2018-01-18

„Dawno zapowiedziana nieobecność” Tomasz Mazur

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 18 stycznia 2018

Liczba stron: 480

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Męskie przemiany

Powieść Tomasza Mazura jest pewnym ambitnym projektem, który autorowi nie wyszedł. Po intrygującym „Fiasku”, które czytałem przed sześcioma laty, otrzymuję trochę powtórkę z opowieści o tych samych dylematach, ale jednak w gorszej formie. „Dawno zapowiedziana nieobecność” jest książką zdecydowanie za długą, momentami bardzo nużącą, obrazującą hamletyzującego bohatera opowiadającego swoje bardzo długie życie – i następują w trakcie lektury takie chwile, że chciałoby się, aby ta kronika wreszcie się skończyła. Mazur jest bardzo nierówny – są tu świetne fragmenty między innymi o zatomizowanej rodzinie, w której brak miłości, ale jest też dużo momentów ocierających się o kicz i pretensjonalność. Całość mimo wszystko męczy. Nie tylko tym, że powieść jest bardzo statyczna. Chodzi także o mnożenie wątków i powoływanie do życia postaci, które coś obiecują, ale niewiele za nimi stoi. Dywagowanie nad truizmami albo analizowanie wciąż na nowo tego samego życiowego dylematu to esencja tej książki. Mimo że historia obejmuje ponad siedem dekad życia, w gruncie rzeczy nie dzieje się tu za wiele. Co więcej, zbyt wiele jest nam dydaktycznie wyjaśniane. Bohater coś przeżywa i wyjaśnia, dlaczego to przeżywa. Powieść o ludzkiej półegzystencji, gdy chce się wyrazić lęk przed spełnieniem oraz życiem pełną piersią, niesie w sobie ryzyko przesytu i monotonii, kiedy jest za długa. Ta domagałaby się radykalnych skrótów. Mazur chce opowiedzieć historię pragmatyka i realisty, któremu bardzo trudno było sięgnąć w głąb własnych pragnień oraz przeżyć. Ślizgamy się jednak po powierzchni – zarówno różnorodnych przejawów życia mężczyzny, jak i jego stanów emocjonalnych, z których poza wiecznym poczuciem wyobcowania nie wydobywa się nic, co mogłoby skutecznie przykuć uwagę. Szwankuje tutaj sposób opisywania czy może ogólna konstrukcja książki? Chciałoby się jej uwierzyć, ale zbyt często pewne oczywistości są tu prezentowane jak prawdy objawione, a pojawiający się bohaterowie – stale w drugim planie względem narratora – albo dołączają do męczącego korowodu umierania, albo nie mają do powiedzenia o świecie nic poza tym, co jest w stanie wywnioskować opowiadający.

Tomasza Wróblewskiego poznajemy w wieku dwudziestu jeden lat. Przydarza mu się wypadek. Pod koła jego automobilu wpada kobieta. Dzieje się z nią coś dziwnego. Następuje specyficzna metamorfoza, która będzie Tomaszowi towarzyszyć przez całe jego życie. Motyw przemiany zapowiada się interesująco i rzeczywiście autor do końca przykuwa uwagę tym, kim staje się odradzająca się na nowo postać, wciąż zaskakująco blisko związana ze starzejącym się bohaterem. To pewna świeżość i motyw pozwalający utrzymać uwagę przy powieści, co – jak wspomniałem – z kilku powodów może być trudne. Niemowlę, dziewczynka, kobieta – wszystkie relacje naznaczone utratą. Bohater traci w życiu bardzo wiele, choć nie docenia także tego, co zyskuje. Tajemnicza obecność i nieobecność każą spojrzeć na jego losy i percepcję rzeczywistości w kategoriach pewnego fatum, od którego nie ma ucieczki. Tomasz nie uwolni się także od balastu wspomnień oraz toksycznych relacji rodzinnych. Te sportretowane są bardzo sugestywnie i ratują powieść przed katastrofą.

Dorastający Tomasz niewiele pamięta z tego, jak funkcjonowała jego rodzina w przeszłości. Odwiedza w szpitalu matkę, która postradała zmysły. A może ktoś postarał się o to, by je postradała. Wizyty u matki pełne są napięcia i przekonania, że obłąkana kobieta ma do powiedzenia dużo więcej niż można byłoby się po niej spodziewać. Obok dysfunkcyjnej matki surowy i kostyczny ojciec. Narzucający Tomaszowi swoje wizje i pragnący, by syn kontynuował pracę, przejmując majątek i jakąś formę mentalności ojca. Tymczasem nasz bohater się buntuje. Być może to jedyny przejaw prawdziwego buntu w jego życiu. Ojciec w końcu umiera, ale – co powtarzane jest kilkakrotnie – ktoś taki nigdy nie odchodzi. Tomasz stanie się późnym ojcem. Mężem, który udręczony bezradnością wobec życia, będzie także człowiekiem dręczącym życiową partnerkę. Rozpocznie się okres, w którym wszystko będzie na niby. Praca, zainteresowania, związek, miłość do dzieci. A także skomplikowane relacje z siostrą i przyrodnim bratem. Czy podobieństwo materiału genetycznego ma automatycznie wymuszać w nas bliskość względem drugiej osoby?

