Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura holenderska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura holenderska. Pokaż wszystkie posty

2025-11-19

„W dobrych rękach”


 

Wydawca: Wydawnictwo Znak

 Data wydania: 15 października 2025

Przekład: Justyna Hunia

Liczba stron: 400

Oprawa: twarda

Cena det.: 65 zł

Tytuł recenzji: Surowa namiętność

 Bracia wiodący z cynicznym, nonszalanckim, czasem aroganckim i hedonistycznym trybem życia. Siostra zamknięta w domu jak w betonowej wieży w domu, który mógł być ich domem. Odizolowana od świata, pielęgnująca ogród, zdecydowanie żyjąca całkowicie zanurzona w swoim świecie albo w pustce, która po tym świecie pozostała. Reparacje wojenne lub ich brak, znakomicie i dyskretnie zarysowane tło powojennej rzeczywistości Holandii. Ucieczki, ratunki, dramaty rodzinne. Kobieta z zewnątrz, a jednak z charakterem. Burząca wszelki porządek, kierująca się własnymi wartościami, Doświadczona – jak każdy w tej powieści – wszelkimi trudami powojennej rzeczywistości. Związki, które w latach sześćdziesiątych były ukrywane, i namiętności opisywane niezwykle plastycznym językiem. Umiejętność balansowania między pragmatycznością bohaterów a odkrywanymi przez nich emocjami, które czasami prowadzą do totalnego zatracenia. Nie mam pojęcia, na czym się skupić i co jest w tej powieści najważniejsze, bo cała gama poruszonych tematów jest tak szeroka, że autorka mogłaby z ich wykorzystaniem napisać osobną powieść o każdej z postaci osobno. Nie wiem, która byłaby bardziej dramatyczna, a która bardziej nostalgiczna. Mamy jedną. „W dobrych rękach”. Nie jestem pewien, czy tytuł nie jest zwodniczy, a tytułowa ręka nie próbują wykonać opiekuńczego gestu jest wyciągana w chwili dramatycznego niespełnienia. Niemniej jednak czyta się Yael van de Wounden doskonale nawet wtedy, gdy – co już chyba prawie niemożliwe we współczesnej literaturze – pąsowieją nam policzki i mamy się wrażenie, że jesteśmy nie tam, gdzie powinniśmy być.

Podzielenie powieści na części ma zasadnicze znaczenie. Każda prezentuje coś na kształt spojrzenia na inną część tę tej skomplikowanej rzeczywistości, Ta pierwsza to jakby prolog do tragedii. Ta ostatnia – niespodziewanym jej rozwiązaniem. Kluczowe dla zrozumienia wszystkiego będą retrospekcje, a najmocniejszy potencjał literacki będą mieć zbliżenia fizyczne i dbałość o to, by nie zostały zaprezentowane banalnie. Wychodzimy zatem od sytuacji jasnej i klarownej. Choć może jednak wcale nie całkiem, bo siostra wypiera przeszłość prezentowaną przez jej brata. Każde z rodzeństwa ma swój bagaż przeżyć i każde na swój sposób się nim dzieli. Jest sporo niejasności, być może konfabulacji – te wychodzą na jaw z całą swoją siłą w finale powieści. Ale introdukcja jest dość oczywista. Izabel mieszka w domu, o który dba z pietyzmem. Można by rzec, że na własne życzenie jest niewolnicą tego domu, lecz przywiązała się do niego z wielu powodów, które klarownie są wyjaśniane później. Izabel odstaje od rodziny. Nie wierzy w ludzkie dobro, w relacje przyjacielskie. Jest obcesowa. Skupiona na detalach, o które kiedyś tak samo dbała jej matka. Kobieta, przy której śmierci musiała asystować. I do dziś czuje się, jakby wtedy umarła za życia. Taki jest początek. Język dopasowuje się do niego, jest szorstki, chwilami zbyt szorstki, dominują zdania oznajmujące i krótkie, tworzy się atmosfera tajemniczości.

Oprócz niej pojawi się także stale potęgowane napięcie, gdy dom zaanektuje ktoś inny. To nie jest tak, że Izabel zabrania komukolwiek mieszkania ze sobą. Ona po prostu zwyczajnie tego nie chce, bo wrosła w siebie, swoje nawyki, przyzwyczajenia i neurozy. Ale także zaakceptowała to, że wygasiła w sobie emocje oraz namiętności, i przyzwyczaiła się do tego. A te przyjdą. Tymczasem one powrócą wraz z kimś, kto zamieszka z nią w domu, w którym tak cenne są nie tylko pamiątki po matce, jak cenne także wspominanie czasu przeszłego i w zasadzie życie czasem przeszłym. To jest aż siedem lat. Bohaterka przeżyła w samotności aż siedem lat, podczas gdy jej bracia postanowili wziąć życie w swoje ręce, szaleć, cieszyć się nim i kochać ludzi obu płci. Pozostawili po sobie symboliczny cień w postaci siostry. Ona nigdy nie wyszła z powojennego mroku, który zaznacza się tutaj tak wyraźnie, jak wyraźnie przyglądamy się ruchom, działaniom, w końcu ciału bohaterki. To jest tylko na pozornie jest tak, że właśnie ten tryb życia jest dla niej najlepszy, daje jej bowiem zdolność do przetrwania, lecz nie daje jej możliwości bycia kobietą.

Tak, ciało będzie tu miało bardzo duże znaczenie bardzo ważne. Zbliżenia seksualne to jedno, ale ciało stanie się czymś na kształt łącznika charakterów. Poprzez ciało następuje pełna komunikacja. Zrywana, nawiązywana ponownie, znów w zaniku. Niesamowite jest to, w jaki sposób obserwuje się chwyty, których używa autorka „W dobrych rękach”, aby ukształtować sposób, którym bohaterki komunikują porozumiewają się ze światem i samymi sobą. Bo nie jest trudno zgadnąć, że w twierdzy Izabel pojawiła się nowa kobieta. Bez życiorysu, bez wyraźnej tożsamości, po prostu gotowa na rozbudzenie żądz i pragnień, które utknęły w wyizolowanym domu na lata.

