2009-12-08

"Wolałbym nie" Antologia

"Wolałbym nie to fraza, którą wypowiada bohater tekstu Hermana Melville’a i obsesyjnie wręcz powtarzana mantra, jaka tkwiła w głowach dwunastu młodych polskich pisarzy, którym Korporacja Ha!art zadała zadanie domowe, mające być próbą swobodnego nawiązania do tego specyficznego zdania, w którym ukrywa się świadectwo buntu i sprzeciwu, a z drugiej strony duża bierność, brak asertywności i wieloznaczność.

Bo zawartość tego zbiorku jest wieloznaczna. Założeniem, jakie miało przyświecać twórcom i o jakim Grzegorz Jankowicz informuje we wstępie, jest próba wyrażenia sprzeciwu wobec wszelkich możliwych instytucji, norm, praw i obowiązków życia społecznego. To także antologia niemocy i antologia wycofania – bohaterowie podejmują walkę z tym wszystkim, co ich osacza i niszczy, ale tak naprawdę nie są w stanie się sprzeciwić, tkwiąc w bierności i wyrażając jedynie tytułowe „wolałbym”, co nie zawsze związane jest z „chciałbym”.

Korporacja Ha!art, 2009

Całość tekstu na stronie G-Punkt

2009-11-30

"Mój prywatny Sąd Ostateczny" Daniel Koziarski

Przyznam, że z mieszanymi uczuciami zabierałem się za lekturę najnowszej powieści Daniela Koziarskiego. Informacja z okładki mówiąca o trzech zazębiających się historiach natychmiast nasunęła mi skojarzenia z „Klubem samobójców”, którą to książkę przed rokiem skrytykowałem. Bałem się, że schemat fabularny „Mojego prywatnego Sądu Ostatecznego” może rozczarować. I jestem miło zaskoczony, bo choć to książka chwilami pełna truizmów na temat ludzkiego losu, sprawiedliwości, rozmaitych interpretacji takich pojęć jak prawda czy fikcja, czyta się ją naprawdę szybko i zmusza do zastanowienia się nad tym, w jaki sposób musimy mierzyć się z odpowiedzialnością za własne czyny, jak te czyny wpływają na otaczających nas ludzi, jak gorzko można rozczarować się życiem i samym sobą oraz przede wszystkim nad tym, kiedy i w jaki sposób nadejdzie nasz prywatny Sąd Ostateczny, w którym nie staniemy bynajmniej przed obliczem boskiego sędziego, a zmierzymy się przede wszystkim z pokutą, jaką zadajemy sobie sami w obliczu niekoniecznie dosłownie rozumianego końca życia.

Koziarski prezentuje trzy prywatne apokalipsy; trzy sytuacje, w jakich bohaterowie zmuszeni są do zrewidowania tego, w jaki sposób dotychczas żyli i wysnucia kilku egzystencjalnych przemyśleń dotyczących życia w ogóle. Opowieści Koziarskiego przedstawione będą w trzech zupełnie różnych i pozornie niezwiązanych ze sobą konwencjach. Poznajemy bowiem prawniczkę u kresu życia zniszczonego nieuleczalną chorobą (przede wszystkim jednak nienawiścią, którą bohaterka sama w sobie latami pielęgnowała, by potem odczuć ją w bardzo bezpośredni sposób), której opowieść przypomina sentymentalną historię obyczajową z wyraźnie nakreślonym tłem społecznym i rozważaniami na temat „powracającej fali” zła, jaka uderza w tego, który tak wiele zła w życiu uczynił. Opowieść o homoseksualiście, który odgrywa epizodyczne rólki w filmach, marząc jednocześnie o tym, by własne życie układać jak scenariusz filmowy, jest historią, w jakiej liczą się obrazy, sceny, dramatyczne partie dialogowe i w której Koziarski stawia przede wszystkim na bardzo filmowe przecież „dzianie się”, rozgrywanie zdarzeń niczym kadrów z nieprzewidywalnego filmu na granicy dramatu i czarnej komedii. Ostatnia historia to przeniesiona w polskie realia bardzo hollywoodzka opowieść o mścicielu, który mordując kolejne osoby w tempie doprawdy błyskawicznym, zapomina z czasem, czemu tak naprawdę służą te okrucieństwa, a największy dramat przeżywa wówczas, gdy uświadamia sobie, że kolejnymi zbrodniami nie zatrze przykrych prawd dotyczących jego relacji z córką, którą – w mniemaniu warszawskiego taksówkarza – zły świat i źli ludzie doprowadzili do śmierci, do jakiej pośrednio przecież doprowadza dziewczynę sam ojciec.

