Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2018-05-30

„Laleczki skazańców. Życie z karą śmierci” Linda Polman


Wydawca: Czarne

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 208

Przekład: Małgorzata Diederen-Woźniak

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Należący do państwa

Ta książka to lektura obowiązkowa dla wszystkich, których przejął film Tima Robbinsa „Dead Man Walking”. Linda Polman w swych rozważaniach o amerykańskim wymiarze sprawiedliwości uznającym i wykonującym karę śmierci będzie jednak odnosić się do szerokich kontekstów – dużo szerszych niż te, których można się spodziewać, rozpoczynając czytanie tego wstrząsającego reportażu. W „Laleczkach skazańców” wszystko koncentruje się wokół perspektywy. Holenderska reporterka przygląda się machinie urzędniczej, sądowej oraz więziennej, na końcu której stoi zgon człowieka skazanego na pozbawienie życia. To spojrzenie zaskoczonej i oburzonej Europejki, dla której kara śmierci jest jednym z niewyobrażalnych współczesnych barbarzyństw. Poza tym to także opowieść o empatii – tej wydobywającej się z samej Polman, która odbywa kilka wycieczek do Teksasu, ale także tej, o której nie mówi się często, bo jest światopoglądowo niewygodna. Chodzi o całe spektrum odczuć więźnia uznanego przez państwo za jego własność. Polman nie stara się udowodnić, że mężczyźni w celach śmierci to ludzie bez skazy, choć zdarza się niejednokrotnie, że w amerykańskich więzieniach na uśmiercenie czekają także niewinni. Autorka usiłuje przyjrzeć się bliżej temu, co i na jakich warunkach w społeczeństwie amerykańskim sankcjonuje proces odbierania życia więźniom. Dlaczego tylko jedna trzecia stanów poszła w kierunku standardów wyznaczanych przez Europę? Skąd przywiązanie do kary śmierci i jej specyficzna adoracja? Czym ona sama jest w wymiarze egzystencjalnym?

Tytuł nawiązuje tylko do jednego z opisywanych problemów. Linda Polman przygląda się relacjom kobiet z więźniami, których postanowiły one poślubić. Intrygujące są motywy postępowania. Bohaterki reportażu bardzo często wiodą udane i dostatnie życie w Europie, by w pewnym jego momencie decydować się na emocjonalny związek z mężczyznami oczekującymi na wyrok za oceanem. Na jednej z cytowanych przez autorkę stron internetowych znajduje się taki wpis: „Byłam w związkach z wieloma draniami niewięźniami. (…) Mój obecny mąż siedzi w celi śmierci, ale traktuje mnie jak księżniczkę”. Czy chodzi tylko o wyjątkowość tego, co w przesyłanych zza oceanu listach piszą mężczyźni w pełni świadomi tego, że ich małżeństwo nigdy nie wyjdzie poza dokument prawny? Czy jest to pewna magnetyczna siła przyciągania, jakaś niezdrowa fascynacja? A może działanie dające skazanemu możliwość poczucia się wreszcie podmiotowo?

Bo amerykański więzień oczekujący na stracenie jest jedynie numerem ewidencyjnym. Mieszkańcem betonowej celi, w której spędza niejednokrotnie kilkanaście lat życia. Kimś, kto – jak korespondent jednej z bohaterek – określa siebie mianem „pogrzebanego za życia”. Ma być w pełni świadomy tego, za po ponosi karę, dlatego nie zabija się więźniów z zaburzeniami percepcji i zdolności rozumowania. Taki więzień ma umrzeć tylko na zasadach ustanowionych przez państwo. Jeśli pojawia się ryzyko utraty życia w wyniku choroby, reaguje się natychmiast i skutecznie. W USA skazany nie może umrzeć z powodu zawału albo innego powikłania. Ma umrzeć na warunkach ustalonych przez państwo. Twardych warunkach wytyczających także okrucieństwo codzienności wyczekiwania na śmierć – w izolacji i podporządkowaniu trybowi machiny więziennej.

Polman kreśli dość ponury obraz systemu, w którym skazaniec podlega ściśle określonym, rozłożonym w czasie procedurom. Nie jest łatwo umrzeć, gdy na sali sądowej słyszy się wyrok skazujący. Nie jest też łatwo żyć ze świadomością, że ten wyrok nie zostanie szybko wykonany. Książka portretuje mroczne odcienie niepewności i oczekiwania, ale także przejmujące losy tych, którzy zostają skazani na śmierć, bo nie mieli możliwości, by się temu przeciwstawić. Adwokaci z urzędu to spektakularni dyletanci na salach sądowych. Koszmarne są zbiegi okoliczności, które powodują, że od drobnej kradzieży do śmiertelnego zastrzyku droga staje się długa, ale jak najbardziej realna, naznaczona tym okrutnym końcem. Linda Polman zwraca uwagę na to, gdzie w amerykańskim systemie sądowniczym i karnym ukryte są niebezpieczne absurdy i w jaki sposób Amerykanie starają się zatuszować, że zasadność kary śmierci w wielu przypadkach może być wątpliwa.

Tymczasem Teksas, który odwiedza autorka, to stan wyjątkowo kochający ten najokrutniejszy rodzaj kary. Przyglądamy się temu, jak wygląda życie w jego cieniu, nie tylko odwiedzając miejsca związane z więziennictwem. Komu i czemu ma służyć uśmiercanie ludzi? Okazuje się, że w Houston, które tak chętnie skazuje na śmierć, przemoc ma jedno z najbardziej okrutnych oblicz. Nie ma więc lęku przed tym, co może być orzeczone na sali sądowej? Kara śmierci urasta do rangi swego rodzaju mentalnego fetyszu. Adorowana w miejscach, gdzie ludzie cytują Biblię i zaciskają pięści w gniewie do bliźniego. Sankcjonowana w opresyjnym społeczeństwie, które doznaje różnego rodzaju traum i w żaden sposób nie chce pozwolić na ograniczony dostęp do broni. To obraz Ameryki z jednej strony kategorycznej i stanowczej, z drugiej jednak – będącej miejscem różnego rodzaju zagubienia oraz frustracji. To one dominują w więźniach, których historie portretuje Polman. Najciekawsza część „Laleczek skazańców” opowiada o relacjach między skazanymi i ich bliskimi żyjącymi poza murami więzienia. O obustronnych dramatach i nierzadko skrywanych – dla dobra tego drugiego – emocjach.

Czego mi tu brakuje? Przede wszystkim rozmów z więźniami, którym nie udało się zabłyszczeć w mediach i zwrócić uwagi opinii publicznej na swój dramat wyczekiwania na śmierć. Polman spotyka się tylko z tymi, których biografie i losy są powszechnie znane. Druga sprawa to brak uważniejszego prześledzenia relacji wspomnianych kobiet z mężczyznami, których poślubiają, choć wiedzą, że to tylko ślub wsparcia, nie normalnej relacji. Linda Polman sięga do listów tylko jednej z rozmówczyń. Być może inne rodzaje korespondencji bardziej rozbudowałyby kwestię, która jest jedną z najciekawszych w tym reportażu. Mimo to „Laleczki skazańców” to świetna rzecz opowiadająca o różnego rodzaju krzywdach, które potrafimy sobie wzajemnie wyrządzać, i o śmierci, która w pewnym momencie może stać się wybawieniem, nie karą. Mocna i poruszająca wyobraźnię książka.

2018-05-28

„Ogrodnik” Agnieszka Płoszaj


Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 576

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,99 zł

Tytuł recenzji: W imię miłości

Czasami lubię poeksperymentować i zaglądam do książki będącej kontynuacją – z dużą ciekawością tego, czy będę w stanie się w niej odnaleźć, bo pisanie powieści cyklicznych to też duża sztuka, jeśli autor nie chce hermetycznie zamknąć grona odbiorców tylko do grupy ludzi, którzy znają pierwszą część cyklu. „Ogrodnik” był zatem wyzwaniem. Agnieszka Płoszaj nie ułatwia kontaktu z nowymi dla mnie bohaterami, ale tak wprowadza w świat ich doświadczeń, że przy uważnej lekturze można się odnaleźć w tej opowieści. Historii wielowątkowej i naprawdę wymagającej uwagi. Płoszaj buduje symultanicznie dwie pasjonujące historie o miłości, a raczej o tym, do jakich działań może ta miłość prowadzić, jakie pokłady determinacji wydobyć z człowieka i jak zaskakująco kształtować motywy działania tych, którzy dla kochanej osoby są gotowi zrobić wszystko. Jedna z tych historii będzie sentymentalna, lecz niepozbawiona elementów dramatycznych. Druga osadzi się w intrydze kryminalnej, która skradnie tę powieść i odbierze pierwszeństwo śledztwu zaznaczanemu początkowo przez znalezionego trupa młodej dziewczyny, która umyta i pozbawiona elementów piercingu leży w parku na płatkach róż. „Ogrodnik” jest także historią o lojalności, konsekwencji w działaniu, o zamiłowaniu do dzieł sztuki i o bezkompromisowości podłego świata, w którym zagubione są przede wszystkim nastoletnie dziewczyny. Zaskakuje świeżością i dynamiką. Sprawnie operuje językiem potocznym bohaterów, pokazując jego rolę i znaczenie w budowaniu akcji. Jest to kryminał dla koneserów, ale także zgrabnie skonstruowana powieść obyczajowa. O tym, z jakimi brakami i deficytami emocjonalnymi mierzymy się na co dzień, i o konsekwencjach ich niezaspokojenia.

