Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2019-05-28

„Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje” Charlie LeDuff


Wydawca: Czarne

Data wydania: 24 kwietnia 2019

Liczba stron: 272

Przekład: Kaja Gucio

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Ameryka czy ja?

Ależ jestem rozczarowany! Po znakomitym „Detroit” otrzymuję luźny spis refleksji człowieka sprawiającego wrażenie bycia na wiecznej adrenalinie albo cierpiącego na jakąś formę ADHD, który przemierza Stany Zjednoczone, by opowiedzieć o tym, jak bardzo sfrustrowana jest Ameryka i dlaczego wyścig o prezydenturę wygrał Donald Trump. Wszystko w specyficznym stylu, w którym bronią się może kolokwializmy, ale już nie rozumiem nadużywania wulgaryzmów, kiedy LeDuff stara się nimi za wszelką cenę udowodnić, że on to ten swojski chłop, który jest wiarygodny, bo pisze bez ogródek. Pisze również to, co myśli, nie za bardzo chwilami myśląc nad tym, co pisze. Dlaczego? Dlatego że proponuje książkę o oczywistościach. Podkreśla, że jego sposób bycia reporterem to przede wszystkim umiłowanie przygody oraz wieczna ciekawość. To się bardzo zaznacza w tekstach przygotowywanych przez lata do programu „Amerykanie”, jednak nie idzie za tym żadna merytoryczna spójność. „Shitshow!” to reportaż przede wszystkim o Charliem LeDuffie, o jego poglądach i sposobie bycia, niekoniecznie o procesach społecznych w Ameryce, które stara się ukazać w bardzo płytkim wymiarze. Autor chce być nonszalancki i jest taki w stopniu doskonałym. Chce pokazać cynizm, ale przedstawia go w nadmiarze. Jest uważny, choć nie dostrzega szczegółów albo zwraca uwagę na takie, które nie mają większego znaczenia.

Czy jest w tym wszystkim rzetelny? Obawiam się, że ta książka nie powiedziała mi o dzisiejszej Ameryce niczego, czego sam bym nie wiedział lub się nie domyślał. Czas i energia stracone zatem na jeżdżenie od wschodniego do zachodniego wybrzeża USA? W pewien sposób tak, ale nie dla autora. Bo to naprawdę reportaż o światopoglądzie LeDuffa, żadna historia tego, co toczy dzisiejszą Amerykę. Nie wyobrażam sobie zresztą, że można opisać specyfikę tak różnorodnego kraju w takim formacie i z takim przesłaniem. Zawsze będzie można odnieść wrażenie, że część spraw zostaje pominięta, część potraktowana ogólnikowo. A to, w jaki sposób wrze Ameryka ludzi, których nie chce się słuchać, to w dużej mierze także zagadka i dzisiejszy fenomen tego kraju. LeDuff opowiada o nim to, z czego wszyscy na świecie zdajemy sobie sprawę. Nie sygnalizuje ani jednego tematu, którego nie przeanalizowano przed nim.

Warto zacząć od kwestii wspomnianego już stylu. Jest on integralną częścią tych reportaży, one dokładnie tak mają zostać opowiedziane i sprawa werbalizacji emocji jest tu przesądzona na rzecz tego, co dosadne. W tej dosadności nie ma jednak sposobu na dobrą opowieść, bo o ile czyta się tę rzecz dzięki temu bardzo szybko, o tyle taki sposób przedstawiania rzeczywistości zaczyna zwyczajnie męczyć. Próbka tego rzekomo oryginalnego i mającego przykuwać uwagę stylu? Proszę bardzo. „Na miejscu było co najmniej pięć ekip telewizyjnych, mniej więcej tak dyskretnych i opanowanych jak dupa pawiana w rui”. I tak jest cały czas. Nawet w momentach, gdy należałoby zachować śmiertelną powagę albo ująć dramat bohaterów nieco delikatniej. LeDuff nie jest słoniem w składzie porcelany, jednak brak mu pewnej czułości i uważności w słuchaniu ludzi. Przepytuje wiele osób, ale nic nam z tych rozmów ważnego w pamięci nie zostaje. Gorycz Szoszonki pozbawionej ziemi odbierze tylko bardzo wrażliwy czytelnik. Chciałoby się naprawdę poznać jej opowieść. Podobnie jak historie pracowników branży motoryzacyjnej wspinającej się na szczyty hipokryzji w głoszeniu tego, że zależy jej na losie maluczkich. Albo na przykład temat tego, jak Ku Klux Klan przygarnia w swe szeregi białych bezrobotnych frustratów. Na szczęście o tym świetnie opowiedziała mi Katarzyna Surmiak-Domańska, więc nie poczułem niedosytu.

I wiem, że to miała być książka o wielu problemach, próba pewnego panoramicznego spojrzenia na kraj nękany zapaściami, gdzie prozaiczne potrzeby obywateli i ich bardzo zwyczajne marzenia nie mogą zostać z różnych powodów zrealizowane. Wiem, że w takim ujęciu problemu nie ma czasu i miejsca na niuansowania. Ale też nie rozumiem, po co w tak oczywistych kontekstach opowiadać o ludzkiej goryczy, dopisując jej na siłę amerykański adres, skoro przecież looserzy, frustraci i agresorzy funkcjonują w większości społeczeństw tego świata na takich samych, identycznych wręcz zasadach. Co zatem wydobywa się z „Shitshow!”? Moim zdaniem przede wszystkim trudny do zrozumienia cel tej książki. Zakładałem, że poznam głosy tych Amerykanów, z którymi nikt – jak ze stanem Iowa poza prawyborami – się nie liczy, nie słuchając i nie zastanawiając się nawet nad tym, czy mają cokolwiek do powiedzenia. Samych bohaterów jest w tej pozycji niewielu. Jest za to Charlie LeDuff. Wszędzie i na pierwszym planie. Opowiadając o meksykańskich perypetiach, chce nawet z tej książki zrobić coś bardzo sensacyjnego. Ale to nie jest powieść sensacyjna, w której mają się liczyć szybkość i mało gustowne metafory. To miał być reportaż o Ameryce, jakiej nie znamy albo jakiej nie zrozumieliśmy. Nie ma w nim niczego odkrywczego, choć pojawiają się fragmenty dowcipne i dosadne. Chyba nie o to powinno w takim obrazowaniu świata chodzić. Albo uprzedziłem się do stylu. Naprawdę jednak uczciwie oddanych rozmów z borykającymi się z problemami Amerykanami jest tu jak na lekarstwo.

Najlepsze są na pewno teksty z Detroit, do którego LeDuff wraca i o którym opowiada ze smutkiem przemieszanym z wyjątkową formą współczucia. Kiedy autor obrazuje swoje rodzinne miasto, każdy problem jest przedstawiony z dużą dozą uwagi i przede wszystkim czule. Detroit zmieniło się od czasu publikacji poprzedniej książki LeDuffa, a każda zmiana sygnalizowana jest bardzo wyraziście. Najbardziej niebezpieczne miasto USA okazuje się w narracji autora miejscem, do którego chciałoby się przyjechać. Mimo niedostatków, nierówności, bolesnych deficytów i wszechobecnego podziału ze względu na kolor skóry. Bo „Shitshow!” to też książka o tym, że w Stanach Zjednoczonych po ośmiu latach rządów czarnoskórego prezydenta wciąż na nowo trzeba udowadniać, że „czarne życie ma znaczenie”. W portretowaniu problemów rasizmu i apartheidu LeDuff sprawdza się naprawdę bardzo dobrze. Szkoda tylko, że ta książka tonie w oczywistościach i bardzo pobieżnie traktuje inne równie ważne kwestie. Nawet przyglądanie się wyborczym dokonaniom Trumpa wypada tutaj bardzo blado. Ta opowieść nie ma tej sugestywnej siły, która uwiodła mnie w „Detroit”. Jest pokazem tego, że reporter może bardziej dbać o formalną stronę opowiadania o czymś, a mniej troszczyć się o przedmiot opisu. A to – moim zdaniem – nie jest już cecha reportażu, lecz czegoś wydobytego z egocentryzmu. I ten egocentryzm, niestety, bardzo tutaj widać. Dlatego „Shitshow!” to słaba książka o naprawdę skomplikowanych i różnorodnych problemach dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Taka, która wiele zapowiada, a potem z historii na historię coraz bardziej rozczarowuje.

