Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2018-05-23

„Ferma blond” Piotr Adamczyk


Wydawca: Agora

Data wydania: 23 maja 2018

Liczba stron: 536

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Wojna i namiętności

Piotr Adamczyk wydobył pożądanie z szafy i napisał świetną powieść o jego roli w życiu społeczeństwa ukształtowanego przez kult jednostki. Jednocześnie wrócił do tematyki wojennej, która była kanwą jego „Domu tęsknot”, ale w zaskakującej odsłonie. Dlaczego? Autor konsekwentnie trzyma się nurtu literatury popularnej i tym razem stawia nas przed nie lada wyzwaniem. Bo czy taki typ literatury jest w stanie udźwignąć tematykę nazizmu zagarniającego wpływy, okrucieństw drugiej wojny światowej, tematykę mrocznej filozofii rozrodu ku chwale agresywnych Niemiec, kradzieży dzieł sztuki, obozów zagłady i tego, w jaki sposób III Rzesza budowała swą ekspansywną siłę, nie tylko krzywdząc inne narody, lecz przede wszystkim ideologicznie rujnując własny? Pojawia się ogromne ryzyko, bo tematy poruszane w „Fermie blond” wymagają taktu, ale nie muszą być opisywane w jednoznacznie dramatycznej konwencji. Piotr Adamczyk jest odważny i potrafi dotknąć przerażających kwestii w innej niż patetyczna tonacji. Opowie przede wszystkim o sile kobiet, bo nie od dziś wiemy, że kocha kobiety. Zaproponuje coś na kształt sensacyjnej narracji, realistycznej i zmyślonej. Łączącej współczesne, pełne niepokoju poszukiwania z dramatami młodych Niemców, których zmuszano do przyjęcia jedynej słusznej ideologii, ginięcia na froncie i do reprodukcji ku chwale jedynego doskonałego narodu świata.

„Ferma blond” to książka bardzo inteligentna, łącząca w sobie wspomnianą już sensacyjność z niezwykłą umiejętnością opowiadania mrocznej historii w barwnej tonacji, ale i w naiwnej konwencji oddającej wzruszenia i porywy serca dojrzewającej dziewczyny. Adamczyk nie opowiada nam w zasadzie niczego nowego – ani o tym, jak hitlerowskie Niemcy przygotowywały swych obywateli do wojny, ani o samych okrucieństwach wojennych, ani też o dramatycznych wyborach etycznych pozbawionych przynależności narodowej czy rasowej, a opartych jedynie na drogowskazach moralnych nieznających żadnych ludzkich podziałów. Wychodzi z tego mimo wszystko fascynująca opowieść, niuansująca nastroje, emocje i uczucia, ale przede wszystkim odnosząca się do sfery cielesności i seksualności bez druzgotania tabu czy ekspresyjnych hiperboli, bo Piotr Adamczyk ma szacunek do kobiecego ciała, a chce opowiedzieć o sile jego oddziaływania. O cielesności pożądania, tęsknot, zguby, wstydu, potęgi, prokreacji i fantazji prowadzących ku zatraceniu. Śmiało, odważnie, a jednocześnie w dobrym guście. O kobiecości jako sile. O męskości, która tylko czuje się wyższa, a przegrywa w wielu wymiarach i na wielu frontach. Bo to książka o tym, co dzieje się z dala od wojennego frontu, ale o wojnach równie okrutnych i pochłaniających ofiary.

Narrator powieści nawiązuje kontakt z niemieckim kuzynem, zwolennikiem skrajnie prawicowej partii rosnącej w siłę za Odrą. Ów kuzyn odkrywa pewne tajemnice rodzinne, które powodują, że ogarnia go wewnętrzny chaos. Dumny ze swej niemieckości odkrywa, że przeszłość nie była tym, z czym mógłby się dzisiaj zmierzyć. Musi się zmierzyć nie tylko z tajemnicami matki i enigmatycznym miejscem, w którym przyszedł na świat. Musi także skonfrontować się ze swym polskim kuzynem na froncie walki o kobiece zainteresowanie. Stają naprzeciw siebie tak, jak kiedyś stanęli ważni mężczyźni w życiu Charlotte, matki Michaela. Odkrywanie zagadki przeszłości stanie się łatwiejsze, gdy pojawi się stwarzana przez narratora historia. Ta zaś zręcznie połączy postacie i wydarzenia rzeczywiste z niezwykłą wyobraźnią autora „Fermy blond”.

Adamczyk bardzo sugestywnie oddaje lata tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej i portretuje to, jak ideologia III Rzeszy zawłaszczała umysły, pustosząc je na tyle, że wojna doprowadza nie tylko do zniszczeń, śmierci i okrucieństw. Owładnięte kuszącą ideologią społeczeństwo dopuściło się w swej świadomości stworzenia ideologii rozrodu. A z nią pojawia się mroczna historia ośrodka Lebensbornu, którego ślady po latach bada narrator powieści. Tematykę Lebensbornu wykorzystali w różny sposób francuscy prozaicy, których tłumaczenia mieliśmy w ostatnich latach okazję poznać – jak na przykład Nicolas d’Estienne d’Orves w „Sierotach zła” czy Valentin Musso w „Zimnych popiołach”. Piotr Adamczyk wykorzystuje ten temat w bardzo specyficzny sposób. Opowieść o hodowli rasowych ludzi ku chwale hitlerowskich Niemiec jest tylko pewnym punktem na drodze poszukiwań i jednocześnie jednym z wątków wyjątkowo skomplikowanej intrygi, która po latach prowadzi dwóch kuzynów w okolice Łodzi. Lebensborn będzie synonimem zawłaszczania i przemocy. O tym w gruncie rzeczy jest „Ferma blond” – powieść opowiadająca o męskiej potrzebie zagarniania, o wydobytej z ideologii społecznej przemocy, ale także o kobiecej inteligencji, przebiegłości… i zemście.

Charlotte jest młodziutką dziewczyną, kiedy podgląda Adolfa Zieglera w intymnej sytuacji. Podglądając, wie jednocześnie, że ona chciałaby się w takiej znaleźć. Z nim. Wielbicielem kobiecych wdzięków, malarzem aktów uwikłanym w kilka enigmatycznych intryg, jednocześnie kusicielem obezwładniającym młodą Charlotte. Za jego działaniem i tym, jak postępuje, stoi nie tylko spaczone pojmowanie świata wpajane wszystkim Niemcom, ale także samcza potrzeba posiadania, której wyjdzie naprzeciw zaskakująca siła kobiecego samostanowienia. Adamczyk opowie o płomiennym romansie i jego dramatycznych konsekwencjach. O człowieku pożeranym przez machinę systemu, w którym się zakochał. Bo Ziegler to zdobywca, a Charlotte zaczyna rozumieć, że miłość może mieć też mroczny rewers. Wówczas, gdy stanie się nienawiścią. I gdy kobieta przestanie czuć się jak modelka wykorzystywana do malowania aktu.

U boku Charlotte stoi także Kristian, drugi mężczyzna erotyczno-emocjonalnego dramatu w trójkącie. Jego losy w zaskakujący sposób splotą się z losami dziewczyny, ale postać Kristiana będzie też nieco innym uosobieniem tego, co III Rzesza uznała w mężczyźnie za właściwe, konieczne, wielbione i słuszne. Bo Piotr Adamczyk opowie o miłości fatalnej z trzech punktów widzenia – tak jak o hitlerowskich Niemcach opowiedzieć trzeba z przynajmniej trzech różnych perspektyw. Po to, by pokazać absurd wojny, niestałość miłości, ale także istotę kręgosłupa moralnego. Tego, że w nieludzkich czasach można było być przyzwoitym człowiekiem. A cała sfera seksualności i erotyzmu? Także ma swoje znaczenie, bo Adamczyk nie serwuje nam przecież tylko pikantnej opowieści o niemieckich podbojach łóżkowych. Cielesność jest wieloznacznym symbolem – ukazuje moc wyzwolenia i destrukcji. Uprzedmiotowiona kobieta okazuje się zwyciężczynią wielu potyczek i zagrań. Charlotte – naiwna dwunastolatka marząca o miłości – będzie gotowa wziąć za siebie odpowiedzialność i powalczyć o godność jeszcze dla kogoś. Większość rozerotyzowanych mężczyzn w tej powieści poniesie mniej lub bardziej spektakularną porażkę.

To też powieść fantazjująca o istocie sztuki… i sztuce jej zawłaszczania. Kolejny i niejedyny aspekt zdobywania czegoś siłą. Autor „Domu tęsknot” buduje wielopiętrową intrygę z obrazami w tle, aby oddać głos wizerunkowi i zwrócić uwagę na to, jak wielkie znaczenie w naszym życiu i w dokonywaniu wyborów ma to, na co i w jaki sposób patrzymy. Ale to jedna z wielu ścieżek interpretacyjnych „Fermy blond”. Powieści zderzającej wielkie dramaty ze specyficznym poczuciem humoru autora i z kameralnymi scenami opowiadającymi o tym, że zgubna może być nie tylko wojna, ale także wywołana w jej trakcie namiętność.

