2021-01-22

„Ucieczka z Auschwitz. Historia protokołu z Auschwitz” Alfréd Wetzler

 

Wydawca: Marginesy

Data wydania: 27 stycznia 2021

Liczba stron: 392

Przekład: K. Dudzic-Grabińska, T. Grabiński

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Dwa spojrzenia

Fabularyzowana opowieść o ucieczce Rudolfa Vrby i Alfréda Wetzlera z Auschwitz to podwójna historia konfrontacji z niemożliwym. Najpierw z miejscem zagłady, w którym nikt nie śmie stawiać sobie pytania o jakąś inną rzeczywistość, a w szczególności o świat mogący nastąpić później. Potem – z bezkompromisową wędrówką po uzyskaniu wolności, czyli zdobyciu tego, czego nie doczekali sugestywnie sportretowani inni towarzysze niedoli. Obie te konfrontacje są dramatyczne, ale autor potrafi wskazać dla nich wspólny mianownik. To nie tylko determinacja, aby przetrwać. Atawizm pozwalający dokonać czegoś niewyobrażalnego. To głównie moralny imperatyw bycia świadkiem. Za ucieczką Vrby i Wetzlera stoi przecież jedno z najważniejszych świadectw XX wieku. Przytoczone w zakończeniu w postaci sprawozdań robiących równie przejmujące wrażenie co cała ta książka.

„Ucieczka z Auschwitz” przełamuje się na pół, ale za każdym razem jest opowieścią o pierwszym doświadczaniu obozu zagłady. Pierwszym spojrzeniu, zestawieniu ze słowem i z obrazem. Pierwszą przejmującą konfrontacją z czymś niemożliwym. Jak widzimy tu Auschwitz? Najpierw oczyma Karola, ostatniego syna odbieranego matce. Człowieka, który wielokrotnie zadaje sobie pytanie o to, do jakiego świata trafił, a kiedy zrozumie, że nie znajdzie na nie odpowiedzi, zdobywa się na wyjątkową formę determinacji. Ona zamienia się w bezwzględną chęć przetrwania, ale także czujność, by zapamiętywać wszystko ze szczegółami. Ta pamięć stanie się świadectwem, czyli drugą narracją o tym, jak człowiek po raz pierwszy spotyka się z Auschwitz. Uciekinier zdaje relację, a rozmówcy zamierają w milczeniu. Poznają szczegóły funkcjonowania w świecie mordu i śmierci, których nie są w stanie uporządkować w wyobraźni, nie są w stanie nadać temu żadnych sensownych ram. Dlatego Wetzler tak bardzo przejmuje, choć dwukrotnie opowiada to samo. Wszystko, co uniósł i umieścił w wyobraźni człowiek XXI wieku, a czego nie dało się wyrazić i zasadniczo nadal nie da. Bo ta książka dotyka bardzo mocno, choć opowiada o tym, o czym po raz pierwszy dowiadywałem się na lekcjach w szkole średniej, analizując twórczość Tadeusza Borowskiego. Tu w pierwszej odsłonie widzimy bezradność więźniów, którzy nie wierzą w przerażający absurd tego, gdzie się znaleźli, a potem słuchaczy niemogących znaleźć w swoim systemie wartości oraz doświadczeń odpowiedniego miejsca na to, by przyswoić relację uciekinierów. A potem uznać, że tak właśnie było.

Druga część książki, która opisuje już samą ucieczkę, wybrzmiewa bardziej kameralnie, kiedy opowiada o cierpieniu dwóch mężczyzn bezwzględnie podążających naprzód. Zdających sobie sprawę z tego, że na swoich ramionach niosą oczekiwania i nadzieje towarzyszy, których pozostawili w Auschwitz. Ich portrety ukazane są bardzo sugestywnie. We wzajemnych relacjach albo fragmentach tych relacji, bo tylko na to można było zdobyć się w obozie, widzimy wyraźniej architekturę terroru. Wetzler szczegółowo nakreśla siedlisko zagłady, w którym narodziły się determinacja i desperacja, by mimo wszystko dać świadectwo życiu. Dlatego opowieść o uciekaniu nie jest bynajmniej formalnym środkiem, by obniżyć napięcie emocjonalne tej książki. Od pierwszej do ostatniej strony towarzyszy nam ono bardzo wyraźnie, gdyż autor potrafi w niezwykle plastyczny sposób oddać to, jak świat staje się przestrzenią apokalipsy, a potem miejscem, w którym można odrodzić się na nowo. I dać świadectwo prawdzie. Niewyobrażalnemu. Opisać słowami to, czego nie da się w ten sposób opisywać.

A jednak „Ucieczka z Auschwitz” stawia na sugestywne opisy. Czasami są to po prostu przejmujące sceny. Jak ta obrazująca obłęd więźniarek, które pulsują w szalonym rytmie walki o życie. Jak scena, w której wizytujący obóz Himmler ogląda z zafascynowaniem proces gazowania więźniów. Jak opis okrutnego ceremoniału więziennego, w którym po obu stronach spotykają się ludzie, ale w tym, co się dzieje, nie ma nic ludzkiego. Ale Wetzler chce też odwoływać się do wyobraźni, dlatego dosadność opisów łączy z pewnymi poetyckimi wręcz elementami. Jakby chciał w swojej opowieści dać znać, że nie można tego wszystkiego opowiadać w konwencji dokumentu, bo świat zbrodni domaga się empatii, pokazując bezradność tkwiącego w nim człowieka. Wymownie i sugestywnie opowiedziane są zatem wszystkie trudne emocje. Również te związane z instynktownymi nadziejami. Bo instynkt nakazywał wciąż myśleć o życiu, nie wierząc w to, że może przejąć proces zabijania.

Karol i Valér, bohaterowie powieści, przez dłuższy czas niczym szczególnym pośród więźniów się nie wyróżniają. Czytelnik nie oczekuje, że to oni będą tymi najbardziej zdeterminowanymi buntownikami, że to oni opuszczą obóz. Pewnie dlatego, że portretowana jest zbiorowość. Ludzie pochodzący z różnych miejsc w Europie, ale zjednoczeni pod jednym adresem strachu i terroru. Jest jeszcze jedna kwestia. Wetzler cały czas daje do zrozumienia, że w obozie trudno było indywidualizować. „Na którąkolwiek twarz spojrzysz, widzisz siebie” – jak mówi jeden z bohaterów. Tam cierpienie nie miało personaliów ani cech osobowości. A jednak coś zdecydowało o tym, że właśnie ci mężczyźni podejmują się próby ucieczki. Zabierają ze sobą wszystko to, co chcieliby przekazać światu ci pozostający za drutem kolczastym. Bardzo ciekawy jest pomysł na samo wydostanie się z Auschwitz i tu czytelnik doskonale znający jego realia może być zaskoczony. Pomysł na zmylenie uwagi zbrodniarzy to początek drogi do tego, by jednak za wszelką cenę pokazać podmiotowość obozu koncentracyjnego. Opowiedzieć historię każdego, kto trafił tam najpierw w niemym zdziwieniu, a potem zdał sobie sprawę, że umrze samotnie i bez pamięci. Historia ucieczki opisana w tej książce to przede wszystkim świadectwo tego, że ludzką krzywdę można zabrać ze sobą. Bardzo trudno jest ją jednak opowiedzieć.

To książka o dwóch światach – odebranej i podarowanej wolności. Oba wyglądają wyjątkowo bezkompromisowo. Oba polegają na zderzeniu pragnień i oczekiwań z tym, jak niewyobrażalne może być to, czego się doświadcza. W opowieści o obozie zagłady wybrzmiewa najsilniej wątek męskiej solidarności. W niej rodzi się potrzeba zapamiętywania, a potem konieczność, by pamięć opowiadała zbrodnie. I braterstwo tych, którzy odważyli się przeciwstawić przeznaczeniu. Opowiedzieć o cierpieniu, dla którego nigdy nie było usprawiedliwienia. Mocna i bardzo potrzebna książka porządkująca znane fakty o Auschwitz, ale także pokazująca, że ta koszmarna przestrzeń funkcjonowała w świecie, który z różnych powodów zupełnie nic o niej nie wiedział. Przejmująca historia mająca miejsce naprawdę. Relacja ze świata, który nie mógł być prawdziwy, a jednak taki był. I wciąż domaga się nowych świadectw pamięci. Nawet teraz, w XXI wieku.

2021-01-20

„W cieniu Babiej Góry” Irena Małysa

 

Wydawca: MOVA

Data wydania: 27 stycznia 2021

Liczba stron: 376

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Odejścia i tajemnice

Powieść Ireny Małysy jest bardzo nietuzinkowym kryminałem. Kiedy już opuszczą nas wątpliwości, czy aby na pewno etyczne jest wykorzystywanie tragedii katastrofy lotu PLL LOT 165 z 1969 roku na potrzeby takiej literatury, dostrzeżemy w tej książce ogromne pokłady empatii właśnie dla ofiar. Dlaczego? Otóż Małysa, wykorzystując jedną z fantazji na temat tego feralnego lotu, opowiada o tym, czym jest utrata. Łącząc fakty z literacką fantazją, intrygująco opowie o takim rodzaju niewidzialnego dla oczu cierpienia, które kryje się pośród niedopowiedzeń i staje przez to jeszcze bardziej dramatyczne. „W cieniu Babiej Góry” to wielowątkowa opowieść o ludziach odsuniętych gdzieś na margines. Tam muszą mierzyć się nie tylko z wyobcowaniem, ale i z tym, że nikomu tak naprawdę nie są w stanie opowiedzieć o tym, jak cierpią. Niemi i zrozpaczeni. Jak ludzie, którzy zginęli 2 kwietnia 1969 roku, najpierw tkwiąc w rozpaczliwej niemocy, a potem pozostawiając po sobie pustkę. Małysa świetnie wykorzystuje także motyw masywu górskiego, łącząc elementy lokalnych legend z wyobrażeniami o tajemniczości wzgórza, na którym pojawia się Diabeł, tańczą czarownice, a ludzie w rozpaczy rzucają się w przepaść. Całość jest bardzo zdynamizowana i czyta się właściwie jednym tchem. Oryginalny pomysł na książkę, w której można dodatkowo zobrazować małą społeczność. Bo sportretowana tu Zawoja nigdy nie śpi, widzi i czuje dużo więcej niż śledczy na tropie zagadek kryminalnych. Małysa opowiada też o silnych góralkach – kobietach, które nigdy się nie poddają, potrafią podporządkować sobie mężczyzn, a jeśli kochają lub nienawidzą, to na całego. Dlatego wielbiciele literatury kryminalnej nie powinni ominąć tej pozycji.

