiejszego rynku nieruchomości oglądanego przez pryzmat kogoś, kto chce coś wynająć lub kupić. Marta Rysa jest pełna determinacji. Jednocześnie świadoma tego, gdzie i w jakich warunkach chce mieszkać. Z tego połączenia powstaje trzydzieści pięć krótkich opowieści ze specyficznym apendyksem, które tworzą socjologiczny fresk mówiący nie tyle o stanie lokali oferowanych pod wynajem, ile przede wszystkim o pejzażu emocjonalnym oraz mentalnym zarówno wynajmujących, jak i żyjących z wynajmowania, czyli agentów nieruchomości. „Upiór w bloku” to książka komiczna i tragiczna. Napisana przede wszystkim dla wspomnianych agentów i głównie o nich, ale w żaden sposób nie rozstrzyga, czy ludzie ci to wyjątkowi hipokryci i hochsztaplerzy, czy może specyficzni wyrobnicy równie specyficznego rynku pracy. Książka Rysy przeznaczona jest dla tych, którzy przeżyli gehennę wynajmu kuriozalnych miejsc, i dla tych, którzy – od niedawna na nowych, trudniejszych warunkach – przymierzają się do tego, by kupić własne mieszkanie. To jednak przede wszystkim rzecz o ludzkich przypadłościach – wyobraźni, pragnieniach, labilności emocjonalnej, o potrzebie zwierzania się ze swego życia i sztuczkach maskujących zwyczajną chęć zyskania na kiepskim dla kupującego interesie.

Agenci nieruchomości zakładają, że każdy metraż, który jest zwieńczony dachem, można wynająć. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zdobędzie się na heroiczny akt wzięcia w posiadanie przestrzeni wymagającej wielu kompromisów, by po prostu w niej mieszkać. Marta Rysa nie obrazuje agentów z niechęcią czy niemaskowaną ironią. Nie. Są opowieści, w których jest dla nich czulsza bardziej niż wobec bliskich sobie ludzi. Obserwujemy, z jaką precyzją potrafią odbarwiać to, co szare, i zachwalać to, co domagałoby się tylko krytyki. Są przy tym bardzo elastyczni, rzutcy i przekonani o spełnianiu pewnej misji społecznej. Zaczarują słowem niezdecydowanego klienta i przekonają go, że oglądany koszmarek mieszkaniowy jest szczytem jego marzeń. Ten sam klient traci status i podmiotowość, gdy zaczyna się wahać albo dawać do zrozumienia, że nie jest finansowo pewnym kontrahentem. Marta Rysa stoi obok stróżów poprawności mieszkaniowej i przysłuchuje się ich ekwilibrystyce słownej. Zawodowi kłamcy? Entuzjaści potrafiący grać role życia, kiedy dany metraż trzeba koniecznie komuś upchnąć? Co tkwi za fasadowymi obliczami ludzi dzierżących czarne teczki i skłonnych ruinę uznać za przejaw artyzmu albo modnej dekadencji?

Agenci nieruchomości nie przyciągają jednak takiej uwagi jak ludzie oferujący mieszkania. Ba, można by powiedzieć, że w tych opowieściach wcale lokum nie jest istotne. Stanowi szare tło dla niezwykłości swego właściciela. Kuriozalność mieszkań opiera się na tych, którzy chcą je wydać w dobre ręce. Czasami uwagę autorki przykuwa twarz, czasem element garderoby – jak skarpeta, poza którą nie widać już niczego w mieszkaniu. Marta Rysa wykazuje się uważnością w obserwacji tych, dla których wynajęcie mieszkania nierzadko związane jest z jakąś ważną życiową historią. Same mieszkania są ich uzupełnieniami. To skanseny przeszłości, której ślady należy celebrować. Wynajem na rynku wtórnym to nierzadkie pułapki, pośród których najbardziej mroczną może być duchowa obecność zmarłej mamusi niezadowolonej zapewne z faktu, że ktoś zajmie jej cztery ściany. Ale ludzie w mieszkaniach mających stanowić początek szczęścia i nowej drogi życia bywają zaskakujący w swoich słowach i decyzjach. Na przykład wtedy, gdy dowiadujemy się, że cała rozmowa w mieszkaniu rzekomo przeznaczonym dla nowego lokatora jest jedynie „badaniem rynku”. Rynek zaś wykształcił latami takie możliwości, że właściciel mieszkania i agent odpowiedzialny za jego wynajęcie to para stojących ponad prawem, która może narzucać innym swoje reguły gry – nawet te najbardziej absurdalne.

