Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-12-13

„Miłość” Ignacy Karpowicz

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 23 listopada 2017

Liczba stron: 292

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Trzy odsłony

Trzy lata czekaliśmy na nową powieść Ignacego Karpowicza. Czytając „Miłość”, odnoszę wrażenie, że w tym czasie mierzył się on z trzema albo przynajmniej dwiema różnymi powieściami, a ostatecznie postanowił ich zaczyny połączyć w jedną. Tekst nie jest tylko tryptykiem, którego części odnoszą się do filozoficznej triady i zwracają ku Pięknu, Prawdzie i Dobru. To gatunkowa hybryda z kilkoma tematami przewodnimi. Co połączy teatralny nieco pastisz, którego nieznośny patos jest chwilami nie do uniesienia, z groźną i sugestywną futureską oraz wzruszającą baśnią? Myślę, że przede wszystkim autorskie podejście do samotności i wyobcowania połączone z homoseksualizmem, który staje się punktem odniesienia do ciekawych rozważań o relacjach między ciałem a umysłem oraz mrocznych fantazji o tym, w jaki sposób skrywany każe budować kalekie relacje oparte na fałszu. To nie wszystko. Między wspomnianymi częściami pojawia się jeszcze intrygująca narracja pierwszoosobowa, w której bohater wydobywa się z kłamstw, by stworzyć udany związek z partnerem, porządkując jednocześnie sprawy wokół siebie i wchodząc w lepszy kontakt z obolałym ciałem. Myślę, że „Miłość” to kolejny przykład tego, iż Karpowicz w literaturze załatwia pewne prywatne sprawy, ale także dowód na poszukiwania twórcze. Takie, które miałyby zaskoczyć nową formą i odnieść się do ważnych społecznie tematów. Nie ma chyba drugiej takiej powieści o homofobii. Tak nierównej, a jednocześnie konsekwentnie obrazującej światopogląd piszącego. „Miłość” to może być książka też dla trzech różnych czytelników. Mnie na początku męczyła, potem przerażała, a ostatecznie mimo wszystko przekonała do siebie, bo nic tak nie ujmuje, jak dobra baśń opowiedziana przez zacnego bajarza.

Pierwsza – najsłabsza moim zdaniem – część książki to prawdopodobnie między innymi pokłosie czytelniczej przygody z korespondencją Iwaszkiewicza i Bleszyńskiego, która ukazała się wiosną nakładem wydawnictwa Anny Król. Karpowicz osadza nas w powojennym dworku w Stokroci, gdzie czwórka bohaterów będzie starała się uporządkować swoje skomplikowane relacje z bliskimi. Nazwać je, wyodrębnić ich istotę, odkryć przed pozostałymi raniące ich sekrety. Na pierwszy plan wysuwa się Anna, żona literata, której życie miały porządkować tabletki sterujące nastrojem. Anna nie łyka ich – jak chciałby mąż – „jak perliczka ziarno”, lecz uważnie analizuje stałe nieobecności męża. Te dosłowne i metaforyczne. Przybywający goście to ktoś bliski panu na Stokroci i ktoś zupełnie zbędny. Irena, której związek powstał na gruzach miłości i rozpaczy. Fałsz relacji z mężczyznami zbliża kobiety nieszczęśliwe, które ponoszą największe koszty zagadkowych i sekretnych zbliżeń poza ich ramionami i świadomością. Ta część książki ze swą staroświecką frazą podąża ku nadmiernemu patosowi, a i refleksje bohaterów – przeintelektualizowane i książkowe – degradują ich osobność i samotność, które można byłoby wyrazić w inny, prostszy sposób. Kiedy Karpowicz dołącza do tego jeszcze nawiązania do Szekspira i Owidiusza, czyni nieszczęśliwy czworokąt miłosny dość groteskowym. To już pułapka mówienia o wielkich sprawach i wielkich wartościach. To duże ryzyko podejmować takie tematy.

Dużo sprawniej i sugestywniej Karpowicz radzi sobie z drugą opowieścią, mroczną historią z przyszłości, w której ludzka intymność to anachronizm. Co więcej, każdy tworzący związek musi podlegać kontroli państwa, które w teście prostoty płciowej eliminuje nienaturalne skłonności seksualne, a dzięki zmuszaniu do zażywania homonegu ostatecznie usuwa homoseksualizm z ciała i świadomości. Bohaterka tej części, późna wnuczka pewnego pisarza, próbuje odczytać znaczenie jego archaicznych powieści. W nich odnajduje słowa i frazy, które nijak nie odpowiadają światu podlegającemu pod Urząd Obywatelskich Swobód i izolowanego od reszty kontynentu. Jest groźnie, groteskowo i bardzo smutno, kiedy okazuje się, na jakich fundamentach buduje swoją miłość Albertyna. To opowieść o Prawdzie, której prawdopodobnie już nie ma, trzeba jej szukać w przeszłości albo skrywać w relacjach, których anatomię zna władza. Futureska jeży włos na głowie i po raz kolejny obrazuje nieszczęście tkwienia w relacji narzuconej, oddalonej od prawdziwych potrzeb i tęsknot.

Baśń zamykająca książkę to opowieść o wielkim przywiązaniu, tęsknocie i bliskości. Trochę takie katharsis po poprzednich opowieściach, ale nie do końca. Podkreśla rolę tego, co niewypowiedziane, a co zbliża do siebie i buduje trwałą relację. Wracają jak bumerang słowa z pierwszej części powieści: o tym, że „w niewypowiedzeniu ludzie kochający się najbliżej są siebie”. Tak obrazowana jest tytułowa miłość – wypadkowa tego, co utracone, i tego, co się przed sobą ukrywa. Skoro ma to być forma opowieści o miłości, dostrzeżemy ją w patologicznym wymiarze, ale także tę prawdziwą, skrytą w niedopowiedzeniach i niezwerbalizowaną. Miłość będzie formą opresji i skrywanym przed światem szczęściem. Wyjdzie jednocześnie ze stron książki, stanie się nie tyle pojęciem, ile zasobem przeżyć i emocji, które bardzo często blokują – zwłaszcza gdy kocha się inaczej, gdy trzeba mierzyć się z odium homofobii, izolować samych siebie od najbardziej oczywistych potrzeb i wielkiego pragnienia pokochania drugiej osoby.

Rozprawiając o miłości, łatwo wpaść w uproszczenia lub pretensjonalność. Karpowiczowi udaje się uniknąć jednego i drugiego. Ta wyrazista językowo książka, w której obok „tęsknicy” i „rozhoworu” znajduje się „oor” czy „jaTel”, jest dowodem na to, że różnorodność ujęć sprzyja szerszej perspektywie opisu danej kwestii. Miłość łączy w sobie cierpienie wyobcowania i nadzieję na najtrwalsze pojednanie ze światem. Nawet z tym heteronormatywnym, który zawsze będzie źródłem opresji – bez względu na maskę historyczną, czas, życiowe uwarunkowania bohaterów opowieści. Nowa powieść Ignacego Karpowicza powinna mocno wybrzmieć publicystycznie. Sugestywnie opowiada o wyobcowaniu homoseksualistów i ich próbach podążania za światem odrzucającym ich tożsamość z powodu upodobań seksualnych. To odważna forma opowieści o opresyjnym życiu, w którym można pogrążyć się w mroku nawet bez udziału otoczenia. Tematyka niewątpliwie istotna. Forma, w jakiej jest poruszona – niejednorodna, trochę niedokończona, pozostawiająca w niedosycie. Trzy różne stylistyki opowiadania o sprawach, które dręczą i wymagają kontaktu z samym sobą. „Miłość” jest w pewnym stopniu wyzwaniem, ale przede wszystkim książką diagnozującą uniwersalne problemy ludzkie – z dużym taktem i empatią, bez narzucania własnego zdania ani nadmiernego filozofowania. Tekst wart poznania, choć zaskoczy różnorodnością. Myślę, że to dobrze, chociaż literackie eksperymenty w obrębie jednego woluminu rzadko wychodzą mu na dobre.

