Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2019-01-30

„Wszystko oprócz prawdy” Gillian McAllister


Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 15 stycznia 2019

Liczba stron: 400

Przekład: Magdalena Moltzan-Małkowska

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Niepewność i poszukiwania

„Wszystko oprócz prawdy” to kolejna anglojęzyczna narracja z dreszczykiem, przy której czytelnik nie musi za dużo myśleć, bo wszystko zostanie mu najpierw pokazane, a potem zinterpretowane. Paradoksalne jest to, że powieść w dużej mierze o tajemnicach i przemilczeniach staje się otwartą narracją bardzo czytelnych sugestii. Gillian McAllister nie pozostawi naszej wyobraźni zbyt wiele pola do popisu, ale to mimo wszystko niezła opowieść, bo bardzo interesująco pokazuje, co może stać się ze związkiem, jeśli jego fundamentem nie będzie obustronne zaufanie. Autorka zdaje się także pytać – i tego wyjątkowo nie uwypukla ani nie sugeruje – czy wiążąca się z nami osoba musi koniecznie znać naszą przeszłość i wiedzieć, kim byliśmy wcześniej, w relacjach z innymi i pośród wydarzeń niemających przecież żadnego wpływu na nowy związek. Czy partnerzy muszą dokładnie prześwietlić swoją przeszłość? Czy to, kto kim był, ma zasadniczy wpływ na to, kim będzie w nowej relacji? Czyta się „Wszystko oprócz prawdy” z narastającym poczuciem, że w portretowany związek wtłoczono pewną emocjonalną przemoc, ale także kilka rodzajów szantażu. Dlatego to interesująca powieść, bo choć stara się za wszelką cenę wyjaśnić wszystko, co opisane, pozostawia jednak pewien niepokojący margines rozmyślań o tym, kogo wybieramy na życiowego współtowarzysza i czy patrzymy z nim tylko we wspólną przyszłość.

Rachel wiąże się z Jackiem i zachodzi z nim w ciążę. Odkrywa, że tak naprawdę niewiele wie o ojcu swego przyszłego dziecka. Niefrasobliwość bohaterki idzie w parze z jej wewnętrznym rozedrganiem. Widać, że w grę wchodzą miłość, potrzeba stabilizacji i przywiązania się do Jacka, ale Rachel wciąż jest zbyt czujna i zbyt wyczulona na gesty, słowa i zachowania partnera, by można mieć pewność, że naprawdę wybrała sercem i jest gotowa zainwestować we wspólną przyszłość. Interesujące zaczyna być to, co i dlaczego skrywa przed nią partner. McAllister zobrazuje kobietę zdeterminowaną w działaniach, by poznać prawdę, która może ją przerazić. Dlatego to książka nie tyle o budowaniu czegoś nowego i o niepewności wynikającej z dziwnych zachowań partnerskich, ile przede wszystkim opowieść o tym, że z pozornie zamkniętymi rozdziałami przeszłości trzeba się jednak zmierzyć, by określić, nazwać i pożegnać niesioną w tajemnicy traumę. Bo nie tylko Jack skrywa coś, o czym chciałby zapomnieć. Rachel również popełniła błąd. Oboje zrobili coś, co rzutuje na całe ich dalsze życie, ale oboje również starają się za wszelką cenę odrzucić to, co uwiera. Czy będzie to możliwe?

Podoba mi się trójdzielna, choć dość dydaktyczna kompozycja tej książki. Autorka umiejętnie stopniuje napięcie, odsłaniając coraz więcej mrocznych faktów, wobec których poszukująca prawdy staje w coraz większej bezbronności i narastającym przerażeniu. To, co odkrywa Rachel, obrazuje także specyficzne cechy jej osobowości. Kiedy w retrospekcjach pojawia się sytuacja sugerująca, kim kobieta jest i jak działa, w czytelny sposób można sobie dopowiedzieć, co dalej będzie się działo. Tymczasem sama narratorka wraca do tego ważnego fragmentu, przypomina go i nazywa wprost to, kim jest. Niepotrzebne, a w zasadzie irytujące. Co jest w tej książce jednak ważnego? Świetnie portretuje niepokorność, niepewność i podskórne napięcie towarzyszące odkrywaniu tego, że osoba śpiąca obok w łóżku staje się coraz bardziej obca. I przerażająca.

Gillian McAllister fantazjuje na temat tego, czym jest poczucie bezpieczeństwa w związku, jak wiele od niego zależy i w jakich sytuacjach możemy pójść na kompromis ze swoimi poglądami i przeczuciami, by zachować bezpieczne status quo i nie przeżywać dramatu świadomości, że niekoniecznie właściwie się wybrało. Napięcie towarzyszące bohaterom powieści wzrasta wprost proporcjonalnie do gromadzonych i numerowanych dowodów – na co? To ciekawe i niejednoznaczne. Najważniejsze jest tu portretowanie niepewności. Idzie za nią poczucie osaczenia, ale widzimy, że bohaterka w dużej mierze sama dla siebie jest toksyczna. Podając w wątpliwość szczerość Jacka, ale także swoje zaangażowanie w związek. Widać pewne tendencje ucieczkowe i rozpaczliwą wręcz potrzebę kontrolowania – siebie oraz osoby uznawanej za swego rodzaju własność. Atmosfera jest bardzo duszna, a Rachel coraz bardziej zagubiona. McAllister pokazuje, w jaki sposób kobieta niosąca w sobie traumatyczne tajemnice konfrontuje się z tajemnicami drugiej osoby. Do którego momentu jest poszukiwaczką, a kiedy decyduje się na ocenę postępowania partnera?

Czyta się tę książkę bardzo szybko, choć też ze świadomością, że niekoniecznie czeka nas jakieś wielkie zaskoczenie w zakończeniu. Dlatego uważam, że „Wszystko oprócz prawdy” to nie jest klasyczny thriller, lecz całkiem nieźle skonstruowana powieść obyczajowa. Z określonym adresem, jeśli chodzi o kwestie systemu prawnego, i uniwersalną wymową, gdy opowiada o tym, że boimy się często samych siebie, ale ten strach przerzucamy na drugą osobę, bo wtedy jest bardziej racjonalny i możliwy do zaakceptowania. Autorka stawia także pytania o to, jaką sferę prywatności mamy prawo zachowywać w związku, i ukazuje jego destrukcję, gdy ktoś obsesyjnie będzie uznawał swoją potrzebę dominacji nad tym, co druga osoba myśli i jak działa. Zaburzenia w funkcjonowaniu związku idą w parze z całym bagażem nieznośnych wspomnień. Bohaterowie tej książki chcieliby zapomnieć o wielu sprawach, ale dla dalszego funkcjonowania razem muszą sobie te sprawy wyjaśnić. Jedno z nich będzie do tego zmuszone, drugie zdecyduje się na szczerość z powodu nieco innych okoliczności.

Gillian McAllister porusza także trudną kwestię bezradności ludzkiej wobec śmiertelnej choroby. Opowiada o tym, że jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie, zachowanie i podejmowane decyzje, ale w pewnym momencie, i to całkiem niespodziewanie, nie będziemy musieli czuć za nic odpowiedzialności. To książka o tym, jak trudno jest stanąć wobec niesprawiedliwości losu, który wytycza ramy i sposób dalszego życia. Dlatego Rachel tak rozpaczliwie walczy o to, by jej życie było mimo wszystko szczęśliwe i spełnione. „Wszystko oprócz prawdy” to książka opowiadająca o tym, że ludzie czasem nie są tymi, za których się podają, ale wynika to z bardzo złożonych czynników i niekoniecznie idzie za tym świadoma lub nieświadoma potrzeba krzywdzenia. Gdyby tylko dało się wydobyć ze świata przedstawionego tej powieści z nieco większą liczbą pytań bez jasnej odpowiedzi, byłaby to rzecz naprawdę dobra.