2018-05-21

„Na tropie mordercy. Historia prywatnego śledztwa, które wstrząsnęło Szwecją” Joakim Palmkvist


Wydawca: Burda Książki

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 350

Przekład: Patrycja Włóczyk

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Rodzinne tajemnice

To bardzo przemyślany, napisany z dużą umiejętnością budowania napięcia reportaż, w którym fabularny sznyt wyróżnia dodatkowo opowieść o skonfliktowanej bogatej szwedzkiej rodzinie. Nic dziwnego, że zyskał na popularności – jest swoistym rewersem dla popularnych w Szwecji kryminałów, albowiem opowiada o zdarzeniach naprawdę mających miejsce i ujawnia, co koloryzują i modyfikują powieści kryminalne. „Na tropie mordercy” to bardzo dokładny zapis tego, co w sprawie elektryzującej opinię publiczną mogła zrobić policja. Jakie działania była w stanie podjąć, a jakie okazały się niemożliwe. Palmkvist ukazuje realne procedury policji oraz prokuratury, uzmysławiając czytelnikom, jak trudna do rozwikłania była sprawa zaginięcia Görana Lundblada, która ostatecznie stała się sprawą brutalnego morderstwa. Na kartach tej książki prześledzimy krok po kroku, w jaki sposób szwedzka policja analizowała sprawę najpierw pod kątem zaginięcia, i przyjrzymy się temu, jak trudne było przesunięcie zadań w stronę innego priorytetu – poszukiwania śladów zabójstwa. Wszystko w bardzo dobrym, analitycznym stylu, w którym autor stopniowo odsłania zagadki śledztwa, ale przede wszystkim rekonstruuje trudne relacje rodzinne oraz portretuje Therese Tang – kobietę spoza kręgów policyjnych, której udało się rozwikłać zagadkę.

Joakim Palmkvist jest czuły na detale. Umiejętnie buduje opowieść o tym, jak skomplikowane relacje istniały od dziesięcioleci w szwedzkiej rodzinie Lundbladów – rodzinie naznaczonej podległością, różnymi formami przemocy psychicznej, ale przede wszystkim trudnym do uniesienia napięciem zarysowanym w relacjach stwarzających potem okazję do snucia domysłów, co tak naprawdę stało się z multimilionerem, który pewnego dnia znika bez śladu. Ta mroczna opowieść o zależnościach opartych na pomnażaniu majątku pokazuje nam ludzi nieszczęśliwych, wycofanych, zagubionych w sferach emocji i niezdolnych do prawdziwego kontaktu. Uda nam się poznać sieć zależności, które budowały funkcjonowanie rodziny, relacje między jej poszczególnymi członkami. Pieniądze rodu odgrywają dużą rolę, ale Palmkvist sięga głębiej – obrazuje sieć toksycznych zależności przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Ukazuje dwójkę wyobcowanych ludzi żyjących w pewnej symbiozie charakterów. To zaginiony Göran i jego córka Sara. Bliscy i jednocześnie oddaleni. Wspólnie pracujący, spędzający czas, szukający podobnych form odreagowania emocji. Jednocześnie silnie skonfliktowani. Przedmiotem sporu jest wybór Sary: jej nieakceptowany przez ojca chłopak i zakusy tej dwójki, by dobrać się do majątku Görana…

„Na tropie mordercy” ma jeszcze jedną bardzo ważną bohaterkę. To wspomniana Therese Tang stojąca na czele grupy Missing People. Dynamiczna kobieta o barwnej biografii, która jako jedyna wpada na właściwy trop rozwiązania zagadki. A może działając nieco inaczej niż policja, zbliża do siebie mordercę. Przecież książkę otwiera szalenie sugestywna, pełna napięcia scena, w której Tang oczekuje przyjazdu człowieka w jej mniemaniu mającego zaraz przyznać się do zbrodni. Dlaczego witają się z taką zażyłością? Do czego doprowadziła Tang, co odkryła i przede wszystkim w jaki sposób to osiągnęła? Jej historia i postępowanie będą stanowić pewną przeciwwagę dla policyjnych działań ograniczonych procedurami, których Tang nie musi stosować. Dzięki swoim umiejętnościom prospołecznym i ogromnej empatii zdobywa wiedzę dużo większą niż policjanci. Widzi więcej kontekstów, więcej rozumie. Od początku będzie przekonana, że w sprawie zaginięcia milionera coś jest bardzo nie tak. Zaskakująco sprawnie będzie potrafiła dotrzeć do największych tajemnic.

Palmkvist ustawicznie podkreśla rozbieżności i wymuszone koniecznościami odmienności działań policji oraz zdeterminowanych wolontariuszy z grupy Missing People. Zwraca uwagę na to, że w całej sprawie istotny jest brak ciała. Uniemożliwia to realizację działań prawnych przewidzianych na okres po śmierci Görana Lundblada. Czy komuś zależy na tym, by nikt nie odnalazł denata? By była to stale sprawa zaginięcia i by mnożące się domysły zwyczajnie wygasił upływ czasu? Mimo że część faktów i domysłów pojawia się w umyśle czytającego już na wstępie, lektura tej książki jest wyjątkowo elektryzująca, albowiem Joakim Palmkvist stosuje ciekawe zabiegi narracyjne mające tę opowieść nie tylko zdynamizować, ale pozostawić w pewnym niepokojącym zawieszeniu. Śledzimy losy córek Lundblada – jedna stara się rozwikłać zagadkę zniknięcia ojca, druga wyjątkowo spokojnie przyjmuje wieść o jego zaginięciu. Cała sprawa komplikuje się, kiedy poznajemy szereg wspomnianych już zależności, z których powodu rodzinę Lundbladów można określić jako toksyczną. Autor dodatkowo sugestywnie portretuje stosunki międzyludzkie na szwedzkiej prowincji. Okazuje się, że pośród swoich i na niewielkiej przestrzeni dobrze wszystkim znanej oraz oswojonej może mieć miejsce okrutna zbrodnia. W zaciszu domu, w oddaleniu, na wsi, pośród ludzi znających się od lat. Można zastanawiać się nad tym, na ile komuś mogło zależeć na wyciszeniu sprawy, ale przede wszystkim warto w wyobraźni ocenić, jakie możliwości wyciszania największych podłości ludzkich mogą dawać takie przestrzenie jak ta, w której rozegrała się tragedia.

Jak donosi Palmkvist: „W Szwecji każdego roku znika około 7000-8000 osób. Większość z nich się odnajduje”. Tu będzie mowa o nieco innym odnalezieniu. Także o tym, jak sformułowane są szwedzkie procedury postępowań w sprawach o zaginięcie, a potem w okolicznościach odnajdywania zaginionego – takiego, który jednak jest w tej mniejszości i sam się nie odnajdzie. Podoba mi się umiejętne stopniowanie napięcia w tej książce, a także jej wielowątkowość. Palmkvist obrazuje sprawę zaginięcia Görana Lundblada z naprawdę wielu perspektyw – wszystkich koniecznych do zrozumienia, co się naprawdę wydarzyło. I do przemyśleń o tym, co działo się wcześniej, przed zaginięciem. Historia bogatej rodziny w konflikcie staje się punktem wyjścia do rozważań na temat skuteczności działań szwedzkich służb poszukiwawczych – formalnych i nieformalnych. To historia o ogromnym zaangażowaniu, konsekwencji w działaniu i pod koniec psychologiczny thriller, bo to, co zapowiada zaznaczony wyżej prolog, będzie mieć ekscytującą kontynuację na ostatnich stronach książki. A ta bardzo mocno przykuwa uwagę i nie pozwala się od siebie oderwać.

2018-05-18

„Kocio” Elżbieta Isakiewicz


Wydawca: Sic!

Data wydania: 18 maja 2018

Liczba stron: 184

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 25 zł

Tytuł recenzji: Inna perspektywa

Napisać, że najnowsza książka Elżbiety Isakiewicz jest rzeczą dla wszystkich wielbicieli kotów, to napisać stanowczo za mało. Nie chodzi bowiem tylko o to, że cała publikacja koncentruje się wokół zwierząt, ale przede wszystkim o to, dla jakiego rodzaju opowieści koty są tu punktami wyjścia. Autorka opowiada o tych własnych, doskonale oswojonych i ukochanych. O kotach znajomych, z którymi związane są opowieści i anegdoty. O tych zmyślonych, które opowiadają niezwykłe historie – takie, gdzie bohaterowie uczestniczą w jakichś kluczowych zdarzeniach ich życia, mając za świadka kota, gdy przeżywają swe „rzeczy pierwsze”. Bo Isakiewicz chce pokazać kocią dumę, niezależność, charyzmę i samowystarczalność, portretując dodatkowo złożony świat kocich właścicieli. Albo ludzi, na których drodze koty stanęły w bardzo istotnym momencie życia. „Kocio” to podzielona na dwie części z intrygującym epilogiem i zabawnym aneksem opowieść o tym, że pośród wszystkich ludzkich głupców koci król mądrości zawsze ma rację, zawsze jest najważniejszy i nigdy nie może przestać być traktowany podmiotowo. Isakiewicz buduje nieco dłuższe narracje niż te tworzące „Niewyśnione historie”, ale zapadają one w pamięć równie mocno, bo autorka doskonale wie, jak skondensować treść w wysublimowanej formie. Zaskakuje frazą, układem zdań, wydobywającymi się z nich skojarzeniami i kontekstami – o kotach można bowiem pisać z ogromnej liczby perspektyw.

