Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2019-02-28

„Internat” Serhij Żadan


Wydawca: Czarne

Data wydania: 20 lutego 2019

Liczba stron: 288

Przekład: Michał Petryk

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wojenny chaos

Mam nieodparte wrażenie, że to jedna z lepszych książek, które dane mi jest czytać tego roku, o ile nie najlepsza. Niesamowita wizyjność, przykuwające uwagę opisy, pozbawione wszelkich ozdobników, a mimo to zajmujące uwagę. Tak Serhij Żadan portretuje wojnę bez sensu, bez celu, bez właściwości i bez zarysowanych frontów. Wojnę, która przyszła nagle, wszystko zagarnęła i nie ma zamiaru się kończyć. Wojnę, która wdziera się wszędzie, patroszy i niszczy każdą przestrzeń, zmusza ludzi do ucieczki i daje do zrozumienia, że i tak przed nią nie uciekną. Tak, to nie jest zgrywający się i groteskowy Żadan z „Big Maca” czy „Hymnu demokratycznej młodzieży”. To Żadan portretujący apokaliptyczną odyseję w świecie, gdzie wciąż płonie horyzont, słychać odgłosy wystrzałów, gdzie dylematem jest użycie właściwego języka, problemem właściwa odpowiedź na pytanie o to, kim się jest, i gdzie „wszystko rozjebali”. Gdzie nikt tak naprawdę nie odpowie za krzywdę, destrukcję, chaos i zniszczenia. Oto wojna w Donbasie, która na kartach „Internatu” przybiera najmroczniejsząj i najczytelniejszą formę. To obraz bezsensu, absurdu, nieukierunkowanej przemocy i siły, która wciąż na nowo niszczy. Pozostawia pola czerniejących słoneczników, przestraszonych ludzi, przestraszone ptaki i grozę, jakiej nikt jeszcze nie opisał w taki sposób.

Pasza jest nauczycielem ukraińskiego. To zawód wysokiego zaufania publicznego i jego karta przetargowa. Przemieszczając się w otoczeniu wojny, może liczyć na to, że zostanie potraktowany poważnie i z szacunkiem. Że jego fach będzie przepustką i pozwoli ominąć brutalne absurdy. Pozwoli przetrwać i przeżyć. Bo tylko to jest celem Paszy, zachowawczego belfra, który jest świadom tego, że nigdy nie uczył tego, co najważniejsze, skrywając się w rutynie codziennych obowiązków, których i tak nie wykonywał sumiennie, bo nie chciał reagować na przemoc na szkolnym boisku czy unikał odpowiadania na trudne pytania. Dziś jednak Pasza ma cel i zadanie do wykonania. Musi przywieźć do domu siostrzeńca, którego matka wysłała do internatu, pozbywając się odpowiedzialności za dziecko w takim wymiarze, w jakim Pasza musi wziąć ją na swoje barki. Rusza więc w drogę. Mimo swojej pozornej bezradności, bierności i bezwoli konsekwentnie realizuje swój plan. Wędrując pośród ruin i w kakofonii wystrzałów artyleryjskich, Pasza chce udowodnić światu, że to nie jego wojna. Że nie pochłonie go nawet na moment, gdy on za cel stawia sobie wydobycie siostrzeńca z opresyjnej przestrzeni. Bo czy cała Ukraina nie jest spacyfikowanym i odciętym od świata internatem, w którym znalazły się osoby z trudnych rodzin, za które nikt nie chce brać odpowiedzialności?

Jest to zatem powieść drogi, ale nazywając ją w ten sposób, posługujemy się dość dużym uproszczeniem. To powieść wyjścia i powrotu. Wydobycia się z pozornie bezpiecznej przestrzeni, by doświadczyć całej grozy tego, czym jest wojna poza nią. Pasza trafia w środek niczego. Jak mówi jeden z bohaterów: „Nikt nic nie wie. Nikt nikomu nie ufa. Średniowiecze”. Aby odnaleźć siostrzeńca, który niekoniecznie potrzebuje być odnaleziony, Pasza musi zrozumieć, jak znaleźć właściwą drogę, by obejść wojnę i ją przetrwać. Bo cel wymaga tego, by ominąć całą mroczną rzeczywistość wokół. A to przecież niemożliwe, gdy wojna wdarła się wszędzie i każe wciąż na nowo uciekać cywilom, choć przecież nie mają dokąd uciec.

Ta wojna dociera absolutnie wszędzie. Sugestywna scena układania rannych w szkole Paszy pokazuje, że bohater nie jest w stanie odciąć się od tego, czego nie uznaje za swój konflikt. Ten konflikt wkracza wszędzie. Jest zintensyfikowany tym, że podziały rodzą się wciąż na nowo. Wciąż są jacyś „nasi” i „obcy”, wciąż ktoś pyta o pochodzenie, nic z tego nie wynika, niejasny jest front, ale ważna potrzeba wojowania. O to wojowanie Paszę będą pytać, a on – inwalida – będzie wciąż na nowo osłaniał się tarczą swojego fachu, co doprowadzi do zaskakujących go wydarzeń i przydzielonej mu misji. Ale bohater Żadana to nie tylko człowiek, który w tym niemożliwym do wyrażenia świecie nie chce przynależeć do niczego i nikogo. Pasza to bezradność i siła w jednym. Nie decyduje, kto jest swoim, a kto wrogiem. Nie chce określać, czym jest uczciwe życie, a czym kłamstwo, by przetrwać. Widzi świat, który usiłował stworzyć wedle prostych reguł przekazywanych uczniom, ale widzi też porażkę – gdy jeden z byłych uczniów okazuje się jego wrogiem na froncie.

Tego frontu właściwie nie ma. Jest zlepek czegoś, co spektakularnie nazywane jest konfliktem zbrojnym. Żadan jest bardzo wyrazisty, nie chce kompromisowego czy enigmatycznego pisania. Pokazuje żołnierskie zmęczenie, beznadzieję i rozgoryczenie. Żołnierską wulgarność, żołnierskie prostactwo. To siła, wobec której kapituluje zdrowy rozsądek. Nie ma go w portretowanej wojnie, bo ta wojna nie burzy krwi – ona po prostu niszczy i paraliżuje. Jeden z bohaterów powieści zaznacza, że i tak nikt nie odpowie za to, co się dzieje i będzie działo w przyszłości. Bo nikt nie daje gwarancji, że to piekło kiedyś się skończy. Istotne jest też symboliczne podkreślanie, że tu naprawdę nikogo nie żal. Kto komu robi krzywdę i jaka jest istota tego krzywdzenia?

Przejmujący jest sposób, w jaki „Internat” portretuje przestrzenie. Niesamowita wizyjność idzie w parze z przemyślanymi niedopowiedzeniami. Symbolika scen i dialogów złożonych z krótkich, rwanych zdań również niezwykle przemawia do wyobraźni, tworząc obraz wojny widzianej oczyma cywilów, ale także jej obraz wykreowany za pomocą tego, co nieme. Nikt nie mówi wiele, bo nie ma już nic do powiedzenia. Lepiej milczeć i obserwować. Czekać na zmianę. Oczekiwać odmiany, której portretowane miejsce może się nie doczekać. Pasza ze stoickim spokojem przyjmuje każdą formę opresji, z jaką się spotyka, bo z tą opresją, niepewnością i boleściami trzeba po prostu nauczyć się żyć. Żadan jest zatem dosadny, bezkompromisowy. Pokazuje świat, w którym wciąż wszyscy walczą przeciw wszystkim. Świat okupacji i bezradności, który nie ma szans na zmianę. Świat, w którym odbywa się pewna ważna podróż. Bo coś i kogoś w tej przegranej rzeczywistości można jednak uratować. Mocna i absolutnie przykuwająca do siebie powieść. Sugestywna diagnoza czasu agresji. I tego, co on po sobie pozostawia.