2019-01-28

„Lekki bagaż” Anna Cieplak


Wydawca: Znak

Data wydania: 30 stycznia 2019

Liczba stron: 304

Oprawa: twarda

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: W stronę dorosłości

Tematyka społeczna bardzo służy świetnemu warsztatowi Anny Cieplak – młodej i obiecującej autorki – w przeciwieństwie do tematyki egzystencjalnej. Dlatego też po „Latach powyżej zera”, które uznaję trochę za wypadek przy pracy, wraca ona do czytelników z kolejną świetną powieścią, tak dobrą jak „Ma być czysto”, a kto wie, czy nawet nie lepszą. Krytykując poprzednią powieść Cieplak, kończyłem wyrażeniem nadziei na to, że o życiowych inicjacjach autorka opowie po raz kolejny intrygującym językiem i ciekawą składnią. W „Lekkim bagażu” język odgrywa rolę pewnego kodu rozszyfrowującego nam skomplikowane zależności, stany emocjonalne oraz przeżycia bohaterów prowincjonalnego miasta przytulonego do Czech i korzystającego z dobrodziejstw sąsiada, może bardziej wyluzowanego i jednoznacznego w odbiorze. Anna Cieplak w dobie modnych powieści współczesnych o Warszafce, w których ważnymi dylematami są elementy ubioru oraz to, jakie latte wypić przed południem, proponuje historię z polskiego marginesu. A jednak soczystą, wielowątkową, bardzo ważną społecznie i rozpoznawalną w swej problematyce na wielu płaszczyznach. To naprawdę wielka umiejętność – i Cieplak pokazała to już w „Ma być czysto”: pochylić się nad kwestiami elektryzującymi opinię publiczną, ale opowiedzieć o nich bez niepotrzebnych emocji, bez emocjonalnego szantażu, a przede wszystkim bez nastawienia na sensacyjność takich historii. Kto wie, czy autorka nie sprawdziłaby się świetnie w roli reporterki. Tymczasem proponuje nam mądrą i ważną książkę. O tym, że czas płynie w małej miejscowości może inaczej, ale naznacza podobnymi traumami oraz niepokojami co ten przyspieszający w centrum.

Weronika, Baśka i Paweł utknęli w przewidywalnym rytmie prowincji. Jak to ładnie określa sama autorka: „Falują sobie razem na powierzchni małego miasteczka jak wiatraczki z odpustu – ale takie, które mogą nieźle zadrapać skórę”. Drapią także skórę samych siebie, bo szybko się zorientujemy, że narada i poczucie jedności w scenie otwierającej książkę nijak nie będą już przystawać do tego, jak „Lekki bagaż” się skończy. Weronika prowadzi lokalną fundację, która pomaga ludziom z trudnych środowisk w lepszym starcie. Albo przynajmniej utwierdzającą w przekonaniu, że jest w życiu inna, lepsza możliwość. Baśka stacjonuje nieopodal, realizując się w pracy w mediach lokalnych. To niekoniecznie to, o czym marzyła, ale ma z tego pewną satysfakcję. Paweł, nauczyciel mianowany (warto, by autorka prześledziła historię i strukturę nadawania nauczycielskich stopni awansu zawodowego), przez jakiś czas zamykał się przed uczniami, ale kiedy zaczął ich naprawdę słuchać, odkrył sens i radość pracy. Każde z trójki przyjaciół ma za sobą jakąś konkretną życiową decyzję. Świadczącą o tym, że wybrali takie, a nie inne środowisko. Że pozostali na peryferiach, a nie podążyli stadnie za rówieśnikami w stronę dużych ośrodków i rzekomo lepszego życia. Cieplak jednak skonfrontuje swoich bohaterów z wyborami, które będą niezwykle trudne, naznaczą ich w pewien sposób, zmuszą do zrewidowania światopoglądu, ale przede wszystkim mocniej osadzą w rzeczywistości, do której chyba jeszcze się nie przywiązali.

Początkowo odnosi się wrażenie, że Anna Cieplak będzie lawirować między tą trójką, uatrakcyjniając książkę płynnie przechodzącym w różne rejestry językiem. Ale „Lekki bagaż” to chyba przede wszystkim powieść o bohaterach drugiego planu. Takich, którzy nie mieli łatwo od urodzenia, ale są gotowi powalczyć o coś lepszego, uczynić życie sensowniejszym. Ci ludzie – co zostaje świetnie pokazane – umiejętnie blokują w sobie traumy z dorastania w trudnym środowisku, ale ich nie porzucają, muszą je zabrać ze sobą w dorosłe życie i ten bolesny balast wciąż będzie o sobie przypominał. Rodzeństwo pochodzące z tak zwanej gorszej dzielnicy miasta udowadnia samemu sobie, że może być inaczej. Ale zmiana zawsze jest trudna. Podobnie jak trudne jest właściwe zrozumienie motywacji i działań ludzi pochodzących z miejsc i rodzin, które nie ukształtowały żadnego systemu wartości.

Tytułowy lekki bagaż jest symbolem sumy doświadczeń wynikających ze zbyt wczesnej dorosłości. Wspomniana trójka przyjaciół uniosła go, choć wcale nie jest on do końca lekki. Ci, którymi się opiekują, muszą taki bagaż dźwigać, jest on czasem ciężarem nie do uniesienia, ale trzeba go wziąć na plecy. Anna Cieplak, portretując lokalną społeczność i podejmując temat lokalnej polityki socjalnej, obrazuje w bardzo sugestywny sposób, czym jest trudność zbyt wczesnego pożegnania się z dzieciństwem i zbyt gwałtownego zwrotu w życiu, który każe brać pełną odpowiedzialność za siebie. Trochę w innej sferze ukazane są dylematy związane z tytułowym bagażem Weroniki, Baśki czy Pawła – tam nie ma aż takiej toksyczności, z której oparów muszą wydobyć się między innymi Dagmara i jej brat Darek. Ale czy na pewno? Najbardziej enigmatyczna wydaje się postać Pawła, nazwanego tutaj Olkowym (od imienia byłej), co sygnalizuje to niesienie w sobie traumy z przeszłości – teoretycznie już przepracowanej, praktycznie jednak wciąż odciskającej piętno. W przypadku Weroniki, dzielnej obrończyni honoru i struktury fundacji, Cieplak jest już może bardziej drobiazgowa. Bez względu na to, czy umie zachować właściwe proporcje, proponuje nam naprawdę wiarygodną psychologicznie panoramę ludzkich losów. To raport o intensywności życia w miejscu, które nie jest z nim kojarzone. A jednak w powieściowym Cieszynie dzieje się bardzo wiele. Być może tylko Olza zachowuje nonszalancję i zdrowy dystans do wszystkiego.

„Lekki bagaż” to powieść o niegotowości do tego, by walczyć o siebie, ale jednocześnie historia pokazująca, że na każdym etapie życia tę walkę trzeba bezwzględnie podjąć. Anna Cieplak dotyka kilku elektryzujących dzisiaj tematów – jak depresja czy molestowanie seksualne, jednak robi to z niebywałą delikatnością i empatią wobec swoich bohaterów. Dzięki temu mamy wrażenie, że to żywi ludzie, nie zmyślone postacie. Podoba mi się również to, w jaki sposób zagadki ich rodzinnych uwarunkowań łączą się z tym, do czego są zdolni jako wspólnota. Autorka dosadnie sygnalizuje, że każdy skądś się wydobył i przez to wydobycie jest, kim jest. Pokazuje jednak siłę przyjaźni, siłę wspólnoty i to, że przy wsparciu ze strony innych możemy wieść dużo bardziej sensowne życie niż to projektowane przez bolesny start. To po prostu powieść bliska człowiekowi i myślę, że każdego człowieka będzie w stanie zainteresować. Tym bardziej że opowiada się w sposób nieoczywisty, z umiejętnym połączeniem dramatyzmu, poczucia humoru i ciętej ironii. Czyta się świetnie i odkłada z poczuciem, że ze swoim życiem także należy zrobić coś konstruktywnego. Jakaż przyjemna odmiana pośród melancholijnych, łzawych, pełnych hamletyzowania i pozowania polskich powieści o życiu i przemijaniu.

2019-01-24

„O zmierzchu” Therese Bohman


Wydawca: Pauza

Data wydania: 31 stycznia 2019

Liczba stron: 208

Przekład: Justyna Czechowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Kobieta niezależna

To bardzo przenikliwa i zmuszająca do dyskusji powieść. Taka, w której nie ma prostych dychotomii, ale też taka, która je początkowo sugeruje w odniesieniu do funkcji kobiety w życiu osobistym, zawodowym i społecznym. O zmierzchu” stawia wiele pytań o to, czy człowiek – niezależnie od płci – jest w stanie unieść w życiu swoją osobność, ale także o to, czy w tej osobności kobiecie jest trudniej. Czy to właśnie kobieta, a nie mężczyzna, żyje samodzielnie w wyniku jakiejś opresji albo krzywdy ze strony losu. Therese Bohman portretuje bohaterkę, która jest pewna siebie, swojego poczucia estetyki i dokonanych wyborów, ale jednocześnie kogoś osaczonego przez presję otoczenia. Szwedzka pisarka podejmuje się próby odpowiedzi na pytanie o to, kim staje się kobieta samotnie idąca przez życie, oraz o to, czy płeć definiuje poczucie szczęścia w określonych ramach i na określonych zasadach. To też powieść o naukowym i emocjonalnym poszukiwaniu tego, co intrygujące, odmienne, kontestujące normy i ustalające własny porządek. W niezwykłej scenerii najpiękniejszej moim zdaniem nordyckiej stolicy, której piękna bohaterka nie zauważa, bo miasto – jak i ludzi, z którymi wchodzi w relacje – traktuje z dużym dystansem i fantazjuje o pewnych niezaistniałych katastrofach.