2019-05-23

„Wyspa” Żanna Słoniowska


Wydawca: Znak

Data wydania: 22 maja 2019

Liczba stron: 270

Oprawa: twarda

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Północne dylematy

Druga książka każdego autora po znakomitym debiucie jest pewną wykładnią tego, czy to dobry pisarz. Żanna Słoniowska – nagrodzona między innymi przeze mnie w konkursie literackim – po świetnym „Domu z witrażem” udowadnia, że pisać potrafi, tylko w drugiej książce nie mogła się zdecydować, o czym napisać. „Wyspa” całkiem zgrabnie przełamuje granice między metaforami a dosłownością, jednak staje się powieścią bardzo monotonną. Narracją z brakiem skonkretyzowanego celu. Odczytać ją można różnie. Idąc tropem dosadnej i mało oryginalnej metafory tytułowej, należy rozpatrywać „Wyspę” jako opowieść o niedostępnej kobiecie, o jej idealizowaniu, ale przede wszystkim o niemożliwościach emocjonalnych, bo Słoniowska chce sportretować, jak istotna w relacji jest nieobecność, jak może być intensywna. Dalej jest mowa o statusie pisarza i funkcji literatury – bardzo to wszystko wtórne i ocierające się o jeden wielki truizm. Jest również nieudana próba zmierzenia się z przestrzenią i symboliką Północy. Tutaj otrzymujemy raczej stylistyczne wprawki bazujące na stereotypach i bolesnych oczywistościach w obrazowaniu miejsca, do którego z zupełnie dla mnie niezrozumiałych powodów przybywa główny bohater doświadczający tego, czym może być surowość w każdym znaczeniu tego słowa. Nie jest surowo, jest raczej koturnowo. Także w dialogach inkrustowanych cytatami, aby było bardziej niejednoznacznie i ładnie. Całość gubi jakieś zasadnicze przesłanie. Nie odnalazłem się w „Wyspie”. Ani w jej strukturze, ani w przesłaniu, bo w zasadzie trudno mi powiedzieć, jakie jest przesłanie. Żanna Słoniowska wzięła na warsztat kilka dyżurnych oraz wdzięcznych literacko tematów. Opowiedziała dobrze w zasadzie o czymś innym. O piekle nieudanego związku, którego piętno odciska się na emocjach zranionych partnerów.

Tak, ta historia najbardziej przykuwa uwagę. Dawid, czterdziestoletni pisarz, przeżywa kryzys małżeński. Właściwie kryzysem można nazwać jego małżeństwo od samego początku, co zaznaczają przemyślenia bohatera: „Jak mocno wprawiliśmy się w nierobieniu sobie krzywdy”. Ta krzywda jest jednak czytelna i ujawnia się z przejmującą dosadnością. Oderwany od codzienności Dawid konfrontuje się z kobietą, która uznaje, że ma go na własność. Religijność żony i brak wiary jej męża to czytelna dychotomia, na której rozpina się ich dramat braku porozumienia. Ale świetne są pojedyncze sceny, obrazowanie bezradności i rozpaczy. Tu Słoniowska wprowadza nam elementy bardzo dobrego teatru. Bohaterowie są wyraźni i wiarygodni. „Wyspa” jest zatem świetną książką o tym, jak nie umiemy być razem. Poza tym jednak opowieścią, w której trochę na siłę dodawane odniesienia do literatury czy filozofii nie budują jednak pasjonującej fabuły.

To rzecz o specyficznej relacji. Artysty oraz osoby zawodowo zajmującej się środowiskiem artystycznym. Mężczyzny oczarowanego bliżej niesprecyzowanymi cechami kobiety, do której zaczyna wzdychać, i kobiety pojawiającej się jakby mimochodem, tworzącej aurę tajemniczości wokół siebie, od początku do końca będącej wciąż symbolem i punktem odniesienia do rozmyślań, a nie kobietą z krwi, kości i emocji. Chłodna północna wyspa wyzwoli w Dawidzie zaskakująco ciepłe uczucia. Każe mu skonfrontować się z czymś, czego być może nigdy nie odczuwał. To taka spóźniona inicjacja wyrażona bardzo pompatycznie – w listach pełnych wyznań mających być opowieściami, minimoralitetami, komentarzami do rzeczywistości postrzeganej i interpretowanej przez artystę. Słoniowska chce nas zaskoczyć nietuzinkową relacją, w której ważne jest to, co nieobecne. Chce zbudować napięcie na tym, że przyzwyczajony do spełniania swoich oczekiwań człowiek nagle nie może przebić się przez pewien mur stworzony z czegoś, co niedostępne czytelnikowi, bo nie jest powiedziane wprost, dlaczego kobieta, którą zainteresowany jest Dawid, unika bliskości, do jakiej on chce doprowadzić.

„Wyspa” konfrontuje bohaterów z ich specyficznym wyobcowaniem. Z osobnością, której Słoniowska chce nadać znamion czegoś, czego nigdy nie można do końca zdefiniować. To zatem książka o tym, kim nie możemy być w relacji, a jednocześnie świadectwo tego, jak przez tę niemożliwość definiujemy samego siebie. Dawid jest obserwatorem i komentatorem rzeczywistości, ale wbrew pozorom to nie enigmatyczna Muriel, do której nie może się zbliżyć, jest dla nas największą zagadką interpretacyjną. I tu pojawia się problem, bo Dawid jest raczej wyrażeniem autorskich poglądów i przekonań niż zbudowanym siłą fikcji bohaterem powieści. Samo to, kim jest i czym się zajmuje, sytuuje go w granicach przewidywalnych dylematów. Jego emocjonalność jest zagadką, ale jednocześnie nieco nuży. W tej powieści narracyjna flauta trwa od początku do końca. Nie udaje się jej przerwać ani mnogością różnych wątków, ani tym, o czym napisałem na wstępie. Chodzi o to, że Żanna Słoniowska wie, w którym momencie użyć znaczeń przenośnych i kiedy skonfrontować czytelników z tym, co dosadnie bolesne. Dlatego moje przekonanie o tym, że autorka potrafi pisać, idzie w parze z poczuciem, iż stworzenie tak hermetycznego świata przedstawionego, w którym nienazwane emocje będą stanowić spiritus movens, wymagało głębszego przemyślenia tego, czym będą rzeczy nieoczywiste. „Wyspa” ma być powieścią sugestii i niepokoju. A jednak w pewnym momencie zaczyna nużyć. Osadza nas w tych nienazwanych stanach emocjonalnych i prowadzi przez rzeczywistość, w której ogniskuje się wszystko to, co ma oderwać od nieokreśloności, ale całość zmierza w kierunku, jakiego czytelnik nie jest do końca ciekaw. Słoniowska stosuje też zużyte marynistyczne metafory, by oddać tę nieokreśloność w surowych warunkach Północy, jednak nie proponuje nic innego niż obcowanie z intrygującą – tylko chwilami – formą książki. Jej treść to z jednej strony morze niedomówień, z drugiej jednak wykłady o oczywistościach albo nawiązania do spraw i problemów, które niekoniecznie nam się tutaj kleją w jakąś całość.

Rozczarowanie drugą powieścią Żanny Słoniowskiej znoszę dobrze, albowiem świadomość umiejętności pisarskich autorki nie pozwala mi myśleć o tym, że „Wyspa” to świadectwo początku równi pochyłej. Może literacki wypadek przy pracy. Może też świadomie zbudowana na niedomówieniach opowieść o miłości, o której autorka chciała napisać oryginalnie i z fantazją. Chciałoby się widzieć w tej książce potencjał drzemiący w emocjonalności bohaterów. Żanna Słoniowska jednak nie wychodzi poza nakreślanie napięć, sugerowanie paradoksów i budowanie atmosfery niepewności wobec własnych emocji. To za mało, bo narracja rzeczywiście jest surowa, ale nie w znaczeniu cechy dystynktywnej Północy. Może bardziej przypomina szkic większej powieści. Tak czy owak nie znalazłem w niej miejsca dla siebie, bo całą przestrzeń absolutnie zawłaszcza główny bohater. Z niepotrzebną temu zabiegowi intensywnością.

2019-05-21

„Raban! O kościele nie z tej ziemi” Mirosław Wlekły


Wydawca: Agora

Data wydania: 22 maja 2019

Liczba stron: 400

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Instytucja i wspólnota

Mirosław Wlekły proponuje nam bardzo ciekawą książkę – zarówno dla wierzących, jak i dla ateistów. Dla mnie, z ateistycznej perspektywy, lektura była bardzo budująca. Pokazuje, w jaki sposób struktura instytucji odpowiedzialnej za pomoc i wsparcie dla swoich wiernych rozsadza konwencjonalne ramy i okazuje się właśnie instytucją w służbie ludzi. Potęga tej niekonwencjonalnej wspólnoty jest ogromna. Opisane działania proponują nie tylko inne, nowoczesne i otwarte rozumienie tego, jak powinna wyglądać rola Kościoła katolickiego, ale obrazują przede wszystkim to, co uniwersalne i konieczne w odniesieniu do różnorodności postaw oraz potrzeb ludzkich. Nieprzypadkowo jeden z bohaterów tej książki mówi: „Cały świat przecież zbudowany jest z różnic”. Wlekły opowie o różnicach, które można zatrzeć. O takim sposobie działania Kościoła, który potrafi wydestylować to, co najważniejsze – oczekiwanie, by duchowe wsparcie przekraczało wszelkie granice, by wychodziło naprzeciw różnorodnym oczekiwaniom. By nie było wsparciem sztucznym i formułowanym w dokumentach. To opowieść o roli, jaką odgrywa instytucja kościelna, ale przede wszystkim o tym, jak tę rolę powinien realizować Kościół w XXI wieku. W czasie ogromnych niedoborów, emocjonalnych potrzeb i sytuacji, w których nie budynek, nie głoszona w nim ewangelia, nie koloratka i nie cytowanie mądrości z Pisma Świętego mogą albo mają realnie pomóc wiernemu. Podoba mi się różnorodność perspektyw patrzenia na to, w jaki sposób instytucja przestaje być kostyczna. Ważny jest również rys historyczny, dzięki któremu opowieści Wlekłego rozumiemy lepiej i zwracamy uwagę na niuanse.

