Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura litewska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura litewska. Pokaż wszystkie posty

2021-11-15

„Piramidy dni” Daina Opolskaitė

 

Wydawca: Marpress

Data wydania: 15 listopada 2021

Liczba stron: 260

Przekład: Kamil Pecela

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 41 zł

Tytuł recenzji: Bliscy i oddaleni

Kiedy myśli się o tym, że o matkach, córkach, ojcach i synach napisano już naprawdę wszystko, pojawia się taka pisarka jak Daina Opolskaitė, która udowadnia, że o niepokojach tych relacji można opowiedzieć na trzynaście różnych sposobów. Bardzo mi się podoba to, że tym razem tytuł zbioru opowiadań nie jest po prostu tytułem jednego z nich, lecz wydobywa się z myśli bohaterki, która już sama w sobie w tekście „Madlena i ja” jest bardzo ciekawą figurą do interpretacji. Mnogość tez, przypuszczeń i możliwości odbioru tej książki jest w zasadzie nieograniczona. Litewska pisarka świetnie operuje półcieniami, umiejętnie buduje w wyobraźni czytelników rozmaite niejasności, ale przede wszystkim bardzo dobrze konstruuje tu napięcia wynikające z niedomówień. Za każdym razem doświadczamy tkwienia w atmosferze oczekiwania na coś jeszcze bardziej niepokojącego, być może złowrogiego. W każdym z tych tekstów czai się zarówno smutek, jak i niezapisana wprost determinacja, by w jakiś sposób od tego, co smutne, się odbić. „Piramidy dni” to opowieści, w których w zasadzie nie ma początku i końca, choć są tu opowiadania – jak „Dług” czy „Potop” – gdzie bardzo mocne zakończenie stanowi jednocześnie początek nowej, nienapisanej historii. Daina Opolskaitė chce opowiedzieć o tym, że w relacjach z najbliższymi ludźmi możemy być najbardziej rozpaczliwie samotni. A jednocześnie jest to książka, której motto stanowić może wypowiedź bohaterki „Tego, co prawdziwe”: „Człowiek sam dla siebie jest bez znaczenia”. Autorka przygląda się mu jednak w jego osobności. Powstają z tego niezwykłe historie, choć przecież niemal wszystkie osadzone w tak zwanym zwykłym i przewidywalnym życiu.

Bohaterowie wszystkich tych opowiadań mogliby powiedzieć to, od czego zaczyna swoją opowieść narratorka miniatury „Przez lód”: „Co się stało tobie i mnie?”. W tym dramatycznym pytaniu ukryta jest wielopoziomowa przestrzeń bardzo różnych światów przedstawionych, ale w gruncie rzeczy jednego żalu, jednej pretensji: o to, że naprawdę najtrudniej być jak najbliżej siebie. Mamy tu historie o tym, że ta bliskość może być absolutnie toksyczna, bo bohaterki „Koron” nie są w stanie znieść się pod jednym dachem. Z drugiej strony mamy opowieść o kompulsywnym zapełnianiu pustki w domu, kiedy poznajemy losy kobiety z opowiadania „Kraty”, która przygarnia białowłosego chłopca tak odmiennego od reszty dzieci i jej marzeń, by mieć przy sobie w domu dziecko. Opolskaitė portretuje sytuacje rodzinne nie do zniesienia i nie do wytrzymania – jak choćby we wspomnianym już „Potopie”. Z drugiej jednak strony dość przewrotnie portretuje tak zwaną szczęśliwą rodzinę, co dzieje się w tekście „Madlena i ja”.

