Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2019-10-18

„Hana” Alena Mornštajnová


Wydawca: Amaltea

Data wydania: 25 października 2019

Liczba stron: 305

Przekład: Tomasz Grabiński

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: W cieniu śmierci

Alena Mornštajnová napisała powieść, która ściska za gardło. Ilekroć czytam o potwornościach Auschwitz, za każdym razem wciąż na nowo nie wierzę w to, z czym się konfrontuję. Stale i uparcie zadaję sobie pytanie, jak to wszystko było możliwe. A „Hana” prowadzi mnie przez świat koszmarnych doświadczeń Holokaustu w taki sposób, że wszystko, co przecież doskonale już znam z literatury i historii, na nowo staje się doznaniem jakiejś okrutnej inicjacji. Dlatego ta powieść tak bardzo oddziałuje na emocje. Obrazuje okrucieństwa wojny widziane oczyma ludzi, którzy najpierw nie są w stanie uwierzyć, potem wierzą iluzji, a na koniec są skonfrontowani z brutalnością nicości. „Hana” to przejmujący raport ze świata, w którym śmierć zdominowała życie. Opowiada także o życiu zdeterminowanym przez śmierć. Ale przede wszystkim o tym, że po traumatycznych doświadczeniach Auschwitz można jednak odnaleźć dla siebie ratunek. Można znów uwierzyć w to, że życie ma wartość i że warto żyć.

Alena Mornštajnová proponuje dwie uzupełniające się narracje. Dwóch kobiet doświadczonych odejściem bliskich ludzi i jednocześnie bardzo dalekich sobie mentalnie. Jedna z kobiet jest w zasadzie dziewczynką, bo losy Miry poznajemy wówczas, gdy uważnie przygląda się światu, przed którym chce ją chronić nadopiekuńcza matka. Symboliczne chodzenie po krach – robienie czegoś zakazanego, ale jednocześnie przywodzącego na myśl ryzyko utraty stabilności i pewności – to obraz dalszego życia Miry, które w pewnym momencie się stabilizuje, a ta metafora przechodzi na jej ciotkę, Hanę Helerovą. To ona – „czarna zmora” – musi zaopiekować się dziewięciolatką po rodzinnej tragedii. W tej dwójce to właśnie dziewięcioletnia dziewczynka będzie musiała powiedzieć „damy radę”. Jej życie staje się cudem. Czy odczaruje mroczne poczucie winy i niechęć do życia, które u ciotki ukształtowały doświadczenia drugiej wojny światowej?

Czeska autorka interesująco portretuje dziewczynkę, której historia rodzinna ukryta jest pośród niedopowiedzeń. Ta dziewczynka stanie się dorosłą kobietą gotową szukać odpowiedzi i zrozumieć to, jakie doświadczenia ukształtowały jej rodzinę. Nastoletnie życie w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku szybko przekształca się w dojrzałość, na którą Mira nie jest gotowa, ale przyjmuje ją z pełną odpowiedzialnością, bo na niej spocznie rola tej, której nie zdążyła tak naprawdę poznać. A obok ciotka. Jedyna krewna. Kobieta, która chciałaby zniknąć. Wiecznie w czerni, milcząca, odrzucająca wszelkie dynamiczne przejawy życia. Hana skonfrontowana z obowiązkiem opieki nad kimś, kogo do tej pory nie darzyła uczuciem. Ale jednocześnie postawiona w trudniejszej konfrontacji. Zmuszona do tego, by zmienić życie w cieniu śmierci. Odnajdująca cień nadziei na to, że można normalnie funkcjonować. Wstrząsające wspomnienia Hany są dowodem na to, że wydobyła się ze świata, w którym śmierć zawłaszczyła jakiekolwiek przejawy witalizmu.

Mornštajnová stawia sobie trudne zadanie. Chce odnieść się do doświadczeń Holokaustu, ale ukazać je czytelnikowi jako rzecz zupełnie nieprzewidywalną, a potem niemieszczącą się w zdrowych granicach pojmowania świata. Udaje jej się to. Hana – straumatyzowana przez Auschwitz – jest nie tylko ofiarą. Jej losy obrazują wyjątkową bezradność połączoną z siłą, a także serią zaskakujących zbiegów okoliczności, dzięki którym bohaterka zachowuje życie. Istnienie naznaczone śmierciami, do których – w swoim mniemaniu – się przyłożyła. Dręczące Hanę wyrzuty sumienia z powodu losu tych, którzy mieli mniej szczęścia, to ciąg posttraumatycznych doświadczeń, z którymi bohaterka powieści nie jest w stanie sobie poradzić.

„Hana” opowiada o tym, że można wydobyć się z obozu Auschwitz martwym. Można iść przed siebie, oddychać, przyglądać się ocalonemu światu, ale być w kręgu śmierci, z którego nie jest się w stanie wydostać, kiedy doświadczyło się tak skrajnych form okrucieństwa. Dlatego bohaterka Aleny Mornštajnovej przede wszystkim cierpi. Jej egzystencja jest wspomnieniem traumy żegnania się z tymi, którym nie było dane przetrwać. To także historia kobiety, dla której śmierć stała się doświadczeniem granicznym, bo związała się ze wszystkimi czułymi uczuciami, po jakich nie został ślad. „Hana” to wyjątkowo wstrząsające świadectwo osamotnienia – jego obraz widzimy w tak zwanych normalnych, jeszcze przedwojennych warunkach życia, ale przede wszystkim w czasie, w którym wojna staje się już tylko wspomnieniem. Nie wdziera się jakoś nagle w świadomość i doświadczenia Miry. Dziewczynka zupełnie nie rozumie zachowań swojej wycofanej i lękliwej ciotki. Hana również nie jest w stanie zrozumieć, kim ma być dla niej dziewczynka, która kiedyś zagarnęła miłość siostry cudownie ocalonej przed koszmarem, z jakim musiała zmierzyć się Hana.

Alena Mornštajnová opowiada o poczuciu winy za przeżycie. Wydobywającym się z przerażającego piekła, w którym marzy się już tylko o tym, by nie istnieć. Obozowe doświadczenia bohaterki skonfrontowane są z nadziejami i możliwościami życia w Czechosłowacji, która w swym komunistycznym kostiumie ponownie zaczyna przypominać mroczną przestrzeń uwięzienia. Ale to nie jest książka o tym, jak mrok i niewola zabijają człowieka. Bardziej o możliwościach po życiowej traumie. O tym, że doświadczenie śmierci innych może być boleśniejsze niż ostateczny koniec, a ten znowu może naznaczyć życie w taki sposób, że staje się ono pełną lęków i zwątpienia wegetacją. „Hana” to także opowieść o kobietach z dwóch pokoleń, które musiały podjąć się wielu wyzwań i zobowiązań samotnie, bez jakiejkolwiek pomocy czy wsparcia. To zatem książka o sile przeciwstawienia się nicości i odchodzeniu. Tak skonstruowana, że najpierw przeraża, potem… Alena Mornštajnová doskonale sportretowała kobiecą niepewność i wyobcowanie, które potem stają się czymś dającym siłę. Tu nie ma prostych metamorfoz, choć „Hana” jest o możliwościach, o doświadczaniu czegoś innego, lepszego. Dlatego to mądra książka nie tyle o przywiązaniu do życia, ile o tym, w jak zaskakujący sposób ono samo może nas przywiązać do siebie.

Mamy tu także do czynienia z rozprawą na temat pamięci – tego, w jaki sposób i jak intensywnie pamiętamy traumę. Bohaterki Mornštajnovej chcą albo rozpaczliwie zapomnieć, albo dokładnie i na całe życie zapamiętywać. Jest to również opowieść o tym, że pamięć o nieludzkich doświadczeniach Holokaustu nigdy nie stanie się czymś oczywistym. Wydobyte zostają te aspekty okrucieństwa, które wciąż na nowo wzbudzają niezgodę i strach. „Hana” to historia okrutnego oddalenia się od bliskich. O utratach, które zrekompensować może tylko nowe życie. Albo życie pozbawione widma i oddechu śmierci. Niezwykle przejmująca książka.

PATRONAT MEDIALNY

2019-10-16

„Zaraz będzie po wszystkim” Grzegorz Uzdański


Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 18 września 2019

Liczba stron: 224

Oprawa: twarda

Cena det.: 36,99 zł

Tytuł recenzji: Szkice opowieści

Debiutancka powieść Grzegorza Uzdańskiego, jakkolwiek uważnie portretująca skomplikowane relacje między matką a córką, była dla mnie prozą stagnacji. W „Wakacjach” nie było po prostu historii, były słowa i próba uczynienia z tego pomysłu pełnokrwistej powieści. Pomyślałem sobie przy lekturze tamtej książki, że te wszystkie niedopowiedzenia mogą być celowe, że będzie kontynuacja historii, że to po prostu szkic powieści i nic ponad to. Tymczasem druga książka tego autora rozczarowuje jeszcze bardziej. W „Wakacjach” Uzdański nie powiedział nic nowego i naprawdę ważnego o istocie skomplikowanych form komunikacji bohaterek, za którymi stały ich nieopisane prawdziwie traumy, neurozy i lęki. Z „Zaraz będzie po wszystkim” – książki o starości, zupełnie zatem innego projektu i konceptu – także nie dowiedziałem się niczego istotnego o tym, co mogłoby skłaniać do głębszych refleksji i przejmować, bo każdy albo prawie każdy z nas starości po prostu się boi, więc chcielibyśmy przeczytać coś, co pozwoli może myśleć o niej inaczej. Przypomina mi się jedna niezbyt udana próba ujęcia tematu w książce „Dom Czwartego Przykazania” Dariusza Papieża, gdzie pojawiła się pewna panoramiczność problemu. Uzdański stawia jednak na kameralny dramat, ale i tak rozczarowanie przypomina trochę doświadczenie lektury Papieża. Oto bowiem historia, w której wypunktowane są wszystkie oczywistości związane z jesienią życia – jest związana z bólem i upokorzeniem, niewydolna służba zdrowia jedynie pogłębia frustracje, każdy starszy człowiek to wyeksponowana fizjologia, a jego opiekunowie są przemęczeni, źle opłacani i mało empatyczni wobec tych, za których biorą odpowiedzialność. Ogólnie bycie starszym człowiekiem to koszmar bycia zbędnym, a ci, którzy są najbliżej, niekoniecznie mają możliwości czy predyspozycje, by to poczucie zbędności niwelować.