2019-02-26

„Czas pokuty” Grzegorz Kopiec


Wydawca: JanKa

Data wydania: 26 lutego 2019

Liczba stron: 388

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37 zł

Tytuł recenzji: Miłość i groza

Wydawnictwo Jana Koźbiela podjęło się chyba pewnego ryzyka z wydaniem takiej książki, bo „Czas pokuty” zupełnie nie przystaje do tego, co oferowało nam ono do tej pory. To bardzo dobre posunięcie, gdyż powieść Grzegorza Kopca jest czymś wyjątkowym na polskim rynku wydawniczym. Niezwykła hybryda horroru, thrillera, powieści obyczajowej, legendy, ale także literatury głęboko filozoficznej, proponującej nam ciekawą metaforę życia i rozpatrującej to życie na pewnej dramatycznej granicy, gdzie piekło zagraża unicestwieniem, ale nic tak naprawdę nie może zabić miłości. Tak, gdyby określić „Czas pokuty” jako powieść o miłości, brzmiałoby to banalnie. A autor nie jest banalny. Co więcej, widać jego erudycję i swobodę poruszania się między stylami i konwencjami, ale przede wszystkim pewną konsekwencję, bo w ostatecznym rozrachunku ta książka nie będzie tylko ekscentrycznym połączeniem gatunków służącym rozrywce. Warto ją przeczytać, bo jest dynamiczna, świeża, oryginalna i potrafi zawrócić w głowie. Także zatrzymać ją w myśleniu o tym, co stanowi najważniejsze wartości w naszym życiu. O tym, czy możemy podołać każdej formie opresyjności świata, jeśli naprawdę kogoś kochamy…

Zdecydowanie najwięcej jest zagadek i grozy. Trochę to nawet książka sensacyjna. Tym gra o uwagę czytelnika, ale zdobędzie ją także inną treścią. Na pierwszy rzut oka uznać można, że to powieść zmontowana z popularnych i bardzo już wykorzystanych motywów, które w „Czasie pokuty” wybrzmią wyjątkowo świeżo. Szpital psychiatryczny i niebezpieczny pacjent z zaburzeniami świadomości. Amnezja, która pozwala zbudować pasjonujące retrospekcje. Zjawiska nadprzyrodzone i dużo grozy. Ale także sporo przelanej krwi i tajemnicza cerkiew, w której odbędzie się zasadnicza konfrontacja z siłami zła. Wszystko, czym raczą nas mniej lub bardziej udolni naśladowcy Stephena Kinga, wydobywa się spod pióra kogoś, kto deklaruje fascynację amerykańskim autorem. I to oczywiście widać, ale adres niezwykłych zjawisk, zdarzeń i relacji międzyludzkich jest już typowo polski. Tym bardziej to wszystko przyciąga uwagę, zanim jeszcze ujawni nam, że nie chce tylko straszyć i epatować grozą.

Karola obdarzyłem sympatią od razu, może ze względu na identyczny z moimi dzień i miesiąc jego narodzin. Nie zraził mnie nawet stwierdzeniem, że do wyczyszczenia toalety potrzebna jest kobieca ręka. Może dlatego, że tak bardzo adoruje i uwielbia swoją wybrankę i że jest w stanie poświęcić dla niej wszystko – nawet kosztem obłędu, z którego może nie być powrotu. Widać, że to mężczyzna bardzo emocjonalnie związany ze swoją narzeczoną, ale takimi emocjami bez porządku i bez struktury. To siła miłości nieprzełożona jeszcze na oczekiwania względem tego, jak z tą miłością układać sobie codzienność. Nie jest świeża, nie jest też naiwna. Jest bardzo intensywna i dzięki temu robi nam świetną książkę.

Tenże Karol leży w izbie przyjęć szpitala psychiatrycznego i wpatruje się w zegar. Banalne otwarcie, ale to tylko pozory. Tajemnice Karola zwiążą się z pewną trzynastowieczną klątwą, a razem z nią – z wykładnią tego, co jest w życiu najważniejszym uczuciem i które z nich potrafi przetrwać ekstremalne okoliczności. Tak, wspomniałem, że chodzi o miłość, jednak w narracji Kopca nie wszystko jest takie oczywiste. Warto zwrócić uwagę na to, jakimi imionami obdarzy swoje bohaterki, bo są to imiona mówiące. I uważnie śledzić, co te kobiety z nim robią. Bo Kopiec opowie o nieszczęśliwym człowieku, który szczęśliwie kocha. Absurd? Tylko pozornie. Karol traci kontakt z rzeczywistością, by w innym wymiarze i z innymi istotami obok siebie przeżyć swoiste katharsis, po którym nie nastąpi jednak przewidywany happy end. Nie można zresztą odnieść się jakoś zasadniczo do fabuły, by nie zniszczyć przyjemności czytania, ale także elementów zaskoczenia. Bo Karol musi zmierzyć się z siłami, które wpływały na decyzje o wyborze sposobu i stylu życia, ale także odnaleźć swoją rolę w opowiadanych legendach. Im autor „Czasu pokuty” nada dodatkowe znaczenie. Wszystko w doskonałych proporcjach, aby cały czas dawać do zrozumienia czytelnikowi, że nie panuje nad niczym – tak jak oderwany od rzeczywistości Karol.

To też książka dla tych, którzy chcieliby rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Tam bohaterowie wybierają się na urlop, który ma być najpiękniejszym w ich trzyletnim związku. Tam skonfrontują się z dramatami, które na zawsze naznaczyły okolicę, ale z którymi miejscowi umieją żyć. Klaustrofobiczna atmosfera książki to nie tylko intrygujące usytuowanie jej w odludnych miejscach. Grzegorz Kopiec nie jest oryginalny, gdy miejscem łączącym rzeczywistość z magią i symbolami egzystencjalnego zła uczyni starą cerkiew. Chodzi bardziej o to, w jaki sposób buduje się tu czytelny i ważny kontrast między miejscem a spektrum emocji przeżywanych przez bohaterów będących turystami. Kopiec gra mrocznymi wizjami, snami, odniesieniami do religijnych i kulturowych wyobrażeń duchowej ekspiacji, ale rozgrywa to wszystko doskonale w oryginalnie sportretowanym półcieniami miejscu. Miejscu, które staje się naprawdę groźne.

Intryguje wielowątkowość oraz tajemnica tego, w jaki sposób wszystkie przerażające i nadprzyrodzone zjawiska zostaną wyjaśnione, a także to, czy w ogóle autor zechce je zracjonalizować. Bo przecież wszystko można powiedzieć o „Czasie pokuty”, ale nie to, że jest powieścią fantasy. Podoba mi się pomysł na niejednoznaczne opowiadanie o czymś, z czego każdy z nas w gruncie rzeczy doskonale zdaje sobie sprawę, ale bardzo często nie dopuszcza tego do swoich emocji. Szaleńcza miłość i szaleństwo walki o nią odegrają tutaj symboliczną rolę, bo to nie tylko historia uczucia cementującego związek, ale także swego rodzaju moralitet o tym, jak wielką siłę sprawczą ma miłość i jak często potrafi być w tej sile destrukcyjna. Bardzo interesująca powieść – nieoczywista, wzbudzająca sugestywny strach. Jednocześnie pełna ciepłego przesłania, ale też prowokacyjna, dość groźna i na pewno niezalecana do czytania przed spaniem. Nie tylko dlatego, że zjawy straszą, a krew się leje. Kopiec potrafi zbudować specyficzną atmosferę zagrożenia i niepewności. Na kilka sposobów. Warto je poznać.

PATRONAT MEDIALNY

2019-02-22

„Przed końcem zimy” Bernard MacLaverty


Wydawca: Agora

Data wydania: 27 lutego 2019

Liczba stron: 280

Przekład: Jarek Westermark

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: W obliczu kryzysu

Kameralna i przejmująca opowieść o tym, co naprawdę znaczy wzięcie odpowiedzialności za siebie na całe życie. O związku w rozpadzie, ale także o silnym przekonaniu, że jest się dla siebie stworzonym, sobie potrzebnym i przynależnym do siebie ze względu na bagaż doświadczeń, ale także okoliczności i czas, w jakich relacja się zacieśniała. Bernard MacLaverty opowiada o ludziach niosących tajemnice cierpienia i prywatne nieszczęścia, które zamykają się w granicach uporządkowanego życia codziennego. Zobrazuje ludzi w podróży, bo wówczas wyostrza się perspektywa patrzenia na to, co jest na co dzień. Ale ta powieść to także gorzkie rozliczenie z północnoirlandzką przemocą, bo autor pokazuje, jak dramat polityczny staje się dramatem prywatnym, głęboko egzystencjalnym i niemożliwym do pożegnania. To również narracja tworząca studium alkoholizmu bez dosadności i bez przejaskrawień. Odnosi się wrażenie, że MacLaverty potrafi opowiedzieć o każdej trudności i traumie w sposób wyważony, subtelny i ze specyficznym rodzajem goryczy. Ale opowiada przede wszystkim o tęsknotach. O tym, że z czymś się nie zdążyło, coś wydarzyło się za wcześnie, czas i zbiegi okoliczności wymuszały nieprzemyślane decyzje, a w tym wszystkim jednak pozostaje pewien porządek, niezwykła harmonia. Tak pięknie napisanej książki o cierpieniu już dawno nie czytałem.