Można odnieść wrażenie, że „Raban!” to taki pean na cześć pontyfikatu papieża Franciszka. Ale to tylko pozór. Autor naturalnie stawia jego działania jako pewien wzór i na tym, jak Franciszek postępuje, buduje część narracji (na przykład opowieść o Birmie). Ale ta książka wskazuje na coś innego. Na to, że pod każdą szerokością geograficzną Kościół katolicki gotowy jest na niekonwencjonalne otwarcie na każdego, ale muszą mu w tym pomóc nie tyle specyficzne okoliczności, ile specyficzni, charyzmatyczni ludzie. Odwiedzając różne miejsca na ziemi, Mirosław Wlekły opowiada przede wszystkim o konfrontacjach z ludźmi gotowymi na tworzenie religijnej wspólnoty tam, gdzie religia może schodzić na dalszy plan w obliczu trudności, niebezpieczeństw i dylematów związanych z tym realnym, a nie duchowym życiem. „Raban!” sugeruje, w jaki sposób religia może wychodzić naprzeciw ludzkim wyzwaniom. Obrazuje, co można zrobić dobrego dla pojednania, miłosierdzia i dobroci, a także opowiada o tym, jak wiele definicji tych pojęć może się przed nami skrywać.

Nieprzypadkowo opowieści Wlekłego rozpoczynają się od Argentyny, ojczyzny Franciszka. Kraju, w którym ksiądz bez koloratki i wyróżnień służy ubogim i wykluczonym, nie oceniając także postaw ani sposobu życia wolontariuszy, którzy mu w tym pomagają. Argentyńska opowieść to przewodnik po skrajnej biedzie, która pozornie nie potrzebuje duchowego, ale innego rodzaju wsparcia. Nic bardziej mylnego. Autor sugeruje, jak ogromną rolę może odegrać niekonwencjonalne działanie księży tam, gdzie wszystko w jakiś sposób jest niekonwencjonalne. Odbiega od stereotypów i uproszczeń, a jednocześnie w dużym uproszczeniu opiera się na tym, że ludziom czegoś brakuje. Poszanowania godności, normalnych warunków egzystencji, zrozumienia dla dramatów prowadzących często do tego, że odchodzi się od wiary, bo nie ma na nią czasu ani energii.

Pełni tej energii, konsekwencji w działaniu i przekonania o słuszności własnych poczynań są ludzie wszędzie tam, gdzie Kościół może się zaangażować w dialog. Na przykład w pojednanie między religiami. Opowiadają o tym rozdziały dotyczące Libanu czy Belgii. W Libanie wspólna przestrzeń do dzielenia idei oraz modlitwy jest niezwykle skomplikowana, ale możliwa. Równie możliwe jest szerzenie tolerancji w brukselskiej dzielnicy wykluczenia, z której w mniemaniu opinii publicznej wydobywają się najokrutniejsi i najbardziej bezkompromisowi terroryści. Portretowani ludzie zwracają uwagę na to, że żadna religia nigdy nie stała i nie będzie stać za aktami przemocy. Działają na rzecz pokojowych rozwiązań antagonizmów, które często polaryzują samych wyznawców religii chrześcijańskiej. Okazuje się, że możliwe jest, by katolicy, muzułmanie i buddyści usiedli przy jednym stole. Są sprawy i wartości ważne dla nich wszystkich. Także dla ateistów, którzy chętnie dołączają do zbudowanej przestrzeni otwartości i dialogu.

Świetny jest rozdział, w którym podróż nie odbywa się wcale daleko, bo za naszą południową granicę. Wlekły opowiada o trudnej historii czeskich księży w epoce komunizmu, ale lekkim piórem kreśli także obraz tego, kim dzisiaj jest ksiądz w Czechach. Niewyobrażalne, że tuż obok nas, tkwiących w kostycznych wyobrażeniach o tym, co człowiek w sutannie może, a czego mu nie wypada, można swobodnie wypić piwo z czeskim księdzem i porozmawiać z nim o tym, że na przykład celibat nie jest żadną integralną częścią kapłaństwa. Opowieść o Kościele czeskim zgrabnie połączonym w jednym rozdziale z jego odpowiednikiem w Brazylii najbardziej chyba dosadnie obrazuje, że instytucja ma służyć wspólnocie, a nie dbać o strukturę. W Czechach księża mogą być żonaci, a w Brazylii mszę może odprawiać kobieta. Tak dalekie od siebie i tak różne kraje jest w stanie połączyć więcej, niż moglibyśmy przypuszczać. I to jest też siła „Rabanu!” – umiejętność nietuzinkowego kompilowania omawianych problemów, pokazywanie zaskakująco wielu czytelnych paraleli, ale przede wszystkim wskazywanie na to, że Kościół winien przede wszystkim komunikować się z wiernymi, którzy są różnorodni i mają tak samo różnorodne potrzeby. Czasami są to potrzeby materialne, bez żadnej duchowości. A jednak w nich skryty jest początek drogi ku temu, by odnaleźć w drugim człowieku kogoś, kto zaufa wspólnocie, nie instytucji.

W książce padają jeszcze inne ważne słowa: „Co z tego, że Kościół ma klucze, skoro nie otwiera nimi drzwi?”. Wlekły obrazuje mechanizmy działania i funkcjonowania instytucji, która dla zapewnienia własnego komfortu trwania obłożyła siebie oraz świat kategorycznymi zakazami oraz zbudowała granice, poza które nie może wydobyć się empatia i szacunek dla różnorodności. Analizując działania angielskiego oraz amerykańskiego Kościoła katolickiego, Mirosław Wlekły zwraca uwagę na to, jak bardzo na przestrzeni lat deprecjonowani i odsuwani przez Kościół byli ludzie innej orientacji seksualnej. Opowieść o tym, jak przywraca się wspólnocie wiernych LGBT prawa do udziału w obrządkach i uczestniczeniu w strukturze kościelnej, to pouczająca historia mówiąca o tym, że wszystkie bastiony uprzedzeń gloryfikujące bezpieczne dla instytucji status quo mogą zostać obalone, czasem bez większego wysiłku.

Bo wszystko, co kostyczne i surowe w Kościele katolickim, wydobyło się z tego, że ta instytucja chciała być wszędzie, ale nigdy nie chciała rozumieć świata, do którego zaglądała. To świetna książka o tym, co dzieje się wówczas, gdy instytucja szeroko otwiera swe drzwi w miejscu, do którego weszła zupełnie bez przygotowania na inność i różnorodność. Książka o tym, że to wierni, a nie hierarchowie tworzą faktyczne i prawdziwe oblicze Kościoła katolickiego. Wlekły sugeruje również, że poczucie wspólnoty budować można zawsze w atmosferze bez uprzedzeń. Wszystkie stworzone z podziałów i wskazywania inności jako czegoś wrogiego służą jedynie atomizowaniu. Świat i ludzie są różnorodni. Nowoczesny Kościół powinien tej różnorodności wyjść naprzeciw.

2019-05-17

„Klub snów” Katarzyna Michalczak


Wydawca: Cyranka

Data wydania: 15 maja 2019

Liczba stron: 302

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Odcienie wyobcowania

To podwójny debiut – wydawnictwa i autorki. Katarzyna Michalczak wypada w nim bardzo dobrze. Proponuje poetycką wyprawę przez świat wyzbyty tego, co subtelne i delikatne. Zaprasza na spacer po miejscach, w których zranione dusze boleśnie uświadamiają sobie, że samotność to coś niebywale skomplikowanego. W jej opowiadaniach najważniejszym bohaterem jest właśnie samotność, a trzynaście tekstów zbioru to przede wszystkim opowieść o tym, w jaki sposób swoje prywatne porzucenie przez bliskich niesiemy ze sobą przez życie. „Klub snów” to taka smutna bajka rozpisana na trzynaście rozdziałów. Bajka, w której dziewczynka staje się kobietą, a kobieta na powrót smutną dziewczynką – odrzuconą przez zapracowanych rodziców, przez rówieśniczki, rozpaczliwie próbującą walczyć o bliskość kogokolwiek. Albo czegokolwiek, gdy chce szczerze porozmawiać z komputerem przyjaciółki. Michalczak bardzo umiejętnie rejestruje i opisuje stany emocjonalne, które wywołują w nas najbliżsi ludzie. Raniący często nieświadomie, a czasami z perfidnym okrucieństwem. Ta książka opowiada o tym, jak trudno jest się w życiu oprzeć na drugiej osobie, jeśli choć jeden raz taka próba kończy się odrzuceniem – bolesnym fiaskiem, świadomością, że ma się czasem tylko siebie i swoje emocje. Destrukcyjne emocje.

