2019-04-19

„Skóra. Witamy uchodźców” Iza Klementowska


Wydawca: Karakter

Data wydania: 10 kwietnia 2019

Liczba stron: 200

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Wobec inności

Nie znałem Izy Klementowskiej portretującej reportersko rodzime podwórko, ale po lekturze świetnych książek o Portugalii i Mozambiku nie miałem też wątpliwości, że czeka mnie dobra lektura. Taką „Skóra” jest w istocie, ale nasuwa się tu pytanie, które sama autorka przytacza na początku. Chodzi o to, dla kogo ma być ta książka. Czy przeczytają ją ci, którym uchodźca kojarzy się ze strachem? Poznaliby pewnie absurdalną genezę tego strachu. Czy sięgną po nią czytelnicy na co dzień wykazujący się złością i gniewem wobec problemu imigracji? Oni natomiast ujrzeliby, jak zaskakująco nielogicznie układają się w umysłach te odczucia i jak wiele szkody czynią nie tylko samym uchodźcom. A może „Skóra” mogłaby być dobrą lekturą dla wszystkich wyobcowanych w Polsce imigrantów, bo dzięki niej poznają historie tych, którym udało się wydobyć z tego wyobcowania? Mając gdzieś z tyłu głowy myśl o tym, że reportaż przeczytają przede wszystkim ci, którzy znajdą tu po prostu potwierdzenia swoich własnych przemyśleń, liczę jednak na to, że „Skóra” trafi do rąk ludzi będących w stanie dać się przekonać, zmienić zdanie. Służy temu doskonała i przemyślana konstrukcja książki. Klementowska wychodzi od konkretnych życiorysów, a problemy podmiotowo nazywa imionami (że w niektórych przypadkach zmienionymi dla zachowania bezpieczeństwa, to już inny smutny fakt). Potem z każdej tej osobistej opowieści wydobywa refleksje natury ogólnej. „Skóra” ukazuje więc, że trudna sytuacja imigrantów w Polsce zaczyna się od prywatnego dramatu, a potem ten dramat intensyfikowany jest przez to, jak nie umiemy przyjąć inności, różnorodności i jak zaskakująco często jesteśmy pozbawieni zwyczajnej empatii.

Kim my, Polacy, się czujemy, mówiąc, że jesteśmy „u siebie”? Co to znaczy w szerszym znaczeniu i skąd wynika tendencja do budowania granic przestrzeni i mentalności, aby osadzić tam swoje poglądy? Czym są te poglądy? Czy nieufający uchodźcom Polacy nie są aby najbardziej poszkodowani tym, że – jak sugeruje jeden z rozmówców Klementowskiej – nie ufają samym sobie, swoim przekonaniom i wartościom? „Skóra” opowiada o przykrych zderzeniach różnych kultur i mentalności, ale także o serdeczności oraz życzliwości, jakie mogą wydobyć z nas ludzie, którzy przeżyli osobiste dramaty i niekoniecznie chcą się uśmiechać. Podobnie jak Polska niekoniecznie chce wziąć na siebie odpowiedzialność za drugiego człowieka, jeśli określi go mianem innego. Tytułowa skóra to zgrabna metonimia, bo Iza Klementowska nie będzie rozważać tutaj tylko zderzenia inności ze strachem. Pokaże, w jaki sposób reagujemy na kogoś, czyją odmienność rejestruje wzrok, przekazując odpowiednie komunikaty umysłowi. Autorka zbliży nas do ludzkich problemów w wymiarze nie do końca rozumianym w naszym kraju. Albo może jest też tak, że proste odruchy serdeczności gdzieś w sobie stłumiliśmy. Czy naprawdę coś się stało z polską moralnością i umiejętnością współczucia? A może problem barier i antagonizmów leży zupełnie gdzie indziej?

Pewien Sudańczyk musiał nauczyć się szybko uciekać w ojczyźnie. Zatrzymał się w Polsce, ale jego tendencje ucieczkowe nie wygasają i nie wynikają z tego, co warunkowało je w ojczyźnie. Pewien Kurd także ucieka. Przed swą tożsamością, która sprowadzić może na niego śmierć. Muzyk z Palestyny rozgląda się z niepokojem wokół siebie, bo przyszło mu zrozumieć, czym jest polska niegościnność oraz polska pięść pozostawiająca ranę inną niż ta, która się zagoi. Uchodźczyni z Groznego chciałaby spokoju i stabilizacji dla swojej rodziny, ale wie, że w kraju, w którym nie trwa wojna, musi o to stoczyć prywatną batalię. Tych historii jest więcej. Klamrowa kompozycja opowieści o ludziach poszukujących w Polsce stabilizacji jest polifoniczną narracją ważnej sprawy: Klementowska chce pokazać problemy imigrantów jako coś absolutnie uniwersalnego. I przemówić tą prostotą do każdego, kto pielęgnuje w sobie jakąś formę niechęci, potrafi odrzucić czasem najboleśniej, bo po prostu przez obojętność…

Ale „Skóra” opowiada nie tylko o losach uciekinierów. Mocno i zasadniczo punktuje problemy, z jakimi zmagamy się w Polsce – kraju, który karmi się stereotypami, lubi wrastać w wątpliwość i lęk, nie otwiera się i nie pokazuje swojej serdeczności. Jednak Klementowska daleka jest od generalizowania. Podoba mi się to, że spraw, które elektryzują opinię publiczną dzięki medialnym przekłamaniom, autorka nie prezentuje w żaden manipulujący percepcją sposób. Jest rzetelna, obiektywna, ale również stanowcza, bo wie, jak wypunktować i określić zło w relacjach Polaków z uchodźcami. Myślę, że ważnym aspektem tego reportażu jest także zadawanie pytania o to, czym jest w naszym kraju staranie się o status uchodźcy. Kolejnym stygmatem? Proceduralnym piekłem? Stanem zawieszenia w bezradności tak bolesnej jak dramat, od którego każdy uchodźca ucieka?

„Skóra” opowiada o samotności – takiej podwójnej, doświadczanej bardziej intensywnie. Samotności uciekiniera i kogoś, kto próbuje złapać oddech, zatrzymać się, zaakceptować i oswoić swoją nową ojczyznę. Ojczyznę, która potrafi mruczeć złowrogo, ale ma też zupełnie inne, zaskakujące oblicze. Dlatego Klementowska nie buduje tutaj czytelnej opozycji Polacy-uchodźcy. Stara się wejść głębiej we wzajemne relacje. Pokazać, skąd biorą się pewne absurdy, a co warunkuje trudności w porozumieniu. Niekoniecznie jest to nieznajomość języka polskiego występująca u imigrantów. Problem leży gdzieś głębiej. I wyodrębnił się dużo wcześniej. Dlatego Klementowska nie powiela wniosków i spostrzeżeń w temacie antagonizmów, lecz stara się złagodzić napięcie oraz pokazać, że jest pewna wspólna przestrzeń rozmowy na temat problemu postrzegania ludzi innych nazywanych wciąż na nowo obcymi. „Skóra” to dowód serdeczności, gdy myśli się o opisanych prywatnych losach imigrantów, ale przede wszystkim dowód na to, że ważne pytania dotyczącego tego, jak postrzegać uchodźców w naszym kraju, nie są pytaniami stale powracającymi. Są problemami, które wynikają z bieżących zderzeń i konfrontacji. Klementowska chce opowiedzieć o ludziach, którzy cierpią w zetknięciu się ze światem wyjątkowo dla nich niesprawiedliwym. W tym znaczeniu jest to książka dla każdego i o każdym, bo opowiada o trudnej sztuce akceptacji i szacunku dla każdej innej oraz niezrozumiałej formy człowieczeństwa. Dzieli nas niewiele. Są to przede wszystkim podziały w naszych głowach. „Skóra” sporo demaskuje, ale w dużej mierze uwypukla absurdalność lęków i uprzedzeń. Bardzo potrzebna książka!

2019-04-16

„Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko” Tom Phillips


Wydawca: Albatros

Data wydania: 3 kwietnia 2019

Liczba stron: 320

Przekład: Maria Gębicka-Frąc

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Ludzkość nie brzmi dumnie

To niebywale zabawna i bardzo smutna rzecz. Tom Phillips – brytyjski dziennikarz i komik – stara się odnaleźć słuszny balans między tym, co śmieszne, a tym, co tragiczne. Wychodzi mu całkiem nieźle. Stosując celowe uproszczenia i formułując dosadne tezy, odwołuje się do naszego rozsądku, ale dobrze wie, że droga doń będzie łatwiejsza wówczas, gdy się podczas niej uśmiechniemy. Dlatego „Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko” to lektura, którą powinniśmy przyjmować z przymrużeniem oka, ale także książka bardzo poważna. Niepokojąco przejaskrawia pewne kwestie, by dać nam do myślenia o tym, jak działamy oraz co czynimy ze światem i ze sobą na przestrzeni wieków. Phillips we wstępie zaznacza, że ma to być opowieść „(…) o naszym wyjątkowym talencie do zawalania na najróżniejszych frontach”. Jest na pewno wyjątkowo oryginalną próbą ujęcia problemu ludzkiej bezmyślności, chęci dewastacji i jakiejś atawistycznej chyba autodestrukcji, w wyniku której nasze mózgi tak opornie uczą się na błędach, pozwalając historii na mroczne powtórki.

