Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2018-09-17

„Pułapka” Lilja Sigurðardóttir


Wydawca: Wydawnictwo Kobiece

Data wydania: 19 września 2018

Liczba stron: 296

Przekład: Jacek Godek

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Osaczenie i odwaga

Patronim Sigurðardóttir jest doskonale znany polskim czytelnikom powieści kryminalnych. Ale błyskotliwa „Pułapka” to nie rzecz, której autorką jest popularna na całym świecie Yrsa, lecz Lilja – pisarka otwierająca tą powieścią swój cykl „Reykjavik Noir”. To, co od razu przykuwa uwagę do tej książki, to pomysł na nią – niebanalny, zaskakujący, trzymający w stałym czytelniczym napięciu i dodatkowo tak zrealizowany formalnie, że główna bohaterka jest stale przed nami. Skryte są jej myśli i planowanie działań, poznajemy dopiero skutki tych zamierzeń. Lilja Sigurðardóttir opowiada o kobiecie osaczonej na kilka sposobów. Niemogącej wydobyć się z emocjonalnego klinczu, gdy usiłuje budować nowy związek na zgliszczach poprzedniego. Tkwiącej w sieci zależności finansowych, z których powodu musi się podejmować nielegalnych działań. Walczącej o swego syna, którego utraciła po rozwodzie. „Pułapka” to inteligentnie skonstruowana fabuła wydobywająca z siebie także fatalizm, jakim naznaczone zostało społeczeństwo islandzkie po kryzysie 2008 roku. Całość z socjologicznym sznytem balansuje między interesującym thrillerem, powieścią sensacyjną i świetną obyczajówką diagnozującą strach przed zaangażowaniem emocjonalnym i samostanowieniem w bliskiej relacji.

Sonja musi przemycać kokainę i nie może z tym skończyć, bo jest szantażowana. Sonja utraciła bliski kontakt ze swoim synem, nad którym opiekę przejął ojciec. Sonja jest kochanką kobiety wstydzącej się swoich uczuć i pragnień. Wiernej i oddanej, ale zawieszonej w pustce braku decyzji co do dalszego życia z partnerką. Dodatkowo wplątanej w śledztwo coraz czytelniej obrazujące jej powiązania z przestępstwami finansowymi. Sigurðardóttir nie oszczędza swojej bohaterki. Otrzymujemy obraz kobiety mocno osaczonej i zagubionej w tym, co powinna zrobić. Priorytetem jest oczywiście odzyskanie syna. Ale pojawiają się na jej drodze inni ludzie, którzy będą stanowić wyzwanie. Sonja wydaje się bardzo bierna i początkowo odnieść można wrażenie, że nie wydobędzie się z żadnych wymuszonych układów, nie potrafi funkcjonować wbrew narzuconym uwarunkowaniom. A jednak jej siła ujawnia się przed nami czasem w zaskakujących kontekstach. Widzimy na przykład, jak odważna i zdecydowana jest Sonja, jeśli chodzi o jej tożsamość seksualną. Poza nią – determinacja skryta przed czytelnikami. Do momentu, w którym dowiemy się, o czym bohaterka myślała i co zaplanowała zrobić.

Podoba mi się świeżość i oryginalność świata przedstawionego „Pułapki”. Już sam motyw kobiety zmuszonej do przemycania narkotyków działa na wyobraźnię w osobliwy sposób. To powieść ciekawie obrazująca odcienie miłości i nienawiści oraz wskazująca, jak cienka granica może dzielić oba uczucia. Sigurðardóttir snuje także fantazje o tym, czym jest Islandia po kryzysie, co może ją czekać i jak funkcjonuje w tym pozornie doskonałym państwie na przykład system opieki paliatywnej. Autorka interesująco kreśli także postacie drugiego planu. Na przykład historię islandzkiego celnika, który zaczyna podejrzewać, że Sonja podejmuje się działań przestępczych. Nic raczej nie pójdzie w przewidywaną przez czytelnika stronę. Nasze antycypacje i oczekiwania względem stworzonej fabuły zderzą się z dość śmiałymi autorskimi fantazjami, a całość jest po prostu bardzo dynamiczna i to zwyczajnie taki rodzaj powieści, od której trudno się oderwać.

Ale „Pułapka” to także powieść o kondycji kobiety, jej wewnętrznej determinacji oraz o tym, jak bohaterka dojrzewa do tego, by decydować o sobie, rozgrywając niejednokrotnie najtrudniejsze życiowe potyczki. Interesujący jest rys związku Sonji z kobietą, dla której obecność i czułość nie są jednoznaczne z usankcjonowaną wewnętrznie potrzebą stworzenia stabilnego związku. Agla w ramionach Sonji przeżywa chwilową rozkosz, ale na co dzień rujnują ją mroczne myśli o tym, że nie jest w stanie się zaangażować. Czy ten związek będzie mieć szansę przetrwania? Jak wiele empatii i zrozumienia dla partnerki będzie w stanie wydobyć z siebie główna bohaterka w obliczu tak silnego napięcia, z jakim mierzy się codziennie, uwięziona w sieci toksycznych zależności?

Lilja Sigurðardóttir dość czytelnie zaznacza również, że Islandia to mały kraj i sieć układów wydających się tajemniczymi bardzo szybko przestaje takimi być. W dwuznaczne interesy prędzej czy później będzie uwikłany ktoś, kogo się zna. Bo Islandia stanowi pewną hermetyczną przestrzeń, w której napięcia w stosunkach międzyludzkich wyodrębniają się dużo bardziej intensywnie. Sonja nie będzie spodziewać się tego, kto może stać za tym, że tkwi ona w tak trudnej sytuacji. Komplikowanej dodatkowo relacjami z tą nieobecną, czyli z matką. Wydaje się, że bohaterka zdana jest tylko na siebie, a dodatkowo musi podejmować trud stawiania na nogi swojej partnerki. Niby wszystko można przewidzieć, a i tak proponowane przez Sigurdardóttir rozwiązania będą dla czytelnika zaskoczeniem. Także sposób, w jaki portretowana jest Sonja w chwilach, gdy w jej żyłach buzuje krew przesycona adrenaliną. Autorka proponuje dodatkowo strukturę krótkich i rwanych rozdziałów. Nie wybija z tempa i umiejętnie podtrzymuje napięcie. W małej Islandii nikt przed nikim się nie ukryje. A na pewno nie skryje się przed konfrontacją z własnymi emocjami.

W kraju, w którym ludzie coraz mniej sobie ufają z powodu niedawnego kryzysu, mamy także zobrazowaną zwyczajną serdeczność, która nieoczekiwanie wpływa na losy innych ludzi. Podoba mi się w „Pułapce” to, że nie narzuca jednoznacznych sądów i opinii. Są naturalnie bohaterowie źli i ci, którym chce się kibicować. Interesujące są jednak zależności między nimi. Bo przecież główna bohaterka, za którą chce się trzymać kciuki, także zagubiła się nieco w swych priorytetach i nie jest czysta moralnie. Sigurðardóttir pisze o różnych formach poświęcenia i o tym, że nie jesteśmy świadomi, do czego mogą nas zmusić okoliczności. To wydobywanie się tożsamości Sonji tak bardzo obarczone opresją prowadzi do przekonania, że sporo z fasadowego życia, jakie wiedziemy na co dzień, jest złudzeniem uporządkowania. W „Pułapce” do porządku i harmonii dochodzić się będzie w bardzo trudny sposób. I jest to też powieść o wyjątkowości kobiecej determinacji. Świetna rzecz, doskonała rozrywka, inteligentna powieść kilku ukrytych znaczeń.

2018-09-14

„Błogie odwroty” Yanick Lahens


Wydawca: Karakter

Data wydania: 4 września 2018

Liczba stron: 176

Przekład: Jacek Giszczak

Oprawa: miękka

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Prawość i moralność

Wydawnictwo Karakter konsekwentnie od dziewięciu lat przybliża nam dokonania literatury haitańskiej. Po dwóch powieściach Lyonela Trouillota i książce Dany’ego Laferriére’a otrzymujemy kolejny interesujący przekład - panoramiczną narrację Yanick Lahens, która obrazując Port-au-Prince, opowiada przede wszystkim o ludzkiej moralności. Wytyczanych jej granicach, dewaluacji wartości, ustalaniu osobistych sfer komfortu z samym sobą i w końcu o tym, co znaczy być w Haiti szlachetnym człowiekiem. Przecież od śmierci kogoś takiego rozpoczyna się ta dynamiczna historia. Lahens stworzyła pewne uzupełnienie „Niedzieli, 4 stycznia” Trouillota i zdecydowała się na podobny sposób portretowania państwa oraz jego stolicy, ale dostrzec możemy nieco inny rytm i odmienne od tych u Trouillota konotacje. Autorka „Błogich odwrotów” jest chyba bardziej niejednoznaczna, choć rozprawia o pozornie czytelnych granicach między dobrem a złem. Ujmuje jednak tym, że prezentuje w dużej mierze ludzi bardzo zagubionych. W mieście, które nie lubi starości, ślady śmierci zaciera euforią meczów piłkarskich, a czasami otwiera groźną paszczę gotową pochłonąć ludzi bez właściwości, tworząc przestrzeń symbolicznej pożogi, od której wraz z żoną chciał każdego ranka choć na chwilę dystansować się powieściowy denat.