Postacią numer jeden jest Julia Bronicka. Myślę, że ciekawie sportretowana w pierwszej części cyklu, tutaj staje się absolutnym spiritus movens. Julia prowadzi ze swoją wspólniczką kawiarnię, jest w związku z prowadzącym śledztwo policjantem, musi zmagać się z lokalnym gangsterem i zmuszona zostaje do wzięcia udziału w zdarzeniach ogniskujących w sobie chęć zysku połączoną z adoracją piękna pewnego ważnego obrazu. Płoszaj portretuje bohaterkę jako kobietę asertywną, dzielną, niepoddającą się i wyjątkowo inteligentną. Za każdym razem przekonująca i sugestywna – zarówno wówczas, gdy dzielnie walczy z przeciwnościami losu, jak i w momentach zwątpienia, kiedy cała jej siła zdaje się znikać, a Julia nie chce nikomu pokazać, że towarzyszą jej lęk i zagubienie oraz łzy, które stara się ukryć. Julia Bronicka będzie też łącznikiem między dwiema rysowanymi historiami – zupełnie przypadkiem będzie mieć swój udział w wyjaśnieniu zagadki zamordowanej dziewczyny i koncertowo poprowadzi nas przez szereg dramatycznych wydarzeń odciągających na chwilę uwagę śledczych od sprawy denatki, a bezpośrednio związanych z łódzkim światem przestępczym, którego egzemplifikacją jest cyniczny Witold Dales szantażujący Julię.

To także ukochana Tomasza Mielczarka, któremu towarzyszy ogromny dylemat. Jako policjant winien wypełniać obowiązki służbowe. Jako partner Julii wkracza na niebezpieczny teren, w którym to, co dozwolone, łączy się z działaniami, jakich nie powinien podejmować jako śledczy. Tomasz z trudem odnajduje się między światem przestępczym a obowiązkami służbowymi, jednak uczucie do Julii przeważa – będzie zmuszony pomóc jej środkami, jakich nie powinien stosować. Mielczarek funkcjonuje tu zatem jako kochanek, któremu kierunek działań narzuca uczucie, ale także uważny policjant konsekwentnie rozszyfrowujący zagadkę śmierci dziewczyny, z którą powiązani są między innymi prezes banku czy lekarz wykonujący nielegalne zabiegi przerywania ciąży.

Tak, profesor Madecki odgrywa w wydarzeniach dużą rolę. Odnajdziemy zaskakująco dużo punktów wspólnych w tym, co myślą i jak działają Madecki oraz Mielczarek, choć przecież są dla siebie antagonistami i każdy z nich ma inne priorytety. Agnieszka Płoszaj bez dydaktycznego tonu wiąże losy tych dwóch mężczyzn, opowiadając o tym, jak oblicze miłości może zmienić działania oraz system wartości człowieka. Okaże się, że zgon nastolatki będzie powiązany z pewną historią sprzed lat rozgrywającą się w Uzbekistanie. Czas i odległość nie będą tu przeszkodą, bo odnajdziemy wiele powiązań między tym, co wspominane, a tym, co dzieje się właśnie teraz w Łodzi. Mężczyźni walczący o kochające ich kobiety – motyw nieco archaiczny, ale nie w ujęciu, jakie proponuje nam Płoszaj.

„Ogrodnik” to też książka podejmująca trudny temat odpowiedzialności kobiet za siebie w krytycznych momentach ich życia, co obrazują skomplikowane historie bohaterek decydujących się na przerwanie ciąży. Ta powieść to mroczne memento mówiące o uprzedmiotowieniu kobiet – w kontekście seksualności i dramatycznych wyborów będących pokłosiem przypadkowych kontaktów seksualnych. Celowo rozpięty został pomost między Łodzią a Samarkandą, czasami współczesnymi a drugą połową ubiegłego stulecia. Płoszaj sygnalizuje i alarmuje. To, za co czeka kobietę ostracyzm, bywa czasem decyzją okupioną niewyobrażalnym bólem i rozterkami. Retrospekcje dotyczące losów młodych łodzianek pokazują, jak łatwo wpadają one w matnię zależności, których efektem może być ta przerażająca decyzja o przerwaniu ciąży.

To dodatkowo podkreśla, że w kilku wymiarach „Ogrodnik” jest historią ludzkiej desperacji. Zakochany mężczyzna gotów na wszystko. Żądny zysku gangster działający w taki sam sposób. Nieszczęśliwe i zagubione nastolatki usiłujące za wszelką cenę przywrócić życiu normalność. Gotowa do poświęceń kobieta szantażem zmuszona do działań, za którymi stoi dodatkowo zagadka jej pochodzenia. Jest w czym wybierać i nad czym się zastanawiać. Dodatkowo Agnieszka Płoszaj myli tropy i zaskakuje – są momenty, w których nie mamy już pewności, komu ufać, kto działa właściwie, kto czyni coś złego. Krótkie, rwane rozdziały nasilają dynamikę zdarzeń. Wielowątkowość wymusza szczególny rodzaj skupienia. Jednocześnie wciąż na nowo jesteśmy stawiani w sytuacjach granicznych. Razem z bohaterami, którzy muszą sobie z nimi radzić. „Ogrodnik” to zgrabna fantazja o tym, czego o sobie nie wiemy i co z tej niewiedzy zamienia się w konkretne działanie, kiedy życie stawia nas pod ścianą. To nie tylko rozrywkowa powieść kryminalna i sensacyjna. To przede wszystkim historia konsekwencji w działaniu i walki o samego siebie. Opowiedziana z różnych perspektyw – tych podejmujących się tej walki i tych, którzy z różnych powodów podjąć jej nie mogą.

2018-05-25

„Granica zapomnienia” Siergiej Lebiediew


Wydawca: Claroscuro

Data wydania: 28 lutego 2018

Liczba stron: 370

Przekład: Grzegorz Szymczak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Obecność w pustce

To jedna z tych ambitnych i wymagających książek, które pozostają na zawsze, nie dają się usunąć z pamięci. To, co robi z językiem Siergiej Lebiediew, to sztuka umiejętnego zniewalania. „Granica zapomnienia” jest bardzo intensywną, gęstą prozą. W obrębie jednej strony sytuujemy się wobec bezkompromisowości otaczającego świata i bogatej wyobraźni autora. To, co widzi, przekształcone jest w formie poetyckich wizji na to, czego doświadcza. Lebiediew wychodzi naprzeciw temu, o czym pisali między innymi Sołżenicyn i Szałamow. Portretuje jednak to, co pozostało po narzędziach terroru, i opowiada o tym, jak współczesna Rosja wprawna jest w zapominaniu, czym był jej totalitaryzm, a także czym jest, bo tkwi w świadomości, również we krwi. Wypierany obraz okrucieństwa idzie w parze z wewnętrznym przekonaniem autora, że pamięć jest imperatywem, tylko ona kształtuje tożsamość. Ruszamy zatem w podróż po Rosji radzieckiej, ale znajdujemy się także w krajobrazie uczuć i emocji opowiadającego. Wszystko w niezwykle kameralnej tonacji – wokół dominują pustka i cisza, w zasadzie nic się nie dzieje, obserwujemy martwy albo uległy wobec marazmu świat, w którym jednak rozgrywa się niemy dramat. Dramat wypierania z pamięci tego, czym była totalitarna Rosja, co pochłonęła i jakie są koszty bycia człowiekiem postradzieckim z nieprzepracowanymi traumami i niezadanymi z lęku pytaniami o czas przeszły.

Spektakularna wizyjność tej powieści czyni ją mistyczną, ale tylko w znaczeniu siatki pojęć podległych charakterystycznym dla narratora interpretacjom. Balansując na granicy intymnego zwierzenia, bohater Lebiediewa opowiada nie tylko o narodzie i państwie, ale także szokująco i sugestywnie przedstawia rozpad narodowej tożsamości, uciekanie od niewygodnych faktów, trudnych interpretacji, nierozsądnych porównań czasu przeszłego z tym, co dzisiaj. Przeżywający świadomie rozpad Związku Radzieckiego bohater podąża potem ku dalekiej Syberii, by tam przyjrzeć się, jak rozpadła się kolektywna wiara w porządek i jak szybko zapomniane były opresyjne narzędzia tej wiary, które pozbawiały człowieczeństwa, a potem życia. Dociera do miejsc, w których sam musi odnaleźć jakieś punkty zaczepienia. Zadać pytania o to, co tu się właściwie wydarzyło, co zostało odebrane tej dalekiej mroźnej krainie, na jakich prawach wegetują dzisiaj jej mieszkańcy podporządkowani pracy i piciu, co kryją w sobie bezgraniczna pustka i te groźne przestrzenie ozdobione drutem kolczastym – dzisiaj wyznaczającym inny rodzaj porządku.