Wyróżniająca „Piramidy dni” jest także impresjonistyczna dbałość o dekoracje. Odnieść można wrażenie, że o świecie natury litewska prozaiczka pisze z taką samą estymą, jak robią to wszyscy pisarze nordyccy. Piękno otaczającej przyrody skontrastowane jest zawsze z ludzkim niepokojem. Jednocześnie w świecie, w którym wiatr może mieć fakturę i zapach, mnożą się nieopisane, ale wyraźnie sygnalizowane niuanse tego, w jaki sposób oddalamy się od siebie, będąc jednocześnie w silnym związku z drugim człowiekiem. Opowiadanie „To, co prawdziwe” stanowi chyba esencję tego zbioru. Mamy tu bowiem pozornie trywialną i bardzo banalną historię dziewczyny, która pokochała pewnego motocyklistę, a ten odszedł zbyt szybko, zbyt niespodziewanie. Opolskaitė zwraca się ku banalności życia, oczywistości ludzkich pragnień i emocji. Ale wszystko stara się oddać w bardzo niezwykły sposób. Także wspomnianą śmierć, która towarzyszy również bohaterom innych tekstów.

Na przykład „Zmierzch” to pozornie historia życia spełnionego w relacjach z najbliższymi, ale naznaczonego tym, co najbardziej bezkompromisowe – przedwczesnym wyrokiem śmierci. Można dostrzec, że w „Piramidach dni” te śmierci stają się nieoczywiste, choć w sposób symboliczny także bardzo mocne, kiedy czytamy o tym, że ktoś jednak nadal żyje i funkcjonuje, ale z różnych powodów nie uznaje tego za życie. Najciekawsze jest niuansowanie, w jaki sposób związki stają się jałowe i przestają być satysfakcjonujące. U Opolskaitė oddalenia wynikają z różnych przyczyn. Także z tego, że weszło się w zbyt intensywny związek z własnym przeżywaniem swojej roli w tej ważnej relacji. Czasami bywa tak jak w opowiadaniu „Nigdy” – matka i żona ma ogromną potrzebę opuszczenia swojej rodziny, znalezienia się z daleka od niej, porzucenia życia naznaczonego tym, że wciąż trzeba być od kogoś w jakiś sposób zależnym. Ci bohaterowie, którzy decydują się na pełną życiową niezależność, również nie uzyskują satysfakcjonującego statusu życiowego. Myślę, że w całym tym drobiazgowym opowiadaniu o życiu, na którego szarości nie zwracamy uwagi, jest spora odwaga pisarska, aby poruszyć tematy tabu, kontrowersyjne z różnych powodów, ale jednocześnie za każdym razem oddające złożoność ludzkiej psychiki.

W „Brzmieniu przedmiotów” pojawia się jeszcze jedno ciekawe zdanie, które w pewien sposób niesie nas przez całą tę książkę: „Strasznie jest codziennie doświadczać nienasycenia bliskim człowiekiem”. Będą tu również historie tych, którzy chcieli za dużo, zbyt wiele, za bardzo intensywnie. Ludzi rujnujących relacje z powodu swej zaborczości. W ten oto sposób Opolskaitė proponuje czytelnikom kilka wątpliwości, kiedy ma się w wyobraźni i świadomości ukształtowaną jakąś konkretną definicję rodziny. W „Piramidach dni” rodzina to stałe niepokoje i wynikające z tego niedosyty – także emocji, których otrzymuje się albo za dużo, albo rozpaczliwie za mało, nie jest się świadomym swojej roli w rodzinie lub też tę rodzinę się kontestuje, myśląc o niej czasem jako o piekle. To również książka, w której pojawią się odcienie zawiści i zazdrości. Jest tu w zasadzie wszystko, co może podważać stereotypowy obraz rodziny. Bo i mamy do czynienia z pisarką, której daleko do stereotypu – choćby biorąc pod uwagę konstrukcję tych opowiadań. Jedne wtłaczają nas w sytuacje, których znaczenia nie możemy podjąć do końca, inne wyrzucają poza nawias, gdy nie możemy uczestniczyć w tym, czego doświadczają bohaterowie, a chcielibyśmy mimo wszystko być blisko tego.

Daina Opolskaitė bardzo dba o to, by jej subtelność językowa nazywała to, co jest bardzo trudne do nazwania, bo samo w sobie jest groźne, złe, wulgarne czy obcesowe. A jednak jest w tej książce niebywała dawka lirycznego piękna. Zwłaszcza gdy motywacje bohaterów stają się niezrozumiałe, a ich relacje z innymi ludźmi są w mroczny sposób enigmatyczne. Czasem coś oczywistego opowiedziane jest w bardzo nieoczywistej formie – jak w opowiadaniu „Wycieczka”. Są tu również teksty, które mogłyby być zalążkami świetnych powieści, jednak autorka całkiem świadomie trzyma się konwencji opowiadania i wie, dlaczego to robi.