Barbara Zajda wraca w rodzinne strony po tym, jak została przeniesiona. W Krakowie rozwijała swą policyjną karierę do momentu, który naznaczył ją na zawsze. Do chwili, kiedy pewien wystrzał zmienił zarówno ją, jak i jej patrzenie na świat. Dziś kobieta chce wrócić do siebie, odnowić kontakt z dawną przyjaciółką, wpasować się jakoś w otoczenie i zapomnieć o tym, że jest znów w domu religijnej matki, która za wszelką cenę chce jej znaleźć męża. Po tym, jak na Baśkę spadła odpowiedzialność za utratę kogoś bliskiego w Krakowie, los postanawia ponownie z niej zadrwić. Iza, jej przyjaciółka, planuje babski wypad w góry, aby zintegrować Baśkę z zawojskimi dziewczynami, ale przede wszystkim wybić z emocjonalnego stuporu. Tymczasem to wybicie będzie mieć zupełnie inny charakter, kiedy Baśka na szczycie Babiej Góry odkryje martwe ciało swojej przyjaciółki.

Małysa umiejętnie konstruuje wizerunek głównej bohaterki, która czuje się dotknięta jakimś mrocznym fatalizmem. Odpowiedzialna za śmierć Izy ma wrażenie, że przeszłość wraca. Znowu w jej otoczeniu dzieje się coś, wobec czego może tkwić tylko w bolesnej bierności. Śmierć bliskich naznacza ją na zawsze. Ale ta książka opowiada także o innym rodzaju fatalizmu. Dotyczy pewnej rodziny, która tuż po katastrofie samolotowej na zboczu, w wyniku splotu okoliczności, rozpada się i przenosi przejmujące fatum dezintegracji na kolejne pokolenie. I tu zaczyna się to, co najciekawsze – umiejętne łączenie przez autorkę dwóch płaszczyzn czasowych, dzięki któremu lepiej rozumiemy, co dzieje się w otoczeniu Baśki. Podążamy za nią jako śledczą, ale odkrywamy również dużo bardziej przerażającą historię niż ta, która będzie stać za śmiercią jej przyjaciółki.

Irena Małysa świetnie portretuje małą miejscowość, w której wszyscy się znają, jak twierdzi matka Baśki, ale w gruncie rzeczy wielu pozostaje samotnie z ogromem niewyrażonego cierpienia. To rzeczywistość, w której nie tylko kobiety są silne. Społeczność ukształtowała sobie przestrzeń bezpiecznych relacji, jednak zostaje ona naruszona, bo pojawiają się inni, obcy. Tu ujawnia się kolejny ciekawy wątek tej powieści, czyli antagonizmy polsko-ukraińskie. W Zawoi współpracują ze sobą zintegrowani miejscowi oraz przybysze zza wschodniej granicy. Niektórzy doskonale dopasowują się do nowego świata i stają jego częścią, niektórzy zaś gotowi są wprowadzić terror. A za nim stać będą kolejne dramaty, bo jeśli czytelnik pomyśli, że „W cieniu Babiej Góry” to narracja dwóch czy trzech historii, zostanie zaskoczony wielowątkowością powieści.

To opowieść o najbardziej bolesnych utratach, czyli o sytuacjach, gdy rodzice tracą dzieci. Nakreślone w przeszłości relacje ojca i syna przeniosą się na kolejne pokolenie jak odbity w mrocznym lustrze dramat. Chwila słabości, ludzka chciwość i pragnienie zmiany swego losu w krótkim czasie doprowadzą do ciągu zdarzeń, za którymi stać będzie rozpacz. A po latach do Zawoi ta rozpacz przyjdzie ponownie. Nic, co się obecnie dzieje, nie dzieje się bez związku z przeszłością. A Irena Małysa dokłada starań, by rozłożyć mocne akcenty na kilka miejsc, łącząc tutaj sceny policyjnej akcji z poetyckimi wręcz opisami samotności. W tym wszystkim wciąż obecny duch tytułowej góry. Ona ogniskuje w sobie dramaty, które można zrozumieć dopiero po latach. A także cierpienie, o którym nikt się nie dowie. Rozpadają się najważniejsze z ludzkich więzi. A to rodzina stanowi fundament trwałości w Zawoi, do której wdzierają się przemoc i zło.

Pokłady tego zła ujawniane są stopniowo i na początku w ogóle nie przypuszcza się, jak wyjątkowo mroczna będzie ta powieść. Małysa proponuje krótkie rozdziały, punktowe opisy, zaglądanie na chwilę do różnych miejsc i do świadomości bohaterów, z którymi jesteśmy bardzo krótko, a cała reszta rozegra się w świecie czytelniczej wyobraźni. Dodatkowo autorka opowiada o tym, jak zbieg okoliczności powiąże jedną tragedię z kolejnymi. Ze złem i okrucieństwem jest tu trochę jak z kulą śniegową. Jedno zdarzenie pociąga za sobą kolejne. Jedno bardziej dramatyczne od drugiego. Ale jest tutaj też tajemnica, która odsłoni się w zakończeniu. Małysa bardzo dba o to, by pozornie oczywiste nigdy takie nie było. Ponadto zaprasza do regionalnej przestrzeni, proponując w dialogach gwarę. Jest więc lokalnie, ale w swej mrocznej wymowie uniwersalnie. Czy możliwe jest odczarowanie dwóch rodzajów fatum, o jakich wspomniałem wcześniej?

„W cieniu Babiej Góry” to również wymowna powieść o milczeniu. Tym zrodzonym z poczucia niesprawiedliwości, lecz także tym, które wiąże się z realną krzywdą. Całość jest bardzo ekspresyjna i mocno dynamiczna, jednak potrafi kameralnie oddać dramat ludzi, którym okoliczności nie pozwalały mówić o cierpieniu. Ale także uwarunkowania społeczne, bo to nie tylko ciekawa historia tego, jak kształtuje się mała społeczność w cieniu wielkiej góry. Irena Małysa umiejętnie balansuje między nastrojem typowym dla kryminału a ujawnianymi stopniowo niedopowiedzeniami. Każdy w tej powieści nosi w sobie jakiś bolesny sekret. A poza tym wielu z bohaterów zostanie doświadczonych przez zło, które przyszło z zewnątrz. Może spadło z nieba, może przyjechało zza wschodniej granicy. A może tkwiło gdzieś uśpione przez lata? Świetna historia z sugestywnie oddanym wizerunkiem ludzi i przyrody Pasma Babiogórskiego.

2021-01-18

„Co robić przed końcem świata” Tomasz Stawiszyński

 

Wydawca: Agora

Data wydania: 20 stycznia 2021

Liczba stron: 360

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Pytania, nie odpowiedzi

Zacznę od tego, czym ta książka się kończy. Tomasz Stawiszyński w ostatnim felietonie dziękuje swojemu intelektualnemu autorytetowi, Bohdanowi Chwedeńczukowi, nie tyle za to, kim się dzięki niemu stał, ile przede wszystkim za jedną – cenną i rzadką w czasach opisywanych w tej publikacji – cechę: intelektualną elastyczność. To ona pozwala Stawiszyńskiemu zadawać pytania, a nie udzielać odpowiedzi. W większości jego tekstów dominuje głęboko humanistyczna zaduma, cały rozdział poświęcony jest wypracowywaniu w sobie pokory i umiejętności przyglądania się temu samemu z różnych perspektyw. Ale „Co robić przed końcem świata” to przede wszystkim świadectwo czegoś, co być może po części autor zawdzięcza swemu mentorowi, a może jednak wypracował to sobie sam. To umiejętność takiego zadbania o siebie i własny umysł, by odpierać atak dzisiejszego świata gotowych formuł i emocjonalnych definicji zjawisk. Stawiszyński opowie o świecie, który od dłuższego czasu bardzo intensywnie wypatruje apokalipsy. Świecie, w którym paradoksalnie możemy być indywidualistami najsilniej na przestrzeni wszystkich wieków, a jednocześnie tak samo jak dbamy o siebie i swoje potrzeby, możemy również się zniszczyć. Destrukcja może nadejść nagle. Nasza apokalipsa nie będzie miała nic wspólnego z tym, czego doświadczy świat. Aby się to nie stało, konieczna jest mądra autorefleksja. Zatrzymanie się w życiowym pędzie i spojrzenie na siebie najpierw jak na najbliższą sobie istotę, a potem jak na kogoś obcego, kogo naprawdę chciałoby się poznać.

Książka zawiera opublikowane już felietony i jest pokłosiem audycji „Kwadrans filozofa” z radia TOK FM. Tu obcowanie z tym, co ma nam do przekazania Tomasz Stawiszyński, zajmie dużo więcej niż kwadrans, ale struktura tej narracji może służyć wygodnemu dawkowaniu sobie tekstów po dwa czy trzy. Albo i całego ich zestawu, gdyż „Co robić przed końcem świata” zostało podzielone na pięć części. Bardzo pomysłowy zabieg redaktorski, który nie tyle porządkuje przesłania poszczególnych tekstów, ile przede wszystkim osadza je w jednym konkretnym kontekście. Nie da się bowiem opowiedzieć o różnorodności apokaliptycznego świata, stosując to, w czym za mocno się osadził – chaos. Dlatego jest to książka do jednorazowego przeczytania w dwa wieczory albo też rzecz, którą zawsze warto mieć przy sobie. Są tu bowiem teksty, do których warto wrócić. Przeczytać kilkakrotnie. Zaufać autorskiej intuicji, która na wiele sposobów udowodni, że… nasza intuicja jest najważniejsza. Pod warunkiem że zrodziła się z przemyśleń, wahań, wątpliwości, ciekawości i determinacji w poszukiwaniu odpowiedzi. Nie w bezrefleksyjnym odruchu przyjęcia danego modelu myślenia i postępowania. Bo świat przed apokalipsą serwuje nam wiele gotowych recept na to, jak do niej nie doprowadzić. Tyle tylko, że tworzy to wiele przestrzeni opresyjnych. Stawiszyński będzie starał się znaleźć intelektualny, ale i psychologiczny dystans do opisywanych absurdów, okrucieństw, uproszczeń i demagogii.