Historie opowiadane przez wynajmujących pomagają czasami nadać pustce charakter, ale Marta Rysa uważnie obserwuje także to, co wokół autorów kwiecistych przemów. A mieszkania mogą zaskakiwać! Tym, że na przykład ich jeszcze nie ma pod wskazanym adresem. Mogą terroryzować mnogością roślin albo kotem jako elementami dodatkowymi. Można też umawiać się… i zorientować, że wynajmujący czeka w innym mieście. Albo od samego początku mieć świadomość, że skoncentrowane powierzchnie kryją w sobie niejedną mroczną tajemnicę zabudowy. Jacy ludzie, takie mieszkania – śmiałe, z bliżej nieokreślonym charakterem. Niektóre na dziesiątym piętrze bez działającej windy. Inne bardzo enigmatyczne, bo przecież wystarczy pokazać fasadę domu, by wynajmujący wziął w ciemno jego zawartość.

Marta Rysa opowiada o tym, co czeka każdego młodego Polaka na pewnym etapie jego życia. O niepewności naznaczonej wiarą w to, że idealne mieszkanie na pewno gdzieś istnieje. Czy aby na pewno? Ta książka może być źródłem rozrywki i można ją traktować jak dowcipną opowieść o niezdobyciu. Tyle tylko, że śmiać można się do pewnego momentu. Kuriozalne sytuacje, absurdalne dialogi, niebywałe wręcz zaklinanie rzeczywistości przez agentów, którzy widzą coś zupełnie innego niż klient – to wszystko jest mrocznym zapisem czasów, w których wynajęcie mieszkania to wynik sprytu i obopólnych ustępstw, ale częściej efekt manipulacji i zrobienie dobrego interesu na naiwnym wynajmującym. Choć jest to narracja o metrach kwadratowych, najważniejsi są w niej ludzie. Zabawni, straszni, trochę abstrakcyjni, przykuwający uwagę czy co najmniej specyficzni – jak cwany kamienicznik lub dama ze spółdzielni mieszkaniowej. W te metry kwadratowe wpisane są ludzkie historie, ale także swego rodzaju niepewność. Tego, który waha się wynająć, i tego, który jest przekonany, iż wynajmujący widzi mieszkanie jego oczyma. Z tych zderzeń wynikają różne dziwne sytuacje. Marta Rysa – dzielnie szukając zwyczajnie dobrego lokum – proponuje nam trzydzieści pięć historii niczym stacje specyficznej drogi krzyżowej. „Upiór w bloku” to książka o trudzie ustatkowania się w danym metrażu i o tym, jak bardzo jesteśmy różnorodni. Jak potrafimy się zwodzić, zbliżać do siebie, zaskakiwać i bawić.