Co poza tym? Niewiele. Jakiś motyw zdrady przewijający się obsesyjnie i w niezbyt zrozumiałym celu, bo o zdradzie wspominają wiekowa bohaterka i jej opiekun wolontariusz oraz spędza ona sen z powiek doświadczonej opiekunce starszej pani. Każda z postaci zarysowana jest bardzo nieczytelnie. Z nich wszystkich oczywiście najciekawsza jest Jadwiga, którą definiują ból i wstyd, a cała jej podmiotowość ukryła się w kompulsywnych wspomnieniach – tam bohaterka wciąż jest odpowiedzialna za swoje życie, może nim kierować i o nim decydować. To wszystko zestawione z jej bezradnością i tym, że nie ma nawet prawa do własności, jej ubrania się gubią, Jadwiga nie jest już określona, nie jest jakaś. Widać ją przez pryzmat wiecznych pretensji, choć tak naprawdę bunt bohaterki to ten bunt wewnętrzny, ta nieuporządkowana, ale wielka siła powrotu do czasu przeszłego. Była kimś i znaczyła coś przedtem, teraz doświadcza już tylko kolejnych lekcji goryczy i bezsilności, nie ma zaś sprecyzowanego „potem”. Jadwiga stała się kimś, kogo można na siłę zacewnikować i komu układa się plan dnia, przeżyć i odczuwania. Jakież to wszystko mogłoby być interesujące, gdyby zostało pogłębione! Bo sama historia byłaby fascynująca, opowiadając o tym, do czego sprowadza się ludzka świadomość w procesie starzenia i jak wielkie pokłady siły oraz emocji wkładamy w to, by nie starzeć się mentalnie. Nic jednak u Uzdańskiego nie przykuwa uwagi. Mimo wszystko nawet Jadwiga. Jakby rzeczywiście została uprzedmiotowiona, nawet w autorskim zamyśle. A przecież nie do takich refleksji chciałby prowadzić odbiorców autor.

Inni ludzie to już jakieś historie oraz biografie włożone do tej skromnych rozmiarów powieści na siłę. Tak, druga książka Uzdańskiego również przypomina powieściowy szkic. Nie jest problemem to, że sporo kwestii to oczywistości, jakich nie trzeba nam obrazować. Chodzi o to, że w „Zaraz będzie po wszystkim” kolejne rozdziały zmierzają donikąd. Nie wiem, czy ma to być empatyczne pochylenie się nad upokorzeniem i boleścią, czy ta narracja ma skontrastować ludzkie problemy, zjednując je w jakiejś uniwersalnej i natrętnej przestrzeni cierpienia po zdradzie, czy może ma to być powieść opisująca tożsamość tylko jako wspomnienie. Albo coś, co dopiero się kształtuje, ale nic nas w tym nie porywa, nie zaciekawia, nie zachęca do rozmyślań.

Trochę to przypomina wprawki pisarskie rozgrywane na oczach czytelnika, kiedy autor wykorzystuje wszystkie trzy typy narracji czy zgrabnie przeskakuje z opowieści o jednym bohaterze do historii tego drugiego. Odnoszę wrażenie, że jest tu za dużo przypadkowości i jakiegoś takiego publicznego mierzenia się z tym, na ile niejednoznacznie można sobie sportretować życiorys czy ludzkie przeżycia. Ta książka jest surowa – jakby nieukończona, a trochę jakby przed pracą redakcyjną. Przede wszystkim jednak – na kilka sposobów niepełna. Punktująca, sugerująca, ale w dużej mierze męczy tym wszystkim i z przykrością stwierdziłem, że tytułową frazę powtarzałem sobie kilka razy, zmierzając ku zakończeniu. A książka nie ma ani zasadniczego początku, ani końca. Są w niej zgrabne zdania, interesujące partie dialogowe, jednak całość to jakiś zaczyn, coś mającego początek, ale zdecydowanie niemającego satysfakcjonującego rozwinięcia.

Grzegorz Uzdański coś usiłuje powiedzieć, ale dowiadujemy się tylko tego, co za bardzo oczywiste. Ani nie zbliżamy się do tego, czym naprawdę jest starość, ani nie jesteśmy w stanie ujrzeć jej w jakimś ważnym świetle. Można sprowadzić historię do kilku powtarzających się motywów i wcale wówczas nie wychodzi jej to na złe. Od początku do końca lektury odnosiłem jednak wrażenie, że wszystko jest tu rozpisane przypadkiem, nieprzemyślane, a przecież sugerujące zamysł i koncentrację na tym, co definiuje Jadwigę i co mogłoby z niej zrobić fascynującą postać. A nie robi. Jadwidze się współczuje. Tomkowi również. Nawet kostyczna w oczach Jadwigi Agata staje się kobietą, którą chcielibyśmy przytulić i powiedzieć, że będzie dobrze. Tylko że nie są to ani bohaterowie, ani historie, po których zostałby ślad. Przykro mi, że muszę powtórzyć to, co sugerowałem w przypadku „Wakacji” – pisanie Grzegorza Uzdańskiego to trochę smutna flauta. W jego książkach zwyczajnie niewiele się dzieje. I nie rekompensują tego zbliżenia z wewnętrznymi dylematami i problemami bohaterów. Nie wiem, co jest nie tak z konsekwencją pisania tego autora, ale ja już po trzecią jego rzecz na pewno nie sięgnę.

I wciąż ta starość, której można byłoby w takiej kameralnej opowieści zasugerować znamię pewnego mrocznego elementu. Tutaj starość to wspominanie, gorycz oraz bycie zapomnianym, nieważnym, istotnym dla jakiegoś systemu, ale dla niczyjej wrażliwości. Grzegorz Uzdański chciał się z empatią pochylić nad czymś, przed czym ludzie uciekają równie kompulsywnie jak Jadwiga ku swoim wspomnieniom. Potencjał „Zaraz będzie po wszystkim” jest dostrzegalny od samego początku. Co z tego, skoro jest to mimo wszystko taka książka, której z wielu powodów nie zapamięta się dłużej.

2019-10-14

„Sztormowe ptaki” Einar Kárason


Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Data wydania: 21 października 2019

Liczba stron: 128

Przekład: Jacek Godek

Oprawa: miękka

Cena det.: 30 zł

Tytuł recenzji: Żywioł i powinność

To krótka i absolutnie zajmująca książka. Oddaje hołd nieposkromionej dzikości natury, ale jednocześnie portretuje tożsamość islandzkich rybaków, stawiając ich w sytuacji granicznej – kreśli zatem obraz bezkompromisowej walki o życie, z której na przekór dramatowi wydobywa się po prostu piękno. Einar Kárason pokazuje niejako trzy struktury. Kondycję psychiczną i fizyczną ludzi zmuszonych do konfrontacji ze sztormem. To, jak zbudowany jest statek, na którym przebiega ta konfrontacja. Potęgę oceanu, lodowatą wodę, która jest śmiercionośna, i naturę niepozwalającą się pokonać. A jednak jest też pewna łagodność w tej miniaturze literackiej. Warto zwrócić uwagę, z jaką czułością islandzki pisarz opowiada o przepełnionym przecież grozą zderzeniu tego, co dzikie i nieokiełznane, z ludzką pragmatycznością. Ten pojedynek fascynuje od początku do końca, choć przerywają go retrospekcje i proza chwilami wyhamowuje w swym niesamowitym rytmie. Kárason ukazuje męstwo oraz odwagę, ale opowiada także o pewnym rodzaju pokory, umiejętności łączenia szacunku do żywiołu i woli walki z nim. Wszystko tak frapujące, że naprawdę nie można się oderwać. Dostojna i bardzo plastyczna proza, do której natychmiast można się przekonać.

Statek rybacki Mewa oczekuje spokojnego rejsu. Wykonania zadań związanych z połowem karmazyna i bezproblemowego powrotu do islandzkiego portu. Każdy myśli o tym, że rejs odbędzie się bez problemów, ale doświadczeni rybacy doskonale wiedzą, czego można się spodziewać. Sytuacji, w których będą zmuszeni do tego, by pokazać całą swoją siłę i determinację w wykonywaniu takiego, a nie innego zawodu. Na pokładzie znajduje się niepewny swej przyszłości oraz roli na statku dziewiętnastolatek. Lárus będzie obserwował to, co dzieje się wokół niego, a potem zmagał się ze sztormem na nieco innych zasadach niż jego doświadczeni koledzy. Inicjacja bohatera będzie jednocześnie konfrontacją z tym, co paraliżuje działania, a z drugiej strony dodaje niesamowitej odwagi, kiedy trzeba zmierzyć się ze specyficzną absolutną bezwzględnością. Chłopak będzie walczył o swoje życie, ale także o przekonanie do tego, by wykonywać ten zawód, czerpać z niego satysfakcję i mieć poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Stąd też ważne jest, co obserwuje i czego wysłuchuje. A sam żywioł, z którym będzie musiał podjąć walkę, może symbolizować jego wewnętrzne demony kwestionujące sens i istotę pracy na morzu.