Gdybym miał przyglądać się bohaterom poprzez płeć, to z pewnością dużo ciekawsze są dylematy i rozterki kobiet. Zwłaszcza matek. Symboliczny wymiar pojęcia matki jest u Opolskaitė bardzo ważny. Zupełnie inna matka otwiera ten zbiór opowiadań, a inna, będąca pozornie w tle rozważań narratora mężczyzny, zamyka książkę. Kobieta w roli matki jest tu wielokrotnie doświadczona najtrudniejszymi traumami albo pozbawiana pewności tego, że mimo wszystko sprawdza się w swojej roli. Tu też córki stają się matkami. „Piramidy dni” to opowieści osadzone w kilku pokoleniach, jednak tak samo intensywnie i sugestywnie portretujące powtarzalność pewnych dramatów. Uciekający od siebie lub innych bohaterowie nie zdają sobie sprawy z tego, że ucieczka jest tu pułapką. A wszystko opisane w taki sposób, że można odnieść dzięki Dainie Opolskaitė wrażenie, iż opowiadanie może mieć większą niż powieść moc sprawczą, więcej tworzyć w czytelniczej wyobraźni. Bardzo udany zbiór historii o tym, że w każdej relacji jesteśmy jeszcze bardziej nieoczywiści niż sami ze sobą i swoimi rozczarowaniami. Piękna opowieść o tym, za czym tęsknimy, i o samej istocie tęsknoty jako jednego z najważniejszych ludzkich doświadczeń.

2020-01-29

„Ciemność i partnerzy” Sigitas Parulskis


Wydawca: Czarne

Data wydania: 22 stycznia 2020

Liczba stron: 248

Przekład: Izabela Korybut-Daszkiewicz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Zło wojny

Wstrząsająca książka, ale w pewien sposób rozczarowuje. Wstrząsająca, gdy obrazuje, jakimi instynktami się kierujemy, stając się częścią zła, i jak jednocześnie chcemy zachować swoje człowieczeństwo albo jego ułudę serwowaną bardziej na pokaz. Rozczarowująca, kiedy dostrzega się, że autor stawia przede wszystkim na kontrast i w zasadzie poza niego nie wychodzi. Kontrastowych zestawień jest wiele. Te, które najbardziej rzucają się w oczy, to obraz imponującego pochodu litewskiego wojska i wizerunek litewskich zbrodniarzy, dzikich i czujnych, gotowych w każdej chwili rzucić się do gardła koledze z oddziału. To scena, gdzie tłum gromadzi się, by oglądać katowanie Żydów, i wizyta w domu dzielnego gospodarza wiejskiego gotowego ich ukrywać. To zestawienie grozy masowej śmierci z kameralnym pogrzebem jednego z litewskich okrutników w mundurze, którego ciało – w przeciwieństwie do tysięcy wrzucanych do ziemi – traktowane jest z czułością i opłakiwane rzewnymi łzami. To w końcu sadystyczny Litwin, który strzela do uciekającego dziecka, by po chwili mieć zaszklone oczy, kiedy wspomina swoją ukochaną. Działałoby to i oddawało dramatyzm, a przede wszystkim dwoistość natury ludzkiej, gdyby nie było tego aż tak wiele. Sigitas Parulskis poza kontrastowaniem buduje sceny bardzo jednoznaczne w swej wymowie, w oczywisty sposób dydaktyczne. Powieść broni się jednak jako nietuzinkowa historia miłosna. Także jako książka o tym, czym jest zwykły człowiek w szponach strachu i zachowawczości wobec wojennej machiny zabijania, która pozwala na wszystko. Dlaczego? Bo można.