Piękna jest scena otwarcia, której niemym bohaterem jest noc. Ona boryka się z bezsennością, on wymusza formę sennego zapomnienia o świecie, wypijając kolejnego drinka. Tej pierwszej powieściowej nocy małżonkowie są wyjątkowo bezbronni i szalenie od siebie oddaleni. A jednak widzimy, że związek ich ciał ma się dobrze, że fizycznie są dla siebie stworzeni i że problemem są narastające bariery mentalne. Zimowy urlop w stolicy Holandii ma coś zmienić. Ma pozwolić na inne spojrzenie i na poszukiwania własnej wartości. Na określenie tego, kim się jest w związku, czy warto o niego walczyć i czy wspólne życie może zaoferować coś więcej niż tylko gorzki rachunek strat.

Gerry czuje się architektem ich związku. Stella wyczuwa jego fasadowość. Nic nie jest do końca jasne i określone, a w relacji tych dwojga widzimy zarówno ironiczność, jak i czułość. Są sarkastyczni i jednocześnie ciepli dla siebie w taki bezpośredni sposób. To wyjątkowa bliskość i wyjątkowa też trudność rozpoznania, komu czego zaczyna brakować. MacLaverty opowiada o wspólnej życiowej drodze, którą naznaczyły nieszczęścia urodzenia się w określonym czasie i określonym kraju. To trochę tak, jakby tożsamość Irlandczyka została w tej powieści poddana wyjątkowo drobiazgowej wiwisekcji – jak związek, za którym idzie gorycz. Ale także poczucie bezpieczeństwa, które być może inaczej rozumie Gerry, a inaczej Stella.

Bohaterowie darzą się wyjątkowym szacunkiem, ale ten szacunek paradoksalnie oddala ich od siebie. Nie są w stanie zaakceptować tego, że sens ich wspólnego życia może zakwestionować każde nowe doznanie, którego doświadczają na amsterdamskiej ulicy. Przed końcem zimy” to poszukiwanie odpowiedzi na pytania o bliskość w obcych przestrzeniach, które symbolicznie podkreślają pewną nostalgię turystów. Stella jest gotowa na podjęcie ważnych życiowych decyzji, ale przyjazd do Amsterdamu to dla niej też pewien rodzaj rozczarowania. Taki, którego zaznała dużo wcześniej, zanim zdecydowała się na rozmyślaniu o końcu swego związku. Gerry wydaje się bardziej skryty, nie jest tak dostępny dla czytelnika, a jednocześnie widzimy jego bezbronność wobec wszystkiego, co go przerasta. I tę rozpaczliwą chęć ucieczki od świata, bliskości z żoną, szczerych rozmów na temat tego, kim byli i kim się dzisiaj stali.

Ciekawe retrospekcje odsłaniają istotę tego małżeństwa i kreślą trudny status związku, w którym pojawiło się już poczucie, że być może nie jest on egzemplifikacją wiary w to, iż można być dla siebie kimś wyjątkowym. Konstrukcyjnie ta powieść jest bardzo prosta, porządkuje także wiedzę o bohaterach w sposób, który można określić jako przewidywalny. Ale i tak z dużym napięciem czeka się na to, do czego irlandzki pisarz nas doprowadzi, do jakiej formy konfrontacji ze sobą zmusi swoich bohaterów. Wcześniej ważne jest nakreślenie ich poczucia estetyki, zwrócenie uwagi na konteksty ważnych wyborów i doprowadzenie do tego, że nie są dla nas starszym małżeństwem w kryzysie, bo to duże uproszczenie dla tej pełnej wielu subtelności powieści.

MacLaverty pokazuje dwa krańcowo różne sposoby ratowania się od opresji poczucia bezsensu. Może to być religijność, może to być nałóg. To, czym są dla Stelli wiara i modlitwa, stanowi taki mroczny rewers w kompulsywnych staraniach Gerry’ego, by porzucić świadomy i trzeźwy ogląd rzeczywistości. Ścierają się tu nie tylko światopoglądy i metody radzenia sobie z oswajaniem pustki. Dochodzi tu także do werbalizacji tego, jak potrzebna, wręcz konieczna jest próba uporządkowania życiowego sensu. Że te próby odbywają się przez całe życie i że nie ma żadnej gwarancji stałości, ciepła, szacunku i miłości, bo ludzkiej bliskości nie wzmacniają lata wspólnego życia, lecz inne formy zbliżenia. Być może w Amsterdamie dojdzie do niej po raz pierwszy w życiu tych zagubionych i pełnych nostalgii bohaterów.

„Przed końcem zimy” to także opowieść o tym, czym jest przemoc i jak bardzo destrukcyjna może się stać, jeśli z przemocy ideologicznej stanie się przemocą nieprzewidywalną, żywiołową, groźną, zawłaszczającą wszystko. Z drugiej strony pisarz kreśli obraz relacji będącej stale buntem wobec tego, co przemocowe. Gerry nie tylko wydobył Stellę z biedy i deficytów. Stella nie tylko nauczyła go szanować wspólną przestrzeń i walczyć o jej niezależność. Okazuje się, że konfrontacja ze sobą w warunkach dalekich od rutyny niewymagającej wysiłku podejmowania się odpowiedzialności za cokolwiek jest u MacLaverty’ego przedstawiona jako czas specyficznej próby. Nieprzypadkowo bezradność i bezbronność Gerry’ego ujawniają się wyjątkowo silnie i widzimy, jak bardzo zagubiony w swym przywiązaniu do żony jest ten bohater. Równocześnie obserwujemy kobietę we wzmożonym stanie opresji – za dużo w niej bólu, wątpliwości i chwilowego przerażenia, by mogła być pewna, u czyjego boku odkrywa piękno Amsterdamu. Ta powieść opowie o tym, jak bardzo potrafimy być wyobcowani, gdy pojawia się strach przed utratą porządku i przewidywalności. To też historia dwojga ludzi, którzy z goryczą dostrzegają, że zrytualizowali sobie pustkę codzienności. Że właśnie teraz muszą zaryzykować i przełamać przyzwyczajenia. Że troszczyć się o związek trzeba zawsze, ale najważniejsze to rozumienie sensu dalszego bycia razem. Pouczające i mądre.

2019-02-19

„Lukier” Malwina Pająk


Wydawca: Znak

Data wydania: 13 lutego 2019

Liczba stron: 368

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Warszawskie dylematy

Powieści o Warszawie, Wawie czy Warszafce ukazało się już tyle, że aż głowa od tego boli. W co drugiej podkreślana jest ta charakterystyczna ambiwalencja stolicy. Że funkcjonuje się w niej między grą pozorów a pełnym zranień życiem osobistym gdzieś do wewnątrz. Debiut Malwiny Pająk wpisuje się w znaną już konwencję i nie jest niczym spektakularnym, nawet niczym nowym. Autorka ma talent do opowiadania historii i czyta się to z dużym zaangażowaniem, ale niewiele poza tym ten „Lukier” nam daje. Pisarka wzięła się za mocne i uchodzące jeszcze za kontrowersyjne tematy: od przemocowych domów, z których się ucieka, po trudną kondycję osób transpłciowych w Polsce. Dodała do tego trochę scen obrazujących to, jak w stolicy tworzy się lans i pozorowana radość imprez oraz spotkań z ludźmi pełnymi fałszu, a ja czekałem, by wreszcie ktoś, może Pająk, opisał to jakimś oryginalnym, sugestywnym językiem. Nie dowiedziałem się niczego – ani o tym, jak naprawdę wyglądają te zderzenia gier pozorów, ani o ludzkiej w nich samotności. Bo zakładam, że także o tym miała być ta książka. Są jeszcze narkotyki. No tak, to konieczne. I dużo, dużo kalejdoskopowych zdarzeń, o których miesiąc po lekturze nie będzie się już pamiętać.

Preludium do historii dwóch kobiet uwikłanych w prywatne lęki, idiosynkrazje i poczucie nieprzystawalności do otaczającego świata jest dziwny twór językowy zapowiadający powieść panoramę. Ten zlepek przymiotników inkrustowany zupełnie dla mnie nieuzasadnionymi wulgaryzmami rozpoczyna zdanie: „Coś lepkiego wisiało nad miastem”. I już na wstępie zastanawiam się nad tym, czy to tytuł – niezbyt trafiony – został dobrany do tego zdania, czy też napisano je po to, by zabrzmiało dobrze z tytułem. Odnoszę wrażenie, że zarówno zatytułowanie powieści, jak i cały wachlarz dyżurnych tematów, które są ważne, miały służyć temu, by tę powieść po prostu sprzedać. Poza tym jednak wydaje mi się, że w tym tematycznym garze wrze zbyt wiele. Nie można wyłuskać smaku i aromatu tej literackiej potrawy, w związku z tym pozostaje mi pytanie bez odpowiedzi: o czym w zasadzie jest ta książka?