Ważni są bowiem ludzie, którzy podejmują się tej pracy, gdyż do żadnej innej się nie nadają. Ale nie traktują rybołówstwa jako opresyjnego sposobu zarabiania na życie. Morze i wydobywanie z niego dóbr to swoista filozofia. Praca wymagająca dużo więcej motywacji niż inne, bo w trakcie jej wykonywania dochodzi do konfrontacji z samym sobą. Islandzcy rybacy, których portretuje Kárason, to ludzie świadomie wybierający drogę życia, w specyficzny sposób osamotnieni i godzący się, by morze kształtowało ich sposób patrzenia także na to, co na lądzie. „Sztormowe ptaki” to opowieść o zbiorowości, która jest silna i mężna, ale także zmaga się ze swoimi słabościami, co podkreślają przedstawione zmagania ze sztormem. Widać jednak, że Kárason z dużą dozą empatii przygląda się ludziom uchodzącym za szorstkich i zamkniętych w sobie. Rozhermetyzuje tych, dla których normą funkcjonowania jest skrywanie wszystkich emocji oraz przeżyć wewnątrz siebie.

Z drugiej strony – ekspresyjne i naprawdę zapierające dech w piersiach obrazy żywiołu. Lodowatej wody, która nie zgadza się na żadne kompromisy, dostaje się na statek i symbolicznie do świadomości walczących ze sztormem mężczyzn. Tu jest trochę tak, że morze opowiada ludzkie historie, bo im bardziej intensywnie uderza w burty i pokład statku, tym mocniej angażuje w działania rybaków – widzimy ich z napiętym każdym nerwem i gotowością do zmierzenia się z tym, co ostateczne. Kárason świetnie buduje atmosferę nadciągającego zagrożenia i prezentując niesamowite działania wzburzonego oceanu, chce pokazać także niezwykłość ludzi zderzonych z czymś, czego nie można lekceważyć. To też poruszająca książka o różnych formach intensywności. Chodzi o intensywność życia, przeżywanych i niewyrażanych emocji, intensywność atakującej wody i całego zdarzenia, które możemy odebrać również symbolicznie jako życiową walkę z przeciwnościami losu – bezkompromisową i zmuszającą do srogiej konfrontacji. Po to, by przetrwać, i po to, by ujrzeć siebie potem z innej perspektywy.

Sytuacja graniczna, jakiej doświadczają rybacy, każe im zrewidować życiowe postawy i światopogląd. Dlatego też ciekawe jest, jak funkcjonują zarówno podczas walki z żywiołem, jak i po niej. Kárason obrazuje, czym staje się człowiek w obliczu potęgi natury, ale sygnalizuje także, że każde trudne doświadczenie zawsze zmienia, zawsze jest niezapomniane, wywołuje określone wspomnienie i przemyślenia. Tu jednak cały krajobraz po sztormie – rozumiany bardzo metaforycznie – jest jedynie dyskretnie sugerowany. „Sztormowe ptaki” mają opowiedzieć o specyficznym spotkaniu, mierzeniu sił. O tym, że człowiek w konfrontacji z naturą zawsze musi zmierzyć się z czymś, czego nie rozumie albo nie potrafi zdefiniować.

Poza tym wszystkim to książka napisana paradoksalnie w bardzo spokojnym i stonowanym rytmie. Ten kontrast od początku przykuwa uwagę do powieści. Dysproporcja między zdarzeniami a formą ich opisu pozwala przyjrzeć się sztormowi nieco uważniej. Na statku uwaga skoncentrowana jest przede wszystkim na tym, co konieczne do przetrwania. Czytelnik ma możliwość ujrzenia działań w trochę innym świetle. Rybacy są tym, co wyrażają w swoich czynach, a anonimowa siła natury tkwi gdzieś obok tego – wielka i fascynująca, ale nienazwana, określana jedynie przez kształt oraz siłę. Oni muszą myśleć, analizować swoje działania, także przewidywać i stale być w gotowości, śpiąc po dwie godziny na dobę. Natura po prostu odgrywa swój spektakl – na własnych zasadach i z nonszalancją grozy, która tutaj ujmuje. Podoba mi się u islandzkiego pisarza mierzenie się z pozoru prostą do opowiedzenia historią, w której ukrywa tak wiele – między innymi mówi o ludzkiej godności, harcie ducha, ale także o tym, jak nazywamy i oswajamy swoje słabości. Całość robi wrażenie także dlatego, że jest skondensowana. Kárason niejako punktuje to, co można byłoby kwieciście opisywać. Surowość idzie w parze z pięknem opowieści, a ona sama staje się historią tego, czym jest ludzka powinność, przywiązanie do tego, co się robi, i miłość do pełnej wyzwań pracy.


PATRONAT MEDIALNY

2019-10-11

"Srebrna droga" Stina Jackson


Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 4 września 2019

Liczba stron: 332

Przekład: Emilia Fabisiak

Format e-booka: ePUB i MOBI

Cena w Virtualo.pl: 27,10 zł

Tytuł recenzji: Szwedzka pustka

Szwedzi lubią się bać. Świadczą o tym ogromne w ich kraju nakłady kryminałów, które sprzedają się na pniu. „Srebrna droga” wywołuje jednak inny rodzaj strachu. Nie ma w niej okrucieństw, czytelnie zarysowanej zbrodni czy śledzących zbrodniarza policjantów. Jest strach przed pustką i nieznanym. Strach wynikający z perspektywy niepewności. Krajowa droga nr 95, która łączy Szwecję z Norwegią, stała się tu niemym bohaterem opowieści o najbardziej bolesnej utracie, ale także o bezradności połączonej z determinacją. Ciekawy jest wizerunek szwedzkiej policji, który funkcjonuje w formie oskarżenia i jest nieco groteskowy. Jedyny policjant w tej narracji to rubaszny i ciepły muzułmanin, który udzieli schronienia swojemu przyjacielowi oraz bratersko poklepie po ramieniu w ramach wsparcia. Tak w zasadzie działa w powieści cały wymiar sprawiedliwości w Norrlandii. Miejscu, którego Szwedzi nie znają i którego mogą się bać. Stina Jackson udowadnia, że nie tylko amerykańskie fantazje o bezdrożach Teksasu czy Arizony mogą działać na wyobraźnię i stymulować lęk przed nimi. To wszystko doskonale funkcjonuje w świadomości czytelnika, którego autorka zabiera w podróże po bezkresnej północy Szwecji. Tam, gdzie mieszkają outsiderzy. Ludzie uciekający od cywilizacji. Tam, gdzie między opustoszałymi domostwami swoje prawa narzuca natura, a las zawsze szumi złowrogo. Czuć ten klaustrofobiczny klimat, choć mamy przecież do czynienia z wielkimi otwartymi przestrzeniami. Nieprzypadkowo także Jackson odwołuje się do polarnego światła oraz mroku. Operując prostymi symbolami, opowiada o tym, że poświęcenie dla własnego dziecka może być heroizmem, ale także paranoją.

Konstrukcja tej powieści jest ciekawa o tyle, że w wykorzystanym już wielokrotnie motywie zniknięcia dziecka Jackson stawia przede wszystkim na zobrazowanie dramatu ojca, nie matki. Lelle od trzech lat jeździ tytułową drogą, sprawdzając każde miejsce i analizując każdy ślad, by odnaleźć zaginioną córkę, za której zniknięcie sam się obwinia, ale ten zarzut stawia mu także żona, zdecydowana rozpocząć po tragedii nowe życie u boku kogoś innego. Jeździ przekonany o tym, że nigdy nie należy ronić łez, kiedy jest nadzieja na to, by odnaleźć drugiego człowieka. Odnalezienie córki jest dla niego absolutnym priorytetem. Lina tymczasem była typową szwedzką nastolatką. Znika trochę jak filmowa Laura Palmer, jeśli wziąć pod uwagę to, kto z punktu widzenia narracji staje się tu ważny, kto tworzył ważne relacje z dziewczyną, kto czuje się odpowiedzialny za jej zniknięcie. Lina jest dla ojca nie tylko wyrzutem sumienia. To jego punkt odniesienia, gdy myśli o jakimkolwiek normalnym, uporządkowanym życiu. Brak jest doskwierający i staje się także niszczący. Lelle traci kontakt z rzeczywistością, każdego człowieka odbierając podejrzliwie, w każdym widząc potencjalnego porywacza. Bo w przekonaniu ojca ktoś dziewczynę porwał. To nic trudnego w miejscu, gdzie drogi szutrowe wiodą donikąd, a las snuje swoje przejmujące lamenty nad tymi, którzy pośród niego żyją, i tymi, dla których jest źródłem opresji i lęku.

