Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-02-20

„Ostatnia wizyta” Jacek Ostrowski

Wydawca: Od Deski Do Deski

Data wydania: 15 lutego 2017

Liczba stron: 296

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Tajemnice cierpienia

Jacek Ostrowski poświęcił sprawie swego miasta wstrząsającą książkę. Pochodzący z Płocka autor zrekonstruował, dodając wiele mrocznych fantazji, sprawę sprzed blisko pięćdziesięciu lat, kiedy to porwana została płocka lekarka Stefania Kamińska. Zagadka jej zaginięcia była sprawą publiczną. Komentowano je i szeptano – co autor doskonale pokazuje – na temat możliwych pobudek porywacza, Kamińska stała się swego rodzaju ikoną niezawinionego cierpienia i tajemniczego zniknięcia. Nigdy tak naprawdę nie rozwiązano tej sprawy. Nie ustalono, co dokładnie stało się z lekarką, choć kilka poszlak sugerowało możliwe rozwiązania. Nie ma ciała, nie ma zbrodni. Tak myśli główny bohater książki, ale ta zasada staje się fundamentem opowieści o mrocznych odcieniach zła, które zgnębiło ofiarę i nie dało jej szans na przeżycie. Jacek Ostrowski sugeruje w „Ostatniej wizycie”, że dużo bardziej przerażające niż najgorsze dokonane zło może być to, czego nie wiemy o sprawie. To, czego Kamińska doznała, i wszystkie możliwe szczegóły z jej życia tuż po tym, gdy została uprowadzona. Tak, siłą tej książki jest autorska fantazja. Autor udowodnił, że obnażanie pokładów zła tkwiących w człowieku jest w wyraźnym kręgu jego zainteresowań i było podstawą napisania „UT”. O ile jednak wspomniana książka była wieloznaczna i umożliwiała zaskakująco dużo interpretacji, o tyle „Ostatnia wizyta” to nie do końca fikcja literacka, lecz rzecz oparta na badanych dowodach w śledztwie. Myślę, że nie jest to też powieść li tylko o niewyrażonym nigdy dramacie Kamińskiej. To niezwykłe, a momentami niezdrowo fascynujące studium ludzkiego spotwornienia, mroczne epitafium dla nieznanych ofiar potwora w ludzkiej skórze. Także opowieść o tym, co uczyniło go potworem oraz jak mógł działać, oceniać świat, przeżywać go i szukać w nim swojego miejsca.

Zbigniewa Pielacha poznajemy w sytuacji, kiedy podąża do szpitala, by spotkać się z żoną, której nie udało się popełnić samobójstwa. Wulgarny, bezkompromisowy, agresywny, pewny siebie i arogancki. Wie, że wszystko jest mu podporządkowane. Cieszy się z faktu, iż może wpływać na bieg wydarzeń i ludzkie zachowania, bo wzbudza strach, zna odpowiednio postawionych ludzi, w świecie znajomości i układów czuje się jak ryba w wodzie. Jest rok 1970 i właśnie rozpoczyna się autorska rekonstrukcja kilkunastu następujących po sobie miesięcy, w których głównym wydarzeniem stanie się porwanie i uwięzienie płockiej lekarki oraz znęcanie się nad nią. Tymczasem w szpitalnej scenie widzimy, jakie zależności łączą Pielacha z jego żoną. Hanka, znakomicie sportretowana postać drugiego planu, jest już cieniem kobiety. Żoną zmuszoną do tego, by nieść na swoich barkach ciężar wszystkich niegodziwości męża. Od lat obserwuje, z jaką nonszalancją i lekkością Pielach potrafi igrać z ludzkim życiem. Widzi w nim oprawcę, któremu nie może się przeciwstawić. Wszystkie tajemnice ich domu składają się na mroczną opowieść o tym, że Zbigniew Pielach kierował się w życiu tylko chęcią podporządkowania sobie innych. Zabicie człowieka było dla niego czynnością rutynową. Ogrom okrucieństwa mógł być spadkiem po wyjątkowo traumatycznej młodości, ale to przede wszystkim pokłosie współpracy z odpowiednimi służbami. Hanka przymyka oczy na niegodziwości męża. Ostrowski pokazuje jednak te momenty, w których bierność kobiety przeradzała się w drobne akty heroizmu. Hanka jest postacią tragiczną nie tylko z racji tego, że tkwi w piekle więzienia, jakim jest związek z Pielachem. Od pierwszych stron widzimy, że próbuje na nowo. Życie zostało jej darowane. Próba samobójcza się nie powiodła. Co Hanka powinna zrobić z tym faktem? Jak nadal żyć u boku psychopatycznego bandyty? Poddaje się tyranii i roli podporządkowanej żony. Nie śmiałaby wziąć rozwodu, bo uczyniłoby ją to potępioną w oczach innych. A na to, co myślą inni, oraz na kwestie wiary Hanka jest wyraźnie wyczulona.

Tymczasem w domu Pielachów zamieszka specyficzny gość. Terroryzowana ofiara, dla której kat nie ma litości. Porwanie Kamińskiej zostaje na Pielachu wymuszone, a skoro tak, oprawca próbuje na tym coś ugrać. Wie, że kobieta może mu przynieść zysk. Sprawa, o której mówi cała Polska, da możliwość zarobienia pieniędzy. A tych bohaterowi wciąż brakuje, choć potrafi bezkompromisowo szantażować urzędników bankowych. Kredyty i długi pozostają. Męcząca żona u boku także. Pojawiają się jednak nowe okoliczności, w których pewny siebie Pielach zobaczy, że broń szantaży i wymuszeń może się obrócić przeciwko niemu. Przypomną sobie o nim służby, o których chciałby zapomnieć. Wróci przeszłość powtarzana jedynie w mrocznych koszmarach sygnalizujących, że do cna zepsuty Pielach ma jeszcze jakiekolwiek wyrzuty sumienia. W stosunku do Kamińskiej nie okaże jednak ludzkiego oblicza. Sam nie wie, czym ono jest. Sam nie jest człowiekiem, lecz konglomeratem złości, frustracji, agresji, mrocznych atawizmów i chęci posiadania posłuchu. Butny Pielach będzie musiał spokornieć. Szantażowany przez innych, odegra się na porwanej ofierze…

Jacek Ostrowski z detalami i sugestywnie portretuje osobowość psychopatyczną, która zostaje zaszczuta, zmuszona do działań kompulsywnych – wyzwalających w oprawcy jeszcze większe pokłady nienawiści i zła. Maltretowana lekarka symbolizuje cały szereg anonimowych ofiar Pielacha, którego przeszłość przypomina o sobie zaskakująco silnie i niespodziewanie. Główny bohater to taka antyteza człowieczeństwa – łączy w sobie wszystko to, co kolejne systemy po zakończeniu drugiej wojny światowej w Polsce czyniły w celu podporządkowania sobie społeczeństwa. Pielach jest czujny, wiecznie rozglądający się nerwowo wokół, złudnie pewny siebie i swego panowania nad otoczeniem, stale prześladowany przez okrucieństwa, jakich dokonał. W „Ostatniej wizycie” Ostrowski stara się zrekonstruować, co myślał oraz jak działał oprawca, któremu wszystko wymknęło się spod kontroli. Portretuje dzikość ludzkiej natury u człowieka będącego w matni. Kamińska jest więźniem, który doświadcza okrucieństw, ale więźniem systemu i okoliczności jest również Pielach. Ostrowski tworzy przerażające fantazje o tym, w jaki sposób kompleksy, lęki i przeżyte traumy ogniskować się mogły w brutalnych relacjach z porwaną lekarką. To także książka o tym, co nigdy nie ujrzało światła dziennego, i o cierpieniu, dla którego nie ma definicji. Nie ma dowodów, nie ma możliwości rozprawy o tym, kto i jak cierpiał. Nie ma ciała, nie ma zbrodni, prawda? Autor „UT” udowadnia, że jego fikcja literacka może jednak temu wszystkiemu zaprzeczyć. I tworzy książkę, przy której lekturze włos się jeży na głowie. Bardzo sugestywną, skupioną na detalach, bardzo szczegółowo rekonstruującą wydarzenia, o których nikt już nigdy nie powie niczego pewnego. Ostrowski mówi dużo o ludzkim strachu, rodzajach agresji, o bezradności i niesłychanie wielkiej skali przemocy. Nie odziera tajemnic z ich niesamowitej aury. Dyskretnie sugeruje, że to, co najgorsze, wydarzyło się poza świadomością społeczną, a co znaczące – naprawdę nic już nie możemy z tym zrobić.