U Lahens nie ma fatalizmu „Niedzieli, 4 stycznia”, choć to też książka bezkompromisowa w swej wymowie. Jest przede wszystkim autorska ciekawość i czułość wobec tego, co brzmi tak bardzo bezkompromisowo. Tutaj panorama nie ma odcienia noir, mimo że portretowane miasto stwarza zagrożenia i potrafi wchłonąć wszystkich prawych ludzi w morze cynizmu, chciwości, zepsucia oraz korupcji. Rytm prozy Lahens jest inny niż u Trouillota, zdecydowanie też odmienny od satyrycznej frazy „Kraju bez kapelusza” Laferriére’a. To książka koncentrująca się wokół tego, czym jest zaznaczona już szlachetność, ale także w jaki sposób się ją traci. Haiti ukazane jest jako dynamiczny kraj wielu zmian, podążający raczej w złym kierunku, ale czym jest naprawdę definicja zła? „Błogie odwroty” są świetną kompilacją słów, obrazów i muzyki – przywoływanych z zewnątrz jako czytelne odniesienia, ale także wykreowanych przez autorkę oddającą rytm ulicy i różnorodność samego Port-au-Prince.

Co łączy wszystkich wymienianych wcześniej autorów, to przede wszystkim ich ogromna miłość do kraju. Chciałoby się, aby współcześni polscy pisarze eksplorowali każdy odcień mroku z taką dozą czułości, jak robią to haitańscy prozaicy. Yanick Lahens proponuje nam wędrówkę po mieście, które każdego naznacza pewną formą odstępstwa od normatywności. Pewnym rodzajem niepewności co do tego, czy ustalony odgórnie mechanizm moralnych działań w rzeczywistości kieruje się tą moralnością. Jej bohaterowie są zagubieni nie tylko dlatego, że stają wobec nierozwikłanej zagadki śmierci sędziego. Człowieka, który wybrał wbrew układom i zależnościom. Wybrał z umiłowania prawości i odebrano mu życie w nieprawy sposób. To elektryzujące zdarzenie będzie podstawą obserwacji tego, w jaki sposób człowiek reaguje na sytuację graniczną – spotkanie ze śmiercią, która tym razem go ominęła. W kręgu najbliższej rodziny znajdą się ci, dla których odejście szlachetnego człowieka jest jednocześnie odejściem ich samych od społeczeństwa. Ciosem w ich tożsamość, z którą muszą się zmierzyć po zmianie. A spośród tych prywatnych opowieści wydobywa się sugestywny obraz miasta i państwa, które szlachetność zdaje się opuszczać coraz częściej.

Brat denata musiał udać się w podróż – daleko od Haiti, wraz ze swą orientacją seksualną, której nie można było zaakceptować. Po powrocie mierzy się z kolejną formą wyobcowania, ale odważnie odpiera wrażliwość na wstyd, który jego rodzinie kazał odrzucić syna. Córka zmarłego sędziego stara się pustkę po śmierci zapełnić witalizmem, którego ze swym dźwięcznym głosem jest kojącym uosobieniem. Żona nieżyjącego nie potrafi już funkcjonować samodzielnie. Traci serce do miasta i kraju, które w tak barbarzyński sposób potraktowały prawość uosabianą przez męża. Ale to tylko kilka z postaci tej polifonicznej narracji. Odzwierciedlającej różnorodność nastrojów i przeżyć, lecz oddającej także rytm życia, w którym o osobistą godność i uporządkowanie trzeba czasem bardzo bezkompromisowo walczyć.

Lahens portretuje więzi rodzinne i społeczne, łącząc je ze sobą, sugerując coraz to nowe związki, czasem bezlitosne powiązania. Haiti nie daje zamknąć domowych drzwi przed tym, co oferuje jako państwo czy społeczność. W Haiti każdy jest wyrazicielem różnorodności i jakakolwiek autonomia jest trudna do zachowania. A jednak w tym dynamicznym tyglu jest miejsce na indywidualne pragnienia oraz marzenia. Każdy może być kim chce, ale nikomu nie udaje się stworzyć z siebie w tkance społecznej tego, z kogo inni byliby zadowoleni. Jest u Lahens bardzo dużo goryczy i egzystencjalnej niepewności jutra. Jest też osoba z zewnątrz, która usiłuje oddać lokalne nastroje, a doświadcza czegoś, czego nie spodziewałaby się po wylądowaniu na tej wyspie wciąż pulsującej własnym rytmem.

Yanick Lahens opowiada o przestrzeni, w której – jak twierdzi jeden z bohaterów – „żyć znaczy przyzwyczajać się do upadków”. To mocne stwierdzenie usytuowane potem w tej prozie bardzo mocno. Symboliczny upadek wiary w praworządność uosobiony jest przez rozpoczynający powieść zgon. Brutalna śmierć, która odbiera porządek funkcjonowania nie tylko najbliższej rodzinie. A potem odkrywamy, jak wiele kompleksów, bolączek i wstydu kryje się w życiorysach tych, którzy mają jeszcze to szczęście oddychać i mogą cokolwiek zmienić. Pośród polifonii głosów, różnorodnych zdarzeń, plastycznie sportretowanego chaosu i wciąż zmieniającego się obrazu wielkiego miasta. Czy „Błogie odwroty” to zatem książka o cieniach wszechobecnych upadków? Interesujące jest to, w jaki sposób Lahens pochyla się nad słabościami swoich bohaterów. Jak opowiada o tym, kiedy słabość może stać się groźna i przemienić w destrukcyjną siłę.

Zgiełk i chaos nabierają w tej powieści innego znaczenia. Wydobywa się z nich coś trwałego, coś niezmiennie trudnego do uchwycenia przez bohaterów. Yanick Lahens opowiada o kraju, w którym każdy zderzy się z instynktami innych. Także ludzi, którzy instynktownie opowiedzą się po stronie tego, co prawe i uczciwe. A także o konsekwencjach takich deklaracji w codziennym życiu. Krótka, ale intensywna powieść, z którą spędza się jeden pasjonujący wieczór. I nic to, że ponownie opowiada o Haiti część tego, czego dowiedzieliśmy się między innymi u Trouillota. Ważny jest rytm przekładu i budowanie napięcia. Jedna z wartościowszych literacko próz zagranicznych tego roku.

2018-09-12

„Lud. Z grenlandzkiej wyspy” Ilona Wiśniewska


Wydawca: Czarne

Data wydania: 5 września 2018

Liczba stron: 232

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Opowieści z lodu

Napisać o Grenlandii to wyzwanie. Opowiedzieć tę wyspę w jakimś ogólnym kontekście – właściwie niemożliwe. Ilona Wiśniewska w swoim trzecim reportażu o Północy daje wyraz temu, że można zniuansować zarówno warunki życia, jak i ludzką mentalność tego rejonu świata, ukazać jego zaskakującą różnorodność, ale przede wszystkim po raz trzeci i kolejny raz inaczej opowiedzieć o skomplikowanych związkach samotności z koniecznością współistnienia z innymi i z nawiązywaniem silnych relacji. Reportaż o Grenlandii to próba zrozumienia siebie w tymczasowości. Jednocześnie bardzo osobisty tekst o wyłanianiu się z mikrospołeczności i wydobywaniu się z zimnej bieli. Tak jak morze przychodzi do Grenlandczyków tylko wtedy, kiedy zrobi się cieplej, tak Wiśniewska tkwi w pewnej dwuznaczności – będąc stale obecna i zadając pytania, jednocześnie odsłania portretowaną społeczność, w której się znalazła, dopiero po pewnym czasie i w sprzyjających warunkach.