Kompozycja książki odkrywa coraz to nowe znaczenia i buduje w wyobraźni coraz bardziej wyraźny obraz pustki. W niej giną główni bohaterowie. Grażyna Szelska osiągnęła w życiu wszystko co, czego można by oczekiwać od kobiety interesu. Jest tak bardzo samodzielna i niezależna, że… nie ma przy niej nikogo, kto w obliczu zbliżającego się końca zdołałby wesprzeć ją na duchu. Kiedy kobieta uświadamia sobie, że jedyne ludzkie uczucia wzbudza w swym zakompleksionym i życiowo niezaradnym asystencie, postanawia zaplanować i zakończyć ostatnią prowadzoną sprawę – sprawę jej życia, z jakim musi się przed samą sobą rozliczyć. Szelska poddaje się surowym osądom między innymi własnego syna, dla którego nie istnieje jako matka i który daje jej do zrozumienia, że postępowania bohaterki wobec jego niedoszłej żony nic nie jest w stanie ani wytłumaczyć, ani też wybaczyć. Pani adwokat snuje także rozważania na temat sprawiedliwości losu i sprawiedliwych ocen postępowania innych. Dochodzi do następującego wniosku: „Sama sprawiedliwość jest pojęciem abstrakcyjnym, dlatego że jest tak bardzo nieżyciowa”. Wypierając się istnienia na tym świecie sprawiedliwości, próbuje być za wszelką cenę sprawiedliwie osądzona za wszystkie złe uczynki, jakich w życiu się dopuściła. Czego tak naprawdę chce Szelska i czy jej potrzeba pojednania z tymi, których krzywdziła jest autentyczną potrzebą kobiety, będącej u kresu zbyt wcześnie odbieranego przez Boga życia?

Życie Krzysztofa dopiero się rozpoczyna, a już skażone jest swego rodzaju okrucieństwem i nieczułością. Młody chłopak, który ukrywa przed zamożnym ojcem swą orientację seksualną (jakiej do końca nie jest pewien) to cyniczny outsider, któremu imponuje blask sławy różnego rodzaju celebrytów, z których tak ostentacyjnie kpi. Konfrontacja podszytego egoizmem eskapizmu Krzysztofa z bezpretensjonalną prostytutką, która pewnego dnia zamieszkuje w jego lokum będzie początkiem kryminalnej i obyczajowej intrygi, a życie bohatera bardzo szybko zacznie przypominać scenariusz zaskakującego filmu sensacyjnego. Ta opowieść to historia o przemianach, które inicjują trzeci ważny wątek książki, a jednocześnie wiążą opowieść Krzysztofa z poprzedzającą go historią Grażyny, w życiu której zmiany będą wiązać się z nowym sposobem nazywania samej siebie.

Specyficznej metamorfozie ulegnie także trzeci bohater, kierowca taksówki, Papierski. On jest postacią najbardziej wyrazistą, postacią przerażającą, ale i intrygującą. To jego żądza odwetu na wszystkich, których wini za niepowodzenia tragicznie zmarłej przed laty córki, spowoduje wewnętrzną transformację, której skutków Papierski się tak bardzo boi. Mężczyzna całe swoje życie podporządkowuje obsesyjnej potrzebie wyrównania ze światem żywych rachunków za zmarłą. Jak bowiem sam wyznaje: „Umarłymi chcemy załatwiać nasze ziemskie sprawy. Budować preteksty, motywacje. Posługujemy się w tym celu wybiórczą pamięcią. W oparciu o tę pamięć wydajemy sądy ostateczne i robimy rzeczy straszne”. Rzeczywistość traktowana przez Papieskiego wybiórczo i wszystkie zbrodnie, które popełnia, stworzą kilka tropów interpretacyjnych dla czytelnika, próbującego trzy różne historie połączyć w pewną całość.

Całość ta powstaje u Koziarskiego stopniowo, ale zaletą tej książki jest to, że podejmuje bardzo wiele problemów natury egzystencjalnej, osadzając je w realiach stosunkowo przyziemnych, by nie rzec – prozaicznych. Nagromadzona w tej powieści symbolika (bynajmniej nie chodzi tutaj tylko o motyw Sądu Ostatecznego, który jest wieloaspektowo przedstawiany) działa na odbiorcę niczym dynamit. Bo jest nowa powieść Daniela Koziarskiego książką wybuchową i taką, w której różne Sądy Ostateczne dają jedną, czytelną wizję wyrzutów sumienia, które nigdy nie pozwolą na duchowe katharsis, do jakiego za wszelką cenę dążą bohaterowie.


Wydawnictwo Grasshopper, 2009

2009-11-23

"Szkice glanem" Piotr Milewski

Na okładce książki widnieje pytanie retoryczne stawiane przez Aleksandra Boratyńskiego – „co to k… jest?”. No właśnie, z czym tu mamy do czynienia? Parafraza tytułu znanego dzieła Andrzeja Bobkowskiego (a być może noweli Henryka Sienkiewicza) wywołuje od razu ambiwalentne uczucia. I będą nam one towarzyszyć do końca podczas lektury tych krótkich tekstów – przesyconych absurdem, ironią i groteską opowiadań, poematów i monologów bohaterów tyleż dziwacznych, co (przede wszystkim) zagubionych w dobie globalizacji, kapitalizmu, w świecie chaotycznym i pozbawionym stabilności; w świecie, w którym mieszają się rozmaite kody kulturowe i pop-kulturowe, tworząc mieszankę doprawdy wybuchową, a czymś takim są właśnie „Szkice glanem”.