Historię rozpoczyna sekwencja wspomnień z dzieciństwa. Bohater, wypoczywając z rodzicami na daczy, poznaje charyzmatycznego sąsiada. W tej bezpiecznej przestrzeni relaksu i ucieczki od codzienności pojawia się ktoś, kto w swej stanowczości i wyobcowaniu każe zadawać pytania o czas przeszły. Drugi Dziadek, ślepy ogrodnik z sąsiedztwa, uosabia tajemniczą rosyjską anonimowość – cechę dystynktywną społeczeństwa, ale i każdego człowieka, który z racji wieku średniego musi pamiętać o czymś, o czym nie chce pamiętać. A Drugi Dziadek jest starszy, musi pamiętać dużo więcej. Od początku widzimy, że niezwykła postać wprowadzająca niepokój do sielskich wspomnień o wypoczynku na daczy będzie mieć ogromny wpływ na dorastającego mężczyznę. Chłopiec wydobywa się z dzieciństwa w miarę bezboleśnie, ale wspomnienie Drugiego Dziadka jest pewnym niepokojącym śladem, który zdeterminuje jego późniejsze działania. Poszukiwania prawdy. Poszukiwania wszystkiego, co tak łatwo zapomniał człowiek radziecki, a dzisiaj nonszalancki Rosjanin bez kontaktu z czasem przeszłym.

Lebiediew traktuje pamięć w bardzo specyficzny sposób. „Pamiętać – to znaczy być w związku z realnością albo samemu być tym związkiem”. Jego bohater usilnie próbuje wskrzesić z pustki i monotonii wszystko to, co kiedyś było żywe, naznaczało tragizm pojedynczego człowieka, ale i całego pokolenia. Chce z pustki i ciszy wokół wydobyć krzyk przeszłości. Wędruje jednak po świecie przypominającym trochę oniryczną przestrzeń zapomnienia. Szuka śladów przeszłości Drugiego Dziadka, lecz przecież nie tylko o niego chodzi – chodzi o całą tę skomplikowaną strukturę umiejętnego odżegnywania się od krzywdy, dzięki któremu kaci i ofiary mają się dzisiaj tak samo, nikt nie chce wyznaczać ról, rozliczać z cierpień, pamiętać o odbieraniu godności. Tymczasem podróżujący po Syberii bohater książki mierzy się z prywatnymi demonami, ale też z wieloma wątpliwościami natury egzystencjalnej. Chce znaleźć drogę wskazującą to, z jakich kontekstów wydobyły się naród rosyjski i współczesna Rosja. Chce wiedzieć, co pchnęło ludzi ku okrucieństwu, ale równie ważne jest to, co spowodowało narodową amnezję. Doskonale widać ją w prowincjonalnym miasteczku zbudowanym na wiecznej zmarzlinie, na opuszczonym cmentarzu, w starym kamieniołomie…

I tu pojawia się kolejny aspekt rozważań o pamięci. Bohater Lebiediewa jest żałobnikiem straty, której nikt właściwie nie nadał znaczenia. Aby iść naprzód i żyć zgodnie z samym sobą, musi zrozumieć, skąd wydobyło się rosyjskie niepamiętanie, a jednocześnie – skąd pochodzi ta silna więź, która ukształtowała tak wprawne w porządku okrucieństwa społeczeństwo. Z jednej strony jest więc „Granica zapomnienia” specyficzną powieścią inicjacyjną, z drugiej jednak – próbą wnikliwej diagnozy stanu mentalności narodu, która wydobywa się z tego, że nienazwane miejsca, niezrozumiałe zdarzenia, niepokojące gesty i słowa trochę obezwładniają, trochę jednak nadają śmiałości, by pytań, wątpić.

Siergiej Lebiediew tworzy powieść zaznaczającą pewne fantazje o obecności w pustce. Zniewala plastycznym stylem, niepokojącymi zdaniami, porywającymi dygresjami budującymi jednak spójną opowieść o poszukiwaniu, goryczy konfrontacji z niedopowiedzeniem oraz o ogromnej determinacji każącej pamiętać za innych, odpowiadać za innych, definiować kształt świata w oparciu o rozumienie przeszłości. To też książka niebywale sugestywnych opisów. Nigdy nie sądziłem, że tak mnie zelektryzuje opis upału czy tego, co widzi się przez okno pociągu podczas podróży. Lebiediew zapisuje się w pamięci każdym niepokojącym i wieloznacznym zdaniem. Chce spojrzeć w twarz zła totalnego, czyli uczynić coś, na co nikt nie ma odwagi w tym narodzie zachowawczo zapominającym prawdę. Tak pisze się wielką literaturę współczesną. Tak opowiada się o kraju, który się kocha – bez względu na to, czy ten kraj kiedykolwiek pokochał swego obywatela.

2018-05-23

„Ferma blond” Piotr Adamczyk


Wydawca: Agora

Data wydania: 23 maja 2018

Liczba stron: 536

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Wojna i namiętności

Piotr Adamczyk wydobył pożądanie z szafy i napisał świetną powieść o jego roli w życiu społeczeństwa ukształtowanego przez kult jednostki. Jednocześnie wrócił do tematyki wojennej, która była kanwą jego „Domu tęsknot”, ale w zaskakującej odsłonie. Dlaczego? Autor konsekwentnie trzyma się nurtu literatury popularnej i tym razem stawia nas przed nie lada wyzwaniem. Bo czy taki typ literatury jest w stanie udźwignąć tematykę nazizmu zagarniającego wpływy, okrucieństw drugiej wojny światowej, tematykę mrocznej filozofii rozrodu ku chwale agresywnych Niemiec, kradzieży dzieł sztuki, obozów zagłady i tego, w jaki sposób III Rzesza budowała swą ekspansywną siłę, nie tylko krzywdząc inne narody, lecz przede wszystkim ideologicznie rujnując własny? Pojawia się ogromne ryzyko, bo tematy poruszane w „Fermie blond” wymagają taktu, ale nie muszą być opisywane w jednoznacznie dramatycznej konwencji. Piotr Adamczyk jest odważny i potrafi dotknąć przerażających kwestii w innej niż patetyczna tonacji. Opowie przede wszystkim o sile kobiet, bo nie od dziś wiemy, że kocha kobiety. Zaproponuje coś na kształt sensacyjnej narracji, realistycznej i zmyślonej. Łączącej współczesne, pełne niepokoju poszukiwania z dramatami młodych Niemców, których zmuszano do przyjęcia jedynej słusznej ideologii, ginięcia na froncie i do reprodukcji ku chwale jedynego doskonałego narodu świata.

„Ferma blond” to książka bardzo inteligentna, łącząca w sobie wspomnianą już sensacyjność z niezwykłą umiejętnością opowiadania mrocznej historii w barwnej tonacji, ale i w naiwnej konwencji oddającej wzruszenia i porywy serca dojrzewającej dziewczyny. Adamczyk nie opowiada nam w zasadzie niczego nowego – ani o tym, jak hitlerowskie Niemcy przygotowywały swych obywateli do wojny, ani o samych okrucieństwach wojennych, ani też o dramatycznych wyborach etycznych pozbawionych przynależności narodowej czy rasowej, a opartych jedynie na drogowskazach moralnych nieznających żadnych ludzkich podziałów. Wychodzi z tego mimo wszystko fascynująca opowieść, niuansująca nastroje, emocje i uczucia, ale przede wszystkim odnosząca się do sfery cielesności i seksualności bez druzgotania tabu czy ekspresyjnych hiperboli, bo Piotr Adamczyk ma szacunek do kobiecego ciała, a chce opowiedzieć o sile jego oddziaływania. O cielesności pożądania, tęsknot, zguby, wstydu, potęgi, prokreacji i fantazji prowadzących ku zatraceniu. Śmiało, odważnie, a jednocześnie w dobrym guście. O kobiecości jako sile. O męskości, która tylko czuje się wyższa, a przegrywa w wielu wymiarach i na wielu frontach. Bo to książka o tym, co dzieje się z dala od wojennego frontu, ale o wojnach równie okrutnych i pochłaniających ofiary.