Ale jest tu jeszcze kwestia przedmiotów i ich znikania. Coś było i już tego nie ma. Coś pękło i urasta to do miana tragedii. Czegoś nie można znaleźć i jest to powód do swego rodzaju szaleństwa. Wszystko jest tam, gdzie powinno być? Na pewno? Dzisiaj przedmioty nie mają już takiego znaczenia, zwłaszcza materialnego, żeby można byłoby z ich powodów uczynić coś niemoralnego. Izabel dba o przedmioty, które ją otaczają. To świadectwa pamięci matki. Tego, co razem przeżyły. Piekła, które skończyło się kolejnym piekłem. Dlatego Izabel nie jest żadną zbieraczką, lecz kolekcjonerką. Tymczasem dzięki kochance kolekcjonuje to, co w jej ciele od lat domagało się uwagi.  Yael van de Wounden świetnie pokazuje, jak bliskość może zaboleć, jakich specyficznych doświadczeń dostarczyć – tu bliskość to także zadawanie bólu fizycznego, emocjonalna burza emocji, nagłe odrzucenia i powroty. Chwilami jest tego za dużo i jest to za intensywnie opisane, jednakże wszystkie te sceny prowadzą ku czemuś, są ścieżką interpretacyjną losów kobiet, których życiorysy zostały przełamane, podczas gdy mężczyźni dali sobie radę całkiem nieźle, a przynajmniej takie sprawiają wrażenie.

Jest to jest także powieść o takim rodzaju obsesji, w którym ujawniają się ludzkie cechy głęboko ukryte i przez co na co dzień niewidoczne na co dzień. Izabel to wydaje się postacią z największym potencjałem najbardziej rozwojowym, a jednocześnie orientujemy się, jak się można szybko zorientować, cały czas tkwi w tym wszystkim, co złamało ją w przeszłości. Zdecydowało o samotności jako jedynej drodze ocalenia. Całość doprawiona jest znakomitym językiem – i tu wielki szacunek dla tłumacza – ale także pewnego rodzaju niezamknięciami. Sporo się dzieje poza naszym wzrokiem, domyślamy się tego z dialogów albo w ogóle pozostaje to w jakiejś symbolicznej mgle. W zasadzie poza  -‒ portretowanymi w tak wyjątkowy sposób -‒ namiętnościami nic nie jest tu do końca pewne. Trudno nie zadawać sobie pytania nie tylko o to, co się dzieje, lecz także: dlaczego tak się dzieje, dlaczego tak się ułożyło i skąd wzięły się wybory życiowe bohaterów. Ale najważniejsza jest kobieta. We W dobrych rękach” staje się ona tajemniczą istotą, która czasem nie jest gotowa zrozumieć samej siebie, nie mówiąc o wyjściu naprzeciw tej innej, nieznanej.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawę TUTAJ

2024-01-09

„Głód” Jamal Ouariachi

 

Wydawca: Wydawnictwo Relacja

Data wydania: 24 stycznia 2024

Przekład: Iwona Mączka, Alicja Marszał

Liczba stron: 640

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 69,90 zł

Tytuł recenzji: Konfrontacje

Tytuł tej książki kojarzyć się będzie czytelnikom z monumentalnym opracowaniem Martína Caparrósa, jednakże Jamal Ouariachi wykorzystuje go w swojej nie mniej imponującej książce w kilku znaczeniach – poza oczywistym są tu jeszcze inne. To powieść wielowarstwowa w samej strukturze, kiedy wykorzystuje stylistykę wielkich dzieł wspominanych przez autora w posłowiu, ale także wtedy, gdy posługuje się nielinearnym sposobem opowiadania, tworząc mimo to wrażenie wielkiej spójności i uporządkowania prezentowanej historii. Gdyby chcieć znaleźć wspólny mianownik dla tej obszernej i kipiącej od przesłań książki, można by się pokusić o stwierdzenie, że to przede wszystkim historia relacji dwojga ludzi, która zmienia ich życie i pozostawia po sobie ślad na zawsze.

Ouariachi zderza ze sobą nie tylko ludzi, których różnić będzie płeć, wiek, doświadczenie życiowe, a przede wszystkim poglądy – zwłaszcza w konfrontacji z problemami właściwymi dla innego kręgu kulturowego. Holenderski autor prowadzi nas ku pewnej panoramicznej konfrontacji. Zadaje pytanie o to, czym jest humanitaryzm, czy kieruje się w stronę niebezpiecznego schyłku, a przede wszystkim o to, jak go definiować. Główna bohaterka, odwiedzając Afrykę dotkniętą głodem, po pewnym czasie konstatuje, że jej „empatia kulturowa” jest na wyczerpaniu. Jej kochanek, nieprzyzwoicie bogaty filantrop, nie jest lubiany w środowisku ludzi związanych z pomocą rozwojową, bowiem jest wobec niej krytyczny. Tak jak krytyczny jest wobec filozofów postmodernizmu, wybiórczej empatii cywilizacji Zachodu i państwa, które stało się nową ojczyzną dla niego i jego rodziców. Ci drudzy pokochali Holandię za możliwość rozpoczęcia w niej nowego życia. Alexander Laszlo opowie o gorzkim rozczarowaniu tym krajem. Natomiast Jamal Ouariachi przedstawi sylwetkę człowieka kontrowersyjnego, zagubionego, osadzonego w ironii i sarkazmie, bo tylko one są dla niego orężem obrony wobec świata, który wydał wyrok i nazwał go potworem.