Co my tu mamy? Opowieść o diable, który znakomicie radzi sobie we współczesnym świecie. Wywiad z Sarą Jessicą Parker, która opowie o zwierzęcych reinkarnacjach współczesnych celebrytek. Refleksje o liberalizmie, konserwatyzmie i rozmaitych utopiach. Relację z poszukiwań Edwarda Gierka i wyznania czynione Dorocie Masłowskiej. Poza tym historyjki o grzybach, grzybkach, halucynacjach i wizjach oraz o tym, że Halloween świętować można operacją zmiany płci. Napisany w duchu futuryzmu poemat o przyjaźni amerykańsko-meksykańskiej i rozprawa o tym, czym jest asymilacja, dedykowana chasydom. Nie ma wspólnego mianownika dla tych tekstów, nie warto go szukać. Warto natomiast zadać sobie pytanie, czemu służy specyficzne poczucie humoru Milewskiego i dla kogo powstały te teksty.

W „Szkicach glanem” mamy narratora prowadzącego, Milo to zapewne porte-parole autora. Pozwala on nam jednak poznać całą galerię innych, ciekawych postaci. Mają one – jak Milo - problemy z identyfikacją samych siebie. Są neurotykami, introwertykami, stają się przedmiotami i zwierzętami, mówią językiem niezrozumiałym i bełkotliwym. Chwytają się, niczym tonący brzytwy, własnych rojeń na temat otaczającego świata i utwierdzają się w przekonaniu, iż te rojenia kształtują rzeczywistość. Boją się. Buntują. Krzyczą. Biją się. Są śmieszne i tragiczne zarazem. Wyrazistei mgliste niczym słowa, z których lepią swoje narracje. Atakują i ośmieszają – siebie oraz innych. Igrają z konwencjami i bawią się literackimi tropami. Są w ciągłym ruchu i przechodzą metamorfozy. Cierpią i o tym cierpieniu próbują opowiadać.

Piotr Milewski w swych specyficznych przypowieściach i rozprawach dokonuje rozliczeń z rzeczywistością i przedstawia lingwistyczną wieżę Babel. Skupia się głównie na tym, co można zrobić ze słowem, ale te słowa nazywają świat, jaki jest wokół. Przywołuje postaci znane masowemu odbiorcy i wspomina o twórcach oraz myślicielach mu obcych. Kpina i żart idą w parze z wysiłkiem, jaki wkłada autor w to, by jak najdokładniej rozliczyć się ze światem i z samym sobą, za każdym razem inaczej nazywanym (bo Milo pojawia się w różnych wcieleniach i rolach). „Szkice glanem” to książka, która dekonstruuje rzeczywistość i książka, którą cechuje angielski czarny humor rodem z „Cyrku Monty Pythona”. Zbiór tekstów śmiesznych, ale i smutnych; irytujących i intrygujących jednocześnie. Konfrontacja słów i rzeczywistości, która musi być w jakiś sposób przez te słowa opisana. Książka wulgarna, prowokacyjna i krzykliwa. Wyraz bezradności i bezsilności, ale jednocześnie bardzo konkretny i namacalny dowód na to, że w słowach kryje się potęga i moc.

Milewski to twórca żywiołowy i nieprzewidywalny. A jego „Szkice glanem” to opowieści niepokorne i wyraziste. Opowieści, w których niczego nie można być pewnym do końca. Także tego, czym ta książka właściwie jest. Być może tym, co wcześniej próbowali wyrazić futuryści, dadaiści i inni eksperymentatorzy językowi. Być może czymś, co musi zostać nazwane na nowo, choć przecież tak bardzo jest niezrozumiałe.

Wydawnictwo Niebieska Studnia, 2009

2009-11-12

"Wichura w Hawanie" Leonardo Padura

"Mario Conde to policjant niedoskonały. Poprzednia powieść dość dokładnie opisywała, w jaki sposób zaczął w życiu robić to, co robi i dlaczego ta praca traktowana jest jak życiowe niepowodzenie. W „Wichurze w Hawanie” po raz kolejny zetkniemy się z samotnością zarówno Condego, jak i jego przykutego do wózka inwalidzkiego przyjaciela. Znowu przyjrzymy się, jak Conde nie radzi sobie z kobietami i znów będziemy świadkami rozwiązania kryminalnej zagadki, które pojawia się zupełnie nieoczekiwanie, ot tak, po prostu. Bo chociaż Conde najchętniej przeleżałby cały dzień w łóżku albo pił rum ze swym przyjacielem Carlosem, powiedziałby swym przełożonym, co o nich myśli i zostawił rozwikłanie sensacyjnych kubańskich intryg komu innemu, nadzwyczaj sprawnie po raz kolejny przychodzi mu znalezienie odpowiedzi na pytania, dotyczące tym razem zagadkowego zabójstwa pewnej młodziutkiej nauczycielki Lissette."