Autorka stacjonuje w Uummannaq i przez pryzmat tej miejscowości opowiada o kraju tak różnorodnym, jak różnorodne może być odbieranie przez człowieka o specyficznej wrażliwości tego, co białe, zimne, nieoswojone i dzikie. Ale znajduje się tam przede wszystkim z powodu domu dziecka, wokół którego funkcjonowania będzie koncentrowała się cała książka. To miejsce stanie się tu figurą retoryczną i stylistyczną opowieści. Problem odtrącenia, egzystencjalnego osamotnienia, dziecięcych deficytów w bliskich relacjach oraz idące za tym specyficzne wyobcowanie. To kwestie, którymi można się posłużyć, portretując grenlandzkie społeczeństwo. Tych, którzy na północy witają się, potwierdzając swoje człowieczeństwo. Często się śmiejących, co rzadkie dla ludzi Północy, ale jednocześnie żyjących w ciszy. Bez większego kontaktu z emocjami, bo emocje to słabość, a życie na Grenlandii podporządkowane jest przede wszystkim przetrwaniu. Mamy zatem ludzi silnie ze sobą związanych przez specyfikę warunków atmosferycznych i ludzi, którzy doprowadzają do tego, że domy dziecka są w tym mało zaludnionym miejscu bardzo liczne, a symboliczne odrzucone przez najbliższych dziecko trochę definiuje charakter funkcjonowania na co dzień każdego mieszkańca Grenlandii.

Opowiadając o grenlandzkich kulturze, naturze i społecznej tożsamości Ilona Wiśniewska nie unika trudnych tematów, choć mam wrażenie, że bardziej je punktuje, niż wchodzi w głąb. Chodzi na przykład o problem samobójstw, zwłaszcza wśród młodych ludzi. Dramat ukazywany światu w mglistych dekoracjach mrozu i chłodu, który posłużył jako kanwa sugestywnej powieści Anny Kim „Anatomia pewnej nocy”. Jest mowa również o wykorzystywaniu seksualnym – w tym dzieci przez swoich rodziców. Także z dyskretnym nakreśleniem, skąd bierze się forma barbarzyństwa, której reporterski obraz zawiera na przykład przejmujący kryminał Madsa Pedera Nordbo „Dziewczyna bez skóry”. Sygnalizowana są także ta lokalna szorstkość w relacjach i to, że Grenlandczycy często nie analizują swych działań, gdyż po prostu muszą działać. Portretując Uummannaq, autorka proponuje jednak spójny wizerunek dobrze funkcjonującej czułej dla siebie społeczności, która źle i brutalnie może traktować tylko swoje psy. A jednak to Grenlandczyk stał za zabójstwem Birny Brjánsdóttir, które niedawno wstrząsnęło islandzką opinią publiczną, utwierdzając zagranicę w bolesnych stereotypach dotyczących życia i funkcjonowania ludzi, o których świat przecież wie naprawdę niewiele choćby dlatego, że są na co dzień wprawni w milczeniu. O tym, jak świat, a przede wszystkim Dania, od której zależna jest Grenlandia, widzą ludzi zimnej wyspy, będzie w tej książce całkiem sporo. Bez punktowania, z dużym zaangażowaniem w ten akurat problem.

Autorka „Hen” stara się za wszelką cenę pokazać, że ma w sobie silaqarpoq – to cecha człowieka naprawdę czującego otoczenie, będącego w nim mentalnie i dostrzegającego każdy istotny niuans. Przeprowadzi ciekawe rozmowy z ludźmi pracującymi w domu dziecka, ale także z tymi, którzy znaleźli się w Uummannaq na skutek różnych zawirowań życiowych. Mimo ludzkiej rotacji ta grenlandzka miejscowość nie ma cech Longyearbyen portretowanego w pierwszym reportażu Wiśniewskiej. To społeczność zżyta ze sobą, znająca się doskonale. Stwarzająca sobie poczucie bezpieczeństwa. Dająca kredyt zaufania jak zamarznięte morze, które pozwala jeździć po tafli lodu taksówkom. Autorka dość szybko zyskuje zaufanie ludzi, z którymi mierzyć się będzie z wszechogarniającą bielą, specyficzną pustką, twardym lodem i codziennym wyciem psów. Nie wiem, jakimi umiejętnościami prospołecznymi się wykazuje, ale mam wrażenie, że kochając Północ, jest w stanie dotrzeć do każdego jej mieszkańca – bez względu na to, jak bardzo chciałby on odciąć się od otoczenia, co w surowych zimowych warunkach często jest po prostu gwarantem przetrwania.

„Lud” to jednak zbiór wielu interesujących opowieści. Portretujących Grenlandię bez uogólniania, wydobywających z pytań kolejne pytania. Myślę, że po dwóch reportażach obrazujących rejony Północy autorka chce także zrobić coś z formą, by nadal była ona nowatorska, i tutaj pojawia się pewien dyskomfort czytelniczy. Chodzi o ukazanie związków otoczenia z językiem i zobrazowanie Grenlandii w taki sposób, by z literatury faktu uczynić trochę lingwistyczne dzieło sztuki – z oryginalną frazą i obrazowaniem tego, jak operuje się słowem w grenlandzkich warunkach. Już samo użycie homofonu w tytule – całkiem trafne i intrygujące – sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z pewnymi formalnymi eksperymentami w obrazowaniu otoczenia. Jest to zauważalne i akceptowalne, ale efektem są zaskakujące spotkania ze zdaniami. Dość karkołomne metafory jak „zbieram rękawem kurtki resztki naszej rozmowy” zderzają się z całkiem trafionymi porównaniami „rozsiadam się w składni jak w zimnie”. Zdaję sobie sprawę z tego, że te wszystkie zabiegi mają uatrakcyjnić formułę reportażu, jednak w obliczu obrazowania surowego i prostego krajobrazu oraz wyjątkowo prosto opowiadającego o rzeczywistości języka grenlandzkiego wyglądają one trochę na ekstrawagancję. A przecież cała książka to świadectwo pokory, dużej empatii i umiejętnego stawiania pytań, choć tym razem to i autorka będzie przepytywana przez miejscowych, którzy będą w swej ciekawości bardzo bezpośredni.

Ta książka to też świetny – w swych fragmentach subiektywnych refleksji i opisu – przykład tego, jak Grenlandia oddziałuje na przybysza, co czyni z jego mentalnością i sposobem oglądu rzeczywistości. Jak zmienia patrzenie na rzeczy praktyczne i jak modyfikuje myślenie abstrakcyjne – zwłaszcza związane z przewidywaniem. To reportaż o trudnej geopolitycznie sytuacji dzisiejszej Grenlandii, ale przede wszystkim historia miejsca starającego się za wszelką cenę ochronić swą tożsamość. Wyjątkową pośród miejsc Północy tworzących dla swych społeczeństw surowe prawa. Prawa i obyczaje Grenlandczyków są przede wszystkim oparte na związku z naturą. O tym także jest ta książka.

2018-09-10

„Lusterko, ramię, kierunkowskaz” Dorthe Nors


Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 22 sierpnia 2018

Liczba stron: 208

Przekład: Elżbieta Frątczak-Nowotny

Oprawa: twarda

Cena det.: 29,99 zł

Tytuł recenzji: Życiowy drogowskaz

Ta interesująca duńska powieść obyczajowa przyciąga uwagę nie tylko intrygującym tytułem. Także szalenie ciekawą metaforą, jaką jest uczenie się przez główną bohaterkę prowadzenia samochodu, oraz świetnie funkcjonującą symboliką jej zawodu: tłumaczki poczytnych książek, do których sama nie ma przekonania. Dorthe Nors proponuje formalnie bardzo prostą narrację, a jednocześnie opowieść głęboko poruszającą. Taką historię o kobiecych samotności i wyobcowaniu, w którą wkraczamy z dużą dozą empatii. Duńska pisarka obrazuje te dwa najważniejsze motywy w bardzo różnych płaszczyznach. Wydobywa bohaterkę z przeszłości, do której pozornie nie ma już powrotu, i umieszcza w wielkomiejskich frustracjach Kopenhagi. Ale przede wszystkim w relacjach, a raczej próbach tych relacji. To mała książka o wielkich trudnościach i dużych wątpliwościach każdego z nas – niezdolnego do wyjścia naprzeciw światu. Temu światu, który stanowił iluzję pewnej ucieczki i poczucia bezpieczeństwa. Nors portretuje to wszystko w bardzo zwyczajny, chwilami nawet nonszalancki sposób. A jednak opisywany dramat jest niezwykle przejmujący, nie ma w nim nic z groteskowości, absurdalności, nie jest wycieniowany zdaniami zmierzającymi w stronę truizmów czy nudy. Lusterko, ramię, kierunkowskaz” to opowieść o kobiecej niewidzialności, o udręce sztucznych relacji i tęsknocie za tym, co było szczere, prawdziwe, zapamiętane i niemożliwe już do powtórzenia. Zgrabna, nienarzucająca się powieść ze świetnie rozpisanym zakończeniem. Taka literatura, która zjednuje, bo jest czuła na detale, ale opowiada o doświadczeniu uniwersalnym. Sprytnie, bo w bardzo subiektywny sposób.