„Głód” jest powieścią o krytycyzmie, wątpliwościach, egzystencjalnym oraz kulturowym kryzysie, jednakże to również wstrząsająca, pełna naturalizmu zwłaszcza w końcowych partiach, historia doświadczenia skrajnej nędzy opowiedziana z pozycji człowieka sytego i pochodzącego z tego rejonu globu, w którym na biedę oraz jej wyniszczające skutki patrzy się ze smutkiem kanapowego obserwatora. Ouariachi każe swoim bohaterom wyjść z bezpiecznej dla nich przestrzeni. Pokazuje, w jaki sposób ludzie z kraju, w którym gwarantuje się im zapewnienie wszystkich fundamentalnych potrzeb życiowych, reagują na świat, gdzie nędza ma wiele niezrozumiałych dla nich znaczeń. W tym rozumieniu to powieść drogi i powrotu. Aurélie i Alexander zetkną się z tragedią naznaczonej deficytami Etiopii w zbliżonym wieku, ale w zupełnie innych okolicznościach. Oboje zostaną zderzeni ze światem nędzy, lecz tylko jedno z nich zabierze ze sobą we wspomnieniach jego skrajny i przerażający obraz. Autor sugeruje, że konfrontacja z tą samą rzeczywistością może zupełnie inaczej rezonować w umyśle. Że podobne doświadczenie wcale nie musi takie być  – jeśli jest odbierane i interpretowane przez pryzmat innych doznań kształtujących wrażliwość oraz światopogląd. Najmocniej będzie do widoczne wtedy, kiedy Ouariachi przeniesie nas w inny rejon problematyki swojej książki. Ze świata biedy Alexander, wspaniały filantrop, wydostaje dzieci, którym w Holandii chce umożliwić nowe, godne życie. Choć stara się ocenić potencjał podopiecznych, kierując się swoimi zasadami przy wyborze „ocalonych”, nie w każdym przypadku udaje mu się tego dokonać. Z jednym z dzieci wiąże się historia, która zmienia wszystko. A także wpływa na relacje Aurélie i Alexandra, wcześniej kochanków, potem w specyficzny sposób przedstawionych antagonistów, kiedy wspólnie stworzą książkę. O życiu Alexandra, jego rozgoryczeniu, lecz także o tym, jak inaczej zdefiniować pedofilię.

To jedno słowo elektryzuje na tyle, że z różnych powodów na pewno przyciągnie uwagę do tej powieści. Inspirowanej życiem i poglądami kogoś, kto tak jak Alexander gotowy jest udowadniać, że zjawisko pedofilii jest niesłusznie tabuizowane i atawistycznie krytykowane w naszej kulturze. Ten aspekt „Głodu” nie będzie szantażował czytelnika skrajną kontrowersyjnością, choć czytanie fragmentów, w których Alexander, rozważając stosunek do pedofilii, ryzykownie oraz konfrontacyjnie opowiada o ludzkiej hipokryzji, z pewnością pozostawi trwały ślad i wpłynie na sposób odbioru powieści. Czy Jamal Ouariachi nie podejmuje zbyt dużego ryzyka, łącząc w „Głodzie” kilka różnych problemów, by pokazać, w jak różnym stopniu elektryzują one społeczeństwo? Pozornie wydaje się, że powieść porusza tematy, które tylko na pierwszy rzut oka się łączą. Ale, jak już wspomniałem, jest to narracja opowiadająca o bardzo silnej relacji naznaczonej mnóstwem emocji, wokół której układają się kalejdoskopowo, jednak w przemyślanym porządku, coraz bardziej trudne oraz kontrowersyjne kwestie.

Ojciec Alexandra mówi synowi, że „każdy z nas wymyśla swoją własną historię dobra i zła”. Tak tu trochę jest, bo „Głód” to nie tylko opowiada o relatywizacji pewnych pojęć oraz postaw, ale pozwala nam przyjrzeć się skrajnie różnym życiowym wyborom, które łączą się ze sobą, bo dwoje głównych bohaterów – jak wspomniałem – tworzy razem książkę. Jej wydanie zmieni wszystko. W fascynujący sposób opowiada Ouariachi o zbliżeniu dwojga ludzi, których połączy pozornie prosta fascynacja. Jednak najbardziej fascynujące będzie obserwowanie, co wyłania się z tego potem i w jaki sposób kochankowie oddalają się od siebie. Podobnie idea pomocy humanitarnej daleka jest od tego, co niesie bezpośrednie doświadczenie nędzy, na którą ci przypadkiem urodzeni w dostatniej części świata, nie muszą zwracać uwagi, jeśli tylko wyrzuty sumienia uciszą donacją lub symbolicznym aktem solidarności z biedą, której nie doświadczają i nie rozumieją.

„Głód” oskarża i prowokuje. Stawia pytania o to, czy zasługujemy na świat pełen przywilejów, czy rozumiemy oferowany przez niego komfort, czy jesteśmy gotowi wyjść poza granice percepcji ukształtowane przez coś, czego czasem nie doceniamy. Jamal Ouariachi snuje też rozmyślania o tym, co czyni kulturę Zachodu oraz jej uwarunkowania fasadowymi, a niekiedy niebezpiecznymi. Wszystko przy zastosowaniu dynamicznej narracji, której główny nurt przeplatany jest różnorodnymi stylistycznie fragmentami, bo holenderski autor chce uczynić swoją powieść zróżnicowaną formalnie. W zderzeniu biedy z intelektualizmem dochodzi do konfrontacji, które tutaj sygnalizowane są także przez zmianę sposobu opowiadania w zależności od prezentowanego problemu. „Głód” od początku do końca pozostaje enigmatyczny. Znakomita książka z rodzaju tych, które niosą w sobie trudny do zaakceptowania niepokój czytelniczy.

2021-06-25

„Kwarantanna” Wytske Versteeg

 

Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Data wydania: 28 kwietnia 2021

Liczba stron: 160

Przekład: Jadwiga Jędryas

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 32,50 zł

Tytuł recenzji: Gorycz samotności

Nie podoba mi się to, że usiłuje się promować tę powieść w związku z pandemią COVID-19. Zarysowany przez holenderską autorkę przebieg ogólnoświatowej zarazy nijak ma się do tego, co obecnie przeżywamy. Ale zdecydowanie warto zwrócić uwagę na „Kwarantannę” jako ciekawą postapokaliptyczną fantazję o ludzkiej kondycji, priorytetach oraz wartościach. Czytając Versteeg, cały czas miałem przed oczami inną podobną fikcję literacką – mam tu na myśli „Niebieską księgę z Nebo” Manon Steffan Ros. Obie pisarki, walijska i holenderska, proponują bardzo skondensowaną wizję świata po zagładzie, obie książki są krótkie i jedynie punktowo zaznaczają tragedię ludzkości, koncentrując się na losach tych, którzy przetrwali. „Kwarantanna” stanowi coś w rodzaju mrocznego rewersu „Niebieskiej księgi z Nebo”, kiedy porównujemy, co tak naprawdę ocalało. U Ros jest to jednak podstawowa komórka społeczna – mamy matkę i syna, jakiś prognostyk tego, że społeczeństwo po kataklizmie kiedyś się odrodzi. U Wytske Versteeg pozostaje samotny mężczyzna. Cyniczny w przeszłości, dzisiaj konfrontujący się z tym, czym jest egzystencjalne wyobcowanie w świecie, w którym poza szaloną staruszką kręcącą się nieopodal nie ma już żadnych ludzi. O ile Ros była twórcza w tym, że oddała pole do popisu wyobraźni nastolatka i żadnego z dramatów nie zdefiniowała w sposób oczywisty, o tyle u Versteeg mamy tę wyjątkową bezkompromisowość ukrytą zarówno w retrospekcjach, jak i w obecnej, tragicznej w kilku znaczeniach kondycji ocalałego z zarazy bohatera.