2017-02-17

„#Upał” Michał Olszewski

Wydawca: Znak

Data wydania: 15 lutego 2017

Liczba stron: 318

Oprawa: twarda

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Pośród szumu

Czytając polską prozę, od pewnego czasu zapadam się w sobie. Michał Olszewski mnie przebudził! Znokautował, sponiewierał i pozostawił z tyloma pytaniami, że z całą pewnością mogę powiedzieć, iż wreszcie doczekałem się naprawdę bardzo dobrej polskiej powieści. Językowo rzecz wyśmienita. Doskonałe tempo, złudna dynamika zdarzeń, frazy wgrywające się w świadomość i takie, które nie pozwalają przerwać czytania. Nie wiem, czy zmiotło mnie dlatego, że nie znoszę upału, czy może przede wszystkim dlatego, że zostałem obnażony w nadzwyczaj dobrym stylu. Ja, współczesny człowiek, konsument. Przyswajający bodźce atakujące różnymi kanałami. Olszewski nie bawi się zgrywą, nie kpi i nie ironizuje. Montuje nam literacką podróż przez ludzkie piekło. W skwarze stygmatyzującym dyskomfort istnienia, ale przede wszystkim w wirze wydarzeń, których kalejdoskopową konwencję sankcjonuje przede wszystkim słowo. Groźne, dynamiczne zdania Olszewskiego wyraźnie sugerują, że to wszystko skończy się źle. Że wydarzy się coś potwornego. Że jesteśmy wraz z prowadzącym bohaterem na równi pochyłej. Upał w tle dyskretnie sugeruje pewien mroczny profetyzm tej książki. Hasztag w tytule to świadectwo bardzo dzisiejszego ujęcia tematu. Jakiego? Ta książka opowiada o współczesnym człowieku gotowym wchodzić w interakcje z wszelką formą otoczenia, ale niegotowym na kontakt z samym sobą. Dramatyczna historia portretuje mężczyznę, który wciąż przyswaja, ale niczego nie kontempluje. Pokazuje, do jakiej ruiny doprowadzamy swą świadomość na własne życzenie. Udowadnia, że nie sposób się zatrzymać i nie można dziś bez konsekwencji wyłączyć nośników informacji, udać się na zieloną trawkę, sielankowo przeżyć dzień albo dwa. „#Upał” uwiera, miażdży i doskonale działa na wyobraźnię. Świetna proza o przerażającym wydźwięku. Krzywe zwierciadło dla nas wszystkich. Kapitalna powieść!

A w niej Fej, specjalista od mediów społecznościowych w redakcji krakowskiego dziennika internetowego. Facet wielozadaniowy i wielofunkcyjny. Z wytatuowanym „24/7” na bicepsie. Ogarnia wszystko, co konieczne do ogarnięcia. Stale czuwa nad tym, czy nie przywołuje go dźwięk jakiegoś wydarzenia. Ktoś coś komentuje, lubi. Ktoś wchodzi w interakcję z czymkolwiek. Ważna jest dynamika zmian, bo to ona nakreśla poczucie wolności Feja. Wolność to mnogość działań i wieczna zmienność, której jest się częścią. To zdruzgotana w którymś momencie samoświadomość – ona chłonie i przyswaja, ale niczego nie oddaje, niczego w sobie nie zatrzymuje. Perspektywa Feja to także mroczny obraz dziennikarstwa miejskiego. Nastawionego na szybkość, pełnego nerwowości, gwałtownego i bezkompromisowego. Takiego, w którym celebruje się wieczną zmianę ruchu i gdzie wielozadaniowość jest naturalną cechą dystynktywną. Tkwi się we wszystkim i w niczym. Drży przed utratą tej posady, bo pustka po zwolnieniu byłaby nie do zniesienia. Oto sugestywny obraz człowieka XXI wieku, który żyje w iluzji pewności tego, kim jest i co go konstytuuje.

Michał Olszewski nie poprzestaje na zdiagnozowaniu niebezpiecznych aspektów dynamicznego życia pośród nadmiaru bodźców i wrażeń. Wówczas „#Upał” byłby książką bez wyrazu, potwierdzającą truizmy i oczekującą od nas, że będziemy nimi zaskoczeni. Nie, w tej narracji chodzi przede wszystkim o to, by opisać mechanizmy sterujące świadomością podatną na bodźce i pokazać, gdzie pośród nich wszystkich rodzi się ta najbardziej przejmująca ludzka samotność. Olszewski wie, że nie zaskoczy nas oglądem rzeczywistości. On ją kawałkuje i portretuje w takiej perspektywie, w jakiej jego bohater tę rzeczywistość widzi.

Czy życie mamy smakować, czy też może napierdalać go jak najwięcej z zegarkiem w ręce, który terroryzuje od świtu do wieczoru? Czym ma być intensywność przeżywania? Do czego tak naprawdę dąży Fej? Jaki ma kontakt z rzeczywistym upływem czasu i co rozumie pod pojęciem przemijania? Ta powieść to nie tylko historia człowieka o specyficznej moralności i ze specyficzną hierarchią wartości. To przede wszystkim świadectwo zaprzeczania własnemu człowieczeństwu. Negowania w sobie tego, co czyni nas istotą ludzką. Fej jest bez kontaktu ze swoimi prawdziwymi emocjami, ale czuje się zobligowany do tego, by mieć kontakt ze światem. Jaki? Życie pośród wiecznego przerobu danych to kierat bez przyszłości. Olszewski ukazuje, jak dwuznacznie mogą się ze sobą zlewać płaszczyzny czasowe. Przeszłość nie ma prawa istnienia. Przyszłość staje się teraźniejszością. W mnogości bodźców jedyną formą prywatnej wolności jest wolność wyboru tego, na co trzeba lub powinno się zareagować.

„#Upał” to świetny portret Krakowa – dynamiczny wizerunek miasta duszonego przez smog i pacyfikowanego przez wysokie temperatury. Miasto pragnień i frustracji żyje w sposób chaotyczny i kompulsywny. Tak jak Fej, który – jak uważa – ogarnia naprawdę wszystko. A jednak widzimy, że jest inaczej. I niekoniecznie mu współczujemy. Po prostu rodzi się w nas czytelnicza świadomość tego, skąd wydobył się ten pędzący ludzki mechanizm, ku czemu zmierza i jak bardzo zagubił się pośród analiz, z których nie wynika żadna synteza. Olszewski ostrzega. Pokazuje, jak silnie możemy sterroryzować samych siebie. Jednocześnie opowiada historię kogoś, kto usiłuje osadzić się w pewnych społecznych rolach i nadać im znaczenia. Tymczasem szybkość i wielozadaniowość zabijają wszystko. Te namiastki spokojnego życia, z którymi bohater „#Upału” nie może się pogodzić, bo odbiera je jako zagrożenie dla samego siebie. Nie wie, że od dłuższego czasu największym zagrożeniem jest on sam. I nie wie, jaką cenę przyjdzie mu zapłacić za to, że tego nie dostrzega.

Tytułowy upał, który pożera, to katastrofa ponad ludzkim zamętem i zabieganiem. Olszewski portretuje świat, w którym groza czai się wszędzie. Wysoka temperatura, która nie daje za wygraną. Zaskakujące polubienie na portalu od nieżyjącego przecież przyjaciela, którego śmierć spowodowała, że Fej opublikował wirtualny znicz, nie zatrzymując się w swoim pędzie ani na moment. Są też sugestie tego, że przy każdej próbie komunikacji z własnym wnętrzem bohatera coś przeraża. Jest ucieczka w romans. Narzucanie sobie nowych zadań. To bowiem książka o ludzkim strachu przed pustką i nicością. O tym, że nie mamy sobie dzisiaj wiele do zaoferowania, kiedy zostaniemy w ponurej samotności. Michał Olszewski diagnozuje kilka chorób cywilizacyjnych, ale przede wszystkim literacko portretuje tę potworną dynamikę i dążenia do tego, by nie istniało coś takiego jak przyszłość. Ona ma się wpisać w ramy tego, co jest teraz. Życie ma być zlepkiem bodźców i bylejakości. My tylko elementami tego mrocznego konglomeratu.

„#Upał” to powieść o zatraceniu i tęsknocie za samym sobą. O tym, co usiłuje nas porządkować, a co staje się źródłem opresji. O obsesyjnej walce z szumem informacyjnym. O tym, że stajemy się coraz bardziej agresywni i agresję wyładowujemy na samych sobie. Michał Olszewski proponuje nam w swym języku przyjrzenie się temu, jak wszelkie frustracje i neurozy wyrażają się w narzędziu ich opisu. To jedna z ciekawszych książek ostatnich miesięcy. O tym, jak sklejamy przeżywanie świata w szybkie, dziennikarskie matryce. O tym, że nie było nas naprawdę, nie ma nas w pełni i nie będziemy w przyszłości usatysfakcjonowani niczym, czego dokonaliśmy. Powieść dla każdego i po części o każdym. Dynamiczna, elektryzująca, niepozwalająca się od siebie oderwać. Bardzo, bardzo polecam.

2017-02-15

„Ważka” Małgorzata Rogala

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 15 lutego 2017

Liczba stron: 369

Oprawa: miękka

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Zbrodnia i namiętność

Małgorzata Rogala nie zawodzi swoich czytelników. Kolejna odsłona perypetii Agaty Górskiej wydobywa się z wydarzeń opisanych w „Dobrej matce” i jest ich zręczną kontynuacją. Zręcznie nakreślona też została intryga kryminalna, którą autorka stopniowo odsłania. Najpierw poznajemy dość liczne osoby dramatu, ich tajemnice i lęki, niecne uczynki oraz skryte namiętności. Potem Rogala buduje mnogość wątków, które będą się wzajemnie zazębiać. Wszystko koncentrować się będzie wokół jednego morderstwa, ale „Ważka” opowie nam wiele fascynujących historii. Będą to opowieści ludzi smutnych i zagubionych. Także takich, do których wciąż będą powracać traumatyczne wydarzenia z przeszłości. Powieść Rogali to interesujące studium rozwoju ludzkiej psychopatii oraz książka o tym, jak agresywne potrafią być polskie media, do jakich animozji mogą skłonić czytelników i jak swobodnie interpretują fakty, narzucając sposób myślenia i kategoryzowania rzeczywistości.