Gdyby przyjrzeć się temu, co stanowi mankament tego zbioru, to wskazać można na opowiadanie „Geniusz”. To też jedyny tekst w zbiorze, którego głównym bohaterem jest mężczyzna. I jeśli mężczyzna, to muszą być wulgaryzmy. W zupełnie nieuzasadnionym nadmiarze. To opowiadanie jest trochę zlepkiem chaosu i o ile na przykład tekst „Ciociu” otwiera się przed nami z każdym nowym zdaniem, oferując coś nowego, zaskakującego i innego, o tyle „Geniusz” zjada własny ogon. Katarzynie Michalczak portretowanie męskiego krajobrazu emocjonalnego najwyraźniej nie wychodzi. Zupełnie inaczej ma się jednak sprawa z jej dziewczynkami, kobietami, także staruszkami. Są dla siebie wzajemnie opresyjne i jednocześnie niezwykle sobie bliskie. Tworzą swoiste sojusze, bo muszą żyć także w konfrontacji. Oddalają się od siebie i zbliżają w najmniej spodziewanych momentach. Współczują sobie, ale przede wszystkim starają się współczuć cierpieniu. Dopiero wówczas, gdy ujrzą je naprawdę, bo krzywda i rozczarowanie to coś, co bohaterki opowiadań chowają gdzieś głęboko w sobie. Ale też tylko dla siebie, dla innych kobiet, dla podobnie zagubionych albo rozpaczliwie poszukujących sensu swego życia.

Najbardziej poruszają wizerunki dziewczynek. Autorka udowadnia, że dziecięcą traumę odrzucenia można sportretować na wiele różnych sposobów. I za każdym razem jest to coś nowego mimo kontekstów, w jakich przedstawiane są dziecięce dramaty. W opowiadaniach „Bad command or file name” czy „Śniło mi się, że spadałaś w przepaść” Michalczak z niezwykłą drobiazgowością oraz czułością oddaje cały skomplikowany rejestr przeżyć dziecka, obrazuje jego percepcję świata. Ukazane są zależności, w jakich te dziewczynki muszą się odnaleźć, bo jest to konieczne dla ich poczucia przynależności. Walczą o uwagę, ale przede wszystkim chcą zaprosić do swojego świata przeżyć czytających – bo osoby z najbliższego otoczenia dziwnym trafem nie chcą przyjąć zaproszenia. Porusza również uciekająca w baśniowy świat wyobraźni dziewczynka z opowiadania „Serduszniczka”. Gdzieś, w jakiejś zrozumiałej i akceptowalnej przestrzeni dziewczęce umysły muszą znaleźć swoją sferę poczucia bezpieczeństwa. Tymczasem o jego braku mówi w zasadzie każdy tekst. Katarzyna Michalczak bez przejaskrawień czy formalnych zabiegów podkreślających okrucieństwo nieczułości zgrabnie i sugestywnie portretuje bolesny obraz wyobcowania. Wynikający z tego, że tu i teraz nie ma żadnego stabilnego fundamentu. Tkwi się w jakichś relacjach, ale nie proponują one poczucia, że dawanie tyle z siebie pójdzie w parze z otrzymywaniem.

Dlatego istotne są teksty o rozstaniach i rozczarowaniach w związkach dorosłych już kobiet. To bohaterki, które być może wydobyły się z domów portretowanych w narracjach o dziewczynkach. Przejmująca jest anatomia rozpadającego się związku w opowiadaniu „Mój piękny ogród”, ale równie działająca na wyobraźnię opowieść o tym, w jaki sposób mężczyzna asekuruje się, by romans nie przerodził się w odpowiedzialność za drugą osobę, kobiece wrażliwość i oddanie („Jestem w ciąży”). To historie o tym, jak kobiecie trudno jest być z mężczyzną, ale przede wszystkim opowieści o braniu na siebie odpowiedzialności za niego, przejmowaniu jego lęków i frustracji. Zapominaniu o swoich deficytach emocjonalnych oraz tęsknotach, kiedy trzeba się mierzyć z atakiem uczuć drugiej osoby.

Michalczak pisze również o doświadczeniu śmierci, choć umieszcza to umieranie jakby na marginesie. A jednak końce są istotne. Nieważne, czy umiera kolega ze szkolnej ławki, czy dorosły mężczyzna, którego znało się z przeszłości, a który postanowił nagle rozstać się z życiem. Dla bohaterek opowiadań życie czasem jest zbyt intensywne i pokusa nieistnienia pojawia się gdzieś na horyzoncie, ale to jednak bohaterki dynamiczne. Idące do przodu z podniesionymi głowami mimo ran w sercu, rozczarowań czy poczucia niedopasowania.

Podoba mi się poetycka wrażliwość autorki „Klubu snów”. To, w jaki sposób za pomocą słów pastelowymi barwami maluje przed nami szarą i ponurą codzienność, w której nie ma przecież nic barwnego, nie ma żadnego ciepła, pozornie nie ma też niczego mającego przykuwać uwagę. Tę rzeczywistość, z której wydobywają się historie jakich wiele, ale jednocześnie nakreślone w bardzo nieszablonowy sposób. Ze zwracaniem uwagi na sytuacje i interakcje, nad którymi zwykle się nie zastanawiamy. Dlatego ciekawe jest zapamiętywanie szczegółów – jaki przedmiot dla kogo jest ważny, co stanowi centrum uwagi, gdzie rozgrywają się wydarzenia. Interesujące są też metafory autorki. Proponuje nam je ona dość nonszalancko, czasem są pozostawione mimochodem, sprawiające wrażenie nieistotnych, takie autorskie gry słowne. A jednak jest inaczej. Nie umiem odczytać tych opowiadań w taki sposób, by zrozumieć ich poetycki kod, ale to też dodatkowe wyzwanie dla czytelnika, który odnajdzie się we wszystkich słownych niejasnościach. W tych zderzeniach zdań, za którymi stoi opowiadana zupełnie niewerbalnie samotność. Bo jak wspomniałem na wstępie, jest to niezwykle poruszająca książka o tym, kim jest samotna kobieta. W jaki sposób ta samotność staje się stygmatem i co boli bardziej – odrzucenie czy nieumiejętność zbliżenia się do drugiej osoby. Frapujące opowiadania i całkiem dobry debiut prozatorski.

2019-05-14

„Dziwka” Anna Mazurek


Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 10 maja 2019

Liczba stron: 360

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Ciało i śmierć

Tak spektakularny debiut literacki nie zdarza się często! Niesamowita wyobraźnia młodej autorki buduje nam świat z największego koszmaru. Tyle że ten koszmar powstaje z naszych wyobrażeń i to my jesteśmy głównymi aktorami spektaklu zła. „Dziwka” to bardzo mocny i bezkompromisowy głos młodego pokolenia. Opowieść o zbrutalizowanym świecie, w którym możemy funkcjonować jako marionetki koszmarnych zbiegów okoliczności. Już na wstępie pada ważne dla zrozumienia tej powieści zdanie: „Prawie wszystko jest dziełem przypadku. Reszta to jego konsekwencje”. Na ile bohaterowie tej książki zanurzeni są w gorzkich koincydencjach, na ile zaś świadomie kreują swój los i nazywają własną tożsamość – to jedna z zagadek tej bardzo enigmatycznej powieści. Stworzonej w konwencji kryminału noir, ale wydobywającej się z niej na wiele różnych sposobów. Dwudziestotrzyletnia pisarka trzyma czytelnika w szachu od pierwszej do ostatniej strony. W żelaznej klamrze kompozycyjnej. Proponuje mroczne studium autodestrukcji i wyobcowania, ale kreśli też śmiały i nadzwyczaj trafny obraz czasów, w których to, co złe i okrutne, wydobywamy ze środków masowego przekazu, karmimy się tymi treściami, kształtujemy swoje poglądy i osobowości w straumatyzowanym kanonie wartości, które zawsze i wszędzie można podważyć.

Mery przybywa do miasta, w którym nie powinno jej być. Dzieje się to tuż po tym, jak ciało jej przyjaciółki, potwornie skatowane, zostaje odnalezione w zimnym lesie. Dziewczyna jeszcze żyje, ale nie będzie mogła wskazać mordercy. To, co przydarzyło się Weronice, znajduje odzwierciedlenie w kompulsywnych działaniach Mery i sposobie jej myślenia. Weronika w opinii wielu zasłużyła sobie na swój los. Używała ciała i dawała innym możliwość, by traktowali ją przedmiotowo. W końcu ktoś posunął się do czegoś, czego denatka może nie przewidziała. Mery widzi więcej, niż wydaje się czytelnikowi. Postanawia dowiedzieć się, kto stoi za tym okrutnym zabójstwem, ale jednocześnie wejść w przerażający krąg wspomnień, które ukształtowały jej obecne życie. Rozpoczyna się walka z czasem i analizowanie dowodów wskazujących na to, kto chciał śmierci Weroniki. Poza pytaniem o to, kto ją zabił, pojawiać się będą także dużo trudniejsze pytania o to, kto jest kim w układance zdarzeń, jaką proponuje nam Anna Mazurek.

„Dziwka” jest dynamiczną powieścią z ogromnym potencjałem. Wychodzi poza ramy gatunkowe, które sama na początku wyznacza. Autorka opowiada o ludzkiej fascynacji złem, o zadawaniu sobie i innym bólu oraz o tym, w jaki sposób zdegradowana została moralność naszych czasów. Jak w tych warunkach mogą funkcjonować młode kobiety, jak łatwo im zgubić życiowe priorytety i jak często decydują się na gry z otoczeniem, które deprecjonuje ich role w tych grach, zupełnie nie rozumiejąc motywów postępowania. Mery będzie starała się odtworzyć ostatnie dni życia Weroniki, ale coś tutaj będzie nam zgrzytało, bardzo do siebie nie pasowało. Coś zmusi do myślenia o tym, jaki świat i czyją rzeczywistość Mazurek będzie chciała sportretować. Czy będzie to tylko historia odkrywania mrocznej zagadki kryminalnej? „Dziwka” opowiada o tym, jak traumatyczne mogą być nasze relacje, jeśli zbudowane są na ciągu traum z przeszłości. To książka kryminalna na tyle, na ile wskazuje innego rodzaju zabójcę niż ten, którego chcielibyśmy poznać. Co i w jaki sposób jest zabijane? Kto jest gotów naprawdę przekroczyć granicę życia i śmierci?