Opowiadania Isakiewicz rozdzielają minitraktaty o wyższości kociej natury. Tu autorka pół żartem, pół serio pozwala sobie na filozofowanie, prowokacje i uwodzenie czytelnika. Nie wiemy, które z definicji bytu kota są serio, które mają odnosić się do nas samych i pokazywać tę zaskakującą zależność między człowiekiem a zwierzęciem, w której to kot definiuje strony i zaznacza istotę wzajemnych zależności. Widzimy jednak prowokacyjną tezę, że człowiek jest sprzeczny z naturą, a kot jej idealną egzemplifikacją. Dlaczego? Argumentów jest wiele. Dość wspomnieć, że Elżbieta Isakiewicz porówna sposób patrzenia na świat kota i jego właściciela oraz opowie o tym, czym kot potrafi uwieść i czego dokonuje z dużo większą klasą niż człowiek.

Jednak ważne są też opowieści, w których bardzo istotną rolę odgrywają kocie sprawy czy zachowania. Większość jest tak sugestywna, że pozostaje na długo w pamięci, ale Isakiewicz już w „Niewyśnionych historiach” udowodniła, że umiejętnie pozostawia czytelnika ze swoim tekstem także wówczas, gdy przeczyta on ostatnie zdanie. Duże wrażenie robią opowieści o tym, jak kot na kolanach gestapowca dał komuś szansę na dalsze życie, albo o miłośniczce tych zwierząt, arystokratce upokarzanej przez komunistyczny system, która oddała serce kotom, a swoimi działaniami zostawiła trwały ślad w czyjejś pamięci. Są również historie o zdecydowanie optymistycznym wydźwięku. Radosne, wesołe, w specyficzny sposób opowiadające o tym, jak przecinają się drogi człowieka i kota. Poznamy obserwatora kociej czułości. Ujrzymy czarnego kota na wydmach. Będziemy świadkami tego, jak kocie igraszki z ćmą czy sroką stają się okazją do snucia egzystencjalnych rozważań. Będzie też o tym, którego dnia w roku kot przestaje być panem właściciela i staje się puchową kulą strachu. Ale to nie wszystko. Zarówno dobór tekstów, jak i ich stylistyczna różnorodność uwiodą niejednego kociarza. I niejednego wrażliwego czytelnika.

Podoba mi się to, co Isakiewicz robi z językiem – są to eksperymenty, ale też świadome gry słowne. Nie chodzi o oryginalność, ale o różnorodność poszukiwań, by wyrazić skomplikowaną strukturę świata naznaczoną współistnieniem człowieka i zwierzęcia. Czasami autorka jest lingwistyczną impresjonistką, czasami skupia się absolutnie tylko na jednym detalu. Prowadzi nas przez światy, w których kocia obecność wyznacza rytm, sens oraz motywacje ludzkich bohaterów. Idąc przez nie, docieramy do wspomnianego już aneksu, w którym… koty wreszcie zabiorą głos.

To teksty pełne czułości – dla ludzkich i kocich ułomności. Przepełnione miłością, ale roszczące sobie prawo także do tego, by dynamizować dramatyczne dylematy albo hiperbolizować paradoksy. Elżbieta Isakiewicz zachęca do specyficznej wędrówki po przestrzeni skojarzeń z życiem kotów, uzupełniając przesłania nawiązaniami do wielu twórców pojawiających się tu w kontekstach nie tyle zaskakujących, ile zaskakująco trafnych. Będzie Márai, Dostojewski, Mann, a nawet Witkacy. Będą przekazywane myśli łączące twórców z twórczym charakterem istnienia wobec kota. Zwierzę będzie nie tylko centrum opowiadanych historii. Kompozycja zbioru tekstów każe upatrywać skojarzeń z kocią istotą w tym, jak oryginalnie i empatycznie Isakiewicz ogląda otaczający ją świat. Kocio” jest świadectwem dużej wrażliwości, ale także pewności siebie w konstruowaniu oryginalnych fabuł. Ta książka jest wyczulona na ludzką samotność, którą z taką łatwością wyczuwa kot. Będzie zatem opowiadać o ludziach mierzących się z wyobcowaniem, ale także takich, którzy to wyobcowanie przełamują. Epilog z tatrzańskimi impresjami i historią pewnego dziewiętnastowiecznego zdjęcia pokazuje dość wyraźnie, z jaką troską Elżbieta Isakiewicz spogląda na ludzką alienację. W końcu bycie samemu ze sobą znosimy dużo trudniej niż koty.

Zwyczaje, przywary i słabości futrzanego przyjaciela przekuwane są w tych historiach w niepowtarzalne atuty. Ta książka opowiada o naszych ludzkich błędach, które są zawsze wybaczone, jeśli poświęci się kociemu przyjacielowi czas i czułość. Podoba mi się to, że Isakiewicz z równym szacunkiem traktuje zagubionego człowieka i pewnego siebie kota. Buduje pewien pomost, definiuje specyficzny rodzaj porozumienia. Nie ucieka od paradoksów i dramatów, ale każdemu nadaje ciepłe oblicze. „Kocio” to obraz ludzkiej nieporadności i pewności siebie zwierzęcia. Taka książka o kondycji człowieka pochylonego, ale tym razem po to, by pogłaskać swojego futrzaka. Dlatego „Kocio” jest swobodną fantazją i książką różnorodnych odczytań. Wydobywającą się czasem z melancholii i smutku, ale ostatecznie pełną witalizmu i radości. Po jej lekturze każdy spojrzy na swojego kota inaczej. Być może wreszcie ujrzy go takim, jaki jest naprawdę. A obok niego siebie – ze swoimi troskami, radościami, zaskoczeniami, tęsknotami i oczekiwaniami wobec życia. Mała książka wielu przesłań. Każąca spojrzeć na świat z interesującej perspektywy, której przecież wcale dobrze nie znamy. I intrygująca tytułem, bo przecież nie musi on być rozumiany jako przysłówek.

2018-05-16

„Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuch i inne opowiadania” Helen Oyeyemi


Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Data wydania: 17 kwietnia 2018

Liczba stron: 272

Przekład: Magdalena Rabsztyn-Anioł

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Zdarzyło się?

Helen Oyeyemi ujęła mnie już dziesięć lat temu, kiedy z wyjątkowym, pamiętanym do dzisiaj napięciem czytałem „Małą Ikar”. Lektura dziewięciu opowiadań wchodzących w skład najnowszej książki brytyjskiej autorki wywołuje to samo, choć czym innym warunkowane napięcie. Struktura wszystkich tekstów jest gęsta i wieloznaczna. Idąc wychwyconym z narracji tropem, wpada się w pułapki i staje wobec pytań, na które nie ma odpowiedzi. Dlatego przy czytaniu trzeba być czujnym. Oyeyemi jest magiczna, groteskowa, surrealistyczna, ale przede wszystkim prowokująca. Forma opowiadań, a zwłaszcza ich tytuły – tkwiące w takiej funkcji, że grzechem byłoby je zdradzać – wytyczają pewną ścieżkę poszukiwań czytelniczych, a różnorodność tematyczna i taka wewnątrz każdego tekstu każe przyglądać się tej książce jako wielkiej zagadce. Z odrobinę może pretensjonalną, ale ważną symboliką klucza. Jego motyw ma rzekomo spajać całość. Dla mnie są to zdecydowanie teksty, które wchodzą ze sobą w polemikę i tylko momentami się uzupełniają. Helen Oyeyemi zabiera nas do świata, w którym najdrobniejszy nawet element będzie miał znaczenie. Jednocześnie proponuje pewną czytelniczą grę. „Zdarzyło się i nie zdarzyło” – to zdanie z jednego tekstu może być mottem wszystkich opowiadanych historii.

Konwencji opowiadania o świecie przedstawionym będzie tutaj kilka. Znajdziemy się w obliczu katalońskiej zagadki, skonfrontujemy się ze związkiem w stanie rozpadu, odwiedzimy hotel zatrzymujący podróżnych na zawsze i będziemy świadkami znaczącej wymiany książek w bibliotece. Utkwimy w samym sercu mrocznej baśni o zniewoleniu i wolności. Staniemy u boku czeskiej wdowy przebierającej się za Czerwonego Kapturka. Poznamy ludzi i ich lalki, próbując zrozumieć, co te drugie mogą i na co mają wpływ. Dowiemy się, jakie konsekwencje może mieć medialna afera skoncentrowana wokół krewkiego muzyka. Będziemy śledzić historię pewnego dziennika. Przede wszystkim staniemy jednak wobec zagadki bytu, różnych oblicz miłości oraz pytań o tożsamość, najsugestywniej stawianych w opowiadaniu tytułowym – moim zdaniem najlepszym ze zbioru.