Całość tekstu na stronie G-Punkt

Wydawnictwo Znak, 2009

2009-11-08

"Rewers" Andrzej Bart

Nowa książka Andrzeja Barta znacznie różni się od wydanej przed rokiem i obsypanej nagrodami „Fabryki muchołapek”. Chociaż po raz kolejny przeniesiemy się w przeszłość, chociaż będzie to w pewien sposób też książka rozliczeniowa (tym razem po temacie Holokaustu Bart rozprawia się z mrocznymi czasami stalinowskimi, albowiem akcja rozgrywać się będzie na początku lat pięćdziesiątych minionego stulecia) i choć jest w niej tyle samo wieloznaczności co w poprzednich publikacjach autora, mamy w „Rewersie” przede wszystkim intrygę kryminalno-sensacyjną i dobrej klasy historię obyczajową. Historię o kobietach głównie, bo to one odgrywają w tej opowieści najważniejsze role.

Seniorka. Babcia. Postać schorowana i zmęczona już życiem, ale mimo wszystko pełna wewnętrznej energii, zaskakująca i niesamowicie bystra. Jest głównie obserwatorką poczynań swojej córki Ireny i wnuczki Sabiny. Melomanka, oczekująca zbliżającej się śmierci, a jednocześnie tak pełna życiowego wigoru. Postać, która z początku wydaje się mniej istotna dla biegu znaczeń, okaże się w finale jedną z najrozsądniejszych i pełną empatii kobietą, która będzie chciała ratować Irenę i Sabinę przed katastrofą.

Irena to kobieta przewidywalna. Wdowa, której druga wojna światowa odebrała męża. Jej życie wydaje się uporządkowane tak, jak wszystkie medykamenty na półkach w prowadzonej przez nią aptece. Irena za wszelką cenę stara się znaleźć dla Sabiny męża i widzi, jak jej wrażliwe dziecko okrutnie męczy się w samotności. Życie powieściowej matki to ceremoniały, rutyna, prostota. To postać dość statyczna i do pewnego momentu nawet odrobinę irytująca ze swym sentymentalizmem, czułością, prostolinijnością. I ona zaskoczy, bo w kryzysowej sytuacji podejmie się działań, o jakich jej córka nawet by nie pomyślała.

Sabina. To ona jest główną bohaterką, ale odnoszę wrażenie, że to na działania, myśli i wypowiedzi jej babki i matki Bart położył w swojej opowieści większy nacisk. Sabinę poznajemy w chwili, kiedy niebezpiecznie zbliża się do granicy trzydziestu lat, przeraża ją wizja staropanieństwa i fakt, że umiłowaną przez nią poezję kaleczy podczas pracy jako redaktorka wydawnictwa, dokonując korekt wedle jedynej słusznej ideologii jedynego mądrego i sprawiedliwego Józefa Stalina. Kontrast między wrażliwością Sabiny a nieczułością systemu, w jakim przyszło jej żyć obrazuje absurdalny nakaz przemarszu w charakterze łyżwiarki podczas pochodu. Świat wewnętrzny Sabiny to nieustanna walka emocji, podczas gdy na co dzień dziewczyna ukrywa przed światem swoje prawdziwe uczucia i pragnienia. A czego pragnie? Miłości, akceptacji, zrozumienia. Wszystkiego, co chciałaby mieć kobieta w jej wieku, która nigdy nie zaznała bliskości z mężczyzną, a pierwszy w życiu akt seksualny odbędzie tak, jak to zobaczyła w gabinecie swego dyrektora – na stole, bezwolnie, bez jakiejkolwiek subtelności, której przecież w Sabinie jest bardzo dużo.

Te trzy kobiety są niejako całością, bo wzajemnie się uzupełniają. Babcia, córka i wnuczka – niezwykła trójka kobiet, które chcą dla siebie szczęścia. A wokół tylko mrok komunizmu, szare ulice i szarzy ludzie,powstające w centrum miasta monumentalne dzieło budowniczych socrealizmu (jego budowa będzie dla kogoś jednocześnie cmentarzem...), ustawiczna niepewność tego, czy poczynania są właściwe oraz pustka, w której sztuką są traktory i postacie z pochodów malowane przez brata Sabiny, Arkadiusza. Do tego świata wkracza jednak ktoś, kto spowoduje, że każda z tych kobiet stanie się inna. Bronisław Falski, adorator idealny, mężczyzna piękny i kuszący, wspaniała partia dla Sabiny. Do momentu, w którym Sabina nie odkryje Mickiewiczowskiej prawdy, iż „Słowicze wdzięki w mężczyzny głosie, w sercu lisie zamiary”…