Agata Górska dochodzi do siebie po strzale, który o mało nie pozbawił jej życia. Wciąż myśli o odnalezieniu zabójcy swojej przyjaciółki, Leny Dobosz. Tę sprawę przedstawiono w „Dobrej matce”, ale okazuje się, że potrzeba było kolejnej książki, aby rozwikłać zagadki pozostawione na kartach tej poprzedniej. Górska i jej partner Tomczyk mają się w „Ważce” coraz bardziej ku sobie. Najpierw próbują przejść do porządku dziennego nad chwilą słabości z przeszłości. Potem ich relacje są coraz silniejsze i coraz trudniej im opanować namiętność. Obserwując jej rozwój, razem z baczną policyjną parą śledzimy poczynania kilku ludzi, których życiorysy powiązane zostały z zamordowanym właścicielem internetowego tabloidu. Woźnicki ginie w wannie. Kto zachęcił go do kąpieli i kto zaserwował mu środki nasenne, dzięki którym łatwiej było obezwładnić broniącego się mężczyznę? Właściwie nie ma nikogo, kto by go opłakiwał. Żona rozstała się z nim. Współpracownicy są w szoku, ale przewidywali, że szef może źle skończyć. Portret psychologiczny denata wyłania się z retrospekcji żywych. Jest w nich dużo goryczy, ale sporo też zaskakujących czytelnika emocji. Niejednoznacznie będą wyglądać wszystkie relacje z otoczenia zabitego. Górska i Tomczyk będą musieli znaleźć związek śmierci dziennikarza z jeszcze jednym zaskakującym zgonem. Widać, że morderca działa wedle ustalonego schematu. Kim jest i kogo obserwuje?

Rogala portretuje jednostkę o cechach psychopatycznych, która – podobnie jak w „Zapłacie” – kieruje się chęcią zemsty. Wokół tego tematu stworzono już tysiące dobrych i złych powieści kryminalnych, w związku z tym podjęcie go przez Małgorzatę Rogalę jest pewnym wyzwaniem. Zemsta ma tu niejedno oblicze. Niszcząca chęć odebrania życia kierowana jest ku niejednej osobie. W „Ważce” autorka zdaje się sugerować, że wielu z nas ma w sobie te destrukcyjne myśli o tym, by kogoś zabić, i równie wielu może stać się prawdziwym mordercą. A ten nie jest w żaden sposób stygmatyzowany przez zbrodnię, bo wygląda jak każdy z nas. Osoba planująca zabójstwa znajdzie się oczywiście pośród portretowanych bohaterów wchodzących ze sobą w różne relacje. Od naszej czujności zależy, czy rozpoznamy ją szybciej niż Górska i Tomczyk.

To także książka… o książce. Odczytywanie powieści denata będzie szło w parze z rozpoznawaniem tego, na ile fikcja literacka przypomina rzeczywistość, jaką rzeczywistość i kogo dotyczącą. Fragmenty książki czytać będą ci, którzy zrobią to z uwagą, i ci, których będzie tylko irytowała konwencja romansowej szmiry. Za tym wszystkim kryć się będzie coś dramatycznego. Ta książka zmieni życie wielu ludzi, a niektórym przypomni mroczną przeszłość. Być może ci będą cierpieć najbardziej. Nie zapomina się wyrządzonych krzywd i Rogala zręcznie opowiada historię takiego pamiętania. Czas nie leczy ran, gdy w sumieniu znajduje się potężna zadra. Ktoś będzie musiał stanąć twarzą w twarz z tym, co zrobił w przeszłości. Z kogoś jej wspominanie uczyni potwora. Ważne jest, by nie ufać żadnemu z bohaterów książki. Wtedy jej odczytywanie będzie naprawdę dużą frajdą.

„Ważka” jest powieścią bardzo misternie skonstruowaną. Autorka udowadnia, że aby tworzyć interesującą kontynuację, nie trzeba zaskakiwać czytelnika nieznającego poprzednich powieści. Pokazała to w „Dobrej matce”, pokazuje i tutaj. Do przeżycia przygody zaprasza wszystkich. Stawia nas przed tajemnicami, które w znacznej mierze są udziałem każdego. Nadaje im tylko specyficzne znaczenie. Bohaterowie „Ważki” szukają spełnienia w wielu możliwych wymiarach. Coś lub ktoś wciąż nie daje im spokoju. W tej nerwowej atmosferze wzajemnych podejrzeń rodzi się dodatkowo namiętność między policjantką a jej partnerem. Górska dowie się nie tylko tego, kto naprawdę zabił jej przyjaciółkę Lenę. Stanie przed dużo trudniejszą do zrozumienia prawdą. Prawdą o swoich intymnych pragnieniach i oczekiwaniach. O tym, że zależy jej na bliskości z mężczyzną, którą to bliskość blokowały traumatyczne zdarzenia sprzed lat. Agata Górska dojrzewa do przeżywania emocji i uczuć. Jest biegła w działaniu i obronie. Będzie zmuszona do konfrontacji z czułością i delikatnością, od których zawsze uciekała w świat służbowych obowiązków.

„Ważka” to też ciekawa powieść o tym, jak udaje się zmanipulować drugiego człowieka. O specyficznej konstrukcji psychopaty, który potrafi zjednać sobie otoczenie. Mamy zatem ludzi otwartych na nowe wrażenia i płacących za to wysoką cenę, ale także takich, którzy zamknęli się w czterech ścianach i w świecie własnego smutku, urażonej dumy, zranienia z przeszłości. Każdy z bohaterów tej książki przemierza trudną drogę życia i Rogala portretuje bardzo różne osobowości z dużą dozą empatii. To bardzo wiarygodna książka, choć motywy postępowania zabójcy możemy rozpoznać stosunkowo szybko. Pozostaje pytanie o to, z czym nas autorka zostawia i czy to już koniec cyklu o Agacie Górskiej. Zakończenie wyraźnie to zapowiada, ale „Ważka” w gruncie rzeczy jest powieścią wielu niedopowiedzeń. Dynamiczną i ciekawą, zdecydowanie godną polecenia miłośnikom gatunku.


PATRONAT MEDIALNY

2017-02-13

„Królowa Śniegu” Anna Klejzerowicz

Wydawca: FILIA

Data wydania: 15 lutego 2017

Liczba stron: 280

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: W sidłach mrozu

Anna Klejzerowicz napisała dobry kryminał z wyraźnym społecznym wydźwiękiem. Rozlicza się w nim nie tylko z faktem, że wiele lat po transformacji ustrojowej żyją, a właściwie wegetują ci przegrani, którzy nie potrafili dostosować się do nowej rzeczywistości. Autorka portretuje ich w kolejnych pokoleniach dziedziczących bierność i wykluczenie. To oni będą ofiarami. Czyimi? Teoretycznie natury, bo zabija siarczysty mróz. To zresztą książka o tym, jak terapeutyczne znaczenie może mieć obcowanie z tą naturą. Główna bohaterka właśnie dzięki kontaktowi z nią porządkuje swoje życie, którego miejska przeszłość uwiera i boli. Wracając jednak do zgonów – ktoś naturalnie potędze mroźnej zimy pomaga. Komuś zależy na tym, by usuwać pijane ofiary żyjące z dnia na dzień, bez perspektyw, bez możliwości jakiejkolwiek zmiany w szarym życiu. Portretowana społeczność nie jest w „Królowej Śniegu” społecznością zjednoczoną dzięki silnym więzom. Wręcz przeciwnie – biedni i zapijający swe smutki mieszkańcy są zatomizowani, a jednocześnie mocno związani pewną tajemnicą sprzed lat. Nie tyle klątwą – jak sami ją nazywają – ile bolesnymi wspomnieniami. Pośród nich skryły się wyrzuty sumienia z powodu tragedii sprzed lat. Tymczasem ktoś nadal chce wymierzać sprawiedliwość i w przebraniu baśniowej postaci robi to bardzo konsekwentnie. Klejzerowicz brawurowo prowadzi nas przez kolejne dni i tygodnie, mnożąc wątki i zręcznie je ze sobą łącząc. Kiedy już zdajemy sobie sprawę z tego, w czym uczestniczymy, po chwili rozumiemy, że tajemnice są dużo bardziej skomplikowane, niż nam się wydaje. „Królowa Śniegu” to prywatne odczytanie jednej z najmroczniejszych baśni, dzięki któremu autorka opowiada o ludzkich demonach, bezradności i różnego rodzaju krzywdach, za które ktoś mści się bez większej satysfakcji.

Kompozycyjnie ta powieść przypomina trochę „Tysiąc” Dagmary Andryki. Mamy pewną siebie i swojej wartości kobietę, która przybywa do zamkniętej społeczności karmiącej się wiarą w to, że jakaś mroczna klątwa uśmierca okolicznych mieszkańców. Andryce chodzi jednak o coś innego niż Klejzerowicz. „Królowa Śniegu” będzie opowieścią o bezwolności i niemożności wyjścia poza pewne uwarunkowania. Autorce nie chodzi o budowanie klimatu grozy i granie niedopowiedzeniami. Ma do powiedzenia bardzo dużo i bardzo wprost. Tajemnicę licznych śmierci podczas tęgich mrozów będzie odkrywać Felicja Stefańska, ambitna dziennikarka wchodząca głębiej w środowisko różnego rodzaju patologii, w którym zbierze historie przetrąconych życiorysów – szare, smutne, gorzkie i przerażające.