Tyle o zasięgu tematycznym tej pozycji. Wkraczanie do historii Oyeyemi wymaga nie lada uważności. To bardzo specyficzne teksty, które musiały być wyzwaniem dla tłumaczki. Wydobywają się z konwencji znanych i oswojonych. Czytelnie przez te konwencje prowadzą, ale jednak załamują – nie tylko czasoprzestrzeń i hierarchię ważności bohaterów. Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuch i inne opowiadania” to książka proponująca nam podróż po światach, w których kobiety konfrontują się ze swą przynależnością, definiują na nowo własne życiowe role. Mężczyźni potrafią zadawać dociekliwe pytania. Obie płcie tworzą specyficzną mieszankę i taką przestrzeń niekompletnego dialogu. Wszystko, co nakreślone przez Oyeyemi, trzeba sobie uzupełnić. Niezależnie od płci.

Najbardziej podoba mi się brawurowe opowiadanie o emocjach, które są tutaj jakby wyselekcjonowane specjalnie przez autorkę, by pokazać te najbardziej intensywne. Prowadzą do zaskakujących zwrotów akcji, kiedy nie mamy już pojęcia, czy przypadkiem nie przenieśliśmy się w obrębie jednego opowiadania do kilku różnych rzeczywistości. Helen Oyeyemi tworzy pierwszy tekst na bazie szkatułkowej rozprawy o tęsknocie i przywiązaniu, by w następnych opowiadaniach oddawać głos bezradności, zagubieniu, ale i pewnej konsekwencji w działaniu bohaterów. Są tu też interesująco i bardzo niejednoznacznie przedstawione podstawowe ludzkie relacje: przyjaźń, więzy rodzinne, bliskość w związku, poszukiwanie zrozumienia u drugiej osoby. Ludzie z tych opowiadań są gotowi wiele zaryzykować, by doświadczyć zmian. Każdy przygotowany jest na niespodziewane zwroty akcji, bo – jak wspomniałem – rusza się z tymi tekstami w enigmatyczną wędrówkę, nie mając pojęcia o tym, do czego każdy z nich doprowadzi. Oyeyemi jest też mistrzynią ciekawych zakończeń, a całość zbioru to dość ekscentryczna forma wyrażenia siebie przez grę z kontekstami, ale również poprzez nieokiełznaną wyobraźnię.

Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuch i inne opowiadania to także rzecz domagająca się skupienia. Nie są to teksty, które można pochłaniać w każdej wolnej chwili, bo istnieje ryzyko niezaakceptowania nas przez konwencję oraz język opowiadanej historii. Dlatego też Helen Oyeyemi dużo oczekuje i nie wymaga - takie odnoszę wrażenie - uproszczonych interpretacji bądź porządkowania swoich tekstów tematycznie czy symbolicznie. Ważna jest przestrzeń tajemniczości, w której zarysowują się bardzo realistyczne historie. One później mkną ku czemuś bliżej nieokreślonemu, ale trzeba przyznać Oyeyemi, że wie, jak mocno przykuć uwagę. 

Istotne są w opowiadaniach formalne dekoracje, dzięki którym dość łatwo odczytujemy konwencję, ale z dużym trudem porządkujemy sobie fakty. Nie chodzi tylko o to, że część z tych tekstów to absurdalne zmyślenia. Chodzi o to, jak definiowany jest w nich fakt oraz co jest konsekwencją przedstawionego zdarzenia. Wyjątkowo ekscentrycznie jawią nam się dialogi między bohaterami i czasem można odnieść wrażenie, że są niekompatybilne z resztą struktury tekstu. To też może mieć znaczenie. Opowiadanie tytułowe nakreśla czytelną opozycję, ale tych mniej rozpoznawalnych jest w tej książce kilka. Zderzenia, zaskoczenia, zdziwienia – o to zapewne chodziło autorce, która stworzyła zbiór najbardziej chyba oryginalnych opowiadań, jakie czytałem w ostatnim czasie. Hermetyczny świat Helen Oyeyemi nie dla każdego może okazać się łaskawy. Jest to jednak książka wyjątkowa i choć opowiada czasem o sprawach uniwersalnych, wielokrotnie omówionych i może nawet ociera się o truizmy, niepowtarzalny jest styl, w jakim to robi. To publikacja wyzwanie. Liryczna, dramatyczna, chwilami drapieżna, a czasami subtelnie baśniowa. Rozsadza granice, igrając konwencjami. Prowadzi na manowce, ale jednocześnie hipnotyzuje, rozważając problemy współczesnego świata w dynamicznych tekstach wydobywających się z tej współczesności i powracających do niej na własnych warunkach. Warte uważnej lektury.


PATRONAT MEDIALNY

2018-05-14

„Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry” Reni Eddo-Lodge


Wydawca: Karakter

Data wydania: 18 kwietnia 2018

Liczba stron: 288

Przekład: Anna Sak

Oprawa: miękka

Cena det.: 37 zł

Tytuł recenzji: Stygmaty

To książka odważna i bezkompromisowa, zachęcająca do dyskusji i skupiająca uwagę na wnikliwości oraz wieloaspektowości rozważań autorki. Reni Eddo-Lodge opowiada o rasizmie w taki sposób, w jaki nie przywykliśmy go traktować, rozumieć ani analizować. Udowadnia, że rasizm to nie widoczne incydenty, nie ujawniana agresja, wrogość albo niechęć. „Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry” opowiada o tym, że rasizm jest pewną strukturą, konstruktem myślowym, społecznym i historycznym; jest nie mentalnością, lecz skłonnością do akceptacji niezrozumiałej dla autorki uniwersalności białego koloru skóry będącego punktem odniesień w każdej sferze ludzkiego życia. Eddo-Lodge próbuje udowodnić, że rasizm wbudowaliśmy przed laty w konstrukcję świata, w którym żyjemy, i nie ma zasadniczo możliwości, by pożegnać go na zawsze. Co więcej, narasta w niebezpiecznej formie akceptowania ładu społecznego przy deprecjonowaniu koloru skóry. Ta publikacja ukazuje niebezpieczne i niezauważane przez wszystkich oblicze rasizmu tkwiącego w systemie. Dynamiczna, zaskakująco trafna i inteligentna książka Eddo-Lodge odpiera też zarzut tak zwanego rasizmu odwróconego. Bo pisząca nie jest czarną rasistką, lecz osobą głęboko zaniepokojoną podziałami i ustanowionymi społecznie schematami myślenia, które wciąż na nowo traktują sposób mówienia o istocie i tożsamości człowieka bez oderwania od koloru skóry.

To pokłosie wpisu na blogu, którego zdanie tytułowe wywołało lawinę różnorodnych komentarzy. Autorka wskazuje pasywną postawę i chęć milczenia, za którymi znajduje się przepaść niezrozumienia, jakiego doświadczała w licznych dyskusjach na temat tego, w jakich sferach życia rasizm ma się doskonale i dlaczego wciąż z zaskakującą siłą człowiek biały chce udowadniać swoją wyższość, pretendować do korzystniejszego startu życiowego, lepszych warunków egzystencji, swobody poglądów i zachowań. Z jednej strony zatem tytułowa deklaracja oznacza nieumiejętność przebicia się przez społeczne przekonania o tym, gdzie tkwi rasizm i jakie ma oblicza. Z drugiej jednak – pewna lingwistyczna prowokacja, albowiem ta książka jest dowodem na to, co Eddo-Lodge bardzo chce jeszcze powiedzieć, by wycofać się ostatecznie… a może uznać, że wyczerpała swą argumentację w temacie.

Jest dociekliwa, uważna i bada anatomię rasizmu, wychodząc od osobistych doświadczeń, dołączając do doświadczeń najbliższego otoczenia, komentując historię rasizmu w Wielkiej Brytanii i na koniec pragnąć nakreślić czytelny kontekst, w którym opowie o dyskryminacji i bolących wciąż na nowo stygmatach na czarnej skórze wypalanych stale przez białych niemających często świadomości tego, jak bardzo w ich systemie myślenia i wartościowania zachował się rasizm, którego mogą się po prostu wstydzić. Reni Eddo-Lodge nie proponuje wielu rozwiązań mogących zmienić irytujący i frustrujący ją stan. Pomaga jednak ujrzeć Wielką Brytanię w nieco innym świetle niż stawiają ją ci, którzy nie poczuli na własnej skórze (sic!), czym jest stygmatyzacja i tworzenie ograniczeń w formułach nieposiadających kształtów i ideologii, takich nie do zauważenia, nie do określenia, krzywdzących jednak mocno.

Rasizm w rozumieniu autorki osadza się w ludzkiej mentalności poprzez działanie różnych instytucji tworzących codzienne życie społeczne. Ustanowione prawa, zwyczaje czy obyczaje niosą w sobie ten pierwiastek nietolerancji, choć nikt nie umie przyznać, że jakaś cząstka rasizmu tkwi w nim samym jako członku zbudowanej społeczności. Reni Eddo-Lodge opowiada o tym, w jaki sposób ciemny kolor skóry wyklucza dzisiejszego Brytyjczyka z życia wszelkich możliwości. Część z nich zostaje zablokowana albo skreślona. Krytyce poddane zostaną nie tylko instytucje regulujące życie, ale także w dużej mierze pogląd na to, że wielokulturowość może stanowić zagrożenie, a inny kolor skóry ma jednak znaczenie – w zaskakujących kontekstach.