2017-12-11

„Smak suszy” Tomasz Sekielski

Wydawca: Od Deski Do Deski

Data wydania: 25 października 2017

Liczba stron: 300

Oprawa: miękka

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Władza i zło

Jeśli ktoś uważał, że w „Zapachu suszy” Tomasz Sekielski wykorzystał już cały wachlarz ludzkich potworności i ukazał świat rządzących w najgorszym możliwym świetle, będzie bardzo zaskoczony, bo druga część trylogii obrazuje jeszcze więcej cynizmu, zdegenerowania i obłudy. „Smak suszy” to taka książka przejścia. Zaczyna się ją czytać, pamiętając efektowne zakończenie pierwszej części cyklu, i zamyka z pewnym rozczarowaniem, albowiem wciąż nie wiemy tego, co najważniejsze i co strukturalnie buduje te mroczne powieści niczym moralitety, od których przesłania trudno jest uciec. Sekielski obrazuje Polskę nie tyle w stanie pewnego rozkładu, ile przede wszystkim bezbronności. Wymiar sprawiedliwości jest skorumpowany. Rząd toczy walkę podjazdową z prezydentem o to, kto będzie w przyszłości rozdawał karty. Społeczeństwo porażone jest faktem drugiego ataku terrorystycznego, który pochłonął dużo więcej ofiar niż poprzedni. Toczy się gra o przetrwanie i o władzę. W sieci skomplikowanych zależności ujawniają się kolejne pokłady okrucieństwa i bezkompromisowości bohaterów. Trudno doprawdy o złapanie oddechu. „Smak suszy” nie hipnotyzuje może tak jak pierwsza książka, bo cały ten paskudny świat przedstawiony mamy już oswojony, jest jednak przejmującym memento w tonacji noir, bo wszystko, co zostało zmyślone, mogłoby stać się prawdą, a do uświadomienia tego sobie nie trzeba aż tak wielkiej wyobraźni.

Zamachy terrorystyczne w tle tworzą pełną napięcia atmosferę wyczekiwania. Służby specjalne są bezradne. Nie wiadomo, kto stoi za koszmarami, jakie przecież nigdy nie miały się wydarzyć w Polsce. Sekielski prezentuje nie tylko przejmujący obraz destabilizacji państwa zżeranego skrywanymi przed opinią publiczną walkami podjazdowymi rządzących. Ostrzega też, że nie ma niczego niemożliwego. Że bombę mogącą pozbawić życia mnóstwo osób w każdym miejscu publicznym wcale nie jest tak trudno skonstruować i zdetonować. „Smak suszy” będzie jednak powieścią bardziej polityczną niż sensacyjną, choć w retrospekcjach prezentowane są uzupełnienia niezbędne do tego, by zrozumieć konteksty opisywanych zmian. Zrozumieć albo jeszcze mocniej się w nich zagubić. Otwarta forma książki każe zastanawiać się nad tym, czy autor ma już ciąg dalszy przemyślany, ale póki co lektura potrzebna jest, by zrozumieć powiązania między tymi, którzy już nie żyją, a tymi żyjącymi w lęku. Bo druga część trylogii to między innymi przejmujące świadectwo trwania we wszechogarniającym strachu.

Ten strach determinuje Witolda Rudzkiego, ironicznie portretowanego jako minister sprawiedliwości. Wcześniej pewny siebie, konsekwentny w działaniu i gotowy do każdego okrutnego kompromisu, by sięgać po więcej, w tej powieści będzie wrakiem człowieka. Wydobywają się lęki egzystencjalne, z którymi nie może sobie poradzić. Lęki człowieka lata temu porzucającego człowieczeństwo. Wyrachowanego gracza politycznego i człowieka, który od lat podejmuje się niebezpiecznych działań, wchodząc w coraz to nowe skomplikowane relacje zależności. Odium padające na Rudzkiego to nie tylko efekt ujawnienia pewnych treści, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. To także cała gama negatywnych uczuć, które żywi do niego Agnieszka Ossowska. Zmanipulowana strażniczka porządku ze służb specjalnych, która okazuje się godnym Rudzkiego przeciwnikiem.

Tak, jedyna prawa i sprawiedliwa w tej mrocznej powieści. Ossowska sama męczy się z wewnętrznymi frustracjami, które zalewa alkoholem, ale jednak konsekwentnie idzie do przodu. Odkrywa wiele niewygodnych dla rządzących powiązań. Wie dużo więcej niż inni o właścicielce kujawskiej kliniki, która zdążyła podporządkować sobie wszystkich, zanim zginęła w zamachu terrorystycznym. Odnieść jednak można wrażenie, że Ossowska nie jest tutaj bohaterką pierwszego planu. Tomaszowi Sekielskiemu zależy przede wszystkim na nakreśleniu kilku kontekstów i powiązań, które być może umknęły czytelnikowi poprzedniej powieści albo były przez niego niedostatecznie zrozumiane. W tym zamierzeniu pojawiają się sprawy co najmniej nieprawdopodobne. Do wyliczeń ludzkich krzywd dochodzi jeszcze kanibalizm. Przesada? Być może. Niemniej robi dobrze tej powieści, bo uzmysławia nam, że mamy do czynienia z ludźmi, którzy nie mają żadnych ograniczeń i są w stanie posunąć się do największych podłości.

Ich nasycenie nie tyle przygnębia, ile powoduje, że duszny klimat książki staje się nie do wytrzymania. A jednak trzeba towarzyszyć bohaterom w tym spalonym słońcem świecie, który dodatkowo – z powodu temperatur – stanowi źródło udręki dla każdego. Sekielski prezentuje nam anatomię pewnej zemsty. Opowiada o krzywdach zadawanych dzieciom, nastolatkom, dojrzałym ludziom nieumiejętnie wytyczającym sobie życiowy azymut. To także gorzko ironiczna impresja o pławieniu się w bogactwie oraz wpływach. Drogie marki strojów czy potraw dają złudne poczucie wielkości wszystkim małym ludziom, u których sumienie przestało wytyczać jakiekolwiek granice, przestało w zasadzie istnieć.

Tomasz Sekielski demaskuje krótkowzroczność, zapatrzenie w siebie i okrutnie rozprawia się z tymi, dla których okrucieństwo było chlebem powszednim. Kreśli wyrazisty obraz polskiego psychopaty, bezwzględnych killerów zza wschodniej granicy, ale przede wszystkim polityków i ludzi ze służb specjalnych, którzy za nic mają dobro kraju. Ten kraj znajduje się w jakiejś otchłani, z której nic nie jest w stanie go wydobyć. W zasadzie nie ma żadnej osoby, która mogłaby poświadczyć, że Polska jest bezpieczna, że nie czeka nas w niej niemal biblijna apokalipsa. Wypisy z Biblii poprzedzające rozdziały także mają swoje znaczenie. Ale jest też postać zagadkowa. Prezydent nabierający sił do dalszej walki. Jedyny gwarant porządku w kraju, w którym wszystko wydaje się w rozsypce. To intrygująca wolta, ale trzeba zachować czujność, bo Sekielski wciąż na nowo podkreśla, że wszystko, co wydaje się pewne, jest w pewien sposób fasadowe i ma drugie oblicze. Dlatego „Smak suszy” należy czytać uważnie, ale także z pełnym przekonaniem, że nie jest to książka, która coś wyjaśni. Zręcznie napisana, epatująca obrazami okrucieństw i potworności mimo wszystko w jakimś rozsądnym balansie. Dobrze i wartko skreślona proza, taka przykuwająca uwagę i niepozwalająca się od siebie oderwać, a o to głównie chodzi w literaturze tego segmentu, co prezentowany przez Sekielskiego. Najbardziej przerażające jest jednak sugerowanie, że każda ukazywana relacja międzyludzka naznaczona jest fałszem. Skoro nikt nikomu nie może ufać, czemu można zaufać i w co wierzyć w kraju tak okrutnie skrzywdzonym przez terroryzm, nepotyzm i krótkowzroczność żarłocznych zysku i sławy? Trzeba złapać oddech i dystans do fantazji autora. Nie sposób jednak uciekać od przekonania, że sporo elementów tej fikcji literackiej mogłoby się wydarzyć albo już się wydarzyło w nieco złagodzonej wersji.