Sonia skończyła czterdzieści lat. Ma za sobą nieudany związek emocjonalny i lata wrastania w specyficzną formę samotności, w której umeblowała i uporządkowała życie, ale nie znalazła prawdziwego kontaktu ze sobą, swoimi potrzebami. Ma za sobą szereg trudnych doświadczeń, ale przede wszystkim próbę odmiany swojego losu egzemplifikowaną przez przeprowadzkę do stolicy ze wsi, której w dawnym kształcie już nie ma. A może nie ma świata, jaki Sonia zapamiętała. Kopenhaga jest jej obca na kilka sposobów. Tak jak obcy jest samochód, który próbuje oswoić. Problemy z jazdą nie wynikają tylko z winy obcesowej instruktorki, z którą Sonia ma więcej wspólnego, niż gotowa by się była do tego przyznać. To nie tylko problem ze zmianą biegów i płynnym włączeniem się do ruchu. Perypetie niedoszłej właścicielki prawa jazdy pięknie opowiadają o rozterkach bohaterki w nieoczywistym wymiarze i kontekście. Sonia wychodzi naprzeciw nowemu doświadczeniu. Wszystko, co osiągała, było nowe i nie do końca oswojone. Dzisiaj pozostaje egzystencjalna pustka i pytania o to, w czym można wyrazić siebie. A także do czego dążyć. Przecież jest silna. Nigdy się nie poddaje.

Sonia boleje nad utratą kontaktu z rodziną. Rodzice są tu jedynie nakreśleni w pewnym wymownym tle, ale ważna jest próba odnalezienia się w relacji z siostrą. Kate została tam, skąd Sonia się wydobyła. W miejscu, w którym zawsze wszystko było takie samo, miało te same kształty i znaczenia, nie stawiało wymagań, nie wymagało podejmowania trudnych wyborów. A jednak wybór Soni naznaczył ją na całe życie. W anonimowej Kopenhadze wciąż wspomina smak cukru pudru wgniatanego w chleb i jelenie z rodzinnych stron. Kate pozostała tam, skąd Sonia za wszelką cenę chciała się wydobyć, ale może zachowała wszystko to, co siostrze z metropolii tak doskwiera swoim brakiem?

Dorthe Nors interesująco rozprawia o bezradności i bezużyteczności słowa w wyrażaniu przejmującego smutku wynikającego z faktu, że nikt nie dostrzega nas takimi, jakimi naprawdę jesteśmy. Bohaterka powieści tłumaczy słowa, które są jej obce. One jednak znajdują licznych wielbicieli. Ten kod przekładu, z jakim zmaga się Sonia, jest potem językiem zrozumiałym dla wszystkich. Podobnie jest także ze sferą przemyśleń, które kobieta Nors próbuje przenieść do życia. Sonia ma w sobie historie, ale nie potrafi ich opowiedzieć. Tkwimy zatem w klaustrofobicznym nieco klimacie osaczenia tej kobiety przez samą siebie. A jednak jej zmagania z tym, co uwiera i deprymuje, stają się bardzo wyraziste, coraz bardziej zrozumiałe, ostatecznie zaś – przekładalne na język odczuć i emocji, z którymi każdy może się zidentyfikować.

„Lusterko, ramię, kierunkowskaz” to także historia borykania się z umiejętnością łapania równowagi, co zaznacza fizyczna przypadłość bohaterki. Sonia chwieje się i kołysze, choć stara się iść wyprostowana, trzymać gardę i nie zdradzić się z żadną swoją bolączką. To dochodzenie do siebie po tym, jak zaburzona zostaje postawa wyprostowana, także ma interesujące znaczenie. Być może bohaterka dochodzi do siebie po zniszczeniu równowagi proponowanej przez miejsce, z którego za wszelką cenę chciała się wydobyć. A może w tym braku balansu chodzi o coś zupełnie innego. Tak czy owak Nors bardzo ładnie i umiejętnie cieniuje także smutek swojej bohaterki, nie epatując nim, ale dochodząc do momentu, w którym jest już za ciężki do udźwignięcia. Dla Soni czy czytającego o jej losach? Myślę, że to historia, w której rolą odbiorcy jest nie tyle współodczuwanie, ile wydobycie z siebie odpowiedzi na pytanie o to, co stanowi o istocie spełnionego życia: lokalizacja, właściwe relacje, zdobyte umiejętności czy może uporządkowana przeszłość, do której nie trzeba wracać, bo nigdy nie trzeba było od niej uciekać?

Zarzutem stawianym tej powieści może być statyczność i to, że w jakiś sposób jest niewyraźna. Ale to tylko pozory. Rzadko ujmują mnie książki o oczywistych kwestiach napisane w dość oczywisty sposób. Tutaj wszystko jest w przewidywalnych miejscach i oczywistych proporcjach, a jednak ładunek emocjonalny skryty pod chłodną narracją ma tu naprawdę wyjątkową moc i jest to taka mała powieść, która zostaje na długo w głowie. Z całą swoją oczywistością, a także formą, za którą stoi mimo wszystko kilka zagadek, a także wyszczególnione już interesujące metafory.  

2018-09-06

„Dreamland. Opiatowa epidemia w USA” Sam Quinones


Wydawca: Czarne

Data wydania: 22 sierpnia 2018

Liczba stron: 520

Przekład: Maciej Kositorny

Oprawa: twarda

Cena det.: 54,90 zł

Tytuł recenzji: Oblicza nałogu

Spędziłem z tym reportażem kilka dni. Jest brawurowy i bardzo panoramiczny. Obrazuje problem amerykańskiego społeczeństwa, który zastanawia, bulwersuje, ale przede wszystkim intryguje skalą zasięgu, a także mechanizmami doprowadzającymi do takiej intensyfikacji opisywanych zjawisk. Sam Quinones opowiada nam o tym, jak Ameryka uzależniła się od środków przeciwbólowych, a potem ciężkich narkotyków na bazie tychże, i wykonuje naprawdę świetną robotę, ale uważam, że jest zbyt drobiazgowy. O ile wielu reporterów można posądzać o niedostateczne zaangażowanie w prezentowany temat, o tyle Quinones jest w swojej książce za bardzo skupiony na detalach. Nie służy to strukturze, albowiem pojawiają się męczące powroty do wciąż tych samych kwestii i opowiadanie o tym, co zostało już przedstawione i doskonale przez czytelnika zrozumiane. Amerykański reporter chce przeanalizować kilka zasadniczych tropów: skąd wzięła się popularność opiatów w Stanach Zjednoczonych, kto dał przyzwolenie na ich dystrybucję, w którym momencie wymknęła się spod kontroli, dlaczego pojawiło się zielone światło dla nadużywania leków walczących z symptomami, a nie źródłami problemów, i kto ostatecznie odpowiedzialny jest za to, że ściśle określone rejony USA pogrążyły się w opiatowej gorączce, wciągając w nią nie ludzi z marginesu, lecz dzieci białych, uprzywilejowanych obywateli tworzących pozornie uporządkowane rodziny.

Autor wielokrotnie powraca do zaznaczonych już kwestii i na przykład obsesyjnie wręcz portretuje wciąż na nowo środowisko meksykańskich imigrantów odpowiedzialnych za wyjątkowo sprawną i skuteczną dystrybucję środków uzależniających. Podoba mi się koncepcja przedstawienia losu jednego z nich jako nadbudowy do szerzej formułowanych rozważań, ale historia młodziutkiego Enrique odnajdującego perspektywy i możliwości w dostarczaniu Amerykanom opiatów jakoś ginie w tej wieloaspektowej opowieści, która chwilami przypomina dość hermetyczną rozprawę, bardzo drobiazgową, niekoniecznie skierowaną do masowego odbiorcy.