Autorka bada relację rasy i klas społecznych, ale także analizuje dyskursy publiczne – w niektórych sama brała udział – deprecjonujące albo spowijające zasłoną milczenia dyskusję o roli koloru skóry w tym, jak rozwija się i funkcjonuje Brytyjczyk. Wychodzi od historii brytyjskiego niewolnictwa, by przejść do każdego aspektu wolnego życia wszystkich ras, których wolność obwarowana jest pewnymi warunkami i stwarza ograniczenia zasadniczo dla czarnoskórych mieszkańców Wysp. Mówi o tym, że rasizm staje się w pewien sposób niewidzialny, a wielu uznających go za coś, co z natury rzeczy się odrzuca, tkwi w matni specyficznych uwarunkowań społecznych. A one mimo wszystko stygmatyzują z powodu koloru skóry. Bardzo niejednoznacznie i niezwykle boleśnie.

Reni Eddo-Lodge odważnie podejmuje temat oskarżeń o czarny rasizm. O to, że może być uznana z powodu swego koloru skóry, zainteresowań zawodowych i przekonań za przedstawicielkę odwróconej formy rasizmu. Rozważania na ten temat są jednymi z najciekawszych w tej publikacji. Zasadnicze przesłanie autorki to teza, że niezauważanie rasy nie spowoduje dekonstrukcji i likwidacji rasistowskich struktur. Rasę musimy dostrzec, by naprawdę rozmontować złowrogie struktury oraz konstrukty myślowe. Oskarżenia o czarny rasizm Eddo-Lodge traktuje jak sposób na ucieczkę od istoty zrozumienia, czym był, jest i prawdopodobnie będzie rasizm sam w sobie. Sposób na unikanie otwartych i trudnych dyskusji o tym, jak bardzo i wciąż na nowo opresja i niesprawiedliwość wytyczają tę wyraźną granicę między kolorami skóry.

Istota tej publikacji to wskazanie, w których momentach błądzimy jako biali ludzie – ci, w których drzemie gdzieś rasistowskie uprzedzenie zamienione na milczenie i zachowawczość, oraz ci, którzy chcieliby przepraszać za okrucieństwa rasizmu, hołdując postawie bierności i pokory. „Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry” to książka, która usiłuje pokazać, że nie chodzi o obwinianie za poglądy w mniejszym lub większym stopniu związane z rasizmem, lecz o wskazanie, w jakich warunkach one się tworzą, co im daje sankcjonującą siłę i dlaczego mimo upływu czasu i bolesnych doświadczeń ludzkości rasowe podziały stale funkcjonują, są obecne w każdej sferze życia, nie zezwalają na pożegnanie się z mrocznym dziedzictwem przeszłości.

Choć Eddo-Lodge osadza swoje rozważania w lokalnej, brytyjskiej perspektywie, jest to jednak książka dla czytelnika spod każdej szerokości geograficznej. Najpierw porządkująca pokrewne pojęcia związane z rasizmem, a potem dynamicznie rozsadzająca utrwaloną siatkę tych pojęć. Autorka pokazuje, jak niebezpiecznie blisko rasizmu jest każdy z nas. I mało kto z białych ludzi jest w stanie dostrzec niuanse tych niebezpieczeństw na co dzień. Myślę, że to narracja nakreślająca nowe perspektywy patrzenia na coś, co od wieków jest jednym z największych wstydów ludzkości. To wstyd, z którym mimo zmieniających się okoliczności i warunków życia jest nam zaskakująco po drodze. To również wstyd, którego nie zauważamy. Może wówczas, gdy doprowadzi do wykluczenia czy agresji. Reni Eddo-Lodge oskarża, ale i ostrzega. Z racji swego koloru skóry wie, że może powiedzieć dużo więcej, więcej nazwać. I prawdopodobnie też wyjaśnić wszystkim tym, którym świat rasy białej bezpiecznie unormował życie.

2018-05-11

„Siła” Naomi Alderman


Wydawca: Marginesy

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 400

Przekład: Małgorzata Glasenapp

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: W obliczu rewolucji

Nie wiem, jakie ambicje miała Naomi Alderman, pisząc „Siłę”, ale zwodniczy PR tej książki kazał się nią zainteresować jako pozycją właśnie dość ambitną. Niestety, otrzymujemy zwyczajną literaturę rozrywkową. Opowieść w dynamicznej, komiksowej konwencji. Pełną luk, nielogiczności, nastawioną na elektryzującą akcję, brawurowo opisującą sceny walk i fragmentaryczną, z bardzo spłaszczonymi sylwetkami bohaterów. Siła” mogłaby być ciekawym studium międzykulturowym, inteligentnym feministycznym manifestem, powieścią analizującą struktury więzi międzyludzkich i deprecjonującą proste podziały egzemplifikowane przez płeć. Jest sensacyjną fabułą, która zmierza w przewidywalnym kierunku. Nijak niewyróżniającą się literacko. Proponującą nam truizmy o naturze człowieka. O tym, że pozabijalibyśmy się, gdybyśmy tylko mogli. O chęci dominacji, która zmierza do destrukcji. O tym, że każda siła w rękach człowieka prowadzi do okrucieństwa. To naprawdę wszystko albo nie udało mi się zajrzeć głębiej, bo zmieniające się jak w kalejdoskopie zdarzenia ani nie osadzają bohaterów w jakimś sensownym i spójnym kontekście, ani nie proponują chwili wytchnienia, by przemycić odrobinę filozofii, socjologicznych przemyśleń, przesłania głębszego niż to, które od razu zawiera się w narracyjnej wolcie polegającej na tym, że pewnego dnia dziewczęta, a potem kobiety otrzymują niezwykły dar rażenia prądem i w związku z tym wykorzystają go na płci przeciwnej, a dla rozrywki także na innych kobietach.

Rewolucja, którą portretuje Alderman, ma charakter globalny. Nie widzimy jednak globalnej różnorodności reakcji na odkrycie czegoś, co już na zawsze naznaczy społeczności i wytyczy nowe podziały w prostej linii sygnalizowane przez płeć i jej kulturowe uwarunkowania. Nastolatki odkrywają, że mogą być wojowniczkami. Elektryzują innych, doprowadzając do śmierci. Na początku jest to zabawa, potem niebezpieczna broń. I tu od razu zaczyna przemawiać wspomniana płeć. Kiedy kobiety odkryją, co potrafią, w świecie Naomi Alderman będą walczyć przede wszystkim o to, o co walczą bez użycia takiej broni mężczyźni – o władzę. Dość groteskowo wypada ukazanie światowych przemian, które mają związek z odkryciem śmiercionośnej mocy przez kobiety. Mam wrażenie, że autorka zawirowała globusem i postanowiła opisać te miejsca, na których przypadkiem zatrzymał się jej palec. Będzie zatem mowa o tym, jak zachłannie celebrują wolność kobiety saudyjskie, i opisany zostanie spisek gdzieś w Mołdawii. Żeby było międzykontynentalnie, coś jeszcze wydarzy się w Indiach, a męski reporter ukazujący skalę rozwoju zjawiska i idące za nim zmiany, będzie się wywodził z Nigerii. Naturalnie jednak większość najważniejszych działań ma się koncentrować w USA. Ani to przekonujące, ani w żaden sposób sugerujące coś groźnego. Ot, wyimki złożone chaotycznie i bez przemyślenia. Ze światem dzieją się rzeczy niewyobrażalne. Alderman potrafi go opisać szczątkowo – za pomocą takich słów kluczowych jak wojna, wolność, okrucieństwo, rewolucja, odwet i wiara.

Kwestia przeniesienia niezwykle niebezpiecznych mocy kobiecych w sferę transcendencji ma miejsce w zobrazowaniu losów Allie, amerykańskiej dziewczyny z rodziny zastępczej, która po zamordowaniu opiekuna będącego pedofilem ucieka, znajduje bezpieczną przystań w klasztorze, a następnie staje się tam mistycznym autorytetem, który potrafi uzdrawiać i ogniskować wokół siebie wyznawczynie działające tak, jak zaplanuje to Matka Ewa. Wszystko wygląda dość interesująco, ale tu też nie ma jakiegoś pogłębienia. Siła wynikająca z daru ciała w parze z przekonaniem, że to boski atrybut? Co idzie za tym dalej? Do czego może to prowadzić? U Alderman prowadzi raczej donikąd. „Siła"” intrygująco zawiązuje poszczególne wątki, ale potem nie oferuje nam nic ponad dynamiczne szaleństwo autorskiej fantazji.

Uwagę przykuwa także Roxy. Dla niej nowa umiejętność jest szansą na wymierzenie sprawiedliwości. Dziewczyna zostanie skonfrontowana z licznymi przejawami zła i poddana próbie, jakiej nie doświadczają inne bohaterki. Roxy początkowo wzbudza współczucie, ale potem wikła się już w zbyt wiele niejednoznacznych w swej wymowie zależności. Ostatecznie upada pod naporem dynamiki wydarzeń. Jest kolejną literacką wydmuszką, wokół której gromadzi się zaskakująco wielka pustka przesłania tego, kim jest i ku czemu zmierza.