Mazur portretuje lata przedwojenne, ukazuje potem drugą wojnę światową postrzeganą przez jego bohatera dość groteskowo. Po wojnie szara polska codzienność. W niej Tomasz chce zbudować coś, co będzie przydatne i ważne. Jako student architektury idealizował sobie miasto przyszłości. Teraz może zbudować w nim osiedle tak jak w czasie wojny budował altankę – ostoję spokoju i stabilności w tych nieludzkich czasach grozy. Śledzimy poczynania bohatera, widząc, że coraz częściej powtarza się, wciąż na nowo formułuje te same wnioski i wątpliwości, staje się raczej antybohaterem, a jego przemyślenia trącą banałem. Dzieje się coraz gorzej, choć Mazur przełamuje monotonię interesującymi wątkami pobocznymi. Toną one jednak w mieliźnie ogólnego przekazu tej narracji. Nawet tak wyraziste postacie jak kochanka Maria nagle zostają pozbawione właściwości i… obecności w książce. Zaczyna się robić zwyczajnie ponuro i smętnie. Tomasz Mazur snuje historię o niespełnieniu i licznych życiowych niezadowoleniach, pośród których najtrudniejszy jest brak prawdziwego kontaktu z samym sobą. Wszystko w duchu Platona i Sokratesa, ale bardzo wtórne. Także w momencie, gdy do ludzkiej bezradności dołącza się oczywista krytyka cywilizacji pędu i przesytu.

„Dawno zapowiedziana nieobecność” to powieść o tym, jak bezradni jesteśmy wobec przemijania i jak niewiele może przynieść nam bycie „sumą zmarszczek”, jeśli nie będzie nam dane choć przez chwilę wyjść naprzeciw prawdziwym pragnieniom. To książka o konformizmie, ale także o pewnych tęsknotach wydobywających się z niego. Wszystko zanurza się w coraz większym słownym zamęcie. Mazur decyduje się poruszyć zbyt wiele kwestii jednocześnie, a w efekcie jednak wciąż opowiada o tym samym. Jego bohater jest statyczny i nie wzbudza sympatii, ale zapewne nie o to chodzi. Chodziłoby o jakieś czytelniejsze odsłonięcie go. Jest sugestywny tylko wówczas, gdy analizuje skomplikowane relacje rodzinne. W innych kwestiach powtarza się i przestaje być wiarygodny. Konstrukcja powieści jako wspomnień odnalezionych przez usiłującego je zrozumieć wnuka także jest dość wtórna i nie zaskakuje, bo ten zabieg niewiele nowego wnosi do przesłania powieści. Jesteśmy swoim cieniem dopóty, dopóki nie zaczniemy się upominać o osiągnięcie prywatnego szczęścia. Nie możemy być szczęśliwi, gdy ograniczają nas konteksty, role społeczne, relacje z innymi i uwarunkowania społeczne. Takie mniej więcej wnioski można wydobyć z tej powieści. Narracji w pewnym związku ze stoicką postawą autora, ale nieprzemawiającej tak sugestywnie jak „Fiasko”. Nowa powieść Tomasza Mazura utyka też w językowych powtórzeniach. Jedyny nadprzyrodzony motyw reinkarnacji w tej ponurej tonacji opowiadania o prozie życia też nie wyróżnia się jakoś wyjątkowo. „Dawno zapowiedziana nieobecność” jest o utratach i wewnętrznej walce o samostanowienie. Odnoszę jednak wrażenie, że z każdą kolejną częścią tracimy uwagę, walcząc jednocześnie o to, by oczekiwać od tej książki czegoś innego, co zaprezentowała na pierwszych kilkudziesięciu stronach.