Vincentas, główny bohater książki, jest takim Panem Nikt. To bohater pytań, zagadek i wątpliwości. Ma niejasne pochodzenie, nie wiemy, kto jest jego ojcem. Jest bardzo zachowawczy. Nawet gdy podejmuje decyzje o ukrywaniu swojej żydowskiej kochanki. Postępuje tak, jak mu każą, i choć sam jest strachem, bez obaw podejmuje się zaskakujących zleceń. Umiera symbolicznie trzy razy, ale dane mu jest żyć nadal. Otrzymuje szansę życia od okupanta, bo swój by go zastrzelił. Ta szansa to jednocześnie mroczna zależność. Vincentas chowa siebie i swoją osobowość za aparatem fotograficznym. Ma uwieczniać zbrodnie wojenne. Ma kadrować masową śmierć. Ma w tym szaleństwie odnaleźć jakąś formę piękna. Bo cała ta powieść jest o tym, co dzieje się ze światem, któremu mieszają się kategorie, fronty, moralne powinności oraz upada czytelny podział świata na dobro i zło.

Ale „Ciemność i partnerzy” to przede wszystkim książka z litewskim adresem. Pokazująca, kim dla siebie mogli być Litwini w 1941 roku. Kim tak naprawdę byli, choć wielu nie chciało przyjrzeć się temu obliczu. Wojna przybyła do nich później, ale wzmocniła nacjonalizm i przekonanie, że okupant da nadzieję na stworzenie własnego silnego państwa. Siła jest tu jednak zupełnie inna. To siła szaleńczej nienawiści i bezwzględności. Ludzie, w których otoczeniu musi przebywać Vincentas, to zwyczajni bandyci gotowi swoje poczynania uzasadniać, odwołując się nawet do boskich praw. Sporo w ogóle u Parulskisa rozważań o boskiej intencjonalności w świecie, w którym nie ma miejsca na jakiekolwiek formy humanitaryzmu i dobroci. Żydzi na Litwie zostali spacyfikowani i zamordowani. Ten fakt służy autorowi do snucia opowieści o tym, co naprawdę przydarzyło się Litwinom, kim się na moment (?) stali i w jaki sposób sankcjonowali zło. Judyta, kochanka głównego bohatera, mówi o tym, że wojna zedrze z ludzi wszystkie maski. Litwini masowo mordujący Żydów, którzy byli ich sąsiadami, przyjaciółmi, kontrahentami, stają przed autorskim oskarżeniem. Aby je złagodzić, „Ciemność i partnerzy” operuje wspomnianą już kontrastowością. Wymiar tej książki jest zatem uniwersalny. Jesteśmy sumą dobroci i okrucieństwa, a to, co z nas się wydobędzie, często warunkuje Historia i okrutna rzeczywistość, która daje pozwolenie na wszystko.

Wracam do wątku miłosnego, gdyż on wydaje mi się u Parulskisa najciekawszy. Jego bohater żarliwie się zakochuje w kobiecie, która powinna być zgładzona, a dodatkowo jest żoną, przynależy do innego mężczyzny. Judyta od początku zdaje się kimś na kształt femme fatale, ale jej wizerunek jest dużo bardziej skomplikowany, gdy weźmiemy pod uwagę, czego bohaterka oczekuje w intymnej relacji oraz jakie ma oczekiwania emocjonalne wobec partnera. Vincentas staje się zatem żywiołowym kochankiem, choć ta charyzma nie ma się skąd wydobyć, Vincentas jest przecież pochodną strachu, poddańczości i fatalnych zbiegów okoliczności, w których uświadamia sobie, że jego męskość i człowieczeństwo to coś bardzo wątpliwego. A jednak ten romans staje się płomienny, wielowymiarowy, fascynujący i podążający w kierunku, którego trudno się domyślać. W tej historii pasja pożądania łączy się z opowieścią o sile samostanowienia. Ale także to, co konstruktywne i mające łączyć, zestawione jest z bezwzględnością okoliczności, w jakich ma dojść do tego połączenia. W tym romansowym wątku litewski prozaik umieszcza najwięcej ciekawych pytań o ludzką godność, o lojalność i poczucie przynależności. Nie idzie w stronę łatwych kontrastów, zajmuje uwagę i czyni z tej miłosnej historii pewną nieoczywistą przeciwwagę dla historii wojennego zła i okrucieństwa. To jednak samo w sobie nie przekonuje całkiem do książki. Chciałoby się, aby „Ciemność i partnerzy” nie była powieścią aż tak dosadną i tak chwilami jednoznaczną w wymowie. Sam pomysł oraz potencjał powieści mogłyby zbudować rzecz o wielu, naprawdę wielu wątpliwościach czy dwuznacznościach. Autor jakby zapominał o tym, co sugeruje w miejscu mocnych zestawień i przejmujących kontrastów. Że jest tam jeszcze jakaś dodatkowa, ważna przestrzeń interpretacji. Że nie należy tylko ją pokazywać, ale w jakiś sposób odnieść się do tego, co stoi między czytelnymi porównaniami. Szarość między nimi i niejednoznaczną przestrzeń ukazał chyba tylko w biografii głównego bohatera, choć napisał książkę o historii i społeczności, w zasadzie powieść panoramiczną.