Najciekawsza z postaci to Margot – kobieta unikająca używania swojej mocy i starająca się ją ukryć, ale jednocześnie zyskująca coraz większe wsparcie w społeczeństwie i zaskakująco łatwo przechodząca przez kolejne szczeble władzy. Tu fantazjowanie Alderman unika bazowania na dychotomii płci. Postać Margot czytelnie i sugestywnie ukazuje, jakie są możliwe związki między niezwykłymi umiejętnościami a sposobem sprawowania władzy. Polityka ściera się ze sferą osobistą, bo Margot walczy o kolejne stanowiska, ale także o dobro swej córki, która źle znosi naznaczenie elektryczną siłą.

W tej powieści nikt nie jest wygranym i każdy traci. Ludzkość prezentuje się dokładnie tak, jak już wielokrotnie ją zaprezentowano. Jak zaprezentowała się sama na arenie dziejów. Całe opisywane zło ma miejsce dlatego, że ludzie mają możliwości. Kobiety zaczną dominować nad mężczyznami. Wszystko będzie się koncentrować wokół wojny płci. Alderman w niektórych momentach upraszcza z pewnością bardzo świadomie, ale to czyni z „Siły” powieść tylko inteligentną. Czy dobrą? Niekoniecznie. Zanim zaklasyfikuje się ją jako przykład dystopii, warto uważnie przeczytać zwłaszcza początek i zakończenie, w których autorka puszcza oko do czytelnika. Myślę, że ten klamrowy zabieg jest najciekawszy w tej narracji. Problem całej reszty polega na tym, że „Siła” hiperbolizuje, dynamizuje, stara się być wyrazista za wszelką cenę, ale… nie oferuje niczego, nad czym każdy czytelnik już by nie myślał. Degradując kulturę patriarchatu i ukazując pułapki wszelkiego rodzaju globalnych rewolt, Alderman niczym nie zaskakuje. Portretując aberracje, bawi się tylko samą konwencją. Myślę, że jest trochę autodestrukcyjna w tym pisaniu. Podobnie jak jej bohaterki mające błyszczeć na pierwszym planie, a spalające się szybko, bo to postacie mocno papierowe i nieszczere. Zdecydowanie więcej przerysowań niż subtelnych zarysowań problemów, z którymi – jako ludzkość – mierzymy się nawet mimo tak sensacyjnego zwrotu akcji. Zbyt wiele robimy, bo możemy. Zbyt łatwo w ten sposób krzywdzimy się wzajemnie.

2018-05-09

„Dam ci to wszystko” Dolores Redondo


Wydawca: Wydawnictwo Kobiece

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 624

Przekład: Barbara Bardadyn

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Mężczyźni pośród tajemnic

Z dużą ekscytacją przyjąłem wiadomość, że przetłumaczono dla polskiego czytelnika napisaną przez Dolores Redondo powieść, która ma być całkowicie realistyczna i odbiegać od cyklu „Dolina Baztán”, z którego udało mi się przeczytać tylko „Niewidzialnego strażnika”. Wiedziałem, że hiszpańska autorka posiada znakomity warsztat, ale czytając wyżej wymienioną książkę, miałem nieustające odczucie osuwania się w kicz i pretensjonalność, gdy rasowy kryminał mieszał się z mistycznymi bajkami i baskijskimi wierzeniami. W „Dam ci to wszystko” również pojawia się nawiązanie do legendy baskijskiej, ale całkiem w tle, albowiem ta książka pokazuje, co Redondo potrafi zaserwować, tworząc wielopiętrową, bardzo mroczną intrygę osadzoną nie w świecie wierzeń i zjaw, lecz pośród ludzi z krwi i kości. Z nich na pierwszy plan wysuwają się mężczyźni, którzy na kartach tej powieści nie będą wstydzić się swoich łez. Homoseksualny pisarz, ksiądz będący przyjacielem jego męża, miejscowy homofobiczny porucznik tropiący zagadkę śmierci męża pisarza. Doborowa trójka w doskonale skrojonej intrydze. Dolores Redondo dotyka tematów tabu i niebezpiecznie prowokuje. Udowadnia, że potrafi pisać naprawdę doskonale, gdy porzuci mistykę i leśne zjawy, a skupi się na dramacie pojedynczego człowieka. „Dam ci to wszystko” jest przemyślaną, spójną i frapującą książką z doskonałym zakończeniem, albowiem na ostatniej stronie niejedno czytelnicze oko uroni łzę. Redondo opowiada o tajemnicach zmarłego, ale odsłania nam także sekrety żywych – te, z którymi muszą się sami zmierzyć, bo są  to ich wewnętrzne demony, i te pokazujące, jakim okrutnym demonem może być człowiek dla człowieka.

Manuel Ortigoso pracuje nad swoją kolejną powieścią, gdy do drzwi jego mieszkania pukają policjanci z wiadomością o śmierci męża. Porzucony migający kursor będzie pewnym symbolem bezradności aktu pisania, bo w tej narracji przeżywane przez Manuela zdarzenia będą miały ogromny wpływ na to, w jaki sposób i w jakiej konwencji będzie tworzył kolejną książkę. Tymczasem dopadają go liczne emocje, które Redondo bardzo dobrze niuansuje. Niedowierzanie i bezradność przechodzą we wściekłość oraz gniew, gdy bohater dowiaduje się, że jego Álvaro zginął w miejscu, w którym nie powinno go być. Zrozpaczony pisarz udaje się w rodzinne strony swego partnera, by dowiedzieć się, że latami ukrywał on istnienie ludzi, którzy nigdy podczas piętnastoletniego związku nie funkcjonowali w świadomości jego męża. Wyprawa okaże się przerażającą drogą do bram piekła – udowodni Manuelowi, jak bardzo zamknięty był na problemy i przeżycia swojego męża. Pozostawi go także z mnogością zagadek, których część trzeba rozwiązać od razu, dowiedzieć się prawdy.

Redondo nie stosuje zbyt wielu retardacji, w związku z tym nie poznajemy prawdziwej istoty związku mężczyzn. Dowiadujemy się jednak z ust krewnych oraz ich służby, jakim człowiekiem był Álvaro, jakie miał dzieciństwo, jaki stosunek do swojej arystokratycznej, wewnętrznie podzielonej rodziny. Manuel odkrywa szokujące fakty, ale najbardziej uderza go to, czego dowiaduje się o dzieciństwie zmarłego. Dotychczas przekonany o tym, że Álvaro po śmierci rodziców i siostry nosił bagaż niezwykle traumatycznych doświadczeń z młodości, wdowiec rewiduje swój pogląd na to, co jest prawdziwą traumą. Bo Dolores Redondo opowie o niewyobrażalnych wręcz cierpieniach, których ślad pozostaje na zawsze i które są wyjątkowo ciężkim brzemieniem. Nie każdy w rodzinie Álvara jest w stanie unieść ogrom potworności, jakich doświadczył. Przybywający z Madrytu pisarz musi zmierzyć się z demonami zmarłego. Z tym, jak go postrzegał, kim dla niego był i w jaki sposób funkcjonował latami ich związek.

„Dam ci to wszystko” piętnuje nierówności społeczne i niepisane status quo w hiszpańskim społeczeństwie, które sankcjonuje pewną wyższość i nieskazitelność rodów arystokratycznych – o nich nie można mówić źle, im wszystko się wybacza, na ich przypadłości i grzechy cały czas się patrzy, niczego jednak nie widząc. Ale to nie jest jedyna zagadka tuszowania okrucieństw. Czytając Dolores Redondo, ma się świadomość tego, że wchodzimy w kolejne piekielne kręgi niewyrażonych latami cierpień. Trzeba czytać uważnie od samego początku, albowiem każdy szczegół będzie mieć znaczenie, kiedy zrozumiemy, czym były powroty Álvara do miejsca, o którym nie miał pojęcia jego mąż. Powieść jest skonstruowana w taki sposób, że przez cały czas poznajemy fakty, nie rozumiejąc kontekstów. To mocno absorbuje, bo ustawicznie zastanawiamy się nad tym, czy za wszystkim, co opisane, stoi spójne rozwiązanie. Ani Manuel, ani czytający powieść nie domyślają się, jak wiele zaskakujących zwrotów akcji co jakiś czas będzie burzyć dotychczasowe ustalenia i interpretacje.

Ale równie ciekawy jak wir wydarzeń jest krajobraz emocjonalny mężczyzny po stracie najbliższej osoby. Dolores Redondo jest wnikliwa i czuła w portretowaniu specyficznego rodzaju samotności. Takiej, za którą stoją trudne pytania. Niespełnione oczekiwania. Zranione zaufanie. Cokolwiek stało za poczynaniami Álvara, uderza w Manuela dopiero po śmierci męża. Okazuje się, że wsparcia udzielą mu mężczyźni, z którymi na co dzień nie znalazłby wspólnego języka. Ale nie tylko oni. Duże znaczenie będą mieć płatki gardenii, a także pewien klasztor, w którego murach przed laty doszło do czegoś haniebnego.