Stina Jackson niezbyt dba o wiarygodność psychologiczną swoich bohaterów, ale paradoksalnie dzięki temu czyni ich bardziej atrakcyjnymi dla odbiorcy. Widzimy, co determinuje ich działania, skąd wydobywają się ich motywacje, czym jest dla nich życie w Norrlandii i przed czym usiłują uciec. Bo w tej powieści zarysowanych jest wiele tendencji ucieczkowych. Także wśród bohaterów drugiego planu – mam tu na myśli matkę Mei, nastolatki przybywającej na północ niejako z konieczności, czy rodzinę chłopaka, który skradnie jej serce. Lelle obcuje z ludźmi, dla których opisywany rejon Szwecji jest specyficzną przestrzenią wycofania się z życia. Wycofanie głównego bohatera to postawienie wszystkiego na jedną kartę. Lelle jest czujny i nieufny jednocześnie, działa instynktownie, jego życie od dawna nie ma już żadnego porządku ani znamion przewidywalności. Tej za to szukają i przybysze, i ci, którzy mieszkają w sportretowanym rejonie na stałe. Tyle tylko, że północnoszwedzka przewidywalność może nieść w sobie grozę, utrwalając toksyczne relacje albo przekonania…

„Srebrna droga” to także powieść dyskusyjnego zakończenia. O ile dość szybko możemy się domyślić, co tak naprawdę się wydarzyło, o tyle rozwiązania finałowe budzą wiele wątpliwości. Nie chodzi tylko o wiarygodność. Jackson stara się skomplikować zakończenie, aby raz jeszcze podkreślić, że cała rzeczywistość, o jakiej opowiada jej powieść, jest wbrew pozorom bardzo nieprzewidywalna. I myślę, że ta zagadkowość ludzi, czasu oraz przestrzeni przyciągnęła uwagę Szwedów i dała „Srebrnej drodze” status bestsellera. Warto zwrócić uwagę, że autorka bardzo prostymi środkami wyrazu prezentuje rzeczywistość rojeń, fantazji, niedopowiedzeń, strachu, nieufności, ale także tego wciąż wyczuwalnego napięcia we wszystkich relacjach, jakie tu są sportretowane.

To historia z pogranicza thrillera i kryminału, ale tak naprawdę powieść o izolacji oraz samotności. Stina Jackson obrazuje mieszkańców północnej Szwecji jako tych, którzy wiedzą, że muszą być potrzebni sobie wzajemnie, skoro nie są potrzebni światu, żyją na jego peryferiach. Ogromne przestrzenie są bardzo słabo zaludnione. Ludzie są zatomizowani. W kontaktach między nimi zauważalna jest duża doza sceptycyzmu, na przykład w tym, jak odbierają intencje innych. Jest tu miejsce na bliskie więzi, ale z powodu geograficznego adresu mogą one stać się wyjątkowo skomplikowane. W takich dziwnych relacjach może zrodzić się zło. I zło skryte między szumiącym lasem a bezradnymi względem siebie ludźmi Stina Jackson portretuje naprawdę bardzo sugestywnie.

To też literacka fantazja o tym, czym jest ludzka wspólnota, czym potrzeba przynależności do niej, a czym abnegacja rozumiana jako świadome odrzucenie tego, co w surowych warunkach Północy określane jest jako wspólne. Jackson obrazuje świat, w którym bycie skądś jest bardzo ważne, a jednocześnie miejsce, gdzie zacierają się granice między tym, co wspólne, a tym, co indywidualne. Groza tej powieści stworzona została także przez to, że cała narracja koncentruje się na bolesnej nieobecności. Wówczas wrażenie, że jest się wyjątkowo wyobcowanym w mrocznej i budzącej trwogę przestrzeni, bardzo się nasila. Myślę, że „Srebrna droga” to opowieść o miejscach i o ludziach, którzy nie chcą się opowiadać, bo symbolizują to, co niedopowiedziane. Jest w tej powieści dużo gorzkiej melancholii. Jest też sugestia, że cierpienie intensyfikuje samotność, a miejsce samotności to specyficzny rejon doświadczania smutku. Trochę taka Szwecja w tonacji noir, ale myślę, że bardziej interesujące studium tego, na jak wiele różnych sposobów jesteśmy w stanie walczyć z wyobcowaniem tam, gdzie w zasadzie wszystko nim jest. Bardzo niepokojąca powieść. Jej e-book w dobrej cenie oferuje Virtualo.pl

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Virtualo.pl

2019-10-09

„Kwaśne pomarańcze” Oskar Eden


Wydawca: Poligraf

Data wydania: 28 marca 2019

Liczba stron: 342

Oprawa: miękka

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Obrazy codzienności

Debiutancka książka Oskara Edena staje się wyzwaniem już w przypadku samej struktury. Można ją czytać jak zbiór opowiadań. Za tym świadczy fakt, że poszczególne obrazy nie łączą się ze sobą, a bohater nie przenosi nic ze swych trosk, wątpliwości czy dylematów do kolejnego tekstu. A na pewno nie robi tego tak, by było to zauważalne jako pewna linearność. Osobiście odebrałem „Kwaśne pomarańcze” jednak jako powieść. Przede wszystkim dlatego, że wszystkie jej rozdziały napisane są tą samą frazą. Specyficzny styl Edena może wzbudzać pewien dysonans poznawczy – z jednej strony opowiadane są historie przesycone emocjami, z drugiej jednak nie widać ich w ogóle w języku. Składnia autora ma charakter bardziej analityczny, wszystkie zdania są pełne, zamknięte i jednocześnie sugerujące pewną precyzję w nazywaniu czegoś, co absolutnie precyzyjne nie jest. Bo ta narracja – jakkolwiek ją odbierać – to przede wszystkim coś na kształt emocjonalnego krajobrazu dojrzewającego do odpowiedzialności za swoje życie mężczyzny. Człowieka, który w gruncie rzeczy w każdej relacji, jaką stara się zbudować, odczuwa mniej lub bardziej boleśnie swoje wyobcowanie. Dlatego „Kwaśne pomarańcze” są tak ciekawą książką: bo portretując osobność, ukazują jednocześnie, jak wzajemnie się poznajemy, ale i płoszymy w spotkaniach planowanych, przypadkowych, odległych w czasie, trudnych do nazwania i zagadkowych. Bo to rzecz będąca zagadką. Choćby z tego względu wypada potraktować ją jako całość.

Jeśli powieść, to na pewno inicjacyjna z elementami filozofii, ale także z tym gorzkim przeświadczeniem o ludzkiej samotności, która tutaj jawi się trochę jako stan naturalny, ale niedający się zaakceptować. Trudno uznać, że bycie samemu ze sobą może być w dużej mierze satysfakcjonujące. Mężczyźni w tych tekstach albo jeden mężczyzna – zróżnicowany konstrukt pisarski autora skrywającego tu zapewne jakieś autobiograficzne historie – to uosobienie podróży, w której z jednej strony doznaje się gorzkich rozczarowań innymi ludźmi, z drugiej jednak wciąż na nowo uczy się odbierania tych ludzi, jak również szacunku do nich. To proza o różnorodności życia, która tę różnorodność przedstawia przede wszystkim w codziennych scenach, w jakich musimy kimś dla siebie być, założyć jakieś maski albo odważnie prezentować to, co w nas jednocześnie najlepsze i najbardziej wstydliwe. „Kwaśne pomarańcze” świetnie pokazują, ile prawdy o drugiej osobie tkwi w przypadkowym i niearanżowanym kontakcie. Inaczej zachowują się tu bohaterowie względem siebie, gdy ich spotkania są ustalone i mają jakieś ramy, inaczej zaś postrzegają siebie w tych zaskakujących ich samych konfrontacjach.

Jeśli uznać, że bohaterem jest jeden mężczyzna o zbliżonych doświadczeniach i charakterystycznej wrażliwości, możemy zauważyć, że najciekawiej ujawnia się przede wszystkim w relacjach z kobietami. Eden portretuje naiwność (oddanie pieniędzy kobiecie z patologicznego środowiska czy wiara we wspólne życie z dziewczyną spotkaną nad morzem), bezpretensjonalność i niefrasobliwość (umawianie się na randki z kobietami poznanymi w sklepach) czy też ciekawość połączoną z naiwnością (testowanie tego, czym może być prawdziwy związek z płcią przeciwną). Ukazuje mężczyznę niepełnego, którego uzupełnieniem ma być kobiece zainteresowanie oraz kobieca czułość. Nieudane próby budowania związków idą w parze z coraz to nowym pytaniem samego siebie o to, dlaczego tak ważne jest bycie z drugą osobą. Tymczasem w tych wszystkich niefrasobliwych próbach zjednania sobie kogoś, kogo można otoczyć troską, tkwi jednocześnie coś na kształt egzystencjalnej beztroski względem samego siebie. Doświadczenia naprawdę kształtujące mężczyznę Edena to sytuacje, w jakich musi się jednak mierzyć ze sobą, ze swoimi słabościami, czasem ze słabym ciałem, niekiedy ze wspomnieniami tego, kim był w relacji z nieżyjącym już człowiekiem.

„Kwaśne pomarańcze” to opowieść o tym, że życie nie jest banalne i przewidywalne – wbrew temu, co można sądzić, tkwiąc przez dłuższy czas w tej samej pozie, z tymi samymi przyzwyczajeniami. Intrygujący jest prowadzący bohater każdego z tych tekstów. Zderza się z tym, co inni ludzie myślą, robią i mówią, ale te zderzenia są niekonwencjonalne. On sam pośród nich jest jakby przezroczysty. Wchłania w siebie trudne sprawy, mierzy się ze skomplikowanymi dramatami. Jest empatycznym słuchaczem, ale całą wiedzę o sobie zabiera nam trochę sprzed nosa. Jego enigmatyczność wydobywa się z tego, że czasem pozoruje zachowania oraz umiejętnie skrywa w sobie to, co naprawdę myśli. A mimo tej dwuznaczności zawsze jest kimś, kogo definiuje to specyficzne wyobcowanie. Oskar Eden fantazjuje o tym, czy dorastający mężczyzna jest w stanie wziąć odpowiedzialność za siebie, ale także za swą męskość, którą tutaj definiują już relacje – niekoniecznie tylko te z kobietami.