A tak mamy trochę wykład, trochę czarno-białe ukazanie tego, kim człowiek jest i kim może się stać, ale przede wszystkim wizerunek wojny, która jest okrutnym chaosem wyzwalającym dzikość. Mąż Judyty wspomina w jednej z rozmów z Vincentasem, że „wyobraźnia potrzebuje wyzwań”. Odniosłem wrażenie, iż Sigitas Parulskis w taki sposób myślał o wyobraźni czytelniczej. Brakowało mi jednak ostatecznego zdecydowania się, czy to historia jednostki, społeczeństwa, czy opowieść o okrutnych okolicznościach. Sporo tu ciekawych wątków i tropów. Za dużo jednak jednowymiarowych scen i przesłań, które wyzwaniami dla wyobraźni nie są. Na pewno odważna i wyrazista książka, ale trochę atakująca. Wolałbym w niej sugerowanie, nie narzucanie. Wolałbym skupianie się na szarościach między czernią a bielą, wkraczanie w obszar niedopowiedzeń dużo bardziej strasznych w swej wymowie niż pokazanie, że jeden człowiek może zabić i w następnej chwili wykazywać się czułością. Choć poruszająca, jest to jednak narracja, która w ogólnym wymiarze pozostawia niedosyt.

2015-09-18

"Silva rerum" Kristina Sabaliauskaitė

Wydawca: Znak

Data wydania: 9 września 2015

Liczba stron: 512

Tłumacz: Izabela Korybut-Daszkiewicz

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Litewskie wybory...

Powieści takie jak "Silva rerum" przywracają wiarę w lojalność literatury względem Historii i w jej umiejętność opowiadania o losach pokolenia za pomocą prezentacji dziejów jednego rodu. Kristina Sabaliauskaitė opisuje lata 1659 - 1667, dynamiczny i zaskakujący przemianami okres, zabiera nas do wielokulturowego Wilna i na Żmudź, gdzie w pewnym szlacheckim dworku ludzie naznaczeni okrucieństwem niedawnej historii starają się zbudować bezpieczny świat na nowo. To książka o tym, co pozostało po kozackim okrucieństwie, i o ludziach stających przed wyborami nowych dróg życiowych. Historia, w której bolesne są ślady lat minionych i widoczne w świadomości bohaterów traumy naznaczające ich w dalszym życiu. Litewska pisarka wskazuje i uzasadnia wagę podejmowanych wyborów oraz każe nam obserwować konsekwencje trudnych decyzji. Zarysowuje świat, w którym szlachta to bohaterowie postępowi, ewolucyjni. Otwarci na zmiany w burzliwym XVII wieku i świadomi własnych ograniczeń. To historia rodu, którego losy splątane zostały z decyzjami i faktami zapisanymi w dokumentach chronionych przez głowę rodziny. Opowieść o skrytych namiętnościach, dla których bohaterowie gotowi są poświęcić bardzo wiele, a przede wszystkim zmienić się. Ta poruszająca narracja o Wilnie, które podnosi się z gruzów i zapomina o krzykach mordowanych, by zbudować życie w miejscu jego odbierania, jest jednocześnie historią oswajania się ze śmiercią, akceptowania jej i wyciągania wniosków z bolesnej świadomości tego, jak blisko niej wciąż jesteśmy.