Nie sposób opisać zdarzeń, jakie rozegrają się w latach pięćdziesiątych XX wieku bez psucia czytelnikom lektury zaskakującej i ciekawej. Dość wspomnieć, że Sabina dokona czynu, o jakim nigdy by nawet nie pomyślała, zaś jej matka zaskoczy chyba bardziej niż główna bohaterka…

„Rewers” to opowieść bardzo dwuznaczna. Z jednej strony współczujemy Sabinie i wierzymy w nią do końca. Z drugiej zaś pojawia się przecież cały szereg zdarzeń, w których motywacje bohaterów i ich poczynania są co najmniej kontrowersyjne. Dodatkowo snuta przez Barta opowieść o tragicznym w skutkach romansie w czasach komunizmu toczy się symultanicznie z historią tej samej Sabiny, która pół wieku później oczekuje na przylot ze Stanów Zjednoczonych swojego ukochanego syna Marka.

„Rewers” to w podtytule „nowela filmowa” i myślę, że świetnie sprawdzi się jako scenariusz wchodzącego właśnie do kin filmu Borysa Lankosza. „Rewers” to opowieść o kobiecej wrażliwości i o kobiecym heroizmie. To książka z jednej strony dramatyczna, z drugiej zabawna i dowcipna. O ile kobiety Barta to postacie z krwi i kości, o tyle Bronisław Falski jest w „Rewersie” symbolicznym odzwierciedleniem zarówno charakteru ówczesnej władzy w Polsce lat pięćdziesiątych minionego stulecia, jak i tej władzy końca.

„Rewers” jest wielowątkowy. Dynamiczny. Sugestywny. Intryguje. Zmusza do zastanowienia się nad tym, jak bardzo wpływa na nas to, co myślimy i jak życie może zmienić jedno zdarzenie, w którym przyjdzie nam zmierzyć się przede wszystkim z samymi sobą…

Wydawnictwo W.A.B., 2009

2009-11-07

"Jestem komunistyczną babą!" Dan Lungu

Jakże opowieść Dana Lungu kontrastuje z twórczością Herty Müller! Mrok komunistycznej codzienności w Rumunii Nikolae Ceausescu, który z tak śmiertelną powagą opisuje niemiecka noblistka, u Lungu nabiera znamion rzeczywistości barwnej, lekkiej i przyjemnej, za którą można tęsknić. Świetnie się składa, że „Jestem komunistyczną babą!” ukazuje się właśnie teraz, gdy czytelnicy masowo sięgają po prozę Müller. Opowieść Lungu jest bowiem specyficznym antidotum na mroczną twórczość noblistki, w której wspomnienia z komunistycznej Rumunii są świadectwem dyktatury strachu.

U Dana Lungu nie ma żadnego strachu, nie ma ponurych opisów życia w państwie, w którym przecież podczas rządów Ceausescu nie dało się żyć – a zarówno tematyka książek Herty Müller, jak i jej decyzja o emigracji do Niemiec świadczą o tym bardzo wyraźnie. Dan Lungu daje zupełnie inne świadectwo. Jego bohaterka kocha komunizm, tęskni za komunizmem, nie może się pogodzić ze zmianami, jakich doświadczyła Rumunia i nie ma właściwie żadnej koncepcji na to, jak żyć w nowym, wolnym i demokratycznym świecie.

Lungu w dowcipnej konwencji przedstawia osobowość typowego „homo sovieticus”. Jest bowiem Emilia Apostoae uosobieniem dziecka komunizmu, które właśnie w nim odnalazło drogę życiową. Pewnie, że jest w tej książce wiele sygnałów, świadczących o tym, iż komunistyczna Rumunia była piekłem. Jest wszechobecne Securitate – ale przedstawiane w dowcipnych opowieściach pana Mitu (który zresztą sam jest donosicielem) i jakby niegroźne. Jest sam wielki przywódca, lecz ośmieszany i ukazywany np. jako mucha wsłuchująca się w głosy obywateli, jawnie kpiących z dyktatora. Są kolektywne zakłady pracy (Emilia to pracownica jednego z nich), kolektywne osiedla, wizytacje, kontrole, patrole i strach. Pewnie, jest to wszystko, ale Rumunia Ceausescu w powieści „Jestem komunistyczną babą!” to wręcz raj, za którym się tęskni. Czy aby na pewno?...