To także książka o tym, jak bardzo wiele czasu marnujemy na gonienie za nieosiągalnym, nie wchodząc w dialog ze sobą i nie analizując, co tu i teraz, w wymiarze najprostszym i związanym z codziennym przewidywalnym życiem, może nam dać zwyczajną przyjemność i satysfakcję z życia. Oskar Eden próbuje także przemycić niełatwą definicję odpowiedzialności za siebie. Jego bohater lub różni bohaterowie nie mają odwagi na to, by ujrzeć siebie wraz z tym, co ich uwiera i co powoduje, że czują się niespełnieni. Z drugiej jednak strony to przecież historia stawania się coraz bardziej zaradnym, przedsiębiorczym, przewidującym i gotowym na nowe wyzwania. „Kwaśne pomarańcze” w bardzo interesujący sposób pokazują, że życie to wieczna niegotowość, ale brak w nim miejsca na to, by tę niegotowość zaakceptować, uszanować i nie walczyć z nią.

Dzięki temu, że mamy tutaj do czynienia z uważnym słuchaczem, jakby zbieraczem cudzych opowieści, tworzy się pewne uniwersalne przesłanie tej książki. Jesteśmy dla siebie i wobec siebie wciąż na nowo zagadkami. Niekiedy frustrującymi, innym razem fascynującymi. Oskar Eden wskazuje, że człowiek to istota społeczna, a społeczeństwo to zbiór trudnych i zaskakujących relacji, których nie analizujemy, ale którym się często biernie poddajemy. To ciekawe, że debiutant może stworzyć tak ciekawą formę, by wyrazić kilka wniosków ocierających się w zasadzie o truizmy. Ale „Kwaśne pomarańcze” to nie jest rzecz o oczywistościach. Autor pokazuje, że żadna oczywista sytuacja życiowa nigdy taka nie jest. A samo życie w tej powieści jest trochę niedojrzałe, jak sugeruje tytuł, a może przede wszystkim kusi słodyczą, za którą skrywa się gorycz. Rzecz warta przeczytania i refleksji. Tym bardziej że jest od początku do końca w oswajalny sposób statyczna. Eden wyraża się pełnymi i pięknymi zdaniami. W nich skryte to, co rozpoznajemy fragmentaryczne, oraz to, co może szpecić albo przerazić. To książka będąca przewodnikiem, któremu ktoś odebrał pewność siebie. Książka pytań i nieoczywistych odpowiedzi. Jakkolwiek oczywiste jest to, do czego się odnosi.

2019-10-07

„Znikająca ziemia” Julia Phillips


Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 4 września 2019

Liczba stron: 336

Przekład: Jolanta Kozak

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wokół nieobecności

Bardzo nietuzinkowa powieść o niepokoju, trudnej pamięci i bolesnych konfrontacjach z rzeczywistością, w której marzenia nie mają nic wspólnego z planami i gdzie dominuje przekonanie, że prawdziwe życie toczy się gdzieś indziej. Tak jak życie dwóch porwanych sióstr, które nigdy się nie odnalazły i którym bohaterki tej panoramicznej powieści udzielają prawa istnienia na własnych warunkach. Bo przecież to niemożliwe, aby Alona i Sofia po prostu zniknęły. Kiedy wsiadają do samochodu nieznajomego mężczyzny w Pietropawłowsku Kamczackim, ich świat staje się światem decyzji porywacza. Tymczasem miasto pamięta tę niebywałą tragedię, spuszczenie z oczu dwóch dziewczynek. Miasto pamięta, co się wydarzyło, i doskonale wie, że będzie miało miejsce jeszcze więcej niepokojących zdarzeń. Miasto jest tu głównym oraz najbardziej fascynującym bohaterem. A w nim oraz wokół niego wątpliwości, przypuszczenia, mroczne fantazje i przede wszystkim bezsilność.

Pomysłowa i doskonale dopracowana do samego końca jest konstrukcja „Znikającej ziemi”. Funkcjonuje trochę jak zbiór opowiadań, jednak Julia Phillips bardzo dba o to, by wielość historii nie wywołała w czytelniku poczucia, że znajduje się w rzeczywistości nadmiaru wątków. Pisarka obrazuje sceny z życia kobiet, które doświadczają czegoś bolesnego, za czymś tęsknią, w coś przestają wierzyć albo czują się przez kogoś zdradzone. Kobiety znajdujące się w trudnym położeniu, tkwiące w niesatysfakcjonujących je relacjach – każda z nich w jakiś sposób powiązana jest z zaginięciem dziewczynek, każda z nich snuje własne fantazje na ich temat. To morze opowieści zamknięte jest hipnotyzującą klamrą kompozycyjną. Dzięki temu proza Phillips nie pozwala złapać oddechu. Tkwimy w pewnym emocjonalnym klinczu i nie dostaniemy tego, czego być może byśmy oczekiwali – jasnych odpowiedzi na kilka ważnych pytań pojawiających się już od samego początku. Klimat wspomnianego niepokoju absolutnie dominuje. Dochodzi do tego nieco klaustrofobiczny obraz współczesnej Kamczatki – ziemi oddalonej od cywilizacji i samej Rosji. Zmagającej się stale z problemami transformacji ustrojowej. Postsowietyzm funkcjonuje tutaj jak stygmat, ale także punkt odniesień pełnych sentymentu i przekonania, że Kamczatka była inna, gdy Rosja była wielką jednością. Półwysep w prozie Phillips jest jednak samotny i wyobcowany jak prawie wszystkie bohaterki tej książki. Opowiedzieć o poczuciu bycia osobnym przez pryzmat biografii oraz opisów dzikiej i surowej przyrody Północy – to wielka sztuka i autorka „Znikającej ziemi”, debiutantka przecież, poradziła sobie z nią doskonale.

Wspomniane dziewczynki znikają. Ale wcześniej zniknął ktoś jeszcze. Nie w największym mieście półwyspu, lecz na dalekiej prowincji. Tej, której mieszkańcy w dużym mieście wstydzą się swojej eweńskiej spuścizny. Bycie autochtonem na Kamczatce jest opresyjne. Z oddalonych od Pietropawłowska miejscowości dochodzą oczywiście rytmy życia, ale ta pulsacja jest dużo słabsza. Kamczacka prowincja jest miejscem, z którego uciekają miejscowi, i jednocześnie punktem wypraw zafascynowanych naturą turystów z metropolii. To określenie brzmi groteskowo, jeśli spojrzy się na liczbę mieszkańców Pietropawłowska Kamczackiego, jednak w tej powieści to naprawdę ogromne miasto. Niespokojne, pełne absurdów, ale również mrocznych tajemnic. Miasto, w którym znikają dwie dziewczynki, i po tym zniknięciu nic nie jest już takie samo. Kobieta musi baczniej rozglądać się wokół siebie. Kobieta jest narażona na większe niebezpieczeństwo. Kobieta musi zadbać o to, by jej bliscy czuli się bezpiecznie. Nawet wtedy, gdy sama drży z lęku albo myśli o tym, że jej życie powinno mieć inny kształt, że może powinno się w nim wydarzyć coś tak radykalnego jak porwanie…

Rewmira pożegnała pierwszą miłość życia i musi się pogodzić z utratą kolejnej. Łada fantazjuje o bliskości z byłą przyjaciółką, która opuściła Kamczatkę, ale nie pożegnała swoich niebezpiecznych przecież w Rosji pragnień i potrzeb. Oksana czuje się oszukana. Może polegać tylko na swoim psie, który się zagubił. Ksiusza robi wszystko, by nikt nie poznał jej prowincjonalnego pochodzenia. Będąc kobietą zaborczego mężczyzny, ulega fascynacji innym. Walentyna ma uporządkowane życie, w którym najważniejsza jest rodzina. Do momentu, kiedy na jej ciele pojawi się niepokojący wykwit. Nataszy wciąż doskwierają nieobecność zaginionej siostry i trudne relacje z matką. Zoja tkwi w marazmie świeżego macierzyństwa i chciałaby odmiany, także seksualnej. Marina dowiaduje się o kimś, kto mógłby być odpowiedzialny za zaginięcie jej córek. Wszystkie kobiety czegoś chcą, czegoś się boją, nie są gotowe na prawdziwe konfrontacje z życiem. Każdą z nich wyraźnie ukształtowała przeszłość. Bo to w dużej mierze książka o tym, co się już wydarzyło, i o tym, co w sensie symbolicznym powoduje, że Kamczatka jest ziemią, która znika.

Julia Phillips jest bardzo subtelna w portretowaniu ludzkiego niepokoju, ale zwraca też uwagę jej niezwykle duża empatia względem wszystkich bohaterek. Właściwie nic o nich nie wiemy, przyglądając się im w określonym czasie. To takie wyimki z życia, które albo toczyło się dynamicznie i ten dynamizm osłabł, albo od zawsze trwało na jakimś jałowym biegu. Bo „Znikająca ziemia” to także powieść o bezradności. Może nawet przede wszystkim o niej. Oblicza kobiet, które nie mają siły albo nie są w stanie swych sił dobrze wykorzystać, stapiają się w jedno z konsekwentnie kreślonym portretem dzikiej Kamczatki. Miejsca, w którym kiedyś coś warunkowało ład i gdzie pewnego dnia wkradł się chaos. Razem z nieobecnością, bo to również książka mówiąca o tym, jak bolesna może być nieobecność, jak mocno odbijać się na naszym światopoglądzie, jak bardzo stygmatyzować.