2018-01-12

„Purezento” Joanna Bator

Wydawca: Znak

Data wydania: 29 listopada 2017

Liczba stron: 288

Oprawa: twarda

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Specyficzna harmonia

Trzeci rok z rzędu przynosi książkę Joanny Bator, wobec której nie jestem w stanie ustosunkować się jednoznacznie. Zarówno uwiera na kilka sposobów, jak i wymusza pewien dystans, niezrozumienie świata przedstawionego. Po raz trzeci jednak czuję duży niedosyt i mam wrażenie jakiegoś literackiego mylenia tropów albo mnożenia nieistniejących, igrania z czytelnikiem w ramach kolejnej gry. „Purezento” ma znowu zaskoczyć. Zaskakiwała „Wyspa Łza” u progu 2015 roku, zaskoczył „Rok królika”, ukazując się pod koniec 2016. Sposób, w jaki zapowiada się kolejną powieść Bator, wyczerpał się w swej formie i treści, podobnie jak najnowsza książka wyczerpuje swój potencjał już samym tym, że ma nawiązać do ukochanej przez autorki Japonii. Zarówno nomenklatura, jak i sposób budowania zdań mają nam wyraźnie określać, gdzie jesteśmy, ale zupełnie nie wiem, po co się tam znaleźliśmy. Podobne wątpliwości jako czytelnik miałem z „Wyspą Łzą” i symboliką niejednoznacznych poszukiwań na Sri Lance oraz z „Rokiem królika”, którego forma jakby eliminowała mnie jako czytającego, albowiem była to hermetycznie skondensowana opowieść o dziwacznym kobiecym egocentryzmie. Teoretycznie „Purezento” to powieść mająca mieć mniej skomplikowaną strukturę niż poprzednie. Wręcz daje się odczuć, że chodzi w niej o proste sprawy i wypunktowanie rzeczy pierwszych. Wciąż powraca charakterystyczny dla Bator motyw utraty i niemożności pogodzenia się z nią, ale japoński adres nie czyni z tej powieści narracji atrakcyjnej. Historia tonie w kliszach. Jest na szczęście zdecydowanie pozbawiona słownych ozdobników wcześniejszych publikacji, ale także ociera się o pretensjonalność radami w stylu „płyń z prądem rzeczy jak mała papierowa łódeczka” i innymi bon motami zgrabnie wpasowanymi w rzeczywistość Kraju Kwitnącej Wiśni. Nie odnalazłem się w tym wszystkim. Nie przejąłem się. Odnoszę wrażenie, że to nie kwestia wrażliwości czy skupienia przy lekturze. Raczej szkielet konstrukcyjny powieści oparty na truizmach skrytych w pięknych, egzotycznych opakowaniach ze słów.



Całość tekstu na stronie "Czas Kultury"

2018-01-07

„Pojutrze. O miastach przyszłości” Paulina Wilk

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 9 listopada 2017

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Kim będziemy?

Paulina Wilk potraktowała miasto jako pewien konstrukt myślowy. Miejsce wyrażające specyficzną filozofię. Teren, na którym ludzkość formuje się w swoistym szyku bojowym, by odeprzeć wyzwania przyszłości. Futurologiczna opowieść o metropoliach jest jednocześnie fantazją na temat tego, kim staniemy się jako ludzkość. Wilk wyraźnie podkreśla, że wizje jutra mówią nam bardzo wyraźnie o tym, kim jesteśmy dzisiaj. Portretowane miejsca to różnego rodzaju opcje dla zbiorowości – autorka opisuje je jednak z perspektywy pojedynczego, zdziwionego i zaskoczonego człowieka. Jest obserwatorką uważną i czułą na detale. Wędrujemy z nią po subiektywnie wybranych miejscach, ale w taki sposób, że nie jesteśmy w stanie dotknąć ich naprawdę, poczuć rytmu ulicy czy zrozumieć sposobu myślenia mieszkańców. Ta surowość w obrazowaniu odwiedzanych miejsc jest czymś wyjątkowym. Paulina Wilk sporadycznie oddaje głos tubylcom. Jest w miejscach, które budują tłumy, ale koncentruje się głównie na topografii, zaskakujących kontrastach, cechach dystynktywnych i na kształtach – są bowiem miasta rozrastające się wzdłuż, są też te rozrastające się wszerz. A także do wewnątrz. Miasta, do których przyszłość już zapukała i nie odpuści, każe modelować życie w nowych, nieoswojonych jeszcze formach. „Pojutrze” to interesująca forma odpowiedzi na pytanie o to, ku czemu zmierzamy jako zbiorowość i komu – naturze czy sobie – robimy większą krzywdę ekspansywnością, chęcią zdobywania terenu, kształtowania go w specyficzny sposób. Bo to książka nie tylko o sztucznych lądach zapełnianych ludzkością, ale także historia o tych jej formach istnienia, które mocno wgryzły się w ląd istniejący, odbierając mu czasem siłę, czasami tożsamość.