Ta książka to świadectwo zadumy nad ludzką różnorodnością, której tak bardzo się boimy. Opowieść o tym, że dziś łatwiej jest wierzyć, niż rozumieć, ale również mądra i konsekwentna krytyka emocjonalnej czy intelektualnej nadpobudliwości. Bo portretowany współczesny świat stwarza nam wyjątkowo silne powody do tego, by w nią wpadać. Zwłaszcza gdy ma ona nas bronić przed światem, a my, broniąc się przed nim, atakujemy innych. Świetny zbiór tekstów pod tytułem „Ludzie i potwory” pokazuje, w jaki sposób rzekomo zbawienne w kontaktach interpersonalnych technologie informacyjne stają się narzędziem do tego, by się wzajemnie zwalczać. Kiedy Stawiszyński pisze o tym, że naszymi dzisiejszymi kamieniami do rzucania są memy, komentarze oraz emotikony, cały czas sugeruje, że jest nam dzisiaj dane doświadczenie dwóch rodzajów apokalipsy – realnej albo przynajmniej zapowiadanej realnie oraz tej technologicznej. Polaryzując się, oceniając, odsuwając od siebie i zabezpieczając własne samotne wyspy, stajemy się jednocześnie sędziami, którzy nie potrzebują sądu, i obrońcami danego systemu moralnego, dla którego zbudowaliśmy przestrzeń własnej moralności.

Giniemy w tym świecie różnorodności i zatracamy się w nim. Diagnozy Stawiszyńskiego – rzadkie, lecz celne – w żaden sposób nie piętnują i nie oceniają. Myślę, że ta książka nie ma być również zbiorem dobrych porad z łatwymi rozwiązaniami różnorodnych konfliktów i dramatów. Jest bardziej zestawem felietonów bardzo z bardzo czytelną sugestią. Zachętą do otwarcia się na pełną różnorodność, dzięki której stworzyliśmy społecznie, politycznie i geopolitycznie świat, którego można nam zazdrościć. A my tymczasem w ponurych nastrojach oczekujemy apokalipsy. Może już mamy ją za sobą, tylko tego nie zauważyliśmy?

Tomasz Stawiszyński mimo wszystko lepiej brzmi jako filozof niż politolog, bo felietony obrazujące trudną sytuację coraz bardziej zantagonizowanego społeczeństwa polskiego nie pokazują tylu nowych punktów widzenia jak teksty znajdujące się w innych rozdziałach. Bo „Co robić przed końcem świata” to również książka polityczna. Przez politykę i dzięki polityce można dziś ukazać współczesny polski chocholi taniec. Ale posługując się czytelnymi nawiązaniami do sytuacji politycznej, Stawiszyński pokazuje, jak łatwo daliśmy się podzielić i zacietrzewić. I jak mało w gruncie rzeczy zastanawiamy się nad tym, dlaczego to wszystko ma miejsce. Dlaczego nie ma dzisiaj konstruktywnej dyskusji światopoglądowej na żadnym poziomie. Dlaczego jest ona tylko wymianą opinii, po której nie pozostaje w świadomości żadna zmiana sugerowana tym, że usłyszało się albo zrozumiało coś innego.

To również zbiór felietonów o naszej samotności i bezradności. Część z nich nawiązuje do pandemii, która świat w miarę rozwiązywalnych konfliktów i problemów uczyniła pełnym niepewności oraz nieuporządkowania. Okazuje się, że w dużej mierze o naszym trybie życia decyduje to, na co nie mamy wpływu. I bardzo trudno współczesnemu indywidualiście uświadomić sobie, że mimo wszystko jest częścią światowego chaosu. A ten próbuje się odczarować na przykład teoriami spiskowymi. Z fascynacją i zdumieniem czyta się zbiór felietonów poświęconych spiskowaniu. Niesamowite, jakie Himalaje absurdu może stworzyć ludzki mózg tylko wtedy, gdy kierować się będzie zasadą, że nic nie jest takie, jakie się wydaje. W konfrontacji z bezkompromisowością pandemii wygodnie jest przyjąć właśnie taki punkt widzenia.

Tomasz Stawiszyński zwraca uwagę na to, że od dłuższego czasu żadna obiektywna narracja nie tłumaczy nam świata. Być może dlatego zmierza on do różnych mentalnych i emocjonalnych krańców, ale i do prawdziwej apokalipsy. Autor chce, byśmy ujrzeli, jak bardzo świat manipuluje naszymi emocjami i pragnieniami. Nie po to, by się ich pozbyć, ale uporządkować – tak jak myśli o tym, jakim elementem rzeczywistości chcemy być. Jak wyrazić swoją podmiotowość i jak zrobić to dobrze. To książka dla tych, którzy chcieliby pomyśleć inaczej. A może myśleć z uwzględnieniem bardzo wielu kontekstów. Stawiszyński łagodnie prowadzi przez świat, w którym stawianie pytań jest dużo ważniejsze niż udzielanie odpowiedzi. To nie jest jego przestrzeń mentalna. To coś, czego nam brakuje, by być solidarnymi współtwórcami świata. Dodatkowo wyróżnia się tu autorski racjonalizm ciekawie połączony z interesującymi dygresjami oraz asocjacjami. Bardzo dobra książka o bardzo złym świecie. Ale można go jeszcze naprawić. Bez uprzedzeń, uproszczeń, stereotypów i gotowych rozwiązań proponowanych przez pewnych siebie mistrzów życia. Wszyscy powinniśmy wobec niego spokornieć.  

2021-01-15

„Stos” Greta Drawska

 

Wydawca: Znak

Data wydania: 27 stycznia 2021

Liczba stron: 368

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Zimna zemsta

Ta książka usatysfakcjonuje przede wszystkim tych, którzy od lat czekają w Polsce na prawdziwą mroźną zimę. W drugiej odsłonie kryminalnych perypetii prokuratorki Wandy Just i podkomisarza Piotra Derenia autorka pokaże nowe, mroczne znaczenie słowa „śnieg” i umiejscowi swą przerażającą historię w mroźnych dekoracjach. Chłód nabierze tu odpowiedniej symboliki, a okryte zimową szatą znanej już z pierwszej części pejzaże regionu w zachodniopomorskim staną się świetnym tłem opowieści o kobiecej krzywdzie oraz zemście. Narzekających, że w „Rytuale” Greta Drawska umieściła za mało makabrycznych zdarzeń, „Stos” pozytywnie zaskoczy, bo w nowej książce nie skończy się na jednym trupie. Zawsze druga powieść cyklu jest najlepszym testem, czy danemu autorowi wychodzi seria, czy też najlepsza była pierwsza książka. „Stos” proponuje nietuzinkową intrygę kryminalną z bardzo wyraźnym feministycznym wydźwiękiem i jest to bardzo dobra rzecz. Biorąc pod uwagę rozmach wyobraźni autorki i to, jak mocno wybrzmi ta książka także społecznie, skłaniam się do stwierdzenia, że jest jeszcze lepsza niż „Rytuał”. Przeraża w taki sposób, że dosłowny i symboliczny mróz przenika nas na wskroś. A wszystko znowu połączone z ważną historią sprzed wieków, która umożliwi zrozumienie skomplikowanej intrygi i zbliży do psychopatycznego mordercy. Kogoś, kto doskonale planuje i szaleńczo konsekwentnie realizuje swoje plany. Kogoś, kto doskonale wie, że za grzechy przeszłości trzeba zapłacić. A kara będzie wyjątkowo surowa.

Sylwetka Wandy Just oraz opowieść o jej przeszłości są tu bardzo dobrze przedstawione. Drawska odsłania kolejne karty i wyjaśnia niedopowiedzenia z „Rytuału”, ale robi to w taki sposób, że nawet nie znając pierwszej części, czytelnik bez problemu odnajdzie się w lekturze i zbliży do postaci prokuratorki. Nakreślone w poprzedniej książce mroczne sygnały sugerujące, że kobieta porzuciła rodzinne strony z powodu jakiejś traumy, zostają uwiarygodnione konkretnymi retrospekcjami. Wanda Just dodatkowo skonfrontuje się z siostrą, z którą nie rozmawiała od ponad dekady, a także z rodzinnym domem, którego próg będzie musiała przekroczyć. Greta Drawska w taki sposób opowiada o życiu swojej bohaterki, że pozostawia nadal kilka znaków zapytania dotyczących jej życiorysu. Jednocześnie uprawdopodabnia jej działania – dużo lepiej rozumiemy, dlaczego Just wiedzie samotnicze i przepełnione obowiązkami zawodowymi życie w miejscowości, do której tak naprawdę nigdy nie chciała wracać. To także kobieta, która z różnych powodów uznaje, że życie przecieka jej przez palce. Kiedy pozwoli sobie na danie pierwszeństwa swoim emocjom oraz pragnieniom, zostanie zmanipulowana. Co doprowadzi nas do naprawdę spektakularnego finału „Stosu”.

Na zamarzniętym jeziorze zostają znalezione zwłoki kobiety. Ma odcięte stopy, a na ustach mosiężną kłódkę. Podobnie jak w „Rytuale” jest to postać znana miejscowym, rozpoznawalna, z czytelną sytuacją rodzinną i statusem w małej miejscowości. Tym razem jednak intryga nie będzie związana z tym, w jaki sposób społeczność ocenia i określa, kim jesteśmy lub kim być powinniśmy. Drawska zdaje sobie sprawę z tego, że ten potencjał na ciekawą powieść został już wykorzystany. Prowincjonalny Czaplinek wraz ze swoimi okolicami stanie się niepokojącą scenerią kolejnych zabójstw, a mieszkańcy tym razem zostaną połączeni strachem i niepewnością. Nic bowiem nie pozwala śledztwu ruszyć do przodu. A może chodzi o to, że w dotyczących motywacji zabójcy rozważaniach śledczy idą w złą stronę.