"Silva rerum" jest powieścią z charakterystyczną barokową składnią, pozbawioną dialogów. Autorka umiejętnie prezentuje wielość perspektyw i poglądów w jednym, konsekwentnym stylu. Barwnie i sugestywnie kreśli portrety ludzi zagubionych, rozczarowanych, gniewnych i niepewnych swej wartości. Ta książka łączy w sobie magię, transcendencję i realizm szczegółów. Jest panoramą przeżyć i uczuć, których doświadczanie w mniejszym lub większym stopniu związane jest z Historią. Osadzenie w konkretnym miejscu i czasie to nie tylko mniej lub bardziej czytelne nawiązania do faktów, które kształtowały oblicze Litwy i Wilna od początku XVII wieku. To czułość wobec tych zakątków miasta, których nie ma już na mapie. Bliskość z atmosferą dynamiki miejsca odpędzającego od siebie złe wspomnienia. Śmierć otwiera powieść i chociaż też ją zamyka, ma nieco inne znaczenie. Kristina Sabaliauskaitė chce opowiedzieć historię niesztampową i krytycznie odnoszącą się do stereotypów, jakie pozostawia w nas nie tyle wiedza historyczna, ile historyczne uprzedzenia. Autorka nie proponuje czytelnych rozwiązań, nie prezentuje czarno-białej galerii dobrych i złych postaci. Wnika przede wszystkim w świat najbardziej osobistych uczuć tych, o których nikt już nie może zaświadczyć. "Silva rerum" to fantazja na temat zapamiętywania życia w każdym jego odmiennym szczególe. Opowieść o poszukiwaniu miłości, o spełnieniu i wiecznym niepokoju. O świecie, w którym religijny i światopoglądowy tygiel nie pozwala jednoznacznie opowiadać się za pewnymi sprawami. O hedonizmie i skromności, wierności i druzgoczącym poczuciu upływu czasu wówczas, gdy czas oznacza jedynie świadomość bliskości śmierci.

Bliźnięta Narwojszowie - Urszula i Kazimierz - wraz ze swym przyjacielem Jonelisem doświadczają bliskości tej śmierci w sposób bolesny i namacalny. Gdy w 1659 roku odkopują truchło ukochanego niegdyś kota, już na zawsze utwierdzają się w przekonaniu, iż śmierć jest czymś bezkompromisowym i trzeba się z nią liczyć. Urszula zacznie się jej bać, Kazimierz popadnie w odrętwienie. Ona postanowi, że będzie świętą i przed grozą codziennego życia schroni się w klasztorze. On nie będzie widział celowości żadnych działań, nie spełni oczekiwań uczonego ojca, ulokuje się gdzieś na życiowym marginesie, biernie obserwując rzeczywistość i stale mając przed oczyma to, czym się stajemy po śmierci. Niewiele pomaga okres stabilizacji i budowania życia na nowo w oddalonych od opuszczanego pospiesznie Wilna Milkontach. Jan Maciej stara się zwyciężyć okrutny chaos, pielęgnując swój ogród i racjonalnie analizując to wszystko, z czym musi się mierzyć od czasu, gdy cudem uratował rodzinę od śmierci, ale nie udało mu się uratować nowonarodzonego dziecka Elżbiety. Ona rekompensuje sobie jego brak poprzez aktywne działanie na rzecz dworku. Mebluje, upiększa, stwarza bezpieczną enklawę. Ale gdzieś pod skórą czai się niepokój. Sen z powiek spędzają wspomnienia wileńskich okrucieństw. Urszula ma się zamknąć w bramach klasztoru utopionego kiedyś we krwi. Kazimierz zacznie nowe, odważne i odpowiedzialne życie w mieście, które wita go agresją, pozostałościami po złu przeszłości zapisanym gdzieś w ludzkiej krwi i świadomości. Milkonty nie będą dla dzieci miejscem spokoju i bezpieczeństwa. Oboje ruszą do Wilna, by spotkać swoje przeznaczenie. Oboje zwiążą się z charyzmatycznym buntownikiem i hedonistą, Janem Kirdejem Bikontem. To on przede wszystkim wpłynie na ich dalsze decyzje. To jego obecność w rodzinie Narwojszów nada nowy kierunek życiu ich dzieci...