Felicja straciła posadę w Gdańsku i przybywa do prowincjonalnego Kryszewa, gdzie etat załatwia jej przyjaciółka, radna gminy. Felicję i Gretę łączą bardzo silne relacje, w których trudno będzie o szczerość, kiedy kolejne etapy prywatnego śledztwa Felicji zaczną odkrywać przerażające fakty z przeszłości. Greta chce zapomnieć o sprawach, które na zawsze ją naznaczyły. Okazuje się, że umierający na mrozie pijacy to pokłosie tragedii, która już miała miejsce w Kryszewie. Ale nie tylko o zamarzanie chodzi. Felicja będzie zmuszona zrewidować swoje poglądy, kiedy ujrzy sielankową rzeczywistość blisko natury w nieco innym, przejmującym świetle. A chodzi o ludzi, którzy sobie nie radzą, są stłamszeni, odizolowani od głównego nurtu życia, zamknięci w czterech ścianach swoich domów, żyjący w warunkach niczym z nowel pozytywistycznych. Nikt nie płacze po zamarzniętych, bo nikt nie ma dla nich wystarczającego współczucia. W oparach alkoholu każdy staje się osobny. Każdy ma swój życiowy dramat do zapicia. Zbiorowość ma na sumieniu coś, o czym usilnie próbuje zapomnieć. Wtedy najlepiej utopić te wspomnienia w alkoholu. Bohaterka Klejzerowicz spojrzy na biedę i nieporadność w taki sposób, w jaki jeszcze nigdy nie patrzyła. Odkryje destrukcyjną moc ludzkiej bezradności, ale także to, jakimi potworami możemy być dla siebie.

Anna Klejzerowicz opowiada o tym, jakie stygmaty nosimy w sobie i jak ogromne pokłady zła mogą tkwić w człowieku tłumaczącym je sobie zwyczajną obojętnością. Ta obojętność jest wstrząsająca, bo po raz kolejny pozwala na to, by morderca zbierał krwawe żniwo przy udziale nieprzychylnej aury. Stefańska ujrzy społeczność Kryszewa jako zbiorowisko ludzi bez ambicji i bez szans na wyjście z różnego rodzaju problematycznych sytuacji. Gmina, której dobrego imienia chce bronić Greta, jest miejscem tuszującym pewne zdarzenia z przeszłości. Zło zakorzeniło się tam bardzo silnie. Miało ku temu specyficzne warunki. Za co karani są ci, którym ktoś pomaga umrzeć na mrozie? Jaka filozofia przyświeca prawdopodobnej zabójczyni, która chce ostatnie chwile alkoholików przemienić w złudzenie obcowania z pięknem i czymś ciepłym?

„Królowa Śniegu” jest tak wielowątkowa, że chwilami można odnieść wrażenie, iż autorka chciała opowiedzieć o zbyt wielu sprawach naraz. Wyjątkowo wnikliwej analizie losu sierot po PRL-u, dla których koniec pegeerów był prawdziwym końcem życiowej stabilizacji, towarzyszą odczytywane wprost lub symbolicznie nawiązania do dzisiejszej sytuacji społeczno-politycznej, w której czyha na człowieka dużo więcej zagrożeń niż kiedyś. Czy jest tak naprawdę? Największym zagrożeniem okazuje się ludzka obojętność. To na niej wyrasta krzywda, niesprawiedliwość, na niej wzrasta zbrodnia. Wielokrotna, bo osoba zabijająca nie czerpie satysfakcji z tego, co robi. Anna Klejzerowicz wchodzi chwilami w rolę publicystki, ale jako autorka konsekwentnie buduje bardzo czytelny świat przedstawiony, którego ramy poznajemy stopniowo, z coraz większym przerażeniem. Felicja Stefańska ze swymi sarkazmem i niezależnością pokazuje, że problemy Kryszewa można widzieć w innych kontekstach. Jej historia to historia ucieczki i próby zakorzenienia się w czymś nowym. Na gruncie skrywającym dużo więcej mrocznych tajemnic niż całe jej dotychczasowe życie.

„Królowa Śniegu” opowiada o grzechach, które dziedziczymy po naszych przodkach, i o tej potwornej formie stagnacji, którą mogą wypracować kolejne pokolenia, nie zmieniając niczego we własnym oglądzie niesprawiedliwego świata. Autorka intryguje, myli tropy, nieustannie zaskakuje, ale przede wszystkim pokazuje, ile zła może drzemać w każdym z nas, jeśli życie będzie pasmem zapominania albo wciąż na nowo odżywającej chęci zemsty. To mroczna książka, która niesie w sobie jednak pewną nadzieję, bo główna bohaterka to kobieta pełna empatii. Nie tylko ona. Czy znajdą się jakieś okoliczności łagodzące dla zabójcy? A może zarówno ofiary, jak i kat nigdy nie mogli liczyć na jakąkolwiek ulgę, otrzymując od życia jedynie pasmo frustracji i coraz boleśniejszych doświadczeń? Andersenowska baśń nabiera nowego znaczenia. Anna Klejzerowicz każe nam skonfrontować się z ludzkimi potworami, ale także pełnymi bezradności i lęku istotami, których nikt nigdy nie chciał zrozumieć lub chociaż wysłuchać.


PATRONAT MEDIALNY

2017-02-11

„Bezsilni” Kati Hiekkapelto

Wydawca: Ringier Axel Springer Polska

Data wydania: 1 marca 2017

Liczba stron: 352

Przekład: J. Łepkowska (kolacjonowanie z fińskiego), P. Grzegorzewski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,99 zł

Tytuł recenzji: Zabójstwa i uchodźcy

Brakuje mi w polskiej literaturze XXI wieku książek tak wyraziście krytykujących polskość jak książki Finów będące publicystycznymi nieco wykładniami tego, co dzisiaj jest nie tak z Finlandią i co powinno zwracać uwagę ich rodaków. W bardzo krótkim odstępie czasu otrzymujemy dwa ciekawe tłumaczenia literatury fińskiej będącej zwierciadłem, w którym wszelkie rysy i załamania może zobaczyć każdy Fin, nie zawsze świadom źródeł opresji, degrengolady czy fatalnych skutków działań instytucji rzekomo zbawiennych dla organizacji życia społecznego. Jussi Valtonen w „Nie wiedzą, co czynią” dość sprytnie wkłada słowa krytyki pod adresem Finlandii w usta amerykańskiego przybysza. Kati Hiekkapelto dokonuje podobnego zabiegu. Jej bohaterka, emigrantka z byłej Jugosławii, oddana obowiązkom policjantka, która wciąż czuje się wyobcowana w zimnym północnym kraju, przyglądać się będzie absurdom i niedorzecznościom przede wszystkim fińskich organizacji zajmujących się uchodźcami. Valtonen stworzył powieść wielowymiarową, obnażającą fińskie bolączki w wielu kontekstach. W „Bezsilnych” Hiekkapelto konstruuje dużo bardziej kameralną historię, ale także opowiada o tym, że Finlandia w wielu możliwych znaczeniach jest krajem trudnym do życia. Krajem, w którym bezsilność odczuwają nie tylko emigranci wrzuceni w biurokratyczny kocioł decydujący o przyznaniu im prawa pobytu często na zasadzie przypadku. „Bezsilni” to dużo lepsza powieść obyczajowa niż kryminał. Wątki kryminalne prowadzone są albo w sposób przewidywalny (sprawa rozrastającej się działalności grupy przestępczej), albo też lekko naciągany (zabójstwa dokonywane nadzwyczaj łatwo i w mało prawdopodobnych okolicznościach). Tym niemniej narracja Hiekkapelto to ważny głos w sprawie życia w zawieszeniu, wiecznej niepewności. Doskonale buduje kontrasty, które obrazują to, iż pozorna stabilizacja daje tylko namiastkę bezpieczeństwa, a chaos nieuporządkowanego życia dodatkowo wzmacniany jest przez poczucie bezradności.

Kim są bohaterowie tej książki? Ludźmi, którzy znaleźli się w dramatycznych okolicznościach i usiłują zapanować nad wdzierającymi się do ich świadomości wątpliwościami co do sensu ich życia. Mamy młodego uciekiniera z Pakistanu, Sammy’ego, któremu Finlandia nie dała prawa pobytu i którego domem staje się zimna ulica, a łóżkiem kontener. Mamy wspomnianą już policjantkę, Anne Fekete. Mieszkającą od dwudziestu lat w Finlandii obywatelkę byłej Jugosławii, której część rodziny przeniosła się na północ, uciekając od koszmaru wojny bałkańskiej. Anne wciąż nie może odpowiedzieć sobie na pytanie o to, gdzie jest jej dom. Finlandia jest dla niej mroźnym wewnętrznym więzieniem, w którym bohaterka ukrywać będzie swą bałkańską wylewność, czułość i empatię. Aspołeczna z pozoru, potrafi okazać serce ludziom, dla których serca Finów są zamknięte. Jest też w tej powieści postać jej kolegi z pracy, policjanta tuż przed emeryturą. Rozgoryczony i cyniczny Esko jest jednocześnie wulgarnym rasistą przekonanym o tym, że każda forma egzystencji emigrantów ze Bliskiego Wschodu to ich agresywna walka o kolejne terytorium. Sammy jest gotów zrobić wszystko, by pozostać w Finlandii, bo to uratuje go przed śmiercią po deportacji. Anne dopasowała się do fińskiego społeczeństwa, objęła ważne stanowisko pracy, stała się po skandynawsku chłodna i niedostępna, ale w gruncie rzeczy trawi ją potworna samotność. Esko z samotnością już się zżył. W tej chwili może przelewać gorycz życiowych niepowodzeń na ludzi, nad którymi ma policyjną władzę. Tkwić w przekonaniu, że wszelka forma uchodźstwa jest dla jego kraju ogromnym zagrożeniem.