Piotr Dereń – którego relacje Just również zajmą uwagę czytelnika – nawiązując do filmowego „Jokera”, już na samym początku mówi o tym, że dzisiaj nie jest ważny motyw morderstwa, lecz głównie to, co zabójcę spotkało w przeszłości. Drawska udowodni, że kroczenie tą ścieżką jest nadal świetnym pomysłem na bardzo dobry thriller. Bo „Stos” łączy jego cechy z kryminałem, a dodatkowo wykorzystuje ograny, ale wciąż wdzięczny motyw jakiejś tajemnicy z dawnych lat, którą skrywają koledzy i koleżanki z klasy. Najważniejsza dla pełnego zrozumienia przesłania książki jest jednak opowieść z dalekiej przeszłości. Autorka oddaje głos Sydonii von Borck, kobiecie oskarżonej o czary, ściętej i spalonej na stosie pomorskiej femme fatale z przełomu XVI i XVII wieku. Inteligentna, niezależna i gotowa stawiać opór męskiej dominacji kobieta staje się dla kogoś wzorem. A jednocześnie jej historia każe patrzeć na „Stos” jako na opowieść o tym, czy na pewno zmienił się sposób postrzegania i roli kobiety w społeczeństwie wciąż zdominowanym przez mężczyzn ustalających porządek świata. Ma to ogromne znaczenie zwłaszcza wtedy, gdy poznamy już mroczny finał. Ale historia cierpienia i osamotnienia charyzmatycznej Sydonii von Borck wybrzmiewa nad wyraz aktualnie w rzeczywistości, w której ocenę postępowania współczesnych kobiet mężczyzna dwukrotnie puentuje lakonicznym „wie pan, jakie one teraz są”.

No więc jakie? Drawska buduje świetną opowieść o sile i determinacji kobiety, ale także o tym, jak obie te cechy można podporządkować psychopatycznej zemście. Ciekawie funkcjonuje motyw życia kobiety w świecie męskich zasad i ustaleń. W świecie, w którym męskość jest jednoznacznie zła, kiedy usiłuje zawłaszczyć, niesie w sobie przemoc, jest źródłem niewyobrażalnej opresji. Sydonia, torturowana i oskarżana o czary, staje się tutaj synonimem kobiety narażonej na ostracyzm tylko dlatego, że stara się żyć niezależnie. „Stos” to również intrygująca opowieść o tym, czego w kobiecie należy się bać. Coraz większy niepokój wprowadza wcale nie połączenie historii von Borck z tym, co planuje i okrutnie realizuje oprawca. Najciekawiej prezentuje się ta książka jako fantazja o tym, że przez wieki naprawdę niewiele się zmieniło w relacjach społecznych i wciąż na siłę wyznacza się w męskim świecie kobiecą do niego przynależność.

Pojawia się tu też zabawna i prawdopodobnie niezamierzona koincydencja, bo personalia jednej z ofiar to imię i nazwisko znanej współczesnej pisarki powieści obyczajowych. To pozwala złapać oddech podczas lektury, bo „Stos” zagęszcza się i staje coraz bardziej bezkompromisowy. Jak silny mróz, któremu podporządkowuje się cały region, tak czule, drobiazgowo i interesująco portretowany przez pisarkę już w „Rytuale”. Nowa książka Grety Drawskiej udowadnia duży potencjał pisarski i choć schemat tej narracji przypomina pierwszą, jest to mimo wszystko rzecz odkrywcza i bardzo, bardzo chłodna –także w symbolicznym znaczeniu. To coś dla wielbicieli nietuzinkowych zagadek kryminalnych oraz dla ludzi zwracających uwagę na coś, co w szkolnych latach odpychało od lektur – na opisy przyrody.  

2021-01-12

„Halibut na Księżycu” David Vann

 

Wydawca: Pauza

Data wydania: 13 stycznia 2021

Liczba stron: 288

Przekład: Dobromiła Jankowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wokół odejścia

Ta powieść jest oczywistym uzupełnieniem „Legendy o samobójstwie”, ale nie jest już oczywiste to, w jaki sposób David Vann wypełnia treścią znaczące braki tamtej historii. Tym razem perspektywa jest zupełnie inna – jesteśmy najbliżej kogoś, kto bohaterów „Legendy o samobójstwie” pozostawił z niemą rozpaczą. Trzeba dużej dozy empatii, ale przede wszystkim ogromnej miłości, aby opowiedzieć o rodzicu, który porzucił i zostawił, w taki sposób, w jaki Vann portretuje ostatnie dni swego ojca. „Halibut na Księżycu” to proza intensywna do ostatniej kropki. Chwilami nie do zniesienia, aż trzeba robić sobie przerwy w lekturze. Ale to przede wszystkim bezkompromisowa rozprawa z tym, w jaki sposób tok myślenia człowieka gotowego na odejście zderza się z rzeczywistością – pełną różnych przejawów witalizmu, nawet w postaci zgorzkniałego ojca Jima, który wyznaje, z jak wielką nienawiścią żyje na co dzień. Jim zadaje proste pytanie, którego raczej nie rozumieją osoby z jego otoczenia: „Dlaczego ludzie sądzą, że mogą kontrolować to, co czują?”. David Vann tworzy poetycką i brutalną jednocześnie opowieść o zbliżaniu się do gotowości, by opuścić świat. O udręce nierozpoznanych emocji i jednocześnie o koszmarze świadomości tego, co się czuje. Do końca, do ostatniego tchnienia. Do gestu, który zakończy wszystko, a przed którym bohater Vanna wciąż się wzbrania.

Już niesamowity sposób obrazowania lądowania w San Francisco będzie dowodem na to, że „Halibut na Księżycu” to powieść nieoczywistych opisów tego, co zdaje się oczywiste. Jim przybywa z Alaski, z którą tak naprawdę nie rozstał się mentalnie, aby w gronie najbliższych zawalczyć o tak zwaną normalność. Egzemplifikuje ją brat odbierający go z lotniska. Dla niego egzystencjalny dramat Jima to tylko niemożność wzięcia się w garść. Gary fizycznie symbolizuje tak zwane zdrowe życie, znajduje się po tej jego jasnej stronie, którą starszy o sześć lat brat opuścił jakiś czas temu. Braterskie relacje zostaną tu nakreślone w bardzo bezpośredni sposób. Vann wykorzystuje bardzo proste środki wyrazu, by obrazować burzę emocji narastającą między mężczyznami, którzy nie są w stanie się porozumieć. Ta relacja najmocniej pokazuje, jak bardzo bezradni możemy być wobec swojego egzystencjalnego smutku. Ale obecność Gary’ego nie pozwoli Jimowi po prostu zatonąć w rozpaczy. Zmusi go do konfrontacji z takimi emocjami, jakich prawdopodobnie nigdy by nie wyodrębnił, nie nazwał. Bohater Vanna nie werbalizuje tego, co czuje, w sposób dosłowny. Autor niekiedy pokazuje jego dramat w boleśnie niepokojących zdaniach. Czasami wkrada się tu jednak dydaktyzm, jak choćby we fragmencie nazbyt dosadnie wyjaśniającym tytułową metaforę.

Najważniejsza jest tu jednak rodzina. Obraz ludzi, z którymi Jim musi się pożegnać. „Rodzina to nie udręka” – to stwierdza stanowczo Gary. Dla zmierzającego ku nicości Jima właśnie rodzina stanie się tym, co dręczyć będzie najmocniej. Kontakt z dziećmi, rodzicami, byłą żoną, inną bliską kobietą. Niby oni wszyscy widzą, jak bardzo zapadł się w sobie Jim, ale nie są w stanie tego naprawdę zrozumieć. Przyswoić ogromu cierpienia, lecz przede wszystkim istoty nihilizmu. Bo odrzucając każdą kolejną wartość, Jim jednocześnie musi odepchnąć każdego kolejnego członka rodziny. Najmocniej ujmuje oczywiście opisana relacja z synem, bo wiemy, że to on po latach dokonuje tak drobiazgowej wiwisekcji duszy ojca, posiłkując się jedynie tym, co dyktuje mu miłość do człowieka, którego odejście straumatyzowało na całe życie, ale jednocześnie dało też coś w rodzaju specyficznej siły. Trzynastoletni David jest w tej powieści błyskotliwym i inteligentnym nastolatkiem. Ojcowski dystans do niego zaznacza już pierwsza uwaga dotycząca długości włosów chłopca. Potem widzimy dziecięcą bezradność. Jest wstrząsająca dużo bardziej niż ta pojawiająca się w oczach dorosłych członków rodziny. To dzieci zostają tutaj najbardziej naznaczone tajemnicą odejścia, od którego rozpocznie się dla nich inne, trudne życie.

Vann doskonale w każdej scenie obrazuje napięcie, z jakim zmaga się Jim. Najmocniej widać je w opisach kompulsywnych prób zaspokajania potrzeb seksualnych. Organizm bohatera odpowiada na to, w jak wielkiej emocjonalnej matni się znajduje. Kipi, choć pozornie osuwa się w bezwład. Nic tak bardzo nie przejmuje jak opis fizjologii walczącej o normalność, kiedy umysł dawno odpuścił sobie poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o to, co jest normalne, co nakazuje trzymać się życia, co czyni je nieznośnym i niemożliwym. Paradoksalnie wizerunek psychologiczny Jima jest tu pełen tego, co świadczy o pełni przeżywania życia. Rodzice jakby zastygli w odlanych życiowych formach. Brat koncentruje się na wyzwaniach codzienności. Dzieci ze swą bezwarunkową miłością, jednocześnie bezradne, kiedy chcą ojcu pokazać, jak silna jest ta miłość. I w tym wszystkim człowiek zmierzający ku samobójstwu – pozornie martwy za życia, a przecież najmocniej ze wszystkich przejawiający siłę tego życia.