Tomas przetrwał, bo był zawsze egocentrycznym mizantropem traktującym ludzi przedmiotowo i człowiekiem unikającym dotyku. A to właśnie dotyk stał się przekleństwem, kiedy potężna zaraza zdziesiątkowała ludzkość. To, co pozostaje bohaterowi, to wspominanie. Jego życie jawi się jako pasmo gorzkich doświadczeń, ale jest również opowieścią o obcesowej goryczy samego Tomasa. Trudno znaleźć jeden przymiotnik określający jego postawę życiową. Z pewnością jest rozgoryczony tym, jak żył i jak niewiele radości dawało mu dotychczasowe życie. Jest zgorzkniały, gdy portretuje nieudany związek małżeński, a holenderska pisarka w tym wątku nie szczędzi czytającym dosadnych scen obrazujących emocjonalną pustkę i erozję relacji już od początku naznaczonej jakimś trudnym do zdefiniowania fatalizmem. Tomas jest również rozpaczliwie samotny – zwłaszcza gdy zdradza się z tym, jakie uczucia wzbudziła w nim młoda kochanka, której obecność we wspomnieniach bohatera ma kilka znaczeń, biorąc pod uwagę, czego od niego chciała i jak ustosunkował się do tego, że w gruncie rzeczy go nie potrzebuje. Odium rozpaczy w związku bohater „Kwarantanny” usiłuje kompulsywnie odczarować poprzez romans. Obie relacje z kobietami są tu jednak na pozycji straconej, a dochodzi do tego jeszcze jedna – ta najważniejsza. Najbardziej enigmatyczna w tej krótkiej powieści i najmocniej elektryzująca relacja Tomasa z jego matką.

Wytske Versteeg świetnie – nomen omen – operuje symboliką. Uświadamiamy sobie, że jej bohater poprawia urodę, a sam ma zniekształconą twarz, adorowana przez niego Maria zaś chce swoją twarz z jego pomocą zmienić. Tomas jako chirurg plastyczny wydobywa ukryte piękno albo tworzy nowe iluzje. Symbolika ludzkiej skóry poddanej tu zniszczeniom, deformacjom i szeroko pojętym zmianom rezonuje wyraźniej wówczas, gdy uświadomimy sobie, co w gruncie rzeczy zabijało w czasie epidemii. Tomas jest bardzo sugestywnie sportretowaną istotą niepełną przez swoje oszpecenie, zazdroszczącą innym twarzom ich kompletności i innym ludziom tego, w jaki sposób funkcjonują w życiu – dopasowani do ról, pogodzeni z przeznaczeniem, realizujący zamierzenia, odczuwający satysfakcjonujące ich emocje. Ta specyficzna spowiedź ze świata, w której zadowolona z siebie ludzkość przestała funkcjonować, jest jednocześnie intymnym dziennikiem rozpaczy. Dlatego na tak niewielu stronach Versteeg wyzwala tak wiele uczuć. Portretowana przez nią rozpacz nie jest obszernie opisana, niewiele tu kontekstów. Zdajemy sobie sprawę z tego, dlaczego paradoksalne ocalenie bohatera jest jednocześnie jego życiową klątwą. Świetne jest w „Kwarantannie” to, że jedynie sugeruje. Pozostajemy w przestrzeni niedomówień, która staje się coraz bardziej mroczna. Retrospekcje są w tak znakomity sposób skonstruowane, że odbiór staje się niejednoznaczny, gdy dowiadujemy się coraz więcej. A może nie wiemy niczego poza tym, co bohater w swojej ostatecznej rozpaczy jest w stanie pokazać nam tylko w półcieniach.

To także świetna rzecz o konfrontacji ze śmiercią – od tej w wymiarze najbardziej intymnym po wymiar zagłady, przecież ludzkości już nie ma. Przelatujący po niebie samolot może świadczyć o tym, że jest inaczej i że w tej postapokaliptycznej rzeczywistości kiedyś wszystko wróci do normy. Nie będzie tak jednak w przypadku Tomasa. Napięcie wywołane przez jego zwierzenia potęguje fakt, że holenderska pisarka tworzy postać wyjątkowo niesympatycznego antybohatera. W jego życiu emocjonalnym było miejsce jedynie na skrajne odczucia. Między nienawiścią a miłością, która wydaje się tu bardzo nieudolnie nazywana przez Tomasa, tkwimy w kotle, a może raczej w piekle takiego rodzaju emocji, z którymi bohater nie może sobie poradzić, funkcjonując społecznie w jakichkolwiek rolach. „Kwarantanna” to także powieść o porzuceniu. O tym, że najmocniejsze przeżycia wywołuje fakt rozstania. Tomas doświadcza kilku rozstań. Najbardziej bolesne jest dla niego to, że z czasem, odtwarzając coraz więcej faktów ze swojego życia, jest coraz bardziej daleki samemu sobie. Dlatego ta książka jest kameralnym, ale wyjątkowo sugestywnym dramatem odczarowywania pojęcia człowieczeństwa przez kogoś, kto cierpi i przeżywa rozterki jak każdy człowiek. Jest też ocalonym, ale czy możemy mówić tutaj o faktycznym ocaleniu?