2017-08-15

„Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego” Brendan I. Koerner

Wydawca: Czarne

Data wydania: 2 sierpnia 2017

Liczba stron: 344

Przekład: Barbara Gadomska

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Podniebne historie

Dużo bardziej przykuwają moją uwagę reportaże, w których spis bibliograficzny to nie setki analizowanych książek, lecz informacje o równie licznych… rozmowach z ludźmi. Tak, Brendanowi I. Koernerowi udało się stworzyć pasjonującą literaturę faktu w oparciu przede wszystkim o to, co mówili jego bohaterowie. A tych jest zasadniczo dwóch i pewna zbiorowość. Dlaczego? Bo „Niebo jest nasze” to właściwie dwa reportaże w jednym. Pierwszy obrazuje parę śmiałków, którzy porwali amerykański samolot i przenieśli się w nim do Algierii, która zaoferowała im azyl. Tu narracja przypomina scenariusz filmu sensacyjnego, a dotyczy dwójki młodych Amerykanów, których frustracje i chęć zmian w życiu były motorem napędowym do najbardziej spektakularnego porwania w historii amerykańskiego piractwa lotniczego. O jego genezie i istocie opowiada ten drugi reportaż. Koerner obrazuje, jak w latach sześćdziesiątych i w początku siedemdziesiątych ubiegłego stulecia porwania samolotów stały się okazją do wyrażenia frustracji, rozgoryczenia, poczucia wyobcowania i pominięcia przez USA. Dowiemy się, w jaki sposób manifestowano – niewygodne dla władz – potrzeby pożegnania się z opresyjnym systemem, w którym nie chciano dłużej być Amerykanami. Dwójka z pierwszej historii chciała zrobić coś wyjątkowego. Dzieliła ich różnica dwóch lat, łączyło poczucie niedopasowania do świata. Tego amerykańskiego, który zachwycony możliwościami, jakie dawało lotnictwo cywilne, tak wiele lat i z tak dziwnym uporem bronił się przed wprowadzeniem procedur bezpieczeństwa, które dzisiaj są dla wszystkich normą.

„Niebo jest nasze” to opowieść o porwanych samolotach napisana długo po tym, gdy cały świat ujrzał tragiczne skutki 11 września 2001 roku i uświadomił sobie, że dotychczasowe przekonanie, iż porwani na pokładzie pasażerowie są jakąkolwiek kartą przetargową między państwem a porywaczem, nie znaczy już nic. Amerykanie – po swych traumatycznych doświadczeniach z uprowadzonymi samolotami śmierci z 2001 roku – z pewnością sięgali po Koernera z dużym zainteresowaniem. Autor nie tylko obrazuje pewien okres, w którym piractwo powietrzne było na tyle modne, że zaczęto je nazywać plagą. On przede wszystkim punktuje, z jakich powodów dochodziło do podniebnych aktów przemocy, jaki miały przebieg i jaką genezę. Jednocześnie zaś portretuje Cathy Kerkow i Rogera Holdera – parę decydującą się na przełamanie schematu dotychczasowych porwań. W ich historii ważna jest kwestia mitotwórczości ich dokonań. Czy Kerkow i Holder to zwyczajni przestępcy gotowi poświęcić życie innych w imię prywatnych interesów? A może para będąca symbolem oporu? Ona ze swą lekkomyślnością hipisa i on naznaczony wojennymi traumami wietnamskimi? Koerner świetnie niuansuje ogólny i szczegółowy ogląd przedstawianych historii. Wydobywa parę porywaczy z pewnych kontekstów i dba jednocześnie, żeby były one wyraźnie nakreślone. Także ze wszystkimi absurdami czasów, gdy porwanie samolotu nie było wielkim wyczynem. „Niebo jest nasze” to przecież reportaż niepozbawiony przewrotnego poczucia humoru, a autor nie pisze tylko o sprawach śmiertelnie poważnych.