Dla Emilii czas miniony był czasem, w którym z wiejskiej dziewki, która ugniatała z rodzicami kiziak (warto wiedzieć, co to jest!) stała się miastową panią, przykładną robotnicą w warsztacie, żoną, matką i właścicielką mieszkania własnościowego w obskurnym komunistycznym bloku. Ciotka, która ułatwiła Emilii start w mieście, pomogła jednocześnie zrozumieć, czym byłoby dla bohaterki pozostanie na wsi. A przecież jako miastowa stała się kimś. Osiągnęła sukces, nabyła nowych umiejętności, odnalazła się w rzeczywistości, od której do dalekiej Kanady ucieka jej córka Alice. Opozycja matki i córki w powieści Dana Lungu ma bardzo duże znaczenie. Alice wychodzi za mąż za Kanadyjczyka; nie daje matce szansy na to, by uczynić z niej kobietę systemu minionego, panią inżynier w zakładzie pracy podobnym do warsztatu, w którym Emilia przez lata wyrabiała normy ku chwale ojczyzny wielkiego Ceausescu. Matka analizuje poczynania córki, prowadzi z nią dyskusje światopoglądowe, próbuje zrozumieć powody emigracji i fakt, że dla Alice pozostanie w Rumunii byłoby życiową porażką. I choć wydawać by się mogło, że z konfrontacji pokoleniowej i zderzenia dwóch perspektyw widzenia komunistycznej Rumunii wyniknie jakaś przemiana w świadomości Emilii, nie dochodzi do niej. A może tylko takie wrażenie można odnieść i w pisaniu Lungu więcej jest przewrotności niż to się wydaje na początku lektury.

Myliłby się ten, kto uważa, że „Jestem komunistyczną babą!” to apologia systemu, o jakim dzisiejsi Rumuni chcieliby zapomnieć. To książka dowcipna, pozornie lekka i przyjemna, ale jednocześnie wnikliwe świadectwo kształtowania świadomości człowieka, który usiłuje ukryć własną niesamodzielność, oddając swe serce systemowi, który pomyśli i zadziała za niego. Emilia Apostoae to symbol i świadectwo. To postać z krwi i kości, a jednocześnie marionetka w rękach systemu. To kobieta, która oddała serce komunizmowi i która nie może zrozumieć, dlaczego komunizm ją porzucił.

Zbudowana z retrospekcji i opisów życia w nowej, innej Rumunii, jest powieść Lungu z jednej strony sentymentalną opowieścią o tym, co minęło, z drugiej zaś strony ironicznym komentarzem do zmian zachodzących w tym państwie. Myślę, że konstrukcja tej opowieści niesie ze sobą tak wiele niejednoznacznego przekazu, że warto po nią sięgnąć. Bo czy wyznanie „jestem komunistyczną babą” brzmi dumnie, czy też jest w gruncie rzeczy przygnębiającym świadectwem na to, w jaki sposób komunizm może niszczyć? Jest u Lungu zabawnie i strasznie zarazem. Jest przede wszystkim niejednoznacznie. I to główna zaleta tej książki.

Wydawnictwo Czarne, 2009

2009-10-16

"Taksim" Andrzej Stasiuk

Nic nowego - chciałoby się powiedzieć, znając tematykę poprzednich książek i sposób konstruowania świata przedstawionego przez Andrzeja Stasiuka. Mamy silnych, dzielnych, bezkompromisowych i wulgarnych mężczyzn; mamy całą Europę Środkowo-Wschodnią w tle; mamy ukryte pod pozorną hardością i szorstkością męską wrażliwość i proste, ludzkie pragnienia o lepszym życiu. Mamy w końcu opowieści o zwykłym, szarym życiu tych, dla których liczy się spełnienie najprostszych pragnień i zarobienie kasy w niekoniecznie legalny sposób. Jest w „Taksimie” bohater, którego już poznaliśmy („Dziewięć”), jest problematyka egzystencjalna wpleciona w opowieść o niedostosowaniu do życia i o zagubieniu w nim. Jest zatem „Taksim” bardzo Stasiukowski i jest to książka, która na pewno nie rozczaruje zwolenników Stasiukowego pisania. Autor oddał głos tym, których nie zawsze się słucha i zrobił to po swojemu, czyli bezpośrednio i dosadnie.

Taksim to miejsce-symbol, którego znaczenie poznamy dopiero w finale opowieści. Opowieści drogi i opowieści o drodze, bo akcja toczy się w kilku krajach Europy Środkowo-Wschodniej, w środowisku przemytników podrabianej odzieży. „Taksim” to powieść, w której dużo się opowiada. Opowieści są bardzo dynamiczne i słodko-gorzkie, bo raz dowcipne i ironiczne, raz przygnębiające i przepełnione życiową frustracją. Ważne znaczenie ma ustawiczna podróż, dosłownie tocząca się gdzieś między granicami państw a stoiskami, na których kupuje się tanią odzież z importu, symbolicznie zaś mająca miejsce w świadomości bohaterów, którzy dokonują rozrachunków z własnym dotychczasowym życiem i próbują odpowiedzieć na pytanie o to, kim byli i kim stali się obecnie.