Julka i Anka żyją w tym samym mieście i dzięki ich perypetiom mamy poznać dwa oblicza Warszawy. Skontrastowane ze sobą, bo przecież bohaterki kierują się innymi priorytetami. A może jednak chcą tego samego? Odnosi się bowiem wrażenie, że chcą przede wszystkim wydobyć się z wyobcowania i szukają odpowiedzi na pytanie o to, co ukształtowało ich tożsamość. Julka jest bardziej dynamiczna i mocniej przykuwa uwagę. Anka jednak ze swą biernością i niezdecydowaniem także została zaprezentowana w taki sposób, że czyta się „Lukier” naprawdę szybko. Powieść ogniskuje się wokół tego, że Julka i Anka nie czują się dobrze w swojej skórze. Ale nie tylko one chciałyby czegoś, czego do końca nie potrafią zdefiniować. Wokół nich inni zagubieni ludzie, a nawet postać, która w swym tragicznym losie połączy obie życiowe płaszczyzny, choć bohaterki nie będą zdawać sobie z tego sprawy. Dzielna i bierna. Goniąca za zarobkiem i ta, która żyje w luksusowym apartamencie pustki. Odważna i dość uległa. Gniewna i odczuwająca poczucie pustki w życiu. Doskonały dystans i świetny kontrast. A to, co je połączy, to wypadnięcie z roli. Nie pójdą z różnych powodów do pracy. Ruszy machina zbliżenia. Malwina Pająk zrobi wszystko, by skoncentrować nas na tym, że te dwie kobiety będą miały coś wspólnego. I wymyśla otwarte ideologiczne zakończenie. Wcześniej jednak nie oferując nam czegoś konkretnego, bo jej bohaterki są wszystkim. Żywią się adrenaliną i płynami. Funkcjonują w szybkim tempie. Żadna z nich w wolnej chwili nie weźmie do ręki książki, choć obie są bohaterkami literackimi opowiadającymi nam życie. Mnogość problemów, jakie im doskwierają, zaciera jakiś czytelny wydźwięk tej książki. Warszawa staje się kakofoniczna i bez kształtu, ale jej mieszkańcy również. Zobrazowane jest środowisko korposzczurów, o których napisano już chyba wszystko, i młodych, wciąż młodych, stale niedostosowanych, liczących na łatwy zarobek i mylnie odbierających sygnały innych – myślących, że to miłość i początek życiowego spełnienia. Dlatego mam wrażenie, że „Lukier” jest o wszystkim i o niczym. Wykorzystuje dobry czas na modne tematy. Nie jest jednak książką, o której można byłoby powiedzieć, że to literackie odkrycie i zapowiada nowe, ciekawe nazwisko.

Może to dlatego, że ta powieść jest bardzo nierówna. Weźmy pod uwagę konkretne sceny. Koszmarna jest ta, w której bohaterka wchodzi do openspejsu, gdzie wszyscy znają już jakiś wspólny sekret, a ona nie ma do niego dostępu. To wtórne i banalne jak obrazek z reklamy. A jednocześnie w tej samej książce kapitalna scena w sklepie budowlanym rodem z „Dnia Świra”. I sporo jest takich nieprzystających do siebie zjawisk w „Lukrze”. Nadmierna egzaltacja i egocentryzm głównych bohaterek zestawione z bardzo słabymi wizerunkami postaci drugiego planu. Nieprzystawalność męczącej wyliczanki przydawek we wstępie do solidnie skrojonego, chwilami minimalistycznego opisu tego, co się dzieje wokół dziewczyn. Jest też mało interesująca miejska odyseja, kiedy jedna z nich szuka pracy, a druga mieszkania. Są momenty, kiedy czuję wdzięczność do autorki za ograniczanie się. Na przykład opisuje trzy sceny z ekscentrycznymi potencjalnymi wynajmującymi. A mogłaby napisać dziesięć! Może gdyby „Lukier” nieco skrócić, byłaby to powieść bardziej spójna. A tak – jest po prostu zajmująca uwagę, jednak czy ważna?

Mam wrażenie, że dopiero gdy Julka i Anka opuszczają Warszawę, Malwina Pająk kreśli naprawdę ciekawe historie – jedna przypominająca niedawno wydany „Zdrój” Klickiej, druga zbliża się do „Szopki” Papużanki. Dlatego jako powieść o mieście „Lukier” nie jest czymś, co wyraźnie zaznaczy się na współczesnej literackiej mapie. Opowiadanie o ludzkich niepokoju, buncie i niezgodzie na wypracowany życiowy status jest czymś mało oryginalnym. Cały czas pojawia się pytanie o to, dlaczego to wszystko napisane jest słowami i zdaniami, które już się gdzieś pojawiały. Dlaczego nie ma tu naprawdę twórczego spojrzenia na tematy trochę zbanalizowane, a trochę traktowane przez polskich pisarzy po macoszemu. Naprawdę szybko się to czyta i to jedna z tych książek, które zawłaszczają na wiele godzin. Ale to taka czytelnicza adrenalina, po której opadnięciu niewiele zostaje. Zdzierając lukier z tego, na czym go widzimy, autorka nie pokazuje nic poza tym, że na początku było słodkie i smakowało. Szkoda.

2019-02-14

„Witajcie na cholernej Arktyce. Moja walka o niezależność na surowej Północy” Blair Braverman


Wydawca: Wydawnictwo Kobiece

Data wydania: 20 lutego 2019

Liczba stron: 320

Przekład: Ewa Borówka

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Mroźna miłość

Autorzy piszący o Północy popadają w dwie nieco irytujące mnie skłonności. Obrazując jej surowość, albo są zbyt poetyccy i budują nie książki, lecz dzieła sztuki z wydumanymi figurami retorycznymi, albo też stawiają na naturalizm, pisząc o najprostszych ludzkich potrzebach, których spełnienie w opisywanych warunkach jest bardzo trudne i ma zajmować wyobraźnię czytelnika. Blair Braverman unika tych dwóch sposobów obrazowania Północy. Jest po prostu bezpretensjonalna i w lekkim stylu opowiada o swoich dwóch ważnych życiowych inicjacjach. Obserwujemy jej dokonania na alaskańskim lodowcu oraz w północnej Norwegii. Niedostępność Północy ani nie ma lirycznej nuty, ani też nie wiąże się z bezwzględną walką o przetrwanie. Północ Braverman to oczywiście specyficzna niedostępność, ale przede wszystkim przestrzeń wyjątkowych relacji z ludźmi. Radosnego i czułego doświadczania świata, w którym żyje się intensywnie, bo jest to życie pełne poszukiwań. Myślę, że ta książka najlepiej obrazuje kondycję człowieka Północy jako istoty ciągle wędrującej, szukającej, będącej w ciągłym – dosłownym i metaforycznym – ruchu. Dlatego czyta się to z przekonaniem, że autorka doskonale wie, o czym pisze, bo pisze o tym, co kocha.

„Witajcie na cholernej Arktyce” ze swoim dobrze dobranym tytułem zadaje kilka zasadniczych pytań. „O przemoc, chłód i miejsce na świecie”. Braverman opowiada o doświadczaniu bardzo intensywnej męskości. O mężczyznach, którzy usiłują się do niej zbliżyć w warunkach, w jakich widzimy ich atawistyczne potrzeby, do których zaspokojenia dążą w bezkompromisowy sposób. To będzie zatem opowieść także o przemocy seksualnej. Stygmatach uniemożliwiających autorce stworzenie dobrej i konstruktywnej relacji z mężczyzną. Ale także o mężczyznach odczarowujących tę grozę. Takich, dzięki którym trudy życia na Północy były łatwiejsze do zniesienia. Szczerych i otwartych. Dających szansę na to, by można było jednak zaufać męskości. Pytając o chłód, Braverman opowiada przede wszystkim o jego pokrzepiającej mocy i o tym, że idealne dziesięć stopni na minusie może stać się początkiem pięknego dnia i wielkiej przygody. Zadając pytanie o miejsce na świecie, autorka sugeruje kilka odpowiedzi i nie zaznacza, która z nich miałaby być najwłaściwsza. Czy miłość do Północy i te nieustanne do niej powroty to próba znalezienia sobie prywatnego raju na ziemi, czy też może chodzi o konteksty, w jakich pojawią się pytania o przynależność tak w ogóle? Ta książka zada jeszcze jedno ważne pytanie: czy entuzjazm w opowiadaniu o północnym życiu i funkcjonowaniu w trudnych warunkach to świadectwo tego, że od życia się ucieka, czy też może tego, że wreszcie bierze się za nie pełną odpowiedzialność?