Karolina nie daje się polubić. Utyskuje na wszystko wokół, narzeka nawet na banalność swojego imienia. Jednocześnie wie, że jeśli ma kupić krojone pomidory, to te lepszej jakości. Że w pracy na uniwersytecie rozmawianie o nowym modelu ekspresu do kawy jest co najmniej niestosowne. Że wszyscy mężczyźni są prości, a Sztokholm jest miastem pułapką. Miejscem, w którym wszyscy zadzierają nosa, a Karolina musi chodzić z głową uniesioną wysoko. W końcu jest profesorką. Specjalistką w zakresie historii sztuki. Pewną siebie singielką, która zdecydowanie pożegnała trwający ponad dekadę związek – bez emocji, celu i seksu. Radzi sobie z życiem czy wręcz przeciwnie? Jej oczekiwania, fantazje, potrzeby i pragnienia również są lepszej jakości, z wyższej półki, niemożliwe do zrealizowania pośród niekompatybilnych z nią ludzi?

Bohman zaczyna brawurowo i kontrowersyjnie, by potem iść w stronę komplikacji tego, co czytelnik wydobędzie jako podejrzenia, tezy. To nie będzie kolejna feministyczna książka o tym, że kobieta niezależna musi przede wszystkim dużo odważniej walczyć o tę niezależność i że zwykle idą za nią wykształcenie oraz sprecyzowane poczucie estetyki. Tu wszystko stanie się nie tym, czym może się wydawać. Autorka pozwoli bohaterce być słabą, smutną, osaczoną i rozgoryczoną wszelkimi osiągnięciami. Bo każde można zakwestionować pod wpływem odpowiednich okoliczności. Każdy rodzaj życiowej siły i niezależności można poddać pod rozwagę, a później w nie zwątpić. Dramat Karoliny nie będzie dramatem kobiety sukcesu, która musiała za ów sukces zapłacić wszystkim tym, co większości kobietom daje radość i spełnienie. „O zmierzchu” pyta przede wszystkim o kondycję zatomizowanego społeczeństwa, w którym każdy gra do własnej bramki i wybicie się na niezależność to zwykle próba trzymania gardy przed tym, co niszczące i deprymujące w życiu we wspólnocie. Ale jest też podział na atomizowanie się w obrębie płci. Tu Bohman trochę prowokuje, a trochę odwołuje się do truizmów. Jest jednak ciekawa. Ta książka od początku do końca pełna jest jakiegoś podskórnego napięcia. Pulsuje do wewnątrz i zwodzi czytelnika. Opowiadając jednocześnie o tym, jakie są konsekwencje niezaspokojenia podstawowych potrzeb. Czy są nimi zawsze – wspomniane w tej książce – potrzeby akceptacji i uznania?

Interesująco prezentowany jest status życia prywatnego Karoliny. To ona wyznacza, co, kiedy i z kim jej wolno. To ona decyduje i ma pewność tego, że panuje nad wszystkim – zwłaszcza nad męskim pożądaniem. Swoje może zaspokoić nawet w pracy dzięki stronom pornograficznym, ale przypadkowy seks, który sprawia jej przyjemność oraz przychodzi z łatwością, jakoś nieprzyjemnie przypomina o tym, o co pyta stary znajomy z prowincji. Czy singielka w wielkim mieście – umówmy się na tę wielkość Sztokholmu na potrzeby tego zdania – powinna zwyczajnie umawiać się na randki, dążyć mniej lub bardziej kompulsywnie do zatuszowania pustki pięknego, lecz opresyjnego mieszkania? Bohman przedstawia nam bohaterkę poszukującą, ale także taką, która zderza się ze stereotypami i siłą przyzwyczajeń w myśleniu o niezależnej kobiecie w tak zwanym średnim wieku. Bardzo ciekawe jest to, czego i w jaki sposób Karolina poszukuje. Powieść stawia też pytanie o to, jak wygląda droga poznawania siebie niezależnej kobiety teraz, na przełomie kolejnych wieków – takiej kobiety, która napisała o niebezpiecznych dla społeczeństwa kobietach przełomu dwóch minionych wieków. Kim jest dzisiaj kontestatorka, burzycielka, kobieta nowatorska? O tym Karolina pomyśli także, wchodząc w specyficzną relację z nonszalanckim doktorantem, który pod jej kierunkiem chce napisać pracę o niezwykłej i zapomnianej artystce…

„Być może najlepsze związki to te, które nigdy nie są romantyczne ani seksualne, ale mają ten potencjał”. To jej przekonanie i być może ta teza wyznacza jakiś wewnętrzny azymut poszukiwań wyznaczników tego, która relacja z mężczyzną może być wartościowa. Kim będzie jej doktorant Anton? Czego w nowej i zaskakującej relacji bohaterka dowie się o samej sobie? Therese Bohman w dość krótkiej narracji proponuje szereg zaskakujących rozwiązań, w których nasza wiedza o bohaterce oraz o środowisku, w jakim musi ona funkcjonować, stawać się będzie coraz bardziej zbiorem hipotez. I tym też jest „O zmierzchu” – powieścią ważnych i współczesnych pytań o naturę ludzką w związkach i poza nimi. O decyzjach warunkowanych przez płeć i przez okoliczności, które mają płci coś zawężać, jakoś nią kierować. Ale Bohman proponuje nam przede wszystkim podróż przez świetnie skonstruowany świat przedstawiony, w którym rozgrywa się pozornie monodram, lecz widzimy, że wszystkie elementy tej fikcji są w przemyślany sposób uporządkowane. Każda domaga się czytelniczego zdefiniowania. A dodatkowo szwedzka pisarka jest momentami bardzo ironiczna i ma specyficzne poczucie humoru. To tworzy w tej powieści szczególny balans między smutkiem, groteską a zwyczajną zabawnością niefortunnych zbiegów okoliczności. Wieloznaczna powieść wymuszająca otwarte zakończenie, ale pozostawiająca z bohaterką, która wiele wątpliwości wyrazi nie tylko w swoim, lecz też czytelniczym imieniu.


PATRONAT MEDIALNY

2019-01-22

„Celownik” Blaže Minevski


Wydawca: Biblioteka Słów

Data wydania: 20 grudnia 2018

Liczba stron: 344

Przekład: Elżbieta Ćirlić

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 28 zł

Tytuł recenzji: Wojna, los i pamiętanie

Przyznam, że ta powieść od samego początku przykuwa uwagę, bo bardzo interesujący jest szkielet, na jakim się osadza. Coś nietuzinkowego zaczyna obiecywać wyjątkową strukturę książki. Ten pomysł – obustronne celowanie w siebie kobiety i mężczyzny opowiadającego swoje życie – zbudowałby bardzo oryginalną powieść. Tylko wówczas, gdy byłaby krótsza. Bo „Celownik” – narracja w dużej mierze o perspektywie opisu i opowiadania – gubi gdzieś napięcie początku, rozmywa się. Dygresyjność staje się męcząca, a w końcu trąci egzaltacją w słabym stylu. Wątków w opowieści snajpera jest za dużo. Rozpada się nadzieja na to, że będzie to historia ostra jak brzytwa, bo przecież nadbudowana na stanie oczekiwania i napięcia, który w żadnym wypadku nie może trwać długo. Oczywiste jest, że to tylko figura stylistyczna i uznawanie długości wywodu w odniesieniu do niej to jak patrzenie na historię Minevskiego bez dostrzeżenia jej symboliki. Doceniam to, jak wiele i jak dosadnie chce opowiedzieć narrator. Obawiam się tylko, że – abstrahując już od celowania do siebie – nie opowiada on o konfliktach bałkańskich ani goryczy życia, w którym trzeba rozróżnić wyobrażenie od wspomnienia, niczego naprawdę zapadającego w pamięć, niczego też nowego, choć „Celownik” to powieść dramatyczna i stawiająca pytania retoryczne, na które nadal – ani na Bałkanach, ani w Europie – nikt nie znalazł satysfakcjonujących odpowiedzi. Trywializując, można rzec, że jest to historia pisarza, dla którego napisanie książki to za mało, w związku z tym musiał wybrać front i wykonując snajperskie obowiązki, opowiada o pisaniu i życiu na krawędzi.