Migracje do przestrzeni miejskiej to symbol nowoczesnego życia. Chcemy być w większej społeczności, ale paradoksalnie właśnie w niej oczekujemy silnej anonimowości. W taki właśnie anonimowy sposób, ale niepozbawiony zręczności filozofowania i dostrzegania w miejscach ich rytmu rozwoju, Paulina Wilk oprowadzi nas po wielkich miastach tego świata, w których ludzie ulokowali się na kilka sposobów. Tymczasowo i na stałe, ale zawsze ze świadomością myślenia o tym, co będzie w przyszłości. Dlatego tytuł tej książki jest wyjątkowo wymowny, bo autorka próbuje przeskoczyć gdzieś dalej poza fantazjowanie tych, którzy projektują miasta i szukają w nich przestrzeni wolności. Albo tę przestrzeń negują w imię pewnej umowy społecznej, jak ma to miejsce w Singapurze. Wilk rozmyśla o kontekstach, które jeszcze się nie przydarzyły. Jednocześnie uważnie analizuje, skąd i w jaki sposób wydobyły się miasta opowiadające o świecie nadmiaru, w którym coraz częściej musimy dokonywać selekcji bodźców. Stąd też w wyborze autorki są miejsca nieustająco zmieniające się. Bardzo ekspansywnie jak Bombaj czy Dubaj, ale również nieco kameralnie, choć konsekwentnie – jak Kopenhaga. Ciekawe są refleksje podróżnicze autorki, bo poza wspomnianą duńską stolicą nie ma na mapie odwiedzanych miejsc żadnych europejskich. Ruszamy na kilka kontynentów, bo tylko dzięki temu będziemy mogli wraz z Pauliną Wilk zarejestrować szereg kontrastów i w pełni zrozumieć różnorodność w kontekście planów ludzkości na to, by ułożyć sobie pojutrze życie jeszcze bardziej wygodnie i bardziej przewidywalnie.

O Bombaju i Kopenhadze autorka pisze, zdradzając swe emocje i silny związek z miastami. To interesujące, ale przełamuje nieco surowość publikacji, która właśnie w swym zdystansowaniu i chłodzie od początku do końca byłaby bardzo dobra. Wilk nie opisuje świata z wyraźną konsekwencją, ale potrafi opowiedzieć miasto w bardzo wyjątkowy sposób. Tkanki miejskie mają wyrażać rodzaje modelowania rzeczywistości. Pokazać, jak trudne jest zbilansowanie potrzeb ludzkości i natury. Wskazać, w których miejscach i kiedy można dostrzec takie wewnętrzne pożeranie się metropolii, zapadanie w nicość przy braku alternatywy idei. Bo niektóre miasta są idealistyczne i dopiero powstają – jak emiracki Masdar czy koreańskie Songdo – a inne uformowały się już w pełni, czekając na docenienie i stygnąc bez pragnień, bez poczucia potrzeby jakiejkolwiek zmiany (Singapur, Kampala).

„Pojutrze” jest specyficzną rozprawą z tym, co spotyka się między lękiem a poczuciem wyższości ludzkości. Miasta stają się wyrazicielami wszelkich emocji, o których ludzkość nie jest w stanie już opowiadać. Zmierzamy ku przyszłości, w której ważne będzie projektowanie następnego jutra. Budowanie przekonania, że prawdziwy czas zacznie się dla nas niebawem. A miasta mają podążać ku temu, co będzie. Dziś każde robi to na swój sposób. Dubaj to „pomnik niemożliwego”, punkt stwarzania specyficznego świata przyszłości, miasto dla wszystkich, którym rzeczywistość doskwiera i chcą marzyć, planować, projektować, żyć tylko czasem przyszłym. Seul zmierza ku jednorodności. Przerażającej i fascynującej jednocześnie. To taka urbanizacja kolektywu, który będzie definiował codzienność jutra w sposób zorganizowany i tylko w pierwszej osobie liczby mnogiej. Kampala wydobyła się z dżungli, a gdy już ją zniszczyła, zaczyna niszczyć samą siebie. Chaos i bieda rozwijają się w zastraszającym tempie i Kampala przyszłości to metropolia wiecznego niedoboru. Masdar, ekomiasto, wciąż jest eksperymentem i niewiadomą. Podobnie jak wyzute z duszy Songdo, po którym można się poruszać jak w grze planszowej. Niejednoznaczna jest przyszłość peruwiańskiej Limy, która dynamizuje się poprzez rozwarstwienia społeczne, ale widzi przyszłość jako dalszą formę chaosu. Dla Singapuru czas przyszły to zastygnięcie w rzekomo doskonałej formie. To miasto już się uformowało, skończyło. Nie potrzeba w nim tak intensywnie wytężonych zmysłów jak w różnorodnym Bombaju. I Kopenhaga, która dziś i pojutrze będzie oferować tę specyficzną formę otwartości i łagodności.