Wszyscy bohaterowie niosą w sobie gorycz życiowego niespełnienia. Dokonują wyborów, które mogą mieć tragiczne konsekwencje. Wkraczają w rejon znajomości, które wymuszają zależność. Takie mroczne podporządkowanie, w którym towarem będzie ciało. Anna Mazurek obrazuje seksualność jako targowisko próżności. Coś, co jednocześnie uwypukla i ośmiesza cielesność. Ktoś decyduje się na to, by użyć czyjegoś ciała. Ktoś zezwala na to, bo wie, że chce się upodlić. Ale w tym wszystkim jest jeszcze bardzo wiele niejednoznaczności. Droga od ciała, które zostało wykorzystane, do umysłu zainfekowanego chęcią niebytu jest wyjątkowo krótka. I bardzo dramatyczna. Dlatego wszyscy bohaterowie „Dziwki” to ludzie podejrzani i niepewni. Każdy niesie w sobie albo socjopatyczną niezdolność do współodczuwania, albo też nadmierną empatię, która może doprowadzić do zguby. Ważna jest postać nieobecnej, ale równie ważne śledzenie zależności między tą, która chce odkryć prawdę, a tą, która tę prawdę zabrała ze sobą z tego świata.

Ten niebywale sprawny konstrukcyjnie debiut to gorzka rozprawa z tym, kim chcemy być, i tym, kim mamy być, bo proponują to wzorce zewnętrzne. Mazurek obrazuje, w jaki sposób możemy znienawidzić siebie, wchłaniając pewną medialną strukturę narracji o tym, że ciało i funkcjonowanie w nim może być opresyjne. Nikt nie żałuje ofiary, jeśli wcześniej decydowała się na ryzykowne działania, oddawała swoje ciało innym, pozwalała na rozbicie przestrzeni własnego bezpieczeństwa. Weronika funkcjonuje tutaj jako pewien punkt odniesienia – poprzez jej śmierć widzimy rozpaczliwe próby mierzenia się z życiem tych, którzy w mniejszym lub większym stopniu czują się odpowiedzialni za tragedię. Ale „Dziwka” to przede wszystkim powieść o tym, jak sterowalne w życiu ludzkim jest zło, do czego prowadzi jego upowszechnienie oraz banalizacja i kiedy tak naprawdę pojawia się instynkt mający na celu zatrzymanie tego zła. Czy jest to instynkt samozachowawczy? Mazurek pisze o wojnie z życiem, a nie odnajdywaniu się w nim. O seksualności jako jednym z frontów tej wojny. Ale także o rozpaczy samotności i niezrozumienia. Wszystko w dekoracjach miejskich, w których wkraczamy do tych mrocznych przestrzeni, gdzie ciało i umysł podlegają destrukcyjnym wpływom.

„Dziwka” to także odważny debiut mówiący o kobiecym samostanowieniu i świadomych próbach kontestacji tego, kim widzi kobiety otoczenie. Dużo silniejsze są tu postacie dziewczyn podlegających różnym formom opresji niż mężczyźni zagubieni w mrocznych neurozach i wynikających z nich zachowaniach, które można jednoznacznie określić jako złe. Zło w tej powieści ma wiele oblicz, ale to, co najciekawsze, to próby ukazania, gdzie i w jakim stopniu się osadziło. To studium ludzkich wstydów, kompleksów i różnego rodzaju upadków. Takich, których konsekwencją może być już tylko śmierć. Wykorzystanie motywu śmierci także prezentuje się tu niebanalnie i świeżo. Wszystko w pełnej niedomówień narracji, która trzyma w emocjonalnym klinczu i serwuje wyjątkowo świeże wolty w zakończeniu, po którym lektura „Dziwki” to już trudne do uniesienia doświadczenie egzystencjalne. Świetna książka. Mroczna, bolesna i zadająca wiele niewygodnych pytań. O złości i bezsilności. O chęci zemsty za świat, w którym każdy z każdym musi walczyć. Mocna rzecz!

2019-05-10

„Mama mordercy” Ida Linde


Wydawca: LOKATOR

Data wydania: 24 kwietnia 2019

Liczba stron: 192

Przekład: Justyna Czechowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Przynależności

Bardzo rzadko odnoszę się do oprawy graficznej omawianej książki, ale najnowsza powieść Idy Linde – w pewnym stopniu odmienna od pozostałych – doczekała się prawdziwego dzieła sztuki, albowiem jej okładka za pomocą czerni i czerwieni nie tylko trafnie symbolizuje problematykę powieści, lecz jest po prostu piękną rzeczą. I taką książkę chciałoby się mieć na półce. Artystyczna oprawa zapowiada także znakomitą treść. „Mama mordercy”, jak już zaznaczyłem, jest nieco inną powieścią szwedzkiej pisarki. Wyróżnia ją to, że ma bardzo linearną akcję, zawiera niewiele retrospekcji, a znana już z poprzednich dokonań Linde poetycka wieloznaczność nieco skrywa się tu w tle, bo to dość mroczna narracja zawierająca elementy powieści kryminalnej. Mrok oczywiście nie jest dosłowny i Linde jak zawsze potrafi obiekt swojego opisu doskonale zniuansować, niemniej przy lekturze tej książki częściej zadajemy sobie oczywiste pytania związane z rozwojem fabuły, niż wchodzimy w rejestr poetyckich metafor obrazujących kondycję emocjonalną przeżywającej dramat kobiety, która swą tożsamość oparła na przynależnościach. Tracąc jedną z nich, rozpaczliwie usiłuje znaleźć kolejną. „Mama mordercy” to doskonała historia o tym, że przynależymy do siebie tylko poprzez podobieństwa. Ale to także intrygująca fantazja o trudnym macierzyństwie odbiegająca od przesłania „Poleciały w kosmos” i obrazująca matczyny dramat w zupełnie innych kontekstach.

Henrietta swojemu chłopcu podporządkowała życie. Odrzuciła wszystkie jego przejawy i aktywności. Poza pracą, która daje utrzymanie. Ale bohaterka jest przede wszystkim projekcją marzeń o wspaniałym życiu syna, który niepostrzeżenie wymyka się jej troskliwości i przestaje być słodką istotą, której oddechy liczy się z czułością i dla której jest się gotowym do największych poświęceń. Poświęcić można także swoją potrzebę szczęścia i samozadowolenia. Bo Henrietta jest swoim chłopcem – to on nadaje kształt jej życiu i tylko dzięki niemu nie przygląda się narastającej samotności, która dopada ją wielopłaszczyznowo, tworząc klaustrofobiczną atmosferę życia wyłącznie dla kogoś, bez potrzeby kontaktu ze światem oraz innymi ludźmi.

Syn Henrietty dorasta i kieruje się w stronę cienia, którego ogromu matka zdaje się nie zauważać. Na początku są to koszmary senne znamionujące coś, z czym bohaterka nie będzie w stanie się zmierzyć, bo oniryczne projekcje syna są już poza granicami jej pojmowania i możliwości zaopiekowania się. Tymczasem jej chłopiec dokonuje zbrodni. Z chwilą, w której przełamuje jakąś wewnętrzną barierę, staje się kimś obcym. A jednocześnie przecież nadal kochanym przez matkę. Henrietta będzie musiała zrewidować swoje poglądy na to, co znaczy troska o syna. Zostaną rozdzieleni. To będzie pewien dramatyczny koniec, ale równie dramatyczny początek osobności. Bycia z samą sobą, swym niedopasowaniem, swym macierzyńskim rozczarowaniem i przede wszystkim z rozpaczą. Ta rozpacz da w powieści także pewien początek. Nawiąże się nowa, specyficzna relacja. Henrietta skonfrontuje się z kimś, kto tak jak ona jest w stanie oszukiwać emocjonalnie, by wydobyć się z mroku pustki i goryczy. A może ta nowa znajomość będzie jednak szansą, by ujrzeć siebie i relację z synem z zupełnie innej perspektywy?