Interesująca jest struktura tej książki. Autor wychodzi od mózgu, analizując jego zdolności do zaprzeczania samemu sobie i pokazując różne schematy oraz uproszczenia, jakie w naprawdę dość idiotyczny sposób wgraliśmy w swój system pojmowania świata i siebie. Potem przechodzi do zjawisk globalnych. Opowiada o tym, jaką krzywdę robiliśmy i robimy środowisku, jak ingerujemy w ekosystemy i jakimi sprawcami katastrof ludzkości staliśmy się, wybierając takich, a nie innych osobników na przywódców. Phillips śledzi także historie wojen i obrazuje w bardzo ciekawy sposób to, ile zła wyrządził światu kolonializm. Pisze również o nowoczesnych technologiach, których użyteczności zaprzeczamy, posługując się nimi w naprawdę fatalny sposób. Krótko mówiąc: człowiek nie brzmi w tej narracji dumnie. Ma jednak możliwość spojrzenia na siebie z dystansu i wyciągnięcia wniosków, kiedy pozna już najbardziej absurdalne strony ludzkich możliwości dewastowania świata.

Myślę, że nie jest to szkic historyczno-socjologiczny, ale konsekwentnie prowadzona narracja rozrywkowa. W tej konwencji łatwiej i może wygodniej opowiedzieć o globalnych problemach ludzkości, nie kreśląc zbyt poważnych analiz, a przecież autor je tworzy, korzysta z wielu materiałów źródłowych i ma ogromną wiedzę na temat tego, co i kiedy ludzkość uczyniła swoją hańbą. „Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko” to jednak książka skierowana do masowego czytelnika. Inteligentna i umiejętnie trzymająca swoje poczucie humoru w pewnych konwencjonalnych ramach. Jest wiele miejsc, w których Phillips może wykorzystać czarny humor, ale mam wrażenie, że stawia na jakiś wewnętrzny takt i poczucie tego, o jakich klęskach ludzkości można opowiedzieć w taki sposób, by czytelnicy nie poczuli się urażeni. A jednocześnie identyfikowali się z tym, co napisane, nie uznając wskazywanych absurdów i bolączek za przykłady odnoszące się do rzeczywistości innej niż ta, w której żyją i którą rozumieją.

Opowiedzieć na przykład o złu, absurdzie i chaosie każdej wojny trzeba umieć, by nie odwołać się do znanych już narracji i nie powielać wniosków formułowanych nie tylko przez pacyfistów. Phillips przygląda się wojnom jako pochodnym tego, kim się stajemy, jak kreujemy swoją przestrzeń bezpieczeństwa oraz w jaki sposób stwarzamy w sobie poczucie zagrożenia. I przemy ku konfliktowi. Ale przecież to nie tylko opowieść o ludzkich destrukcjach. Bardzo sprytnie przedstawieni jesteśmy jako ci, którzy uważają się w czymś za doskonałych. Potrafimy przecież dać światu wiele dobra. Autor pokazuje jednak, że mimo to jakoś wciąż rujnujemy świat. Albo swoje szanse na to, by odnaleźć w nim pokojowe miejsce do samorozwoju.

Co należy do największych wstydliwych absurdów ludzkości? Czego nie da się objąć rozumem, ale to jednak rozum stał za portretowanymi grzechami? To, że zezwalamy na totalitaryzmy, czy to, że armia pewnego kraju potrafiła wybić na froncie… samą siebie? Czy dowodem na ludzką niedoskonałość są zabawne opowieści o tym, że gdzieś burmistrzem został pies, czy może bardziej chodzi o to, że zupełnie zacierają nam się czasem granice między tym, co absurdalne, a tym, co koniecznie musimy zrobić, aby iść naprzód i kreować tak zwany postęp? Tom Phillips drwi z ludzi, ale czyni to z dużą dozą empatii. Jest przecież jednym z tych, którzy błądzą i wcale im nie jest głupio z powodu popełnianych błędów. Jako autor wydobywa też cenny dystans między tym, co przez człowieka może zostać zrozumiane i zaakceptowane, a tym, co tworzy jakieś aberracje, szaleństwa, niemożliwe do zatrzymania absurdy, w konsekwencji zaś sprowadza destrukcję.

Ciekawa jest kompozycja klamrowa tej książki i jej metaforyka. Lista błędów ludzkości wydobywa się z czegoś zasadniczo prostego i odnosi do faktu, że tracimy kontrolę nad tym, co się z nami dzieje. Intrygujący jest obraz błędów ludzkości, ale także jej jednoczesnej zdolności do regeneracji, powstawania z kolan nawet po największej katastrofie. Czy robimy to tylko po to, aby przygotować grunt pod kolejną? Myślę, że ta opowieść nie tylko dostarczy nietuzinkowej rozrywki, ale przede wszystkim zwróci uwagę na naprawdę wielki potencjał ludzkości. Coś, co zostało przekute w klęski i wstydliwe karty historii tylko dlatego, że pewnych spraw nie umieliśmy nazwać, a potem wytłumaczyć ich innym ludziom. Bo ludzkość jest tu wyjątkowo oryginalnym tworem, stworem, metaforą i bohaterem widmem. Zadumamy się nad tym, jak źle radzimy sobie ze sobą od zawsze, ale jednocześnie damy sobie margines bezpieczeństwa, wycofamy się poza to wszystko. Tyle tylko, że to jednak opowieść o każdym z nas. Żartobliwa konwencja nie zwalnia nas z obowiązku zrozumienia, że to przecież książka o śmierci, poniżeniu, przemocy, bestialstwie, niefrasobliwości, głupocie i zwyczajnie złych okolicznościach, w których zrodziły się jeszcze bardziej złe czyny. Te, za które odpowiedzieliśmy, i te, do których wciąż nie chcemy się przyznać. Inspirująca lektura.

2019-04-13

„Lojalność” Delphine de Vigan


Wydawca: Sonia Draga

Data wydania: 13 marca 2019

Liczba stron: 194

Przekład: Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak

Oprawa: zintegrowana

Cena det.: 32,90 zł

Tytuł recenzji: Przekraczając granice

W jaki sposób konstruujemy swoją tarczę obronną za pomocą relacji szkodliwej dla nas samych, ale dającej nam złudną ochronę? Jak tworzy się relacja podległości i uwarunkowania względem bliskiej osoby nawet wówczas, gdy ta osoba nam szkodzi? Co możemy zrobić, by pomóc drugiemu człowiekowi, gdy jednak ogranicza nas pewna rola społeczna, poza którą nie możemy wyjść? Na te i całą masę innych dramatycznych pytań odpowiada skromna powieść Delphine de Vigan będąca czymś na kształt szkicu socjologicznego i obyczajowego. Dostarczająca kompleksowej wiedzy o swoich bohaterach, ale pozostawiająca w napięciu, a być może także w niedosycie. Świetna, bo mocno i wyraźnie punktująca dramaty, których interpretacja nie jest już wcale taka jednoznaczna. Doskonale dobrany tytuł spaja opowieści francuskiej pisarki i buduje przejmujący obraz tego, co musimy, a co chcemy skrywać przed samymi sobą, ale przede wszystkim przed otaczającym nas światem. Po to, by było bezpiecznie – a jest coraz bardziej niepokojąco…

Hélène bardzo się niepokoi o los jednego ze swoich uczniów. Théo jest zamknięty w sobie, ale na jego twarzy i w sylwetce wypisane są ślady traum, które Hélène chciałaby poznać. Jej wręcz obsesyjne zainteresowanie chłopcem doprowadza do działań niezgodnych z tym, co dyktuje etos nauczycielki. Hélène straci zdolność zdroworozsądkowego działania, ale nie straci czujności względem ucznia. Théo funkcjonuje w trzech opresyjnych światach. Jednym z nich jest szkoła, do której nie jest dopasowany, chce się stamtąd wydostawać najczęściej, jak to możliwe. Druga to dom ojca. A raczej to, co z tego domu pozostało. To przestrzeń tajemnicy, bo Théo musi być kimś więcej niż tylko synem. Kimś więcej niż dwunastoletnim chłopcem, bo kimś obarczonym wyjątkowo bolesnym dramatem. Trzecią przestrzenią jest dom matki. Tam musi zapomnieć o tym, co działo się u ojca, bo mierzy się z innym wymiarem opresji. Apodyktyczna matka szantażuje go emocjonalnie. Théo nie jest w stanie wszystkiego unieść. Dlatego zaprzyjaźnia się z Mathisem, obserwatorem jego codziennych dramatów. Obaj będą korzystać z czegoś, co daje chwilowe zapomnienie. Jednak Théo chciałby zapomnieć o wszystkim i na zawsze. Matka Mathiasa, Cécile, również chce zapomnieć. Między innymi o tym, kim naprawdę jest jej mąż. Krzywo spogląda na przyjaciela swojego syna, ale chłopięca relacja jest dla niej mniej enigmatyczna niż sfera własnych emocji, których nie może uporządkować.