Czym będą portretowane miasta i kim będą zasiedlający je ludzie? Jak bardzo różnorodne wizje przyszłości stoją za tkankami miejskimi, które dzieli bardzo wiele, ale łączy przede wszystkim żywy puls? Miasta przyszłości mogą być groźne i dwuznaczne. Ludzie czas przyszły chcieliby zasiedlić już teraz. W tym znaczeniu „Pojutrze” jest o fantazjowaniu, gorzkich rozczarowaniach, ale także nieustannym niepokoju, mrocznym przebodźcowaniu. Paulina Wilk portretuje miasta, które naprawdę żyją, i takie, którym ludzkość podłączyła respirator. Wszystkie nas opowiadają i nas projektują. W tym globalnym wołaniu o lepszą przyszłość uważna podróżniczka, koncentrująca się na topografii w bardzo szczególny, emocjonalny sposób. „Pojutrze” to interesująca fantazja o tym, czym jest metropolia w sensie mentalnym, i frapująca opowieść o przyszłości z istotnym apendyksem – historią miasta pierwszego, początku rozwoju ludzkiej zbiorowości. Książka stawia wiele mrocznych pytań retorycznych. Sama jest pytaniem. Odpowiedzi nie uzyskamy, dopóki nie nastąpi jutro. A po nim jeszcze coś, czego nie rozumiemy, czując się bezpieczniej razem w wielkich miastach.

2018-01-04

„Mikrotyki” Paweł Sołtys

Wydawca: Czarne

Data wydania: 11 października 2017

Liczba stron: 144

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Porządkując pamięć

Świetne są te opowiadania! Bardzo niejednorodne i zaskakujące. Trudno określić, czy przywiązać się do nich, czy traktować je z dystansem. Paweł Sołtys – mój rówieśnik – porządkuje swoją pamięć, ale też stawia jej pewne wyzwanie. Ta książka to nie tylko lekcja tego, jak podmiotowo traktować ludzi wokół i jak naprawdę ich opisywać, ale przede wszystkim prozatorskie wyznanie. Są tu bowiem historie, które autor zapamiętał, ale też i takie, które zapamiętały jego. Nie dają mu wytchnienia i każą zrewidować przeszłość. Często w dość niewyraźnych konturach, bo pamięć płata figle, ale być wiernym pamięci to ukształtować swoją tożsamość. Stąd też „Mikrotyki” to intymna spowiedź wielu kontrastów i zaskakujących tonacji – od nostalgii po bezpretensjonalny humor. Sołtys buduje teksty bardzo różnorodne, niektóre niedomknięte, niektóre jedynie sygnalizujące to, co nie zostało w pełni zapamiętane. Są tu teksty o smutku i melancholii, ale także o ludziach, o których należy pisać szeptem – to zwrot z jednego z opowiadań. Jak wspomniałem, pojawiliśmy się z Sołtysem w tym samym czasie na tym świecie, a to dodatkowo przywiązuje mnie do „Mikrotyków”. Znam przepełnioną szkołę z klasami do F i pamiętam smak papierosów, które podbijały polski rynek kilka dekad temu. Wiem, jak to było na kolonijnych dyskotekach i jak wyglądali szkolni outsiderzy. Znam strukturę podwórkowej młodzieży i zdaję sobie sprawę, że z tego wszystkiego zostało nam dzisiaj bardzo niewiele.

Nie piszę, że to dobre opowiadania, bo się z częścią w pewnym stopniu identyfikuję. Nie, choć Sołtys zwraca uwagę na pewne podobne jemu i znajomkom przeżycia, które być może ukształtowały każdego nieco inaczej. A niektórych nie ukształtowały wcale, są oni na kartach tych opowiadań w fazie przemiany i być może tacy pozostali. Podoba mi się to, że Paweł Sołtys rozsądnie waży słowa i doskonale wie, w którym momencie opowiadania ściąć frazę i pozostawić ją w niedomówieniu. Mikrotyki” to szereg wspomnień pozornie bez dyscypliny myślowej, w jakimś zrozumianym przez autora chaosie, ale jednocześnie to zbiór niezwykle spójny, jeśli spojrzeć na to, w jaki sposób Sołtys postrzega przemijanie. W czytelnych kontekstach i uwarunkowaniach, albowiem jest to książka także o konkretnym mieście. O Warszawie, która kiedyś nie miała tylu ambicji wielkiego miasta, a była równie różnorodna co dzisiaj. Ta książka zawiera dość specyficzną topografię stolicy. Sołtys wybiera boczne uliczki. Nawet te „z tych boczniejszych”. Dzisiaj zepsute nowoczesnością. Kiedyś rozkwitające opowieściami, bo i ludzie więcej sobie mówili, i zdarzenia toczyły się w jakimś bardziej atrakcyjnym rytmie.