„Halibut na Księżycu” to pełna czułości wiwisekcja duszy człowieka, który zbyt wiele chce zrozumieć, a jednocześnie cierpi z powodu niezrozumienia samego siebie. To bolesna dwuznaczność, w której Jim wciąż się miota. Dostrzega i rozumie to, dlaczego najbliżsi mu ludzie chcą go przy sobie zatrzymać, ale zdaje sobie również sprawę z tego, jak paradoksalnie daleko jest od każdego z nich. Pojmuje, że ten dystans to nie tylko pokłosie myślenia o bracie, ojcu, synu. Że dzieje się tu coś wyjątkowo mrocznego, nad czym nikt nie ma kontroli. Przekraczanie granicy. Ta granica między życiem a śmiercią przynosi tak trudne do zniesienia napięcia, że czytanie o tym powoduje, iż naprawdę trzeba Vanna odkładać. Ta intensywna i jednocześnie pełna fatalizmu powieść staje się zbyt gęsta. Niemożliwe jest zbliżenie do takiego ogromu wewnętrznego cierpienia, ale autor nie o tym chce przede wszystkim opowiadać. Ta powieść stara się zasugerować, że decyzja o samobójstwie jest pochodną bardzo wielu niejednoznacznych spraw. To nie jest tylko pozornie prosta kwestia – żyć czy odpuścić sobie życie. To także sprawa wrażliwości i pewnej nieprzystawalności emocjonalnej do świata, który za wszelką cenę chce tłumić niewygodne emocje.

To książka o rozpaczy, w której nadzwyczaj intensywnie rozgrywają się poszczególne walki i kapitulacje. Rzecz o tym, jak niemożliwe jest pozbycie się odpowiedzialności za samego siebie. Zwłaszcza jeśli jest się z kimś w ważnych relacjach. David Vann opowiada w sposób bardzo przejmujący o tym, z czym nie można się pogodzić – o egzystencjalnym wycofaniu. Jednocześnie fantazjuje, jak wielu z nas gotowych byłoby pożegnać się ze swoim życiem, gdyby okoliczności sprawiły, że ujrzałoby się prawdziwą pustkę tego życia. Opowieść pełna nieznośnego napięcia. Ale jednocześnie książka o swoistym duchowym wyzwoleniu. O tym, że za sens własnego życia odpowiadamy zawsze tylko my sami.

2021-01-08

„Początek końca? Rozmowy o lodzie i zmianie klimatu” Julita Mańczak, Jakub Małecki

 

Wydawca: Znak

Data wydania: 4 stycznia 2021

Liczba stron: 320

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Chłód i jego moc

Ukazało się już kilka książek o tym, jak ważny dla życia każdego z nas jest lód, o czym z różnych powodów nie pamiętamy albo nie myślimy. I tak otrzymaliśmy rozczarowujące „Arktyczne marzenia” Barry’ego Lopeza, które irytują dłużyznami, są też książką po prostu nieaktualną. Mogliśmy przeczytać również bardzo dobrą rzecz: „Nieznane życie lodowców”, w której norweski dziennikarz Bjørn Roar Vassnes opowiada o niezliczonych tajemnicach globalnej kriosfery. Książka Julity Mańczak i Jakuba Małeckiego bliższa jest tej drugiej, bo ma swój dziennikarski sznyt, ale sprawia wrażenie dużo bardziej emocjonalnej. Jest zbiorem rozmów, w których ujawniają się uważna i bardzo zaangażowana w temat pytająca oraz człowiek o niesamowitej pasji i ogromnych kompetencjach. Glacjolog, który naprawdę ciekawie opowie o tym, jak żyje lód, ale również udowodni, w jak silnym związku z jego emocjami oraz wrażliwością pozostaje fach wykonywany przez niego na co dzień. To zatem rzecz wynikająca z osobistych doświadczeń, ciekawego spotkania i budującej wymiany opinii. Dlatego czyta się to z dużą przyjemnością i wrażeniem, że jest się wewnątrz tego spotkania. Nawet jeśli opowiada o zimnym i pozornie nieprzystępnym lodzie.

Mańczak i Małecki rozmawiają o lodzie, lecz przede wszystkim o tych aspektach globalnego ocieplenia, które dla szerszego kręgu odbiorców mogą być niejasne i nieczytelne. Wskazują, w jak dynamicznym tempie odbywa się katastrofalny dla Ziemi proces, ale koncentrują się w swych rozważaniach przede wszystkim na lodowej pokrywie naszej planety. W zakończeniu pada proste i istotne dla całej tej książki podsumowanie: „Lód jest żywy, piękny i fascynujący. Musimy go chronić, bo on chroni nas”. Autorzy w bardzo obrazowy sposób pokażą szereg zależności między ludzkością a istniejącym na Ziemi lodem. Dodatkowo poznamy emocjonalne i bardzo prywatne skojarzenia z czymś, co na co dzień jest synonimem niedostępności i zimna.

Tę książkę współtworzą piękne zdjęcia arktycznych pejzaży stanowiące swoiste świadectwo czegoś, co w nie tak odległej przyszłości możemy utracić. Rozmówcy koncentrują się na złej sytuacji topiącej się w szybkim tempie Arktyki – to tam Julita Mańczak doświadcza wręcz metafizycznego przeżycia innego upływu czasu, kiedy zaczyna rozumieć, jak działa i jakie wewnętrzne życie ma świat lodu. Jednak rozważania wychodzą daleko poza arktyczną przestrzeń. Uzupełnione są rozmowami z ciekawymi ludźmi, którzy tak jak autorzy widzą szereg zagrożeń w świecie ocieplającym się w coraz szybszym tempie, ale jednocześnie z kimś, kto stara się zachować optymizm, wierząc w odwrót niepokojących procesów. Poznamy Julie Brigham-Grette, która odpowiedzi na swoje pytania szuka w błocie. Aleksandrę Kardaś, autorkę książki o wodzie, w lodowcach widzącą ludzkie lokaty bezpieczeństwa. Jona Ove Hagena dzielącego się swym badawczym entuzjazmem w śledzeniu struktury kriosfery, ale przede wszystkim wyrażającego nadzieję na to, że najmniejszy nawet wkład badawczy jest w stanie pomóc Ziemi w tym, co może ją czekać w przyszłości.

Jakub Małecki jest jednak najciekawszą postacią w tej książce. Glacjolog, który jest gotów pisać biografię ulubionego lodowca, opowiada o strukturze lodu w taki sposób, że przestaje on być dla czytelnika niedostępny. Lód staje się tutaj kolejnym bohaterem, kiedy Małecki z całą swoją ogromną wiedzą na jego temat, ale przede wszystkim z umiejętnością jej przystępnego przekazywania, przedstawi nam świat, w którego funkcjonowaniu na co dzień nie uczestniczymy, a jest on odwieczną częścią tego, czego doświadczamy. W rozmowach z Julitą Mańczak uzmysłowi, na czym polega przełom w postrzeganiu kryzysu klimatycznego – jak bardzo uświadomiliśmy sobie w ostatnim czasie, że ludzkość ściśle współistnieje z tą zwykle niedostępną dla niej częścią natury. Bo „Początek końca?” to nie tylko rzecz, w której zaangażowani w temat ludzie fantazjują o zagrożeniach i jednocześnie punktują to, w jaki sposób one powstają. To w dużej mierze opowieść o tym, jak doświadczenie arktycznej przestrzeni oraz czasu zmienia sposób pojmowania tego, czym jest sens i struktura naszej planety. Autorzy wędrują od jednego bieguna do drugiego, by w swoich rozważaniach pokazać, jak istotne jest wyostrzenie zmysłów. Zrozumienie, na czym polega wyjątkowość naszej planety. Że w dużej mierze ta wyjątkowość zależy od tego, jak ukształtowały się lodowce, co się z nimi aktualnie dzieje i w jaki sposób będzie postępować ich destrukcja. Wszystko w atmosferze zawierającej „polarnego bakcyla”, którym zaraża się przede wszystkim Julita Mańczak.

Ta książka nie jest jakimś mrocznym memento. Nie straszy i nie epatuje groźnymi liczbami czy wizjami. Nie proponuje jakichś katastroficznych rozmyślań, choć autorzy pokusili się o kilka fantazji dotyczących tego, co czeka nasz świat w bliskiej i nieco dalszej przyszłości narastającego kryzysu klimatycznego. Powstała przede wszystkim dlatego, że wciąż mamy szansę na to, aby pewne destrukcyjne procesy przyspieszyć. W rozważaniach o lodzie i wodzie pojawia się głęboko humanistyczna troska o planetę, jak również taki rodzaj fascynacji, który może się zrodzić na dalekiej Północy. Tam, gdzie nie ma ludzi odpowiedzialnych za problemy klimatyczne i gdzie z dużym dystansem oraz w skupieniu można się wsłuchać w specyficzny rytm natury, który chcemy tej naturze odebrać. Dlatego jest to książka, w której nadzieja łączy się przede wszystkim ze świadomością, co i w jaki sposób można zrobić, aby nie dopuścić do katastrofy. Przypomina też trochę podręcznik, ponieważ na końcu proponuje ciekawe kompendium. A w nim pojęcia szczególnie interesujące podczas czytania tych ciekawych rozmów, takie jak firn, cyrk lodowcowy czy lód morski. Czy aby na pewno wiemy wszystko o tym, co wydaje nam się oczywiste?

Podoba mi się kompozycja tej książki. Jest pozornie chaotyczna, ale wzmacnia dynamikę przekazu. Wespół ze wspomnianymi zdjęciami jest świetną lekcją empatii wobec tej części świata, która zdaje się w pierwszym skojarzeniu daleka, ale jest fragmentem naszej codzienności. Jak woda wędrująca od wieków w zamkniętym obiegu. My i natura na stałe przynależymy do Ziemi. Tylko pełne zrozumienie tego, co gwarantuje harmonię, a co wprowadzi chaos, da nam szansę na stabilne współistnienie. Nie jest to zatem publikacja proekologiczna, lecz raczej prospołeczna. „Początek końca?” ma zmusić odbiorców do zadawania sobie prostych pytań na bardzo trudne tematy. A niektórych prawdopodobnie zarazić „polarnym bakcylem”, gdyż okazuje się, że świat lodowców i żyjącego swoim życiem lodu może nam być bliższy, niż się to wydaje. Także w sensie geograficznym. Ale jest mowa również o specyficznym rodzaju ludzkiej mentalności, która zbliża do trudnej arktycznej przestrzeni, aby tam można było w pełni świadomie zrozumieć, co jest niezwykle istotne dla naszego dalszego sensownego współistnienia z planetą mającą do nas naprawdę wiele cierpliwości.