Ten zarys fabularny rozpoczyna zaskakująco sugestywną psychodramę. Różne rodzaje narracji sugerują, że autorka bardziej koncentruje się na kobietach, a los i sfera emocji przeżyć dzieci to coś znajdującego się gdzieś w oddaleniu i będącego jednocześnie zagadką do rozwikłania. Tymczasem widzimy, jak funkcjonuje dziecko z opresyjnym domem, dziecko z narzuconym systemem wartości, dziecko przedwcześnie dorosłe i zmagające się z piętnem odpowiedzialności, na jaką nie jest gotowe. Równie skomplikowany dramat przeżywa nauczycielka zdająca sobie sprawę z systemowej bierności wobec dramatów, które naznaczą jej ucznia na zawsze. Sama mierzy się bowiem z demonami przeszłości i wie, że skrzywdzone dziecko nie zapomni doznanej krzywdy.

Wszystko, co portretuje de Vigan, rozgrywa się w przestrzeni pozbawionego duszy miasta, które umożliwia bohaterom drobne lub większe oszustwa, by nikt nie wiedział, co naprawdę robią i przeżywają. Tkanka miejska służy oczywiście wyolbrzymieniu dramatu wyobcowania. Każda z osób pozostaje w zasadzie sama ze swoimi problemami. Francuska pisarka świetnie obrazuje niepokojące relacje i zależności, które zmuszają do tego, by pozostawać ze swoim smutkiem samotnie. Bo osobność w tej powieści uzależniona jest także od tytułowej, mocno toksycznej lojalności. Delphine de Vigan stawia pytania o granice interwencji, wkraczania w cudze życie i o to, na ile pozwalamy sobie na otrzymanie pomocy. Dzieci i kobiety portretowane w „Lojalności” muszą odpowiedzieć sobie na pytania o to, co im wolno i co jest konieczne, zanim dopuszczą do siebie bliskość drugiego człowieka. Albo postarają się zrozumieć, dlaczego drugi człowiek jest tak bardzo oddalony od nich.

„Lojalność” to także powieść o tym, co się dzieje, kiedy przekraczamy granice ustalone przez społeczeństwo, konwenanse, zasady dobrego wychowania. Wszyscy bohaterowie tej książki znajdują się w jakichś opresyjnych klatkach. Miotają się ze swoimi emocjami, których nie mogą w pełni wyrazić. Męczą z potrzebami, jakich nie można zaspokoić. A wszystko przez konteksty i zbiegi okoliczności. Najbardziej przejmująco zobrazowane są oczywiście dziecięce dramaty, jednak de Vigan nie stawia tutaj czytelnej granicy między tym, w jaki sposób cierpi dziecko, a jak dorosła kobieta. Intrygujące są za to wizerunki mężczyzn – ludzi z drugiego planu, praktycznie niewidocznych, ale oddziałujących na bliskich na tyle mocno, że ci w poczuciu lojalności są gotowi do autodestrukcji, gdyż inne działanie to w ich odczuciu zdrada.

Bardzo dobrze zobrazowane są te momenty, gdy możemy uzyskać wiedzę o bohaterach dużo większą niż ta oferowana nam w narracji. Bardzo klarownie widzimy konteksty sytuacji, których ludzie z „Lojalności” nie mogą ujrzeć jako całości. Kierujący się emocjami i kumulujący w sobie coraz więcej bolesnych doświadczeń wydają się bez kontaktu z samymi sobą, jednak my, czytający, rozumiemy wszystko bardzo dobrze. Delphine de Vigan pozwala sobie po prostu relacjonować, przechodzimy płynnie między jednym a drugim niewyjaśnionym dostatecznie problemem. Ale to niedopowiedzenia są tak ważne i dzięki nim ta historia nabiera dodatkowej wartości. Jesteśmy świadkami kolejnych upadków i takich zbiegów okoliczności, które wymuszają kolejne bolesne konfrontacje z życiem. Chłopiec musi radzić sobie inaczej niż dojrzała kobieta. Łączy ich bezradność, wokół której „Lojalność” nie tyle fantazjuje, ile przede wszystkim zadaje o jej istotę pytania. W którym momencie życia bohaterowie dochodzą do ściany, od której mogą tylko się odbić? Co warunkuje ciąg dramatów, w jakich uczestniczą, i kto jest za te dramaty odpowiedzialny? „Lojalność” to poruszająca powieść o tym, że wiemy o sobie tylko tyle, ile jesteśmy gotowi zdradzić. Bo lojalność nie zawsze gwarantuje poczucie bezpieczeństwa. Jest jednak atawizmem, który sprawia, że życie staje się szczególnie bolesne. I niewiele jest możliwości, aby ten stan zmienić. Zmuszająca do dyskusji krótka powieść o wyjątkowo silnym ładunku emocjonalnym. Świetne obrazy miasta, miejskiego społeczeństwa, dysfunkcji rodzinnych i sposobów ich tuszowania.

2019-04-11

„Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą” Katarzyna Tubylewicz


Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 3 kwietnia 2019

Liczba stron: 336

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Być miastem

Odebrałem tę książkę bardzo osobiście. Miałem przyjemność być wśród gości Katarzyny Tubylewicz i mogłem doświadczyć tego, w jaki sposób pokazuje ona Sztokholm przyjezdnym, o czym bardzo czytelnie pisze w swojej książce. Odnoszę wrażenie, że wszystkie markowe przewodniki po szwedzkiej stolicy można wyrzucić do kosza, a zdać się na to, co i jak opowiada Tubylewicz. Bo nie wiem, jak czytelnicy tej książki, ale ja mam zamiar w tym roku wrócić do Sztokholmu. To jedyna nordycka stolica, która potrafi tak obezwładnić swoją różnorodnością i rozkochać w sobie. Choć autorka zaznacza, że to nie jest opowieść o jej prywatnej miłości, widać ją w każdym rozdziale. Tak, wyznanie tego silnego uczucia rozpisane zostało na dwanaście opowieści. Każda frapuje i przykuwa uwagę.

Bo „Sztokholm” to bezpretensjonalna, czuła i pięknie subiektywna opowieść o mieście, które warto zobaczyć nieco inaczej. Ogromne znaczenie ma różnorodność spojrzeń na metropolię, ale także wskazanie tego, jak wiele różnych twarzy ona posiada. Katarzyna Tubylewicz zawsze pisała o Szwecji z szacunkiem i empatią, ale nigdy nie idealizowała jej wizerunku, dopytywała o kwestie trudne lub niewygodne. W takim świetle pokaże także Sztokholm. Niezwykłe miejsce, gdzie skały spotykają się z zimnym morzem, a ludzie otwierają dla siebie właściwie tylko w okresie letnim. Miasto, które domaga się wielu wędrówek i bacznej obserwacji. Zatomizowane, bo mocno podzielone dzielnicami, które się odróżniają. Wymagające, albowiem gotowe opowiedzieć swoją historię na wiele sposobów. My możemy poznać kilka tych historii w książce będącej dodatkowo dowodem silnej więzi emocjonalnej matki i syna. Bo to przewodnik Katarzyny i Daniela Tubylewiczów. Dedykowany komuś, dzięki komu dwadzieścia lat temu rozpoczęła się wspaniała szwedzka przygoda autorki.