2017-12-08

Rozmowa z Jarosławem Kamińskim

fot. Anna Kaczmarczyk
Zacznijmy od początku. Twojego literackiego początku, a była nim „Rozwiązła”.

O nie! Moment. Wcześniej były sztuki teatralne, poezja, a nawet… kazania!

No tak, Wielebny Kamiński! Byłeś księdzem albo zakonnikiem?

To tajemnica. Wiążą mnie śluby… Nic więcej nie mogę zdradzić.

Rozumiem. Powiedz przynajmniej coś o samych kazaniach.

Nie wygłaszałem ich na mszach. Pochodziły z magazynu muzycznego „Brum”. Teksty miały formę kazań, bo tak zwykle oceniają wymądrzanie się dorosłych młodzi ludzie. A pisałem je właśnie dla nich. O dziwo, dobrze na nie reagowali. Przynajmniej z tego, co pamiętam. Wyszły później jako książka „Jak nie dać się ogłupić”. Swoją drogą to była pierwsza e-książka sprzedawana w polskim internecie.

Wróćmy do literatury dla dorosłych. „Rozwiązłą” przeczytałem zaraz po premierze i już w styczniu uznałem za literackie wydarzenie 2012. Potem nastąpiła cisza. Niewiele oznak recepcji. Cisza po wydaniu to chyba najgorsze, co może przydarzyć się książce, nowości wydawniczej. Jak się z tym wtedy czułeś?

Pierwsza powieść to często efekt wielu lat pracy, wyrzeczeń, ale i najbardziej twórczych poszukiwań. Nic dziwnego, że każdy autor ma w związku z debiutem wielkie oczekiwania. Że książka zostanie zauważona, właściwie odczytana, doceniona.

Co oznacza…

Wiele rzeczy: nagrody, sukces komercyjny albo zainteresowanie środowiska. Byle nie ciszę! Tak samo było w moim przypadku. „Rozwiązłą” pisałem osiem lat, wyrzuciłem ponad trzysta stron tekstu, dodałem kolejne. Błądziłem, szukałem swojego stylu, swojego tematu. Ogromna robota. A gdy jeszcze robi się ją „po godzinach”, to właściwie nie ma się życia prywatnego. I naiwnie oczekuje się – w tak zwaną nagrodę – poważnego potraktowania przez czytelników i krytykę. A wcale tak nie musi się stać.


Tym bardziej byłem i nadal jestem rozczarowany tym, jak bardzo ją pominięto. A przecież ta książka była wybitna!

Niewiele powieści z tamtego okresu dotykało tajemnic rodzinnych, dogrzebywania się prawdy o nich. A jeśli nawet były takie, to skupiały się na obyczajowych historiach. „Rozwiązła”, jak mi się wydawało, wnosiła więc coś nowego, świeżego do tego typu opowieści. Być może na przeszkodzie stała też forma: długie zdania, dialogi wplecione we fragmenty opisowe… To utrudniało lekturę. Taki dziwny język wydawał mi się jednak właściwy, aby opisać doświadczenie wejścia głównej bohaterki w „rzekę historii”.

Kompozycyjnie i strukturalnie była do uniesienia. Problemem jest to, że nie uniosły jej media. Nie sądzisz, że są bardzo wybiórcze w tym, jakie książki prezentują odbiorcom? Przecież bywa tak, że o jednym tytule huczą wszyscy, a np. „Rozwiązła” nie doczekuje się omówień.

Nasze życie literackie ma charakter towarzyski. Idee się nie liczą. W gruncie rzeczy literatura też nie jest najważniejsza. Wszystko się sprowadza do ludzi. Mało kto zaryzykuje pozytywną opinię o powieści, jeśli nie zna autora albo nic nie wie o jego osadzeniu w środowisku literackim. Mówię o tradycyjnej krytyce. W blogosferze dzieje się trochę inaczej, co, przyznaję, bywa bolesne dla autorów.

Jesteś tak zwanym późnym debiutantem. Czy wiek ma znaczenie dla debiutu literackiego?

Z pewnością, napotyka się na większy opór odbiorców. Młody pisarz z natury rzeczy budzi zainteresowanie, daje nadzieję na ciekawą twórczość. Już teraz albo wkrótce. Trudniej uwierzyć, że stary pryk może mieć coś ciekawego i oryginalnego do powiedzenia. Wbrew pozorom w kulturze hula ejdżyzm. Może młodym jest ciężko w przemyśle, polityce, administracji albo medycynie, ale nie w kulturze. Po 40 – jeśli wcześniej nie zaistniałeś – istnieje duże ryzyko, że zostaniesz pominięty. A późny debiut w Polsce to nie wynik lenistwa, ale, niestety, skutek uboczny transformacji. Dla wielu z nas była jak tsunami. Czasem tsunami nieszczęść, wykluczenia i biedy, ale częściej chyba wprost przeciwnie – wygodnego życia „jak na Zachodzie”.

Trzeba było siły, aby nie dać się przytopić tej „fali szczęścia”.

I czasu, żeby się z niej wynurzyć. Właśnie dlatego tak mało jest dobrej prozy 40-50-latków. Głos tego pokolenia, po części na własne życzenie, zagubił się między reklamowym kopyrajtingiem a dziennikarską publicystyką.

Czy aby nie użalasz się nad sobą i swoim pokoleniem?

Broń Boże! Nie chodzi mi o biadolenie, ale obserwacje z „pola walki”. Dla mnie taka sytuacja była testem, czy naprawdę chcę pisać, czy pomimo tych wszystkich niedogodności, bagatelizowania, obojętności znowu usiądę do komputera i dzień w dzień będę wyciskać z siebie zdania do nowej powieści. Ten stan sprowokował mnie do zadania sobie podstawowych pytań o sens pisania, których inaczej być może w ogóle bym nie postawił.
fot. Anna Kaczmarczyk
Z tym, o czym mówisz, kojarzy mi się jeszcze jeden trend w literaturze współczesnej – młodych ludzi kreujących się na doświadczonych i dojrzałych. Tacy starzy maleńcy dopiero co po wydobyciu się ze szkoły, świeżo po studiach. Nie uważasz, że niektóre historie wymagają odpowiedniego wieku, by o nich opowiedzieć? Są takie tematy, których – z różnych powodów – nie powinni poruszać młodzi?

Nie wiem, czy mówimy o tym samym, ale… Na ogół dobrze jest zachowywać się w literaturze niczym słoń w składzie porcelany, zrzucić na podłogę parę precjozów, zahaczyć autorytety, ogólnie – zrobić dym. Z tym że każdy ryzykuje na swoje własne życzenie i konto. Jeśli nie ma się do powiedzenia czegoś formalnie nowatorskiego, mądrzej jest odczekać trochę, sprawdzić w życiu siebie i swoje wyobrażenie o świecie. Ale jestem ostatnim, który chciałby komukolwiek zakazywać tykania jakichś tematów.

Chciałbym zadać pytanie fundamentalne i może trochę podchwytliwe. „Rozwiązła” to powieść historyczna, obyczajowa czy polityczna?

Moim zamiarem było połączenie wszystkich tych elementów w jednej historii. Współczesna powieść, żeby wciąż oddziaływać na emocje czytelnika, często przełamuje schematy gatunkowe czy stylistyczne. Powstają więc opowieści hybrydowe. Łączą gatunki, tematy i elementy, zdawałoby się, niepasujące do siebie albo wręcz gryzące się ze sobą. To wytrąca czytelnika z przyzwyczajeń. Zaburza jego oczekiwania.
Drugi powód tego pomieszania związany jest z tym, że „Rozwiązła” to powieść o wejściu w Historię. Bohaterka przechodzi drogę od życia powierzchownego, naskórkowego, skupionego na sobie hedonizmu do odkrycia, że pod stopami ma groźny i fascynujący zarazem żywioł. Żeby zrealizować tę ideę, nie mogłem uciec ani od wątków obyczajowych, ani historycznych, ani tych typowych dla powieści politycznej. To wszystko przecież składa się na rozumienie, czym jest historia. Z punktu widzenia warsztatu pisarskiego ważne było, aby nie zatracić proporcji składników. Doprowadziłoby to do chaosu.