Ta powieść to też autotematyczna fantazja na temat tego, czym jest warsztat pisarski, i tego, czym może być dla twórcy sam akt pisania. Manuel jest poczytnym pisarzem, który na własne życzenie zamyka się w świecie fikcji literackich. Álvaro akceptuje to, szanuje, dostosowuje się. Ale po swojej śmierci pozostawia Manuela z pytaniami, które być może powinien on zadać sobie, będąc w związku z nieżyjącym. Redondo odsłania kilka czytelnych ścieżek łączących dzieło z rzeczywistością, którą to dzieło ma odwzorować. Nieprzypadkowo wszystko rozpoczyna się od przerwania pisania powieści. Ku czemu będzie zmierzać? Jakim twórcą stanie się Manuel, gdy zmierzy się z trudnymi i mrocznymi problemami świata, od którego zwykle uciekał w fikcję?

Warto zwrócić uwagę na pewną bezkompromisowość tej powieści. To, w jaki sposób Dolores Redondo jest czuła i delikatna w opowiadaniu o śmierci przy jednoczesnej szorstkości portretowania żywych. „Dam ci to wszystko” ma też świetnie dobrany tytuł i jest to powieść, która niewątpliwie zapada w pamięć. Doskonale rozumiem, czym z takim zainteresowaniem zaczytywała się Hiszpania w ubiegłym roku.  

2018-05-07

Rozmowa z Kubą Wojtaszczykiem

fot. Zuzanna Szamocka

Czujesz się pisarzem młodego pokolenia? Bo wszyscy ci, których tak zwykło się nazywać, powoli przesuwają się w granice tak zwanego wieku średniego. Oczywiście pytam pół żartem, pół serio.

Wydaje mi się, że takie szufladki, jak pisarz młodego pokolenia, są potrzebne, bo ułatwiają klasyfikację, a przecież nie ma nic gorszego niż chaos, który pojawia się, gdy nie doczepimy komuś łatki. A tak na serio, mogę być wiecznie nazywany młodym pisarzem, mnie to zupełnie nie przeszkadza (śmiech).

Jesteś człowiekiem, który czasami dość obsesyjnie trzyma się problemów czasu minionego, a dodatkowo potrafi świetnie te problemy niuansować. Lubisz się schować w czasach, których nie pamiętasz, czy uważasz, że po prostu jesteś im coś winien jako prozaik? Marcinowi Wilkowi powiedziałeś, że z historii przede wszystkim sam chcesz się jak najwięcej dowiedzieć dla siebie.

Lubię poznawać, jak to ładnie nazwałeś, czasy minione, dlatego też dwie moje ostatnie powieści dzieją się w przeszłości. Oczywiście książka zaczyna się od pomysłu. Przy „Słońcu narodu” przyczynkiem był autentyczny dziennik, który znalazłem na pchlim targu; to on ustawił mi ramy czasowe, czyli lata 1978 i 1979. Sam pomysł nie wystarczy, muszę wiedzieć, o czym piszę, dlatego też dokonuję bardzo szczegółowego researchu. Czytam gazety, pamiętniki, oglądam filmy i kroniki, a nawet słucham muzyki z tamtych lat – nawet jeżeli coś później nie wejdzie do fabuły książki, muszę mieć pewność, że wiem wystarczająco dużo o opisywanych czasach. A to, co przenoszę do powieści, powinno być właśnie zniuansowane, bo przecież nie mam zamiaru przepisywać Wikipedii.

A przeszłość?

Przeszłość ma w sobie coś, co mnie do niej przyciąga. Kiedyś myślałem, że to prozaiczna melancholia, takie „kiedyś było lepiej” przekazywane w Polsce w genach. Jednak im więcej czasu spędzałem, zagłębiając się we wspomnienia, tym bardziej zauważałem, że choć zmienia się świat, myślenie ludzi pozostaje podobne, kierują nim podobne mechanizmy. Poza tym, już zupełnie prozaicznie, lubię kostium, tę całą wizualną otoczkę czasów, do których dzięki pisaniu mogę się przenieść.

Nie sądzisz, że większość wielkich światowych powieści wydobywa się z czasu przeszłego?

Właśnie szukam w pamięci książek, które są dla mnie najważniejsze. Wprawdzie jest wśród nich potwierdzająca twoją tezę powieść „Krwawy południk” McCarthy’ego (napisana współcześnie, ale dziejąca się w XIX wieku); ale zaraz myślę o „Graj jak się da” Didion, „Wielkim Gatsbym” Fitzgeralda albo o „Świecie w płomieniach” Hustvedt, czyli rzeczach, które opowiadają o czasach mniej więcej współczesnych dla ich autorek i autorów. Tak więc wielkość światowych powieści jest chyba zależna od czytelników, ale oczywiście mogę się mylić.

Mamy wspólnego wydawcę swoich pierwszych książek. Self-publishingowego, ale tak się złożyło, że mój wkład w wydanie „Roku w rozmowie” był tam zerowy, a twój we własną książkę niewielki. Nie masz może wrażenia, że na rynku wydawniczym dla debiutującego autora ścieżką do wydania pierwszego tytułu jest tylko self-publishing, bez względu na to, jak dobre jest to, co napisał?


Trudno mi porównać dzisiejszą sytuację na rynku wydawniczym z tą w 2014 roku, kiedy debiutowałem „Portretem trumiennym”. Wtedy wydawnictwo zgłosiło się do mnie samo, dopiero później dowiedziałem się, że działa ono też na zasadach self-publishingowych. Pytasz, czy self jest często jedyną ścieżką dla debiutu? Chyba nie, bo wystarczy spojrzeć, ile pierwszych książek obecnie wychodzi; ale na pewno jest jedną z możliwości.

Ale ze swoich doświadczeń wiem także, ile ich nie wychodzi, choć często są dobre. Jaką miałbyś radę dla debiutanta, który ma ciekawą propozycję wydawniczą i marzy o swej książce?

Na pewno uczucia radości, towarzyszącemu debiutantowi, którego książka niebawem trafi na rynek, nie da się porównać z żadnym innym. Jednak na początku polecam obniżyć swoje oczekiwania, bo te najczęściej mamy bardzo wysokie, a przebić się z debiutem jest naprawdę ciężko. Warto też wyhodować sobie grubą skórę, która choć trochę uchroni od hejtu i niekonstruktywnej krytyki. No i robić swoje, bez względu na wszystko.

W wywiadzie z Łukaszem Saturczakiem wspomniałeś, że nie przepadasz za rozmowami z ludźmi. Niektórzy moi znajomi też tak mają i tłumaczą to tym, że dzisiaj ludzie nie mają za wiele do powiedzenia. Dlaczego ty robisz uniki?

Z natury jestem introwertykiem, więc wolę ludzi obserwować. Ich zachowania, cechy charakterystyczne „kradnę” i przelewam na papier. Proces twórczy chyba się we mnie nie kończy. Jestem nastawiony na wyłapywanie ciekawostek z życia, zachowania, sposobu mówienia czy poruszania; są to np. sformułowania albo nawet pojedyncze słowa, którymi posługuje się tylko jedna rodzina, bo przekazywane są one jakby w genach; lubię też słuchać opowieści znajomych z ich domów rodzinnych, zawsze znajdę w nich coś, co mnie zaintryguje; kiedyś na przykład moja znajoma w trakcie rozmowy wyjawiła, że w dzieciństwie jej babcia miała w zwyczaju grozić, że jak nie będzie grzeczna, to wymieni ją na dwie dziewczynki z sierocińca. Od razu nasunęło mi się pytanie: ale dlaczego na dwie?! To trzeba rozwinąć! W takich chwilach zapala się we mnie lampka, że to może się przydać.

Wszyscy pytają cię o żyjące postacie ze „Słońca narodu”, a mnie najbardziej zaintrygowała ta, którą uśmiercasz. Samobójczyni Rozalia podyktowała Gustawowi rytm życia, z którego nie może się on wydobyć. Rozalia była toksyczną matką czy może tylko nieszczęśliwą w swej roli, niemogącą dać synowi radości?

Postać Rozalii jest jedną z najbardziej tajemniczych w powieści. Dzięki temu, że nie jesteśmy pewni jej losów i wyborów życiowych, nie możemy też być pewni niczego w kwestii wizji/wspomnień Gustawa. Lubię myśleć, że starała się być najlepszą matką, jaką potrafiła. Bardzo szybko urywam wątek Rozalii, widzimy ją jedynie z punktu widzenia jej syna, co niekoniecznie wygląda na wzorowe wychowanie; ale musimy wziąć pod uwagę fakt, iż była samotną, ciężko pracującą kobietą w bardzo ciężkich czasach.

Nie bałeś się, że niektórzy czytelnicy będą niezadowoleni, czytając po raz kolejny w „Słońcu narodu” o dyżurnych polskich tematach literackich typu wojna w pamięci, komunizm czy skomplikowane relacje rodzinne? Bo łączysz to wszystko znakomicie w powieść, która rozgrywa się gdzieś wewnątrz bohaterów, nie diagnozuje niczego nowego w ww. tematach.

Dziennik, o którym wcześniej wspomniałem, nie ustawił mi tylko ram czasowych książki, ale również jej tematykę. Poza tym bardzo lubię zaglądać pod podszewkę pozornie przeciętnej polskiej rodziny i doszukiwać się tam różnych brudów, co zresztą zapoczątkowałem już „Portretem trumiennym”. W „Słońcu narodu” jednak idę dalej niż w swoim debiucie, nie tylko rozkładam rodzinę na czynniki pierwsze, ale też pokazuję, jak Historia utrudnia funkcjonowanie jej członkom i jak ich zmienia.