Wytske Versteeg rozważa tutaj także kwestię tego, czy wewnętrzna wolność nie jest powiązana z odbieraniem wolności innym, a może z wytyczaniem jej granic. W tym znaczeniu jest to jednocześnie książka o zdobywaniu, przekraczaniu granic i wywieraniu wpływu na innych, ale także klaustrofobiczna opowieść o tym, że każdy życiowy krok nosi znamię jakiegoś fatalnego zapętlenia. W ostatecznym rozrachunku Tomas nie wie, czy to, jak żył, dało mu upragnioną – bo wtedy jeszcze nie opresyjną – samotność czy rzeczywistą wolność, która teraz, po pandemii, staje się jednak groteskowa i tym samym przerażająca. „Kwarantanna” to z pewnością proza dla tych czytelników, którzy chcą na dłużej pozostać z emocjami po lekturze. Niejednoznaczna i w swej niejednoznaczności tragiczna. Na tyle bezkompromisowa, że odbiera oddech. A jednocześnie manipulująca tym, jak przedstawiona historia może być odebrana. Lubię takie niejednoznaczne książki o upadku człowieka. O tym, że upadamy często dlatego, że paradoksalnie zbyt pewnie staliśmy na własnych nogach. Bardzo dobra rzecz.

2020-06-17

„Holenderska dziewczyna” Marente de Moor


Wydawca: Relacja

Data wydania: 10 czerwca 2020

Liczba stron: 304

Przekład: Ryszard Turczyn

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wojna i tajemnice

Dawno nie czytałem powieści tak mrocznej, tak drapieżnej i tak przesyconej napięciem niemalże na każdej stronie, w każdej opisywanej scenie. Marente de Moor napisała o wojnie dla swoich rodaków, ale poza lokalnym adresem i niewątpliwie dodatkowymi formami odczytania tej książki przez samych Holendrów kryje się tutaj wiele zagadkowych fantazji o istocie walki, psychice człowieka postawionego w sytuacji zderzenia ze sobą lub wartościami, o stosunku do śmierci, egzystencjalnym lęku przed samotnością, o samym wyobcowaniu i instynktach fatalnego zauroczenia cielesnością. Ale „Holenderska dziewczyna” to przede wszystkim uniwersalna rozprawa o konfrontacji człowieczych potrzeb i atawizmów z sytuacją ekstremalną, czyli wojną. Nie ma tu żadnych uproszczeń, lecz de Moor unika też bezkompromisowości. Zabiera nas do klaustrofobicznego świata, w którym młoda bohaterka będzie odkrywać tajemnice przeszłości. Mierząc się również z tajemniczym mistrzem szermierki – w zakresie sztuki walki, ale i dużo szerzej, bo to będzie naprawdę niezwykłe i dramatyczne zderzenie dwójki ludzi.

Janna ma osiemnaście lat. Tyle co pokój w Europie. Poznajemy ją w 1936 roku, kiedy przemierza krótki odcinek między Maastricht a Akwizgranem, przekraczając granicę państw, a ostatecznie jeszcze wiele granic, których bolesna istota wpłynie na jej sposób postrzegania rzeczywistości, wrażliwość, ale także pragnienia i życiowe priorytety. Janna jest swoistym łącznikiem między dwoma mężczyznami. Jakby była elementem fatalistycznej gry. Jej ojciec Jacq wysyła ją na naukę szermierki do człowieka, z którym połączyły go wojenne okoliczności. Janna niczego nie wie, niczego nie pamięta. Wyrosła i dojrzewała w świecie, który nie musiał mierzyć się z destrukcyjną siłą międzynarodowego konfliktu zbrojnego. Wkracza jednak na grząski teren innego konfliktu. Bardzo specyficznych relacji między mężczyznami, których połączyły ból i słabość. Dziewczyna przybędzie do surowej i oddalonej od cywilizacji rezydencji niemieckiego barona, ale szybko okaże się, że to nie nauka szermierki będzie tą najważniejszą płynącą z tego pobytu. Gospodarz Janny, Egon, nosi w sobie frustracje i rozczarowania, którym nigdy nie dał ujścia. Jest mistrzem sztuki walki, która pozwala na uporządkowaną i przewidywalną formę aktywnego ataku. Szermierka porządkuje dużo więcej, niż początkowo widzi Janna. Ale Egon to egzystencjalny niepokój i bolesne neurozy. U progu kolejnej wojny, choć na razie pośród zachwytu dla narodowego socjalizmu, którego nie popiera. Tego socjalizmu, któremu ufa jego służący. Z całą hipokryzją człowieka z poczuciem bycia kimś gorszym. Najciekawsze jednak pytanie, jakie pojawi się pośród tych mrocznych dni i nocy w scenerii pustej willi, będzie dotyczyło tego, kim dla Egona jest Janna. A może raczej kim on staje się dla niej.

Marente de Moor fantazjuje o tym, dla kogo i w jakich okolicznościach wojna jest bezkompromisowym chaosem, a dla kogo może być czasem wyjątkowego uporządkowania. Kto w wojnie widzi upadek ludzkości i jednoczesny cynizm człowieka wobec chęci przetrwania, kto zaś czas wojenny rozumie jako czas specyficznego porządku. Aby zrozumieć te dwie postawy i odnaleźć też spore spektrum rozmyślań obserwatora sytuującego się między tymi skrajnościami, należy z dużą uwagą śledzić rozwój wydarzeń tej powieści. „Holenderska dziewczyna” to nietuzinkowy świat przedstawiony. Każdy, nawet najdrobniejszy jego element będzie mieć znaczenie. Fascynacja Gérardem Thibault i poczynaniami Adolfa Hitlera. Kobieca i dziewczęca namiętność. Młodzi i piękni chłopcy, którzy nie spodziewają się tego, co może ich pożreć w przyszłości. Zwierzęta w majątku Egona von Böttichera mające specyficzny status. Goście odwiedzający willę i dysputy światopoglądowe, jakie toczą z gospodarzem. Jego enigmatyczność i tendencja do tego, by widzieć rzeczywistość przez pryzmat filozofii szermierki. Tego jest dużo, dużo więcej. Atmosfera wyczekiwania i niepewności łączy się z odsłanianiem coraz bardziej mrocznych faktów z czasu przeszłego. Niderlandzka pisarka świetnie wykorzystuje motyw listów, by zagęścić atmosferę, ale jednocześnie narzucić jej większą tajemniczość. Nic nie jest w tej powieści tym, czym może się wydawać. Nikt nie jest tym, kim próbujemy go zdefiniować. Ale najbardziej potęguje tę mroczną atmosferę świadomość zmian w świecie – zdają się nie dotykać bezpiecznej przestrzeni Egona, który jest przeciwnikiem tego, w jakim kierunku zmierza jego kraj.