Braverman rozmyśla także nad poczuciem bezpieczeństwa, takim głęboko egzystencjalnym i potrzebnym do odnalezienia dalszych życiowych priorytetów. Robi sobie zasadnicze założenie: „Jeśli pozostanę bezpieczna na tej ziemi, może poczuję się bezpiecznie we własnej skórze”. Bo doświadczenia autorki sięgają bardzo młodego wieku, gdyż rozpoczyna ona swoją przygodę z Północą jeszcze jako nastolatka. Śledzimy jej dzieje, podziwiając pewną bezkompromisowość wyborów i pewność tego, gdzie chce być naprawdę sobą. Te związki między szerokością i długością geograficzną a sposobem patrzenia na świat są tutaj skomplikowane, ale jednak czytelne. Bo zbliżenia z północnym stylem bycia i tamtejszym funkcjonowaniem to przecież jedno z najważniejszych życiowych doświadczeń, po którym Braverman będzie w stanie zidentyfikować siebie i swoje potrzeby oraz zrozumie, na czym polega przynależność. Przede wszystkim do północnej Norwegii, do której powroty były zawsze ważne i z różnych powodów konieczne.

Północ Norwegii to nie minimalistyczne meble i zachowawcza uprzejmość. Tam ludzkie instynkty i namiętności wyrażane są wprost i kompulsywnie zaspokajane albo też wywołują specyficzny rodzaj frustracji. Braverman opowiada o ludziach, z którymi połączyły ją bardzo silne więzi emocjonalne, ale także o tych, których sfera emocji często podporządkowana jest trudnym warunkom atmosferycznym. Norweska prowincja, gdzie rytm i sens życia narzuca natura, to taki mikrokosmos relacji społecznych, dla których jest wiele definicji spoza tego świata. Nikt jednak nie umie oddać i nazwać, czym jest codzienność człowieka Północy. Blair Braverman nie tylko w tę codzienność wchodzi. Ona się w niej wygodnie mości – jak w śnieżnej jaskini, w której przetrwała noc, ale miała potem problem z wydostaniem się. Miejsce, gdzie znalazła swój rytm, własną temperaturę emocji i słów oraz tempo działania, stało się miejscem, które nigdy nie będzie dane raz na zawsze, ale stanie się punktem na mapie ważnym z wielu powodów.

„Witajcie na cholernej Arktyce” to przede wszystkim pasjonujący obraz tego, co przydatne, a co konieczne, by znieść trudy życia w miejscu, które pozornie nie jest przyjazne, za każdym razem odczuwa się konieczność walki z nim. Jednak autorka nie walczy o przetrwanie. Próbuje zrozumieć specyfikę działania i postępowania ludzi Północy, ale umie także nazwać ludzką tymczasowość tam, gdzie trzeba iść na wiele kompromisów, by powiedzieć „jestem u siebie”. Ci, którzy mogą tak stwierdzić, przeżywają na co dzień wiele trudności. Bo życie na Północy zawsze jest trudnością oraz wyzwaniem. Trzeba wiedzieć, kiedy i na jakie kompromisy iść. I zawsze trzeba być odważnym. Nieprzypadkowo książkę otwiera scena intymnego wyznania przy ognisku – zapowiada opowieść o różnego rodzaju wyzwaniach i odwadze także. Braverman zaczyna rozumieć, że w północnych dekoracjach odważne decyzje to codzienność. Inaczej funkcjonować się nie da.

Ta pasjonująca opowieść pięknie obrazuje, jak natura formuje człowieka, każąc mu odczuwać w specyficzny sposób życie, ale także odnieść się do śmierci. Dowiemy się, czym jest północna żałoba, ale także północny witalizm – skryty w nurcie opowieści i działań. Przyjrzymy się temu, jak na Północy opowiada się historie i co je tworzy. Posmakujemy moroszki i znajdziemy się blisko psów tworzących zaprzęgi. Bo Braverman opowiada także o swojej miłości do tych zwierząt. Od nich można uczyć się technik przetrwania i przy nich przestać się bać. Na przykład wtedy, gdy przeżywa się pierwszy taki strach w lodowatej szwedzkiej tundrze.

To książka dla zainteresowanych Północą, którzy nie chcą o niej wykładów ani poetyckich etiud. Prostolinijna, szczera i uczciwa względem czytelnika opowieść o sensie życia i przekraczaniu kolejnych granic – by się nie bać, być pewnym siebie i rozkoszować krajobrazem, który mimo surowości jest najpiękniejszą rzeczą, jakiej można doświadczyć w życiu. Przekonujące? Mam nadzieję. Minus dziesięć stopni mrozu będzie po lekturze tej książki odbierane zupełnie inaczej.

2019-02-12

„Nasze małżeństwo” Tayari Jones


Wydawca: Wydawnictwo Otwarte

Data wydania: 30 stycznia 2019

Liczba stron: 368

Przekład: Aleksandra Wolnicka

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: O przynależności

Tym razem obiecałem sobie, że nigdy więcej. Nie uwierzę już w biegunkę przymiotników, które gloryfikują książkę na okładce. Bo tym razem w środku, pomiędzy pełnymi zachwytu zdaniami z przodu i z tyłu, znajduje się blisko czterysta stron nudy. Zły jestem na siebie, że dałem się zmanipulować, ale zły też na Tayari Jones za to, że koncertowo zniszczyła książkę z naprawdę niezłym potencjałem. „Nasze małżeństwo” byłoby dużo lepszą powieścią, gdyby autorka zrezygnowała z tak popularnych dzisiaj kolaży narracji pierwszoosobowych, a zaproponowała nam uważną i drobiazgową relację narratora wszechwiedzącego. Symboliczna intymność spowiedzi tworzących narrację oraz wyolbrzymienia w ich subiektywnym opisie uczuć i wrażeń paradoksalnie rujnują napięcie. Tayari bardzo źle rozłożyła akcenty, w związku z tym początkowo zaaferowany całą intrygą czytelnik jest coraz bardziej zawiedziony, bo wspomniane napięcie spada i autorka nie robi nic, by mu pomóc, uczynić tę historię atrakcyjną i przykuwającą uwagę.

„Nasze małżeństwo” to opowieść o tym, że ludzie dużo częściej stawiają na pierwszym miejscu samozadowolenie niż dobro tworzonego związku. Historia – bardzo płaska, bez pogłębienia psychologicznego – o tym, jak patrzymy na siebie przez pryzmat instytucjonalnych umów, ale także o tym, że w niekorzystnych okolicznościach i w obliczu traumy możemy się od siebie odsunąć, czego potem możemy żałować albo nie. I w zasadzie tylko o tym pisze Tayari. Dodaje jeszcze wątek stygmatyzacji z powodu koloru skóry – zupełnie nieprzystający do przedstawianej historii, stworzony raczej na siłę albo z poczuciem, że chce się wyrazić charakter ludzkiej tożsamości wyznaczany przez kolor skóry i oburzyć się na jego odrzucenie. W tym wszystkim dużo mielizn narracyjnych, gdy ma się wrażenie stania w miejscu po godzinie lektury – z wydarzeniami i bohaterami, którzy jakby zastygli i dopiero potem mierzą się z pewną przewidywalną sytuacją graniczną. Czy to książka o konfrontacji miłości z egocentryzmem? Poniekąd tak. Główna bohaterka rozmyśla przecież nad tym, że to, jak odczuwamy miłość, i to, jak ją pojmujemy, to dwie zupełnie różne kwestie.

Roy poślubia Celestial i zdaje sobie sprawę, że usankcjonowany związek małżeński daje mu więcej praw i swobody w ingerowaniu w decyzje swojej wybranki. Roy jest chłopakiem z prowincji, który poślubia artystkę. Ich światopoglądy i sposoby życia są różne, ale przekonanie o miłości i wzajemnym przywiązaniu pozwala wypracować jakąś wspólną przestrzeń. Iść przez życie z poczuciem, że do siebie przynależą. Niekorzystny zbieg okoliczności wystawi tę miłość na próbę. Może raczej całą półtoraroczną relację, którą śmieli nazywać bliskością na całe życie. W przewidywalny sposób następują pewne pęknięcia, kontakt się rozluźnia, ale pozostaje ten rodzaj przywiązania, który moglibyśmy nazwać wiernością. Do czasu. Roy jest ofiarą okoliczności, ale wyrasta w swej symbolicznej roli na ofiarę co najmniej potrójną. W jakim sensie? Tayari Jones sugeruje wszystko wprost, jednak pozostawia pewien margines własnej interpretacji. Wówczas, gdy dochodzi do spotkania tych dwojga po latach. Upływ czasu i zmienne priorytety zaważą na bardzo emocjonalnej konfrontacji. Jednak i wtedy wszystko jest jakieś letnie, niepełne, pozbawione konturów, a przede wszystkim drapieżności.