Tak, to smutni i zagubieni ludzie. Każde na swój sposób walczy ze specyficzną formą wyobcowania. Sympatię czytelnika najbardziej zjednuje chyba Sammy. Ten marzący o stałym pobycie w Finlandii młody mężczyzna mógłby zaprzyjaźnić się z Anyżką, bohaterką powieści Anji Snellman „Bogowie na balkonie”. Somalijska emigrantka z powieści Snellman chce za wszelką cenę zapomnieć o przeszłości i wtopić się w fińską rzeczywistość, o której myśli może trochę inaczej niż Sammy. Hiekkapelto obok Snellman to dwie znane polskiemu czytelnikowi fińskie pisarki obrazujące skomplikowane warunki życia ludzi przybyłych do Finlandii, by uciec od problemów swoich ojczyzn i zacząć nowe życie. Co gwarantuje, że to nowe życie może się zacząć? Sammy nie może zrozumieć, dlaczego Finlandia chce go deportować. Doświadczył w Pakistanie prześladowań na tle religijnym i wciąż z przerażeniem wspomina matkę, którą mógł uratować, a zdecydował się na ucieczkę. Absurd egzystencji bohatera podkreśla fakt, że fińskie więzienie staje się dla niego przestrzenią wolności. Cela będzie miejscem bezpiecznym. Dalekim od trudów życia na ulicy i od traumatycznych wspomnień z ojczyzny. Sammy chce odnaleźć nową ojczyznę. Anne będzie go doskonale rozumiała. Będzie musiała zajmować się nim jednak przede wszystkim jako policjantka, gdy Sammy – ku jej zaskoczeniu – przyzna się do dwóch morderstw.

Sprawa zabójstw to zupełnie inna płaszczyzna interpretacyjna tej książki. Dość powiedzieć, że „Bezsilni” to opowieść o ludzkiej namiętności, która walczy z trudami jesieni życia, i o zagubieniu w wirze możliwości gwarantowanych przez fińskie dostatnie życie. Hiekkapelto z dużą dozą uwagi przygląda się temu dostatkowi i bezpiecznej rutynie. Kraj świętujący równouprawnienie 19 marca jest jednocześnie krajem, w którym odnajdziemy kilka definicji nierówności. Państwo stwarzające możliwości ugrzęźnięcia w bezpiecznej rutynie w każdej chwili może nam przypomnieć, że życie to iluzja wolności. A sami Finowie? Czy nie są ludźmi, którzy – jak jedna z bohaterek – uznają, że każdy powinien pilnować własnego nosa? Czy potrafią być wolni od uprzedzeń, gdy jednocześnie są w stanie powiedzieć Anne w twarz, że nie jest z tego kraju i widać to na pierwszy rzut oka? Wątek kryminalny koncentruje się na fińskiej mentalności zaskakująco niespodziewanie. Odnosi się bowiem wrażenie, że Kati Hiekkapelto chce opowiedzieć o skomplikowanym życiu emigrantów w Finlandii, dodając do tego niewiarygodny, ale spektakularny wątek rozwoju przestępczości zorganizowanej w Skandynawii.

Myślę, że to bardzo ważna książka o potrzebie akceptacji siebie oraz atawistycznym wręcz odruchu szukania przynależności do tego, co nas otacza. Hiekkapelto rozważa problem emocjonalnego rozchwiania charakteryzowanego przez czytelne działania bohaterów pokazujące, że są naznaczeni traumami. Świetny jest pomysł uczynienia głównej bohaterki, policjantki, osobą na tyle wyobcowaną, że potrafi zrozumieć wyobcowanie uchodźcy. Anne świat kojarzy się z ciepłem bałkańskiej babci, ale jednocześnie z bolesną udręką oddalenia przy jednoczesnym przystosowaniu się do fińskich realiów. „Bezsilni” to powieść o ludziach w szponach samotności i zagubienia. Autorka tak portretuje swoich bohaterów, że mimo wszystko trzymamy do nich dystans, coś nie pozwala się do nich zbliżyć. Hiekkapelto opowiada o goryczy nieprzystawalności i o tym, że miejsce, z którego pochodzimy, na zawsze definiuje część naszej osobowości, marzeń oraz pragnień.

2017-02-09

„Portret młodej wenecjanki” Jerzy Pilch

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 1 lutego 2017

Liczba stron: 182

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Dygresje i zagadki

Gdy czytałem „Portret młodej wenecjanki”, towarzyszyły mi refleksje podobne do tych przy lekturze „Roku królika” Joanny Bator. Czy nie jest przypadkiem tak, że umowy wydawnicze wymuszają na autorach stworzenie czegoś, co w naturalnych warunkach mogłoby nie powstać? Ta książka, podobnie jak wspomniana powieść Bator, nie jest dobra. Jest w niej jednak wszystko to, co już było, bo od pewnego czasu twórczości Pilcha nie można już odrywać od jego biografii. Potwierdzają to wydane wywiady, a początek pewnej myślowej metamorfozie dał „Drugi dziennik”. Dlaczego? Dlatego, że Pilch staje się mroczny, w pewien sposób osłabiony (fizycznie przez chorobę), zmieniający perspektywę oglądu rzeczywistości, czasami tragiczny, a momentami – jak w tej narracji – odrobinę rozpaczliwy. Portret młodej wenecjanki” to w zasadzie zbiór nawarstwiających się dygresji. Odnosi się wrażenie, że w opowieści o romansie z młodszą o ponad trzydzieści lat kobietą Pilch nie zapisuje już ani jednej frazy, która miałaby jakieś nowe znaczenie. Ta książka jest nostalgiczna, przepełniona swoistym żalem, fragmentami sztubacka, w innych zaś miejscach zaskakująco czuła. Powtarza tematy i rozważania z „Zuzy albo czasu oddalenia”. Cała w sobie jest pewnego rodzaju powtarzalnością. Świadectwem bezradności i odwagi, które umiejętnie łączy motyw miłości i umierania – walczące o siebie, ścierające się, przynoszące niepewność i niepokój.

Różnica pomiędzy seksem a miłością jest taka sama jak różnica pomiędzy głodem seksu a głodem miłości. Niby jest różnica, niby jej nie ma. Tego typu odkrywcze przemyślenia wypełniają książkę. Publikację złożoną z dykteryjek puszczających do czytelnika oko. Mamy zgadywać, co dzieje się naprawdę, co jest wyobrażeniem, ile w tym wszystkim iluzji, a ile gorzkiej prawdy. Pilch stara się za wszelką cenę uczynić to pisanie zagadkowym, ale pośród różnego rodzaju rozważań o statusie porzuconego przez miłość i przygarniętego przez starość kryje się przede wszystkim lęk. Poczucie kresu pewnych spraw, także określonych relacji i przemyśleń. Nieskomplikowane związki z kobietami mogą być przejawem życiowego witalizmu, z którym autor jakby się żegnał. Jest w tej książce kilka przejmujących zdań o chorobie i jej pacyfikowaniu przejawów życia, za jakimi można tęsknić. Pośród wspomnień o tym, jak chętnie i bezproblemowo nawiązywał relacje z płcią przeciwną, jest sporo Pilchowskiej goryczy z powodu tego ośmieszenia życia przez chorobę. Odarcia z jego tajemnic i blasku. Nie ma sensu się krygować, ostrze ironii wydaje się tępe. Dzisiaj pozostaje pewna bezradność. Dlatego „Portret młodej wenecjanki” jest – dla mnie – wyjątkowo smutny. To także książka, w której walczą o uwagę i znaczenie poszczególne frazy. Toniemy w wirze dygresji. Z obowiązkowym Lutrem czy egzegezą ważnych dzieł literackich. Toniemy i zastanawiamy się nad tym, co w nas samych po tej lekturze zostanie. Co z tego, czego Pilch nam jeszcze nie opowiedział.

Atina Milić w tych wspomnieniach jest literatką hobbystyczną i w pewnym momencie możemy przeczytać tekst rzekomo jej autorstwa. To bardzo charakterystyczna część tej książki, bo przede wszystkim inna, zaskakująca. W opowieści o emocjonalnej więzi dziadka i wnuczki, których połączyło swoiste niedopasowanie do świata, widzimy pewną zamkniętą przestrzeń przeżyć i emocji. Tak jakby nic, co istotne, nie mogło już opuścić ścian pokoju, w którym izoluje się bohater i do którego wraca potem dziewczyna. Ta książka jest świadectwem pewnego zamknięcia wspomnień – o sobie i burzliwej relacji, która pozostała w pamięci bardzo żywa. „Portret młodej wenecjanki” to wspomnienie osadzone gdzieś w przeżytym czasie przeszłym, ale również traktat o pustce czasu przyszłego, o bolesnym dotyku teraźniejszości.

Otwarcie to rozważania o rozpadzie, w zamknięciu pojawiają się groby. Nic nie jest tu złośliwe, groteskowe, autoironiczne w znanym nam stylu. To trochę książka spowiedź i odnosi się wrażenie, że chce dotykać spraw ostatecznych nad wyraz poważnie. Atina egzemplifikuje ten rodzaj piękna, którego podziwinie dawało życiowe spełnienie. Adoracja była częścią istnienia, aktywnego życia, wiecznego pobudzenia i namiastki szczęścia. Wspomnienie o niej jest nie tyle gorzkie, ile przede wszystkim uwierające. Przeradza się w swoisty traktat o samotności. Ale czym naprawdę jest? Apoteozą tej samotności czy też narracją mającą dać nam zarys jej genezy? Czy bycie samotnym to świadome bycie wolnym? Czy jakakolwiek bliższa relacja odziera tajemnicę samotniczego życia z jej wzniosłości?