„Mikrotyki” to historie wydobyte z przeszłości. Ożywione na nowo w bardzo różnorodnych konwencjach. Sami musimy ocenić, ile jest w nich goryczy, ile niespełnienia, ile afirmacji życia, a ile wskazywania jego różnych kontekstów. To także historie obrazujące ludzkie samotność i osobność. Ludzi zawsze będących marginesem życia i w tym marginesie funkcjonujących od początku do końca. Gdzieś z boku, blisko swoich traum i smutków. Sołtys opowiada o ludziach, którym rozmontowała się codzienność, świat utracił kontury, a nawyki wyrazistość. Widać to w dłuższych formach („Lena”), ale także w tych licznych miniaturach, które przykuwają uwagę chyba najbardziej skutecznie. Jest u Sołtysa taki rodzaj wrażliwości, dzięki któremu proza życia w jej najdrobniejszych przejawach stanowi kolaż emocjonalnych wzruszeń. Mimo że to wszystko po chłopacku i po męsku przedstawione. Istotna w tym zbiorze jest właśnie męskość portretowana w różnych odcieniach. Dzielne chłopaki, którym nic nie jest straszne w kontraście do złamanego życiem wujka pielęgnującego swój strach.

Jest też literatura. W asocjacjach, ale także czytelnych, humorystycznych tekstach. Tom Iwaszkiewicza orężem w walce o normalność w środku komunikacji miejskiej? Czemu nie. Wszystko i wszyscy nabierają nowych znaczeń – wyglądają i mówią to, co zapamiętane, ale tak naprawdę kształtują widzenie spraw przez człowieka, który musi oddać głos tym z przeszłości, aby świadomie wyprawić samego siebie w dalszą życiową wędrówkę. Bo życie to także nowe definicje śmierci. Wskrzeszonych martwych, i to nie tylko ludzi. Wzrusza opowieść o dramatycznym pożegnaniu z kotem i o tych ludziach, których już prawdopodobnie nie ma, lecz trudno to ustalić. Mikrotyki” są więc pożegnaniami, ale jednocześnie punktami wyjścia – poza te opowiadania wydostaje się autor bardziej świadomy, bardziej rozumiejący swoją kondycję jeszcze nie starego, ale już na pewno doświadczonego życiem człowieka. Zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, ile doświadczeń z przeszłości ujawnia się ponownie i każe zdefiniować. Sołtys rozprawia się z pamięcią bez zbędnego patosu, ale nie jest też czułostkowy. Ten balans między sentymentalizmem a chropowatością stylu czyni z „Mikrotyków” opowieść zdystansowanego środka. Historię dorastania w konkretnym mieście, czasie i wśród konkretnych ludzi. Opisywanych bardzo szczegółowo, choć większość z nich wolała ogół niż drobiazgowe analizowanie swojego życia. Nie ma też u Sołtysa żadnego dydaktyzmu, ale nie możemy powiedzieć, że są tylko luz i nonszalancja. Dość dobrze zniuansowane nastroje, dzięki którym dopadają go takie, a nie inne wspomnienia, pozwalają stworzyć z każdego opowiadania wyjątkowo atrakcyjną rzecz. Chodzi także o to, jak dobrane są porównania i jak dynamiczna jest fraza. „Mikrotyki” mocno przykuwają uwagę, choć każde z opowiadań jest inne niż poprzednie.

Sołtys analizuje samego siebie, ale mówi nam dużo o tym, z czego składa się każdy człowiek – fizycznie i emocjonalnie. Różnorodność odczytań tych opowiadań pozwala nam na dostrzeżenie różnorodności doznań. Autor oddaje głos tym, którzy nigdy go tak naprawdę nie zabrali, analizując zdarzenia, nad którymi nie pochylamy się na co dzień. Robi to w słodko-gorzkiej konwencji krótkich tekstów, często z otwartymi zakończeniami. „Mikrotyki” wywołują pewien niedosyt, ale dają się oswoić, wejść w nie tak naprawdę. Takiego minimalistycznego, a jednocześnie wartościowego literacko pisania mocno nam dziś brakuje. Paweł Sołtys odświeża swoją pamięć, pisząc jednocześnie książkę i pokoleniową, i skierowaną do wszystkich uważających, iż wspomnienia nie są warte porządkowania. Sugeruje też, w jaki sposób ubarwić wyobraźnię i jak zmyślać, by w zmyśleniu zawrzeć prawdy o tym, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy i jak bardzo wszystkiego wokół nie jesteśmy w stanie pojąć.