Ale Blaže Minevski nie zasługuje na taką opowieść o jego książce. Nie sposób nie zauważyć, że jest to przede wszystkim interesująca narracja autotematyczna. Myląca tropy i zaskakująco trafna, kiedy obrazuje role oraz funkcje literatury, umiejętność doboru słów i świadomość, dla kogo się je dobiera. Macedoński pisarz zwraca uwagę na te aspekty literatury, które czynią ją utylitarną, nie odzierając jednak z estetycznych walorów. Przyjrzymy się bowiem temu, jak kształtowała się droga twórcza rozgoryczonego snajpera, ale ujrzymy ją na dwa sposoby: docieranie do istoty literatury poprzez emocje i wzruszenie (sentymentalne wspomnienia lekcji literatury z nauczycielką, która wpłynie na życie bohatera), a także analityczna rozprawa o strukturze takiej książki, która powinna wstrząsnąć czytelnikiem (amerykańskie studia kreatywnego pisania). Podobnie jak sytuacja wyjścia, która niejako wtłacza odbiorcę w klincz emocjonalny, nie dając mu złapać tchu. A potem jednak proponując historię zbyt wielu wątków i nieuzasadnionej achronologiczności.

Bohater Minevskiego zwraca się do swojej przeciwniczki jak do pięknej czarodziejki z legendy o miłości. Zestawienie dramatyzmu oraz bezkompromisowości wycelowanych do siebie luf zderza się z liryzmem opowieści tego, kto tak naprawdę został doprowadzony do sytuacji, w której musi do kogoś celować. A stał się snajperem na bardzo niejednoznacznej drodze. Drodze, na której pojawiają się gorycz, rozczarowania, bolesne wyrzuty sumienia, a potem nihilizm. Pięknie brzmiące fragmenty o tym, skąd się wydobył i kim się stał, łączą się z dosyć trywialnymi refleksjami dotyczącymi konfliktów na Półwyspie Bałkańskim, w miejscu niemożliwości życia innego niż w wojennym napięciu. Podkreślają to słowa przełożonego snajpera, który mówi: „Bez wojny nie możemy żyć razem: poza nią wszystko nas różni”. Minevski nie wychodzi poza symboliczne sugerowanie i pokazywanie jedynie, skąd wydobywa się ludzka nienawiść i do czego prowadzi. „Zabij i potem zapomnij”. To krótki komunikat powtarzany na froncie, ale także mantra, by zaakceptować okrucieństwo. Czy tu portretowane tylko z macedońskiego punktu widzenia? Przyznam, że więcej na temat złożoności konfliktu, który w „Celowniku” jest tłem opowiadania o trudnym określaniu swojej tożsamości, opowiedział mi w swoich książkach Miljenko Jergović, z pochodzenia Chorwat. Minevski jest mroczny, zgrabnie tutaj łącząc elementy tragizmu i liryzmu, jednak „Celownik” nie uderza we mnie tak jak inne opowieści o tym półwyspie przepełnionym fatalizmem i zbiorową amnezją w przypadku zbrodni.

Na pewno warta uwagi jest ta najbardziej intymna sfera zwierzeń czynionych w tym zdecydowanie za długim monologu. Bohater konfrontuje się ze śmiercią w bardzo prywatnym wymiarze. Musi zmierzyć się z odejściem dwóch bliskich mu kobiet i coraz mocniej uzmysławia sobie, jak bezkompromisowa jest śmierć, która później go osaczy. Bo przecież w przedstawionej sytuacji musi zdecydować: będzie tym, który odda strzał, albo tym, który od niego umrze. Tak czy owak będzie uczestniczył w śmierci. I ten mroczny dualizm Minevski dość ciekawie rozwija, kiedy analizuje sytuację domową bohatera, skomplikowane relacje z najbliższymi oraz to, że sielanka jego życia w okresie dorastania stała się w pewnym momencie bolesną konfrontacją z tym, że ludzie i sytuacje odchodzą. A potem przychodzi udział w wojnie, która jest już pasmem bezsensownych utrat i niezawinionych śmierci. Celownik” opowiada o fasadowym bohaterstwie, bo to książka antywojenna, ale lepiej wybrzmiewa jako powieść inicjacyjna. Do pewnego momentu. Blaže Minevski chce opowiedzieć o tym, jak nazwać i określić swój krótki czas na ziemi. Chce ten czas opowiedzieć cały, jednak oferuje mimo wszystko prozę przesytu. I pewnego rodzaju hermetyczności, bo ta opowieść to taki samograj narratora, do którego niekoniecznie dopuszczany jest czytelnik ze swoją wyobraźnią.

„Celownik” zatem rozczarowuje. Myślę, że to kolejny przykład przyzwoitej książki odnajdującej dobrą koniunkturę i ukazującej się w dobrym czasie, w związku z tym z pewnych zrozumiałych, choć może nie do końca literackich powodów otrzymującej miano arcydzieła. Minevski niczego takiego nie stworzył. Starał się oddać lokalny koloryt dramatów egzystencjalnych, ale także wstrząsnąć światem, a w dużej mierze piszącymi o tym świecie. Wyszła powieść zbyt wielu tropów, chwilami manipulująca czytelnikiem, odwołująca się do znanych i opisywanych już dramatów i dylematów, które nie zyskują tutaj zasadniczo jakiegoś oryginalnego rysu. Może „Celownik” miał być powieścią przesytu i bezradności. Może nie odczułem, że opowiada o rzeczach fundamentalnych w dobrze dobranym kostiumie teatru cieni. A może po prostu Minevski zmusił narratora do obsesyjnej koncentracji na wspominaniu, a nie kreowaniu twórczej opowieści. Bo odnalezienie właściwej proporcji między opowiadaniem o sprawach intymnych i dramatach tego świata wymaga brakującej tu być może umiejętności.

2019-01-18

„Lalka i Marks” Maryam Madjidi


Wydawca: Państwowy Instytut Wydawniczy

Data wydania: 7 listopada 2018

Liczba stron: 224

Przekład: Magdalena Pluta

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Dwie ojczyzny

Debiutancką powieść Maryam Madjidi można zestawić ze „Słoniami w ogrodzie” Meral Kureyshi. Obie autorki opowiadają swój życiorys w podobnie przejmującym stylu. Równoważą to, co osobiste i nazbyt sentymentalne, z tym, co konieczne do opowiedzenia. U Madjidi historia rozpościera się mentalnie i emocjonalnie między Iranem a Francją, u Kureyshi między Kosowem a Szwajcarią. Uniwersalność doświadczeń obu autorek pokazuje trudną drogę, którą trzeba przebyć, aby wydostać się z opresyjnej rzeczywistości, odnaleźć w nowej kulturze, a potem zachować spójny balans między dwiema ojczyznami. Obie powieści inicjacyjne pokazują długą drogę imigranta, choć Madjidi dużo mocniej podkreśla piętno wygnania. Inaczej też opowiada o tym, co utraciła i zyskała, bo ma do przedstawienia swoją osobistą historię. Brzmiącą mniej spójnie niż ta Meral Kureyshi, ale urzekającą poetycką frazą i oszczędną delikatnością pisania o doświadczanych okrucieństwach.

Narratorka „Lalki i Marksa” wydobyła się z łona matki razem z jej traumą wywołaną ucieczką z plądrowanego uniwersytetu i całym początkiem działań opozycyjnych w Iranie lat osiemdziesiątych minionego stulecia, które ukształtowały tożsamość rodziców bohaterki, a także ją samą. Była dzieckiem w służbie idei. W jej pieluchach przenoszono groźne ulotki. Dorastała pośród niepokoju, jednak jego wymiar i znaczenie rozumie po latach. Z rodzinną spuścizną ideologiczną, do której nawiązuje – także w kwestii tytułu – wspomnienie o zabawkach, które trzeba oddać potrzebującym, lecz dziewczynka nie chce się z nimi rozstać, a to z kolei powoduje posądzanie jej o niezrozumienie idei komunizmu. Miała świadomość, że jest jej coś odbierane, ale dopiero po latach pojmuje, co tak naprawdę dał jej ten mroczny czas niedoborów i walki z systemem opresji. Z Iranem, z którego się wydobyła, ale pozostał on z nią mimo wszystko na zawsze. Czy mała dziewczynka jest w stanie zrozumieć, że oto jej najbliższe otoczenie doświadcza zmiany, która przemieni w przyszłości ją samą? Ile tak naprawdę może zrozumieć?

Rozumie jednak dużo więcej, niż wydaje się jej rodzicom. Po latach redaguje skierowane do nich intymne wyznania, które są najpiękniejszymi fragmentami powieści. Narracji z celowo zaburzoną chronologią, ale bardzo czytelną strukturą opowiadającą o trzech rodzajach narodzin, trzech momentach uświadomienia sobie, kim się jest. Także o trzech sytuacjach, w których narratorka musi zdecydować, co jest dla niej ważniejsze: rodzicielska troska czy osobiste poszukiwanie wolności, chęć samostanowienia i zrozumienia absurdów tego, co ją otacza.