To też rzecz o sentymentach, niewyrażonym żalu oraz poczuciu nieadekwatności do tego, kim się jest i co się w życiu osiągnęło. Bohaterki powieści poszukują wciąż na nowo czegoś ważnego w życiu. Tak jak cały półwysep poszukuje zaginionych dziewczynek. Ich utrata stała się pewną społeczną traumą. Phillips opowiada o życiorysach, w których pojawiła się bezpowrotnie utracona czułość, a może i miłość. Jest to powieść także mocno liryczna, osadzona w niezwykłych i pięknych dekoracjach świata Północy, którego nie znamy, bo każdemu jest do Kamczatki daleko. Dużo bliżej do poczucia niespełnienia i utrat. O tym Julia Phillips opowiada uniwersalnie i naprawdę frapująco. Ta książka nie potrafi wyjść z głowy na długo po lekturze. Ujmuje i przejmuje. Ludzkie dramaty kontrastuje z bezkompromisowym, milczącym światem pełnym chłodu. Naprawdę świetny debiut literacki.

2019-10-04

„Zostanie tylko wiatr. Fiordy zachodniej Islandii” Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak


Wydawca: Czarne

Data wydania: 18 września 2019

Liczba stron: 264

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Islandzkie peryferia

„Szepty kamieni” wysoko postawiły poprzeczkę, w związku z tym moje oczekiwania wobec nowej książki Bereniki Lenard i Piotra Mikołajczaka były bardzo duże. Okazuje się jednak, że „Zostanie tylko wiatr” to rzecz zupełnie inna. Bardziej może uporządkowana, analityczna, uciekająca od poetyzowania – a jednak niezwykle pięknie obrazująca samotność, bo o niej na Islandii można dowiedzieć się najwięcej. Myślę, że ta druga książka to także zrealizowanie celu, który nie do końca wyszedł autorom w „Szeptach kamieni”. Chodzi mi o opowieść o tym, co na Islandii porzucone. I tutaj to porzucenie funkcjonuje w wymiarze dosłownym oraz symbolicznym. Bo Fiordy Zachodnie, czterysta lat temu będące centrum wyspy, dzisiaj są przestrzenią zapomnienia i bardzo specyficznej izolacji.

To najpiękniejsza część Islandii, ale jednocześnie najtrudniejsza do zrozumienia. „Zostanie tylko wiatr” to wielowątkowa opowieść o tej specyfice. O tym, że w tym odległym rejonie wyspy, skąd sami Islandczycy masowo migrują ku większym miastom, skryta jest niebywała tajemniczość. Także pewna bezkompromisowość, o której opowiadają rozmówcy. Lenard i Mikołajczak zabierają nas w podróże po przestrzeni, w której osamotnienie jest filozofią, celem i czasem stanem, dzięki któremu można przetrwać. Wkraczamy do miejsca niemożliwości – trudno wyobrazić sobie, jak funkcjonuje się tam, gdzie aura każe walczyć o kolejny dzień, a oddalenie od cywilizacji wymusza specyficzny hart ducha i stwarza życiu proste, acz pełne wyrzeczeń priorytety. Ta książka to piękny dowód na to, że o islandzkim odrzuceniu można opowiadać z empatią. Opowieść o peryferiach piękna i okrucieństwa. O tym, że na Fiordach Zachodnich oddycha, myśli i czuje się inaczej. O specyficznym życiu podporządkowanym izolacji. O samotności, w którą trzeba wrosnąć, nauczyć się jej i wiedzieć, że jest stanem najważniejszym.

Autorów interesuje niemożliwe jeszcze w innym sensie. Chcą pokazać, że islandzkie niedostępność oraz surowość można jeszcze zintensyfikować. Doświadczyć ich w najbardziej ekstremalny sposób. Stąd też wiele tekstów koncentrujących się na półwyspie Hornstrandir. Miejscu, o którym jeden z rozmówców opowiada w następujących słowach: „Większość ludzi przybywa na Islandię po to, by objechać ją dookoła. Jedna dziesiąta decyduje się wjechać na Fiordy Zachodnie, a jedynie ułamek procenta zawitać tutaj”. Hornstrandir to wyzwanie także dla samych Islandczyków. Niebywałe piękno połączone z tym, o czym zapomniała już nowoczesna Islandia – z możliwością obcowania samemu ze sobą. Bez komunikacji, bez pospiesznego rytmu współczesnych technologii. Bez poczucia, że coś się traci. Dlatego historie z Hornstrandir najbardziej oddziałują na wyobraźnię. To narracje o tym, jak bardzo odizolowana jest od świata cała wyspa, ale też historie mówiące o tym, jak wielu Islandczyków chce uciec od tej pierwotnej formy wyobcowania egzemplifikowanej przez niezamieszkaną dziś przestrzeń noszącą ślady ludzi, którzy musieli się tam mierzyć z losem.

„Zostanie tylko wiatr” to – wbrew pozorom – od początku do końca książka o ludziach. Ludzkich słabościach, niebywałej sile charakteru, ale także ciekawości tego, czym w zasadzie jest stan osamotnienia, jak można go przeżyć, do jakiej formuły życia może skierować, co odsłonić i co pomóc zrozumieć. Tu ważne będą dwie opowieści: o nieżyjącym już islandzkim pustelniku, z którego zupełnie przypadkiem zrobiono medialną gwiazdę i o zdeterminowanej do samotnego życia kobiecie, która sama mierzy się z przeciwnościami losu, ustalając najbardziej oczywiste dla niej priorytety – „karmić owce i trwać”. O ile Gisli funkcjonuje tutaj jako fantazja o tym, jak wiele dzieli dzisiejszą Islandię od różnych form wyobcowania obecnych na jej peryferiach, o tyle historia Betty to przede wszystkim przejmująca opowieść o mierzeniu się z przeciwnościami losu w dwójnasób. Rozmówczyni podporządkowuje się surowej naturze, ale jednocześnie musi walczyć z prawnymi absurdami, które samotnej islandzkiej kobiecie odbierają pewne prawa i możliwości działania. Te dwie historie, sąsiadujące ze sobą w książce, obrazują specyficzny rodzaj konfrontacji człowieka z islandzką naturą. Tu nie można być tylko podległym i biernym. Surowość wokół trzeba pokochać, by ją na swój sposób ujarzmić. Islandia nie daje możliwości wyboru. Jest całkowicie obojętna wobec ludzkiego losu. Staje się on wyraźniejszy, bo w pewien sposób wywalczony. I efekty tej walki widać chyba najlepiej, kiedy czyta się o mieszkańcach Fiordów Zachodnich.

Ale wspomniany już Gisli to także ktoś, kto dał Islandczykom lekcję pokory, empatii i bezpretensjonalności. Człowiek, dla którego istniała tylko codzienność zatwierdzona prawami natury. Ktoś, kto nigdy nie skorzystał z ułatwień, nie poddał się przemianom, które w ciągu jednego pokolenia zrewolucjonizowały Islandię stającą na czele najnowocześniejszych państw świata. W biografii Gislego, która pięknie obrazuje trudność trwania w otoczeniu Fiordów Zachodnich, autorzy widzą prawdopodobnie tę perspektywę opisu islandzkiej prowincji, której już po prostu nie ma, bo ludzie mentalnie porzucili ten region. Pozostawili jego tajemnice samym sobie. Lenard i Mikołajczak stają się tropicielami tych tajemnic. W przeciwieństwie do Gislego lubią drogi. W znaczeniu dosłownym i metaforycznym. Z zaskakującą lekkością oraz wrażliwością podążają drogami nieoczywistymi. Są poszukiwaczami nietuzinkowych historii. Wydobywają je ze swobodą i gracją. Rozmawiają przede wszystkim z Islandczykami. Starają się być trochę jak Gisli – nie z tego świata, zainteresowani narracjami, na które większość osób nie zwracałaby uwagi.

Ta autorska ciekawość jest czymś najpiękniejszym, bo z niej zrodziła się pasjonująca książka o tym, co to znaczy być peryferyjnym, odczuwać własną egzystencję intensywniej, ale przede wszystkim o tym, czym Fiordy Zachodnie są w mentalności Islandczyków. Niesamowite jest to, jak Lenard i Mikołajczak podążają kolejnymi tropami. Są w swym działaniu nietuzinkowi, wysłuchują nieoczywistych zwierzeń. Starają się za wszelką cenę pokazać, że do tego, co na Islandii intymne, można się taktownie zbliżyć, dowiedzieć się o tym, ale nie naruszyć żadnych granic prywatności. W tym znaczeniu jest to opowieść o Islandii, o jakiej nikt jeszcze nie usłyszał, bo nie ma w sobie wrażliwości i charakterystycznej dla autorów tej książki konsekwencji w działaniu, dzięki której strzępy zasłyszanej historii stają się soczystą opowieścią.