Zofia boi się prawdy, a musi sięgnąć w przeszłość i ją poznać, by uznać życie za pełnoprawne. Mamy moralny obowiązek znać historie naszych rodziców czy dziadków?

Dla moich bohaterek, bo rzecz dotyczy również „Tylko Loli” (a do pewnego stopnia i „Wiwarium”), to nie kwestia obowiązku, tylko konieczności. Kobiety są zaskakiwane przez prawdę o przeszłości rodzinnej. Nikt nie pyta ich o zgodę na zajęcie się tym tematem. Prawda o przeszłości jest ich wrogiem, atakuje bezlitośnie, chce zrujnować ich dotychczasowe życie i święty spokój, które się z tym wiążą.

Zatem muszą dążyć do prawdy, żeby rozpoznać przeciwnika, który chce im zaszkodzić?

Tak. Ale w przypadku Zofii dochodzi jeszcze inny element, bardzo, jak sądzę, współczesny. Całkowitego zanurzenia w tu i teraz. Praca zawodowa, romanse, kosmopolityczny styl życia – ma się wrażenie, że rzeczywistość wyczerpuje się w takiej naskórkowej egzystencji. Jeśli jednak chce się w pełni zrozumieć siebie, trzeba poznać swoje miejsce w historii rodzinnej.

Twoja druga książka, „Wiwiarium”dotyka złożonego problemu odbioru przez społeczeństwo tragedii smoleńskiej. Jaką masz fantazję na temat tego, jak widziany będzie ten dramat przez kolejne pokolenie Polaków, skoro teraz wyrasta z niego niezdrowy fetyszyzm, ale też mitotwórczość? To też obecnie wygodne narzędzie podziałów.

Przypadek „Wiwarium” to dla mnie dowód na to, że niełatwo w Polsce być outsiderem. Nikt nie potrzebuje spojrzenia na współczesność z dystansu. Literatura ma stać jak żołnierze karnie w szeregu i służyć walce politycznej. Trzeba jasno zadeklarować, kogo uważa się za oszołoma, zdrajcę, a kogo za zbawiciela kraju. Dla mnie takie oceny nie należą do zadań pisarza. W literaturze chodzi o test egzystencjalny naszego życia. I „Wiwarium” taką rolę spełnia. Opowiada historię człowieka, którego dotyka osobiście Smoleńsk. Bohater obserwuje konsekwencje tragedii – rozbicie wspólnoty, zagubienie ludzi i narastanie między nimi nienawiści. To wszystko wymusza na nim przewartościowanie całego życia. W wizyjnych scenach doświadczy jakiejś nowej formy współistnienia z innymi – ponad podziałami politycznymi. Obawiam się, że Smoleńsk pozostanie w przyszłości tym, czym jest i dzisiaj. Mitem założycielskim dla polskiej prawicy, a dla lewicy dowodem na umysłową aberrację części społeczeństwa. Jeśliby tak miało być, oznaczałoby to, że nie zrozumieliśmy w pełni, co ujawnia ta tragedia: poczucia absurdu Historii, przypadkowości i bezsensu dziejów, niemożności dotarcia do ich ostatecznego i absolutnego znaczenia.

„Wiwarium” to powieść o tożsamości złamanej przez traumę i przez przypadek. Co bardziej może zniszczyć człowieka – długotrwałe i kontekstowe trudne przeżycie czy dramat chwili, której nie da się cofnąć?

Wolałbym nie stopniować tragedii. Jeden i drugi rodzaj dewastuje. Przypadek wprowadza na scenę życia absurd, nie tylko w skali jednostkowej, ale i społecznej. Dla mnie to esencja sprawy. Dzikiej bestii historii nie da się oswoić.

W rozmowie z Katarzyną Nowak powiedziałeś, że wartość literatury polega na tym, iż wykorzystuje twórczo rzeczywistość. A jednak konteksty historyczne trzeba znać, by zrozumieć twoje powieści. Nie boisz się, że młodszy czytelnik trochę się tego przestraszy i ci umknie?

Takie ryzyko zawsze istnieje, chociaż wydaje mi się, że gdzie indziej jest pies pogrzebany. To bardziej kwestia tego, czy czytelnik się nie przestraszy literatury trudniejszej w odbiorze. Znaczna część mojej pracy polega na tym, aby opowiadać historię przez emocje bohaterek. Szczegółowa wiedza o wydarzeniach politycznych, w których dzieje się powieść – czyli ten rodzaj podejścia do historii, jaki mamy w szkole – przestaje być niezbędna.

Niuansujesz problemy czasów, które nie były jednoznaczne. Chyba nie znosisz tej prostej opozycji dobra i zła, przyzwoitości i bycia kanalią, odwagi i tchórzostwa?

Zgadza się. Nie oceniam bohaterów powieści, pozostawiam to czytelnikom. Moje zadanie polega na tworzeniu wielowymiarowych postaci, bo tylko wtedy da się je w pełni uobecnić w świadomości czytelnika. Ale chodzi też o coś innego. Dominującą cechą naszych czasów jest niepewność. Używając określenia Zygmunta Baumana, żyjemy w „płynnej nowoczesności”. Trudno o jednoznaczne odczytanie świata, pełne zrozumienie człowieka. Nie chcemy tego, buntujemy się przeciw wieloznaczności, ale to część duchowej rzeczywistości, z którą musimy nauczyć się żyć. Literatura oswaja nas z tą prawdą.

Edycie Niewińskiej opowiadałeś o tym, jak problematyczna była w tworzeniu powieści „Tylko Lola” narracja Lidii. Przemodelowałeś trochę książkę dla niej. Walka Lidii ukazuje się w warstwie językowej, budowanie zdań sprawia jej większy problem niż wyrażanie emocji ekspansywnej Ninie. Dla mnie język Lidii niesie tę powieść i przede wszystkim on czyni ją tak wybitną. Co ty na to?

Marzyłem, aby o głównych bohaterkach dało się powiedzieć niemal wszystko, wyłącznie wsłuchując się w ich język. Nina za maską kosmopolitki ukrywa lęki przed ponownym zanurzeniem się w historii, która tak bardzo ją zraniła.

Żyje w Ameryce, czyli nigdzie…

To miejsce, którego przeszłość jej nie dotyka. W miarę szybko dotarło do mnie, jak powinien brzmieć jej język. W przypadku opowieści Lidii długo błądziłem. Eksperymentowałem, szedłem na kompromisy ze swoimi oczekiwaniami… i wracałem do eksperymentowania. Po wielu próbach doszedłem w końcu do stanu, gdy z gładkich zdań bohaterki pozostał rozbity język. Instynkt podpowiadał, że to jest to, o co chodzi. Tyle że…

…instynkt to jedno, a rozsądek drugie?
Rozmówcy razem. Kraków, 28 listopada 2017
Właśnie. Rozsądek sugerował, że tym zabijam swoją powieść, czynię ją nieczytelną. Zamiast jednak łagodzić szaleństwa mowy Lidii, zdecydowałem się jeszcze bardziej wsłuchiwać w jej ton, zrozumieć, co mówi o niej samej, o jej przeszłości, jej świecie. Wierzyłem, że w ten sposób uda się lepiej oddać życie tej kobiety.

Wbrew pozorom nie jest to jakiś przypadkowy zapis bełkotu.

Na ogół nie… Są jednak spore fragmenty, które można czytać dla samej melodii, dzikiego rytmu. Pewnie żadnej treści nie dałoby się wypreparować z tej miazgi. Ale właśnie te fragmenty dają lepsze pojęcie o tym, co siedzi w Lidii, niż wygładzony język.

Warto zauważyć, że jej język się rozwija.