Iran we wspomnieniach to kraj ciepłych ludzi i mrocznej atmosfery, w której wizja uwięzienia, tortur czy przedmiotowego traktowania kobiet wysuwa się na pierwszy plan. Madjidi dedykuje swoją książkę osobie, której dobro umarło. A ona sama będzie jego poszukiwaczką i chce też oddać światu właśnie dobre, budujące opowieści. Wydarzenia z wczesnej młodości i te, które narratorka odtwarza, wracając do ojczyzny po latach, ukazują wyjątkową więź z miejscem, w którym odnalazła ją miłość. Nie tylko ta rodzicielska. O potędze wziętej z Iranu miłości świadczy jedna z pierwszych scen powieści, kiedy bliska uwięziona osoba graweruje w kamieniu miłosną pamiątkę dla narratorki. A potem jest już nieuporządkowany nurt wspomnień. Osadzający Francję i Iran na przeciwległych biegunach skojarzeń. A jednak to te dwa kraje wspólnie ukształtowały tożsamość piszącej, jej porządek twórczy przy sporządzaniu wspomnień i jej potrzebę podzielenia się drogą od niepewności i okrucieństwa po poczucie wolności i szacunku dla tego, co odmienne.

Najciekawsze jest śledzenie, z jakim trudem dwukulturowość znajduje sobie spokojne miejsce w świadomości autorki. Francja najpierw wyzwala z kompleksów i ograniczeń. Potem jednak staje się pewnym negatywnym punktem odniesienia, kiedy Iran tak silnie daje o sobie znać. Madjidi próbuje pokazać, jak niezwykle trudna jest sytuacja imigrantki, dla której przemieszczenie się w przestrzeni ma być dobrem, a celem – uczynienie życia lepszym. Autorka nie stara się czytelnie wskazać, która z rzeczywistości – irańska czy francuska – jest dla niej obecnie ważniejsza i która ukształtowała jej tożsamość. Opowiada o dramatycznym rozdarciu i różnych aspektach wyobcowania, o których jest mowa także wówczas, gdy Madjidi wspomina przyswajanie dwóch języków i operowanie nimi w różnych życiowych sytuacjach.

„Lalka i Marks” to opowieść odważna, czuła i w pewien sposób bezkompromisowa. Bardzo ważne jest pokazywanie, jak ewoluowały relacje z rodzicami. Ludźmi, którzy przyczynili się do kolosalnej zmiany, ale chyba sami nie byli na nią gotowi. Maryam Madjidi pięknie werbalizuje te stany emocjonalne, które na co dzień trudno wyrazić słowami. Kreuje siebie na poszukiwaczkę i zdobywczynię, ale ma też pamięć. Doskonale wie, skąd się wywodzi i co stoi za jej narodzinami. Francja staje się miejscem, w którym można z dystansu przyjrzeć się środowisku kształtującemu już na zawsze. Miejscu na zawsze bliskiemu. Bez względu na to, w jakich innych lokacjach się zamieszka, co się będzie tam odczuwać. Wspomnienia Madjidi to także czuły ukłon w stronę tych zmarłych, którym nie było dane poznać wolności, ale zawsze wiedzieli, czym jest miłość i przywiązanie.

Czyta się tę skromnych rozmiarów powieść z nieustającym wzruszeniem, bo wszystko opowiedziane jest bardzo sentymentalnie – z zachowaniem jednak właściwego dystansu do samej siebie. Narratorka dopuszcza nas bardzo blisko do serca i sumienia, ale zabiera też w podróż, w której wiele musimy się domyślać. O drodze wygnańca, która staje się drogą wyzwolenia. O tym, jak kocha się dwa różne miejsca i dwójkę różnych ludzi. „Lalka i Marks” to też dojrzała historia pożegnania tego, co uwierało. Hołd dla trudnej ojczyzny i wspomnienie tej drugiej – ważnej, bo budującej poczucie własnej wartości. Maryam Madjidi ujmuje stylem i wrażliwością, ale także poprzez to, co i jak pamięta, odsłania nam siebie dojrzałą. Dziś już pewną tego, kim jest, choć tęskniącą za tym, kim była.

2019-01-16

„Papierowe duchy” Julia Heaberlin


Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 16 stycznia 2019

Liczba stron: 416

Przekład: Jacek Żuławnik

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Niezwykła podróż

Julia Heaberlin napisała nietuzinkowy thriller. Taki, w którym z jednej strony żaden z bohaterów nie może stać się nam bliski przez swą wieloznaczność, z drugiej jednak – śledzimy ich poczynania z pewną dozą sympatii. Kibicujemy w rozwiązywaniu mrocznej zagadki. A cała narracja opiera się na trzech elementach: determinacji młodej narratorki chcącej odkryć tajemnicę śmierci siostry, inteligentnej grze z tą narratorką człowieka cierpiącego na demencję i na teksańskich bezdrożach. Heaberlin opowiada zatem trzy historie. O tym, jak obsesja wpływa na sposób postrzegania świata pośród pielęgnowanych latami lęków i neuroz. O tym, co jest odbierane człowiekowi przez utratę pamięci, a co on paradoksalnie dzięki niej zyskuje. I o tym, jak niesamowita i pobudzająca mroczną wyobraźnię może być wielka przestrzeń Teksasu. Tego Teksasu, któremu oddawali hołd między innymi Philipp Meyer w „Synu” czy Paulette Jiles w „Nowinach ze świata”. Julia Heaberlin portretuje ten stan współcześnie. Pokazuje, z jaką łatwością można tam ukryć każdą ludzką zagadkę. Jak trudno znaleźć jej rozwiązanie pośród pustyń, gęstych lasów i hektarów niczego, gdzie może ukryć się strach…

Główna bohaterka tej historii przez cały czas ukrywa swą tożsamość i ważny jest moment, w którym ją odsłania, wymawiając swoje imię. Ale to dużo później, a Heaberlin jest przede wszystkim mistrzynią otwarcia. Oto bowiem przed nami symboliczna scena, w której starsza siostra narratorki wpada do grobu. To Rachel, z którą relacje były na tyle silne, by po jej śmierci determinować myśli i działania tylko w kierunku odkrycia mordercy. Czy tym mordercą jest Carl, który również na samym początku zadaje bohaterce pytanie: „Kim, do diabła, jesteś?”? Bo „Papierowe duchy” to przede wszystkim powieść o tożsamości. O tym, co ją kształtuje, ale przede wszystkim o tym, jak możemy ją mistyfikować. Amerykańska autorka połączy ze sobą ekscentryczne postacie, które zagrają w charakterologiczną grę. Dziewczyna będzie chciała wydobyć prawdę z mężczyzny. Mężczyzna będzie na tyle zaintrygowany postawą i celami dziewczyny, że zdecyduje się z nią przemierzać Teksas. Potencjalny seryjny zabójca i owładnięta chęcią zemsty młodsza siostra? Oboje tracą instynkt samozachowawczy, skoro decydują się na wspólną podróż. A może jednak wcale nie? Może z tej ekscytującej i mocno toksycznej relacji wyłoni się prawda, której czytelnik oczekuje od samego początku?

Julia Heaberlin podejmuje się rozważań o tym, jak wiele tracimy z odejściem bliskiej osoby i jak niemożliwe jest uporządkowanie świata po tym nagłym odejściu. Bo obsesja będąca motorem napędowym działań w powieści przeniosła się na całe życie porzuconej siostry. Tej, która w retrospekcjach przedstawia skomplikowane relacje z Rachel i zwraca uwagę na to, że przez lata musiała mierzyć się z wewnętrznymi demonami, dopóki nie dojrzała do zemsty. Okazuje się jednak, że stąpa po bardzo grząskim gruncie. Samodzielnie wiąże sobie sprawę zniknięcia siostry, której ciała nie odnaleziono, z enigmatycznymi odejściami trzech innych dziewcząt. Śledzi tropy, poznaje ich historie, usiłuje znaleźć jakiś wspólny mianownik… i trafia do Carla. Kto wie, czy nie jednego z najciekawszych bohaterów literatury tego gatunku, z jaką dane mi było obcować w ostatnim czasie.

Bo Carl to nie tylko zagadka tego, co tkwi w jego głowie, ale również intrygująca przeszłość. Fotografa mistyfikatora, który jest bardzo inteligentny i odnosi się wrażenie, że pamięta dużo więcej, niż zdradza to innym. Papierowe duchy” to będzie przecież też powieść o pamiętaniu i zapamiętywaniu ważnych zdarzeń. A także o filozofii fotografii. Nie takiej, jaką proponowała Susan Sontag, ale wystarczająco ciekawie zaprezentowanej, by wejść w tryb analizy wszystkich niewiadomych związanych z działaniami Carla jako fotografa. On sam to największa zagadka powieści. Znaleziony przy autostradzie traci świadomość tego, kim był i co robił. A stawiane mu zarzuty nie pozostawiały wątpliwości, że tkwią w nim pewien mrok i niebezpieczeństwo. Bohaterka powieści podejmuje ryzyko obcowania z tym groźnym człowiekiem. Dużo bardziej groźne okaże się jednak to, co zaoferuje tej dwójce Teksas, po którym będą jeździć śladami zaginięć dziewcząt.