Narrator powieści nawiązuje kontakt z niemieckim kuzynem, zwolennikiem skrajnie prawicowej partii rosnącej w siłę za Odrą. Ów kuzyn odkrywa pewne tajemnice rodzinne, które powodują, że ogarnia go wewnętrzny chaos. Dumny ze swej niemieckości odkrywa, że przeszłość nie była tym, z czym mógłby się dzisiaj zmierzyć. Musi się zmierzyć nie tylko z tajemnicami matki i enigmatycznym miejscem, w którym przyszedł na świat. Musi także skonfrontować się ze swym polskim kuzynem na froncie walki o kobiece zainteresowanie. Stają naprzeciw siebie tak, jak kiedyś stanęli ważni mężczyźni w życiu Charlotte, matki Michaela. Odkrywanie zagadki przeszłości stanie się łatwiejsze, gdy pojawi się stwarzana przez narratora historia. Ta zaś zręcznie połączy postacie i wydarzenia rzeczywiste z niezwykłą wyobraźnią autora „Fermy blond”.

Adamczyk bardzo sugestywnie oddaje lata tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej i portretuje to, jak ideologia III Rzeszy zawłaszczała umysły, pustosząc je na tyle, że wojna doprowadza nie tylko do zniszczeń, śmierci i okrucieństw. Owładnięte kuszącą ideologią społeczeństwo dopuściło się w swej świadomości stworzenia ideologii rozrodu. A z nią pojawia się mroczna historia ośrodka Lebensbornu, którego ślady po latach bada narrator powieści. Tematykę Lebensbornu wykorzystali w różny sposób francuscy prozaicy, których tłumaczenia mieliśmy w ostatnich latach okazję poznać – jak na przykład Nicolas d’Estienne d’Orves w „Sierotach zła” czy Valentin Musso w „Zimnych popiołach”. Piotr Adamczyk wykorzystuje ten temat w bardzo specyficzny sposób. Opowieść o hodowli rasowych ludzi ku chwale hitlerowskich Niemiec jest tylko pewnym punktem na drodze poszukiwań i jednocześnie jednym z wątków wyjątkowo skomplikowanej intrygi, która po latach prowadzi dwóch kuzynów w okolice Łodzi. Lebensborn będzie synonimem zawłaszczania i przemocy. O tym w gruncie rzeczy jest „Ferma blond” – powieść opowiadająca o męskiej potrzebie zagarniania, o wydobytej z ideologii społecznej przemocy, ale także o kobiecej inteligencji, przebiegłości… i zemście.

Charlotte jest młodziutką dziewczyną, kiedy podgląda Adolfa Zieglera w intymnej sytuacji. Podglądając, wie jednocześnie, że ona chciałaby się w takiej znaleźć. Z nim. Wielbicielem kobiecych wdzięków, malarzem aktów uwikłanym w kilka enigmatycznych intryg, jednocześnie kusicielem obezwładniającym młodą Charlotte. Za jego działaniem i tym, jak postępuje, stoi nie tylko spaczone pojmowanie świata wpajane wszystkim Niemcom, ale także samcza potrzeba posiadania, której wyjdzie naprzeciw zaskakująca siła kobiecego samostanowienia. Adamczyk opowie o płomiennym romansie i jego dramatycznych konsekwencjach. O człowieku pożeranym przez machinę systemu, w którym się zakochał. Bo Ziegler to zdobywca, a Charlotte zaczyna rozumieć, że miłość może mieć też mroczny rewers. Wówczas, gdy stanie się nienawiścią. I gdy kobieta przestanie czuć się jak modelka wykorzystywana do malowania aktu.

U boku Charlotte stoi także Kristian, drugi mężczyzna erotyczno-emocjonalnego dramatu w trójkącie. Jego losy w zaskakujący sposób splotą się z losami dziewczyny, ale postać Kristiana będzie też nieco innym uosobieniem tego, co III Rzesza uznała w mężczyźnie za właściwe, konieczne, wielbione i słuszne. Bo Piotr Adamczyk opowie o miłości fatalnej z trzech punktów widzenia – tak jak o hitlerowskich Niemcach opowiedzieć trzeba z przynajmniej trzech różnych perspektyw. Po to, by pokazać absurd wojny, niestałość miłości, ale także istotę kręgosłupa moralnego. Tego, że w nieludzkich czasach można było być przyzwoitym człowiekiem. A cała sfera seksualności i erotyzmu? Także ma swoje znaczenie, bo Adamczyk nie serwuje nam przecież tylko pikantnej opowieści o niemieckich podbojach łóżkowych. Cielesność jest wieloznacznym symbolem – ukazuje moc wyzwolenia i destrukcji. Uprzedmiotowiona kobieta okazuje się zwyciężczynią wielu potyczek i zagrań. Charlotte – naiwna dwunastolatka marząca o miłości – będzie gotowa wziąć za siebie odpowiedzialność i powalczyć o godność jeszcze dla kogoś. Większość rozerotyzowanych mężczyzn w tej powieści poniesie mniej lub bardziej spektakularną porażkę.

To też powieść fantazjująca o istocie sztuki… i sztuce jej zawłaszczania. Kolejny i niejedyny aspekt zdobywania czegoś siłą. Autor „Domu tęsknot” buduje wielopiętrową intrygę z obrazami w tle, aby oddać głos wizerunkowi i zwrócić uwagę na to, jak wielkie znaczenie w naszym życiu i w dokonywaniu wyborów ma to, na co i w jaki sposób patrzymy. Ale to jedna z wielu ścieżek interpretacyjnych „Fermy blond”. Powieści zderzającej wielkie dramaty ze specyficznym poczuciem humoru autora i z kameralnymi scenami opowiadającymi o tym, że zgubna może być nie tylko wojna, ale także wywołana w jej trakcie namiętność.

2018-05-21

„Na tropie mordercy. Historia prywatnego śledztwa, które wstrząsnęło Szwecją” Joakim Palmkvist


Wydawca: Burda Książki

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 350

Przekład: Patrycja Włóczyk

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Rodzinne tajemnice

To bardzo przemyślany, napisany z dużą umiejętnością budowania napięcia reportaż, w którym fabularny sznyt wyróżnia dodatkowo opowieść o skonfliktowanej bogatej szwedzkiej rodzinie. Nic dziwnego, że zyskał na popularności – jest swoistym rewersem dla popularnych w Szwecji kryminałów, albowiem opowiada o zdarzeniach naprawdę mających miejsce i ujawnia, co koloryzują i modyfikują powieści kryminalne. „Na tropie mordercy” to bardzo dokładny zapis tego, co w sprawie elektryzującej opinię publiczną mogła zrobić policja. Jakie działania była w stanie podjąć, a jakie okazały się niemożliwe. Palmkvist ukazuje realne procedury policji oraz prokuratury, uzmysławiając czytelnikom, jak trudna do rozwikłania była sprawa zaginięcia Görana Lundblada, która ostatecznie stała się sprawą brutalnego morderstwa. Na kartach tej książki prześledzimy krok po kroku, w jaki sposób szwedzka policja analizowała sprawę najpierw pod kątem zaginięcia, i przyjrzymy się temu, jak trudne było przesunięcie zadań w stronę innego priorytetu – poszukiwania śladów zabójstwa. Wszystko w bardzo dobrym, analitycznym stylu, w którym autor stopniowo odsłania zagadki śledztwa, ale przede wszystkim rekonstruuje trudne relacje rodzinne oraz portretuje Therese Tang – kobietę spoza kręgów policyjnych, której udało się rozwikłać zagadkę.

Joakim Palmkvist jest czuły na detale. Umiejętnie buduje opowieść o tym, jak skomplikowane relacje istniały od dziesięcioleci w szwedzkiej rodzinie Lundbladów – rodzinie naznaczonej podległością, różnymi formami przemocy psychicznej, ale przede wszystkim trudnym do uniesienia napięciem zarysowanym w relacjach stwarzających potem okazję do snucia domysłów, co tak naprawdę stało się z multimilionerem, który pewnego dnia znika bez śladu. Ta mroczna opowieść o zależnościach opartych na pomnażaniu majątku pokazuje nam ludzi nieszczęśliwych, wycofanych, zagubionych w sferach emocji i niezdolnych do prawdziwego kontaktu. Uda nam się poznać sieć zależności, które budowały funkcjonowanie rodziny, relacje między jej poszczególnymi członkami. Pieniądze rodu odgrywają dużą rolę, ale Palmkvist sięga głębiej – obrazuje sieć toksycznych zależności przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Ukazuje dwójkę wyobcowanych ludzi żyjących w pewnej symbiozie charakterów. To zaginiony Göran i jego córka Sara. Bliscy i jednocześnie oddaleni. Wspólnie pracujący, spędzający czas, szukający podobnych form odreagowania emocji. Jednocześnie silnie skonfliktowani. Przedmiotem sporu jest wybór Sary: jej nieakceptowany przez ojca chłopak i zakusy tej dwójki, by dobrać się do majątku Görana…

„Na tropie mordercy” ma jeszcze jedną bardzo ważną bohaterkę. To wspomniana Therese Tang stojąca na czele grupy Missing People. Dynamiczna kobieta o barwnej biografii, która jako jedyna wpada na właściwy trop rozwiązania zagadki. A może działając nieco inaczej niż policja, zbliża do siebie mordercę. Przecież książkę otwiera szalenie sugestywna, pełna napięcia scena, w której Tang oczekuje przyjazdu człowieka w jej mniemaniu mającego zaraz przyznać się do zbrodni. Dlaczego witają się z taką zażyłością? Do czego doprowadziła Tang, co odkryła i przede wszystkim w jaki sposób to osiągnęła? Jej historia i postępowanie będą stanowić pewną przeciwwagę dla policyjnych działań ograniczonych procedurami, których Tang nie musi stosować. Dzięki swoim umiejętnościom prospołecznym i ogromnej empatii zdobywa wiedzę dużo większą niż policjanci. Widzi więcej kontekstów, więcej rozumie. Od początku będzie przekonana, że w sprawie zaginięcia milionera coś jest bardzo nie tak. Zaskakująco sprawnie będzie potrafiła dotrzeć do największych tajemnic.