Masowe jest jednak uzależnianie się Amerykanów od leków na ból. Quinones świetnie obrazuje, w jaki sposób z pojęciem ludzkiego bólu mierzyła się medycyna, jak wychodziła mu naprzeciw i jakie błędy popełniła, by likwidować ból szybko, lekko, za wszelką cenę. Bo ogrom zjawiska przedstawionego w tym reportażu wychodzi przede wszystkim od ludzkiej potrzeby ulgi. Lek przeciwbólowy zaczyna być przepisywany z wyjątkową niefrasobliwością. Korzystają z tej pomocy ci, którzy niekoniecznie jej potrzebują, podczas gdy zmagający się z naprawdę wielkim bólem nie uzyskują niezbędnej pomocy, gdy analizuje się skutki uboczne specyfiku przynoszącego ulgę. „Dreamland” portretuje te rejony USA, w których pojawiło się wyjątkowo dużo przypadków uzależnień od leków i idących za tym heroinowych destrukcji organizmu. Przytacza zastraszające, ale i niesamowite w swej wymowie dane. W jakiś sposób fascynujące jest śledzenie, dlaczego Ameryka poddała się dyktatowi środków uzależniających. Widzimy to z perspektywy gabinetów lekarskich, działań koncernów farmaceutycznych, drogi dystrybucji tych środków i w końcu z perspektywy organów śledczych walczących z naprawdę zorganizowaną przestępczością meksykańskich dilerów oraz skutkami niefrasobliwości lekarskich powodujących zgony młodych ludzi, których rodzice potem wolą milczeć na temat tego, w jaki sposób stracili dziecko.

Tytułowy Dreamland jest miejscem stworzonym w Portsmouth w Ohio, gdzie przy basenach spotykali się ludzie różnych statusów majątkowych, tworząc przestrzeń równości i beztroski. W miejsce tego, co wypracowano, pojawia się jednak pustka. Absolutna destrukcja ideałów takich jak równość, swoboda i bezproblemowe życie. Portsmouth zapada się w piekle uzależnienia od opiatów. Zrujnowane marzenie o pięknym życiu w zadowolonym społeczeństwie zamienia się w „królestwo ćpunów”. To miasto ogniskuje w sobie wszystkie problemy, których opisaniem w szerokiej skali zajmie się Sam Quinones. Mrówcza praca i wyraźna konsekwencja w działaniu pozwalają mu napisać książkę o tym, jak działają mechanizmy uzależnienia, jakie mają społeczne uwarunkowania, ale przede wszystkim o tym, że lekarze świadomie wprowadzający swych pacjentów w stan uzależnienia nie są potem gotowi przyznać się do tego, iż – obok dilerów – byli jednymi z architektów przedwczesnych śmierci i rodzinnych dramatów.

„Dreamland” – choć to reportaż drobiazgowy – interesująco prezentuje problemy w bardzo szerokiej skali. Czytanie tego reportażu to będzie nie tylko frapująca podróż po środkowych rejonach Stanów Zjednoczonych wraz z wyprawami do Meksyku. To także osadzona w historii, kulturze i polityce opowieść o przyzwalaniu na niszczenie obywateli. O tym, jak bezradne są struktury pomocowe, i o tym, jakie konsekwencje idą za tym, że osoby uzależnione umieszcza się w więzieniach, a nie na profesjonalnych odwykach. Quinones bardzo dokładnie obrazuje często absurdalne i groteskowe działania mające na celu zdobywanie i gromadzenie środków uzależniających. Pokazuje łatwość, z jaką te środki trafiały do odbiorców. Okazuje się, że w niektórych rejonach USA pierwszymi dilerami stawali się emeryci widzący spory zysk w tym, by sprzedawać swoje recepty na leki przeciwbólowe.

Ale jest to też opowieść o tak zwanej czarnej smole, o bolesnym i bezkompromisowym cyklu uzależnienia, który niszczy dużo więcej niż silny lek przeciwbólowy. Myślę, że jest to bardzo ciekawa rozprawa o tym, w jakiej kondycji emocjonalnej i mentalnej znajduje się amerykańskie społeczeństwo, gdzie z taką intensywnością i ekspansywnością rozwinęło się zjawisko nie tyle niepokojące, ile naprawdę przerażające. Autor w posłowiu sugeruje, co może być prawdziwym lekiem na całe opiatowe i heroinowe zło jego kraju. Przyznać trzeba, że unika uproszczeń, choć finałowe przesłanie jest właśnie takim uproszczeniem. Jestem pod dużym wrażeniem efektu trzyletniej pracy reportera kryminalnego, ale jednocześnie też czuję się przemęczony wynikami tego prywatnego śledztwa, w których meksykańscy dilerzy i walki o usankcjonowanie właściwej pomocy dla uzależnionych pojawiają się za często i w tych samych ramach. „Dreamland” to zatem częściowo reportaż przesytu, ale także solidna literatura faktu o wstydliwych aspektach nałogów, w które wpada się zupełnie nieprzewidywalnie i nie są one przypisane do żadnej grupy społecznej, konkretnej lokalizacji czy układu zależności.

2018-09-03

„Psy ras drobnych” Olga Hund


Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 10 września 2018

Liczba stron: 120

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 33,90 zł

Tytuł recenzji: Słabość i porządkowanie

To kolejne po „Roku na odwyku” Katarzyny T. Nowak kobiece świadectwo funkcjonowania w zamkniętej przestrzeni szpitalnej, w której priorytetem jest uczynienie życia takim, aby było znośne i dało się je prowadzić w obszarze stwarzającym sporo niebezpieczeństw. Książka Nowak jest raczej relacją, historia Olgi Hund to emocjonalna impresja. Autorka punktuje to, co charakterystyczne w szpitalu psychiatrycznym, ale nie skupia się na detalach – one bardziej służą temu, by w dwuznaczny sposób opowiedzieć o krajobrazie emocjonalnym bohaterki, która chce się zmierzyć z własną pamięcią, jej zanikami, niebezpieczeństwem zapominania siebie w trudnej albo i niemożliwej do wyleczenia chorobie. Także szpitalny oddział jest naznaczony stanem chorobowym. W tej narracji będzie on również toczony czymś z pogranicza urojenia i szaleństwa. Struktura oddziału zarysowana zostanie groteskowo, ale z widoczną dbałością o szczegóły. Po to, by pokazać, że półżycia pacjentek to także mroczne świadectwo miejsca opresji, w którym niektórzy chcą się schronić, inni jak najszybciej zeń wydobyć. Rzadko kiedy z poczuciem, że wyzdrowieli i że świat na zewnątrz nie będzie już jak u Sartre’a, inni nie będą już piekłem nie do zniesienia.

„Psy ras drobnych” to introwertyczna proza, która nie rości sobie prawa do stawiania diagnoz, jakichkolwiek ocen. Opisywany system opieki medycznej to pretekst do tego, by zmierzyć się z tym, co zapamiętane, i po jakimś czasie nabierające odpowiednio wartościowego znaczenia. Bo pamiętać to częściowo rozumieć swoją przypadłość. Odmienność i trudność tak zwanego normalnego funkcjonowania. Jeden z pacjentów na oddziale zadaje pytanie o to, czym jest szaleństwo i tak zwana psychiczność. Olga Hund zdradza, jak wiele szaleństwa kryje się w szpitalnych salach i na szpitalnych korytarzach. W miejscu, które samo nie jest zdrowe i nie potrafi uzdrowić. Bo na niemoc nie pomogą kolaże, wieczorki muzyczne, a nawet czytanie przecenionego Karpowicza. Szpital jest innym, dodatkowym monstrum szaleństwa. A w nim ludzie ze swoimi maniami, fobiami, rozmaitymi obliczami rozpaczy i pragnieniem, by kurczowo uczepić się czegoś, co wydaje się normalne.

Bohaterka książki skrywa bolesny ślad po mamie, bo właśnie po niej ona sama trafia do szpitala psychiatrycznego. Pobyt w nim nazwany jest „wczasami dla smutnych dzieci”. Smutek przyjmuje wiele form, a potrzeby i pragnienia pacjentek są czasem tak proste, że aż infantylne. A jednak to opowieść o tym, co najważniejsze i najtrudniejsze do zdobycia: o namiastce równowagi psychicznej. Tej zaburzanej w prawdziwym świecie przez powinności, rachunki do zapłacenia i sprawy do pilnego załatwienia. W szpitalu – przez tę duszność i nudę, w której kryje się bezradność systemu zajmującego się schorzeniami duszy tak kompletnie niepasującymi przecież do systemowych danych. Zbiorowość sportretowana przez Hund określana jest również jako antyarka. Na niej ludzie przygnębieni i zbędni. Z tej mikrospołeczności nie wydobędzie się nic, co wzmocni tak zwaną normalną społeczność w codziennym życiu. Ci ludzie żyją z poczuciem ciągłej ucieczki. I uciekają na oddział, gdzie upływ czasu nie jest istotny. Nie ma niczego, co należy wykonać, z czego się wywiązać. Tu pozostaje grzeczne łykanie leków i podporządkowanie rytmowi szpitalnego dnia.