Ida Linde nie oszczędza bohaterki, ale także czytelników. Tytuł funkcjonuje jako stygmat, ale także jako wrota innego rodzaju porozumienia. Henrietta będzie świadkiem tego, że silną więź emocjonalną może stworzyć z kimś innym niż z synem. Ale będzie to więź zniewalająca, wymuszająca pewne kompromisy. Bardzo intensywna relacja, która wciąż na nowo będzie kazała przypominać sobie wszystko to, o czym bohaterka chciałaby zapomnieć. I tu Linde stawia pytania o to, czy jakąkolwiek traumę jesteśmy w stanie zapomnieć. Jak upływ czasu rozprawia się z naszymi boleściami? Przecież od momentu odkrycia koszmarnej prawdy matka i syn rozpoczynają coś nowego. Osobno. Pierwszoosobowa narracja wyraźnie wskazuje, że emocjonalność chłopca, który dopuścił się zbrodni, skrywa się tutaj w tle. W ogóle śmierć pojawia się w tej powieści zupełnie inaczej niż np. w „Na północ jedzie się, by umrzeć”. Jej ślad to świadectwo pewnej zmiany. Nie ma tu opozycji między życiem a nieistnieniem. Jest bardziej życie emocjonalne skontrastowane z nieistnieniem po tym, gdy ta emocjonalność ulegnie zaskakującej przemianie. Ida Linde idzie dalej – zwraca uwagę na kondycję kobiety, matki i kochanki niemogącej odnaleźć się w zupełnie nowym dla siebie rejestrze przeżyć, odbierania życia. Dlatego „Mama mordercy” tak mocno przejmuje. Wraz z bohaterką konfrontujemy się z pewnego rodzaju pustką, którą musi kompulsywnie czymś wypełnić. Zerwana bliskość i najważniejsza życiowa relacja nie będą do odbudowania. W zamian pojawi się szansa na to, by uratować kogoś innego. A może siebie. Bo ratunek nadejdzie wówczas, gdy przeniesiemy własne cierpienie na drugą osobę, a na swoje barki weźmiemy taki rodzaj dramatu, który nie dotyka nas osobiście.

Ta książka zadaje także pytanie o to, kto i na jakich zasadach ma prawo decydować o naszym szczęściu, definiować to szczęście i zmuszać do emocjonalnej zależności, która doprowadza do wyobcowania. Bohaterka nowej powieści Linde jest rozpaczliwie samotna i ta rozpacz samotności pogłębia się za każdym razem, gdy Henrietta chce udowodnić światu, że może być szczęśliwa. Mimo stygmatu, ostracyzmu, niepewnych spojrzeń ludzi wokół i świadomości, że jej chłopiec nigdy już nie będzie dzieckiem, nad którym z troską będzie można się pochylić. Aresztowany dziwi się, że matka może przejawiać zadowolenie z życia, którego wolność jest mu odebrana. A Henrietta z pełnym przekonaniem daje sobie prawo do tego, by nie dzielić rozpaczy syna. Linde obrazuje tu tę emocjonalną zależność, która nakreślona była w tak zwanych normalnych okolicznościach, a tutaj poddana jest próbie. To, co się dzieje w życiu matki i syna, może być próbą ich miłości i przywiązania.

To także o opowieść o tym, w jaki niekontrolowany sposób wyzwala się pożądanie. Nie tylko po to, by zapełnić emocjonalną pustkę, ale także po to, by stanowić nowy rodzaj życiowego wyzwania. Linde opowiada także o roli zastępczej miłości. O niemożności tkwienia w pustce, choć przecież fasadowe życie podporządkowane jednej osobie może być naprawdę rozpaczliwie puste. „Mama mordercy” to ciekawa historia tego, czym jest miłość, jak bardzo może być intensywna i do czego prowadzić, jeśli istnieje w nadmiarze. Bo poszukiwanie prawdziwej miłości to szukanie kogoś, kto nie jest tym poszukującym. A Linde opowie o tym, że miłość potrafi być zgubna, ślepa, ale także silniejsza niż śmierć. Krótka, lecz zapadająca mocno w pamięć narracja. Szwedzka pisarka wie, że jej powieści nie muszą wychodzić poza lingwistyczny minimalizm, by były wielkie. Ta najnowsza to dowód na to, że Ida Linde wciąż ma nam coś nowego do powiedzenia.

2019-05-08

„Czarnobyl. Instrukcje przetrwania” Kate Brown


Wydawca: Czarne

Data wydania: 24 kwietnia 2019

Liczba stron: 496

Przekład: Tomasz S. Gałązka

Oprawa: twarda

Cena det.: 43,90 zł

Tytuł recenzji: Po katastrofie

Monumentalny reportaż Kate Brown opowiada o tym, w jaki sposób z katastrofą czarnobylską poradził sobie świat, racjonalizując i przyjmując za pewnik oględne doniesienia o zdarzeniu, a także o tym, jak nie poradzono sobie z nią na miejscu. Autorka proponuje nam model analityczno-dokumentalny – prezentuje przede wszystkim dane, które uzyskała z analiz dokumentów. Onieśmiela trochę forma książki. Brown wykorzystuje ponad tysiąc przypisów, które zajmują jedną piątą objętości reportażu. Choć w jego skład wchodzą również doświadczenia wydobyte z bezpośrednich spotkań z ludźmi, cała ta precyzyjna maszyneria z asystentkami autorki i wieloma trochę żmudnymi wyliczeniami oraz punktowaniami osłabia nieco czytelniczą uwagę. A szkoda, bo „Czarnobyl” mógłby być bardziej sugestywnym reportażem o tym, jak reagujemy na katastrofy atomowe, jak porządkujemy sobie informacje o nich. Brown napisała również – nawiązując do kolejnej katastrofy tego typu w Fukushimie – o powtarzającym się schemacie bezradności, bezsilności, lekceważenia oraz wybiórczości w postrzeganiu tego, co dzieje się ze światem skażonym przez atom. Okazuje się, że po katastrofach atomowych potrafimy doskonale funkcjonować w normalnym trybie. Nie słysząc, nie myśląc, nie wiedząc. Analizując to, co wydarzyło się po tragedii w Czarnobylu, amerykańska reporterka dodatkowo portretuje coś wyjątkowo absurdalnego. Przygląda się temu, ile energii, konsekwencji i determinacji można włożyć w walkę nie ze skażeniem, lecz z ludźmi, którzy o tym skażeniu chcą po prostu napisać prawdę.

To, co wydarzyło się 26 kwietnia 1986 roku za naszą wschodnią granicą, do dzisiaj wzbudza wiele mrocznych fantazji. Czy w tamtym czasie dostatecznie wcześnie i we właściwych ilościach otrzymaliśmy postapokaliptyczne antidotum? Czy wzmożone zachorowania na różnego rodzaju nowotwory nie są przypadkiem pokłosiem wybuchu w elektrowni atomowej? Czarnobyl może być prywatnym straszakiem dla każdego, kto w dniu wybuchu był już na świecie. Kate Brown chce opowiedzieć tę tragedię w nieco inny sposób. Oczywiście, że odwołuje się do wszystkich skutków ubocznych oraz analizuje, w jaki sposób skażenie radioaktywne w bezpośredni i pośredni sposób oddziałało na ludzi oraz na środowisko. Ale jej reportaż skupia się przede wszystkim na tym, jakie tragedia atomowa odcisnęła piętno w pamięci zwykłych ludzi, badaczy, polityków, lekarzy… Autorka przygląda się najpierw temu, co działo się bezpośrednio po wybuchu, ale potem dużo uważniej analizuje źródła wskazujące na to, jak wiele nieścisłości pojawiało się w badaniach naukowych, komunikatach władzy, jak bardzo niepewność uderzała w relacje międzyludzkie, lecz także wpływała na oblicze relacji międzynarodowych. Ślad zimnowojennych podchodów w mistyfikacji również mocno zaznacza się w czasie po apokalipsie.

„Czarnobyl” to także reportaż stawiający jedno zasadnicze pytanie: czy współczesna energia jądrowa wraz ze swoimi możliwościami i kreowanymi szansami na lepsze życie nie jest przypadkiem lekceważona, gdy nie myśli się o wszystkich prawdopodobnych skutkach ubocznych, jeśli w jej pozyskiwaniu coś pójdzie nie tak? Czarnobyl to przecież mroczne memento dla wszystkich wierzących w niezawodność i skuteczność elektrowni atomowych. Ciekawe jest to, co autorka mówi o zrzucaniu odpowiedzialności za katastrofę. Okazuje się, że winni byli ludzie aktualnie znajdujący się wtedy w pracy. Co z konstruktorami czy ludźmi długofalowo odpowiedzialnymi za eksploatację? Co z tymi, którzy na tej elektrowni zarabiali najwięcej i wraz z nią wiele zdobywali? Rzucone oskarżenia, o których wspominam, to w zasadzie czubek góry lodowej absurdów, z których rodziły się kolejne konflikty i które narzucały opinii publicznej myślenie o katastrofie. Maskowanie, tuszowanie, manipulowanie danymi. Aparat opresji miał się doskonale. Ci, którzy ucierpieli najbardziej, nigdy nie dowiedzą się, co tak naprawdę ich wyniszczyło. Ci, którzy uważają się za cudownie wolnych od skażeń, nie mają pojęcia, co i w jakiej formie przyjęli. Mam na myśli zarówno dawki promieniowania, jak i zasięg propagandy. Bo dramat Czarnobyla miał trwać możliwie najkrócej – w świadomości ludzi z jego najbliższego otoczenia, ale także obywateli świata, z których większość po niedługim czasie odetchnęła z ulgą, gdyż nic dramatycznie groźnego się nie stało. Otóż stało się, i Kate Brown bardzo drobiazgowo odtworzy, co się wydarzyło po fatalnym wybuchu.