Wspomniałem, że to ważna książka o samotności – jej kształtowaniu się, doświadczeniu. O tym, że trzeba mieć pewność spokoju bycia z samym sobą. Nikt tu z niczym się nie spieszy, nikt nie wykorzystuje opowieści drugiego człowieka. Autorzy nie wchodzą w jakieś inwazyjne relacje, zdobywają serca rozmówców tą delikatnością i subtelnością. Wiedzą, jak ważna w Islandii jest umiejętność bycia z samym sobą, i doskonale to rozumieją. Zdobywają opowieści o ludziach, którzy z wielu powodów nie rozmawialiby z dziennikarzami chwytającymi tylko fragmenty prawdziwych historii. A ta książka to ich bardzo specyficzny zbiór. Melancholijny i w porównaniu z poprzednią książką tylko delikatnie poetycki, lecz także dowcipny, bo autorzy mają poczucie humoru. W „Zostanie tylko wiatr” ukryły się zaskakujące postacie. Były islandzki premier czy najbardziej znany islandzki komunista. Ale również kapitan, który wciąż na nowo odkrywa lądy i samego siebie, a także pewien Amerykanin, którego zesłano w pustkę, a odnalazł treść i sens dalszego życia.

Lenard i Mikołajczak kochają Islandię. To niezwykły rodzaj miłości, ale bardziej niezwykłe jest to, że Islandia – wbrew wszystkiemu – chyba tę ich miłość odwzajemnia. Najpiękniej o przywiązaniu i uczuciach opowiada się na wymagającej prowincji. Ta książka to zbiór opowieści o ludziach naprawdę kochających wyspę. I o tym, co wyspa robi z tą miłością. O szacunku do wymagającego miejsca i o tym, że zawsze w konfrontacji z naturą wymagać mamy dużo przede wszystkim od siebie.

2019-10-02

„Wszystkojedność” Grzegorz Sobaszek


Wydawca: Szafa

Data wydania: 15 września 2019

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka

Cena det.: 34 zł

Tytuł recenzji: Prowincja i polskość

Spotkanie z książką Grzegorza Sobaszka przypomniało mi trochę to z „Ale z naszymi umarłymi”. Autor „Wszystkojedności” nie stawia sobie jednak takich celów jak Jacek Dehnel, choć ta powieść to też specyficzna panorama społeczna. Sobaszek portretuje inne środowiska i proponuje innych bohaterów, ale tak jak Dehnel chce się przyjrzeć polskości. Niekoniecznie jej upiorom, bardziej codziennemu życiu, ale przede wszystkim językowi, bo to jego szaleństwa rozgrywają się tu na pierwszym planie. „Wszystkojedność” to również dowód na uważność i umiejętność wyciągania wniosków z obserwacji życia, ma jednak inny socjologiczny sznyt niż wspomniana powieść Jacka Dehnela. Tu nie ma wspinaczki ku aż tak poważnym kwestiom ubranym w groteskowy kostium. Tu groteska połączona z satyrą i każdy rodzaj przejaskrawienia mają być narzędziami do udowodnienia, że można się czule i z empatią przyjrzeć temu wszystkiemu, co stereotypowo umieszcza polską prowincję gdzieś w rejonie absurdu pomieszanego z pewną formą ksenofobii. U Sobaszka mieni się i jedno, i drugie, ale nic nie jest groźne. Nie znaczy to, że „Wszystkojedność” to książka rozrywkowa. W dużej mierze jest o samym języku jako narzędziu nazywania i kreowania świata. Z doborową galerią szalonych bohaterów, dla których język jest wizytówką, definicją i określeniem trudnej do zrozumienia tożsamości. A wszystko w szalonym tyglu wielowątkowej fabuły, która kipi energią i na każdej stronie wywołuje uśmiech zadowolenia, gdyż świata Sobaszka – jakkolwiek dziwnego, dysfunkcyjnego, mrocznego i zwyczajnie kalekiego – nie można nie polubić.

Pyszczydełko ma dość życia. Jego sensem był uwielbiany Zbój, po którym został list, wspomnienia i może jeszcze te resztki po katastrofie lotniczej, w której zginął. Pyszczydełko pozostaje czujna tylko w sferze swego puryzmu językowego. Reszta jest mrokiem i milczeniem. Nie dają rady antydepresanty w różnych konfiguracjach, nie pomagają coraz to nowe kuracje psychiatrów. Zdesperowana Barbara Wrona decyduje się na wyjazd do eksperymentalnego ośrodka psychoterapeutycznego na Podlasiu, które uznaje za „umysłowe zadupie Polski”. Tam, pośród innych cierpiących na przypadłości duszy, będzie starała się pożegnać ze stanem, który opisuje tytuł książki. Ale Pyszczydełko nie przypuszcza, co czeka ją na miejscu, jakie konfrontacje przed nią i co tak naprawdę zrozumie, przebywając wśród ludzi, którzy z różnych powodów dali się zamknąć w podlaskiej Nowej Woli.

Nowowolanie są dobrymi i prawymi Polakami. Cenią sobie swojskość i obecność tylko tych, dla których znajdują proste definicje. Żadnych imigrantów, obcych, żadnych „lizbijek” czy „fiministek”. Mężczyźni mogą bić swoje żony przy milczącej zgodzie innych, a kobiety utyskiwać na swój ciężki los, choć rzadko brać za niego odpowiedzialność. Do tego zachęcane są mieszkanki ośrodka, do którego przybywa Pyszczydełko. Kobiety, które wsparcia muszą udzielić sobie same. Przy małej pomocy charyzmatycznej właścicielki oraz jej niepełnosprawnej córki pełniącej rolę duchowej wyroczni. W tym udręczonym babińcu zjawiają się jednak ludzie pozornie zupełnie z nim niezwiązani. Dość powiedzieć, że trafi tam sfrustrowany policjant, ekolog alkoholik, oszukana przez niego żona czy milcząca Ukrainka, która niesie w sobie całą serię mrocznych sekretów. Sobaczek indywidualizuje bohaterów poprzez działania, ale przede wszystkim przez język. Odkrywając te zdumiewające i zaskakujące nas postacie, przeglądamy się w tym wszystkim, co w polskości wstydliwe, śmieszne, groteskowe i godne potępienia. Ale także szczególnej uwagi, bo ta książka zwraca ją ku tym, którym rzadko oddawany jest głos w literaturze.

Zdecydowanie głównym bohaterem jest język. To, co Grzegorz Sobaszek z nim robi, to wyjątkowo skomplikowana i umiejętnie skomponowana sieć lingwistycznych zawłaszczeń. Szaleją obok siebie kolokwializmy, wulgaryzmy, neologizmy i znane związki frazeologiczne. Lecz przede wszystkim w języku widzimy temperament bohaterów. Język u Sobaszka na przemian uwiera, prowokuje, atakuje i na kilka sposobów bawi. Jest materią, z której wydobywa się historia, ale też ułomnym narzędziem do komunikacji tych, którzy nie są w stanie z różnych powodów się ze sobą porozumieć. To będą konflikty na wielu polach i w wielu znaczeniach. Autor dba o to, by każdy z nich został w języku nakreślony bardzo wyraźnie. Dzięki temu z łatwością rozpoznajemy rozmaite środowiska i rewiry, bo znajdziemy się w sferze wpływów speców od leczenia duszy, jak również w samym sercu miejscowego półświatka, dla którego nie ma cierpiącej duszy, lecz na pewno jest cierpiący z powodu braku zasobności portfel oraz miejscowa duma, którą łatwo urazić.

Trzy sezony i trzy pory roku obrazują, co w dzisiejszym Podlasiu może być fascynujące, co zwyczajnie irytuje, a co przyprawia o salwy śmiechu, choć przecież bardzo często śmiejemy się nie z bohaterów, lecz z tego, co wydobywają oni z nas samych. „Wszystkojedność” to książka prowokacyjna i trochę drapieżna, ale całość sprawia wrażenie dość łagodnej gawędy. Prawie każdego można polubić, choć nie ma chyba ani jednego bohatera, który nie potrafiłby zirytować. Czytelnik poczuje się swojsko pośród pogawędek, ale i wewnątrz trudnych dialogów. Pojawią się również płonące postacie, które wprowadzą enigmatyczny dramatyzm. Podobnie jak ekologiczne walki, przepychanki w półświatku, mierzenie się z prozą życia rozpadającego się małżeństwa czy trudne chwile pensjonariuszek ośrodka, który jednak nie umie uleczyć tak nagle i tak szybko, jak niektóre z nich by sobie życzyły.

We „Wszystkojedności” jest naprawdę wszystko, co w polskości uwiera i śmieszy jednocześnie. To miejsce cudotwórców, przestępców, modnych ekologów, depresyjnych kobiet i silnego poczucia, że każdy jest tu z każdym w jakimś związku. Bo Nowa Wola to nie tylko zwykła podlaska wieś. Nie ma tu niczego zwykłego, choć cała fabuła ukierunkowana jest na rozwikłanie naprawdę prozaicznych trudności. Udręczone samymi sobą kobiety zamknięte przed resztą przestrzeni to także pewien symboliczny obraz podziałów, które bliższe są Polakom tym bardziej, im bardziej uważają się oni za jedność. Jerzy, wielbiący whisky i przyrodę deprecjonowany mąż i ojciec, wyraża przekonanie, że otaczający go świat to prowizoryczny kraj, pełen bylejakości i dyletanctwa. Sobaszek pokaże, że w każdej formie utyskiwania na polską rzeczywistość kryje się bardzo silne do niej przywiązanie. Jego bohaterowie – absolutnie wszyscy – mają czytelnie zarysowane życiorysy, a to, co niewyrażone w narracji, wydobywają z nich słowa. Urok dialogów skonstruowanych w tej powieści to także frajda rozpoznawania różnego rodzaju komizmów słownych. Autor chce nas rozbawić językowymi konfrontacjami, ale poprzez różnorodność językową pokazać, co tak bardzo dzieli, a co naprawdę łączy.