2018-01-02

„Chłopiec ze śniegu” Chloë Mayer

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 22 listopada 2017

Liczba stron: 368

Przekład: Magdalena Słysz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,99 zł

Tytuł recenzji: Deficyty uczuć

Nieszczęśliwy, samotny chłopiec i wojna jako tło jego smutnego życia? Tak, to już było – u Rose Tremain, w jej wspaniałej „Sonacie Gustava”. Chloë Mayer nie chce być wtórna i buduje zupełnie inną historię. Choćby przez to, że jej młodziutki bohater musi unieść dużo większą traumę niż chłopiec ze szwajcarskiej opowieści. „Chłopiec ze śniegu” to nie tylko poruszające studium podwójnego wyobcowania – bo matka jest tak samo samotna jak jej potomek – ale przede wszystkim historia deficytów czułości mogących doprowadzić do groźnych, złych czynów. Daniel z powieści Mayer dźwiga ciężar ponad swoje siły. Pozna fakty, z którymi będzie musiał pozostać sam. Tkwiący w świecie mrocznych baśni, będzie konfrontował ukształtowaną nimi wyobraźnię z realnym światem. Będzie dopasowywał jego elementy do tych fikcji literackich, z których się wydobył i o których wciąż jeszcze czyta mu wieczorami matka. Chloë Mayer konfrontuje kobietę z odległą wojną, ale nie rujnuje motywu tak, jak zrobiła to np. w „Słowiku” Kristin Hannah. Ta kolejna anglojęzyczna opowieść kobieca z wojną w tle tym razem dotyka kwestii zderzenia jednostki z okrucieństwem Historii na tyle delikatnie, że moglibyśmy odnieść wrażenie, iż ta opowieść mogłaby być uniwersalna i toczyć się w innych, spokojniejszych czasach. Zarysowane problemy wydobywają się jednak z koszmaru, w którym uczestniczy mąż bohaterki. Widzimy go zrujnowanego, bezradnego i bezbronnego. Druga wojna światowa zostawia ślady, będąc w oddaleniu. Jeden z mężczyzn płacze i pielęgnuje swoje traumy z frontu. Kolejny odważnie stawia czoła światu bez bomb i bagnetów, ale także ma za sobą mrok, którego się nie pozbędzie…

Najważniejszy jest jednak Daniel. Chłopiec, który mocno wierzy w to, że trzeba dokonać jakiegoś heroicznego aktu, by zasłużyć sobie na matczyną miłość. Tę, której Annabel była pozbawiona zaraz po urodzeniu dziecka i ten brak przeniosła na dalsze życie. Daniel jest wszystkiego świadomy. Dziecko przyjmuje na siebie zbyt wiele bezkompromisowości matki. Kobiety, która nigdy nie zdobyła się na czyn Nory Ibsena, ale zawsze marzyła o ucieczce i w momencie, w którym jej akt okaże się wyjątkowo prawdopodobny, jest gotowa zaryzykować, nie myśląc o synu. Danielu, z którym łączy ją jedynie wieczorne czytanie baśni i bajek. Oboje odnajdują się w pełnych mrocznych cieni światach przedstawionych i oboje porównują elementy swojego życia do tych, które są portretowane przez pełne magii teksty. Świat tymczasem nie jest magiczny. W prowincjonalnym Bambury ostatni rok wojny zaznacza się przede wszystkim obecnością niemieckich jeńców wojennych. To ich przemarsz w rozpoczynającej książkę scenie Annabel obserwuje z narastającym lękiem. Bo przecież Niemcy są źli, Niemcy to wrogowie, do żadnego Niemca nie wolno się zbliżyć…

Annabel przełamuje strach tak jak Daniel swe uprzedzenia. Jedno i drugie pragnie zdobyć choć odrobinę czułości i zainteresowania. Oboje funkcjonujący latami obok siebie zatomizowali się jeszcze bardziej, odkąd Reggie – jedyny, któremu zależy na spajaniu rodziny w całość – znajduje się między nimi tylko w słowach przesyłanych z frontu listów. Annabel nie tęskni za powrotem męża, szukając substytutu prawdziwej męskości w zakazanych ramionach. Daniel czule przytula się do rozdygotanego ojca, któremu winien jest zainteresowanie, gdy żona staje obok i milczy. Chloë Mayer portretuje rodzinę, która rozpadła się nie tylko wskutek wojennej zawieruchy. Ukazuje różne rodzaje wyobcowania, każdy wydobywającey się z innego kontekstu. Nieszczęśliwą rodzinę żyjącą pośród złudzeń. Także tych, w których można zatonąć, wciąż na nowo interpretując przesłanie smutnych baśni.