Ta książka obrazuje także w znakomity sposób rys psychologiczny człowieka sowieckiego. Jego tendencje do tego, by szybko zapominać, wypierać ze świadomości, kształtować wolę i rozsądek zgodnie z tym, co narzucone odgórnie. Sowieckość jest tu portretowana jako połączenie ugodowości z wyjątkową umiejętnością wyrzucania z pamięci tego, co kontrowersyjne i dyskusyjne. Brown świetnie prezentuje, w jaki sposób ukraińskie, białoruskie i rosyjskie przemilczenia oraz fałszerstwa odsłaniały się i wychodziły na jaw, nie budząc większego wstydu. Autorka pokazuje wprawność w tym, co i jak tuszować. Sowiecki minister ochrony zdrowia Jewgienij Czazow mówi nawet wszem wobec, że katastrofa czarnobylska nie niesie za sobą żadnych konsekwencji zdrowotnych. Niesamowite jest to, jaką energią i pomysłowością wykazywano się w tworzeniu kłamstw, zamiast  walczyć ze skutkami wybuchu reaktora. Bo Kate Brown pokazuje i udowadnia, że można było części skażeń zapobiec. Czasem działając szybciej, a niekiedy nie podejmując niewłaściwych działań. Ta książka bowiem jest również opowieścią o tym, w jaki sposób ze skażeniem radziły sobie środowisko naturalne oraz różne ekosystemy. Brown nie pominie ani jednego ważnego tematu, ani jednego śladu jakichś nieoczywistości. Dlatego „Czarnobyl” imponuje, ale także onieśmiela swą strukturą, gdzie może trochę jest za dużo polityki, za dużo socjologizowania, zbyt mało kontaktu z żywymi ludźmi, a nie z tym, co napisali, zatwierdzili, opublikowali i po pewnym czasie porzucili.

A jednak ci, którzy pojawiają się na kartach tego reportażu, sportretowani są bardzo wyraźną kreską. To postacie mające odwagę mówić o tym, jak było naprawdę po wybuchu, ale przede wszystkim to zdeterminowani w swych działaniach przedstawiciele organów społecznych, politycznych, różnego rodzaju instytucji pozarządowych oraz prężnych organizacji, dzięki którym Czarnobyl nie jest już zagadką. Szkoda, że był nią tak długo. Że ludzie mimo wszystko z różnych powodów nadal nie rozumieją, iż zajmowanie się energią atomową może być śmiertelnie niebezpieczne. Jest jeszcze jedna istotna teza, zasugerowana gdzieś na marginesie rozważań Brown. „Katastrofy bez wyraźnego końca utrudniają wyciąganie wniosków”. Katastrofa czarnobylska się nie skończyła – mimo że wielu chciałoby widzieć jej koniec już dawno temu. Opowieść Kate Brown sugeruje, że wydobywanie na światło dzienne zapomnianych faktów to jedna z reporterskich konieczności. „Czarnobyl” jest więc reportażem o przeszłości, ale tak naprawdę o tym, jak żyjemy z przeszłością niewyjaśnioną i bez poczucia, że coś złego się stało i nadal dzieje.

2019-05-06

„Biała Plama” Lech Mucha


Wydawca: eSPe

Data wydania: 5 kwietnia 2019

Liczba stron: 380

Oprawa: miękka

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Ludzkość i dżungla

Przyznam, że już dawno nie przeczytałem żadnej książki w tak szybkim tempie. Lech Mucha nie daje czytelnikowi wytchnienia. Buduje powieść niezwykle dynamiczną, w której krótkie, rwane rozdziały składają się niczym elementy domina na spektakularną opowieść o kondycji ludzkości, jej słabościach, okrucieństwach, ale także zagubieniu. „Biała Plama” to historia przede wszystkim sensacyjna – mnogość wydarzeń, które budują fabułę, łączy trzy kontynenty i ludzi o zdumiewająco różnych priorytetach, motywach postępowania i sile charakteru. Ale w tym wszystkim skryte są interesujące myśli filozoficzne, odniesienia do socjologii, teorii ewolucji, również świetnie nakreślone tło polityczne i obyczajowe jednego z największych krajów afrykańskich, który staje wobec wyzwania odzyskania niepodległości. Czyta się to z niesłabnącym zainteresowaniem także dlatego, że autor sytuuje w afrykańskiej dżungli ludzi, dzięki którym przyglądamy się kształtowi i granicom świata tak zwanej cywilizacji, oddalonej od klaustrofobicznej atmosfery zielonej przestrzeni, gdzie ludzie właśnie będą musieli mierzyć się z najgorszym z niebezpieczeństw – obecnością drugiego człowieka, który w przeciwieństwie do dzikich zwierząt poluje na przedstawiciela swojego gatunku z dziką przyjemnością…

Ron Webber bada zachowania stada szympansów bonobo. Do udziału w swych działaniach zaprasza amerykańską naukowiec Kim Novak. Kobieta na początku nie jest do końca świadoma, w jakim kraju się znalazła, z czym przyjdzie jej się mierzyć oraz jakie znaczenia ma jej misja. Oboje przyjrzą się niezwykłemu odkryciu Webbera z różnych punktów widzenia. Jeden z badanych szympansów ma umiejętność, której obserwacja wydaje się czymś fascynującym, ale chodzi głównie o to, jakie znaczenie dla rozumienia powiązań świata zwierząt i ludzi ma to spektakularne odkrycie. I ku czemu może prowadzić. Bo szybko okaże się, że dwoje naukowców z tak zwanego cywilizowanego świata zda się na pomoc i empatię nie tylko ludzi z dżungli. Mucha obrazuje, jak krucha jest kondycja ludzka w niezmierzonej przestrzeni afrykańskiego lasu, pokazując jednocześnie, w jakich okolicznościach ujawniają się ludzkie cechy dystynktywne, które nie tylko pomagają przetrwać, ale również przeanalizować zagrożenie, dostrzec trudności związane z próbą pokonania go i poradzić sobie z nim w bardzo niekonwencjonalny sposób.

Do kongijskiej dżungli trafiają także dwaj poszukiwacze skarbów. Obaj wykreowani niczym Indiana Jones w nowej wersji, ale obarczeni egzystencjalną niepewnością, nad którą nie zastanawiają się aż do momentu, kiedy na ich drodze staną uciekający przed prześladowcami naukowcy. Robert i Ludwig stanowią zgrany tandem. Ich przeszłość w Legii Cudzoziemskiej, niezwykłe umiejętności, gotowość do podejmowania się zleceń prawie niemożliwych – to świadectwo tej cechy ludzkości, która czasem umożliwia postęp, a niekiedy prowadzi do zagłady. Bezkompromisowość i odwaga mężczyzn wyruszających do Konga, by odnaleźć tajemniczy skarb skryty we wraku samolotu, zderzy się z racjonalnością, ale także specyficznym rodzajem transcendencji, jakie zaproponują im towarzysze niedoli w dżungli. Lech Mucha zestawia ze sobą bardzo silne jednostki i niezwykle silne osobowości. Muszą przyjąć jeden front obrony. Będą zmuszeni bezpardonowo walczyć o życie, ale zagrożeniami nie będą dla nich okoliczności przemieszczania się przez dżunglę.

„Biała Plama” to historia ludzkiej małostkowości oraz chciwości. Jednocześnie opowieść o ludziach, którzy są gotowi przyjąć inną perspektywę, zrozumieć ją, nauczyć się empatii… od szympansa bonobo. Mucha rozważa zagadnienie wolnej woli i związanej z tym intencjonalności. Idzie w swych rozważaniach bardzo daleko, bo nakreśla czytelne konteksty i zderza ze sobą różne punkty widzenia. Wszystko dzięki temu, że jego bohaterowie są bardzo przekonujący. Czasem można odnieść wrażenie, że cechują się jakimiś mało prawdopodobnymi umiejętnościami, ale sensacyjny sznyt tej opowieści wymusza niejako postawy bardzo bohaterskie, nieprawdopodobnie heroiczne czy zaskakujące pod względem tego, w jaki sposób inteligentnie poradzić sobie z trudnościami. Przestrzeń dżungli jest symboliczna i bardzo ważna. W niej toczy się walka na śmierć i życie, ale tam również odbywają się istotne rozmowy dotyczące tego, co i w jakim zakresie jesteśmy w stanie znieść, jak przewidujemy przyszłość i czy potrafimy naprawdę uważnie spojrzeć w oczy i duszę drugiego człowieka.

To, co zwraca szczególną uwagę, to bardzo interesujące postacie kobiet w tej powieści. Są odważne, inteligentne, zdeterminowane. Mają w sobie więcej siły samostanowienia niż dzielni mężczyźni z bronią w ręku. Każda z kobiecych postaci wydobywa się na początku jako fragment tła, ale status ich drugoplanowości zmienia się i dostrzegamy, że potrafią w doskonale przemyślany sposób zrealizować swoje cele oraz zamierzenia. Będzie to między innymi zemsta, ale nie tylko. Mucha zobrazuje kobiety stojące dzielnie na straży własnych przekonań, umiejętnie wydobywające się z różnych przestrzeni opresji, ale przede wszystkim stawiające ważne pytania o kondycję ludzkości. Dlatego uważam, że „Biała Plama” to powieść o spuściźnie, sile i konsekwencji w działaniu z dość wyraźnym feministycznym przesłaniem. Ale to nie wszystko. Lech Mucha chce zobrazować ludzkość jako pochodną pewnych procesów opisanych przez naukowców i pośród egzystencjalnych wątpliwości, jakie rozwiać może na przykład wiara.