Bo przecież to powieść z gruntu kontrowersyjna i zmuszająca do dyskusji o tym, czym jest samostanowienie i jak funkcjonujemy w związkach, które zawsze wymagają kompromisów. Bohaterowie „Naszego małżeństwa” wyglądają trochę jak wyzłośliwiające się dzieciaki, ale też infantylnie zapatrzeni w sferę własnych oczekiwań partnerzy, którzy muszą ponownie stworzyć swoje definicje partnerstwa. Dużo ciekawiej wątek funkcjonowania w związku wygląda, gdy przyjrzymy się historiom drugiego planu – opowieściom o tym, jak układało się życie rodziców bohaterów i co oni z tych relacji przejęli, a czego nie udało im się powielić, bądź o cieszeniu się z tego, że w tym akurat aspekcie poszli swoją drogą.

Jones wprowadza bardzo fasadowo postać tego trzeciego. Kogoś, kto ma być chodzącym wyrzutem sumienia i namieszać w relacjach, które niewystarczająco nadszarpnęła trauma znalezienia się Roya w niewłaściwych okolicznościach i w niewłaściwym czasie. Nasze małżeństwo” opowiada o roli przypadku w życiu człowieka i o tym, jak ten przypadek wpływa na emocje, postrzeganie dalszej egzystencji. Troje to tłok i Tayari Jones podkreśla to nad wyraz często, zakładając, że wokół motywu bliskich sobie ludzi i tej poszkodowanej trzeciej osoby zbuduje jakąś interesującą historię. Tymczasem dzieje się niewiele, by nie powiedzieć, że nic. W takim sensie, że zbudowany dramat jest nim trochę na siłę. Emocje bohaterów, do których dzięki narracjom pierwszoosobowym powinniśmy mieć nieograniczony dostęp, są przedstawione fragmentarycznie, ale na tyle dosadnie, że nie ma się nad czym dłużej zastanawiać. Cała historia koncentruje się bardziej na ciekawych retrospekcjach dotyczących życia rodzin czarnoskórych Amerykanów niż na walce o godność oraz uratowanie resztek zdrowego rozsądku, gdy druga osoba rości sobie prawo do posiadania i zawłaszczenia, powołując się na akt prawny, nie intencje drugiej osoby.

Mogłaby to być ciekawa powieść obyczajowa o przynależności – o tym, na ile mamy potrzebę przynależeć do kogoś, i o tym, jak bardzo jesteśmy w stanie zmienić siebie oraz swoje życie, by dopasować się do wyobrażeń drugiego człowieka o idealnym partnerze. Żadna z tych kwestii nie jest przedstawiona sugestywnie. Bardziej przejmuje dramat Roya, ale tylko do momentu, kiedy mężczyzna rozpaczliwie usiłuje zatrzymać upływ czasu i dotrzeć do osoby, która – tak jak on – zmieniła się. „Nasze małżeństwo” zadaje pytanie o ludzką osobność i indywidualność oraz o te aspekty związku, z którymi łączy się nasze poczucie utraty samych siebie. Opowiada jednak historię dość banalną i – jak wspomniałem – bardzo przewidywalną. Koloryt amerykańskiej prowincji, tak ładnie się z tym wszystkim komponujący, to trochę za mało, by przykuć uwagę. Można tę powieść traktować jako pewne ostrzeżenie, ale również symboliczną wykładnię ludzkiego egoizmu,  którego najbardziej się wstydzimy w związku z drugą osobą. Rozczarowanie.

2019-02-07

„Kobiety z bloku 10. Eksperymenty medyczne w Auschwitz” Hans-Joachim Lang


Wydawca: Marginesy

Data wydania: 30 stycznia 2019

Liczba stron: 368

Przekład: Anna Pol

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Medycyna i bestialstwo

Uzupełnione wznowienie wstrząsającego reportażu Hansa-Joachima Langa to bardzo dobre działanie wydawnicze, bo jest to jedna z tych książek sięgających gdzieś głębiej do mrocznej przestrzeni Holokaustu – autor bowiem portretuje zamknięty rewir w obrębie obozu zagłady i słowami świadków rekonstruuje przestrzeń wyjątkowej opresji. Blok 10 był miejscem, w którym chyba najbardziej czytelnie ujawnił się absurd medycyny służącej nazistowskim wypaczeniom. To tam poddawano eksperymentom medycznym kobiety, które potem – po wyzwoleniu – nie mogły wyprzeć z pamięci traum, ponieważ tę pamięć zachowały ich zniszczone ciała. Ale Lang, jak wspomina w zakończeniu, oddaje tą książką hołd przede wszystkim tym, które nie mogły świadczyć i opowiadać. Kobietom nieznanym z imienia i nazwiska, zgładzonym w piekielnej machinie i nieobecnym symbolicznie, bo to książka w dużej mierze o tym, co miało miejsce, ale także o ofiarach, o których nikt już nie jest w stanie opowiadać.

Hans-Joachim Lang rekonstruuje codzienność tytułowego obozu i przygląda się specyfice mechanizmu przemocy. Odsłania coraz bardziej przejmujące karty procederu, który miał być ukryty, a działał usankcjonowany przez liczne decyzje tych, którzy nie wzięli na siebie żadnej odpowiedzialności za ludzkie życie. Uprzedmiotowione kobiety w jego książce są podmiotami opowiadanej historii. Mają nimi być po wszystkich przejściach, podczas których nie liczyły się jako jednostki ludzkie. To głównie na ich relacjach opiera się przekaz, Lang chce być blisko opowieści i to w nich widzi trzon konstrukcyjny swojej publikacji. Ta bezpośredniość, szczerość i wyjątkowa oszczędność w opowiadaniu okrucieństw robią naprawdę kolosalne wrażenie. Wypowiadające się kobiety miały szczęście, bo przetrwały. Wyjątkowo okrutnie odzierane z intymności, bo przecież przeprowadzano operacje na ich narządach płciowych. Traktowane jak materiał do badań, a nie cierpiące pacjentki. Nic nie znaczyły. We wstrząsającym wspomnieniu czytamy, że podczas obchodu dla lekarza ważniejszy był stan wyciętego jajnika umieszczonego w formalinie niż kobieta, której ów jajnik wycięto. Przerażająca wizja ginekologa Carla Clauberga została wprowadzona w czyn, bo pozwoliły na to okoliczności. Obnażane, kaleczone i umierające po zabiegach kobiety były żywymi dowodami na to, że chichot historii brzmiał także w sferze działań lekarskich. Lang zwraca uwagę na to, że eksperymentowanie w bloku 10 było konsekwencją przyzwolenia na specyficzny rodzaj manipulacji i krzywdzenia. Pacjentki wolały najcięższą pracę niż pobyt na oddziale szpitalnym niemającym nic wspólnego z ideą szpitala. Czytelnik zagląda tam, gdzie cierpiały i gdzie codzienną wegetację określały „nuda, brak nadziei i samotność”. Ale pod tym cytatem kryją się bardzo głębokie pokłady rozpaczy. Lang i jego rozmówczynie próbują się z nimi zmierzyć po latach.

„Kobiety z bloku 10” to książka wciąż na nowo nazywająca takie stany emocjonalne jak bezradność, niepewność czy przerażenie. Przyglądamy się temu, jak cierpiały ciała, ale mamy świadomość tej bezkompromisowej walki o przetrwanie w rzeczywistości, w której kobieta była tylko przedmiotem w pseudomedycznej grze wymyślonej jako specyficzna ekscentryczność w działaniu obozu śmierci. Lang pokazuje, że droga ku unicestwieniu mogła prowadzić nie ku komorze gazowej, ale mimo to była równie dramatyczna i nie do pojęcia. Nie do zarejestrowania w umyśle jako coś, co można sobie wyobrazić i dodatkowo usankcjonować. A jednak wszystko, czego doświadczały cierpiące kobiety, miało miejsce i zaświadczają o tym nie tylko pacjentki, które przetrwały koszmar szpitalnych tortur. Lang opowiada historię, z którą przede wszystkim świat powojenny nie rozliczył się w należyty sposób. Jeden z rozdziałów obrazuje, z jakim trudem szło okaleczonym w bloku 10 kobietom zdobywanie odszkodowań za to, co je spotkało. Autor stawia pytanie o to, czy społeczeństwo tuż po wojnie było gotowe zrozumieć różne rodzaje bestialstwa. Bo doświadczenia medyczne, w jakich uczestniczyły kobiety z reportażu, to wyjątkowo wyrafinowana forma zadawania cierpienia.