„Taksim to opowieść o specyficznych wygnańcach. O tych, którzy – jak stwierdza jeden z bohaterów - „Próbują uciec od swojego losu do miasta, do Reichu, na Jackowo, na Księżyc albo w pizdu”. To wielowątkowa historia, która tak naprawdę jest bardzo spójna i jednolita, albowiem opowiada o przemianach dotykających wszystkich tych, którzy nie są w stanie się do nich dostosować. Kierowcy, handlarze, przemytnicy, pracujący na czarno… Ci, którym los nigdy nie układał się w taki sposób, by znaleźli w życiu harmonię, stałe zatrudnienie i stabilizację. Ich życie toczy się gdzieś między Polską, Słowacją, Węgrami a Rumunią, albo w każdym z tych krajów po trochu. Wciąż w ruchu, chcą oddalić od siebie strach. Ten strach, który przypomina im o tym, że młodość już za nimi, a zgorzknienie i frustracje dają o sobie znać coraz silniej. Nie jest to bynajmniej opowieść tylko o życiowych rozczarowaniach, chociaż to one są podstawowym doświadczeniem bohaterów „Taksimu”. To książka, która próbuje pokazać, że można nosić podrabiane ciuchy i robić na nich niezły biznes, ale nie można podrobić własnego życia, dopiąć mu metki szczęścia, sprzedać czy wymienić na inne.

Stasiuk napisał kolejną książkę o twardych facetach, którzy mierzą się z życiem na swój sposób. Napisał książkę o przemianach, jakie mają miejsce w rzekomo zjednoczonej Europie i o tym, w jaki sposób wygląda nieeuropejska codzienność narodów wtłoczonych do unii państw, które nie znają mentalności swych sąsiadów ze środka i wschodu Starego Kontynentu. Jest to opowieść o tej części Europy, którą Stasiuk dobrze zna i którą rozumie. I co by nie napisać o „Taksimie”, pewne jest to, iż czytelnicy Stasiuka na pewno po tę powieść sięgną.

Wydawnictwo Czarne, 2009

2009-10-10

"Rozpad" Kamil Gołaszewski

"Olsztyńskie wydawnictwo „Portret” jakiś czas temu wydało kolejny po „Rdzy” Ewy Berent prozatorski debiut bardzo młodego autora. Dziewiętnastoletni Kamil Gołaszewski zaskakuje zarówno formą, jak i treścią swojej książki. „Rozpad” to opowieść o młodym człowieku, który próbuje nazwać swe uczucia po tym, gdy dowiaduje się, iż jego ojciec ma homoseksualny romans, ale czytanie książki Gołaszewskiego tylko pod tym kątem byłoby dużym uproszczeniem.

Autor „Rozpadu” ukazuje bowiem portret psychologiczny człowieka, który na skutek rodzinnych relacji przeżywa ból, smutek, alienację, ale przede wszystkim egzystencjalne zagubienie wynikające z braku poczucia, że dom rodzinny, który powinien być ostoją ładu i bezpieczeństwa, jest w rzeczywistości siedliskiem patologii."

Wydawnictwo Portret, 2009

Całość tekstu na stronie G-Punkt

2009-10-08

Nobel dla Herty Müller

Nie mogę nie zareagować na tę wspaniałą wiadomość. Już przed rokiem nieśmiało liczyłem na to, że talent niemieckiej pisarki rumuńskiego pochodzenia zostanie doceniony przez Szwedzką Akademię. Wszystkie siedem książek Herty Müller, wydanych w Polsce dzięki Wydawnictwu Czarne, były dla mnie ucztą czytelniczą. Pisarstwo Müller to niesamowity dowód na to, że można ustawicznie i obsesyjnie wracać do tych samych przeżyć, uczuć i emocji, każdą książkę czyniąc mimo to niepowtarzalną i niezwykłą.To dowód siły słów, które z jej opowieści tworzą niepokojące i na zawsze zapadające w pamięć obrazy. Mroczne, smutne i poruszające książki Müller są opowieściami, w których wizyjność i niepowtarzalna gra słów stwarzają świat, z jakiego po lekturze nie można się już wydostać. I tego "pochłonięcia" przez jej prozę, którego doświadczyłem osobiście, życzę wszystkim tym, którzy po dzisiejszej decyzji Szwedzkiej Akademii zechcą poznać Hertę Müller.
Jestem bardzo szczęśliwy i wzruszony.