Palmkvist ustawicznie podkreśla rozbieżności i wymuszone koniecznościami odmienności działań policji oraz zdeterminowanych wolontariuszy z grupy Missing People. Zwraca uwagę na to, że w całej sprawie istotny jest brak ciała. Uniemożliwia to realizację działań prawnych przewidzianych na okres po śmierci Görana Lundblada. Czy komuś zależy na tym, by nikt nie odnalazł denata? By była to stale sprawa zaginięcia i by mnożące się domysły zwyczajnie wygasił upływ czasu? Mimo że część faktów i domysłów pojawia się w umyśle czytającego już na wstępie, lektura tej książki jest wyjątkowo elektryzująca, albowiem Joakim Palmkvist stosuje ciekawe zabiegi narracyjne mające tę opowieść nie tylko zdynamizować, ale pozostawić w pewnym niepokojącym zawieszeniu. Śledzimy losy córek Lundblada – jedna stara się rozwikłać zagadkę zniknięcia ojca, druga wyjątkowo spokojnie przyjmuje wieść o jego zaginięciu. Cała sprawa komplikuje się, kiedy poznajemy szereg wspomnianych już zależności, z których powodu rodzinę Lundbladów można określić jako toksyczną. Autor dodatkowo sugestywnie portretuje stosunki międzyludzkie na szwedzkiej prowincji. Okazuje się, że pośród swoich i na niewielkiej przestrzeni dobrze wszystkim znanej oraz oswojonej może mieć miejsce okrutna zbrodnia. W zaciszu domu, w oddaleniu, na wsi, pośród ludzi znających się od lat. Można zastanawiać się nad tym, na ile komuś mogło zależeć na wyciszeniu sprawy, ale przede wszystkim warto w wyobraźni ocenić, jakie możliwości wyciszania największych podłości ludzkich mogą dawać takie przestrzenie jak ta, w której rozegrała się tragedia.

Jak donosi Palmkvist: „W Szwecji każdego roku znika około 7000-8000 osób. Większość z nich się odnajduje”. Tu będzie mowa o nieco innym odnalezieniu. Także o tym, jak sformułowane są szwedzkie procedury postępowań w sprawach o zaginięcie, a potem w okolicznościach odnajdywania zaginionego – takiego, który jednak jest w tej mniejszości i sam się nie odnajdzie. Podoba mi się umiejętne stopniowanie napięcia w tej książce, a także jej wielowątkowość. Palmkvist obrazuje sprawę zaginięcia Görana Lundblada z naprawdę wielu perspektyw – wszystkich koniecznych do zrozumienia, co się naprawdę wydarzyło. I do przemyśleń o tym, co działo się wcześniej, przed zaginięciem. Historia bogatej rodziny w konflikcie staje się punktem wyjścia do rozważań na temat skuteczności działań szwedzkich służb poszukiwawczych – formalnych i nieformalnych. To historia o ogromnym zaangażowaniu, konsekwencji w działaniu i pod koniec psychologiczny thriller, bo to, co zapowiada zaznaczony wyżej prolog, będzie mieć ekscytującą kontynuację na ostatnich stronach książki. A ta bardzo mocno przykuwa uwagę i nie pozwala się od siebie oderwać.

2018-05-18

„Kocio” Elżbieta Isakiewicz


Wydawca: Sic!

Data wydania: 18 maja 2018

Liczba stron: 184

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 25 zł

Tytuł recenzji: Inna perspektywa

Napisać, że najnowsza książka Elżbiety Isakiewicz jest rzeczą dla wszystkich wielbicieli kotów, to napisać stanowczo za mało. Nie chodzi bowiem tylko o to, że cała publikacja koncentruje się wokół zwierząt, ale przede wszystkim o to, dla jakiego rodzaju opowieści koty są tu punktami wyjścia. Autorka opowiada o tych własnych, doskonale oswojonych i ukochanych. O kotach znajomych, z którymi związane są opowieści i anegdoty. O tych zmyślonych, które opowiadają niezwykłe historie – takie, gdzie bohaterowie uczestniczą w jakichś kluczowych zdarzeniach ich życia, mając za świadka kota, gdy przeżywają swe „rzeczy pierwsze”. Bo Isakiewicz chce pokazać kocią dumę, niezależność, charyzmę i samowystarczalność, portretując dodatkowo złożony świat kocich właścicieli. Albo ludzi, na których drodze koty stanęły w bardzo istotnym momencie życia. „Kocio” to podzielona na dwie części z intrygującym epilogiem i zabawnym aneksem opowieść o tym, że pośród wszystkich ludzkich głupców koci król mądrości zawsze ma rację, zawsze jest najważniejszy i nigdy nie może przestać być traktowany podmiotowo. Isakiewicz buduje nieco dłuższe narracje niż te tworzące „Niewyśnione historie”, ale zapadają one w pamięć równie mocno, bo autorka doskonale wie, jak skondensować treść w wysublimowanej formie. Zaskakuje frazą, układem zdań, wydobywającymi się z nich skojarzeniami i kontekstami – o kotach można bowiem pisać z ogromnej liczby perspektyw.

Opowiadania Isakiewicz rozdzielają minitraktaty o wyższości kociej natury. Tu autorka pół żartem, pół serio pozwala sobie na filozofowanie, prowokacje i uwodzenie czytelnika. Nie wiemy, które z definicji bytu kota są serio, które mają odnosić się do nas samych i pokazywać tę zaskakującą zależność między człowiekiem a zwierzęciem, w której to kot definiuje strony i zaznacza istotę wzajemnych zależności. Widzimy jednak prowokacyjną tezę, że człowiek jest sprzeczny z naturą, a kot jej idealną egzemplifikacją. Dlaczego? Argumentów jest wiele. Dość wspomnieć, że Elżbieta Isakiewicz porówna sposób patrzenia na świat kota i jego właściciela oraz opowie o tym, czym kot potrafi uwieść i czego dokonuje z dużo większą klasą niż człowiek.

Jednak ważne są też opowieści, w których bardzo istotną rolę odgrywają kocie sprawy czy zachowania. Większość jest tak sugestywna, że pozostaje na długo w pamięci, ale Isakiewicz już w „Niewyśnionych historiach” udowodniła, że umiejętnie pozostawia czytelnika ze swoim tekstem także wówczas, gdy przeczyta on ostatnie zdanie. Duże wrażenie robią opowieści o tym, jak kot na kolanach gestapowca dał komuś szansę na dalsze życie, albo o miłośniczce tych zwierząt, arystokratce upokarzanej przez komunistyczny system, która oddała serce kotom, a swoimi działaniami zostawiła trwały ślad w czyjejś pamięci. Są również historie o zdecydowanie optymistycznym wydźwięku. Radosne, wesołe, w specyficzny sposób opowiadające o tym, jak przecinają się drogi człowieka i kota. Poznamy obserwatora kociej czułości. Ujrzymy czarnego kota na wydmach. Będziemy świadkami tego, jak kocie igraszki z ćmą czy sroką stają się okazją do snucia egzystencjalnych rozważań. Będzie też o tym, którego dnia w roku kot przestaje być panem właściciela i staje się puchową kulą strachu. Ale to nie wszystko. Zarówno dobór tekstów, jak i ich stylistyczna różnorodność uwiodą niejednego kociarza. I niejednego wrażliwego czytelnika.

Podoba mi się to, co Isakiewicz robi z językiem – są to eksperymenty, ale też świadome gry słowne. Nie chodzi o oryginalność, ale o różnorodność poszukiwań, by wyrazić skomplikowaną strukturę świata naznaczoną współistnieniem człowieka i zwierzęcia. Czasami autorka jest lingwistyczną impresjonistką, czasami skupia się absolutnie tylko na jednym detalu. Prowadzi nas przez światy, w których kocia obecność wyznacza rytm, sens oraz motywacje ludzkich bohaterów. Idąc przez nie, docieramy do wspomnianego już aneksu, w którym… koty wreszcie zabiorą głos.