2021-01-06

„Legenda o języku” Pavol Rankov

 

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 22 grudnia 2020

Liczba stron: 412

Przekład: Tomasz Grabiński

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Historia i młodość

Swoją nową książką Pavol Rankov udowadnia, że jeszcze nie opowiedział całej historii Czechosłowacji. Po „Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)”, powieści wręcz panoramicznej, ukazującej losy przyjaciół na przestrzeni lat 1938-1968, otrzymujemy dużo bardziej ponurą i tym razem daleką od czarnego humoru opowieść z początku lat siedemdziesiątych minionego stulecia. Tym razem Rankov również zdecydował się na opisanie grupy ludzi, ale młodzi studenci historii ukazani są inaczej niż bohaterowie wspomnianej wyżej książki. Przede wszystkim bez aż tak wnikliwych portretów psychologicznych. Mam wrażenie, jakby Rankov tym razem chciał się skupić przede wszystkim na opresyjnym aparacie władzy oraz na historii Jana Nepomucena, której – przyznam szczerze – jest w tej powieści nieco za dużo. Tu pojawia się zastrzeżenie co do kompozycji książki. Najpierw śledzimy naukowe i pozanaukowe analizy legendy Nepomucena, a potem nazbyt gwałtownie akcja przyspiesza i pojawiają się działania czechosłowackiej służby bezpieczeństwa, które pokazano jedynie punktowo i w taki sposób, żeby wszystko zgadzało się z przesłaniem tej narracji. Szkoda, bo autor „Matek” nie jest pisarzem pośpiechu, uogólnień i stereotypów. W tej powieści wszystko to jednak na chwilę się pojawiło. Tym niemniej „Legenda o języku” to naprawdę wstrząsająca powieść o kształcie czechosłowackiego państwa komunistycznego, w którym – jak twierdzi ojciec jednego z bohaterów – na pewno się nie schowasz.

Najmocniej i najbardziej przejmująco wybrzmiewają jednak te fragmenty powieści, które prezentują narrację pierwszoosobową mężczyzny próbującego zrozumieć tożsamość popadającej w obłęd ciotki nazywanej tu pieszczotliwie Ciotunią. Bardzo szybko zorientujemy się, że jest to jedna z postaci, o których opowiada zasadnicza część książki. Narrator z teraźniejszości nie zdradzi jednak zbyt wiele. Będzie uważnym obserwatorem, a studium obłędu uwiarygodni przede wszystkim w języku, zwłaszcza w jego rwanej i krótkiej frazie, kiedy kończy swoją opowieść. Ciotunia usiłuje wyrazić, co było dla niej ważne w Pradze – mieście ukochanym i przeklętym. Znajduje jedynego uważnego słuchacza, który nie widzi w niej oderwanej od rzeczywistości wariatki. I ten słuchacz mimo wielkiej empatii zawodzi. Pozostawia osamotnioną i egzystencjalnie wyobcowaną kobietę, do której świat nie jest w stanie się już dostać. Jej serce i umysł zamknęły się po traumatycznych doświadczeniach z młodości. Z czasu przerażenia, ale i obsesyjnej chęci powrotu do pewnej średniowiecznej opowieści.

To oczywiście historia Jana Nepomucena, której – jak zaznaczyłem wcześniej – jest tu nieco za dużo, ale rozważania o tym, jak żył, a przede wszystkim – jak zginął, spajają się dość ciekawie z obrazem państwa, które swą tożsamość zrównało ze zniewoleniem. Czechosłowacja początku lat siedemdziesiątych XX wieku to kraj, w którym radość życia tracą już uczniowie siódmej czy ósmej klasy. Miejsce, gdzie narzekać można tylko „na pogodę i piłkę nożną”. Świat szary i ponury. Kraj złodziei, niedobrego jedzenia na stołówce, absurdalnych czynów społecznych i ludzi, którzy nie uśmiechają się na ulicy. W tym dusznym klimacie czechosłowackiej codzienności rodzi się świeża przyjaźń między młodymi bohaterami. Naiwnymi, choć pewnymi tego, kim są. Dumnymi ze swojego statusu młodych wrogów klasowych. Nieświadomymi tego, że zostanie on zinterpretowany przez służby bezpieczeństwa, przestanie być tematem rówieśniczych żartów. Pavol Rankov opowiada o tym, jak młodość zderza się z bezkompromisowością polityki. Jak duże znaczenie ma to, co myślimy i robimy na co dzień w państwie gotowym każde działanie uznać za wrogie.

Mamy więc pełną nadziei na ciekawy czas w życiu czwórkę studentów, którzy spotykają się pod pomnikiem Jana Nepomucena na Moście Karola. Tomáš, Martin, Klára i Táňa. Skoncentrowani na pierwszym uniwersyteckim zadaniu. Odnajdujący się w poszukiwaniach odpowiedzi na trudne pytania dotyczącego tego, kim był Jan Nepomucen i dlaczego musiał zginąć. Pewni tego, że ich młodzieńcza kontestacja systemu pozwala na lepsze w nim funkcjonowanie, a nonszalancja i duża doza naiwności umożliwią realizację własnych celów po swojemu. Rankov koncentruje się głównie na postaci Tomáša. Ten bohater przyjechał wraz z rodziną ze Słowacji, bo w Pradze – jak marzy jego matka – będzie mógł studiować historię, o której opowie bez przekłamań. Słowacka religijna rodzina w stolicy Czechosłowacji to ludzie, którzy wiedzą, jak kwestionować system, ale uczą się także zachowawczości. Taki ma być również ich syn. Zdecydowanie w kontrze do systemu, ale w taki sposób, by sobie nie zaszkodzić. Jego przyjaciele uświadamiają mu, jak wielki jest rozdźwięk między tym, co można myśleć, a tym, co wyrażać. Widać to również w toczonych przez czwórkę studentów potyczkach interpretacyjnych, kiedy na zajęciach zgłębiają legendę Nepomucena. Legendę, którą – wedle opiekuna roku – należy bezwzględnie odczarować.

Ciekawie funkcjonują tutaj nakreślone przestrzenie. W każdej rozgrywa się w zasadzie coś innego. Sala wykładowa, ulice i uliczki Pragi, wypełnione dźwiękami bigbitu lokum buntownika Martina czy też mieszkanie Tomáša, gdzie rodzice komentują rzeczywistość, kwestionując jej złudny blask tworzony przez propagandę i system polityczny. W każdej z tych przestrzeni mamy inne inicjacje młodych bohaterów. Dlatego jest to świeże i intrygujące. Zwłaszcza gdy spojrzy się na to, jak bardzo nie przystają do siebie ludzie, poglądy, nastroje i emocje opisywane w każdym z tych miejsc. Rankov usiłuje także zwrócić uwagę na sytuację egzystencjalną i społeczną Słowaków w stolicy kraju. Dla niektórych nie są nawet dobrymi komunistami. Tomáš jest uosobieniem matczynej nadziei, że zmiana miejsca zamieszkania przyniesie korzyść wszystkim, oraz niepewności ojca, który w finale będzie zadawał sobie pytanie o to, gdzie jest jego syn. Ale „Legenda o języku” wybrzmiewa najbardziej przejmująco, kiedy zrozumie się związek komunistycznej rzeczywistości ze średniowiecznym czasem, w którym zaczęła się tworzyć legenda Nepomucena. Pavol Rankov napisał bowiem książkę o tym, jaki jest związek kłamstwa z kreowaniem legendy. A także o tym, że język trzymany za zębami może tu mieć kilka znaczeń. Dlatego istotna jest opowieść o Nepomucenie, o której szczegółach rozmawia się w sali wykładowej. Reszta nie jest już wykładem, lecz mroczną fantazją słowackiego autora, której ambiwalencję podkreślają między innymi słowa Foucaulta zderzone z nowomową czechosłowackich służb specjalnych.

Rankov proponuje smutną opowieść o śmierci, która wdziera się wszędzie tam, gdzie konieczna jest pamięć i jej zachowanie. „Legenda o języku” to nie tylko kolejne autorskie rozliczenie z czasem minionym. To przede wszystkim ciekawa powieść inicjacyjna z szerokim kontekstem historycznym, która pokazuje, że każdy opresyjny system zniewala tak samo mocno. I zawsze – od średniowiecza po współczesność – konsekwencje walki z tą opresją mogą być podobne.

2021-01-04

„Gorsze dzieci republiki. O Algierczykach we Francji” Ludwika Włodek

 

Wydawca: Czarne

Data wydania: 28 października 2020

Liczba stron: 344

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Między dwiema ojczyznami

Wspominałem już kilkukrotnie, że od lat marzy mi się przeczytanie dobrego reportażu o Marsylii. O wielokulturowym tyglu, jakim jest to miasto, o jego specyfice i problemach. Wciąż czekam, aż ktoś o tym kiedyś napisze. A ponieważ Ludwika Włodek częściowo o Marsylii napisała, czytałem jej reportaż z dużym zainteresowaniem. Do czasu. W „Gorszych dzieciach republiki” brakuje mi spotkania z… ludźmi, o których mówi tytuł. Jakkolwiek interesujący i różnorodny jest dobór rozmówców, odnosiłem cały czas wrażenie, że autorka spotyka się i rozmawia z tymi, których opowieści pasują do wysuwanych przez nią tez. Nie poznałem tutaj typowego Francuza o algierskich korzeniach ani Algierczyka, który z różnych powodów nie może być Francuzem. Kogoś takiego jak postacie z okładki. Pojawiają się tylko jako barwny tłum w opisie kibicowania – taki obrazek mógłby otworzyć reportaż o każdej emigracji w każdym właściwie mieście zachodniej Europy. Tu dostaję przede wszystkim zbyt rozbudowany i nazbyt drobiazgowy historyczny rys relacji Francji z Algierią, jakby autorka bardzo chciała odpowiedzi na nurtujące ją pytania znaleźć tylko w czasie minionym, nie przyglądając się zbytnio teraźniejszości.