Jest pewien oswojony porządek i jakaś pewność tego, co proponuje szpital. Ale tylko jeśli chodzi o wytyczenie ram funkcjonowania. Zrzucenia z siebie odpowiedzialności, choć przecież brać ją trzeba za każdym razem, kiedy staje się przed obliczem lekarza, terapeuty, konfrontuje z ważnymi kwestiami na spotkaniach społeczności. Z drugiej jednak strony portretowane miejsce funkcjonuje w absurdalnej wręcz formie groteskowości: wspomniany test na depresję albo opis rozmowy lekarza z pacjentem podczas obchodu. Nie można uciec od tego, co tkwi w głowie, ale można swoje lęki racjonalizować. Szpital temu sprzyja, choć jest innym niż codzienne życie wyzwaniem dla funkcjonowania. Jest w nim może więcej empatii, bo przecież wszyscy mają tak samo. Czy znajdziemy tam bliskość, solidarność? Bardziej przejawy tej bliskości, jakieś niezwerbalizowane oczekiwania. Poza tym jest jakaś zastępcza pustka. Ale nie jest tak źle, jak bywało poza szpitalnymi murami.

Olga Hund opowiada o kobietach, które nie mogą patrzeć na siebie, ale najczęściej spoglądają w siebie – nie chcą konfrontacji z tym, co je przywiodło na oddział, choć doskonale wiedzą, że na tym oddziale musi do tej konfrontacji dojść. W ramach oszukiwania czasu pozostają czynności zastępcze. Jałowe rozmowy przy papierosie. Wzajemne obserwacje. Tworzenie towarzyskich frontów sympatii. Rozumienie, że cierpienia są różnorodne, choć szpital chce być uniwersalny i na łóżkach obok kłaść ludzi odmiennych stanów i potrzeb. Hund opowiada o dużym nasileniu niepewności oraz o rozczarowaniach. Nie chce dla bohaterki współczucia, nie wierzy też w jej zrozumienie. Ta opowieść składająca się z krótkiego punktowania kolejnych dni pobytu w zamkniętej przestrzeni jest opowieścią o uwalnianiu się wewnętrznych demonów, które tak bardzo ograniczają, same pozostając wciąż niewidzialne.

Dlatego „Psy ras drobnych” to ważna narracja, osobista i dość odważna, odsłaniająca pewną intymność, ale starająca się przede wszystkim udowadniać, że zmagania z chorobami duszy to także zmagania z tym, co i jak pamiętamy. Struktura książki odzwierciedla kompulsywną walkę o porządek wspomnień. Hund stara się udowodnić, że walka o pamiętanie siebie w najbardziej nawet trudnej do uniesienia formie jest konieczna i potrzebna. Bo mierzyć się ze sobą to mierzyć się z tym, jak się siebie zapamiętało. Szpital psychiatryczny jest źródłem możliwości, frustracji, ale poprzez pewne absurdy potrafi ukoić rozpacz. Ważna i potrzebna książka o tym, że choroba duszy nie wyklucza ważności i potrzebności nas jako ludzi. Jest strasznie, przygnębiająco, ale też momentami śmiesznie. Na pewno niejednoznacznie, bo nie wydaje mi się, aby opowieść Olgi Hund miała być tylko tym, czym pozornie jest – relacją z miejsca wewnętrznej batalii. Ta batalia nigdy się nie kończy, a ta książka powinna uzmysłowić, jak wiele samozaparcia jest potrzebne, by walczyć wciąż na nowo i o to samo.


PATRONAT MEDIALNY

2018-08-31

„Pan Odutek i inne opowiadania” Iwona Partyka


Wydawca: Novae Res

Data wydania: 23 sierpnia 2018

Liczba stron: 224

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 27 zł

Tytuł recenzji: W kalejdoskopie doznań

Iwona Partyka zmienia nieco tonację oraz styl po dynamicznej, przesyconej ironią i groteską powieści „Mroczna tajemnica Don Orestesa Gonzagi Greco”. Nadal jest uważną obserwatorką życia, ale pisanie jego kroniki tym razem ogranicza do bardzo kameralnych obrazów wydobywających się z jej opowiadań. O ile we wspomnianej powieści ważna była zbiorowość, o tyle tym razem najważniejsze będą prywatne historie zazębiające się jedynie z dwiema lub trzema innymi, ale daleko tym tekstom do oddawania dynamiki zbiorowości. Chodzi o indywidualne doświadczenia – unikatowe, ale także uniwersalne. „Pan Odutek i inne opowiadania” to dwanaście historii o tym, jak przemija czas w naszej wyobraźni, jak różny jest rytm tego przemijania i jak często nie jesteśmy gotowi na zmiany – nawet wówczas, gdy dokonujemy ich często i dość odważnie. Bohaterowie nowych historii Partyki są wyjątkowo różnorodni i to podkreśla tę niezwykłą umiejętność autorki, by opowiadać o każdym odcieniu życia przez pryzmat odmiennych biografii. Są tu ludzie u schyłku życia – jak bohaterki „Cichej nocy” czy „Lekcji u Madame Fleur”, ale także ci gotowi zaczynać wszystko od nowa – jak świeżo upieczona matka z „Wiesia” czy bohaterka „Imprezy u Dżeka” mogąca stworzyć nową relację z kimś, kto kiedyś dał jej wolność, a dziś potrzebuje opieki, by jego serce biło tak żywo jak jej podczas spotkania sprzed laty. Mamy dzielnych marynarzy, dla których każdy kolejny dzień jest odkrywaniem czegoś nowego, i mamy wspomnienie o kimś, kto przez całe życie konsekwentnie planował rozstanie z nim. Mamy także bardzo różnorodne tony tych historii. Najbardziej subtelną, ukrytą w symbolach i niedopowiedzeniach, Partyka snuje w „Ogrodniku”. Najbardziej dowcipną, a jednocześnie ironiczną opowiada w „Prezencie”, w którym doskonale obrazuje, jak trudno naprawdę wydobyć coś z siebie w relacji z drugim człowiekiem.

To opowiadania o skomplikowanych relacjach, ale także wyjątkowych spotkaniach. Odbywają się one w bardzo różnorodnych okolicznościach i za każdym razem są intensywne. Zderzenia mają formę różnorodnych dramatów – w niektórych narracjach ludzie uczą się od siebie, w innych mogą tylko wspominać i nie rozumieć, są też tacy obok siebie przez lata, ale jakby nieobecni, niemożliwi w swym zamknięciu i bardzo wrażliwi na każdą formę naruszenia ich bezpiecznej przestrzeni. Partyka zręcznie łączy motywy narodzin i śmierci. W opowiadaniu „Habibi” jedno wręcz następuje po drugim, wywołując całą sekwencję przemyśleń i rozliczeń z samymi sobą tych, którzy doświadczyli okrucieństwa śmierci noworodka. „Anioł” czy „Cicha noc” poruszają kwestię samobójstwa. W pierwszym z tekstów jesteśmy gdzieś w oddaleniu od tego aktu, ale staramy się zrozumieć, jak bardzo dramatyczny był, bo wciąż na nowo pisany przez lata w wyobraźni samobójcy. W drugim tekście chodzi bardziej o godność samostanowienia. O to, że w swej nieporadności człowiek może zdobyć się na ostatni akt heroizmu, pozbawiając się dalszych cierpień. Iwona Partyka stawia bohaterów w sytuacjach granicznych, w których kształt życia się zmienia. Pora zastąpić nawyki czymś nowym. Jeszcze nie do końca pojętym. Albo też zdecydować o końcu ostatecznym. Poza niego nie jest w stanie wyjść już żadne słowo tych opowiadań.

„Pan Odutek i inne opowiadania” to też historie o różnych formach kompromisu. „Anioł” czy „Kajman znad rzeki Xingu” opowiadają o nich w bardzo różnej konwencji. Centrum uwagi staje się takie przemodelowanie życia, by zapewnić poczucie stabilności nie tylko sobie. Bohaterowie tych opowiadań są zamknięci na wiele bodźców z otaczającego świata, ale unikają pułapki egocentryzmu. Znajdują się w zmiennych i trudnych relacjach. Nie tyle muszą, ile chcą się czegoś nauczyć od innych. W tym znaczeniu opowiadania Iwony Partyki to dwanaście opowieści o tym, że ludzka samotność może być stanem umownym – zawsze wtedy, gdy damy sobie szansę na to, by wysłuchać drugiego człowieka albo przynajmniej mu się przyjrzeć, dzięki czemu nie jesteśmy samotni. Autorka nie szarżuje tragikomicznym tonem, jak robiła to całkowicie celowo w swojej powieści. Wprowadza jedynie elementy gorzkiej groteski i specyficznej formy poczucia humoru. Trudności życia opisywane w tych historiach nie są przecież do zniesienia w śmiertelnej powadze.