„Sztokholm” to dowód na to, że należy być uważnym i nie tracić czujności w rozglądaniu się wokół siebie, bo okazuje się, iż każdy w oswojonej przez siebie przestrzeni może odnaleźć symboliczny domek hobbita, czyli miejsce zaskakujące i utwierdzające w kolorycie otoczenia, którego nigdy nie pozna się do końca. Miejskie wędrówki autorki i jej syna zaowocowały wspaniałą kompilacją intrygujących tekstów i pięknych zdjęć. Oboje oprowadzają po Sztokholmie niespiesznie, w swoim rytmie, z wyczuleniem na detale, wkraczając do miejsc nieujętych w żadnych klasycznych przewodnikach. „Sztokholm” jest zatem przede wszystkim książką, która opowie nam o wrażliwości autorów, ich poczuciu zjednoczenia z najbliższym otoczeniem, ale także o tym, jak odbudowuje się do tego otoczenia zaufanie, bo Katarzyna Tubylewicz dołączy tu rozważania o tym, jak się czuła i co myślała o mieście po ataku terrorystycznym, który zmiótł gdzieś poczucie bezpieczeństwa wielu sztokholmczyków. To opowieść wykazująca, że to, co jest wokół nas, nigdy nie spowszednieje – będzie się rozwijać razem z nami, wzmacniać to przywiązanie i wciąż na nowo dawać do zrozumienia, że wiele jeszcze jest do odkrycia, do pokochania. Podoba mi się mocne zaangażowanie w temat. To chyba najbardziej osobista książka Katarzyny Tubylewicz. Jednocześnie niepozbawiona reporterskiego sznytu, bo autorka nie rezygnuje z rozmów, z których zasłynęła choćby w „Moralistach”. To nie będzie zatem sugerowana wyprawa po mieście ciszy. Pojawią się w niej głosy tych, dzięki którym miasto można lepiej zrozumieć, spoglądając na nie z jeszcze jednej perspektywy. A ujęć Sztokholmu i spojrzeń nań  jest w tej książce, jak wspomniałem, bardzo wiele.

„To opowieść o duszy miasta, o jego mieszkańcach i problemach, które są w rzeczywistości uniwersalne dla wielu krajów i miast”. To zdanie ze wstępu bardzo trafnie prowadzi nas przez dalszy odbiór Sztokholmu oraz jego portretowanie. Interesujące są zwłaszcza te rozdziały, które mówią o wewnętrznych podziałach metropolii. O tym, że status mieszkańców bardzo często odzwierciedlają ich adresy. Położenie miasta sprzyja temu, by tworzyły się i umacniały jego części, które niekoniecznie muszą znaleźć się w kontakcie z centrum. Tubylewicz pokazuje zatem, jaki jest Sztokholm jako całość, ale zabiera nas także na przedmieścia. Bo dusza miasta nie jest czymś jednoznacznym i nie można jej określić, spacerując popularnymi turystycznymi szlakami bądź pływając po szlakach wodnych również wytyczonych przez masową turystykę. Opowiadając o problemach, trudnościach i sztokholmskich antagonizmach, Tubylewicz uniwersalizuje te problemy poprzez różne konteksty. Jedna z jej rozmówczyń zwraca także uwagę na pewną wyższościowość Sztokholmu względem reszty Szwecji. O tym, co tworzy poczucie pewnej wyjątkowości, a może nawet pewien snobizm, ta książka opowie bardzo dokładnie.

To nie jest przewodnik, ale opowieść o tym, co jest pulsem miasta i w jaki sposób na ten puls oddziałują peryferie. Od początku do końca subiektywna – także wówczas, gdy rzeczywiście zaczyna przypominać przewodnik, punktując ulubione miejsca czy muzea autorki. Jest w „Sztokholmie” także gratka dla filologów polskich oraz historyków, ale przede wszystkim ogromna rozpiętość tematyczna rozważań. Niebywałe, że miasto może stać się punktem wyjścia opowieści o sprawach egzystencjalnych, o poczuciu estetyki, prywatnych tęsknotach i oczekiwaniach wobec życia. W tym znaczeniu ta książka to bardziej intymny pamiętnik niż przewodnik. Pięknie skomponowana całość, którą można podzielić na sugestywne części – to tak jak podzielony na części Sztokholm, w którym żyją hipsterzy, bogata klasa wyższa, emigranci zarobkowi, uchodźcy i cała rzesza ludzi, którzy przybyli do Sztokholmu i umieli pokochać to miasto, choć nie zawsze jest to miłość łatwa.

W tej książce ujawnia się przede wszystkim ogromna wrażliwość autorki, ale zdefiniowane zostaje także jej poczucie przywiązania do miejsca. Katarzyna Tubylewicz opowiada siebie przez pryzmat miasta, ale opowiada także miasto poprzez szereg prywatnych asocjacji i ujawnianych tu emocji. Bez narzucania zdania, bez wyraźnego i kategorycznego wskazywania, co trzeba zobaczyć. Okazuje się, że w Sztokholmie niczego nie trzeba poza osobistą chęcią rozejrzenia się nieco szerzej. Sztokholm, najpiękniejsza moim zdaniem stolica Północy, jest wart odkrywania za każdym razem na nowo. To przykuwa do niego uwagę i to spowodowało, że zdecydowałem się zobaczyć go w tym roku ponownie. Absolutnie warto – przeczytać tę książkę i ujrzeć Sztokholm. Zazdroszczę tym, którzy będą to robić po raz pierwszy. Wzruszający i frapujący dowód miłości do miasta. I pewności, że jest się w nim na właściwym miejscu, z właściwymi osobami u boku.

2019-04-09

„Kółko się pani urwało” Jacek Galiński


Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 3 kwietnia 2019

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,99 zł

Tytuł recenzji: Nowe oblicze starości

Czytałem tę powieść dużo wcześniej, jeszcze zanim stała się książką z okładką, przesłaniem, promocją i ceną detaliczną. Bardzo się cieszę, że Jacek Galiński debiutuje, bo „Kółko się pani urwało” to książka nowatorska, inna, świeża, ale przede wszystkim inteligentnie napisana. Niesie w sobie ładunek rozrywkowy, a jednak nie jest do końca narracją mającą służyć tylko relaksowi. Galiński postawił na ciekawą konstrukcję bohaterki. Starość jest przecież niepotrzebna, smutna, przydaje się tylko jako motyw mrocznych, niekiedy wydumanych i sentymentalnych próz. Czasem też do prozatorskich eksperymentów. Tutaj starość jest źródłem witalności i niezwykłości. Dlatego to komedia kryminalna, ale inna, specyficzna. Na rynku kryminałów, gdzie zaczyna już dominować wtórność, ta pozycja będzie się niewątpliwie wybijała. Nie tylko dlatego, że bohaterką i narratorką jest starsza pani – sugestywnie stworzona i dopracowana przez autora postać, której psychologiczna wiarygodność oraz przemyślany światopogląd stanowią cechy wyróżniające. Chodzi o niepowtarzalny klimat całości i nietuzinkową rozrywkę. Ale także o coś innego.

„Kółko się pani urwało” to przecież powieść z ważnym tłem społecznym. Porusza tematykę nieuczciwych praktyk na rynku nieruchomości, związanych z wykupywaniem kamienic i szantażowaniem lokatorów, by je opuścili. Dodatkowo Galiński świetnie portretuje kondycję starszej kobiety w polskich realiach. Zofia jest kimś niezauważalnym, bagatelizowanym, staje się dla społeczeństwa nieważna i niepotrzebna mu. Tę niezauważalność przekuje w swój atut, dzięki któremu uda jej się dokonać demaskacji szajki zajmującej się wymuszaniem na właścicielach kamienic podpisywania zgody na wykup.

Zofia Wilkońska jest najbardziej irytującą bohaterką literacką, z jaką się spotkałem, i jednocześnie postacią, którą darzy się od początku dużą sympatią. Poznajemy ją w chwili, kiedy wraca z zakupów i orientuje się, że ktoś dokonał w jej mieszkaniu włamania połączonego z rabunkiem. Starsza pani wzywa policję, której wytyka niekompetencję i opieszałość, sama zaś wskazuje winnego, lecz nieoczekiwany zbieg okoliczności spowoduje, że podejrzany stanie się denatem, a Zofia zostanie uwikłana w sprawę morderstwa sąsiada. Autor dynamizuje fabułę zaskakującymi zwrotami akcji, ale przede wszystkim dowcipnymi dialogami, w których zderza się sposób postrzegania rzeczywistości przez bohaterkę z tym, jak rzeczywistość wokół funkcjonuje. Zofia jest przekonana o swych racjach i uznaje, że dzisiejszy świat uległ degrengoladzie. Otaczający ją ludzie mają słaby charakter, dopuszczają się niecnych czynów, wszyscy ulegli społecznej znieczulicy i nikt nie traktuje Zofii podmiotowo. Ona sama postanawia wziąć sprawy w swoje ręce, gdy dowiaduje się, że pewni nieuczciwi adwokaci podejmują próbę wykupienia starej kamienicy na warszawskiej Woli. Starej kamienicy, do której bohaterka ma prawo własności po mężu, wspominanym dość enigmatycznie wojskowym, z którego brakiem kobieta wciąż nie może się pogodzić. Ciąg zaskakujących wydarzeń pokazuje niezwykłą determinację, ale też poczucie sensu walki o własną godność. Czasem bezpardonowej, ale zawsze koniecznej. Zofia doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jeśli sama się o siebie nie zatroszczy, nie zrobi tego nikt z jej otoczenia. Samotna trochę w sensie egzystencjalnym, jest buntowniczką z siłą gromady – tej sile nadaje odpowiedni wyraz i ta siła właśnie jest motorem dynamicznych zdarzeń w „Kółko się pani urwało”.