Dlatego na przykład rozdział o podparyskich blokowiskach wypada tutaj najsłabiej. Włodek postanawia zrobić kilka wycieczek w takie miejsca, by pokazać, że strefy „no go” to wymysł skrajnej prawicy. Nie tylko jej. Mam za sobą takie doświadczenie ze sztokholmską dzielnicą Tensta i nie zależało mi na odczarowaniu tej popularnej bzdury, a Ludwika Włodek nie wychodzi za bardzo ponad to. Portretując dzielnice, w których mogłaby spotkać zwyczajnych ludzi z ich zwyczajnymi historiami, jakich mi tu bardzo brakuje, skupia się na infrastrukturze blokowisk, a nie ich mieszkańcach. Wraca do nich w posłowiu, w którym analizuje związek rasizmu z brutalnością policji, a także obraz tego, jak destrukcyjnie pandemiczne ograniczenia działają na społeczność peryferii Paryża. Próbowałem szukać w tym związku z tematem reportażu, ale się poddałem.

Podoba mi się to, że w opowieści o migrantach, którzy stawali lub nie stawali się częścią Francji, autorka tworzy obraz bardzo trudnej tożsamości. Opartej na latach, a może i wiekach skomplikowanych zależności między Francją a Algierią. Ta pierwsza podbiła drugą już w XIX wieku. Do dzisiaj pozostają antagonizmy i trudności w relacjach obu państw. Zwłaszcza wówczas, gdy współczesna Algieria robi rachunek zysków i strat spowodowanych kolonizowaniem jej przez Francję. Włodek bardzo dba o polifoniczność swojego reportażu, opowiadając o rachunku krzywd i wdzięczności, a także pokazując, jak bardzo historia polityczna i społeczna odbija się dzisiaj na relacjach między Algierczykami a Francuzami. Z empatią oraz mocnym zaangażowaniem w temat śledzi losy ludzi, których serca biją dla dwóch państw albo którzy stracili je dla jednego, by kochać trudną miłością to drugie. „Gorsze dzieci republiki” to zbiór historii, które mogłyby posłużyć jako materiały do świetnych powieści. Tyle tylko że nie ma w nich opowieści o spotkaniach z tymi, którzy mierzą się z prozą życia. I brak tu narracji o prozie życia algierskich migrantów, ludzi w drugim i trzecim pokoleniu wciąż na nowo definiujących swoją tożsamość.

Ta książka ciekawie opowiada o problemie przynależności oraz o tym, co tę przynależność kształtuje. Wspomniany już, zbyt obfity, materiał historyczny stara się pokazać specyfikę tożsamości algierskiego imigranta we Francji. Włodek portretuje ludzi, którym się w dużej mierze udało. Zapowiada, że będzie też o tych, którym nie wyszło, ale akurat tego nie dostrzegłem. Obawiam się, że całość niebezpiecznie balansuje na granicy ciekawego odkrywania socjologiczno-historycznych uwarunkowań określania, kim i skąd się jest, i truizmów na temat emigracji oraz multikulturowości w ogóle. Dużo jest na przykład o francuskim rasizmie. Autorka odwołuje się do rozmów z Sabrim Louatahem, autorem bestsellerowej serii „Dzikusy”, której bohaterami są między innymi Francuzi algierskiego pochodzenia. Czytałem dwie powieści z tej serii. Rodziny Slima i Kenzy udowadniają, jak wiele wewnętrznych podziałów tkwi w społeczności pochodzenia arabskiego. Dlaczego zatem oczekuje ona, że dzisiejsza Francja będzie krajem ponad podziałami? Zastanawiałem się w trakcie lektury i zastanawiam się teraz, podczas gdy autorka zaznacza, że Francja wielokrotnie zachowuje się w stosunku do swoich obywateli algierskiego pochodzenia niestosownie czy niewłaściwie.

Kolejną istotną wadą tego reportażu jest jego „przegadanie”. Ludwika Włodek bardzo sprawnie łączy indywidualną historię z szerokim kontekstem społecznym i politycznym, ale potem to właśnie kontekst – a nie spotkanie z żywym człowiekiem – staje się w jej pisaniu najważniejszy. Takie odnoszę wrażenie, choć pewnie nie tak było, gdyż autorka z dużą dozą sympatii oraz wnikliwości opowiada o spotkaniach, które pozwoliły widzieć los francuskiego Algierczyka albo algierskiego Francuza w taki sposób, by te spotkania pozwalały spojrzeć na problem emigracji w sposób odbiegający od stereotypów. Nie wiem, czy oczekiwałem czegoś, co otrzymałem od filmu „Nędznicy”, który też jest tu wspominany – szkoda, że dopiero w zakończeniu. Ladj Ly to reżyserski geniusz, który potrafi zmontować nie tyle doskonałe kino społeczne, które ucieknie od klisz, choć będzie wokół nich się koncentrować, ile znakomity film o antagonizmach, którym proponuje wiele interpretacji. Antagonizmy nakreślone przez Włodek to czasem intelektualne spory, którym daleko do prozy życia.

Mam wrażenie, że trudności w odtwarzaniu więzi kulturowych albo nawiązywania nowych relacji w kraju, do którego się przybyło, to tylko punkty wyjścia do intelektualnych rozważań. Do niuansowania różnych problemów, ale wciąż z punktu widzenia badacza i obserwatora intelektualisty. Zabrakło mi tu tego, co zobaczyłem w „Nędznikach”. Bezkompromisowości opowiadania o tym, że relacje francusko-algierskie na przestrzeni wieków to jedno, ale problem tożsamościowy potomków algierskich migrantów zarobkowych rysuje się nieco inaczej i bardzo często niemożność porozumienia to chleb powszedni. Na tym można byłoby budować opowieść o tych – chyba będących w mniejszości – którym udało się opuścić mroczny krąg idiosynkrazji i stereotypów, aby związać się z Francją i poczuć w niej jak w domu. Są tu ludzie, którzy przebyli długą drogę od separacji i ostracyzmu do bycia częścią społeczeństwa francuskiego. Nie ma jednak u Włodek tego, co dramatyczne, jaskrawe, mówiące krzykiem i rozpaczą, a nie poukładaną frazą z elementami encyklopedii historycznej.

Myślę, że pisanie o zderzeniu kultur jest bardzo trudne, kiedy chce się jednocześnie pokazać, że nie jest to zderzenie czegoś lepszego z czymś gorszym. Doceniam ogromny wkład pracy Ludwiki Włodek i zdaję sobie sprawę, że może być z tej książki zadowolona. Mnie jednak brakuje opowieści o takich zderzeniach bez happy endu, który autorka tworzy nam w ostatniej historii tego reportażu. Wolałbym jednak więcej pytań, wątpliwości, więcej dosadności. Liczyłem na to, że ten reportaż będzie po prostu bardziej iskrzył i nie zaproponuje zbyt wielu wykładów, a przede wszystkim przydługich biografii ze zbędnymi szczegółami.

2020-12-31

„Dziennik upadku” Michel Laub

 

Wydawca: Pauza

Data wydania: 18 listopada 2020

Liczba stron: 192

Przekład: Wojciech Charchalis

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Męska pamięć

Tuż po zakończeniu lektury tej krótkiej powieści pomyślałem sobie, że narrator przede wszystkim chce za wszelką cenę wytłumaczyć się ze swego nałogu. A z alkoholizmem jest tak, że trzeba się wziąć za siebie, a nie tworzyć teorie usprawiedliwiające tkwienie w nim. Potem jako syn samobójcy zacząłem myśleć o tym, jak mocno wybrzmiewa w powieści oskarżenie, że żadna trauma życiowa nie tłumaczy tego, iż ojciec po prostu porzuca swoje dziecko, które zawsze już będzie pamiętało to odrzucenie i zawsze będzie miało w świadomości nie to, że ojciec z jakiegoś powodu zdecydował się na odejście ze świata, lecz to, że pozostawił na tym świecie człowieka, za którego powinien być odpowiedzialny. Ostatecznie jednak „Dziennik upadku” najciekawiej prezentuje się jako zaprzeczenie absolutnej wyjątkowości Holokaustu. Tym bardziej że Laub nie jest tutaj prowokacyjny, z pewnością pisze o tym z taktem i szacunkiem, nie relatywizuje zła, ale zwraca uwagę na to, że w historii minionego wieku mieliśmy wyjątkowo dużo świadectw ludzkiego okrucieństwa, które na długie lata zagnieździło się w świadomości ocalonych od niego.

To świetna powieść o tym, jak ojcowie formują swoich synów. Egzystencjalna sztafeta pokoleń funkcjonuje tutaj jako ciąg nieustannych napięć, pośród których rodzą się trudne do wyrażenia emocje. A narrator, syn i wnuk, chce te emocje wyrazić. Tu i teraz, za swojego życia i nie w formie pamiętnikarskich zapisów. Laub proponuje historię dwóch pokoleń męskiego milczenia i odpowiedzi na to milczenie. Wyraża wątpliwości i nazywa stany emocjonalne. Ważna jest struktura tej książki. Złożona składnia zestawiona z bardzo krótkimi rozdziałami. Widzimy tu obsesyjne powtórzenia i bardzo niespokojny rytm długich zdań, które kończą się, nie łącząc się z następnymi. To takie punktowanie nieoczywistych zderzeń, mrocznych asocjacji. Formalnie ta książka dużo sugeruje i jest genialnie napisana. Zdaję sobie sprawę, jak trudno było to przełożyć, więc chylę czoła przed Wojciechem Charchalisem. I przed Laubem, który bardzo umiejętnie połączył barokowe szaleństwo języka z bolesnymi w swym minimalizmie rozdziałami.