To kolejna książka Pilcha o tym, jak płynna jest granica rzeczywistości i zmyślenia, oraz kolejny dowód na to, jak zręcznie tę granicę można przekraczać. Pośród rozważań o naturze zauroczenia, symbolicznych wymiarach miłości i obliczach ludzkiego strachu przed końcem ostatecznym nie kryje się już jednak nic, czego wcześniej w którejś publikacji Pilcha nie przeczytaliśmy. Czy ma to być książka ważna dla niego samego, czy w jakimś znaczeniu dla nas, czytających? Czy niesie w sobie świadectwo pogodzenia się z czymś bezkompromisowym i okrutnym? A może świadczy o tym, że wspomnienie nadaje sens życiu tak długo, jak jest wyraźne? Tak czy owak „Portret młodej wenecjanki” charakteryzuje wtórność. Kolejne rozdziały zlepione są ze sobą dość nieprzekonująco. Ta wymuszana zagadkowość może skrywać kilka oczywistych przesłań. Pilch stara się trzymać gardę, ale widzimy wyraźnie, co go uwiera i co kieruje ku wspomnieniom. Bo to przecież nie jest opowieść o tym, jakim autor był dzielnym kochankiem i ile wspaniałych kobiet obdarował namiastką swej męskości. Widzę tu sporo goryczy. Atina odeszła kilkanaście lat temu. Co odebrała autorowi i co musiał przeżyć, by zrozumieć sens utraty?

Najbardziej niepokoi mnie, że ten szereg wyznań w bardzo nierównej stylistyce został na autorze w pewien sposób wymuszony. Że poza „Drugim dziennikiem” nie ma już nic lepszego, bardziej wartościowego, wyjątkowo wnikliwego. Że Pilch po prostu opowiedział siebie do końca. „Portret młodej wenecjanki” rozczaruje, ale może też zaintrygować. To naprawdę mroczna książka. Czego jest świadectwem?

2017-02-01

„Nie wiedzą, co czynią” Jussi Valtonen

Wydawca: W.A.B

Data wydania: 1 lutego 2017

Liczba stron: 576

Przekład: Sebastian Musielak

Oprawa: twarda

Cena det.: 59,99 zł

Tytuł recenzji: Nasze największe katastrofy

To bardzo dzisiejsza książka. O dzisiejszych problemach. W swojej wielowątkowej narracji Jussi Valtonen obnaża nas i pokazuje, kim jesteśmy. A jesteśmy mali, ksenofobiczni, zamknięci pośród serwowanych sobie złudzeń, wspomagani reklamowaną chemią i sugestiami koncernów, ale przede wszystkim samotni. Dajemy się manipulować na każdym kroku. Wmawiać sobie, czego chcemy i czego pragniemy. Żyjemy w świecie wykorzystywanym do cna, w świecie wiecznych zysków i ukradkiem niwelowanych strat. Te wizje przerażają, ale i zwracają uwagę na nas samych, tkwiących w szponach oszustów oraz własnych lęków. Dlaczego? Bo rozmawiamy ze sobą, jednak się nie słuchamy. To my jesteśmy największą katastrofą Ziemi. Warto przyjrzeć się sobie w tym powieściowym lustrze i coś zmienić. Turbokapitalizm bowiem pożera nas szybciej, niż my niszczymy świat. Valtonen w swej mocnej i wyrazistej książce opowie o każdym aspekcie czasu konsumpcji. Liczą się tylko nasze potrzeby, ale nie potrafimy ich zwerbalizować. Ekolodzy będący często dyletantami zwracają uwagę na problemy Ziemi. W tej książce to my jesteśmy największym problemem naszej planety i sami nie wiemy, że niszczymy szybciej siebie niż środowisko naturalne.

„Nie wiedzą, co czynią” to powieść, w której ujrzymy przynajmniej kilka perspektyw na to, jak powinien wyglądać świat i co powinniśmy z nim zrobić. Jussi Valtonen nie ułatwia nam jednak zrozumienia prezentowanych problemów. Nie ma tu wyraźnej opozycji dobrego i złego postępowania. Każdy z bohaterów tkwi w jakimś mroku, z którego usiłuje się wydobyć, i każdy jest na nowo uświadamiany przez innych, że stara się za mało – dla siebie i dla świata. Ostrze ironii Valtonena dotyka każdego. Dostaje się fińskiemu indywidualizmowi i amerykańskiej otwartości. Koncernom, które sterują ludzką świadomością, i ludziom tak bardzo podatnym na wpływy i manipulacje. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo wykoślawiliśmy fundamenty istnienia – nasze, a nie otoczenia. Czyta się Valtonena ze zdumieniem, ale i smutnym przekonaniem, że to opowieść o każdym z nas. Nieważne, co robi dla świata i dla siebie. Ważniejsze są zaniechania, emocjonalne blokady, przekonanie o własnej nieomylności i nieumiejętność wchodzenia w prawdziwy dialog. Pewnie jest tak, jak myśli jeden z bohaterów książki. Jesteśmy w gruncie rzeczy identyczni i robimy to samo – jedynie z wykluczających się powodów. Szkodzimy samym sobie i własnej planecie. Ale nie wiemy o tym, bo staliśmy się bezradni. W sferze oglądu rzeczywistości, ale także w sferach własnych emocji. Nikt tu nie będzie wygranym, nikt nie zatriumfuje. Autor tworzy pomost (nie)zrozumienia między Finlandią a Stanami Zjednoczonymi. Wygodniej mu dzięki temu pokazać ludzkie wyobcowanie. Lepiej także możemy ujrzeć skomplikowane relacje rodzinne i dostrzec sygnalizowany ból w relacjach ojca i syna, którzy nigdy nie znaleźli przestrzeni porozumienia.

Joseph Chayefsky jest poszukiwaczem i badaczem. Szuka kobiecej bliskości i możliwości stworzenia stabilnego związku. Przeprowadza na zwierzętach badania z przekonaniem o tym, że służą ludzkości. Joe ma w sobie wiele skrytych emocji, ale na co dzień analizuje, kieruje się zdrowym rozsądkiem i rozumem. Kiedy poznaje Alinę i przenosi się z nią do Finlandii, dość szybko zdaje sobie sprawę z tego, że ta decyzja jest błędem. Valtonen portretuje Amerykanina, który wielbi właściwie wszystko, co amerykańskie. Naznacza go stygmatem obcokrajowca w zimnej Finlandii, w której ludzie nie rozmawiają ze sobą, nie zapraszają się do domów, trzymają wyraźny dystans i proponują stanowiska pracy przede wszystkim sobie, osoby z zewnątrz traktując jak intruzów. Joe dość szybko uświadamia sobie, że powrót do Ameryki jest nieunikniony. Nie rola męża i ojca jest dla niego najważniejsza, lecz rola badacza. Tylko w swojej ojczyźnie naprawdę rozwinie skrzydła. I rozwija, zakładając tam nową rodzinę i zapominając o sugestywnie nakreślonym obrazie Aliny, która z dzieckiem na ręku odchodzi od niego na lotnisku.

Bohater Valtonena uważa, że wszystko można racjonalnie wytłumaczyć, na wszystko jest czas i właściwie każde swoje posunięcie uznaje za słuszne. Czy porzucenie fińskiego syna także? Czas przyspiesza w Baltimore, gdzie pośród stref różnego rodzaju przemocy Joe z rodziną tworzy sobie namiastkę bezpiecznego domu. Poczucie bezpieczeństwa zostanie jednak zniszczone atakami na naukowca i jego bliskich. Trop prowadzi do Samuela, tego małego chłopca widzianego przed laty na lotnisku, który wyrósł, zmężniał, zradykalizował się i postanowił walczyć z niesprawiedliwością wobec świata. Zaangażowany w działania ekologiczne, niewystarczająco dobrze angażuje się w kontakt ze swoim wnętrzem. Ojca nie pamięta, ten brak jest w jego życiu stale obecny. Ale nie tylko deficyt ojcowskiej miłości zmusi Samuela do wyprawy za ocean. Oczekujemy konfrontacji ojca i syna, którzy przez lata nie znaleźli dla siebie czasu ani uwagi. W międzyczasie czytamy, jak rozpada się życie ludzi po obu stronach oceanu. Alina w Finlandii także założyła rodzinę, ale wciąż odczuwa pustkę niespełnienia i tę potworną gorycz, której nie udało się załagodzić nowemu mężowi, dwójce dzieci, sukcesom pisarskim. Joe chce przede wszystkim bronić tego, co wypracował w ojczyźnie. Rodziny i bezpieczeństwa domu. Ale przecież Samuel to także jego rodzina. Krew z krwi, której poczynań nie sposób przewidzieć.