To teksty pełne czułości – dla ludzkich i kocich ułomności. Przepełnione miłością, ale roszczące sobie prawo także do tego, by dynamizować dramatyczne dylematy albo hiperbolizować paradoksy. Elżbieta Isakiewicz zachęca do specyficznej wędrówki po przestrzeni skojarzeń z życiem kotów, uzupełniając przesłania nawiązaniami do wielu twórców pojawiających się tu w kontekstach nie tyle zaskakujących, ile zaskakująco trafnych. Będzie Márai, Dostojewski, Mann, a nawet Witkacy. Będą przekazywane myśli łączące twórców z twórczym charakterem istnienia wobec kota. Zwierzę będzie nie tylko centrum opowiadanych historii. Kompozycja zbioru tekstów każe upatrywać skojarzeń z kocią istotą w tym, jak oryginalnie i empatycznie Isakiewicz ogląda otaczający ją świat. Kocio” jest świadectwem dużej wrażliwości, ale także pewności siebie w konstruowaniu oryginalnych fabuł. Ta książka jest wyczulona na ludzką samotność, którą z taką łatwością wyczuwa kot. Będzie zatem opowiadać o ludziach mierzących się z wyobcowaniem, ale także takich, którzy to wyobcowanie przełamują. Epilog z tatrzańskimi impresjami i historią pewnego dziewiętnastowiecznego zdjęcia pokazuje dość wyraźnie, z jaką troską Elżbieta Isakiewicz spogląda na ludzką alienację. W końcu bycie samemu ze sobą znosimy dużo trudniej niż koty.

Zwyczaje, przywary i słabości futrzanego przyjaciela przekuwane są w tych historiach w niepowtarzalne atuty. Ta książka opowiada o naszych ludzkich błędach, które są zawsze wybaczone, jeśli poświęci się kociemu przyjacielowi czas i czułość. Podoba mi się to, że Isakiewicz z równym szacunkiem traktuje zagubionego człowieka i pewnego siebie kota. Buduje pewien pomost, definiuje specyficzny rodzaj porozumienia. Nie ucieka od paradoksów i dramatów, ale każdemu nadaje ciepłe oblicze. „Kocio” to obraz ludzkiej nieporadności i pewności siebie zwierzęcia. Taka książka o kondycji człowieka pochylonego, ale tym razem po to, by pogłaskać swojego futrzaka. Dlatego „Kocio” jest swobodną fantazją i książką różnorodnych odczytań. Wydobywającą się czasem z melancholii i smutku, ale ostatecznie pełną witalizmu i radości. Po jej lekturze każdy spojrzy na swojego kota inaczej. Być może wreszcie ujrzy go takim, jaki jest naprawdę. A obok niego siebie – ze swoimi troskami, radościami, zaskoczeniami, tęsknotami i oczekiwaniami wobec życia. Mała książka wielu przesłań. Każąca spojrzeć na świat z interesującej perspektywy, której przecież wcale dobrze nie znamy. I intrygująca tytułem, bo przecież nie musi on być rozumiany jako przysłówek.

2018-05-16

„Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuch i inne opowiadania” Helen Oyeyemi


Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Data wydania: 17 kwietnia 2018

Liczba stron: 272

Przekład: Magdalena Rabsztyn-Anioł

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Zdarzyło się?

Helen Oyeyemi ujęła mnie już dziesięć lat temu, kiedy z wyjątkowym, pamiętanym do dzisiaj napięciem czytałem „Małą Ikar”. Lektura dziewięciu opowiadań wchodzących w skład najnowszej książki brytyjskiej autorki wywołuje to samo, choć czym innym warunkowane napięcie. Struktura wszystkich tekstów jest gęsta i wieloznaczna. Idąc wychwyconym z narracji tropem, wpada się w pułapki i staje wobec pytań, na które nie ma odpowiedzi. Dlatego przy czytaniu trzeba być czujnym. Oyeyemi jest magiczna, groteskowa, surrealistyczna, ale przede wszystkim prowokująca. Forma opowiadań, a zwłaszcza ich tytuły – tkwiące w takiej funkcji, że grzechem byłoby je zdradzać – wytyczają pewną ścieżkę poszukiwań czytelniczych, a różnorodność tematyczna i taka wewnątrz każdego tekstu każe przyglądać się tej książce jako wielkiej zagadce. Z odrobinę może pretensjonalną, ale ważną symboliką klucza. Jego motyw ma rzekomo spajać całość. Dla mnie są to zdecydowanie teksty, które wchodzą ze sobą w polemikę i tylko momentami się uzupełniają. Helen Oyeyemi zabiera nas do świata, w którym najdrobniejszy nawet element będzie miał znaczenie. Jednocześnie proponuje pewną czytelniczą grę. „Zdarzyło się i nie zdarzyło” – to zdanie z jednego tekstu może być mottem wszystkich opowiadanych historii.

Konwencji opowiadania o świecie przedstawionym będzie tutaj kilka. Znajdziemy się w obliczu katalońskiej zagadki, skonfrontujemy się ze związkiem w stanie rozpadu, odwiedzimy hotel zatrzymujący podróżnych na zawsze i będziemy świadkami znaczącej wymiany książek w bibliotece. Utkwimy w samym sercu mrocznej baśni o zniewoleniu i wolności. Staniemy u boku czeskiej wdowy przebierającej się za Czerwonego Kapturka. Poznamy ludzi i ich lalki, próbując zrozumieć, co te drugie mogą i na co mają wpływ. Dowiemy się, jakie konsekwencje może mieć medialna afera skoncentrowana wokół krewkiego muzyka. Będziemy śledzić historię pewnego dziennika. Przede wszystkim staniemy jednak wobec zagadki bytu, różnych oblicz miłości oraz pytań o tożsamość, najsugestywniej stawianych w opowiadaniu tytułowym – moim zdaniem najlepszym ze zbioru.

Tyle o zasięgu tematycznym tej pozycji. Wkraczanie do historii Oyeyemi wymaga nie lada uważności. To bardzo specyficzne teksty, które musiały być wyzwaniem dla tłumaczki. Wydobywają się z konwencji znanych i oswojonych. Czytelnie przez te konwencje prowadzą, ale jednak załamują – nie tylko czasoprzestrzeń i hierarchię ważności bohaterów. Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuch i inne opowiadania” to książka proponująca nam podróż po światach, w których kobiety konfrontują się ze swą przynależnością, definiują na nowo własne życiowe role. Mężczyźni potrafią zadawać dociekliwe pytania. Obie płcie tworzą specyficzną mieszankę i taką przestrzeń niekompletnego dialogu. Wszystko, co nakreślone przez Oyeyemi, trzeba sobie uzupełnić. Niezależnie od płci.

Najbardziej podoba mi się brawurowe opowiadanie o emocjach, które są tutaj jakby wyselekcjonowane specjalnie przez autorkę, by pokazać te najbardziej intensywne. Prowadzą do zaskakujących zwrotów akcji, kiedy nie mamy już pojęcia, czy przypadkiem nie przenieśliśmy się w obrębie jednego opowiadania do kilku różnych rzeczywistości. Helen Oyeyemi tworzy pierwszy tekst na bazie szkatułkowej rozprawy o tęsknocie i przywiązaniu, by w następnych opowiadaniach oddawać głos bezradności, zagubieniu, ale i pewnej konsekwencji w działaniu bohaterów. Są tu też interesująco i bardzo niejednoznacznie przedstawione podstawowe ludzkie relacje: przyjaźń, więzy rodzinne, bliskość w związku, poszukiwanie zrozumienia u drugiej osoby. Ludzie z tych opowiadań są gotowi wiele zaryzykować, by doświadczyć zmian. Każdy przygotowany jest na niespodziewane zwroty akcji, bo – jak wspomniałem – rusza się z tymi tekstami w enigmatyczną wędrówkę, nie mając pojęcia o tym, do czego każdy z nich doprowadzi. Oyeyemi jest też mistrzynią ciekawych zakończeń, a całość zbioru to dość ekscentryczna forma wyrażenia siebie przez grę z kontekstami, ale również poprzez nieokiełznaną wyobraźnię.

Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuch i inne opowiadania to także rzecz domagająca się skupienia. Nie są to teksty, które można pochłaniać w każdej wolnej chwili, bo istnieje ryzyko niezaakceptowania nas przez konwencję oraz język opowiadanej historii. Dlatego też Helen Oyeyemi dużo oczekuje i nie wymaga - takie odnoszę wrażenie - uproszczonych interpretacji bądź porządkowania swoich tekstów tematycznie czy symbolicznie. Ważna jest przestrzeń tajemniczości, w której zarysowują się bardzo realistyczne historie. One później mkną ku czemuś bliżej nieokreślonemu, ale trzeba przyznać Oyeyemi, że wie, jak mocno przykuć uwagę. 