Dużo śmierci i umierania na kartach tej książki, ale to przede wszystkim śmierci na życzenie. Nikt nie litował się nad zastrzelonymi porywaczami samolotów. Nikt – od linii lotniczych po rząd Nixona – nie chciał też przez długi czas zasadniczo niczego zrobić, by akty porwań przestały się powtarzać. Koerner opowiada o pewnych kuriozalnych faktach, zamierzeniach, działaniach i planach. Zapisy prawne z 1958 roku de facto uznawały, że przejęcie kontroli nad samolotem pasażerskim nie jest przestępstwem. Porwania stały się czymś, co jest na stałe wpisane w ryzyko lotu – dla amerykańskich członków załogi oraz pasażerów, zazwyczaj dość szybko i sprawnie uwalnianych. Ta książka to opowieść o tym, jak skomplikowana była droga do sankcjonowania zabezpieczeń w lotnictwie cywilnym. Zapadają w pamięć propozycje ubezpieczeń na wypadek porwania albo pomysł zakładania pasażerom rękawic bokserskich, by nikt nie mógł utrzymać w dłoniach broni. Tę wnoszono na pokład bezproblemowo i bardzo łatwo. W latach 1961-1972 – jakkolwiek absurdalnie to brzmi – porywacze przechwycili na amerykańskim niebie 159 samolotów! Częstym kierunkiem porwań okazała się Kuba. Zawsze za tego typu aktem stała desperacja wywołana latami frustracji. Amerykanie pokrzywdzeni przez system stawali się w przestrzeni powietrznej bohaterami. Tragicznymi i przegranymi, ale jednak pewnymi mrocznymi celebrytami. Większość przegrywała i pogrążała się albo traciła życie. Cathy Kerkow i Roger Holder stali się wyjątkowymi porywaczami. Czy równie wyjątkowe były motywy, dla których zdobyli się na tak popularny w latach siedemdziesiątych XX wieku akt desperacji?

Brendan I. Koerner drobiazgowo analizuje życiorysy obojga, niekoniecznie tłumacząc takie, a nie inne decyzje, które podjęli wspólnie potem. Punktuje te momenty życia młodych ludzi, które zdecydowały o tym, iż podjęli się wspólnie szaleńczego kroku. Dużo bardziej labilny emocjonalnie Holder to taki spiritus movens tej historii, ale narastające wokół Kerkow wątpliwości i ją czynią bohaterką przykuwającą uwagę czytającego. „Niebo jest nasze” opowiada o specyficznym związku ludzi zdeterminowanych, by walczyć o lepsze życie. Być może inaczej niż opisywani w tle frustraci, którzy zazwyczaj kończyli tragicznie swą przygodę z podniebnym piractwem. Kerkow i Holder to pewien symbol przypadkowych bohaterów, nad którymi zaciążą ideologia, międzynarodowe układy, socjologiczne pułapki umiejscawiania w jakimś konkretnym punkcie tożsamości tych, co zdecydowali się uprowadzić samolot za ocean. Autor szuka w opowieści o terrorze pewnych czułych punktów mówiących o tym, kim ta dwójka porywaczy była naprawdę, a kim została stworzona przez przekaz medialny oraz politykę. Widzimy więc, że Koerner opowiada o pewnym groteskowym i specyficznym fragmencie amerykańskiej przestępczości sprzed lat, ale osadza go w czymś dosadnie przygnębiającym – w emocjach i socjologicznym uwikłaniu w obłęd tych, którzy zdecydowali się przejmować stery samolotów.

To też ciekawe studium ludzkiej uległości wobec przemocy. Opowieść o społeczności przez wiele lat sankcjonującej pokorne pochylanie głowy, wykonywanie rozkazów porywaczy. To również rozprawa z amerykańskimi lukami prawnymi czasów Nixona i ideologizacją prawa z okresu rządów Cartera. Ostatecznie każdy z nas poddaje się dzisiaj bez żadnych protestów skomplikowanej procedurze bezpieczeństwa przed każdym z lotów. Koerner opowiada nie tylko o tym, dlaczego to robimy, ale również o zupełnie innej formie bierności. O absurdach prawnych, o wadach i pułapkach amerykańskiej administracji prawnej oraz o tym, kim jesteśmy w swoich dążeniach do zaspokajania potrzeb. Intrygujące studium ludzi i jednostek. Książka, którą warto wziąć w tak bezpieczną dzisiaj podróż podniebną.