Ten reportaż proponuje pewną sugestywną wizję pamięci upodlenia. Opowiada o tym, jak wygląda życie, gdy już nie można odbudować w nim godności, odnaleźć harmonii między zranioną duszą a równie zranionym ciałem. Skalpel, zabieg, bezkompromisowość lekarzy, a także okrucieństwo towarzyszących im współpracowników – to wszystko stwarza obraz odwróconego ładu egzemplifikowanego przez przysięgę Hipokratesa. Lang portretuje piekło wybrukowane białymi kitlami, wskazując formy opresji wydobywające się z tych, którzy zasadniczo mają nieść ulgę i poprawę warunków życia. Podkreśla, że o cierpieniu w tym świecie wyjątkowego absurdu i bólu należy wciąż rozmawiać, wciąż je przypominać. Rozmówczyń autora jest sporo, ale wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że czas działa na korzyść zapominania traum. Sportretowanie bloku 10 jest symboliczną wizją tego, w jak perfidny i jednocześnie precyzyjny sposób stwarzano różne formy niszczenia drugiego człowieka. Jak dalece można się było w tym niszczeniu posunąć. Z jaką łatwością przykładali ręce do destrukcji ci, którzy z założenia mają ratować, odbudowywać, dawać nadzieję i możliwości.

Hans-Joachim Lang obrazuje życiowe drogi oprawców, którym czas i okoliczności pozwoliły krzywdzić kobiety na zamkniętym przed światem oddziale. Staramy się pojąć, w jaki sposób lekarz uległ ideologii dającej przyzwolenie na zabijanie, a nie ratowanie ludzkiego życia. Oddział z bloku 10 to ostatni przystanek na ich zawodowej drodze wypaczeń i absurdów. Dzięki tej książce oddział ów ze wszystkimi swoimi okrucieństwami staje się oddziałem otwartym i powodem, dla którego pojawić się może fantazja o tym, że w gruncie rzeczy mało jesteśmy w stanie objąć rozumem, jeśli chodzi o formy bestialstwa Holokaustu. Kobiety z bloku 10” to pełne empatii i taktu świadectwo fizycznego okaleczania, ale także studium eksterminacji, za którym czai się największe przerażenie. Bo słowa „lekarz” i „pacjent” ulegają tutaj przejmującej deformacji. Tak jak miejsce i czas – odrealnione wręcz, nie do zaakceptowania. A jednak prawdziwe – jak każdy zabieg, każdy krzyk bólu po nim, każdy krwotok, każda śmierć…

2019-02-05

„Zdrój” Barbara Klicka


Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 30 stycznia 2019

Liczba stron: 136

Oprawa: twarda

Cena det.: 37,99 zł

Tytuł recenzji: Wyobcowanie

Debiutancka powieść Barbary Klickiej przypomina mi trochę „Krótką wymianę ognia” Zyty Rudzkiej. To dwie takie książki, w których opowiadanie historii jest dużo mniej istotne od tego, w jaki sposób się je opowiada. Rudzka zaskakuje może bardziej, jej rejestr słów i konfiguracje, w jakie wchodzą, wydaje się bogatszy niż u Klickiej, ale jednak „Zdrój” też ma siłę. Okazuje się, że nie potrzeba Thomasa Manna i opasłych tomów, by z sanatoryjnej scenerii wydobyć tak wiele ważnych życiowych rozważań. Ta opowieść sytuuje się wobec ułomności, które symbolizuje ciało bohaterki, ale także otoczenie – mające rzekomo nieść ulgę, a stające się miejscem specyficznej opresji. Klicka zaskakuje pozornością tego, co jest przedstawiane, i niebywałą zdolnością do budowania takich metafor, że słowa spotykają się w tej krótkiej narracji jak pensjonariusze – bardzo niepewni siebie, a jednak trzymający gardę. Słowo w „Zdroju” wstydzi się trochę, ale jednocześnie jest buńczuczne, prowokacyjne – dobrze rozgrywa przed nami spektakl groteski i ironii, budując jednocześnie bardzo smutną i bardzo subtelną w tym smutku historię.

Kamila przybywa do uzdrowiska. Ma miesiąc, by stanąć na nogi. Od dawna jednak nie stoi na nich pewnie. Opowieść o tym, co przeżywa obecnie, jako trzydziestotrzylatka, splata się z nurtem retrospekcji. Bo sanatorium nie jest miejscem, w którym Kama pojawia się po raz pierwszy. Już go doświadczyła, odczytała po swojemu, skonfrontowała się z tą specyficzną przestrzenią, jej prawami, a przede wszystkim funkcjonującymi w charakterystycznym rytmie ludźmi. Już została doświadczona odpowiednią dozą traumy i już dobrze wie, co w uzdrowisku fasadowe, a co złośliwe w swym ukryciu i dwuznaczności. Barbara Klicka portretuje kobietę naznaczoną miejscem zamieszkania, wiekiem, taką niegotową do przystawania do jakiegokolwiek wzorca. A świat, do którego przybywa, lubi uproszczenia. Bohaterka jest pozornie wycofana. Obserwujemy najpierw jej zdziwienia i zdumienia, podziwiając to nietuzinkowe i czułe podglądanie innych. Ale potem zaczyna być coraz mniej jednoznacznie. Miejsce, w którym Kama ma dojść do siebie, staje się i pułapką, i specyficznym labiryntem, i w końcu przestrzenią niewygodnej konfrontacji ze sobą. Z poczuciem tego, jak wiele los jej odebrał i jeszcze odbierze oraz jak nieprzystające do rzeczywistości są te wewnętrzne deficyty, z którymi trzeba przecież się mierzyć. Trzeba wytrwać miesiąc w uzdrowisku. A tam czyha coś innego niż możliwości poprawy stanu zdrowia…

„Zdrój” to opowieść o kobiecie, która na początku ze wszystkich sił stara się być miła, pomocna, akuratna, potrzebna. Nigdy nie wiadomo, kto i kiedy poprosi o pomoc. Jej dawanie powinno być oczywistością, ale wynikać także z tego, że pomoc się otrzymało. Tymczasem Kama pozostaje sama – ze swymi wątpliwościami, zdziwieniami, językowymi powtórzeniami i charakterystycznym poczuciem niedostosowania do otoczenia już w samym sposobie tego, jak to otoczenie opisuje. I tu widać, że do intrygującej opowieści o wyobcowaniu i wieloznacznie rozumianym bólu nie potrzeba jakichś epickich dekoracji. Tu w zasadzie nie ma żadnej historii, wszystko rozgrywa się w nieprzystających do siebie rozdziałach i samodzielnie funkcjonujących scenach. Dodatkowo rozszarpanych jeszcze wspomnianymi powrotami do czasu minionego. I nic nie szkodzi, że Klicka nie opowiada czegoś, co można złożyć w zdania w linearnym porządku. Zdrój” to nacechowana oryginalnością książka o tym, w jaki sposób język może pozostawać bezbronny wobec okoliczności naznaczających czymś ostatecznym, nieuniknionym. To także mała wielka rzecz o istocie ludzkiej osobności.

To specyficzne wyobcowanie jest wyznaczane przez rytm zabiegów mających poprawić funkcjonowanie ciała. Bohaterka czuje się jak przedmiot. Jest numerem ewidencyjnym, śladem w kartotece. Ciałem, którym trzeba się zaopiekować, i duszą, o której potrzebie bycia zaopiekowaną nikt nie myśli. Kama to suma marzeń i pragnień, jakich nie można zrealizować w tym opresyjnym świecie pozornej ulgi. Ale Kama to także zdecydowany i silny bunt. Kontestacja absolutna – silna o tyle, o ile można ją wyrazić językiem. Dlatego „Zdrój” to powieść niewymuszająca sobą dalszych ciągów, logicznych rozwiązań, sprawnie porządkowanych zdarzeń, zmierzania do czytelnego zakończenia. Zdrój” to historia, która utknęła między przeszłością a bolesnymi marzeniami o normalnej przyszłości, i historia kobiecego ciała egzemplifikującego rodzaj bolesnej utraty. Jej oczywista gorycz zderza się ze światem absurdów, w którym już na początku trzeba wejść po schodach, by uruchomić dźwignię dla niepełnosprawnych niemogących się po tych schodach poruszać. I to początek: zderzenia racjonalności i potrzeby szukania jakichś form prawdziwego zainteresowania ze schematami, irracjonalnością i fasadowością tego, co funkcjonuje jako instytucja. Odrzucająca, deprecjonująca. Dlatego historia Klickiej to nie tylko opowieść o niezgodzie na pewien rodzaj funkcjonowania, ale także oskarżenie ludzi – ich pozornej empatii skrytej w sieci egoistycznych pobudek, by pomagać wybiórczo i równie wybiórczo widzieć czyjeś cierpienie, potrzeby i oczekiwania.