Istotne są w opowiadaniach formalne dekoracje, dzięki którym dość łatwo odczytujemy konwencję, ale z dużym trudem porządkujemy sobie fakty. Nie chodzi tylko o to, że część z tych tekstów to absurdalne zmyślenia. Chodzi o to, jak definiowany jest w nich fakt oraz co jest konsekwencją przedstawionego zdarzenia. Wyjątkowo ekscentrycznie jawią nam się dialogi między bohaterami i czasem można odnieść wrażenie, że są niekompatybilne z resztą struktury tekstu. To też może mieć znaczenie. Opowiadanie tytułowe nakreśla czytelną opozycję, ale tych mniej rozpoznawalnych jest w tej książce kilka. Zderzenia, zaskoczenia, zdziwienia – o to zapewne chodziło autorce, która stworzyła zbiór najbardziej chyba oryginalnych opowiadań, jakie czytałem w ostatnim czasie. Hermetyczny świat Helen Oyeyemi nie dla każdego może okazać się łaskawy. Jest to jednak książka wyjątkowa i choć opowiada czasem o sprawach uniwersalnych, wielokrotnie omówionych i może nawet ociera się o truizmy, niepowtarzalny jest styl, w jakim to robi. To publikacja wyzwanie. Liryczna, dramatyczna, chwilami drapieżna, a czasami subtelnie baśniowa. Rozsadza granice, igrając konwencjami. Prowadzi na manowce, ale jednocześnie hipnotyzuje, rozważając problemy współczesnego świata w dynamicznych tekstach wydobywających się z tej współczesności i powracających do niej na własnych warunkach. Warte uważnej lektury.


PATRONAT MEDIALNY

2018-05-14

„Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry” Reni Eddo-Lodge


Wydawca: Karakter

Data wydania: 18 kwietnia 2018

Liczba stron: 288

Przekład: Anna Sak

Oprawa: miękka

Cena det.: 37 zł

Tytuł recenzji: Stygmaty

To książka odważna i bezkompromisowa, zachęcająca do dyskusji i skupiająca uwagę na wnikliwości oraz wieloaspektowości rozważań autorki. Reni Eddo-Lodge opowiada o rasizmie w taki sposób, w jaki nie przywykliśmy go traktować, rozumieć ani analizować. Udowadnia, że rasizm to nie widoczne incydenty, nie ujawniana agresja, wrogość albo niechęć. „Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry” opowiada o tym, że rasizm jest pewną strukturą, konstruktem myślowym, społecznym i historycznym; jest nie mentalnością, lecz skłonnością do akceptacji niezrozumiałej dla autorki uniwersalności białego koloru skóry będącego punktem odniesień w każdej sferze ludzkiego życia. Eddo-Lodge próbuje udowodnić, że rasizm wbudowaliśmy przed laty w konstrukcję świata, w którym żyjemy, i nie ma zasadniczo możliwości, by pożegnać go na zawsze. Co więcej, narasta w niebezpiecznej formie akceptowania ładu społecznego przy deprecjonowaniu koloru skóry. Ta publikacja ukazuje niebezpieczne i niezauważane przez wszystkich oblicze rasizmu tkwiącego w systemie. Dynamiczna, zaskakująco trafna i inteligentna książka Eddo-Lodge odpiera też zarzut tak zwanego rasizmu odwróconego. Bo pisząca nie jest czarną rasistką, lecz osobą głęboko zaniepokojoną podziałami i ustanowionymi społecznie schematami myślenia, które wciąż na nowo traktują sposób mówienia o istocie i tożsamości człowieka bez oderwania od koloru skóry.

To pokłosie wpisu na blogu, którego zdanie tytułowe wywołało lawinę różnorodnych komentarzy. Autorka wskazuje pasywną postawę i chęć milczenia, za którymi znajduje się przepaść niezrozumienia, jakiego doświadczała w licznych dyskusjach na temat tego, w jakich sferach życia rasizm ma się doskonale i dlaczego wciąż z zaskakującą siłą człowiek biały chce udowadniać swoją wyższość, pretendować do korzystniejszego startu życiowego, lepszych warunków egzystencji, swobody poglądów i zachowań. Z jednej strony zatem tytułowa deklaracja oznacza nieumiejętność przebicia się przez społeczne przekonania o tym, gdzie tkwi rasizm i jakie ma oblicza. Z drugiej jednak – pewna lingwistyczna prowokacja, albowiem ta książka jest dowodem na to, co Eddo-Lodge bardzo chce jeszcze powiedzieć, by wycofać się ostatecznie… a może uznać, że wyczerpała swą argumentację w temacie.

Jest dociekliwa, uważna i bada anatomię rasizmu, wychodząc od osobistych doświadczeń, dołączając do doświadczeń najbliższego otoczenia, komentując historię rasizmu w Wielkiej Brytanii i na koniec pragnąć nakreślić czytelny kontekst, w którym opowie o dyskryminacji i bolących wciąż na nowo stygmatach na czarnej skórze wypalanych stale przez białych niemających często świadomości tego, jak bardzo w ich systemie myślenia i wartościowania zachował się rasizm, którego mogą się po prostu wstydzić. Reni Eddo-Lodge nie proponuje wielu rozwiązań mogących zmienić irytujący i frustrujący ją stan. Pomaga jednak ujrzeć Wielką Brytanię w nieco innym świetle niż stawiają ją ci, którzy nie poczuli na własnej skórze (sic!), czym jest stygmatyzacja i tworzenie ograniczeń w formułach nieposiadających kształtów i ideologii, takich nie do zauważenia, nie do określenia, krzywdzących jednak mocno.

Rasizm w rozumieniu autorki osadza się w ludzkiej mentalności poprzez działanie różnych instytucji tworzących codzienne życie społeczne. Ustanowione prawa, zwyczaje czy obyczaje niosą w sobie ten pierwiastek nietolerancji, choć nikt nie umie przyznać, że jakaś cząstka rasizmu tkwi w nim samym jako członku zbudowanej społeczności. Reni Eddo-Lodge opowiada o tym, w jaki sposób ciemny kolor skóry wyklucza dzisiejszego Brytyjczyka z życia wszelkich możliwości. Część z nich zostaje zablokowana albo skreślona. Krytyce poddane zostaną nie tylko instytucje regulujące życie, ale także w dużej mierze pogląd na to, że wielokulturowość może stanowić zagrożenie, a inny kolor skóry ma jednak znaczenie – w zaskakujących kontekstach.

Autorka bada relację rasy i klas społecznych, ale także analizuje dyskursy publiczne – w niektórych sama brała udział – deprecjonujące albo spowijające zasłoną milczenia dyskusję o roli koloru skóry w tym, jak rozwija się i funkcjonuje Brytyjczyk. Wychodzi od historii brytyjskiego niewolnictwa, by przejść do każdego aspektu wolnego życia wszystkich ras, których wolność obwarowana jest pewnymi warunkami i stwarza ograniczenia zasadniczo dla czarnoskórych mieszkańców Wysp. Mówi o tym, że rasizm staje się w pewien sposób niewidzialny, a wielu uznających go za coś, co z natury rzeczy się odrzuca, tkwi w matni specyficznych uwarunkowań społecznych. A one mimo wszystko stygmatyzują z powodu koloru skóry. Bardzo niejednoznacznie i niezwykle boleśnie.

Reni Eddo-Lodge odważnie podejmuje temat oskarżeń o czarny rasizm. O to, że może być uznana z powodu swego koloru skóry, zainteresowań zawodowych i przekonań za przedstawicielkę odwróconej formy rasizmu. Rozważania na ten temat są jednymi z najciekawszych w tej publikacji. Zasadnicze przesłanie autorki to teza, że niezauważanie rasy nie spowoduje dekonstrukcji i likwidacji rasistowskich struktur. Rasę musimy dostrzec, by naprawdę rozmontować złowrogie struktury oraz konstrukty myślowe. Oskarżenia o czarny rasizm Eddo-Lodge traktuje jak sposób na ucieczkę od istoty zrozumienia, czym był, jest i prawdopodobnie będzie rasizm sam w sobie. Sposób na unikanie otwartych i trudnych dyskusji o tym, jak bardzo i wciąż na nowo opresja i niesprawiedliwość wytyczają tę wyraźną granicę między kolorami skóry.

Istota tej publikacji to wskazanie, w których momentach błądzimy jako biali ludzie – ci, w których drzemie gdzieś rasistowskie uprzedzenie zamienione na milczenie i zachowawczość, oraz ci, którzy chcieliby przepraszać za okrucieństwa rasizmu, hołdując postawie bierności i pokory. „Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry” to książka, która usiłuje pokazać, że nie chodzi o obwinianie za poglądy w mniejszym lub większym stopniu związane z rasizmem, lecz o wskazanie, w jakich warunkach one się tworzą, co im daje sankcjonującą siłę i dlaczego mimo upływu czasu i bolesnych doświadczeń ludzkości rasowe podziały stale funkcjonują, są obecne w każdej sferze życia, nie zezwalają na pożegnanie się z mrocznym dziedzictwem przeszłości.