Lidii coraz łatwiej przychodzi mówienie, niejako uczy się wypowiadać siebie, swoje doświadczenie. Skończyła cztery klasy, była poddawana rozmaitym presjom – historycznym, politycznym, ideologicznym. A w końcu zdruzgotana ląduje w zakładzie psychiatrycznym. Jest w tej walce o wypowiedzenie siebie jakaś wielkość.

Pytają cię w wywiadach o bohaterki, a ja chciałem zapytać o ojca Niny. To taka bardzo wyraźna postać drugiego planu, która zdaje się rozumieć więcej niż obie portretowane kobiety. Ojciec jest bierny, zbędny, tragiczny, ale niesamowicie wyrazisty w milczeniu. Czego jest świadom, a co wypiera, co mu umyka? Co dopowiedziałbyś za niego jako autor poza światem przedstawionym?

Milczenie to często najlepsza postawa wobec igraszek pamięci. Zdarza się, że najpierw musimy wymyślić przeszłość, aby później mieć co wspominać. Nie tylko jako jednostki. Narody robią podobnie, wymyślają swoją przeszłość, bohaterską, pełną poświęceń dla ludzkości, z licznymi kontaktami z Panem Bogiem. Lubię postaci milczące.

Milczkami byli dziadek Adama z „Rozwiązłej” i Paulina, babka głównego bohatera „Wiwarium”.

Ich milczenie było wynikiem niepewności co do swojej przeszłości albo szoku, jaki spowodowały tragiczne przeżycia. Nie potrafili się z niego otrząsnąć. Myśląc o Michale, stawiałem sobie pytanie o cenę bycia Polakiem. Ale nie w znaczeniu cierpień, jakich się doznawało od różnych gnębicieli znanych z naszej historii. Nie. Myślałem o wyborze egzystencjalnym, który oznaczał wyparcie się swojej przeszłości, swoich korzeni. Wielu zasymilowanych Żydów musiało podjąć taką decyzję. Odcinali się od rodziny albo rodzina odcinała się od nich. Problem dotyczył również Ukraińców, Ślązaków, Mazurów czy Niemców, którzy często ukrywali swoje pochodzenie. Michał jest postacią tragiczną. Wybrał polskość, z której powodu wiele wycierpiał od samych Polaków. Nie ma jednak do nikogo pretensji; wie, że wobec Historii żal i łzy niczego nie załatwiają. Historia to bóstwo bezlitosne, niezdolne się wzruszać ludzkimi nieszczęściami. Michał nie chce dać nikomu satysfakcji, że się użala nad sobą! I nad skutkami swoich suwerennych przecież wyborów.

Czy to pójście w zaparte nie jest jednak na pograniczu szaleństwa?

Polska odpłacała mu nieustanną podejrzliwością, czy aby na pewno jest „prawdziwym Polakiem”, czy myśli jak „prawdziwy Polak” i wierzy w to, w co wierzy „prawdziwy Polak”. A on i tak trzymał się swojego niczym obłąkany. Dzięki temu szaleństwu jest najbardziej „prawdziwy” ze wszystkich możliwych wersji „prawdziwych Polaków”.

Nie masz wrażenia, że dzisiaj lepiej milczeć, kiedy ktoś domaga się od nas coraz bardziej precyzyjnych opisów „prawdziwych Polaków” i deklaracji „polskości”?

Każdy, kto odważy się powiedzieć coś krytycznego o własnym kraju albo społeczeństwie, natychmiast musi dodać, że kocha Polskę, jego dziadek był w konspiracji, ciotka sanitariuszką w którymś z powstań, a cała rodzina miała prawilne poglądy. Co oznacza, że chcąc nie chcąc, myślimy i mówimy w paradygmacie wyznaczonym przez ultrapatriotyczny, wręcz nacjonalistyczny nurt polskiego życia. Nie widzę powodu, żeby uczestniczyć w tej licytacji na bohaterskie osiągnięcia przodków. Ani łagodzić swoich opinii o kraju deklaracjami miłości do ojczyzny. Zresztą silne duchowo narody znoszą krytykę z godnością, a nie reagują fochem na każdą kontrowersyjną opinię na swój temat.


Lidia ulega odbitej fascynacji, bo Nina przypomina jej Lolę. A jednak donosi na nią i widzę w tym jakąś tragiczna ambiwalencję jej uczuć. Dlaczego Lidia to robi?

Skoro historia jest paradoksalna albo wręcz naznaczona jakiegoś rodzaju szaleństwem, tacy też okazują się tworzący ją ludzie. Oni też są naznaczeni obłędem. Coś takiego zdarzyło się Lidii. Próbuje zatrzymać cień swojej przeszłości, Ninę. Za wszelką cenę, nawet jeśli miałaby wyrządzić jej w ten sposób krzywdę. Przypomina kochanka, który unieruchamia swoją ukochaną na fotelu inwalidzkim, byle nie pozwolić jej odejść.

Co niesie w sobie więcej zagrożeń – anarchizm czy jakakolwiek forma totalitaryzmu?

Lidia i Lola, która wchodzą w życie w latach trzydziestych, odnajdują wolność i sprawiedliwość w anarchizmie. Choć różni je pochodzenie i wykształcenie, ich wybór jest świadomy, uwarunkowany doświadczeniem społecznym. Polska przedwojenna nie była sprawiedliwa. Można ją tłumaczyć, idealizować, ale nie da się wymazać antysemityzmu, antyukrainizmu, powszechnej nędzy, dyktatorskich zapędów ówczesnej władzy.

Anarchizm, nawet pojmowany naiwnie, bez szans na realizację, dawał poczucie uczestnictwa w wielkiej przemianie świata?

Tak, i to oczywiście po stronie dobra. Tym bardziej że dziewczyny dystansują się do Moskwy i stalinowskiego komunizmu. Dlatego zresztą ta ich anarchistyczna komórka szybko się wykrusza. Nikt poza nimi nie chce uczestniczyć w przegranej sprawie. Bo wygrana, jak wielu uważało wtedy na lewicy, to oczywiście Związek Radziecki i Stalin.

Lola i Lidia jadą walczyć za Republikę Hiszpańską w wojnie domowej…

…i szybko przekonują się, że rewolucja to nie jest zajęcie dla niewinnych nastolatek. Muszą postawić sobie pytania, czy zło tu i teraz usprawiedliwia dobro na końcu procesu rewolucyjnego.

A usprawiedliwia?

Ich odpowiedź nie jest oczywista. Lidia nie chce zmiany za cenę nieszczęść innych ludzi. Lola, świadoma tragicznego wyboru, twierdzi, że bez takich jak one dwie będzie jeszcze gorzej, ich ideały zostaną w praktyce zakwestionowane. To jest tragiczna prawda o rewolucji: koszta ponoszone przez tych, co żyją w jej czasie, są większe niż potencjalne zyski. Dopiero w przyszłości… Czasami.

Koszta, zyski…

No właśnie, zaczynam mówić jak księgowy w korporacji! A przecież chodziło o życie tysięcy ludzi. Co gorsza, alternatywą dla rewolucji anarchistycznej była albo rewolucja komunistyczną, albo dyktatura faszystowska.

Co lepsze?

Nie ma dobrego wyjścia z takiego klinczu. Kiedy do człowieka dociera bezwyjściowość sytuacji, łatwo złamać jego kręgosłup moralny. To przytrafia się Lidii. W PRL pozostanie jej już tylko wspomnienie burzliwego romansu z Lolą jak pocztówka z urlopu na egzotycznych wyspach.

Dziewczyny z „Tylko Lola” chciały stworzyć prywatną republikę wolności. Chyba nie jest ona sztuczna jak wiwarium Bruna. Co tworzyłoby twoją? Dokąd mógłbyś się dla niej udać?