Najbardziej zapada w pamięć przejmujący „Anioł”, który każe zadać sobie pytanie o to, jaką mamy szansę zatrzymać przy życiu kogoś zdeterminowanego, by odejść. Równie duże wrażenie robi poetycka i subtelna historia o utracie zawarta w „Ogrodniku”. Opowiadanie „Lekcje u Madame Fleur” to historia konfrontacji z trudnym rodzajem pamiętania i z traumą niesioną ze sobą zawsze, nie zawsze za to możliwą do opowiedzenia. Te trzy historie są wyjątkowo sugestywne i w nich Partyka opowiada chyba najbardziej kameralnie; gdyby czytała te teksty, mogłaby je szeptać nam do ucha. Nie sposób zestawić i porównać poszczególnych narracji, bo każda jest wyjątkowa w stylu i formie, a niektóre – na przykład „Habibi” – mogłyby być zaczynami całkiem interesującej powieści.

Zanika sztuka różnorodnego opowiadania o świecie w obrębie jednej książki. Zmniejsza się też potrzeba czytania opowiadań, bo mają to do siebie, że dość szybko ulatują z pamięci. Myślę, że w tym wypadku będzie inaczej, jeśli pozwolimy sobie uświadomić, że te teksty mówią czasem o naszych rzeczach pierwszych, a niekiedy tych zasadniczych, nad którymi się nie zastanawiamy. W bardzo wieloznaczny sposób. Iwona Partyka potrafi nie tylko z lekkością zmieniać frazę, budować różne rodzaje napięcia i przykuwać uwagę na kilka sposobów. Opowiada przede wszystkim o tym, że życie jest pewnym kalejdoskopem doznań, w którym nie musimy się odnajdywać, ale warto dojrzeć jak najwięcej jego kolorów. Także tych mrocznych, bliskich czerni. One wszystkie tworzą różnorodność świata. Tego świata, z którym ktoś się żegna, a ktoś wita. Wciąż trwającego bez względu na ludzkie dramaty i prywatne apokalipsy. Ważne jest również to, że Partyka pozostawia spory margines interpretacji przy każdym z opowiadań. Świetnie pisze o tym, jak człowiek może być silny i słaby jednocześnie. Udowodniła to w powieści, tym razem udowadnia nieco inaczej w opowiadaniach. Historiach zmyślonych o prawdziwej goryczy życia, z którego musimy wydobyć to, co najlepsze, by potem wiedzieć, co godnie pożegnać.


PATRONAT MEDIALNY

2018-08-29

„Trzecia siostra” Joanna Marat


Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 23 sierpnia 2018

Liczba stron: 456

Oprawa: miękka

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Mnogość tajemnic

Czytanie tej powieści jest w jakimś stopniu męczące nie tylko dlatego, że w zasadzie żadna z bohaterek nie wzbudza sympatii i z losami żadnej nie można być jakoś blisko. To trochę tak jak z „Nieczułością” Martyny Bundy i jej kobietami – mogłem tylko obserwować z dystansu, nikt mnie do świata przedstawionego nie zaprosił. Tu dodatkowo zgubiłem się w całej mnogości kobiecych losów. Autorka ułatwia nieco zadanie pod koniec powieści, ale i tak do tej pory myślałem, że to raczej autor rozpisuje sobie drabinkę zależności między bohaterami, a nie musi tego robić czytelnik. A tutaj musi. Bo ugrzęźnie. Całkowicie się pogubi. Portretowanych losów – kobiet przede wszystkim – na przestrzeni całego dwudziestego stulecia jest po prostu za dużo. Ta mnogość zupełnie się nie broni w kontekście odsłaniania tajemnic teraźniejszości. Trzecia siostra” proponuje mozolne autorskie dłubanie w rodzinnych koligacjach, ale nie opowiada żadnej naprawdę interesującej historii, bo jej bohaterki, te żyjące, okopują się w swoich szańcach, tkwią wciąż w tych samych uprzedzeniach i idiosynkrazjach, nie są dynamiczne, nie frapują po prostu. Joanna Marat miała na pewno duże ambicje i chciała stworzyć dość spektakularną panoramę losów kobiet zmagających się z trudnościami oraz tym, czym jest ich własna tożsamość. Ostatecznie zaproponowała powieść przesytu. Za długą, zbyt zawikłaną i dość zaskakująco prostą w ostatecznym przesłaniu. Czy trzeba poświęcić kilka wieczorów, by przyjrzeć się jej kobietom i temu, co przeżywają? Niekoniecznie.

Początek obiecuje bardzo wiele i naprawdę przykuwa uwagę. Dwie siostry czekają na lotnisku na tę trzecią. Jedna z nich nie może wytrzymać napięcia oczekiwania, druga otrzymuje na powitanie chłodną obojętność, która jest wyjątkowo bolesna. Wszystkie trzy kobiety są skłócone, nie znoszą swojego towarzystwa, mają do siebie pretensje i bardzo ciekawie portretowane są pobudki ich niechęci – te istotne, wydobywające się z mroków historii rodzinnej pomieszane ze zwyczajnymi i płytkimi, bo siostry sobie zazdroszczą, są zwyczajnie zawistne o kompletnie nieistotne drobiazgi. Intensywność negatywnych przeżyć przedstawiana jest przede wszystkim w zachowaniach, nie w słowach. To wszystko jest jednak interesujące tylko do pewnego momentu. Iskrząca atmosfera napięć, wzajemnych zarzutów, niuansowanej niechęci i niezrozumiałych początkowo powodów przedstawionej atomizacji – wszystko robi doskonały wstęp do tej powieści. Potem wkracza już historia. Jej obsesyjne eksplorowanie. Niewiarygodne pobudki, dla których kobieta przylatuje zza oceanu po wielu latach nieobecności, by pogmerać w starych zapiskach – na ile są rzeczywiście tak ważne, pokaże to ciąg dalszy książki. Albo nie pokaże.

Zmierzam do tego, że wbrew spektakularnemu otwarciu nie jest to powieść aż tak absorbująca i zasadnicze zaangażowanie, jakie wymusza, to zaangażowanie w rozszyfrowywanie, kto był dla kogo kim, i porządkowanie faktów, w których insynuacje zlewają się z ważnymi oraz nieważnymi zwrotami akcji. A wszystko ma mieć jakieś niezwykłe wyjaśnienie w tym, co jest obecnie. Czy trzy kobiety różniące się od siebie wiekiem, temperamentem i sposobem życia będą w stanie ujrzeć w sobie kogoś innego, niż widziały do tej pory? Czy nieżyjąca matka, której pogrzeb koncentruje siostry, rzeczywiście odegra tak ważną rolę, jak można przypuszczać, czytając o enigmatycznych wyimkach z jej życia?

„Trzecia siostra” jest opowieścią o fatum i przypadku. O błędach naznaczających życie kobiet w kolejnych pokoleniach i o nieumiejętności zwyczajnego wybaczania. Kumulacja negatywnych emocji i nastrojów sięga zenitu. Natalia przybywa do Polski w celu wydobycia okruchów czasu przeszłego. Ona wie wszystko, dużo rozumie. Agata jest pośrodku. Z jednej strony ma głęboką awersję do przeszłości, z drugiej jednak wciąż zadaje sobie pytania o relacje siostrzane, których fundamentem może być coś, o czym ona nie wie. Najmłodsza Miłka jest chyba największą histeryczką i jednocześnie najbardziej papierową postacią w tej powieści. Skryła się pod habitem, aby uciec od matczynej nieczułości. Od nieczułości sióstr i wszystkich ludzi, którzy nie byli w stanie dać jej tego, czego oczekiwała. Miłości, zrozumienia, szacunku.

To, co przeżywają trzy siostry, to uniwersalne doświadczenia smutku, utrat i życiowych traum, które są uzasadniane przez losy ich przodkiń. Powtarzalny jest ból wywołany odtrąceniem i powtarzalna obcość, jaką mogą względem siebie wykształcić najbliższe przecież osoby. Joanna Marat wikła nas w zbyt wiele opowieści i pozostawia na naszych barkach za duży balast bolesnych wspomnień. Celowość tego wszystkiego jest trudna do uzasadnienia, kiedy patrzy się na to, jak z relacjami wspomnianych kobiet tu i teraz autorka próbuje sobie poradzić. Stworzyć z tego mocną powieść obyczajową, która staje się kroniką przypadków odrzucenia i niechęci niesionych przez kobiety latami. Latami także niewyrażalnych.