To też świetnie skrojona powieść obyczajowa o tym, jak trudno nam odnaleźć wewnętrzną równowagę i jak często zbyt mocno komplikujemy sobie rzeczywistość, poszukując w niej prostych uczuć i spełnienia prostych pragnień. „Wszystkojedność” to przede wszystkim hołd oddany polskiemu językowi pisanemu i mówionemu. Świadectwo tego, że literatura może być wyborną rozrywką i pouczającą historią, jeśli tylko skupi się na narzędziu opowiadania tej historii – słowie, które rezonuje, ale jest tu też niepokorne, wymykające się definicjom, złośliwe i prowokacyjne. Czyta się to z niesłabnącym przekonaniem, że Polacy lubią się dzielić i wartościować czasem przede wszystkim dlatego, że nie potrafią się wzajemnie wysłuchać. Wyborna rozrywka, ale i mądra opowieść o tym, jak barwna jest prowincja, jak wiele krzywdzi ją stereotypów.

2019-09-30

„Akan. Powieść o Bronisławie Piłsudskim” Paweł Goźliński


Wydawca: Agora

Data wydania: 2 października 2019

Liczba stron: 660

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Samotność i wykorzenienie

Blisko dekadę temu z dużą uwagą czytałem „Jula”, którego inteligentna prowokacyjność pozostała ze mną do dzisiaj. Ale pamiętam, że zakodowałem sobie wtedy, iż Paweł Goźliński to pewna specyficzna jakość pisarska – człowiek potrafiący we współczesnej literaturze zakotwiczyć i ożywić pewien narodowy zestaw instrumentów opowiadania o świecie, który nie będzie archaiczny, wciąż na nowo rezonując i wydobywając formalnie to, co nadal ważne, w sposób może nie nowatorski, ale nowoczesny. Autor „Jula” nie chciał być w sposób bezpośredni korespondentem między współczesnością a romantycznymi mitami. Zagrał konwencją kryminału, ale wydobył z mesjanizmu to, co ponadczasowe. Z wielkim zainteresowaniem zatem sięgnąłem po „Akana” – opowieść o bracie Józefa Piłsudskiego, który zmuszony został do dalekiej emigracji, skąd mentalnie nigdy nie powrócił. „Akan” portretuje kolejną po „Julu” epokę, choć sięga aż do czasów drugiej wojny światowej. Nawiązuje do niej zarówno w formie powieści dojrzałego realizmu z uzupełnieniem o narracje bliskie pozytywistycznej (i jeszcze romantycznej) literaturze, jak i w konstruowaniu wizerunku głównego bohatera, tak sugestywnie przedstawionego, że odnosi się wrażenie, jakby autor go poznał. A Bronisław Piłsudski z całą swoją fascynującą historią życia jest tu przede wszystkim kimś, dzięki komu Paweł Goźliński opowiada o antropologicznych fascynacjach, ontologicznej samotności człowieka i o idei wierności sobie, ale przede wszystkim o tym, że potrzebujemy zakorzenienia, funkcjonowania w pewnej strukturze społecznej. Że zbyt pewnie i zbyt nonszalancko potrafimy mówić o tym, skąd się wydobyliśmy i co nas ukształtowało.

Dlatego mimo wielowątkowości, a także interesującej polifoniczności tej opowieści (zwraca uwagę zwłaszcza narrator podążający śladami bohatera, ze swym wstydem i winą pragnący sprowadzić go z powrotem do świata, który się go wyrzekł), skupiłem się głównie na kwestii odrzucenia i przynależności. Piłsudski, pieszczotliwie i konsekwentnie nazywany Bronisiem, staje się w tej historii człowiekiem, któremu najpierw odebrano poczucie bycia częścią jakiejś wspólnoty, potem uzmysłowiono, że odnalazł je w nie tej wspólnocie, co trzeba, a ostatecznie pozbawiono człowieczeństwa w wymiarze plemiennym i egzystencjalnym. Dlatego to powieść o niewyobrażalnym cierpieniu oraz doświadczeniu wyobcowania. Myślę, że bardzo silnie działająca na autora, bo dokonał rzeczy niezwykłej – nie tyle ożywił i zbliżył nas do człowieka znajdującego bliskość w innym rejonie świata i z innymi kulturowo ludźmi, ile przede wszystkim dał nam poznać, jak silne dylematy rozrywały serce kogoś, kto w miejscu przez wielu określanym jako piekielne odnalazł prawdopodobnie każdy rodzaj potrzebnej mu bliskości i przywiązania, z których istnienia nie zdawał sobie sprawy w swym codziennym, tak zwanym cywilizowanym życiu w sercu Europy przełomu wieków.

Bronisław Piłsudski z XIX wieku nie jest już tym, który wraca z zesłania i mierzy się z trudnościami adaptacyjnymi w Europie XX wieku. Jego brat wybiera drogę, która po latach specyficznej formy życia na Sachalinie jest dla Bronisława niezrozumiała i daleka mu. A przecież wcześniej dzielili pasje i ideały. Razem chcieli zmieniać świat. Dać odpór carskiemu zniewoleniu. Chcieli wolności, którą definiowali podobnie. Paweł Goźliński opowiada o tym, jak ludzka wolność – ta prawdziwa, egzystencjalna, w pełni zrozumiana i przeżyta – wydobywa się z miejsca udręki, z przestrzeni zesłania przepełnionego niewolą. Dlatego „Akan” tak fascynuje jako psychologiczna wiwisekcja tego, w jaki sposób obcość staje się oswojona i bliska. Dlatego też Goźliński – w moim odczuciu – napisał mądrą i przejmującą rozprawę z figurą Obcego, jego konotacjami i niejednoznacznym odbiorem. To też książka opowiadająca o konfrontacji języków jako narzędzi opisu i definiowania świata. Nomenklatura okresu walki z carskim reżimem staje się opresją w tym znaczeniu, że słowo może skazać, może też zabić, jest niebezpieczne i bezkompromisowe. Na dalekim Sachalinie bohater doświadcza zarówno łagodności, jak i pewnego rodzaju czystości słowa. Dialog z autochtonami nie jest dialogiem pojęć przepełnionych ideologią, demagogią czy propagandą. Tam słowo staje się precyzyjne, ważne i nie krzywdzi. Z lingwistycznej konfrontacji wyłania się nie tylko ciekawość, ale i taka forma międzyludzkiego przywiązania, której bohater nie był w stanie odnaleźć w świecie, z którego został wyrwany. I osadzony w obcej przestrzeni, która szybko przestaje być obca.

„Akan” to fascynująca opowieść o tym, czym może być antropologiczna ciekawość – Goźliński pisze o przełamywaniu granic i fascynacji tym, co te granice tworzy. W relacjach międzyludzkich opartych na bliskości kultury i obyczajów. Bronisław Piłsudski nie jest tu badaczem innych społeczności, dalekich od tak zwanego cywilizowanego świata. Staje się – w niezwykły sposób – integralną częścią tej społeczności. Dla niego Ajnowie to wybawienie i przekleństwo jednocześnie. Goźliński opowiada o świecie ludzi ze specyficzną kulturą oraz trybem życia, do którego wdziera się bezkompromisowość konfliktu wojennego. Ale także pokazuje, czym Ajnowie do siebie przywiązują. Dlatego „Akan” to książka o antropologicznej i egzystencjalnej pokorze wobec drugiego człowieka. I w takim rozumieniu odbierałem ją od początku do końca. Jednak ta pokaźna historia to epicki rozmach mówienia nie tylko o tych kwestiach. „Akan” jest też intrygującą opowieścią o postawach, dylematach, problemach oraz wątpliwościach pozytywistycznych i młodopolskich bohaterów literackich. Ale jest w tej powieści także dużo romantyzmu. Romantyczne jest pojmowanie miłości, która ocala i niszczy, jak również obowiązków wobec państwa i rodziny.

Bo przecież w tej historii bardzo ważne są perypetie rodzinne. Zmieniające się relacje, ale i pustka pozostająca przez kilkanaście lat zesłania. W miejscu przywiązania do brata i pierwszej ukochanej pojawia się pustka sachalińskiej ziemi (wspaniała scena przybycia na Sachalin!). Autor interesująco portretuje historię rodzinną Piłsudskich, zwraca uwagę na naznaczenie przez relacje z najbliższymi, na ukształtowanie się światopoglądu głównego bohatera, lecz także jego priorytetów, które musi potem zabrać w okrutną wędrówkę na drugi koniec globu, gdzie czekać go ma oczyszczenie i przemiana. „Akan” opowiada o tym, czym tak naprawdę jest rodzina, co ją tworzy i konstytuuje. Przecież Broniś po zakończonym zesłaniu będzie bardzo nieszczęśliwy, choć przecież w bliskości tych, którzy powinni być najważniejsi. W tej pełnej surowości i bezkompromisowości historii o wyrwaniu z przestrzeni bliskich relacji pojawia się przecież sugestia, że ta bliskość może być czymś innym, inaczej zdefiniowanym, inaczej odczuwanym. W tym znaczeniu „Akan” jest historią pewnej bezradności, kiedy nie wie się, do kogo się należy, komu trzeba być bliskim, jak rozumieć te najważniejsze relacje z drugim człowiekiem. I to bardzo smutna opowieść, smutna wyjątkowo w ostatnich rozdziałach. Ale także interesująca fantazja o życiu człowieka, który odzyskuje jego sens i siłę tam, gdzie wszyscy je tracili. Mądra historia o wspólnocie, przywiązaniu, prawości, ale przede wszystkim o ludzkiej potrzebie posiadania miejsca oraz ludzi, z którymi można się identyfikować.