Celne porównanie… Wiwarium i republika wolności… Staram się nie zapomnieć o myśleniu utopijnym, na które coraz rzadziej się poważamy, uważając je albo za grubą naiwność, albo wręcz niedorzeczność. Dzieje komunizmu i faszyzmu, dwóch totalitarnych utopii, zniechęciły nas dość skutecznie do takiego myślenia. I rzeczywiście, jeśli mowa o utopii jako świecie czystości rasowej albo czystości klasowej, to dziękuję. Utopia, w którą wierzę, musi zachować całe „zbrudzenie” człowieczeństwa, jego pomieszanie z poplątaniem. Mieliśmy i w Polsce taką utopię. Było nią marzenie o Rzeczpospolitej Wielu Narodów. Nie mówię o rzeczywistości historycznej Rzeczpospolitej Obojga Narodów, ale o micie wyrosłym z tego doświadczenia. Micie tolerancyjnego współistnienia ludzi niezależnie od ras, religii, kultury, obyczaju. Wciąż wierzę, że możliwe jest takie społeczeństwo, chociaż rzeczywistość IV RP daleka jest od tego ideału. Jak na razie realizowany jest nasz inny mit – „piastowski”, o Polsce czystej rasowo i narodowo.
Przestrzeń wolności w wymiarze prywatnym? Na pewno nie literatura, kraina wiecznej frustracji i bezlitosnej walki o uznanie. Może kiedyś spłynie na mnie jakieś objawienie i coś się wyświetli. Nie wiadomo, dokąd doprowadzi podróż w głąb siebie. Może uda się przebić na inną stronę rzeczywistości?

Jednym z wydarzeń 1968 roku były twoje narodziny. Czy to nie jest trochę powód, dla którego interesujesz się tym rokiem i ogólnie latami sześćdziesiątymi minionego wieku?

Jakiś pop-kabalista pewnie uznałby datę urodzin i dominację tematyki czystek antysemickich w moich powieściach za nieprzypadkowe. Dla mnie Marzec 1968 należy do najważniejszych dat historii Polski. Nie chodzi tylko o to, że zmuszono do emigracji kilkanaście tysięcy ludzi. To również symboliczna data zamknięcia historii żydowskiej w Polsce. Siedemset lat obok siebie i nagle koniec. Koniec tragicznego, znaczonego bólem, ale i bardzo twórczego współistnienia. Szczególnie dla kultury. Oczywiście nadal są Żydzi w Polsce, ale to już inny świat.

W recepcji literatury często zdarzają się ataki przez płeć. Ty w swojej pierwszej i trzeciej książce udowadniasz, że płeć nie ma znaczenia w barwnej opowieści egzystencjalnej, albo też inaczej – można przedrzeć się przez płeć, opowiadając o ludzkich dramatach. Czy jest trudno tak wnikliwie oddawać emocje kobiet, czy może te emocje nie mają płci i ty jako mężczyzna starasz się to doskonale udowadniać?

Muszę zaprotestować: płeć ma znaczenie. Nasze człowieczeństwo jest nam dane poprzez płeć, a nie niezależnie od niej. Co wiele mówi o samym człowieczeństwie. Decyzja wyboru kobiecych bohaterek wymusiła na mnie inny typ myślenia i odczuwania niż przy pisaniu postaci męskich. Musiałem być czujny, aby nie zakłamać sobą ich kobiecości, potem wprost przeciwnie, przestałem kontrolować siebie i pozwoliłem się ponieść kobietom z powieści, tak aby ich głos wybrzmiał swobodnie i naturalnie.
fot. Anna Kaczmarczyk
Opowiedzenie historii przez kobiety musiało być jednak ryzykowne.

No tak, bo właśnie nie chciałem sprowadzić ich osobowości do tzw. człowieczeństwa, odrzeć z płci, emocjonalności naznaczonej płcią. Przekraczanie ograniczeń jest jednak możliwe. Wystarczy, że przyhamuje się z testosteronem i zamiast pisać „pięścią i penisem”, otworzy się swoją wrażliwość na inne rejestry. Inspirowało mnie też i to, że niewiele jest w naszej literaturze postaci kobiecych zmagających się z historią. Wchodzimy na mało zbadane terytorium, a ja lubię takie przestrzenie.

Twoje książki są zawsze mocno osadzone w polskich sprawach, polskim uwarunkowaniu. Problem literatury rodzimej polega na tym, że często przez brak uniwersalności nie nadaje się do tłumaczenia, bo nie zostanie zrozumiana we właściwych kontekstach. Myślę, że z twoimi powieściami byłoby inaczej. Gdybyś mógł decydować o językach przekładu twoich książek – dokąd za granicę chciałbyś dotrzeć?

Każdy autor chciałby dotrzeć ze swoimi powieściami nawet do najmniejszej osady w najbardziej zapadłym zakątku świata. Dlatego pytanie rozumiem trochę inaczej: do której kultury literackiej mi najbliżej? W jakim języku czułbym się jak u siebie? Najbliżej mi do tradycji anglosaskiej, ceniącej warsztat literacki. Jej znakiem firmowym jest tworzenie wielowymiarowych bohaterów i ciekawej, często zaskakującej fabuły. Tyle że taki typ literatury przeradza się w końcu w swoją karykaturę z powodu formatowania nie tylko marketingowego, ale i… warsztatowego. Wracam do literatury iberoamerykańskiej, która nie gardząc zasadami sztuki realistycznej, lubi łamać jej reguły. Nie chodzi tu wyłącznie o realizm magiczny, ale ogólnie o rebelianckiego ducha tej literatury. Za który zawsze ceniłem jej twórców. Poczynając od Machada de Assisa i lektury jego „Wspomnień pośmiertnych Brasa Cubas”. Sam tytuł mówi za siebie.

A które anglosaskie powieści twoim zdaniem najtrafniej opowiadają o zmaganiach człowieka z Historią?

Trafność” chyba nie jest właściwym określeniem na „bliskie spotkania trzeciego stopnia” z Historią. Każdy autor czy autorka ma związane z tym inne doświadczenia i inne wnioski z nich wyprowadza. Fascynująca jest za to różnorodność artystycznego wyrazu. Mnie oczarowały kiedyś „Dzieci Północy” Salmana Rushdiego, „Oblężenie Krisznapuru” i „Singapurskie kleszcze” J.G. Farrella, „Rzeźnia numer pięć” Kurta Vonneguta. A ostatnio powieści Juliana Barnesa.

Gdybyś mógł zrealizować marzenie o ekranizacji jednej swojej powieści i miałbyś wybrać reżysera – która byłaby to książka i jaki reżyser?

Jako że bywam scenarzystą, wydaje się, że filmowa adaptacja którejś z moich powieści to oczywistość. Nic bardziej błędnego. Reżyserzy zmagają się ze swoimi demonami i najczęściej wolą to robić w oparciu o własne historie. Pół żartem, pół serio powiem, że reżyser pracujący obrazem filmowym tak jak Carlos Reygadas, który reżyserował m.in. film „Post tenebras lux”, byłby bardzo ciekawą opcją… gdyby tylko wiedział o istnieniu książek takich jak „Rozwiązła”, „Wiwarium” czy „Tylko Lola” i chciał się nimi zająć.

Jakie ludzkie emocje i przeżycia są wciąż takie same bez względu na to, jak obchodzi się z nami historia?

Gdy patrzę na bohaterów swoich powieści, widzę w nich nieustanną walkę zakłamania z pragnieniem znalezienia prawdy o sobie. Boją się, co też odkryją na końcu, ale poszukują prawdy mimo ryzyka z tym związanego. Mają się czego bać. Wszystko, co najgorsze w historii, może wrócić, a właściwie już wraca. Wbrew temu, co sądził Marks, wydarzenia historyczne nie dzieją się za pierwszym razem jako tragedia, a za drugim jako farsa. Bardzo często powtarzają się po prostu jako jeszcze większa tragedia.

Brzmi ponuro. Ale chyba na co dzień jesteś bardzo pozytywnym i radosnym człowiekiem? Opowiedz na koniec o swoich prywatnych małych szczęściach i przestrzeniach bez farsy i tragedii.