To powieść drogi opowiadająca o realnych miejscach i nawiązująca do prawdziwych zdarzeń. Na przykład do głośnego morderstwa studentki czy jednego z najbardziej przerażających aktów samosądu w historii USA, o którym dokładniej wspominała Linda Polman w swym reportażu „Laleczki skazańców”. Wszędzie czai się groza i Julia Heaberlin podtrzymuje ją bardzo umiejętnie. Pozorna sielankowość podróży i to, jak podróżujący przedstawiają się mijanym ludziom, kontrastuje z ogromem napięcia i kumulacją silnych emocji, dla których nie ma ujścia, dopóki podróż nie dobiegnie końca. Papierowe duchy” to historia specyficznej relacji, która w niepokojący sposób się zacieśnia. Ale jednocześnie opowieść o ludziach, którzy skrywają tajemnice świadomie i zupełnie nieświadomie. Iskrzy w narracji Heaberlin przez cały czas i chociaż są pewne przestoje akcji, cała powieść konsekwentnie zmierza ku temu, by demaskować to, co nieodkryte. A i tak całkiem sporo zostanie do odkrycia tylko przez czytelnika.

Czy Carl staje się specyficznym przewodnikiem po krainie obłędu narratorki? Czy jest może jej empatycznym kompanem szaleństwa? Czy przemierzanie przestrzeni, na której rozegrały się enigmatyczne zdarzenia, przybliży choć trochę do prawdy o znikających dziewczętach? Autorka zadaje bardzo wiele pytań, zwracając uwagę na to, ile może ich w nas namnożyć poczucie zagrożenia albo niepewności tego, kim jest osoba tuż obok. Ale „Papierowe duchy” to także powieść z bardzo specyficznym poczuciem humoru. Również z polskim akcentem – nic to, że zbudowanym na stereotypie. Heaberlin intryguje i pokazuje, że motyw zbrodni może w sobie kryć dużo więcej, niż można byłoby wyobrazić sobie, analizując pobieżnie sytuację bohaterów. Przykuwająca uwagę książka o przekleństwie (nie)pamięci i potrzebie oswojenia pustki. Ale także o tym, w jaki sposób świat mogą opowiadać zdjęcia i duchy. Towarzyszą Carlowi na co dzień. Próbują uzyskać dostęp do świadomości tej, która nie chce mieć z nimi do czynienia. Ale nie straszą. Dużo wyjaśniają. „Papierowe duchy” pozostawią nas także z tym, co niewyjaśnione.

2019-01-14

„Nieznane życie lodowców. Jak lód z kół podbiegunowych wpływa na życie planety” Bjørn Roar Vassnes


Wydawca: Wydawnictwo Kobiece

Data wydania: 23 stycznia 2019

Liczba stron: 216

Przekład: Anna Hopen

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Kriosfera w naszym życiu

Kiedy w lipcu ubiegłego roku, w temperaturze mocno przekraczającej trzydzieści stopni Celsjusza, przemierzałem ulice Oslo, norweskiej stolicy spalonej słońcem, pomyślałem sobie, że coś jest bardzo nie tak z tą Norwegią. Bjørn Roar Vassnes, norweski dziennikarz, który opowie o tajemnicach globalnej kriosfery, wyjdzie w swoich rozważaniach od lokalnej perspektywy, portretując Norwegię, która naprawdę zmienia oblicze – nie tylko latem. Nieznane życie lodowców” to pasjonująca rozprawa o filozofii zimna, o jego znaczeniu w życiu człowieka, ale także o tym, jak istotny jest lód dla zachowania zdrowej struktury naszej planety. Vassnes – wychowany w Finnmarku, z sentymentem wspominający pięćdziesięciostopniowy mróz oraz ciszę tworzącą harmonię z chłodem – zwraca uwagę na to, jak dzisiejsza Norwegia traci lód, ale także część swojej tożsamości z nim związaną. Bo robi się coraz cieplej. Północna pokrywa lodowa Ziemi kurczy się. Anomalia tropikalnego upału w Oslo to tylko bardziej drastyczny przejaw tego, co dzieje się też zimą – już nie tylko w Norwegii.

Vassnes odwiedzi oba bieguny, by zobrazować strukturę ziemskiego lodu, ale udowodni także, że można go odnaleźć w ciepłych rejonach naszego globu. Wskaże na to, gdzie może być ukryty. Zwróci uwagę na fakt, że ludzie, którzy nigdy nie widzieli śniegu, są uzależnieni od tego, czym są lodowce. Bo to przecież potężne magazyny wody – substancji dającej życie i mnożącej jego przejawy. Ta książka opowie o różnorodności tego, co na co dzień kojarzone jest rozrywkowo, z drinkami, albo snobistycznie, gdy pokazuje się znajomym zdjęcia z wyprawy na daleki lodowiec. Drogiej, bo za obcowanie z lodowcami słono się płaci. Tymczasem nie zdajemy sobie sprawy z tego, że one same warunkują normalne funkcjonowanie w rzeczywistości, w której wspominanie lodowca jest czymś ekscentrycznym. Bjørn Roar Vassnes chce w swej książce pokazać, jak rozwój życia na Ziemi współgra z funkcjonowaniem lodowców. W świadomości wielu ludzi to, co zimne, często zakorzenione jest jako baśniowe archetypiczne zło. Jednak autor w swobodnym publicystycznym stylu opowie o tym, co może zaskoczyć i skłonić do innego, nietuzinkowego myślenia o lodowcach. Bo one na naszej planecie to jednak jej wielkie dobro. Zagrożone z różnych powodów i formujące się w struktury, których rozwoju nie sposób dziś przewidzieć. Ale to nie będzie książka o tym, że dopada nas efekt cieplarniany i za chwilę lód północy i południa planety podniesie poziom wielkich akwenów oraz zapoczątkuje apokalipsę.

Nie, „Nieznane życie lodowców” to przede wszystkim opowieść o wielu wyprawach, dzięki którym autor uświadamiał światu, jak ważna jest struktura lodowej powłoki i że Ziemia wytworzyła ją nieprzypadkowo. A może właśnie to ona była początkiem, bo co czytelnik na sugestię o tym, że jesteśmy dziećmi lodu? Vassnes wskazuje związki lodu z ludzką ewolucją, ale przede wszystkim zwraca uwagę na to, jaka różnorodność może kryć się w tym, co pozornie białe i zimne. Podoba mi się autobiograficzny sznyt tej opowieści, który w pewnym momencie znika, ale pozostaje ta intrygująca wieloznaczność formy książki. Norweski autor nie chce być spójny i nie buduje narracji z logicznie wynikających  z siebie rozdziałów. Stawia bardziej na sugestie, pytania retoryczne, ale w wielu miejscach również zaskakuje. Nie tylko wyjaśniając ziemski fenomen lodu, lecz także ujawniając swój bardzo osobisty stosunek do przedmiotu rozważań.

A mimo wszystko jest dość obiektywnie, interesująco i przede wszystkim przekonująco. Przykuwają uwagę zwłaszcza wyjaśnienia dotyczące tak niezrozumiałych do końca pojęć jak „efekt cieplarniany” czy „epoka lodowcowa”. Vassnes wzbudza niepokój, ale jednocześnie udowadnia, że obecność i nieobecność lodu na naszej planecie przybierały formy dużo bardziej skrajne niż to, co dzisiaj chcemy uznać za znaczący efekt ocieplania się klimatu. „Niezwykłe życie lodowców” przeniesie nas w arktyczne i antarktyczne rejony, by zwrócić uwagę na szereg procesów związanych z tworzeniem się i destrukcją lodu, a także uwrażliwić na to, że mogą one mieć z naszym codziennym życiem związek dużo silniejszy, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Północnonorweski podróżnik i dziennikarz jawi nam się tu jako człowiek zafascynowany nie tyle ewolucją globu, ile przede wszystkim zmianami w życiu ludzi. Bo ludzie nie istnieją tutaj jako zbiorowość. Vassnes widzi podziały, rozróżnia zaskakujące odmienności w postrzeganiu albo ignorowaniu wpływu lodu na ludzkie życie. Wędruje po miejscach, w których dzięki topniejącym lodowcom ludzie trwają w dobrobycie, i zagląda do takich, którym ten sam proces nie zapewnia elementarnej nawet godności życia. A w całej różnorodności oglądanych form tego życia i rozmaitych dygresji wokół związku lodu z ewolucją autor „Nieznanego życia lodowców” wraca wciąż do tego samego – do porządkowania rozważań o symbiozie życia z kriosferą. O tym, że ta symbioza jest konieczna, ale z wielu powodów nie można jej zachować. Dlatego czyta się tę książkę trochę jak prozę podróżniczą, trochę jak reportaż, ale także jako naukowy esej ze wskazanymi już elementami publicystycznymi, albowiem Vassnes zachowuje harmonię między naukową koturnowością a zwyczajnym poczuciem humoru w niuansowaniu tego, co często trudne do zrozumienia.