Marat momentami nazbyt teatralnie dramatyzuje i nie waha się szantażować emocjonalnie czytającego, wplatając część historii w mrok nieludzkich warunków przetrwania na przykład w czasie drugiej wojny światowej. Obsesyjne poszukiwanie prawdy o sobie w tym, co się wydarzyło i co jest bardzo zagadkowe, też jest narzędziem utrzymania napięcia, które nie do końca się sprawdza, gdy powieść gra wciąż w tych samych rejestrach narracyjnych. Tymczasem jej teraźniejsze bohaterki pozostawione są trochę same sobie. Jakby musiały na siłę wywinąć się z tych karkołomnych wolt narracyjnych osadzonych w czasie przeszłym. Zupełnie to do mnie nie przemawia. Nie jest atrakcyjne ani twórcze na żadnym poziomie – poza wspomnianym początkiem, który rozegrany jest naprawdę po mistrzowsku. „Trzecia siostra” to monumentalna opowieść o kobiecym bólu istnienia, reakcjach emocjonalnych na fałsz i oszustwa, ale także o dwuznacznościach w zachowaniu, które mogą być właściwie zinterpretowane dopiero po latach. Bardzo ciekawy materiał i sporo do uniesienia. Pod warunkiem że uda się wejść w ten świat przedstawiony, co bez notatnika i długopisu jest chyba niemożliwe, bo grozi całkowitym zagubieniem. Tak jak ginie trochę czytelnicza empatia – zwłaszcza do sióstr, które szczędzą empatii samym sobie.

2018-08-27

„Rozstanie” Katie Kitamura


Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 22 sierpnia 2018

Liczba stron: 288

Przekład: Maciej Świerkocki

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: To, czego już nie ma

Napisać o rozstaniu coś nowego, co nie będzie go trywializować, to duża sztuka. Katie Kitamura podejmuje się tematu, wokół którego narosło wiele niebezpiecznych stereotypów, i odnosi się wrażenie, że autorka podtrzymuje jeden z nich, mówiący o tym, że mężczyźnie łatwiej jest po rozpadzie związku – lepiej funkcjonuje, szybciej godzi się ze stratą. Tyle że mężczyzna w tej powieści funkcjonuje bardzo enigmatycznie. Kitamura skupia się przede wszystkim na pejzażu emocjonalnym opuszczonej kobiety. Próbuje w tej powieści wydobyć ciekawe intymne niuanse z doświadczenia uniwersalnego, o którym trudno – jak zaznaczyłem – napisać coś wyjątkowo twórczego. „Rozstanie” zbudowane jest na retrospekcjach, obserwacjach otoczenia, opisie skomplikowanych przeżyć porzuconej kobiety, ale także na bardzo ciekawie skonstruowanej akcji, która zaskakuje wydarzeniami i czyni z tej powieści rzecz wyjątkowo wieloznaczną. Kitamura odsłania niejasny status związku, który już się rozpadł, ale jeszcze nikt o tym oficjalnie nie wie. Niezaznaczenie tego faktu w przestrzeni publicznej jest jednocześnie udręką kobiety, która najpierw nigdy nie była pewna uczuć partnera, a teraz chce go skłonić do konfrontacji, wydobyć z niego ważne słowa albo zmusić do nazwania ruin ich związku i usankcjonować jego ostateczny koniec.

Bohaterka poszukuje odpowiedzi na ważne pytania w przestrzeni jakby mało istotnej, na jakimś marginesie życia greckiej prowincji, gdzie nie zapuszcza się już żaden człowiek i gdzie otoczenie to zgliszcza po pożarach. To symboliczny obraz tego, jak wygląda świat wewnętrzny angielskiej tłumaczki decydującej się odnaleźć męża, z którym chce omówić warunki uzyskania rozwodu. Wszystko toczyłoby się w jakimś przewidywalnym kierunku, gdyby nie zaskakujące zrządzenie losu. Kobieta staje wobec wielkiego wyzwania. W obliczu faktów musi otworzyć się na nowe wahania, określać inaczej swoje wątpliwości, ale przede wszystkim zmierzyć z pozycją osoby porzuconej.

Christopher zawsze ustalał, jak świat ma widzieć ich małżeństwo. Ich relacje dla otoczenia były jego kreacją, ale nie zadbał o to, by cokolwiek w tych relacjach pozostało prawdziwe po zamknięciu drzwi przed wielkim światem. Ona była z nim na tyle blisko, by poznać wszystkie wady partnera. Także jego niestałość emocjonalną, tendencję do zdrad. Christopher budował swoją sztuczną charyzmę, nie dbając o uczciwość relacji małżeńskich. Nie pogłębiając ich. Jego czar był czarem pozorów i w tym fasadowym świecie ona musiała odnaleźć swoje miejsce. A teraz mierzy się z tym, że nie ma już żadnej wspólnej przestrzeni przeżyć czy uczuć. W miejsce pustki szybko pojawia się nowy romans. Ale jest też miejsce na wiele wątpliwości. Zaskakujących pytań o istotę i funkcję związku, który tak nieudolnie został stworzony i w konsekwencji się rozpadł.

Katie Kitamura opowiada o mężczyźnie zaintrygowanym ludźmi po życiowej stracie, który po raz pierwszy doświadcza jakiejś utraty osobiście. Ale to nie jemu będzie oddany głos, lecz tej, która próbuje porządkować i racjonalizować niepokoje wynikające z tego, że rozpadło się coś, co być może nie miało nigdy racji bytu. Amerykańska pisarka intrygująco prowadzi nas przez świat przeżyć anonimowej bohaterki: widzimy, jak uważnie obserwuje ona nową rzeczywistość, w jakiej się znalazła, jak śmiało fantazjuje o czymś, co niekoniecznie mogło się w niej wydarzyć. Spalona słońcem Grecja to miejsce, w którym kobieta musi radzić sobie po destrukcyjnym pożarze emocji. Pozostają zgliszcza i pamięć. Próbujemy zrozumieć, jak konstytuował się związek i co stanowiło o jego końcu. Ale przyglądamy się także kobiecie niepewnej swoich decyzji i postanowień. Nie ma jakiegoś logicznego, czytelnego i publicznego określenia, że związek należy już do przeszłości. O tym, że para rozpadła się już dwie obce sobie osoby, nie wie praktycznie nikt. Nie zostało też nazwane to, co zrujnowało małżeństwo. Nie została odprawiona swego rodzaju emocjonalna żałoba po nim.

Katie Kitamura podkreśla w tej powieści, jak złożone są nasze decyzje i zachowania wpływające na destrukcję związku. Opowiada o tym, czego boimy się przed rozstaniem i tuż po nim. Wykorzystuje dygresyjność, by w zawoalowany sposób opowiadać o tych niepewnościach i mrocznych tajemnicach ludzkiego losu, które w jakiś sposób zawsze są odpowiedzialne za rozstanie. Zwraca uwagę także na rozumienie tego słowa i nadawanie pojęciu nowych sensów. Wszystko w dość zagadkowej, tajemniczej atmosferze. Zbliżającej tę powieść do narracji z lekka sensacyjnej, ale nie odbierającej jej intymnego charakteru.

To też interesująca autorska rozprawa z oczekiwaniami i wyzwaniami związanymi z tym, co kobieta powinna, a czego nie powinna robić w separacji. Bohaterka książki przełamuje stereotypowość. Jest w pewnym stopniu niefrasobliwa i naprawdę zagubiona, ale mimo wszystko pewna swojej wartości. Wcale nie ma to związku z tym, że tuż obok kształtuje się nowa relacja i bohaterka może się wtulić w kolejne ramiona. Nie. Chodzi o specyficzny rodzaj niepewności, która powinna wzbudzać wyrzuty sumienia i sugerować jakieś większe egzystencjalne zagubienie. Nie ma tego jednak, choć jest duża doza niepokoju – wszystko wokół, pośród greckich pejzaży, zdaje się opowiadać historię końca związku zupełnie nie tak jak widzi go porzucona kobieta. Zastanawiamy się z nią nad tym, czym tak naprawdę jest to porzucenie, jak wiele w związku z tym można unieść i co jest nie do zniesienia. Na pewno swego rodzaju wyrzuty sumienia. I lęk przed tym, jak będzie wyglądał świat bez niego.

„Rozstanie” to dość statyczna powieść, którą Kitamura mocno ożywia w połowie. Zmienia się punkt widzenia na nakreślone sprawy i zasugerowane emocje. To książka trochę przełamana na pół w swym smutku i melancholii. Opowieść w gruncie rzeczy o umiejętności godzenia się z nimi. Ale także o tym, czym jest osobne życie, gdy zakończona relacja wzbudza niepokój – bardzo wieloznaczna w swym czasie przeszłym, tak zagadkowa w tym, co teraz, w pustce i ramach konwencji nazywających to rozstaniem.