2017-08-12

„Zulejka otwiera oczy” Guzel Jachina

Wydawca: Noir sur Blanc

Data wydania: 17 sierpnia 2017

Liczba stron: 464

Przekład: Henryk Chłystowski

Oprawa: miękka

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Opresja i przetrwanie

Ta powieść urzekła mnie całkowicie. To debiut, jakże niesamowity! Nawiązuje do doskonałej tradycji realistycznej powieści rosyjskiej z XIX i XX wieku i przypomina mi o tym, że literackie dobra ZSRR i Rosji to jednak coś najcenniejszego, z czym można obcować przez lata. Guzel Jachina zachwyca nie tylko ogromną wrażliwością, szeroką wielopłaszczyznowością swojej fabuły, pomysłem na powieść inicjacyjną o zdobywaniu przez kobietę niezależności i rozumieniu własnej tożsamości. To nie tylko wielka rzecz o potwornych czasach – o stalinowskich eksperymentach społecznych, potężnej sile indoktrynacji, o nieliczeniu się państwa z obywatelem i o wiecznej wędrówce z niewiadomym celem, pośród cierpienia i głodu. „Zulejka otwiera oczy” to przede wszystkim literacki zapis zderzania się dwóch kultur – rosyjskiej i tatarskiej. Osadzając akcję opowieści w kilku dekadach wyjątkowo mrocznej przeszłości, Jachina pokazuje momenty zetknięcia obu kultur, ich wzajemne zdziwienia, portretuje idiosynkrazje i ostatecznie – w losach bohaterów – wypracowuje przestrzeń porozumienia.

Tak, to bardzo dobra powieść. Powieść „z krwi i kości”. Taka, którą po prostu się chłonie, gdy ma się dosyć wszelkich eksperymentów formalnych – unikania wielkich liter czy tradycyjnych zapisów dialogów, a w warstwie ideologicznej nowatorskiego rozpasania, które prowadzi do tego, że opowiada się o wszystkim i o niczym. Jachina kreśli bardzo konkretną, choć wielowątkową historię. Tworzy naprawdę żywych bohaterów – z różnych grup społecznych, a tak samo wykorzystanych i oszukanych przez system. Niezwykła wrażliwość pisarki polega również na tym, że pośród plastycznych opisów i głęboko ujmujących portretów psychologicznych nie pojawia się żadna jednoznaczna ocena czasów, w których trzeba było walczyć o przetrwanie. Muzułmańska chłopka jest początkowo bezpodmiotowa, nie istnieje bez męża, ustanowionego przez tradycję życia i religijnych wierzeń. Staje się najpierw kułaczką, potem kołchoźnicą, doświadcza innych form życia, ale przede wszystkim stale o nie walczy. To, w jaki sposób bohaterka powieści symbolicznie otwiera oczy, jest jednocześnie narracją o tym, jak bardzo musimy być przywiązani do przetrwania, kiedy system podległości, represji i kar odbiera życiu znaczenie na wiele sposobów i w każdym jego wymiarze.

Zulejka żyje w rytmie porządkowanym przez domowe obowiązki, oddanie mężowi i opiekę nad nienawidzącą jej teściową, Wiedźmą. Pierwszy, niezwykle sugestywny rozdział obrazuje jeden dzień z życia bohaterki, w którym widzimy tę jej tragiczną podległość, pewność prostego porządku świata i jednoczesną zgodę na to, by być istotą potrzebną w bardzo określonym wymiarze. Jako kobieta usługująca mężowi. Już nie jako matka, bo w tej roli się nie sprawdziła, rodząc i żegnając od razu wszystkie cztery córki. Zulejka jest istotą osamotnioną, która poszukuje bliskości boga, wierzy w okoliczne duchy, drży przed onirycznymi przepowiedniami Wiedźmy i dziękuje za męża. Silnego, rosłego. Takiego, który nie bije zbyt mocno. Który potrafi dostrzec w niej istotę do czegokolwiek potrzebną. Zulejka nie myśli, nie analizuje. Ona otrzymuje polecenia do wykonania. Wprawna w uległości, byciu niewidzialnym tłem. Tuż obok swego pana życia, dla którego centrum istnienia jest starzejąca się matka. Zulejka to symbol naznaczonej przemocą i przesądami kobiety, która nie pozwala sobie na jakąkolwiek samodzielność. Co zrobi, gdy pewnego dnia jej mąż zostanie zabity, a zabójca każe jej ruszyć ze sobą w drogę – taką, z której nie będzie już odwrotu?