Myślę, że to publikacja, dzięki której lód nabierze nieco innego znaczenia w naszej świadomości. Niezwykle ciekawa dla ludzi zafascynowanych zimnymi stronami świata, ale także bardzo pożyteczna dla tych, którzy z lodem chcą mieć kontakt jedynie przy wspomnianej już przyjemności alkoholowej. Vassnes w bardzo piękny sposób opowiada także o ludziach związanych z zimną stroną natury, o ich niesamowitej symbiozie ze zwierzętami, roślinami i tym, co przecież martwe, ale daje życie. Sportretowana specyfika życia lodowców pozwala spojrzeć na nie inaczej, ale przede wszystkim uświadomić sobie, jak ogromną rolę w coraz cieplejszym ostatnio świecie odgrywają. To podróż od codziennego życia Saamów po rozgrzane słońcem kalifornijskie winnice. Od Grenlandii po Nową Zelandię. Od lodu północnego po ten bardziej stabilny, antarktyczny. Ale to przede wszystkim książka o naukowej pasji i o tym, jak fascynacje z czasu dorastania stają się motorem napędowym do badania coraz bardziej skomplikowanych zależności między naszą planetą a rozwojem ludzkiego życia. Inspirujące i bardzo ciekawe.

2019-01-11

„Jezioro” Bianca Bellová


Wydawca: Afera

Data wydania: 1 października 2018

Liczba stron: 224

Przekład: Anna Radwan-Żbikowska

Oprawa: miękka

Cena det.: 34 zł

Tytuł recenzji: Znikanie i podróż

Literatura dla koneserów. A może właśnie dla każdego bez wyjątku, bo jest tu i historia, i wyrazisty bohater, i szereg symbolicznych scen rozgrywających się między dosadną wulgarnością a liryczną czułością do detali autorki. Bianca Bellová stworzyła powieść inicjacyjną przypominającą moralitet, posługując się bardzo prostymi środkami wyrazu, a wywołując dreszcze dzięki spleceniu świata przyrody ze światem ludzi i nakreślaniem nieprzyjaznych przestrzeni, gdzie rozgrywają się wielkie dramaty, o jakich ludzie i świat nie myślą, nie pamiętają. Trochę to taki minimalistyczny rewers „Granicy zapomnienia” Siergieja Lebiediewa, u którego też ze ściśniętym gardłem przemierzamy pustkę. U Bellovej jest chyba bardziej dosadnie, ale tak samo sugestywnie. Ważny jest obserwator (tu raczej bohater z krwi i kości) i ważne jest to, co widzi. To, co my możemy dzięki temu widzieć. Bez czułostkowości, ale przy jednoczesnym skupianiu się na drobiazgach. Rozproszone elementy w różnych przestrzennych dekoracjach mówią tutaj dużo więcej niż sama droga chłopca stającego się mężczyzną. Bianca Bellová opowiada o rzeczywistości, której brakuje porządku, i o ludziach rozpaczliwie ten porządek ustanawiających. O podstawowym deficycie symbolizowanym przez postać matki. O niepewności tego, skąd i w jakim kierunku się wydobywamy.

Kiedy na początku „Jeziora” trzyletni Nami walczy z ciemną tonią, Bellová naznacza go tą pełną rozpaczy czynnością – i dawno nie spotkałem się z powieścią, która tak sugestywnie wprowadza w swój świat przedstawiony. Nami będzie tonął i walczył o złapanie tchu tam, dokąd rzuci go los wędrowca. Bo rodzinna miejscowość nie jest już miejscem, w którym Nami rozumie samego siebie. Chłopiec chciałby zawsze leżeć pod białym sufitem, wdychać zapach suszących się ziół i trwać w bezczasie, bezkarności bycia poza nazywaniem sensu życia. Zmuszony będzie przede wszystkim do konfrontacji z samym sobą. Jezioro” opowiada o atrofii – zgrabnie wykorzystuje historię zanikania znanego akwenu, by jego topografią zaznaczyć mapę mentalną samotnego chłopca. Bohatera wędrującego przez świat, którego elementy zanikają. I pośród ludzi. A człowiek w narracji Bellovej wcale nie brzmi dumnie.

Babka karmiąca bajkami swojego „kruszka” nie jest świadoma, że los zmusi go do tego, by zapomnieć o lokalnych wierzeniach i skonfrontować się ze światem zewnętrznym. Także przynależącym do tytułowego jeziora, które łączy ze sobą różne rzeczywistości, ale samo w sobie ulega erozji, przestaje istnieć, zmniejsza się i zmusza żyjących jego dobrami ludzi do rozhermetyzowania bezpiecznego modelu życia. Nami wyrusza w podróż w momencie, w którym jego miejsce na ziemi zaczyna ulegać destrukcyjnej zmianie. Chłopiec wie, że Boros to miejsce nieznoszące próżni. Wie, że stworzyło sieć silnych i toksycznych zależności międzyludzkich, formując społeczność żyjącą bardzo surowo. A Nami nie jest gotowy na tę surowość, kiedy opuszczają go bliscy. Nie jest bliski już sam sobie. Ruszy w drogę, by doświadczyć jeszcze większych zaskoczeń niż te, które próbowały uformować jego światopogląd. Bianca Bellová opowie o przemierzaniu tych przestrzeni, które są jednocześnie obce i uświadamiają, jak wiele na co dzień się traci. Ale „Jezioro” nie jest pełną fatalizmu mroczną opowieścią o odbieraniu.

Losy Namiego obrazują smutną wędrówkę w poszukiwaniu nieodkrytej jeszcze tożsamości. To młody bohater wydobywający się ze świata wierzeń i przekonań, którym nie umiał w pełni zaufać. Podąża przed siebie, bo chce skonfrontować różnorodność świata z własną ciekawością, odpornością na ból, z zamkniętym szczelnie dla otoczenia sercem i specyficznym rodzajem wrażliwości. To stęsknione za matką dziecko, które nie może samodzielnie funkcjonować. Jednocześnie bohater bardzo hardy i świetnie radzący sobie z bezkompromisowością życia po drugiej stronie jeziora. Akwen ma tu wiele ukrytych znaczeń. Wyznacza też czytelne granice. Pozostałe musi przekraczać sam Nami. Ucząc się brutalności życia, ale i poznając swoje możliwości.

Bianca Bellová operuje bardzo oszczędnym słownictwem, ale wiele słów zabiera się ze sobą w tę czytelniczą podróż z wyobcowanym chłopcem szukającym odpowiedzi, a niezdolnym do zadawania pytań. Warto zwracać uwagę na szczegóły, bo one potem mogą się pojawić znienacka i przypomnieć nam to, czego być może nie jest w stanie przypomnieć sobie Nami. Choćby miętowa herbata. Albo powracający w różnych znaczeniach motyw pustyni. W „Jeziorze” woda walczy z tym, co suche i zabierające życie, ale mamy tu też do czynienia z takim światem trochę przełamanym na pół. Światem, którego oblicza zaczynają na siebie oddziaływać, bo kurczy się przestrzeń granicy wodnej. Maleją także odległości, jakie wytycza sobie sam Nami. W końcu zrozumie, że podróż może mieć mało czytelny początek, ale ma zasadniczo ważny powrót. Bo powracanie okazuje się istotniejsze niż podjęcie decyzji o przemierzaniu drogi. Bellová nie opowiada zatem, jacy możemy być, ale jacy się stajemy, gdy punkt wyjścia stanie się dla nas egzystencjalną metą. Czy to po prostu błędne koło, czy też symboliczne krążenie wokół tego, czemu boimy się uważnie przyjrzeć?