Córki… Jedna jest prawie dorosła, druga ma ledwie siedem miesięcy. Maluszek budzi się teraz codziennie o czwartej nad ranem i z uśmiechem na twarzy zaczyna się w najlepsze bawić. Pospałbym jeszcze, ale jak tu się złościć, widząc ten uśmiech? A zresztą jeszcze parę lat temu sam najlepiej się bawiłem po czwartej nad ranem.


Dzięki za rozmowę.

2017-12-05

„Zgiełk czasu” Julian Barnes

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 25 października 2017

Liczba stron: 224

Przekład: Dominika Lewandowska-Rodak

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Sztuka i czas opresji

To już druga wydana w tym roku powieść, w której człowiek Zachodu przygląda się specyfice Rosji, jej mentalności, życiu społecznemu i unikalnej tendencji do tego, by trwać wbrew prawdzie, kreować wizerunek doskonałego państwa w mrocznym tyglu opresji. O ile jednak Amor Towles – bo mam na myśli „Dżentelmena w Moskwie” – proponuje nam opowieść o rosyjskich przemianach XX wieku w konwencji mniej groźnej i chwilami dowcipnej, o tyle Julian Barnes jest już śmiertelnie poważny. Interpretując losy Dmitrija Szostakowicza, opowiada bowiem o wiecznej bliskości śmierci. A jednocześnie o życiu wybitnego kompozytora, który żył być może za długo, by pozostać wyraźny i jednoznacznie zapamiętany. Siłą powieści Barnesa jest to, że wydobywa z biografii Szostakowicza wszystkie te dwuznaczności, wobec których sam kompozytor – fikcyjnie – musi się opowiedzieć na kartach tej historii. „Zgiełk czasu” mocno zapada w pamięć. Rekonstruując fakty, ale także oferując nam autorskie interpretacje wszystkiego, co mogło być niejednoznaczne. Towles opisywał Rosję z punktu widzenia anachronicznego arystokraty, któremu odbierana jest wolność. Barnes – nawiązując do biografii jednego z najbardziej znanych Rosjan – porzuca go gdzieś między iluzoryczną wolnością systemu a jego opresją. To bowiem powieść o artyście zmuszonym do konfrontacji z systemem. Zamienia się w coś na kształt eseju na temat siły sztuki i jej przynależności, ale przede wszystkim portretuje barwne i smutne dzieje człowieka, w którym tkwią heroizm oraz słabość. Barnes ukazuje tę ambiwalencję, tworząc jednocześnie uniwersalną historię o związkach wybitnej jednostki z opresyjną władzą. O tym, że nie sposób wydobyć się z toksycznej zależności, jeśli ma się jakikolwiek wpływ na społeczeństwo, którym wygodniej rządzić za pomocą terroru.

Artysta i totalitarny system – to temat co najmniej wtórny. A jednak „Zgiełk czasu” to powieść wyjątkowa. Niespieszny rytm narracji oddaje zarówno spokój w opowieści o tym, co prywatne, cenne i niepodlegające systemowi, jak i dynamiczną grozę opowiadania o zderzeniach z władzą – czy to pod postacią samego Stalina, czy też aparatu opresji, który nie pozwala Szostakowiczowi na złapanie oddechu na długo po tym, gdy kończy się stalinowski terror. Barnes opowiada o człowieku, który – w przeciwieństwie do swoich kolegów artystów – nigdy nie wybrał emigracji. Jako świadomy Rosjanin musiał mierzyć się ze wszystkimi absurdami państwa, w którym wieczna modyfikacja prawdy i rozpowszechnianie strachu kazały widzieć rzeczywistość jako paranoiczną. Szostakowicz był człowiekiem, dla którego niezależność była priorytetem, a doprowadzała do wielu tragicznych sytuacji. Jak to się stało, że szykanowany twórca przetrwał najokrutniejszy z systemów, otrzymując dodatkowo nagrody i wyróżnienia na przemian z nakazami zaprzestania działalności artystycznej? Jak udało mu się przetrwać czas, w którym wielu jego znajomych i całkiem mu nieznajomych ginęło z różnych powodów bez wieści? Bez możliwości wytłumaczenia się ze stawianych im, dodatkowo absurdalnych zarzutów?

Śmiertelna powaga opowieści idzie więc w parze z apoteozą witalizmu. Tej siły, która umożliwiała aktywny opór i stanowiła odskocznię od szaleństwa dziejów. W relacji artysta-władza Barnes portretuje te rozmaite niuanse, dzięki którym być może Szostakowicz przetrwał, choć recepcja jego muzyki uzależniana była od interpretacji władz. Julian Barnes obrazuje człowieka świadomego tego, iż tworzy coś, co określane jest jako szept historii mogący z całą mocą pokonać tytułowy zgiełk czasu. Ten zgiełk tworzą nie tylko wydarzenia, ale i poglądy; w nim skryta jest zabójcza moc wszelkiej maści oportunistów i hipokrytów, z którymi bohater książki musiał się mierzyć. To przede wszystkim jednak opowieść o tym, czym staje się sztuka interpretowana przez kolejne pokolenia. Jest uniwersalna, ale z drugiej strony poddana wpływom odbiorców. Muzyka Szostakowicza mówi w imieniu całej sztuki. Mówi o jej funkcjonalności i ponadczasowości. O tym, że nie może prawdziwie istnieć bez odbiorcy, ale to istnienie uwarunkowane jest wolnością i swobodą jej odbioru oraz interpretacji.

Geniusz i opresyjny system. Muzyka i polityka. Życie prywatne wobec tego, w jaki sposób Szostakowicz jest postrzegany przez pryzmat swojej twórczości. Mali ludzie analizujący wielkie dokonania. Dychotomii jest dużo więcej, bo to głównie na nich Julian Barnes opiera tę przejmującą powieść. Także na komentarzach samego bohatera, który surowo ocenia tych zamykających oczy na opresyjność systemu. Zarzuty kieruje między innymi do Shawa czy Sartre’a. Widzimy, że walczący z systemem bohater nie działa bez określonego kontekstu, ale jest w nim ta wielka gorycz i samotność, którym nie sposób się oprzeć. Wchodzimy bowiem w intymne rewiry życia tego, którego twórczość publiczna zawsze podlegała odgórnym interpretacjom.

Ciekawa jest konstrukcja książki. Tryptyk związany ze środkami przemieszczania się. Najpierw obrazowanie strachu w konfrontacji z windą, która niesie tylko w górę lub w dół, nie przemieszczając się, niczym sam Szostakowicz tkwiący w miejscu, udręczony huśtawką nastrojów. Potem pojawia się samolot, którego bohater się lęka, ale w którym odbywa podróż za ocean – w USA wyobcowany bardziej niż w swojej ojczyźnie. Na koniec samochód z szoferem obrazujący pewien luksus, ale także niezdolność decydowania o kierunku czy szybkości jazdy. Ta trzecia część wydaje się najbardziej sugestywna, bo w niej pojawia się miejsce na dokładniejsze analizy. Na stawianie pytania o to, jak bardzo i do kiedy trzeba walczyć o własną niezależność. W gruncie rzeczy bowiem Barnes opowiada nam uniwersalną historię walki o kontrolę nad własnym życiem i własnymi przekonaniami. Bohater książki nie jest kimś wyjątkowym. Nie poddaje się cenzurze, ale jednocześnie musi wejść z nią w pewien dialog. Ważna jest postać ze swoimi dylematami, ale dużo ważniejszy kontekst. Opowiadanie o rzeczywistości, która zagarnęła prawdę i uczciwość. To jedna z tych książek, które pokazują heroizm człowieka i jego okrucieństwo w budowaniu najbardziej przerażających form totalitaryzmu. Powieść o imperatywie wolności tworzenia i o jego zderzeniu z pułapkami systemu. Ponad wszystko jednak historia o tym, że człowiek potrafi być wielki, a wielkość jego twórczości jest czymś nie do zniszczenia. Wyjątkowo absorbująca i myślę, że pozostająca na zawsze aktualna, narracja o ocaleniu moralności i trwaniu wbrew absurdom dziejów. O tym, że ludzką świadomość zawsze tworzą inni ludzie oraz bolesne konteksty. Wydobywa się z niej to, co jest pochodną wpływów. A jednak Barnes pisze o niezależności. Bardzo pięknie i bardzo przejmująco.