Jussi Valtonen potrafi być ironiczny i złośliwy. Ojczyznę portretuje widzianą oczyma obcokrajowca, by ukazać jej absurdy oraz bolączki, do których Finlandia nie chce się przyznawać. Są w tej książce bardzo mocne i sugestywne sceny. Między innymi ta, w której Samuel oddaje mocz na świadectwo maturalne. Najlepszy system edukacyjny na świecie nie daje gwarancji bycia najlepszym na rynku pracy. Ten z kolei podlega ciągłym przemianom. Valtonen nie pozwala bohaterom tkwić w miejscu, a tych, którzy to robią, skazuje na wewnętrzne demony i potępienie. Postępujący do przodu świat nie znosi próżni ani stagnacji. Nie tylko w Finlandii ludzie nie rozmawiają ze sobą. Zdekonstruowany amerykański mit dobrobytu i solidarności społecznej to kolejny cios, który Valtonen zadaje w opowieści o koszmarach i absurdach globalizacji.

To jednak także ważna książka o statusie rodziny. O tym, co ją tworzy i co potrafi zniszczyć. Relacje Joego i Samuela to wyraz bezradności wobec pustki. Trudno zrekompensować sobie braki, kiedy uciekamy w proponowany nam model wirtualnej interakcji ze swoim wnętrzem. Ukazany w powieści wielofunkcyjny eksplorator wrażeń to jedna z najbardziej mrocznych sugestii Valtonena. Fiński autor pokazuje mroczne ścieżki, którymi podążamy, oraz ludzką bezradność, gdy boimy się przyznać do błędu. To napisana z wielkim rozmachem i bardzo przejmująca powieść o nas samych, o naszych prywatnych katastrofach. O tym, że nie szanujemy Ziemi tak samo, jak nie potrafimy szanować siebie. Także o tym, iż chyba już dawno się zgubiliśmy w mnogości złudzeń, za którymi podążamy i którym ulegamy. Książka ostrzeżenie, ale jednocześnie przejmujący traktat o definiowaniu własnego bezpieczeństwa i możliwych utratach, gdy nie wchodzimy w dialog z własnymi emocjami.

2017-01-30

„Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci” Anna Malinowska

Wydawca: Agora

Data wydania: 18 stycznia 2017

Liczba stron: 360

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Rozłąki

To, że druga wojna światowa wcale nie skończyła się w momencie złożenia broni przez strony walczące, jest faktem uświadamianym w ostatnich latach w literaturze faktu zarówno globalnie (monumentalny reportaż „Powrót” Bena Sheparda), jak i z perspektywy lokalnej („1945” Magdaleny Grzebałkowskiej). Anna Malinowska przyjrzy się okrucieństwu powojennemu w bardzo intymnym ujęciu. Jej książka skupia się na relacjach dzieci i rodziców, którzy na wiele różnych sposób byli rozdzielani, a potem usiłowali dotrzeć do siebie, odbudowując utraconą bliskość. Odbieranie dzieci przez Niemców miało bardzo różnorodny charakter. Związane silnie z działalnością Lebensborn, o której to instytucji napisano już bardzo wiele, ale także z zaskakująco dramatycznymi zbiegami okoliczności, w wyniku których dziecko znikało z życia matki nagle, bez wyjaśnienia. To doprawdy szczyt absurdu i tragizmu, że dzieci rodziców pomordowanych przez Niemców właśnie przez nich wychowywane były z czułością i troską. Ale w reportażu Malinowskiej chodzi o bardzo szeroki kontekst. O dzieci odbierane siłą, podstępem, wykradane z domów opieki, zabierane zniewolonym matkom. O dzieci, które nie miały możliwości upomnieć się o swoje prawa. Także o te straumatyzowane podwójnie – najpierw w wyniku przymusowego zniemczenia, potem odbierane przybranym rodzicom i na nowo polonizowane, choć było to dla nich potworną niesprawiedliwością, skoro niemiecka Mutti naprawdę pokochała, a polska matka oczekiwała miłości, której czasem nie dało się z siebie wydobyć.

„Brunatna kołysanka” rozważa problem oddalenia bliskich nie tylko w kontekście wojny i wydarzeń powojennych. Opisane historie nie przywołują jednego schematu, choć dotyczą w gruncie rzeczy takiej samej krzywdy. Malinowska stara się przyjrzeć trudnym relacjom oddalonych, a potem odnalezionych z perspektywy ich dalszego, dorosłego życia. Okazuje się, że okrucieństwo nie charakteryzowało tylko tych, którzy odbierali dzieci. Okrutni byli także rodzice, nie zawsze akceptujący odnalezione dzieci. Niektórzy opiekunowie odmawiali opieki, inni nie byli w stanie nawiązać bliskiej więzi z dzieckiem. A ci, których uprowadzono, opowiadają swoje dramaty różnymi głosami. Są tacy, dla których mroczna przeszłość jest już zamkniętym rozdziałem. Tacy, którzy są w stanie wybaczyć tę okrutną niesprawiedliwość losu i nie wracać już myślami do zniszczonego dzieciństwa. Są także rozmówcy przepełnieni gniewem, nigdy niepogodzeni z tym, co z nimi zrobiono, jak ich wykorzystano, ile możliwości odebrano i jak wytarto ze świadomości pojęcie szczęśliwego dzieciństwa. Okazuje się bowiem, że wiele uprowadzonych dzieci nawet gdy odnalazło biologicznych rodziców, nigdy tak naprawdę nie umiało cieszyć się dzieciństwem. Potem zaś nie miało odwagi, by zbudować życie rodzinne, samemu stać się rodzicem.

Centralną postacią reportażu jest mecenas Roman Hrabar. Człowiek, któremu Wikipedia poświęca lakoniczną notkę, a rodzinne Katowice zapominają, czemu się przysłużył. Tymczasem Anna Malinowska stara się bardzo dokładnie zrekonstruować wszystkie krajowe i zagraniczne działania Hrabara, dzięki któremu odnaleziono mnóstwo dzieci i połączono opłakujące tragiczne straty rodziny. Śledząc poczynania mecenasa, dostrzegamy, jak skomplikowane były różne historie i jak wiele trudności trzeba było pokonać, by połączyć dziecko z tęskniącą matką. Istotna jest perspektywa widzenia problemu przez Niemców, którzy przyjmowali pod swój dach dzieci i obdarzali je prawdziwą miłością. Być może niewiele mieli wspólnego z przesłaniem Himmlera, który dowodził, że rodzenie to nie jest sprawa osobista, lecz narodowa, i że kolejne porody mają budować potęgę niemieckiego społeczeństwa, w którym osoby bezdzietne powinny adoptować i wychowywać potomków. Niemieckie rodziny wielokrotnie konfrontują się z równie brutalnymi faktami co dzieci i rodzice, których w Polsce udaje się odnaleźć. Ich szczera miłość staje w konfrontacji ze zbrodniczym systemem, o którym wielokrotnie nie wiedzieli. Ten system usuwał z relacji rodzinnych pojęcia bliskości i miłości. Nakazywał hodowanie przyszłych godnych obywateli Rzeszy. Polskie dzieci mające być małymi Niemcami niejednokrotnie trafiały do domów, w których odnajdywały wszystko, co dla dziecka najważniejsze. Wracając do Polski, odkrywały kim są naprawdę, ale niejednokrotnie czekały na nich rodzinna patologia albo dorastanie w domach opieki. Hrabar traktuje swoje zlecenia z dużą empatią i taktem. Wie, że najważniejsza jest prawda. Zdaje sobie jednak sprawę z tego, że powracające do rodziny dziecko nie zawsze będzie dzieckiem szczęśliwym.

„Brunatna kołysanka” przedstawia wiele wstrząsających historii. Ukazuje rozpacz niemieckich rodzin i problemy adaptacyjne w rodzinach polskich. Mamy tu między innymi opowieść o tym, jak matka odnajduje swego dwudziestoletniego już syna i jak trudno jest im potem odnaleźć bliskość, za jaką tęsknili. Jest historia matki, która oznajmia dziesięciolatkowi, że już go nie chce, gdyż znalazła prawdziwego syna. To są opowieści, wobec których nie można przejść obojętnie, ale także takie sugerujące bardzo wyraźnie, że nie chodzi tu tylko o krzywdę odebranego dziecka, poczucie straty rodzica i szczęśliwe zakończenie, kiedy oboje po latach się odnajdują. Naprawdę szczęśliwych i satysfakcjonujących obie strony zakończeń jest niewiele. Malinowska zaznacza, że nie chodzi o sam moment odnalezienia się, że za tym wszystkim stoi cała masa trudnych emocji, z którymi nie sposób sobie poradzić. W trudnych relacjach zaciera się bliskość. Uprowadzone przez laty dzieci nie są w stanie jako dorośli zaofiarować tej bliskości komukolwiek, bo nikt ich nigdy nie przytulał, nikt prawdziwie nie pokochał.

To reportaż o tym, jak zbrodnicze działania potrafią zburzyć życiową równowagę już na zawsze. Okazuje się, że nie koszmar wojenny, lecz koszmar wyobcowania jest stygmatem na całe życie i nie można uwolnić się od bolesnych wspomnień. Reportaż taki jak ten uświadamia, że krzywda ludzka zapisana jest niekoniecznie w faktach, lecz przede wszystkim w skrywanych emocjach. Świat może rozpaść się całkowicie, choć wokół nie dzieje się nic spektakularnego. Pytania o to, kim się naprawdę jest, mogą dręczyć przez całe życie. Nigdy też nie można przewidzieć, czy pęknięte więzi rodzinne można naprawić tylko tym, że zwróci się sobie bliskich ludzi. Długofalowa perspektywa i ukazanie losów dzieci i rodziców w szeregu różnych kontekstów pokazuje także sposób, w jaki formowało się polskie powojenne funkcjonowanie rodziny w oczach opinii publicznej. Bohaterowie książki Malinowskiej przeżyli swoje prywatne piekło i czasami matczyna czułość to za mało, by poradzić sobie z pożegnaniem go. Niekiedy proces łączenia dzieci i rodziców był tak dramatyczny, że lepiej byłoby się o niego nie starać. Tak czy owak to książka o ludzkiej tożsamości, która buduje się w pierwszych kilkunastu latach życia. Jeśli wówczas pojawiają się gorycz, pustka, odrzucenie i kłamstwa, ta tożsamość zawsze będzie składową traum i wewnętrznych pęknięć, wiecznych ran oraz ciągłych deficytów emocjonalnych. „Brunatna kołysanka” opowiada o prywatnym obliczu wojny. O tym, że pozostawiła ona ślady, przede wszystkim rozrywając więzi międzyludzkie i skazując rozdzielonych na różne rodzaje bolesnej samotności.