Jacek Galiński w szeregu zaskakujących sytuacji pokazuje, że starsza, nieporadna pani pokona największe nawet niebezpieczeństwo. Ta potęga osobowości ujawniana jest stopniowo. Autor nie chce odsłonić od razu wszystkich kart, ale nie zwleka też z ich odkrywaniem, bo dba o wyrazistą dynamikę fabuły. Zofia na początku zmaga się z bolącym biodrem, nadciśnieniem, niedosłyszy i ogólnie sprawia wrażenie wycofanej, gotowej jedynie ironicznie komentować to, co widzi. Okazuje się, że może jednak wpłynąć na rzeczywistość: pomoże policjantom w śledztwie, przetrwa trudne chwile w zaskakującej dla siebie roli, inteligentnie opracuje intrygę mającą na celu demaskację działań wspomnianych wyżej adwokatów. Nie będzie jednak świadoma tego, kto stoi za wszystkimi opresyjnymi dla niej działaniami. Niespodziewane zakończenie powieści poprzedzone będzie wieloma sensacyjnymi scenami, w których bezkompromisowość starszej pani zderzy się ze światem, gdzie panują mroczne prawa zdobyczy. Zofia staje się świadoma swojej siły i przeżywa momenty, w których dociera do niej, że tak naprawdę dopiero teraz czuje, czym jest życiowa adrenalina. Mając poczucie, że w życiu nie zrobiła nic społecznie ważnego poza pracą w szkole, postanawia samodzielnie podjąć się działań, które ją przerastają. W tym znaczeniu jest ciekawą bohaterką dynamiczną, ale podkreśla też autorskie przekonanie o tym, że wiek i status życiowy nie determinują tego, w jaki sposób człowiek ma żyć. Galiński tworzy bohaterkę, która ma zaprzeczyć stereotypom, ale także taką, która zmuszona będzie do bezwzględnej konfrontacji z tym, jakie role i oczekiwania narzuca jej życie. Okaże się, że jest z czym i o co walczyć.

„Kółko się pani urwało” to tragikomiczna opowieść o podkreślanej już przemianie, ale także książka będąca fantazją o tym, jak duży wpływ możemy mieć na zbiegi okoliczności wokół nas. Mimo dynamiki jest w powieści coś bardzo stałego. Stała pozostaje konstrukcja psychiczna bohaterki – jej poglądy na określone sprawy są wciąż te same, spójnie postrzega świat wokół i wie, że z każdej sytuacji należy wydobyć coś dla siebie. I tutaj autor konsekwentnie puszcza oko do czytelnika, bo jego irytująca postać jest jednocześnie postacią godną podziwu. Niejednoznaczność w jej ocenie czyni z Zofii rewelacyjny spiritus movens powieści, która bez niej nie miałaby ani tej energii, ani też specyficznego klimatu. Właściwie nie byłoby żadnej opowieści. Jacek Galiński proponuje nam narrację, której lekkość łączy jednocześnie z ważną tematyką społeczną. „Kółko się pani urwało” to nie tylko porcja dobrej rozrywki. To całkiem sprawnie zorganizowany świat przedstawiony, w którym nie ma miejsca na przypadek. Świat kobiety decydującej się na wzięcie odpowiedzialności za wszystko, co ją spotyka. I wymierzanie własnej sprawiedliwości. Dowcipna i nietuzinkowa powieść, która znajdzie na pewno szerokie grono zwolenników. Myślę, że to także zapowiedź kolejnych niebanalnych pomysłów Jacka Galińskiego, który – tak zakładam – na jednej tak udanej książce nie poprzestanie.

2019-04-06

„Druga połowa nadziei” Mechtild Borrmann


Wydawca: NieZwykłe

Data wydania: 21 marca 2019

Liczba stron: 292

Przekład: Magdalena Kaczmarek

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 38,90 zł

Tytuł recenzji: (Nie)szczęścia

Mechtild Borrmann napisała poruszającą powieść o bezradności. Muszą się z nią zmierzyć bohaterowie książki, ale także czytelnicy. Wielowątkowa intryga przypomina trochę powieść sensacyjną, a chwilami jest rasowym kryminałem, jednak „Druga połowa nadziei” to przede wszystkim przejmująca opowieść o braku możliwości, o niemożności wyjścia poza trudne życiowe sytuacje. W tej książce nikt nie będzie w stanie wyjść poza fatalne uwarunkowania. Nikt nie będzie w stanie wziąć odpowiedzialności za siebie, choć musi brać odpowiedzialność za swój smutek. Borrmann fantazjuje o roli mrocznego przypadku w życiu dwóch pokoleń kobiet, który każe im doświadczać wyjątkowego okrucieństwa. Wszystko rozpięte między trudnymi relacjami łączącymi matkę i córkę. W tle jedna z najbardziej spektakularnych katastrof drugiej połowy XX wieku w Europie, czyli wybuch w elektrowni w Czarnobylu. Niemiecka pisarka stara się oddać atmosferę towarzyszącą ukrywaniu przed światem, co naprawdę się wydarzyło. Ale zaznacza, że stygmat napromieniowania po katastrofie to dużo większy ciężar niż ciężar ryzyka chorób i utraty zdrowia. „Druga połowa nadziei” to opowieść o dziewczynach, które niosą w sobie czarnobylskie przekleństwo przez całe swoje życie. O dziewczynach, które postanowiły zaryzykować i powalczyć o swoje szczęście. O tym, jak trudno o nie w biedzie i jak niemożliwe jest jego spełnienie tam, gdzie toczy się podobno lepsze życie.

Walentyna Szczukina przebywa w strefie wykluczenia, wiele lat po czarnobylskim wybuchu, w świecie pozornego spokoju i stabilizacji. To świat, który został wykluczony przed laty, i miejsce, gdzie kłębią się wspomnienia z czasu izolacji regionu. Zrozpaczona po odejściu córki matka postanawia spisać dla niej swoje dzieje. Ołówek w jej dłoni zapisuje wszystko to, co ważne. Wszystkie szczęścia, do których okrutny los dołożył tę dramatyczną partykułę, czyniąc z nich nieszczęścia obezwładniające i uniemożliwiające normalne funkcjonowanie. Zapiski Walentyny to najbardziej dramatyczna część tej powieści. Retrospekcje o utracie dziewczęcych, a potem kobiecych marzeń. O tym, w jaki sposób los odbierał Walentynie wszystko, co śmiała uznać za swoje, śmiała nazywać prywatnym szczęściem. Samotna matka czeka na córkę, która wyjechała do Niemiec ku lepszej przyszłości. Na młodą kobietę, która zarzuciła jej, że żałuje jej prawdziwego szczęścia. Walentyna zezwoliła Katerynie na wyjazd, bo miała nadzieję, że córka otrzyma od losu to, co ona sama dostawała na tak krótko. Nie spodziewa się tego, czym będzie podróż ku szczęściu Kateryny…

Tymczasem w Niemczech, niedaleko holenderskiej granicy, spokój samotnego rolnika Matthiasa zakłóca przybycie dziewczyny, która w halce i boso podczas mrozu ucieka przed czymś, trafiając do jego domu i odnajdując tam ratunek – przed podwójną śmiercią, przed okrutnym losem. Matthias przywiąże się do uciekinierki na tyle, że zdecyduje się na kroki, których normalnie nigdy by nie stawiał. Jego życie zmieni tajemnica ukrywania się dziewczyny. Oboje odnajdą specyficzną bliskość, ale oboje też będą musieli zmierzyć się z tym, że wobec pewnych spraw są bezradni.