2009-10-05

"Rzemiosło zabijania" Norbert Gstrein

Książkę Norberta Gstreina czytałem powoli. Myślę, że to taki typ lektury, któremu szybkie czytanie zwyczajnie może zaszkodzić. Akcja pozornie sytuuje nas wśród zdarzeń, które zmierzają do opowiedzenia o życiu dziennikarza wojennego, Christiana Allmeyera, zabitego w Kosowie. Nie jest jednak ważne, co robią bohaterowie, próbujący zrozumieć motywy działania tego, kto już nigdy się z nich nie wytłumaczy, lecz to, co dzieje się w nich samych podczas odkrywania coraz bardziej mrocznych kart historii wojny bałkańskiej. Bohaterowie Gstreina bowiem podążają w przeszłość i za wszelką cenę tam próbują odnaleźć odpowiedzi na pytania nurtujące ich w życiu codziennym. Śmierć Allmeyera to zdarzenie dające początek historii ujawniania siebie, a zarazem ucieczki od samego siebie. Przyjaciel Allmeyera, Paul, zakłada sobie, iż napisze o nim książkę. Przygotowaniom do pisania, zbieraniu materiałów przygląda się pewien niemiecki dziennikarz. Z czasem duch Allmeyera stanie się czymś niezwykle silnie łączącym obu mężczyzn, a jego historia z bałkańską wojną w tle będzie początkiem batalii, jaką stoczą obaj, redefiniując pojęcia szczęścia, spokoju, harmonii oraz miłości. Proces odkrywania faktów z życia nieżyjącego dziennikarza jest jednocześnie procesem rodzenia się świadomości bytu. Tej świadomości, która wywoła jeszcze więcej egzystencjalnego lęku niż wiadomość o tym, iż Allmeyer nie żyje. I dlatego też czytać tę książkę należy powoli. Gstrein nigdzie się nie spieszy, nie zależy mu na zamknięciu akcji; nie jest nawet zainteresowany jej rozwojem. To, co rozgrywa się na kartach tej książki to dramatyczna walka ze wspomnieniami i niemożnością odnalezienia się wśród nich.

Paul rozumie alienację przyjaciela i decyzję Allmeyera o wyjeździe na front wojny przecież zupełnie obcej oraz odległej dla jego rodaków, Niemców. Tam unika kontaktu z innymi dziennikarzami. „Wyobrażam sobie, że trzymał się możliwie jak najdalej od swoich kolegów, żeby nie mieć przed oczami przez cały czas obrazu samego siebie”. Allmeyer doświadcza bólu, przemocy i niesprawiedliwości tylko po to, by nie pamiętać, nie myśleć o samym sobie. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego losy tego samotnika z tak wielką ochotą chce opisać Paul? I dlaczego pewien dziennikarz tak bardzo zaczyna się interesować losem zarówno nieżyjącego, jak i tego, który pragnie stworzyć historię życia, jakiego już nie ma?..

„Kiedy raz przeżyło się potyczkę, kiedy widziało się ją z bardzo bliska, dwie trzecie literatury pięknej można sobie darować”. Czy można sobie darować tę książkę, opowiadającą przecież o wojnie na Bałkanach, a tak naprawdę wędrującą po zakamarkach ludzkiej psychiki, skrzywdzonej i krzywdzącej; nazbyt wrażliwej i jednocześnie obojętnej na wszystko dookoła? Czy wojna, która toczy się tak daleko od spokojnego Hamburga, w którym bohaterowie żyją na co dzień, może trwać na przekór upływowi czasu i zmiennym realiom? „Albo jest się całkiem na wojnie albo wcale”. Taką zasadę wyznawał Allmeyer i te słowa mogą odnieść się do tego, jak żyją mężczyźni opisani w „Rzemiośle zabijania”. W nich samych rozgrywa się okrutna wojna i ich samych pożerają wewnętrzne utrapienia. Kobiety z powieści Gstreina to z kolei dość tajemnicze istoty, które mają za zadanie łączyć codzienność z tym, co było. Paul ze swą kochanką Heleną wyjedzie do Chorwacji, by lepiej zrozumieć, co czuł Allmeyer (na pewno o niego chodzi?). Żona Allmeyera, Isabella będzie pomagała dostać się we wspomnieniach tam, gdzie jej mąż był całkowicie sam i nie chciał żadnego towarzystwa. Kobiety są obok, "przezroczyste", efemeryczne. Tak jakby nie włączały się do biegu zdarzeń, a przecież uczestniczą w nich…

Warto także podkreślić, że autor „Angielskich lat” niezwykle sugestywnie portretuje sposób, w jaki na Bałkanach postrzega się swoich i obcych. Kategoryzowanie, dzielenie, wzajemne separowanie się od tych, którzy mogą być niebezpieczni to także sposób, w jaki działa wiele społeczeństw od dawna już nie pamiętających konfliktów zbrojnych. Allmeyer próbuje przyjrzeć się z bliska wojennym podziałom, a w gruncie rzeczy w tych podziałach nadspodziewanie szybko odnajduje odpowiedzi na proste pytania, jak choćby takie – dlaczego tam pojechał?

Czytelnik może zadawać sobie podczas czytania zupełnie inne pytanie. Dlaczego los Allmeyera staje się z czasem obsesją Paula i dlaczego ta obsesja staje się dramatem? Jak wiele o konflikcie wojennym w skali światowej może opowiedzieć jeden człowiek, w dodatku taki, który nie żyje, a którego historia zaczyna żyć ponownie w innych?

I jeszcze jedno, co warto zauważyć. Gstrein od początku do końca posługuje się jedynie sugestiami, pozwala swym bohaterom analizować wszystko to, co się dzieje i snuć rozmyślania w taki sposób, że żaden punkt widzenia na różne sprawy nie wydaje się przekonujący. Przekonuje forma tej książki, dzięki której można sobie zadać więcej pytań, niż udzielić odpowiedzi.

Wydawnictwo Czarne, 2009