2017-01-27

„Mała zbrodnia” Marek Łuszczyna

Wydawca: Znak

Data wydania: 11 stycznia 2017

Liczba stron: 300

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Pamięć zła

Trudno uporządkować myśli po reportażu Marka Łuszczyny. Autor dał się już dotychczas poznać jako reporter bardzo wnikliwy. Taki, który tworzy książkę, gdzie historie opowiadają życiorysy oraz fakty. Mała zbrodnia” to przykład takiej publikacji. Bardzo odważnej i niezwykle kontrowersyjnej. Czytanej przeze mnie przede wszystkim jako mroczne memento, tekst o pokładach ludzkiego okrucieństwa. Ono nie dzieli się na nacje, narody. Ono w człowieku tkwi i ujawnia się pod wpływem różnych okoliczności. Opowiadając o obozach, w których zaraz po wojnie odzierano ze skóry i człowieczeństwa wrogów władzy ludowej, schwytanych Niemców i ludzi z różnych powodów uznanych za zbędny element społeczny, Łuszczyna snuje rozważania o potędze odwetu, który niszczy w ludziach to, co szlachetne i dobre.

To są historie tych, którzy z różnych powodów podejmowali się krwawej zemsty za to, co wyrządzili hitlerowcy. Niejednokrotnie ofiara nazistowskiego obozu stawała się katem w obozie stworzonym już na terenie wyzwolonej Polski. Setki miejsc, w których stosowano tortury i zabijano podobnie jak w czasie drugiej wojny światowej, przez lata były w Polsce wypierane ze świadomości, a często nigdy się w tej świadomości nie pojawiły. Marek Łuszczyna podąża śladami prześladowców i ich ofiar. Rekonstruuje zdarzenia ginące w mrokach niedopowiedzeń. Przywraca pamięć o miejscach, dla których tej pamięci zabrakło. „Mała zbrodnia” to nie tylko książka o enigmatycznych właściwościach tego, co i jak pamiętamy, ale przede wszystkim rzecz o wypieraniu ze świadomości niewygodnych dla nas prawd. Wstrząsające jest podkreślanie, że prawda o powojennym obozie pracy w Krzesimowie wyszła na jaw tylko dlatego, że operator koparki natrafił na ludzkie kości. To nie jest reportaż, który ma komuś dopiec, czy tekst powstały w wyniku potrzeby podążania za sensacją, wyszukiwania niewygodnego i elektryzującego społecznie tematu. Nie. To wstrząsająca książka o tym, o czym już napisałem. Zło ludzkie i jego rozmiary wciąż na nowo zaskakują. Zło wydobyte z innego zła jest już piekielną otchłanią, w której coraz mniej jest człowieczeństwa. Łuszczyna skłania do kilku ważnych refleksji. Przede wszystkim pokazuje, że po tylu latach wciąż nie możemy dokonać prawdziwego rozrachunku, nie uznając istnienia i działalności Polaków, którzy potrafili wykazać się podobnym bestialstwem jak hitlerowcy. Nie mogąc po prostu przyznać, że Polacy potrafili być okrutnymi oprawcami. Że powtarzanie wciąż na nowo, iż nie są źli, lecz uwikłali się w zły powojenny kontekst, nie spowoduje zatarcia pewnych faktów.

Odnoszę takie dziwne wrażenie, że rozprawiając o rozrachunku, do jakiego być może nie dojrzeliśmy, Marek Łuszczyna ukazuje podobny mechanizm co Ed Vulliamy w reportażu, po który niewielu sięgnęło. Mam na myśli rzecz o skomplikowanych relacjach powojennych na Bałkanach, które Vulliamy portretuje po latach milczenia. Jego „Wojna umarła, niech żyje wojna” wciąż zadaje pytania o to, dlaczego sąsiad umiał zabijać sąsiada i dlaczego po latach nikt nie chce o tym uczciwie porozmawiać. Trochę podobnie jest z pamięcią o obozach utworzonych na terenie całej Polski tuż po wojnie i wielokrotnie wykorzystujących infrastrukturę nazistowską. Coś się w nich wydarzyło, coś niekoniecznie godnego i wartego rozważania, a ostatecznie coś, o czym szybko się zapomina. Albo nosi w pamięci traumy inne nieco od Bośniaków, ale tak samo uwierające – traumy świadomości, że mordowani podczas wojny Polacy mogli przysłużyć się morderczemu aparatowi opresji tuż po jej zakończeniu.

Łuszczyna zabiera nas na powojenny Śląsk. Portretuje siatkę miejsc, do których trafiali ludzie różnej narodowości, także Polacy, ponownie więzieni Żydzi, ci wszyscy Niemcy, którym trzeba było wymierzyć swoją sprawiedliwość. Autor oddaje głos tym, którzy zapamiętali, w jakim rytmie odbywało się pełne przemocy życie w miejscach zesłania. Najbardziej chyba poruszająca jest narracja Doroty Boreczek, której dramat życia jest w zasadzie nie do opisania. To wstrząsająca relacja ocalałej z obozu, w którym zapamiętała polskich strażników wymierzających kary i nadających morderczy rytm życiu skoncentrowanemu tylko na tym, by przetrwać. Kiedy czytamy to, co opowiada Boreczek, wciąż na nowo pojawia się w nas pytanie o to, skąd brały się ludzkie bestie zaraz po tym, gdy niemieckie bestialstwo naznaczyło wszystkich tak stanowczo, bezkompromisowo. A jednak te bestie były, rodziły się z umysłów tych, dla których koniec wojny nie był żadnym końcem opresji. Więźniowie obozów śląskich musieli pracować w kopalniach bez jakiegokolwiek do tego przygotowania. Ci więzieni w Warszawie stanowili darmową siłę roboczą do odbudowy stolicy. Ten system ktoś stworzył w bardzo krótkim czasie, ktoś nadał mu sens, ktoś sankcjonował jego porządek. Głos Kazimierza Kutza w tym reportażu brzmi wyjątkowo wyraźnie. Wbrew temu, co się sądzi – że narzucony Polsce system polityczny rodził potwory z innego świata – to jednak polscy strażnicy potrafili zamieniać życie więźniów w piekło. Wielu z nich nigdy nie doczekało się uczciwego procesu. Ofiary nie mogły zeznawać.

Choćby Czesław Gęborski. Komendant obozu w Łambinowicach, któremu zarzucano wyjątkowe formy okrucieństwa. Człowiek potrafiący wypierać się i konfabulować, ostatecznie umierający bez wydobycia z niego, czym naprawdę się zajmował. Nie tylko on. W biografiach katów lub posądzanych o bycie oprawcami ujawnia się nie tyle rys socjopatyczny, ile przede wszystkim wizerunek ludzi potwornie skrzywdzonych przez życie i Historię, którzy umieją rekompensować sobie zaznane krzywdy, krzywdząc innych, oddając im własny bagaż bestialstwa. Marek Łuszczyna doskonale wie, że opowiadanie o katach powojennych obozów w Polsce nie jest stawianiem czytelnych tez, lecz przede wszystkim żmudną drogą przez akta spraw, które nigdy nie spotkały się z należytą uwagą sądów czy opinii publicznej. „Mała zbrodnia” nie ma na celu stawiania pod pręgierzem czy szokującego ujawniania prawdy, o jakiej wielu z nas nie wie. Łuszczyna podąża tropem pewnego procesu myślowego, który pozwolił przetrwać przez kilka lat strukturom sankcjonującym różnego rodzaju przemoc. To opowieść o bolesnej transformacji i o tym, dlaczego do dzisiaj stosunki polsko-niemieckie mogą być trudne, pełne animozji i uprzedzeń.

Ważne jest podkreślenie, że ta książka nie szuka ofiar pośród nacji. Nie wskazuje katów, narzucając ich narodowość i definiując uczynki poprzez tę narodowość. Nie zamierza być publikacją tendencyjną, bo w tej narracji naprawdę mówią fakty i wspomnienia, a nie autorskie interpretacje. Mała zbrodnia” jest książką opowiadającą, że wydarzyły się rzeczy haniebne i przerażające zaraz po tym, gdy wygasły piece krematoriów. Brali w nich udział także Polacy. Nie mogli być przecież tak źli, by powtarzać hitlerowskie piekło. Nie, ale wydarzyło się jednak coś przerażająco złego. Zanim miejsca dawnych obozów koncentracyjnych stały się muzeami, coś się w nich wydarzyło. Coś potwornego, co zaczęto wypierać z pamięci. Ta książka jest o tym, że ludzka pamięć umie być doskonale wybiórcza, a relatywizowanie różnych zbrodni może mieć miejsce nadzwyczaj często.