„Wiem, co zrobisz, zanim ty zdążysz się zdecydować” – te słowa Egona do uczennicy nie dotyczą bynajmniej tylko warsztatu szermierskiego. Gospodarz zdaje się przeczuwać i uprzedzać działania Janny, ale w pewnym momencie ich wzajemna gra nabierze dodatkowego smaku, bo osiemnastolatka zyska pewną przewagę nad doświadczonym mężczyzną, jego fizycznymi i ukrytymi szramami, bliznami, pamiątkami po pewnym upokorzeniu i bolesnej frustracji. Wspomniane już listy narzucają rytm retrospekcjom, lecz dość szybko zorientujemy się, że wymiany listów między mężczyznami to nie wszystko. Dużo ciekawsze jest obecne między nimi napięcie i przede wszystkim rozważanie tego, dlaczego Jacq wysyła córkę do Egona. Kto niesie w sobie więcej tajemnic i do których zostanie dopuszczona Janna? A może ona sama ze swoim pobytem jest również dodatkowo enigmatyczna? Czytanie „Holenderskiej dziewczyny” to nie tylko odkrywanie mrocznych zagadek. To konfrontacja z nietuzinkowymi postaciami literackimi, których sugestywność polega na tym, że de Moor doskonale waży proporcje między tym, co oczywiste i konieczne do zaprezentowania, a tym, co ukształtowało poczucie bezpieczeństwa bohaterów. Bo ta powieść będzie opowiadać o tym, kiedy i w jakich okolicznościach możemy czuć się bezpieczni. Jak bardzo subiektywne jest poczucie bezpieczeństwa i z czym jest związane dla innych. W tym wszystkim oczywiście stale obecna wojna. Nie można się od niej oddalić. Zwłaszcza w faktycznym czasie akcji – antrakcie między jednym a drugim szaleństwem.

To znakomita powieść inicjacyjna, która dzięki młodziutkiej bohaterce w sposób świeży i odkrywczy opowiada o istocie ludzkiej samotności. Wszyscy bez wyjątku muszą się z tą samotnością zmierzyć, ale nie wszyscy są gotowi przyznać, że stała się naturalną częścią ich życia. „Holenderska dziewczyna” opowiada o wyobcowaniu jako pokłosiu życiowych wyborów, ale także jako o drodze życia, na której zachowawczość idzie w parze z instynktem przetrwania. To, co instynktowne, w nieco innym znaczeniu uosabiają służący Egona, doskonałe postacie drugiego planu. Ale tytuł sugeruje, że najważniejsza jest Janna. W jakim znaczeniu? Ta wyborna powieść zaproponuje kilka odpowiedzi na to pytanie. Marente de Moor zaproponuje historię o przemocy, o bezsilności, o istocie odwetu, ale też o przenikliwym poczuciu niespełnienia. Bardzo wyrazista, bardzo przekonująca.

2019-04-30

„Piękna młoda żona” Tommy Wieringa


Wydawca: Pauza

Data wydania: 13 marca 2019

Liczba stron: 128

Przekład: Alicja Oczko

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Bez współczucia

Wydawnictwo Pauza ceni sobie sztukę kondensacji treści w dobrych powieściach, bo po „Naszym chłopaku” Daniela Magariela i „Historii przemocy” Édouarda Louisa otrzymujemy trzecią powieść o charakterze raczej jej szkicu. Tommy Wieringa już udowodnił polskiemu czytelnikowi, że potrafi stworzyć książkę klasycznego rozmiaru, ale myślę, że to nie „Joe Speedboat” powinien być pierwszą przygodą czytelniczą z pisarstwem holenderskiego prozaika, lecz właśnie „Piękna młoda żona”. Rzecz naprawdę dojrzała, doskonale przemyślana i gotowa rzucić wyzwanie czytelnikowi, stawiając przynajmniej kilka ważnych pytań retorycznych. Przejmująca opowieść o empatii. Tak skonstruowana, że każdy, nawet pozornie niepotrzebny w tej krótkiej formie wątek okazuje się elementem mistrzowskiej układanki wówczas, gdy Wieringa opowiada o zaniku współodczuwania u współczesnego człowieka. Rozgrywa ten temat dwuplanowo – obserwujemy małżeńską zapaść i rozpacz sfrustrowanego także starzeniem się mężczyzny, ale otrzymujemy również wykłady o metodycznej i analitycznej pracy przy największym zagrożeniu dla ludzkości oraz opowieści o zwierzętach, które rzekomo nie odczuwają żadnych silnych emocji. Te trzy płaszczyzny tworzą książkę naprawdę znakomitą. Nasza cywilizacja przejrzy się w niej ze swą hipokryzją, uprzedzeniami, wybiórczością współczucia i zatomizowaniem. Ale i tak najważniejsze będą łzy. Niepodważalne świadectwo cierpienia. Symboliczny przejaw tego, że czujemy. Czy umiemy także współodczuwać i rozumieć innych?

Jeśli przyjrzeć się głównemu wątkowi powieści, wyda nam się zaskakująco wtórna. Typowa opowieść o tym, co sobie robimy w związku, by stał się on opresyjny i przestał nas satysfakcjonować. On, dużo starszy od niej, chce przestać być „kolekcjonerem pierwszych razów” i przeżyć naprawdę głębokie uczucie, za które chyba nie jest gotów wziąć odpowiedzialności. Ona, bardziej enigmatyczna niż on, decyduje się na związek z nieco innymi oczekiwaniami. On będzie walczył z pokusami ciała, ale przede wszystkim wstydził się swej starości (Wieringa używa tylko kilku zdań, ale niesamowicie oddaje ten wstyd, tak wszechobecny i tak skrywany). Ona zdecyduje się na to, co w jego planie na dobre małżeństwo raczej się nie mieści. Oboje zaczną od pełnego emocji, erotycznych fascynacji i planów na przyszłość zbliżenia, które w pewnym momencie zacznie zamieniać się w niezwykle trudną konfrontację. Ktoś będzie w niej przegranym. Ten, kto zwycięży, nie weźmie jeńców. Widać bardzo wyraźnie wszelkie pęknięcia, które rozsadzą zwartą strukturę małżeństwa. Związku, co do przyszłości którego niektórzy już na wstępie mają wątpliwości. Ale nie przewidują tego, co naprawdę może się wydarzyć. Nikt nie przewidzi prawdziwych okoliczności tego, co będzie mieć miejsce.