To także ciekawa narracja o solidarności w obliczu zagrożenia, której kluczowym hasłem jest powtarzane kilkakrotnie zdanie „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. Autor portretuje ludzi w sytuacjach granicznych. Doświadczają czegoś, przy czym poziom adrenaliny urasta do granic niemożliwości. Jednocześnie są to ludzie doskonale zdający sobie sprawę z własnych atutów, ale także empatyczni wobec inności. To odróżnia ich od oprawców – w tej powieści nakreślonych wyjątkowo grubą kreską, trochę za pomocą uproszczeń, bez żadnych dwuznaczności. Mucha otwiera przed nami świat przygody, niebezpieczeństw, filozoficznej niepewności, ale również tej niepewności bardzo namacalnej. Walcząc o życie, bohaterowie udowadniają, że ludzkość z jednej strony wyróżnia się przede wszystkim pomysłowością i inteligencją, z drugiej jednak – w każdym cywilizowanym zakątku świata wciąż na nowo przemierza po omacku gęstą dżunglę. Bez pewnego kompasu przekonań i być może też moralności. To intrygująca opowieść przygodowa, która mimo wszystko jest też ważnym głosem w dyskusji o tym, jak maskujemy na co dzień swoją ludzką słabość.

2019-05-02

„Spotkajmy się w muzeum” Anne Youngson


Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 24 kwietnia 2019

Liczba stron: 192

Przekład: Magdalena Słysz

Oprawa: miękka

Cena det.: 29,99 zł

Tytuł recenzji: Listy i konfrontacje

Człowiek z Tollund doczekał się kolejnej obecności w literaturze. Tym razem nie jest to poezja Seamusa Heaneya, lecz zgrabny debiut prozatorski Anne Youngson. To historia o tym, że przypadek zbliża dwa światy, dwie wrażliwości i dwie narracje. Książka stworzona z listów. Natychmiast i intensywnie wzbudzająca czytelniczą ciekawość tego, czy piszący do siebie spotkają się wreszcie. Zmumifikowane zwłoki człowieka epoki żelaza staną się punktem wyjścia do rozważań o uniwersalizmie tego, co przeżywamy w relacjach – zawsze tak samo i zawsze z podobnym natężeniem emocji, ale jednocześnie zawsze oryginalnie. Żyjący ludzie są dla siebie równie wielką zagadką jak wydobyte z bagien ciało, które tworzy tu początek intrygującej opowieści o tym, w jaki sposób możemy stać się dla siebie wyjątkowi.

Tina żyje w otoczeniu angielskiej farmy, Anders w duńskim świecie obowiązków kustosza muzeum. Ona otoczona jest wieloma formami życia, celebruje teraźniejszość, docenia swój czas (nie jest młoda) i potrafi przyglądać się witalizmowi świata z wyjątkową uwagą oraz czułością. On zasadniczy i kostyczny, mieszkający wedle funkcjonalnych skandynawskich wzorców w mieszkaniu bez duszy, skoncentrowany na pracy, metodyczny, racjonalista bez umiejętności wejścia w kontakt ze swoimi prawdziwymi emocjami. Tina zbliży się do Andersa w bardzo specyficzny sposób. Żadne z nich nie będzie udowadniać drugiemu, że jego sposób na życie jest lepszy czy ciekawszy. Youngson skonfrontuje ze sobą dwie silne osobowości, które na co dzień żyją inaczej, ale potrzebują i oczekują od drugiego człowieka tego samego. Może empatii, a może umiejętności określenia, kim są z innej perspektywy. Bo listy wymieniane przez Tinę i Andersa to także świadectwa takiej nonszalanckiej, ale bardzo intensywnej ciekawości tego, w jaki sposób postępowanie i rozmyślania widzi ta druga strona. Autorka rozepnie most porozumienia między Anglią a Danią, ale w gruncie rzeczy opowie o tym, czym jest kontakt międzyludzki, czym taka konfrontacja jest dla tożsamości. Opowie jednak przede wszystkim o tym, w jaki sposób rodzą się bliskość i wzajemny szacunek. Z tych listów wiele można byłoby się nauczyć. O takcie, rozsądku, umiejętności wczuwania się w problemy innych, ale przede wszystkim o tym, w jaki sposób nienarzucająco określić własne zdanie, spojrzeć na życie drugiego człowieka krytycznie, ale i z dużą dozą szacunku.

Anne Youngson interesuje ludzka potrzeba przynależności. Zarówno Tina, jak i Anders doskonale wiedzą, skąd pochodzą, kim się stali, od czego są zależni i co ich kształtuje. A jednak wymieniając listy, odkrywają, że nie ma aż tak wielu pewników w życiu żadnego z nich, bo to drugie potrafi pokazać pewne niedostrzegalne niuanse. Na nich zaś zasadza się czasem fasadowość tego, czemu ufaliśmy przez całe życie. Zdecydowanie bardziej rozwojowym bohaterem jest tutaj Anders. Tina jest od początku otwarta, empatyczna, skłonna do dialogu, poznawania czegoś nowego. Anders wszelką uczuciowość chciałby zastąpić racjonalizmem, jednak szybko zdaje sobie sprawę, że wymiana listów z kobietą, która jako dziewczyna była zafascynowana badaniami archeologicznymi ogniskującymi się wokół eksponatów jego muzeum, będzie zaskakującą przygodą. Intelektualną, ale i emocjonalną. Oboje wrócą do tych zdarzeń z historii, które nakazały im ostrożność, pewną zachowawczość uczuciową. Oboje ujrzą siebie w nowym świetle. Wymiana listów stanie się dla obojga istotnym doświadczeniem egzystencjalnym. To niesamowite, jak ze zwykłej znajomości Youngson tworzy nam opowieść o wyjątkowej przyjaźni, w której nikt nikogo nie ocenia, lecz stawia mądre i zasadne pytania o tożsamość i poczucie sensu w życiu.

„Spotkajmy się w muzeum” to powieść, w której tak dramatyczne kwestie jak śmierć bliskich osób ukazane są w taki sposób, że nie mamy poczucia, iż boleśnie ingerujemy w świat przeżyć bohaterów, czytając nieprzeznaczone dla naszych oczu wyznania. Sama konwencja książki wymusza wiele dodatkowych pytań o to, kim są i czy w jakikolwiek sposób kreują się przed drugą osobą ludzie, których dialog to wymiana zapisanych kartek papieru. Przechodzi potem w korespondencję elektroniczną, aby zasygnalizować współczesny czas powieści, jednak jej bohaterowie pozostają w taki magiczny sposób staroświeccy. W tym, jak zwracają się do siebie, jak komentują ważne wydarzenia ze swojego życia, i w tym, kim ostatecznie się dla siebie stają w tej relacji. Treść listów to jedno, ale z tyłu głowy wciąż pozostaje pytanie, o którym wspomniałem na wstępie. Bardzo pomysłowa narracja Youngson przykuwa uwagę, bo każe zastanowić się nad tym, co w zasadzie przedstawia – rzetelną wiwisekcję duszy dwojga zbliżających się do siebie ludzi czy pewną kreację stworzoną na odległość i kontynuowaną z każdym kolejnym listem?

Ale i tak najbardziej ujmujące są te momenty książki, kiedy bohaterowie będący przecież w jesieni życia odkrywają doznania i wzruszenia, którym poddają się z dziecięcym wręcz żarem i niefrasobliwością. Tina będzie musiała podjąć kilka ważnych decyzji, a może i tę najważniejszą w życiu. Anders wydobędzie się ze swego surowego skandynawskiego wnętrza – dosłownie i metaforycznie, bo dzielący go od Tiny dystans zatrze umiejętnościami, które zdobędzie poddany także czemuś w rodzaju życiowej próby. „Spotkajmy się w muzeum” to czuły zapis bliskości międzyludzkiej, o którą tak trudno i która być może bez komunikacji pisemnej nie mogłaby się pojawić, zaistnieć, zaznaczyć swojej obecność i doprowadzić do zmian. Czyta się to z niesłabnącą nadzieją na to, że nie zatraciliśmy umiejętności werbalizowania swoich emocji oraz przeżyć i że bohaterowie książki potrafiliby do siebie mówić tak, jak piszą. Dlatego Youngson wzbudza emocje, ale także pytania. Pomysłowa konstrukcja książki obnaża to, w jaki sposób ludzie oddalają się od świata własnych przeżyć, ale jednocześnie uzmysławia, że w sprzyjających okolicznościach jesteśmy w stanie opowiedzieć sobie zwyczajne, a jednak niezwykłe rzeczy. W tym wszystkim duch zmumifikowanych zwłok, w których kiedyś też tliły się życie i jakieś emocje. Wychodząc od archeologicznej fascynacji, autorka pokazuje, że żyjący ludzie mogą dla siebie stanowić nie mniejsze wyzwanie niż fantazjowanie o człowieku z odległej przeszłości. Mogą spotkać się tu i teraz, czyniąc swoje przewidywalne życie niezwykłą przygodą – oczekiwania, odpowiedzi, bliskości mimo oddalenia. Ciekawie skonstruowana opowieść o tym, czego wciąż na nowo w sobie szukamy. I o tym, że wbrew pozorom dość łatwo to odnaleźć.