Kristina Sabaliauskaitė doskonale portretuje nastoletnią impulsywność i skomplikowane relacje międzyludzkie w mieście, w którym Urszula i Kazimierz będą chcieli znaleźć swoje prawdziwe miejsce i poczuć się spełnionymi. Klasztor to miejsce swoistej ekspiacji. Urszula tam właśnie widzi rzeczy takimi, jakie są naprawdę. Kazimierz, coraz bardziej zafascynowany Bikontem, włącza się w brutalną codzienność wileńskich studentów i wraz z siniakami zbiera na ulicy bezcenne doświadczenia. Takie, które Urszula okupuje samotnością podczas swego nowicjatu. Ich rodzice tymczasem odnajdują prawdziwą bliskość i spełnienie, a ich odżywająca miłość będzie stanowiła oręż wobec miałkości dotychczasowego życia.

"Silva rerum" można odczytywać na wiele sposobów, ale ja zwróciłem uwagę przede wszystkim na historię kobiecego dojrzewania do samej siebie i swoich decyzji oraz wyjścia naprzeciw prawdziwym, tłumionym lub nigdy właściwie nienazywanym emocjom. Toczy się ona dwutorowo - to z jednej strony losy Urszuli, dla której życiowe wybory to bolesne kompromisy i dorastanie do bycia spełnioną. Z drugiej - rachunek sumienia Elżbiety Narwojsz, spóźniony i dający wreszcie prawdziwą wolność. Sabaliauskaitė portretuje swoje bohaterki jako bardzo lojalne wobec własnych uczuć, skonfrontowane z nimi. Miłość w tym świecie nie jest idealizowana, ale ma ogromną siłę i często okupiona jest takimi kompromisami, do jakich nie byliby zdolni na przykład mężczyźni. Myślę tu także o pewnej mieszkance klasztoru, której tajemnica tak wstrząśnie młodziutką Urszulą. "Silva rerum" to historia siły przywiązania i mocy uczucia gwarantującego pewność oraz oddanie. Mężczyźni się ich uczą, kobiety po prostu w sobie odkrywają. Ale to też równie wyraźna historia mierzenia się z Bogiem. Wyzywania go na pojedynek albo strachu przed nim. W dużym związku z miłością i tym rodzajem nienawiści, którą bohaterowie muszą przekuć w coś innego, by przetrwać. Być może też odrodzić się.

To pierwsza część trylogii i finałowe rozwiązania zapowiadają wyborny ciąg dalszy. Kristina Sabaliauskaitė bardzo odważnie potraktowała czas, w którym musiała umieścić swoich bohaterów tragicznie i dramatycznie połączonych z religią, pochodzeniem, uprzedzeniami i Historią. Siedemnastowieczne Wilno ujmuje i niepokoi. Dynamika miasta zmusza do ciągłych zmian. "To jest Wilno, tu trzeba wybierać"  - te słowa przychodzą do głowy Kazimierzowi, który musi opowiedzieć się po jednej stronie podczas ulicznej bójki. To historia o ludziach zmuszonych do dokonania wyborów i o miejscu, które wybrało inny, lepszy rytm i wiarę w lepszą przyszłość. Wileńskie wybory to wybory serca i dramaty, przed którymi stoi się w obliczu historycznych przemian. "Silva rerum" o wszystkim opowiada dyskretnie i czarująco. Książka, która rozbudzi wyobraźnię i wywoła estetyczną przyjemność obcowania z pięknym językiem trudnej przecież opowieści.