Pojawia się w tej powieści także trzeci wątek. Oficer śledczy z Kijowa podąża śladami zaginionych ukraińskich dziewcząt. Wydobywa się ze świata, w którym organy sprawiedliwości noszą tę sprawiedliwość tylko w nazwie. Borrmann w biografii Leonida Kyjana ujawnia szereg absurdów i bolączek ukraińskich służb bezpieczeństwa potrafiących zaskakująco nieudolnie prowadzić śledztwa, z których nikt nie ma korzyści. Do obrazu ukraińskiej niesprawiedliwości dochodzą jeszcze losy Walentyny. Jej gorzkie rozczarowania i świadomość, że odebrano jej wszystko. A stało się to w świetle prawa. Kyjan chce dociec, co stało się z dwiema dziewczynami, ale trafia na trop organizacji przestępczej zajmującej się handlem ludźmi. Borrmann czyni ze swojej powieści przykuwający uwagę thriller, niemniej wciąż na nowo kieruje nas ku intymnej narracji Walentyny. Bo „Druga połowa nadziei”, choć jest powieścią z wartką akcją, zwraca się przede wszystkim ku kameralnej i statycznej samotności swoich bohaterek. Ku ich cierpieniu, którego nie są w stanie oddać ani słowa, ani rozgrywające się wokół tego cierpienia wydarzenia. A jest w powieści Borrmann bardzo dużo okrucieństwa losu. Jest poczucie, że nie można się wydobyć poza fatalizm łamiący nadzieję i poczucie sensu życia. Dlatego ta książka jest tak bardzo przejmująca. Oparta została na prawdopodobnych wydarzeniach, jej dramatyzm wzmocniła czarnobylska tragedia. Odnosi się wrażenie, że kieruje nas w stronę cierpienia, jakiego nie możemy sobie wyobrazić. To mocna proza, bardzo plastyczna i niesamowicie smutna. Te kilka opowieści tworzą jeden dramat niemożności wydobycia się poza zło, nieodłącznego towarzysza życia. Wszyscy bohaterowie poddani zostają próbom charakteru, których nie są w stanie unieść. A także wspominanej już bezradności, która dotyka w różnych formach i w różnych kontekstach. Tak samo bezlitośnie i bezkompromisowo.

Borrmann zderza dwa światy, dwie rzeczywistości. Tę, z której tak wiele osób chce się wydobyć, by pożegnać biedę i upokorzenie. Tę również, która łudzi lepszym życiem, bogatszym funkcjonowaniem, inną wizją rozwoju i osiągania celów. Ukraina i Niemcy. Przepaść czy jednak państwa, w których równie silnie można zaznać tego, co złe, i równie bezkompromisowo mierzyć się z niesprawiedliwością losu? Metchild Borrmann między tymi dwoma krajami rozepnie swą opowieść o powtarzalności losu. O tym, że historia lubi powtarzalność – zwłaszcza gdy niesie ze sobą okrucieństwo. To portretowane już od czasów drugiej wojny światowej po współczesność, w której uciekająca od opresji dziewczyna chce nawiązać kontakt z kimś, kogo naznaczyła wojenna trauma wspomnień. Nie ma w tej powieści sentymentalizmu ani manipulowania emocjami czytelnika. Jest zaskakujący zwrot akcji, ale potęguje on tę czytelniczą bezradność wobec kobiecych udręk. Borrmann nie stawia na proste rozwiązania fabularne. Portretuje kobiecą tęsknotę za szczęściem wraz z nieoczekiwanymi koniecznościami przyjmowania na siebie nieszczęść. Pisze o więzach rodzinnych i o rodzinnej zagładzie. O katastrofie elektrowni atomowej, za którą stoją porażki i katastrofy życiowe ludzi z jej otoczenia. Wyjątkowo sugestywna powieść.

2019-04-03

„Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek” Filip Zawada


Wydawca: Znak

Data wydania: 13 marca 2019

Liczba stron: 272

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Czułość samotności

Długie tytuły to dla mnie zawsze oznaka pewnej ekscentryczności prozy, którą firmują. Tutaj jest trochę inaczej, bo tytuł zaznacza specyficzną osobność tej powieści. Filip Zawada pisze bowiem o ludzkim wyobcowaniu i poczuciu zbędności, jako głos sumienia dobierając sobie niepotrzebnego nikomu chłopca, bacznego obserwatora zmieniającej się rzeczywistości. A raczej tego jej sennego wycinka charakterystycznego dla prowincji. Miejsca, w którym kościół odgrywa najważniejszą rolę, a dylematy egzystencjalne rozważają pijaczkowie pod sklepem. Zawada trochę mnie rozczarował konstrukcyjnie. Mam na myśli to, że książka pełna jest sentencji, bon motów, dobrych rad i definicji przeżywania świata, ale jest tego za dużo jak na percepcję dziecka. Właściwie starego maleńkiego, ale i to nie tłumaczy faktu, że w „Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek” za dużo jest zdań z wyraźnie odciśniętymi na końcu kropkami.

Poza tym jest to lektura bardzo interesująca. Dowcipna, ironiczna i inteligentna, a jednocześnie przeraźliwie smutna. Ten smutek ma tu wiele znaczeń i jest ukazany w kilku kontekstach. Autor nie musi stosować hiperboli i pisać o tym, że jego dziecięcy bohater został znaleziony na śmietniku. Widzimy, jak mocno nie przystaje do świata, w którym musi funkcjonować, co jest ukazane w kilku rozpaczliwych próbach wołania o uwagę. Jak bardzo jest temu światu zbędny i jak wciąż na nowo uczy się być dzielnym i trwać w jakiejś wewnętrznej sile wobec rzeczywistości pełnej deficytów. Tych jest tak wiele, że Franciszek to przede wszystkim suma braków, zaniedbań i wstydu ludzkości. Tej ludzkości, która przejmuje się dziecięcą krzywdą tylko przez chwilę. Zawada pokazuje, w jaki sposób jego chłopiec trafia na margines życia. Nikt nie chce go adoptować, choć znajdują się rodzice nawet dla jego przyjaciela debila. Nazwanego tak czule i będącego kimś kolejnym, z kim trzeba się pożegnać. Nieprzypadkowo zatem ważne jest w zrozumieniu tej opowieści zdanie: „(…) najłatwiej opowiada się o tym, czego nie ma”.

Franciszek nie ma rodziców, nie ma domu, nie ma poczucia przynależności do kogokolwiek. Nie ma celu w życiu, bo jego istnienie wydaje się bezcelowe. Zrodziło się w wyniku przypadku i wciąż jest takim fatalnym przypadkiem. Bohater miewa wyrzuty sumienia, kiedy to właśnie jemu przytrafia się chwilowo coś dobrego. Bo jakże to możliwe? Nawet lizaka trzeba zjeść po kryjomu, żeby inni nie widzieli, że mu się poszczęściło. Że jest mu przez chwilę dobrze. Bo Franciszek to dziecko tęskniące do tego, by ktoś je zabrał stąd, gdzie jest w sensie dosłownym i metaforycznym. Czeka na pociąg na pustym dworcu kolejowym i jego marzeniem jest to, aby ów pociąg przyjechał. Najchętniej zapisałby sobie w testamencie drogę do nieba, bo włóczenie się po kręgach ziemskiego piekła zna już nazbyt dobrze. Jest samotny, sfrustrowany, ale potrafi być złośliwy i ironiczny.

Bo to oręż w walce przed światem domagającym się bycia posłusznym i najlepiej niewidzialnym. Zakonnice z sierocińca chcą widzieć Franciszka tylko wtedy, kiedy jest im potrzebny. A nikt nie potrzebuje ani tego chłopca, ani jego rojeń o roli Boga w życiu ludzi, ani jego niespokojnych snów, ani też tytułowego kota, jedynego przyjaciela będącego punktem odniesienia rozważań o tym, co w życiu słuszne i co sensowne. Filip Zawada stara się nie przekroczyć tej granicy, za którą jego dziecięcy bohater będzie już tylko manipulował czytelnikiem. Nie ma tutaj szantażu emocjonalnego, ale jest boleśnie nakreślona sytuacja, w której znajduje się dziecko, któremu po prostu trzeba współczuć. Ale mam wrażenie, że w tej książce nie o współczucie chodzi. Bardziej o wydobywanie się ze swojego niegotowego, nigdy nieuporządkowanego świata przeżyć i doznań. Że autor chce nas ze swoim bohaterem skonfrontować, ale także zbliżyć do niego w nieco inny, nieoczywisty sposób. Franciszek to domorosły filozof. A wszystko, co ocenia, krytykuje, ośmiesza i komentuje, to spektrum doznań dorosłego człowieka. Takiego, w którego życiu wciąż są miejsca na zwątpienia i wahania. Na strach, poczucie wyobcowania i niechęć do kierunku, jaki nadaje swojemu życiu.

„Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek” to pełna specyficznego humoru opowieść o tym, w jaki sposób stawić czoła życiu, które w większości przypadków jest po prostu ponure. Jedna z zakonnic ucieka przez nim w nałóg. Niektórzy w agresję. Inni w apatię. Franciszek nie chce być obojętny, choć przecież wszyscy są daleko od niego samego, jego przeżyć i emocji. Dlatego pozwala w swoim życiu pomyszkować Bogu, wchodzi z nim w specyficzną relację. Jest bękartem, który musi być twardszy niż jego własny los, nie jest podręcznikowym przykładem bożego dziecka, jest za to być może tym bożym wyrzutem sumienia i najlepiej by było, by zapakował się w paczkę i nadał do innego świata, w którym może znajdzie miejsce dla siebie. Bóg tymczasem milczy i jest równie obojętny jak świat. A jednak wydaje się wiedzieć o bohaterze zaskakująco wiele. I daje się czasem zaskoczyć, bo życie to splot wyjątkowo niespodziewanych okoliczności, z których nigdy nie wiadomo, co wyniknie.