Jachina portretuje mroczną codzienność chłopki, dla której podległość jest stanem naturalnym. Zulejka nie bierze z życia nic dla siebie, bo życie to ma być posługa mężowi i dbanie o rodzinną stabilizację. Nie ma jej w momencie, w którym władza każe oddawać prywatne dobra. Zulejka widzi, że świat zewnętrzny brutalnie ingeruje w ich wiejską harmonię. Murtaza – wielki i silny mąż – pada nieżywy i nic już potem nie będzie takie, jakie było. Zulejka jako podejrzany element rusza w podróż w głąb Związku Radzieckiego. Otworzy oczy na zmiany, ale zestawi je tylko z tym, co do tej pory przeżywała. Skomplikuje się jej widzenie mnogości nowych doznań, gdy zabójca męża stanie się wybawcą, a potem będzie obok niej w innej roli. Ale wtedy i Zulejka będzie inna. Pozbawiona wstydu, wyrzutów sumienia i dzielnie odrzucająca system opresji egzemplifikowany przez powracające do niej widmo Wiedźmy.

Obok chłopki wydobytej ze wszystkiego, co stanowiło sens i treść jej życia, Jachina stawia młodego Iwana Ignatowa. Jego historia może być przez chwilę dużo ciekawsza. Ignatow pała miłością do ojczyzny i jest absolutnie przekonany o tym, że wszystko, co dla niej robi, jest słuszne i potrzebne. Zulejka jawi mu się jako głupia i oddana mężczyźnie kobieta, która nigdy nie będzie w stanie w pełni o sobie decydować. Ignatow także nie decyduje, on wykonuje rozkazy. Ruszając w podróż, uświadomi sobie to samo co Zulejka – został przez kogoś i coś wyraźnie oszukany. Ramy świata zostały nakreślone w fałszywy sposób. Ignatow – choć oprawca – to też ofiara systemu. W czasach portretowanych w powieści każdy był ofiarą, lecz nie każdy zdawał sobie z tego sprawę. Można było uciec w swoistą emigrację wewnętrzną jak kolejny ważny bohater książki – Wolf Karłowicz Leibe. Jego też – przez hipokryzję służącej – dotknie stygmat podróży i nowej formy doświadczania świata, ale Leibe jest interesujący przede wszystkim dlatego, że rodzi się na nowo, przyjmując poród Zulejki. Ta kapitalna scena uzmysławia nam, że każda nowa forma życia walczy z systemem opresji i umacnia się wbrew niemu. Leibe miał być tylko nieszkodliwym wariatem. Zulejka nigdy niespełnioną matką. Ignatowa miały czekać nagrody i splendor. Wszyscy trafiają do miejsca, w którym będą musieli przewartościować to, w co wierzyli. A każde z nich wierzyło w co innego.

Guzel Jachina opowiada o szalonej wierze w budowę potęgi państwa opartej na przemocy i ludzkiej krzywdzie. Świetlana przyszłość w mroku okrucieństw okazuje się mirażem, a oszukani i ograbieni bohaterowie – cieniami samych siebie zmuszonymi do tego, by podjąć ostateczną walkę o przetrwanie. „Zulejka otwiera oczy” to nie tylko powieść z feministycznym sznytem, nie tylko narracja z lekka publicyzująca i starająca się oddać strukturę fałszu, w którym zanikają i rodzą się na nowo bliskie relacje międzyludzkie. Jachina opowiada o nadziei i tożsamości w czasach, w których nie było miejsca na jedno ani na drugie. Nie portretuje nam czegoś, czego nie znalibyśmy z historycznych przekazów. Nie stara się w żaden sposób wyjść poza to, co znane i oswojone dzięki źródłom historycznym. A jednak oferuje prozę, która nowatorsko definiuje śmierć, głód, przerażenie czy deficyt miłości. To książka o przetrwaniu i o nadziei wynikającej z tego, jak mocno można walczyć o życie. Wzruszająca, głęboko humanistyczna, brutalna i nostalgiczna jednocześnie. Nie do wiary, że w ten sposób można literacko debiutować.