I bardzo to indywidualizujesz. Na kogo z tej rodziny Historia miała największy wpływ?

Jeżeli uznamy, iż Gustaw nie zwariował, tylko przydarzyło mu się to, co dostrzega w swoich wizjach, musiałbym powiedzieć, że przeszłość najbardziej wpływa właśnie na tego bohatera; nie może funkcjonować, tylko popada w stan odrętwienia, zaprzepaszcza wszystko, co do tej pory udało mu się zbudować.
Na drugim biegunie znajduje się Renata, na którą Historia, czyli wybór Wojtyły na papieża, wpływa ożywczo; kobieta przedefiniuje swoje życie, stanie się bardziej odważna, w pewien sposób dzięki Historii się wyemancypuje.

Którego z bohaterów swoich książek najbardziej szanujesz, któremu najbardziej współczujesz, a który jest ci szczególnie bliski?

Odniosę się do swojej najnowszej powieści, bo jej bohaterowie ciągle są żywi w mojej pamięci. Lubię każdą z postaci, nawet te na pierwszy rzut oka antypatyczne. Myślę, że najbardziej szanuję Elkę, czyli dziewczynę Pawła, która mimo przeciwności dąży do swojego celu; jest bardzo silną postacią, emancypującą się w trakcie trwania akcji książki. Natomiast współczuję Gustawowi, bo jest samotny w swojej podróży do przeszłości; tym bardziej że sam nie jest pewien, co jest prawdziwe, i nie ma u kogo szukać pomocy. Teoretycznie najbliższe mu osoby nie mogłyby być od niego dalej. Z kolei najbliższa jest mi Renata, dlatego że od niej zaczęła się ta książka. To odręcznie pisany pamiętnik stał się inspiracją dla postaci żony i matki, wokół której stworzyłem rodzinę. Pamiętnik, dodajmy, realnej postaci, co sprawia, że trudno nie czuć z nią więzi.
fot. Zuzanna Szamocka

„Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?” to powieść o tym, że wojna nie kończy się, gdy wielcy tego świata ogłaszają ten koniec. Reportażowo świetnie opisali to Magdalena Grzebałkowska czy Ben Shepard. Myślisz, że doświadczenie wojny jest największą życiową traumą człowieka?

Trudno mi odpowiedź na to pytanie, z prostej przyczyny – nigdy nie przeżyłem wojny. Żadna liczba przeczytanych książek, artykułów czy obejrzanych filmów nie zbliży mnie do tego doświadczenia. Sam mogę posługiwać się jedynie researchem i wyobraźnią, a wszystko to w bezpiecznej przestrzeni mojego pokoju. Jednakże jest to temat niewątpliwie fascynujący. Pociąga mnie niejednoznaczność wyborów, których człowiek musiał czy musi każdego dnia na nowo dokonywać w tak potwornych okolicznościach, gdy wszelkie do niedawna obowiązujące prawa zostają zawieszone.

Ja też to tak odbieram. I myślę, że każdy z nas ma swoją fantazję o tym, co jest największym okrucieństwem wojny. Zdradzisz mi swoją?

Oczywiście, pisząc, wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, co zrobiłbym w danym momencie. Jeżeli musiałbym wybrać, kogo z bliskich uratowałbym, a kogo poświęcił? Czy byłbym uczciwy? I tak dalej… Jednak te kwestie ciągle pozostają w fazie bezpiecznego gdybania. Choć to truizm, ale jestem pewien, że człowiek dopiero w chwili największego zagrożenia odkrywa, do czego jest tak naprawdę zdolny.

„Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć” to zaś rzecz, którą odczytywać można jako gorzką alegorię ludzkiego wykluczenia. Jest smutniejsza o tyle, że dotyczy ludzi młodych, niedopasowanych, sfrustrowanych, zagubionych. Tak zwany kapitalizm tak nas rozczłonkował i zatomizował czy to młode pokolenie zagubiło gdzieś jakiś instynkt stadnego życia rodzący tradycję i wspólnotę?

Młode pokolenie jest ambitne, ale jednocześnie zindywidualizowane na tyle, że zahacza to o egoizm. W przypadku „Przemocy…” mamy do czynienia z grupą studentów humanistyki, którzy mierzą się z tym, że rynek pracy ma im niewiele do zaoferowania. Grozi im albo bezrobocie, albo praca poniżej kwalifikacji. Ta – według nich – niesprawiedliwość jednoczy ich i pcha ku protestom, które w powieści przeradzają się w groteskę. W mojej opinii dziś „stadne życie” pojawia się wtedy, gdy zagrożone są podstawowe prawa, co starałem się pokazać w książce.

Cztery powieści w okolicach trzydziestki to dużo. Mam wrażenie, że masz też duże wsparcie w swoich poczynaniach i ludzi wokół wierzących w to, co piszesz i jak piszesz. To pomaga przy tworzeniu kolejnych próz?

Jest na pewno ogromnym wsparciem. Pozytywne głosy, zarówno ze środowiska literackiego, jak i od najbliższych osób, pomagają w pracy. Jednak piszę głównie dla czytelników i to na ich opinii najbardziej mi zależy.

Opowiadają ci jakieś historie podczas spotkań autorskich?

Oczywiście! Często też do mnie piszą. Np. czytelnik z Poznania opowiedział mi, jak mijając Uniwersytet Artystyczny, „widzi” sceny, które rozegrały się właśnie w tym miejscu w „Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć”. Z kolei czytelniczka wybrała właśnie moją książkę jako temat na egzaminie gimnazjalnym i zdała na ponad 90%. To bardzo cenne głosy, bo pokazują mi, że to, co piszę, silnie działa na moich czytelników, zapada im w pamięć. Nie ma większej pochwały dla pisarza.

Wyobraź sobie, że każdą swoją powieść możesz podarować innemu Janowi Kowalskiemu. Jaki byłby każdy z tych czterech Kowalskich, którym twoje książki sprawiłyby przyjemność lub odmieniły ich życie?

Ciekawe pytanie! Gdybym puścił wodze fantazji, „Portret trumienny” trafiłby do matki, której syn coraz rzadziej pojawia się w domu, studiuje w dużym mieście, a ona nie wie, „gdzie się podział jej kochany synek”. „Kiedy zdarza się przemoc…” podarowałbym osobie, która administruje dotacjami na tworzenie nowych miejsc pracy. „Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?” licealiście, który do tej pory widział historię jako nudny rozdział w podręczniku i miał czarno-biały obraz II wojny światowej. Z kolei „Słońce narodu” rówieśniczce Renaty, aby przypomniała sobie, jak ona przeżyła wybór Wojtyły na papieża, albo usłyszała w głowie hity muzyki popularnej tamtych lat.

Jak myślisz, dla kogo się dzisiaj pisze w Polsce? Statystyki czytelnictwa rokrocznie są przerażające.

Znam statystyki i dla mnie też są przygnębiające. Jednocześnie istnieje wiele osób, które sięgają po literaturę, i dla nich warto pisać kolejne tytuły. Festiwale, spotkania literackie ciągle cieszą się dużą popularnością, więc nie jest tak, że wszyscy czytelnicy wymarli.

Lubisz zacisza bibliotek. Pewniej się czujesz w przestrzeniach izolacji? Gdzie najchętniej spędzasz wolny czas?
fot. Zuzanna Szamocka

Biblioteki traktuję jako miejsce intensywnego researchu, czyli kojarzące się z pracą. Czas wolny najchętniej spędzam w dużym mieście, spacerując i zwiedzając. Chociażby weekendowy wypad do Berlina pozwala mi naładować akumulatory i oderwać się od codzienności. Po stolicy Niemiec często wędruję bez celu, czasami tylko zaznaczam na mapie miejsca, które są punktami orientacyjnymi. W Berlinie lubię poczucie wolności i tolerancji, no i wielokulturowość, tak obcą na polskich ulicach.

Masz już jakiś pomysł na piątą powieść?

Nie, na razie nie planuję piątej książki. Odpoczynek dobrze mi zrobi. Aczkolwiek niebawem premierę będzie miało moje dziesięcioodcinkowe słuchowisko, które napisałem na zlecenie Storytel.pl; „Roztopy”, bo taki nosi tytuł, to obyczajówka z dreszczykiem, dziejąca się w liceum na początku lat 2000.

Lubisz słuchać opowieści fabularnych? Ja wciąż nie mogę się przekonać do czegoś takiego jak audiobook.

Słucham ich w samochodzie. Jednak jeżeli mam wybierać między książką a audiobookiem, zawsze wybiorę to pierwsze. Mimo to Storytel przekonał mnie tym, że tak naprawdę napisałem serial audio, a nie powieść, którą później czyta lektor. Każdy odcinek „Roztopów” trwać będzie około godziny, ma w sobie kryminalną zagadkę i dużo nastoletnich problemów z czasów, w których nie było smartfonów i social mediów.

Dziękuję za rozmowę.