Poza sztucznością i pewnym niedopasowaniem puent kończących wiele rozdziałów Filip Zawada proponuje nam jednak ciekawą książkę o czułości, tęsknocie oraz takiej formie budowania sobie bezpiecznej przestrzeni, w której musi być miejsce na kłamstwo, by uwierzyć w cokolwiek stałego i coś, co może uratować. Nie podoba mi się sugerowanie wprost, jakie wnioski wyciągać z opisywanych zdarzeń, ale interesujące jest to, że Filip Zawada przede wszystkim pyta, choć jest to powieść wspomnianych już deklaracji. Myślę, że to jedna z ciekawszych książek tego roku, w której fundamentalne pytania egzystencjalne stawia pełen niepokoju chłopiec – symbol człowieczeństwa, które domaga się definicji, szacunku i dostrzeżenia. Inspirująca lektura, pozostawiająca jednak w sporym smutku i melancholii. Ale dzięki temu ten ślad po niej jest znaczący i można zabrać Zawadę ze sobą w życie. Bo jego historia nie ma zarysowanego końca. Właściwie nie ma też początku. Jest obrazem fragmentu życia, który domaga się doprecyzowania i wyjaśnienia. Przygnębiającym obrazem, choć też pozbawionym przejaskrawień czy przesady. Ciekawa rzecz.

2019-04-01

„Człowiek, który umarł” Antti Tuomainen


Wydawca: Albatros

Data wydania: 20 lutego 2019

Liczba stron: 352

Przekład: Iwona Kiuru

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Życie w cieniu śmierci

Lubię Finów, choć osobiście znam tylko jednego i jest to mąż tłumaczki tej książki. Nie za bardzo jednak odnalazłem się w poczuciu humoru Tuomainena i nie wiem, czy jest to humor typowo fiński. Iwona Kiuru dołożyła wszelkich starań, by była to powieść, którą naprawdę dobrze się czyta, jednak „Człowiek, który umarł” to historia albo zmarnowanego potencjału, albo zbyt absurdalnego pomysłu, z którego wydobyła się książka ekscentryczna i zupełnie do mnie nie trafia. Antti Tuomainen to pisarz wielu twarzy i różnych jakości literackich. Zachwycił mnie powieścią „Czarne jak moje serce”, kompletnie rozczarował kolejną, czyli „Kopaliśmy sobie grób”. Z wielką ciekawością sięgnąłem po tę najnowszą, bo miałem nadzieję na odzyskanie pisarskiej formy, ale otrzymałem coś zupełnie innego niż poprzednie narracje fińskiego pisarza. Trochę komedię kryminalną, ale bardziej mało przekonującą fantazję, która koncentruje się wokół motywu życia i umierania, proponując niezbyt sugestywną mgiełkę absurdu i groteski, z których wydobywa się pewien komizm, lecz sama historia jest po prostu mało atrakcyjna. Nie wiem, czy taka formuła powieści to dowód na to, że Tuomainen umie ciekawie eksperymentować, czy też kolejny wypadek przy pracy. A może zwyczajnie książka do polubienia przez wąskie grono czytelników.

Mottem tej powieści może być teza, by żyć tak, jakby właśnie miało się umierać. To nic hipotetycznego dla głównego bohatera, to bardzo trudna, przerażająca i ukazana z czarnym humorem sytuacja wyjścia, w której trzydziestosiedmioletni Jaakko Kaunismaa musi podjąć kilka kluczowych dla niego decyzji. Tuomainen proponuje nam opowieść o tym, że śmierć nie musi człowieka przerażać – może być dla niego źródłem inspiracji. Jaakko chce zrozumieć nie tylko to, kto i dlaczego chce go zabić, ale także staje wobec niezwykłych dylematów. Musi zacząć żyć intensywniej i uważniej. Nietuzinkowo traktuje wyrok śmierci, który nad nim wisi. Stara się znaleźć inne punkty odniesienia, gdy spogląda na swoje prozaiczne życie, jakie wiedzie w równie prozaicznej, sennej miejscowości na wschodnim wybrzeżu Finlandii. Musi określić, co jest ważne. Pośród licznych zagrożeń odnaleźć coś, co od nich uwalnia. Może miłość? Tuomainen komplikuje fabułę, stale puszczając jednak oko do czytelnika. Jego bohater walczący o godność osobistą staje się symbolicznym przykładem człowieka, którego życiu sens nadaje lojalność i sztywny kręgosłup moralny. Jest poczciwy i dobroduszny, ale jednocześnie dość nudny. Nuda wieje z kart „Człowieka, który umarł” nawet wówczas, gdy Tuomainen przedstawia nam coraz bardziej nietuzinkowe postacie drugiego planu.

Co można wymyślić, aby usankcjonować taki tytuł książki? Jak to zrobić, że bohater jest już w zasadzie martwy, ale jednak żyje? Wszystko wyjaśnia się już na wstępie, ale nie wiemy, w którym kierunku pójdą pomysły autora. Jaakko szuka bratniej duszy w sytuacji, w której czuje, że jego dni są policzone i że trzeba znaleźć kogoś, z kim będzie można się podzielić niepokojem egzystencjalnym. Żona nie będzie już tą właściwą powierniczką, bo choć bohater ufał jej całe życie, odkrywa bolesną prawdę o czymś, czego zupełnie się nie spodziewał. Ale nie traci głowy. Wciąż jest żywy, wciąż może działać. Wciąż decydować o sobie, a także porządkować życie ludziom ze swego otoczenia. Wykorzysta wpływy. Jest prezesem firmy. Tuż obok niego pojawia się konkurencja. Zacznie się walka z czasem samego Jaakko, który koniecznie chce zrozumieć, kto życzy mu śmierci, i bezpardonowa walka dwóch firm, z których jedna nie ma prawa bytu na rynku. A druga zgarnie wszystko. Może szantażem, może groźbą.

Antti Tuomainen całkowicie porzuca stylistykę noir, która była charakterystyczna dla jego poprzednich powieści. Tutaj liczy się komizm w wielu odsłonach. Wspomniany czarny humor. Ironiczne podkreślanie tych absurdów rzeczywistości, z których nie zdajemy sobie sprawy, nie myśląc o końcu własnego życia. A tu właśnie perspektywa jest najważniejsza. Jaakko musi wydobyć się z rutyny powtarzalności, w którą wpadł być może nieświadomie i która powiększyła się podobnie jak rozmiary jego brzucha. Mam jednak wrażenie, że całość tej dziwacznej historii to autorska próba wydobycia czegoś oryginalnego ze świata przedstawionego, który trochę puszcza w szwach. Ma być realistycznie, ale jednocześnie jest coraz bardziej absurdalnie. Pojawią się trupy, by intryga się zagęściła, stała bardzo niejednoznaczna. Są momenty niebywale dowcipne – jak choćby scena przemowy w dwóch językach – ale sporo z nich sili się na dowcip i wywołuje jedynie konsternację, bo mimo wszystko chciałoby się doszukać w tym wszystkim logiki, a odnoszę wrażenie, że autor jej zaniechał, gdyż spodobał mu się pomysł szaleństwa narracyjnego w opowieści o umieraniu, w której jednocześnie żyje się nad wyraz intensywnie.

„Człowiek, który umarł” to inteligentna, ale chyba mało atrakcyjna autorska fantazja o tym, że z motywu walki o życie można stworzyć swoisty teatr absurdu. Ze starannie dobranymi jego aktorami, ale mniej przemyślanymi scenami. Tuomainen robi wszystko, by nawet wieść o tym, że ktoś morduje własną matkę, brzmiała tutaj zabawnie, jednak całość fabuły sprawia wrażenie przypadkowego łączenia pozornie zabawnych sytuacji, które mają nieść w sobie wystarczającą grozę, aby nie określić tej powieści mianem komedii. Podoba mi się oryginalność i to, że Tuomainen nie idzie w konwencję zaproponowaną na przykład przez kolegę po piórze ze Szwecji, którego „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” ma być zbiorem wyjątkowo spektakularnych gagów. Nie ma tu jednak tej charakterystycznej dla autora nuty nostalgii oraz widocznej we frazie nonszalancji w opowiadaniu o trudnych sprawach. Jest historia tego, kim stajemy się w obliczu śmierci, i fantazja o tym, co może nas w tej konfrontacji zdziwić. Poza tym najnowsza powieść Tuomainena rozczarowuje, bo ani to kryminał, ani jakaś interesująca sensacja, ani też powieść obyczajowa i również nie dobra komedia. Kwestionując wszystkie gatunki, fiński autor proponuje jednak rzecz, którą pewnie polubią jego zwolennicy. Samurajski nóż w głowie, zbieranie grzybów, intrygi zapowiadające się na całkiem niezłe – i wyjątkowo słabe po nich zakończenie. Ta powieść to chyba trochę autorski żart i eksperyment jednocześnie. Niezbyt mi było do śmiechu i obawiam się, że z eksperymentowania formą niewiele za jakiś czas w pamięci zostanie. Czekam zatem na takie pisanie Tuomainena, którym zachwyciłem się, obcując z „Czarne jak moje serce”.