Wieringa opowiada o ludziach, których zbliżają seksualne napięcie i fantazje o tym, co atrakcyjnego mogą sobie zaoferować. O ludziach, dla których ważne jest ciało – estetyzują je, fetyszyzują także. Autor prowadzi nas przez całą skomplikowaną ścieżkę odbioru ciała – swego i drugiej osoby w związku. Od jędrności, która kusi, by uprawiać seks właściwie wszędzie, po sflaczały brzuch i piersi będące źródłem nieopisanej frustracji. W chwili, kiedy ciało przestanie być ważne, relacja skręci w dość mroczny rejon. I zamieni się w koszmar, którego jedno z kochanków nigdy by się nie spodziewało.

Holenderski prozaik mocniej i dosadniej koncentruje się na Edwardzie – nie tylko dlatego, że daje nam większy dostęp do jego emocji, skrupulatnie odnotowuje ścieżkę naukowej kariery czy zwraca uwagę na te wspomnienia, które na zawsze ukształtowały go takim, jaki jest. On absorbuje uwagę, bo jest też obsesyjnie skupionym na sobie typem, który za późno i zbyt nierozważnie dochodzi do wniosku, że samodzielnie przez życie nie jest w stanie się przeprawić. Ruth jest zagadkowa, ale przede wszystkim ma w sobie zupełnie inną energię. Na początku zdajemy sobie sprawę z tego, że to energia młodości. Potem jej konsekwencja oraz determinacja przeradzają się w pewną srogą karę dla mężczyzny, który zdecydował się na bliskość. Edward jest bardzo ambiwalentny, Ruth statyczna. Podział na płeć buduje tutaj dodatkowe napięcie i w rezultacie ta dwutorowość sprawia, że „Piękna młoda żona” to na pewno doskonały materiał dla bibliotecznych klubów dyskusyjnych. Ale odnoszę wrażenie, że dramat jest tu jeden i dotyczy tego, ile z samego siebie możemy dać drugiej istocie. Ile jesteśmy w stanie zrozumieć tylko dlatego, że możemy to poczuć. Tommy Wieringa opowiada o rozpaczliwych próbach zbudowania czegoś trwałego w cywilizacji i kulturze, które przecież są nadzwyczaj trwałe (nie boją się bomby atomowej i zawsze skutecznie zwalczają nowe wirusy), a mimo wszystko cementują je ludzie o chwiejnym charakterze, labilni emocjonalnie, poszukujący uczuć jak małe dzieci i jak te dzieci płaczący z powodu utraty tego, czego nie byli w stanie unieść, zrozumieć. Ta cywilizacja jest gotowa unieść wszystko i zmierzyć się ze wszystkim, ale nie jest gotowa, by ujrzeć łzy i by zrozumieć, skąd bierze się czasem rozpaczliwy płacz.

Ta powieść opowiada o tym, jak „triumfy i wyzwolenia” zamieniają się w gorycz oraz w taki rodzaj bezradności, że nie można otworzyć już serca i umysłu na kogoś, kto dotychczas był adorowany i uznawany za najważniejszego na świecie. To również przygnębiająca opowieść o tym, jak świetnie się trzymamy jako świat i jak fatalnie emocjonalnie jesteśmy rozsypani jako ludzkość. Ten kameralny dramat opowiada o problemie wydobywającym się poza czas i uwarunkowania. Wieringa odchodzi od widocznej np. w powieści „Joe Speedboat” koncentracji tego, co holenderskie, by uczynić to synonimem czegoś uniwersalnego. Tu historia szybko i konsekwentnie wydobywa się z prywatnych perypetii dwójki zakochanych w sobie ludzi. W tym znaczeniu ta mała powieść mówi nam o świecie naprawdę wielkie rzeczy. I jest bardzo bezkompromisowa. Pełna rozpaczy, ale i szerszego ujęcia tego, skąd ta rozpacz się wydobywa i w jaki sposób rozprzestrzenia. To jedna z tych książek, po których lekturze powinno się uściskać bliską osobę i zapewnić ją oraz siebie, że ta historia nigdy nie będzie wspólną historią. Jest jednak odbiciem tego, z czym zmaga się współczesny świat. Brak empatii to najgorszy i najtrudniejszy do zwalczenia wirus.

2018-10-01

„Tirza” Arnon Grunberg


Wydawca: Pauza

Data wydania: 12 września 2018

Liczba stron: 560

Przekład: Małgorzata Woźniak-Diederen

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Rodzina i społeczeństwo

Pośród zachwytów nad „Tirzą” czuję się trochę tak jak główny bohater książki wobec ludzi z jego otoczenia – wyobcowany i odrzucony. Nie zachwyciła mnie ta powieść, bo mam wrażenie, że nie unosi swojego potencjału. Diagnozowanie lęków cywilizacji zachodniej po akcie terroru z 11 września 2001 roku wkracza na ścieżkę niebezpiecznych uproszczeń. Rozgrywana na naszych oczach rodzinna psychodrama – bardzo teatralna, zarówno w dialogach (zwłaszcza małżeńskich), jak i w działaniach w następstwie tych dialogów – dość sztucznie kreowana jest jako wyrazisty symbol kondycji społeczeństwa europejskiego, które w swej sytości oraz rzekomym indywidualizmie tonie w mroku czegoś innego. To apodyktyczność, wzajemne formy przemocy, terroryzowanie i szantaż emocjonalny. „Tirza” zwłaszcza w zakończeniu to już oczywiste wykłady w fatalnie dobranych dekoracjach, aby jeszcze dobitniej udowodnić status majętnego, pozornie uporządkowanego i białego człowieka wyznającego swoje winy i opowiadającego o swych neurozach niememu słuchaczowi z wyznaczoną pozycją niższości. Arnon Grunberg zdecydował się na ambitny projekt, ale stworzył książkę przegadaną, naprawdę tuzinkowo obrazującą społeczność, a jedynie oryginalnie portretującą postacie drugiego planu, jak choćby nieposiadającą imienia małżonkę bohatera.