Choć Eddo-Lodge osadza swoje rozważania w lokalnej, brytyjskiej perspektywie, jest to jednak książka dla czytelnika spod każdej szerokości geograficznej. Najpierw porządkująca pokrewne pojęcia związane z rasizmem, a potem dynamicznie rozsadzająca utrwaloną siatkę tych pojęć. Autorka pokazuje, jak niebezpiecznie blisko rasizmu jest każdy z nas. I mało kto z białych ludzi jest w stanie dostrzec niuanse tych niebezpieczeństw na co dzień. Myślę, że to narracja nakreślająca nowe perspektywy patrzenia na coś, co od wieków jest jednym z największych wstydów ludzkości. To wstyd, z którym mimo zmieniających się okoliczności i warunków życia jest nam zaskakująco po drodze. To również wstyd, którego nie zauważamy. Może wówczas, gdy doprowadzi do wykluczenia czy agresji. Reni Eddo-Lodge oskarża, ale i ostrzega. Z racji swego koloru skóry wie, że może powiedzieć dużo więcej, więcej nazwać. I prawdopodobnie też wyjaśnić wszystkim tym, którym świat rasy białej bezpiecznie unormował życie.

2018-05-11

„Siła” Naomi Alderman


Wydawca: Marginesy

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 400

Przekład: Małgorzata Glasenapp

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: W obliczu rewolucji

Nie wiem, jakie ambicje miała Naomi Alderman, pisząc „Siłę”, ale zwodniczy PR tej książki kazał się nią zainteresować jako pozycją właśnie dość ambitną. Niestety, otrzymujemy zwyczajną literaturę rozrywkową. Opowieść w dynamicznej, komiksowej konwencji. Pełną luk, nielogiczności, nastawioną na elektryzującą akcję, brawurowo opisującą sceny walk i fragmentaryczną, z bardzo spłaszczonymi sylwetkami bohaterów. Siła” mogłaby być ciekawym studium międzykulturowym, inteligentnym feministycznym manifestem, powieścią analizującą struktury więzi międzyludzkich i deprecjonującą proste podziały egzemplifikowane przez płeć. Jest sensacyjną fabułą, która zmierza w przewidywalnym kierunku. Nijak niewyróżniającą się literacko. Proponującą nam truizmy o naturze człowieka. O tym, że pozabijalibyśmy się, gdybyśmy tylko mogli. O chęci dominacji, która zmierza do destrukcji. O tym, że każda siła w rękach człowieka prowadzi do okrucieństwa. To naprawdę wszystko albo nie udało mi się zajrzeć głębiej, bo zmieniające się jak w kalejdoskopie zdarzenia ani nie osadzają bohaterów w jakimś sensownym i spójnym kontekście, ani nie proponują chwili wytchnienia, by przemycić odrobinę filozofii, socjologicznych przemyśleń, przesłania głębszego niż to, które od razu zawiera się w narracyjnej wolcie polegającej na tym, że pewnego dnia dziewczęta, a potem kobiety otrzymują niezwykły dar rażenia prądem i w związku z tym wykorzystają go na płci przeciwnej, a dla rozrywki także na innych kobietach.

Rewolucja, którą portretuje Alderman, ma charakter globalny. Nie widzimy jednak globalnej różnorodności reakcji na odkrycie czegoś, co już na zawsze naznaczy społeczności i wytyczy nowe podziały w prostej linii sygnalizowane przez płeć i jej kulturowe uwarunkowania. Nastolatki odkrywają, że mogą być wojowniczkami. Elektryzują innych, doprowadzając do śmierci. Na początku jest to zabawa, potem niebezpieczna broń. I tu od razu zaczyna przemawiać wspomniana płeć. Kiedy kobiety odkryją, co potrafią, w świecie Naomi Alderman będą walczyć przede wszystkim o to, o co walczą bez użycia takiej broni mężczyźni – o władzę. Dość groteskowo wypada ukazanie światowych przemian, które mają związek z odkryciem śmiercionośnej mocy przez kobiety. Mam wrażenie, że autorka zawirowała globusem i postanowiła opisać te miejsca, na których przypadkiem zatrzymał się jej palec. Będzie zatem mowa o tym, jak zachłannie celebrują wolność kobiety saudyjskie, i opisany zostanie spisek gdzieś w Mołdawii. Żeby było międzykontynentalnie, coś jeszcze wydarzy się w Indiach, a męski reporter ukazujący skalę rozwoju zjawiska i idące za nim zmiany, będzie się wywodził z Nigerii. Naturalnie jednak większość najważniejszych działań ma się koncentrować w USA. Ani to przekonujące, ani w żaden sposób sugerujące coś groźnego. Ot, wyimki złożone chaotycznie i bez przemyślenia. Ze światem dzieją się rzeczy niewyobrażalne. Alderman potrafi go opisać szczątkowo – za pomocą takich słów kluczowych jak wojna, wolność, okrucieństwo, rewolucja, odwet i wiara.

Kwestia przeniesienia niezwykle niebezpiecznych mocy kobiecych w sferę transcendencji ma miejsce w zobrazowaniu losów Allie, amerykańskiej dziewczyny z rodziny zastępczej, która po zamordowaniu opiekuna będącego pedofilem ucieka, znajduje bezpieczną przystań w klasztorze, a następnie staje się tam mistycznym autorytetem, który potrafi uzdrawiać i ogniskować wokół siebie wyznawczynie działające tak, jak zaplanuje to Matka Ewa. Wszystko wygląda dość interesująco, ale tu też nie ma jakiegoś pogłębienia. Siła wynikająca z daru ciała w parze z przekonaniem, że to boski atrybut? Co idzie za tym dalej? Do czego może to prowadzić? U Alderman prowadzi raczej donikąd. „Siła"” intrygująco zawiązuje poszczególne wątki, ale potem nie oferuje nam nic ponad dynamiczne szaleństwo autorskiej fantazji.

Uwagę przykuwa także Roxy. Dla niej nowa umiejętność jest szansą na wymierzenie sprawiedliwości. Dziewczyna zostanie skonfrontowana z licznymi przejawami zła i poddana próbie, jakiej nie doświadczają inne bohaterki. Roxy początkowo wzbudza współczucie, ale potem wikła się już w zbyt wiele niejednoznacznych w swej wymowie zależności. Ostatecznie upada pod naporem dynamiki wydarzeń. Jest kolejną literacką wydmuszką, wokół której gromadzi się zaskakująco wielka pustka przesłania tego, kim jest i ku czemu zmierza.

Najciekawsza z postaci to Margot – kobieta unikająca używania swojej mocy i starająca się ją ukryć, ale jednocześnie zyskująca coraz większe wsparcie w społeczeństwie i zaskakująco łatwo przechodząca przez kolejne szczeble władzy. Tu fantazjowanie Alderman unika bazowania na dychotomii płci. Postać Margot czytelnie i sugestywnie ukazuje, jakie są możliwe związki między niezwykłymi umiejętnościami a sposobem sprawowania władzy. Polityka ściera się ze sferą osobistą, bo Margot walczy o kolejne stanowiska, ale także o dobro swej córki, która źle znosi naznaczenie elektryczną siłą.

W tej powieści nikt nie jest wygranym i każdy traci. Ludzkość prezentuje się dokładnie tak, jak już wielokrotnie ją zaprezentowano. Jak zaprezentowała się sama na arenie dziejów. Całe opisywane zło ma miejsce dlatego, że ludzie mają możliwości. Kobiety zaczną dominować nad mężczyznami. Wszystko będzie się koncentrować wokół wojny płci. Alderman w niektórych momentach upraszcza z pewnością bardzo świadomie, ale to czyni z „Siły” powieść tylko inteligentną. Czy dobrą? Niekoniecznie. Zanim zaklasyfikuje się ją jako przykład dystopii, warto uważnie przeczytać zwłaszcza początek i zakończenie, w których autorka puszcza oko do czytelnika. Myślę, że ten klamrowy zabieg jest najciekawszy w tej narracji. Problem całej reszty polega na tym, że „Siła” hiperbolizuje, dynamizuje, stara się być wyrazista za wszelką cenę, ale… nie oferuje niczego, nad czym każdy czytelnik już by nie myślał. Degradując kulturę patriarchatu i ukazując pułapki wszelkiego rodzaju globalnych rewolt, Alderman niczym nie zaskakuje. Portretując aberracje, bawi się tylko samą konwencją. Myślę, że jest trochę autodestrukcyjna w tym pisaniu. Podobnie jak jej bohaterki mające błyszczeć na pierwszym planie, a spalające się szybko, bo to postacie mocno papierowe i nieszczere. Zdecydowanie więcej przerysowań niż subtelnych zarysowań problemów, z którymi – jako ludzkość – mierzymy się nawet mimo tak sensacyjnego zwrotu akcji. Zbyt wiele robimy, bo możemy. Zbyt łatwo w ten sposób krzywdzimy się wzajemnie.