Barbara Klicka pokazuje także, co niezwykłego możemy wydobyć z szarego życia naznaczonego sztucznie stworzonym celem, którego musimy się trzymać, by dopasować się do opresyjnej instytucji. Nie ma tu żadnych sugestii na temat tego, jak wydobyć się z dusznej codzienności, jest za to wiele znaczących zdań opowiadających o bezradności i wściekłości. Tak, na nią też znajdzie się miejsce. Kama nie będzie cały czas miła i sympatyczna. Ciekawe będzie zastanawianie się nad tym, jak portretowany jest ułomny świat przez pryzmat niedoskonałości głównej bohaterki. Tu opowiada się nie tylko wyobcowana dusza, tu wyraża się cierpiące ciało. Nic tu nie jest symetryczne, nic do siebie nie przystaje – choć przecież Kama to suma doświadczeń, wstydu, lęku i bólu. „Zdrój” wybiega daleko poza kreowane przestrzenie i chce opowiedzieć o czymś więcej niż sportretowane, ekscentryczne nieco relacje. Klicka tak jak przed rokiem Rudzka opowiada o specyfice kobiecej konfrontacji z sytuacją krańcową, w której znajdzie się miejsce na to, by pochylić się z czułością nad tym, co ulotne i drobiazgowe. Nietuzinkowa książka pozostawiająca w niepokoju, ale też inteligentnie rozbawiająca. Bo w „Zdroju” nie ma tylko czytelnych łez i smutku, choć kryje się tam sporo melancholii.

2019-02-01

„MIM” Szymon Słomczyński


Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 30 stycznia 2019

Liczba stron: 424

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Rodzina i przynależność

Powieściowy debiut Szymona Słomczyńskiego to proza, w której na początku bardzo trudno jest się rozgościć. Autor wbija nas w sytuacje, których kontekstów nie wyjaśnia, proponuje pozornie nieuporządkowaną mozaikę zdarzeń, narracja jest bardzo fragmentaryczna. Jednak po dość męczącym wstępie pojawia się wreszcie historia. Opowieść o młodym człowieku, jego tożsamości, rodzinnych tajemnicach i dramatycznych pytaniach. Damian to ostatecznie taka soczewka, która skupia nie historie rodzinne, lecz przede wszystkim nowoczesną polskość ze wszelkimi jej ułomnościami. Autor zaznacza, że „MIM” jest tylko odrobinę polityczną książką. W moim odczuciu nieco za bardzo polityczną – w tę sferę nie powinna się angażować żadna literatura, tym bardziej debiut. Mimo kilku zastrzeżeń dotyczących kompozycji i przesłania jestem skłonny przyznać, że Słomczyński napisał bardzo interesującą pierwszą powieść. MIM” jest historią odkrywania sensu, ale także opowieścią o tym, czym jest sens – funkcjonowania w dzisiejszej Polsce, odnajdywania się w rejestrze rodzinnych idiosynkrazji, starania się o bycie dobrym i prawym, ale przede wszystkim poszukiwania prawdy o samym sobie. W tym trudnym kraju, pośród trudnych ludzi, z „popieprzoną rodziną” i wątpliwościami dotyczącymi tego, co ma być życiowym priorytetem, a może i azymutem.

Podjęcie tematu rodziny na pewno było ryzykowne i wymagało przemyślenia przez autora. Zdecydował się jednak i podziwiam go, bo współczesna literatura polska upatrzyła sobie rodzinę jako bardzo wdzięczny temat do fantazji, który ostatnio wykorzystał choćby Kuba Wojtaszczyk, wcześniej Tomasz Białkowski, Zośka Papużanka czy Zbigniew Zawadzki. To właśnie z „Przetwórnią” wiązałbym trochę debiut Słomczyńskiego, ale to nie tylko książka o pamięci, kłamstwach i mrocznych widmach przeszłości, za którymi stoi zrozumienie siebie samego jako członka rodziny i siebie jako Polaka. MIM” to bardzo wieloznaczna fantazja na temat tego, jak poradzić sobie z „załamaną perspektywą” w kraju, w którym wciąż na nowo przeszłość przypomina upiory, a wyjście naprzeciw przyszłości to bycie w opozycji i aktywne pożeranie każdego kolejnego dnia.

Damian nie chce uczestniczyć w bezsensownym wyścigu do uznania i kariery. Świetnie zapowiadający się uczeń ledwie zaczyna studia, by porzucić edukację i postawić w życiu na przedsiębiorczość. Wchodzi w spółkę z kimś, komu ufa – albo wydaje mu się tylko, że to jest zaufanie. Bo Damian w dużej mierze skazany jest sam na siebie. Nie chodzi o samotność, chodzi bardziej o wyobcowanie emocjonalne. I dystans wobec świata. Poznajemy go w momencie, w którym pozorna bliskość rodzinna jest najmocniej eksponowana, bo to pogrzeb, a potem stypa – ironiczny i groteskowy obraz tego, kim są ludzie rzekomo sobie bliscy sobie. Damian od początku zadaje pytania, stara się uważnie słuchać. Chce wydobyć z ludzi, których łączy z nim pochodzenie, choć kilka odpowiedzi na dręczące go wątpliwości. Matka jest zdystansowana, bardzo surowa. Pani profesor, która nie może zrozumieć, że syn porzucił edukację, że funkcjonuje w rytmie i kontekstach, do jakich go nie przygotowywała. Podobną surowość ma w sobie utyskujący na rząd i ład społeczny dziadek. To on będzie skarbnicą wiedzy o tym, czym się stała rodzina Damiana. Ale zanim bohater zrozumie coś, czego pojąć nie sposób, będzie zmuszony doświadczyć innego rodzaju fałszu i odrzucenia.

W tym znaczeniu „MIM” jest powieścią inicjacyjną, ale taką bardzo gorzką i mówiącą o niemożności wybicia się na niezależność. Tę prawdopodobnie osiągnął wujek Damiana. Człowiek pojawiający się w jego wspomnieniach nieprzypadkowo tak często. Koniunkturalista i pozer. A może ktoś, kto w przeciwieństwie do siostrzeńca dobrze wiedział, jakich wyborów dokonać i co zrobić, by żyło się zwyczajnie wygodnie. Damianowi nie jest wygodnie. Przede wszystkim pośród pytań, na które nie znajduje odpowiedzi. W zatomizowanej rodzinie rozrzuconej między Krakowem a Szczecinem, która nie potrafi już funkcjonować, ale której upadek nie jest tu sugerowany z jakąś oczywistością frazy.

Słomczyński stara się uczynić swojego bohatera nieco tajemniczym. Tak żeby wyrównać dysproporcję między tym, czego nie wiemy o jego pochodzeniu, a tym, jak funkcjonuje on na co dzień. Odnoszę wrażenie, że wszystko, co autor opowiada o relacjach rodzinnych, można odnieść także do relacji ze społeczeństwem, a przede wszystkim z państwem. Interesująca jest przeszłość bohaterów, bo tylko z niej wydobędzie się uczciwy ogląd teraźniejszości. Ale „MIM” nie ułatwia zadania interpretacji tego, co symbolizować mogą poszczególni bohaterowie. Kreuje niejednoznaczne relacje, w których pojawia się taki rodzaj niepokoju, dla którego czyta się tę powieść zachłannie dalej. Zapominając o niezbyt atrakcyjnym jej otwarciu.

Damian to świadoma nonszalancja albo egzystencjalna gorycz skryta pod pozorem pewności siebie. Damian to emanacja rodzinnych i polskich lęków. Damian to bohater rozwojowy, ale bardzo niejednoznaczny. Głównie pyta, rzadko szczerze odpowiada. Nie mamy z nim bliskiego kontaktu, a jednak zbliżamy się do tego, kim jest i co sobą reprezentuje. Pustkę? Rozpacz? Szereg nietrafionych wyborów, a może poczucie, że to jemu ktoś wcześniej odebrał prawdziwe możliwości wybierania? Szymon Słomczyński inteligentnie prowokuje do dyskusji o tym, kim się stajemy w społeczności, jeśli nie rozumiemy do końca, dlaczego się w niej znaleźliśmy. „MIM” to też proza bardzo ciekawych postaci drugiego planu, jak charyzmatyczna przyjaciółka bohatera, której los będzie punktem odniesienia do myślenia o tym, kim powinniśmy być i czy jesteśmy sami wobec siebie uczciwi w działaniach. Ciekawy debiut o osobności ludzkiej i metaforze społeczności jako zainfekowanego kłamstwem organizmu. Myślę, że to jedna z książek, które wyrosły z aktualnych problemów, ale proponuje jednak uniwersalne rozważania o tożsamości i poszukiwaniu prawdy. Intrygująca rzecz.