2017-12-03

„Incognito” Tibor Noé Kiss

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 20 listopada 2017

Liczba stron: 170

Przekład: Daniel Warmuz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 31,50 zł

Tytuł recenzji: W rozdarciu

To poruszająca książka o egzystencjalnym wyobcowaniu egzemplifikowanym przez płeć. Tortura, której podlega bohater odnajdujący się w kobiecych strojach, idzie w parze z precyzyjnym opisywaniem samotności przedstawionej tutaj w kilku wymiarach – nie tylko płciowym czy społecznym. Incognito” jest intymnym pamiętnikiem metamorfozy, która nie ma swojego końca. Książką o zawieszeniu, byciu gdzieś pomiędzy, o ustawicznym przekonywaniu siebie, że nowe życie wciąż jest możliwe. To także wzruszająca opowieść o przeszłości, skąd wydobywają się lęki i frustracje. Rodzinna historia zatomizowania i niepogodzenia z samotnością mimo jasnej deklaracji, która płeć determinuje działania. U bohatera stającego się bohaterką nie ma identyfikacji płciowej, dzięki czemu obserwujemy kolaż emocji i zawirowań wywołanych niemożnością przylgnięcia do świata oczekującego prostych deklaracji. Tibor czy Noémi? Rzutkość i sprawność dawnego piłkarza czy drżące ciało ukryte pod kostiumem, w którym wyjście na ulice oznacza narastające lęk i niepewność?

Tłumacz książki w posłowiu zaznacza, że to jedyna jak do tej pory węgierska książka o transpłciowości. Należałoby zatem zestawić ją z rodzimym dokonaniem literackim, które porusza ten trudny problem najtrudniejszej formy bycia w zgodzie – w zgodzie z samym sobą i swymi oczekiwaniami. Mam oczywiście na myśli poruszający „Brudny róż” Kingi Kosińskiej, w którym bohaterka idzie o krok dalej, bo decyduje się na zmianę płci. U węgierskiej pisarki obserwujemy pełną wahań i emocji dwuznaczność. Trud w określeniu, kim się jest płciowo, ale także w tym, by nazwać oczekiwania i priorytety wymuszone przez identyfikację z tym, co się nosi. Bo przecież wiadomo, że nie chodzi o damskie stroje, w których gustuje mężczyzna kwestionujący tym samym wszystko, co zdefiniowano pod hasłem męskości. W „Incognito” chodzi o intymną relację z samym sobą, o niepokój wewnętrzny, uwięzienie we własnym ciele, ale także o blokady emocjonalne wynikające z tego, skąd się wydobyło, jakie życie toczy się obok i kto lub co wymusza pewną wewnętrzną lękliwość. Poczucie, że nie można opowiedzieć siebie. Że zakończenie tej powieści będzie jednocześnie nienazwanym jeszcze początkiem. W tym znaczeniu „Incognito” to przede wszystkim proza wątpliwości. Pisana dynamiczną, rwaną frazą. Porządkowaną przez wyliczenia czy powtórzenia. Język jest gęsty od emocji, a całość świadectwem tego, że w ich zderzeniu z frazą nie ma nigdy kompromisów. Nie udaje się wyrazić tego, czym jest to rozedrgane życie gdzieś między płciami, ale także między czasem minionym i trudem określenia tego, czym będzie przyszłość.

„Brudny róż” Kosińskiej to między innymi świadectwo stygmatyzacji innego człowieka. U Kiss rozważania niekoniecznie wiodą ku temu problemowi. Owszem, są opisane wrogie czy pogardliwe spojrzenia innych – w sklepie lub w metrze. „Incognito” penetruje jednak osobowość pozostawioną samą sobie. W bezradności i osobności. Świetne są sceny, w których najbliżsi ludzie poznają „ekstrawaganckie” upodobania syna czy wnuka. Nie ma tam żadnego autorskiego komentarza, bo jest on zupełnie zbędny. To, w jaki sposób odbiera Tibora alias Noémi otoczenie, wydaje się w pewnym momencie schodzić na dalszy plan. Najważniejsza jest emocjonalna niegotowość do zmiany. Potrzeba wewnętrzna, która ją wymusza, ale jednocześnie też frustracja połączona z niepokojem, bo to taka forma wydobywania się z opresji i wpadania w kolejną.

Kiss doskonale punktuje momenty zagubienia, pokazując nam życie bohatera/bohaterki w formie nieco rozsypanych puzzli. Nie ma tu narracyjnego porządku. Jest krótki czas teraźniejszy i pytania o to, jak wydobyć z siebie prawdę, ale jest także przeszłość – wspomniana już i uwierająca, bo przecież portretowana tożsamość w konflikcie z czegoś się wydobyła, pochodzi z określonych kontekstów i uwarunkowań. Interesujący będzie rys charakterologiczny rodziny, w której nikt nie umie być blisko siebie, ale także nie potrafi znosić samotności. A z nią mierzy się Noémi, gdy podejmuje się odważnych prób nazywania świata i przeżyć w innym rodzaju gramatycznym.

Mocną stroną tej narracji jest wyjątkowa czułość do detali. Dbanie o to, by drobiazgi portretowały pewną całość. Kompulsywne palenie papierosów, robienie sobie makijażu, dobieranie dodatków i dbałość o to, by wyglądały efektownie. Tibor przechodzi w Noémi w stroju, ale potrzebna jest też dodatkowa siatka słów i zdań, by wyrazić to, co po tej metamorfozie ma miejsce. Incognito” mówi o zawieszeniu, ale jednoczesnej determinacji – by walczyć, zdobywać i odkrywać. Kiss doskonale oddaje w języku z jednej strony pewność tego, kim chce się być, a z drugiej – pokłady lęku i drżenia. Wynikają z niegotowości albo przekonania, że nie można opuścić siebie – tego dawnego, ukształtowanego inaczej, być może też już zupełnie obcego, jednak wciąż bliskiego.

„Przekraczam próg” – tak brzmi pierwsze zdanie powieści. Myślę, że doskonale oddaje ono ten moment ludzkiej wątpliwości, w którym trzeba przedefiniować wszystko, co to tej pory było jasne i czytelne. „Incognito” nie jest zatem tylko przejawem niepokoju wywołanego przez to, że nie można się zidentyfikować z jedną płcią. To książka o symbolicznym przekraczaniu każdej granicy, której przekroczenie będzie się wiązać z absolutnym przewartościowaniem i postrzeganiem życia z innej perspektywy. Ta nowa ledwie się tutaj zarysowuje, ale sygnalizowana jest jednocześnie konieczność jej zmiany. Zarówno Tibor Noé Kiss, jak i Kinga Kosińska obrazują nam, jak trudno jest być z samym sobą i jak jednocześnie gorzkie jest to, że w krytycznej sytuacji można liczyć tylko na samego siebie. Na siłę, która musi wydobyć się z bezsilności. Dlatego trudność stawania się kimś innym to nie tylko kwestia pożegnania. To problem otwarcia – w nowym życiu, z nową tożsamością. Incognito” opowiada o tym, jak bardzo trzeba się starać, by zadowolić samego siebie, zaspokoić pragnienia i umiejętnie wypracować równowagę między tym, co konieczne, a tym, co oczekiwane. To książka bardzo dramatyczna, ale jednocześnie pełna czułości, choć w niektórych rejestrach oddająca także pewną dozę autoadoracji. Warta poznania, bo zmienia ogląd rzeczywistości. Pokazuje, że komuś mogą się zamazać jej kontury i że kwestia identyfikacji płciowej może prowadzić do niejednej rozterki egzystencjalnej. To też rzecz o sile samostanowienia. Napisana w taki sposób, że ogólne przesłanie wydobywa się ze szczegółów – obserwacji życia codziennego, wsłuchiwania się w rytm bijącego serca, śledzenia upływu czasu. Dla zwolenników szukania kluczy interpretacyjnych w niuansach. 


PATRONAT MEDIALNY