Daniel to chłopiec, który nieświadomie uczyni wiele zła. Annabel także będzie jego sprawczynią, ale nie doświadczy tego tak intensywnie jak syn. Daniel to smutne dziecko, które od małego wie, że na miłość trzeba zasłużyć. A jeśli się nie uda, trzeba próbować ponownie. Wciąż na nowo rozpaczliwie pragnie bliskości matki, choćby jej skromnych przejawów, choćby czułego spojrzenia czy dotyku. Annabel także by tego chciała, ale wybiera coś, czego nie powinna wybrać. Nie w tym świecie, nie w tej miejscowości. Odrzucenie syna ma głębsze znaczenie, jeśli spojrzymy na to, jak bardzo bohaterka zamyka się w sobie. Mayer jej duchową emigrację wewnętrzną portretuje ze sporym dystansem, ale dzięki niemu wiemy, że nie mamy dostępu do uczuć bohaterki. Jej osamotnionego serca, które nie zaznało prawdziwej miłości. To kobieta, której wszyscy patrzą na ręce, wszyscy rozliczają z właściwego funkcjonowania we właściwych rolach. Tymczasem w Annabel narastają gniew i bunt. Jest nieczułą żoną i matką. Wyjątkowo stygmatyzowaną, bo nie ma już sił oddychać. Do momentu, w którym po raz ostatni spróbuje ucieczki. By odetchnąć właśnie, wreszcie naprawdę.

Chloë Mayer proponuje nam liczne wypisy z „Królowej Śniegu”, która jest nad wyraz czytelną paralelą doświadczeń życiowych jej bohaterów. Autorka podąża w stronę nieprzyjemnego dydaktyzmu, gdy wyjaśnia wszystko to, co bardzo czytelnie obrazują zachowania i słowa bohaterów. W tym znaczeniu dość psujące całość jest zakończenie, w którym Daniel wyjaśnia czytelnikowi, jak ma postrzegać jego skomplikowane relacje z matką. Metaforyka śniegu także czyni z tej powieści narrację dość przewidywalną, niemniej jest w niej siła oddziaływania oparta na zderzeniach dwóch opowieści, które wzajemnie się uzupełniają i dają pierwszeństwo sugestywnej narracji pierwszoplanowej Daniela.

Mayer opowiada o skomplikowanej drodze poszukiwania namiastki życiowego szczęścia oraz spełnienia. Pisze o tym, jak trudno jest miłość zdefiniować i odnaleźć. Jak niezwykle trudno jest ją wydobyć z pozornie najbliższych relacji – naznaczonych przecież wyobcowaniem przez lata. „Chłopiec ze śniegu” to książka także o trudnych do uniesienia tajemnicach. O tym, jak bardzo dziecko będzie zdeterminowane, by uzyskać czułość, i o innym rodzaju determinacji. O niedopuszczaniu nikogo do swojego smutku oraz rozczarowania. Tragedie zapowiadane są stopniowo. Czujemy ten wszechobecny fatalizm powieści i zdajemy sobie sprawę, że wydarzy się coś niewiarygodnie smutnego. Że Mayer nie daje wytchnienia swoim bohaterom, bo chce ich pokazać w sytuacji granicznej rozpaczy. Udowodnić, że poza nią może być już tylko nicość… lub oczyszczenie. To przede wszystkim wzruszająca historia dziecięcej bezradności i wynikającego z niej paradoksalnie pragmatyzmu. Daniel musi zatroszczyć się o siebie w kilku znaczeniach. Jest też na tyle uważny i odpowiedzialny, że byłby gotów zatroszczyć się również o matkę. Gdyby tylko tego chciała… Chloë Mayer opowiada o dziecku widzącym wiele złego, zbyt wiele z tego rozumiejącym i ostatecznie muszącym mierzyć się z demonami, których nigdy się nie pozbędzie. To mroczna opowieść o niemożności spotkania się naprawdę w jednym, rodzinnym domu. O tym, że poszukiwania spokoju i szczęścia mogą mieć tragiczne konsekwencje. O tym, że ludzki tragizm ma kilka oblicz, ale jeden podstawowy powód – samotność wywołaną deficytem uczuć.