Jörgen Hofmeester uosabia to, co w holenderskim społeczeństwie uchodzi za oznakę dobrobytu i pewności siebie. Mieszka w tak zwanej lepszej dzielnicy, jest wyjątkowo poprawny politycznie i w każdym innym znaczeniu, dba o konwenanse, emocje trzyma na wodzy oraz uznaje, że jesteśmy tym, kim widzą nas inni. Tymczasem krok po kroku cała jego pewność siebie będzie dekonstruowana, by dość szybko pokazać, że tkwi pośród iluzji z poczuciem frustracji – jest zbędny, kwestionowane są zarówno jego intymna męskość, jak i status ojca, szanowanego pracownika w wydawnictwie czy mężczyzny biorącego odpowiedzialność za każdy swój krok. Grunberg chce za wszelką cenę „rozmyć” swojego bohatera. Pokazać, jak trywializuje się samego siebie, jeśli ufa się tylko temu, co inni o nas sądzą. Hofmeester staje się podmiotem i przedmiotem coraz bardziej rozbudowanej literacko analizy ludzkiego stłamszenia w konfrontacji ze światem. A zwłaszcza w konfrontacji z wyjątkowo asertywną córką, na którą przeprojektowało się marzenie o doskonałym życiu, jakiego nie można naprawdę zaznać.

Autor wydobywa swojego bohatera z tak zwanego trudnego środowiska rodzinnego. Idiosynkrazje, lęki i uprzedzenia wdarły się Hofmeesterowi głęboko do podświadomości. Jednocześnie chce on wieść życie otwarte i pełne zrozumienia dla innych. Zwłaszcza dla bliskich. Dla żony decydującej się na odejście i nieoczekiwany powrót oraz dla córek, które śmiało wybierają własne drogi życiowe mało powiązane z tym, jak te drogi zaprojektował dla nich ojciec. Grunberg pisze tak, że jego upadły na kilka sposobów mężczyzna w żaden sposób nie wywołuje współczucia czytelnika. Trudno z taką osobowością zbudować przekonującą narrację. Tym bardziej że z przestrzeni opresyjnego domu wszystko zbyt czytelnie i nazbyt prosto przenosi się w przestrzeń publiczną i staje świadectwem stygmatyzowania tego, jak cywilizacja zachodnia nie potrafi rozprawić się z własną hipokryzją oraz poczuciem swej wyjątkowości, w której przeżywaniu świata zawiera się właściwa jego recepcja.

Nie jest to powieść ani wyjątkowo wnikliwie diagnozująca upadłość w lęku i uprzedzeniu, ani też przedstawiająca naprawdę głęboką wiwisekcję rodzinnych dramatów przeradzających się potem w zaskakujący, ale trochę przewidywalny dramat główny. Grunberg analizuje tak trudne do zaprezentowania pojęcia jak „miłość”, „samotność”, „wstyd” czy „duma”. Kreśli obraz ich wszystkich w sposób bardzo przewidywalny. Powieść nie tyle jest za długa, ile przede wszystkim dotykająca wszystkich kwestii powierzchownie. A za opowieściami i potyczkami słownymi, z których tworzy się nam bardziej utwór do wystawienia na scenie, idą kolejne truizmy o toksyczności w relacjach i o tym, że jako społeczeństwo toczy nas nowotwór wstydu, zakłamania, niepewności własnego statusu w świecie, a przede wszystkim choroba egocentryzmu.

Odebrałem „Tirzę” także jako niezbyt udany eksperyment formalny, ale nie chodzi przecież o to, że z dużym trudem można określić, jakim jest rodzajem powieści. Chodzi o pewną nieuzasadnioną tendencję, by czynić opowiadaną historię za wszelką cenę symbolem czegoś szerszego. Arnon Grunberg stara się interesująco dobierać konteksty, ale kieruje nas w taką stronę, że niejako z automatu mamy nadać tej powieści miano książki wyjątkowej i wybitnej, choć przecież ani o niczym wyjątkowym (w sensie twórczej opowieści o tym) nie jest, ani też nie wynosi nam spektakularnie bohaterów na piedestał przez to, że intelekt walczy tu z atawizmami i nad wyraz czytelnie udowodnione jest, iż jednak sromotnie przegrywa. Czytanie „Tirzy” było dla mnie okazją do punktowania sobie tego, jak o cywilizacji Zachodu już napisano mniej lub bardziej ważne powieści europejskie XX i XXI stulecia. Znalazłem się dodatkowo w domu toksycznych zależności, pośród których miało liczyć się zaskoczenie – jak ojciec traktuje córkę, jak małżonka męża, na jakich fasadach został zbudowany nimb doskonałości niedoskonałej rodziny. I o wszystkim już gdzieś wcześniej przeczytałem. Już mi to uświadomiono. Już zaznaczono, że tego typu sytuacje i zdarzenia to godne przeanalizowania piekło. Że piekło to nie inni, jak twierdził Sartre, lecz przede wszystkim my dla siebie. Tak, o tym było już wielokrotnie i w nadmiarze.

Grunberg spełnia się w byciu ironicznym, ale niekoniecznie wtedy, gdy chce być pisarzem dojrzałego realizmu. Zwłaszcza w portretowaniu specyficznych zależności między ojcem a córką, które stanowią trzon powieści. A potem nieco rozczarowują, bo pomiędzy bohaterami nie ma jednak takiego ognia emocjonalnego, jaki autor chce nam zaserwować w swej surowej trzecioosobowej narracji. „Tirza” to ciekawa fantazja o poświęceniu i rozczarowaniu. Może gdyby była przede wszystkim o tym, uznałbym ją za kameralną, lecz świetną powieść. Jest jednak powieścią sporego przesytu i generującą dość oczywiste wnioski o kondycji cywilizacji, która mimo wszystko jeszcze nie przechyliła się na wieszczoną stronę upadku. A wedle powieści wydanej po raz pierwszy dwanaście lat temu stoi ona już nad przepaścią.