2019-03-29

„Kata” Steinar Bragi


Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 13 marca 2019

Liczba stron: 488

Przekład: Jacek Godek

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Męskie zło

Steinar Bragi nie należy raczej do lubianych pisarzy islandzkich. Nie pisze spektakularnych i frapujących kryminałów jak Yrsa Sigurðardóttir, nie proponuje ironicznych fantazji o świecie jak Hallgrímur Helgason. Bragi uderza bezpośrednio. Jest twardy, bezkompromisowy, lubi przerysowania i świadomie posługuje się mrocznymi hiperbolami. Udowodnił to już w „Kobietach”, których duszny i klaustrofobiczny klimat przywodził na myśl to, jak trudno jest czytelnikowi być z książką, odczytać ją, zachować w sobie. „Kata” też – jak „Kobiety” – rozprawia o złu i nienawiści, analizuje stadia i natężenia ludzkiego okrucieństwa, ale będąc bardziej powieścią o zemście, a nie o żałobie (co sugeruje jej początek), idzie w nieco inne rejony niż „Kobiety”, mniej prowokuje, bardziej dosadnie prezentuje drogę, na której z rozpaczy rodzi się nienawiść. W „Kacie” złem tego świata będą mężczyźni. Ale to powieść z lokalnym adresem, bo Bragi oskarża Islandczyków. Sugeruje, że przemoc wobec kobiet jest w ich mniemaniu czymś jakby przezroczystym – zapewne istniejącym, ale niewymagającym aż takiego napiętnowania. Islandczycy być może odetchnęli z ulgą, gdy oprawcami Birny Brjánsdóttir, której zamordowanie wstrząsnęło niedawno całą Islandią, okazali się obywatele Grenlandii. Steinar Bragi demaskuje pozorną sielankę w życiu codziennym państwa, które tak bardzo dba o równouprawnienie, jako jedno z pierwszych zrównuje wynagrodzenia mężczyzn i kobiet, wybiera na głowę państwa homoseksualną kobietę. „Kata” uderza w groźnych, przemocowych i bezkompromisowych mężczyzn islandzkich. Są potworami, którym należy się najbardziej surowa kara. Bragi wie, że pisze powieść przejaskrawioną, że jego bohaterka jest stronnicza, że przytaczane tezy mają charakter manipulacyjny. Ale nie można mu odmówić tego marginesu niepewności, kiedy czytelnik zastanawia się, czy na Islandii tak jak w całym świecie męska godność zawsze domaga się zemsty, a ta kobieca jest deprecjonowana, umniejszana, jej naruszenia pomijane milczeniem, a gwałty niedostatecznie surowo karane…

„Mogę zmienić świat, jak tylko zapragnę”. Takie przekonanie towarzyszy tytułowej bohaterce, która musi zmierzyć się z utratą córki, a jednocześnie poznać przerażające okoliczności jej śmierci. A śmierci tej nie uczyniono zadość, bo sprawcy przemocy na kobiecie, która jako nastolatka w niepokojący sposób zbliżała się do tego, co przemocowe, nie zostali ani rozpoznani, ani ukarani. Kata przejdzie od żałoby i smutku w kierunku bezkompromisowej zemsty. Wyznaczy w swoim sumieniu właściwą drogę wymierzania sprawiedliwości i wraz z przyjaciółką – ofiarą podobnej przemocy, jakiej zaznała nieżyjąca córka Katy – zacznie rozprawiać się ze złymi mężczyznami. By łatwiej było osiągnąć cel, bohaterka w swej świadomości uprzedmiotowi sobie cele wyzwalającej się w niej agresji. Mężczyźni na jej celowniku będą już tylko zwierzętami do eliminacji. Bragi nie pozostawia wyobraźni czytelniczej pola do popisu, bo przy takim punkcie wyjścia możemy przewidywać ciąg dalszy, czytając głównie po to, by przyjrzeć się szczegółom. Jednak „Kata” nie idzie w kierunku powieści sensacyjnej ani thrillera. Oferuje dużo więcej, niż można przypuszczać podczas mniej uważnej lektury. Jest opowieścią o milczeniu społeczeństwa wobec przemocy oraz o usankcjonowaniu tej przemocy, która ma wydobyć się z milczenia. Bardzo niejednoznaczna i bardzo zawikłana formalnie powieść. Tym bardziej że idzie w kierunku onirycznego traktatu o utracie i odzyskaniu, ale jest od początku do końca niewyobrażalnie smutną historią bezsilności oraz wyrastającej z niej potrzebie zemsty. Bezkompromisowej, bez taryfy ulgowej, w piekle złości i nienawiści. Tak działa Kata. Ale ma świadomość, kim jest, skąd pochodzi, kim się stała i dlaczego tak, a nie inaczej postępuje.

Bo Steinar Bragi oskarża także bierność przesytu i stabilizacji klasy średniej. Tej milczącej większości, która buduje sobie uporządkowane życie, gdzie nie ma miejsca na niepotrzebne troski, jest za to sporo dbałości o zachowanie pozorów. Katrin świadomie i z dużą determinacją łamie wszelkie społeczne ustalenia, które każą jej żyć i oczekiwać od życia tego, co charakteryzuje przeciętne kobiety z klasy średniej. Kata pozwoli sobie na wydobycie z siebie nieokiełznanej złości i zburzy fasadowy wizerunek rodzinnego szczęścia, które obserwuje na ulicy i określa ironicznie: „Jakie to wszystko piękne i ponure”. Dużo bardziej ponure staje się to, kim bohaterka chce zostać, oraz to, w jaki sposób sankcjonuje swoje prawo do buntu, od momentu samej myśli o nim do czasu, kiedy decyduje się na rozwiązania bezkompromisowe, kiedy jest gotowa złamać każdą umowę społeczną, odciąć się od społeczeństwa, ustanowić własne reguły gry, uznać swoje postępowanie za po prostu właściwe. I tu zaczynają się wątpliwości w odbiorze tego, co proponuje nam Bragi. Nie jest to przecież książka o krwawych mścicielkach za wszelkie kobiece krzywdy. A jednak widzimy, że stygmat i bariera płci są w tej powieści bardzo czytelne, budują świat niezgody i wściekłości, stanowią pewne punkty odniesienia, determinują wybory i działania.

Fascynująca jest przemiana głównej bohaterki. Z empatycznej pielęgniarki, która pracuje na oddziale, gdzie musi łagodzić śmierć i wychodzić jej naprzeciw z czułością, po osobę gotową do wzięcia odpowiedzialności za wyreżyserowanie czyjejś bolesnej śmierci, by oddać sprawiedliwość wszystkim tym ofiarom, które nigdy nie otrzymały zadośćuczynienia za swe cierpienia. Kata to także – zaprezentowana w retrospekcjach – matka starająca się wydobyć córkę z wyjątkowo toksycznych sideł. Spod wpływu kogoś, kto gruntuje w nastolatce przekonanie, że przemoc jest gwarantem pewnej ekspiacji. Staje się w tej powieści stygmatem i motorem eskalacji zła. Dlatego Bragi stawia na pewien rodzaj przejaskrawień, by stać się bardziej dyskusyjny. By przeanalizować także ten mroczny łańcuch zależności, który od bezbronności i żałoby prowadzi ku krwawej krucjacie i przekonaniu, że świat rządzi się bezkompromisowymi prawami. Jeżeli dodamy do tego intrygującą symbolikę domku dla lalek jako prezentu od ojca dla zamordowanej dziewczyny, otrzymamy powieść wielu odniesień do kwestii wewnętrznej wolności – tej wypracowanej, zbrukanej, domagającej się odzyskania. „Kata” intryguje i przeraża na wielu poziomach, ale jest kolejnym po „Kobietach” dowodem na to, że islandzkie pisarstwo może być wyjątkowo bezkompromisowe, choć powstaje w kraju skłonnym do kompromisów dla spokoju i beztroski. Jedno i drugie Bragi kwestionuje już pierwszymi rozdziałami. A potem zaprasza do wędrówki po kobiecym piekle. Po świecie, w którym kobieta będzie zmuszona do walki z płcią przeciwną. Po rzeczywistości, w której ocena możliwości i zdrowego rozsądku zaciera się, ale zemsta nie jest tu tylko złością czy wściekłością. Dyskusyjna i mocna powieść, która na pewno nie da o sobie zapomnieć.