Czeska autorka bardzo subtelnie portretuje okrucieństwo oraz przemoc. Jest dosadna i bezpośrednia, ale każdą formę tego, co niszczące, obrazuje jako pewien żywioł samozniszczenia. Zagładzie ulega to, co pozornie ekspansywne. Nami zmuszony jest konfrontować się z czymś, co w założeniu powinno zniszczyć jego łagodność, oddalić sentymentalną tęsknotę przed brakiem przygarnięcia i utulenia, bo chłopiec szybko stanie się mężczyzną, urosną mu mięśnie, a skóra stanie się twarda nie tylko w dosłownym znaczeniu. Jaki jednak staje się Nami? Jaki jest związek jego wędrowania z akwenem, w pobliżu którego wciąż się znajduje? „Jezioro” to powieść, w której groza kontrastuje z przedziwnie zarysowaną formą doskonałego ciepła serca. Namiego? Czyta się tę pozornie prostą opowieść z poczuciem, że głównemu bohaterowi wciąż coś jest odbierane, a czytelnik przy każdej jego utracie paradoksalnie zyskuje coś dla siebie. Bianca Bellová jest mroczna i ponura, ale jednocześnie tak wspaniale jednoznaczna, że „Jezioro” staje się nie tylko parabolą gorzkiego życia, w którym tak czy owak trzeba odnaleźć swoje miejsce. Ta powieść to przepełniona liryzmem historia egzystencjalnej samotności. Opowieść o tym, jak niewiele możemy zdobyć, choć poświęcamy całego siebie, by życie stało się jednak pasmem zysków, nie utrat. Można tę książkę potraktować także jak traktat o bezkompromisowości każdej zmiany. O tym, że stoi za nią niepewność, a potem strach. I że każda zmiana zmusza paradoksalnie do tego, by wciąż na nowo poszukiwać czegoś stałego i niezmiennego.

2019-01-08

„Cokolwiek wybierzesz” Jakub Szamałek


Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 16 stycznia 2019

Liczba stron: 448

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Sieć niebezpieczeństw

Wydawnictwo W.A.B. rozpoczyna nowy rok z przytupem. Jakub Szamałek wykorzystując konwencję powieści kryminalnej i thrillera, proponuje książkę absolutnie dla każdego czytelnika, bo odniesie się w niej do tego, co zagrażać może każdemu i z czym każdy na co dzień obcuje. Dodatkowo wplecie w swoją dynamiczną fabułę wątek elektryzujący opinię publiczną. Koledzy po piórze mogą autorowi zazdrościć. W przemyślany sposób skonstruował przepis na bestseller. W dodatku zadbał o wszystkie detale, świetnie portretując postacie drugiego planu (o czym twórcy tego typu literatury często zapominają), doskonale tworząc otwarte zakończenie (powieść jest zatem obiecującą zapowiedzią serii), ale przede wszystkim bardzo serio potraktował czytelnika. Strasząc go, daje jednocześnie możliwości szerszych przemyśleń. Zaskakuje, ale i zastanawia. Proponuje kilka ukrytych pytań retorycznych, ale najważniejsze z nich pojawia się w epilogu. Co bowiem po lekturze tej książki powinien zrobić jej czytelnik? Ile wie o swoim bezpieczeństwie, a jak wielu spraw nie jest świadomy? „Cokolwiek wybierzesz” to też inteligentna rozprawa z tym, jak wygląda dzisiejsze dziennikarstwo, jak karmi się internetowy łańcuch pożeraczy sensacji, a także jak wielkim stygmatem może być kobieca seksualność. To powieść o determinacji w poszukiwaniu niewygodnej prawdy. Napisana naprawdę świetnie.

Leon podąża do pracy, gdy musi zmierzyć się z piratem drogowym. Widzi w lusterku nowoczesne auto i człowieka, który dziwnie zachowuje się za kierownicą. Chwilę potem jest świadkiem wypadku: próbujący go wyprzedzić człowiek ginie, gdy auto wpada na barierkę i spada z wiaduktu. Leon nie ma pojęcia, że widzi coś, za czym będzie stać bardzo mroczna sprawa. Sprawa, której wyjaśnienia podejmie się Julita, na co dzień pracująca w redakcji sensacyjnego brukowca internetowego. Oboje będą zadawać sobie wiele pytań. Zaczną od kilku najbardziej zastanawiających. Dlaczego kierowca, który zginął, miał zdarte i zniszczone paznokcie? Dlaczego jego samochód zjechał z drogi i zderzył się z barierką? Co naprawdę wydarzyło się na oczach Leona i czego finałem było to zdarzenie?

Szamałek elektryzuje od samego początku. Interesująca jest koncepcja książki, w której intrygi kryminalnej nie próbuje rozwiązywać policja. Albo nie robi tego wprost. Postacią pierwszego planu stanie się Julita Wójcicka. Kobieta pisząca artykuł o śmierci przy wiadukcie, doskonale się klikający, bo dotyczący postaci publicznej. Nie ma pojęcia, że za chwilę sama się taką postacią stanie. Że będzie musiała toczyć bezpardonową walkę z ukrytym wrogiem. Tylko czy osoba, przez którą życie Julity stanie się koszmarem, naprawdę będzie jej wroga?

Wszystko, co opisuje Jakub Szamałek, koncentruje się wokół tego, w jaki sposób korzystamy z Internetu, czego nie jesteśmy świadomi i w jaki sposób globalna sieć stworzyła doskonały mechanizm kontroli nas samych, o jakim na co dzień nie myślimy, choć wyciągnięcie wniosków dotyczących własnego bezpieczeństwa online wcale nie jest takie trudne. Cokolwiek wybierzesz” to nieco dydaktyczna, ale bardzo intrygująco przedstawiona historia zależności człowieka od Internetu, a także form opresji życia codziennego, w które przez tę zależność dajemy się wtłoczyć. Zagadki kryminalne i mnożące się tropy w sprawie będą związane z odkrywaniem mrocznych zależności między ludzkim życiem a jego elektronicznym sterowaniem. Szamałek bardzo profesjonalnie przedstawia możliwości ingerencji nowoczesnych technologii w nasze życie, ale sygnalizuje przede wszystkim naszą bezradność wobec narzędzia, którego ukrytej roli się nie spodziewamy.

Żyjemy w matni różnorodnych zagrożeń, które sami sobie stworzyliśmy. Autor wieloaspektowo analizuje status ofiary, opowiadając o użytkowniku Internetu – podmiotowo i w odniesieniu do pewnych grup odbiorców specyficznych treści internetowych. Komputer z dostępem do Internetu staje się narzędziem ataku, ale także obrony. Ten dualizm podkreśla dodatkowo niesamowite napięcie, które Szamałek potrafi oddać w bardzo konsekwentnej narracji koncentrującej się wokół specyficznej i bezpardonowej walki. Jednocześnie na tyle myli tropy, że czytelnik będzie zagubiony tak samo jak główna bohaterka. Najpierw działająca w mało etyczny sposób, a potem będąca ofiarą tego sposobu działania. Ta powieść to także przygnębiający obraz tego, co nas interesuje w drugim człowieku, i tego, w jak łatwy sposób możemy się wzajemnie niszczyć. Ale autorska fantazja idzie dużo dalej. Nie tylko wskazuje mroczne strony użytkowania nowoczesnych technologii. Sugeruje, jak ich rozwój wymyka się poniekąd z rąk użytkowników. Jesteśmy świadkami dorastania potwora, któremu sami daliśmy życie. Ale poza Internetem jest jednak coś gorszego – to ludzka podłość i małość. Tym cechom Jakub Szamałek również przyjrzy się bardzo uważnie.

Podoba mi się celowo chyba zbudowana dysproporcja, dzięki której widzimy dwuznaczność roli ukrywania swojej tożsamości. O denacie, którego śmierć tak spektakularnie otwiera powieść, dowiadujemy się bardzo niewiele ze źródeł, w których jednocześnie można znaleźć tak dużo kompromitujących faktów z życia każdego, kto nie zadbał o elementarne zabezpieczenie swojej prywatności. Wszystko, co przerażające na temat nieżyjącego człowieka, wydobywa się z miejsca, które jednocześnie myli tropy, a czasem bezkompromisowo demaskuje to, co chcielibyśmy ukryć. Internet pozwala zatem zamaskować naszą tożsamość, ale jednocześnie odsłonić ją na tyle, że w chwili zagrożenia cyberatakiem jesteśmy absolutnie bezbronni.

Świetne jest to, że elementy sensacyjne w powieści Szamałka mają też drugie znaczenie – w kalejdoskopowej konwencji, niekiedy hiperbolizując, ukazują słabe strony każdego człowieka. Jego nieumiejętność zadbania o własne bezpieczeństwo. Jego niefrasobliwość i poczucie, że panuje nad wszystkim, co robi. Ale przede wszystkim wielką nieświadomość, kim można się stać, jeśli w pewnym momencie świat pełen technologii uzna, że jesteśmy dla niego ważni. „Cokolwiek wybierzesz” to z pewnością książka, po lekturze której z pewną obawą otworzymy swój laptop czy skorzystamy z sieci w telefonie. Ale także dynamiczna historia o obsesyjnej zemście, niewyobrażalnie wielkim bólu i o tym, że bezkompromisowość w działaniu to nie tylko obrona, lecz chęć odwetu. Mroczne, dyskusyjne i niesamowicie przykuwające uwagę.