Dziadek i ojciec milczeli. Ale narrator tej książki nie oszczędza czytelników i samego siebie, analizując to milczenie, wdzierając się w nie, pokazując jego ogromną moc i dramatyczną bezradność. Dziadek po doświadczeniach w Auschwitz utracił bliskich i możliwość rozumienia świata. Dlatego musiał sobie go ponownie napisać w szesnastu dziennikach pełnych definicji, zdań oznajmujących, zaskakujących potwierdzeń, niepokojących fraz. Po odejściu dziadka narratora jego ojciec tkwił pośród pytań. Też wygodniej mu było nie pamiętać. Ale zbieg okoliczności spowodował, że zmusił się, by kompulsywnie zapisywać zawartość swojej pamięci. A wnuk i syn został depozytariuszem tej mrocznej spuścizny. Zwłaszcza że i w jego życiu pojawiła się skomplikowana relacja, której nie można przemilczeć. Akt ostracyzmu i przemocy, w którym sam uczestniczył. Zło, które zabrał ze sobą w życiową drogę, ale i specyficzne doświadczenie, w którym pokrzywdzony sam stał się katem.

Bardzo to wszystko niejednoznaczne i niełatwe do odczytania. Odczuwa się zdumienie, ale jeszcze bardziej zaskoczenie przyjętą perspektywą na tak oczywiste kwestie jak pamięć pokoleniowa i indywidualna, upływ czasu i wybiórczość ludzkiego zapamiętywania. Lecz najciekawsze jest to, że całą tę historię opowiada się także przez pryzmat płci. Z jednej strony są to zapiski o męskim poczuciu tego, że trzeba być twardym i wszelkie niepokoje zatrzymać w sobie, nie być sentymentalnym, nie rozczulać się nad sobą. Z drugiej jednak – pojawia się wyraźne wspomnienie męskiego szlochu. Jest także w tej historii bardzo wiele czułości dla każdego opisywanego mężczyzny. Michel Laub proponuje opowieść o obnażonej męskości, ale przede wszystkim pozostawia nas z trudnym pytaniem: czy historia każdego z nas kończy się dokładnie wtedy, kiedy o niej sami zapominamy?

„Dziennik upadku” to także historia tego, czym powinno być odpowiedzialne ojcostwo, lecz trzy prezentowane tu modele dalekie są od ideału. W każdym z nich najtrudniejsze do uniesienia są przemilczenia. Każdy ojciec staje się opresyjny nie tylko dla siebie, ale i dla swojego syna. Jest to dodatkowo mroczna fantazja o tym, jak tracimy dni, miesiące czy lata, tkwiąc w emocjonalnej pustce względem najbliższej osoby: dziecka – tu czasami zagubionego, a czasami przerażonego wszystkim syna. Laub podejmuje się próby rekonstrukcji przeszłości poprzez jej interpretowanie w kolejnym pokoleniu. Dlatego tak niezwykle istotni są tutaj nieobecni. Dziadek, który swoje doświadczenie Auschwitz zabrał ze sobą z wojennej Europy do dalekiej Brazylii, i ojciec, który w tej Brazylii musiał się mierzyć z pokłosiem tego, co uformowało mroczny niepokój dziadka. A także jego konsekwentne milczenie na temat przeszłości.

W opowiadaniu o Auschwitz skonfrontowane są ze sobą dwa sposoby patrzenia na tę jedną z największych tragedii XX wieku. Nieprzypadkowo pojawia się Primo Levi, który ze swą ekspresją obnażania i oznajmiania skonfrontowany jest z zagadkowością dziadka, dla którego nazywanie świata miało się zacząć po największej traumie, nie w związku z nią. Ale fantazjowanie na temat tego, w jaki sposób świat przechowuje pamięć o Holokauście, zestawione jest tu z bardzo mroczną refleksją o tym, że to wszystko niekoniecznie jest aktem zamkniętym, niepowtarzalnym. Pozostający w umyśle przez całe życie obraz chłopca, który był stygmatyzowany tylko dlatego, że się odróżniał, staje się traumatycznym wspomnieniem, z którym dorastający narrator nie może sobie poradzić – podobnie jak dziadek z pamiętaniem Auschwitz. Dlatego „Dziennik upadku” to dla mnie przede wszystkim opowieść o tym, jak unikamy pamiętania zła, mając naiwną nadzieję, że dzięki temu ono się nie powtórzy.

Świetna, bardzo oryginalna i dynamiczna, wchodząca pod skórę proza. Eksperyment literacki, ale głównie nietuzinkowa fantazja o tym, co robimy z nadmiarem pamięci, a co się dzieje, gdy z różnych powodów pamiętamy coraz mniej. Nade wszystko jednak pełna empatii i wzruszająca opowieść o trudnych relacjach ojców i synów – o tym, że zwykle w nich przegrywają, bo nie otrzymują tego, czego potrzebują, ale i nie dają z siebie tyle, ile prawdopodobnie powinni dać.

2020-12-29

„Lunatyczka” Chris Bohjalian

 

Wydawca: Sonia Draga

Data wydania: 28 października 2020

Liczba stron: 312

Przekład: Adam Olesiejuk

Oprawa: zintegrowana

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: We śnie i na jawie

Nie wiem, czy to lepsza, czy gorsza książka Chrisa Bohjaliana, bo „Lunatyczka” to moje pierwsze spotkanie z tym autorem. Na pewno jest to thriller nietuzinkowy z trzech powodów. Po pierwsze: nieoczywiste i zaskakujące wykorzystanie motywu snu. U amerykańskiego pisarza pojawia się pytanie o to, kim jesteśmy, kiedy śpimy. Sferę marzeń sennych i dodatkowo wędrowanie przez sen Bohjalian obrazuje w taki sposób, że jego książka od początku jest mglista i przez to niezwykle tajemnicza. Kiedy do tego wszystkiego dołączone zostaną opisy działań i przemyśleń bohaterki, która podobnie jak lunatykująca matka działa trochę po omacku, powieść nabiera barw i staje się bardzo sugestywna. Po drugie: podoba mi się to, jak autor przełamuje swoją narrację na pół. Jesteśmy świadkami tego, co czyni w świadomości córki nieobecność matki. Tymczasem tropy wskazujące na takie, a nie inne rozmyślanie o tajemniczym czasie przeszłym, kiedy wspomniana matka zniknęła, rozpadają się jak domek z kart, gdy pojawia się zupełnie inna perspektywa spojrzenia na to, co się wydarzyło. Po trzecie wreszcie: Bohjalian próbuje w ciekawy sposób określić, co nas definiuje w oczach innych. Spojrzenia na zaginioną są różnorodne. Perspektywy zazębiają się i wykluczają. A tym samym tka się gęsta sieć niedopowiedzeń, które powodują, że najciekawszą bohaterką staje się tu właśnie ta nieobecna.

Powieść jest jedną wielką retrospekcją. Lianna wspomina czas, kiedy miała dwadzieścia jeden lat i gdy pewnego poranka zorientowała się, że łóżko jej matki jest puste. Lunatykowanie kobiety miało miejsce tylko wówczas, gdy nie było przy niej męża. Tak też było tej nocy, kiedy dwie siostry mocno spały i żadna nie zareagowała na to, że matka w nieświadomości opuściła dom. Każda mierzy się teraz z wyrzutami sumienia i żadna nie może zrozumieć, dlaczego we śnie matka podążała ku pobliskiej rzece. A może było zupełnie inaczej? Chris Bohjalian pokazuje, że to, co wydaje się oczywiste, wcale takie nie jest. Portretuje rodzinę, w której pozornie wszystko jest jawne i każdy rodzaj relacji wygląda dla czytelnika na oczywisty. Do pewnego momentu. W każdym razie najważniejszym momentem jest oczywiście zniknięcie. Bo za nim pojawią się pustka i smutek, ale również coraz więcej niepewności. Skoro rzeka nie wyrzuciła ciała matki, to czy kobieta była zdolna do tego, by pod przykrywką somnambulizmu opuścić swoje ukochane córki? Czy małżeństwo rodziców Lianny kryło w sobie jakieś mroczne tajemnice? A może zagadek należy szukać zupełnie gdzie indziej, a nie tam, gdzie poszukuje ich główna bohaterka?

„Lunatyczka” jest bardzo specyficznym thrillerem, bo wywołuje lęk, który pojawia się gdzieś podskórnie i bardzo powoli. Dlatego u czytających, którzy chcieliby być bombardowani bodźcami wpływającymi na ich stan emocjonalny, może pojawić się niechęć. Tymczasem pozostaje niepewność oraz wiele pytań bez odpowiedzi. Krajobraz po kameralnej rodzinnej tragedii niewiele różni się od życia przed nią. Ot, zabrakło matki. Tylko tyle i aż tyle. Ten fakt w inny sposób wpływa na każdą z córek, a w jeszcze inny na pozostawionego samemu sobie męża. Przy okazji pojawia się jeszcze jeden człowiek – tajemniczy przyjaciel matki, który wie dużo więcej niż członkowie jej rodziny i który wchodzi w emocjonalną zależność z Lianną. A ta być może chce zrekompensować sobie utratę, pozwalając tajemniczemu Gavinowi na przełamywanie kolejnych barier i szybkie zbliżenie się do niej.

Chris Bohjalian opowiada o naszej podświadomości – jej sile, pułapce, jaką jest, i niebezpieczeństwie, jakie stwarza. Narracja rozgrywa się między przestrzenią marzeń sennych oraz działań, za którymi stoją niepokój i wstyd, a czasem, gdy coraz więcej niepewności doprowadza do zmian w relacjach, które do tej pory były jasne i określone. Dom rodzinny Lianny przechodzi metamorfozę. A w tym mrocznym czasie przemiany poznajemy sekrety, które kryła w sobie wędrująca we śnie matka. Czy tylko ona? „Lunatyczka” zabiera nas w podróż do najgłębiej skrytych tajemnic naszej duszy. Zadaje pytania, na które nie można odpowiedzieć ani śniąc, ani też na jawie. Autor podkreśla pewną umowność rzeczywistości – trudno wskazać, co jest iluzją, a co prawdą, dodatkowo zaś sprawę komplikuje to, że Lianna jest iluzjonistką i czaruje młodych widzów złudzeniami. Mroczna przestrzeń rozważań o przynależności do bliskich osób jest jednocześnie furtką, za którą ukrywa się inna, dużo bardziej mroczna historia. I Bohjalian potrafi znakomicie zwodzić czytelnika, bo od początku do końca nic nie jest w tej powieści tym, czym się wydaje.

To także ciekawa powieść obyczajowa o amerykańskiej rodzinie z klasy średniej i o tym, w jaki sposób postrzegają ją ludzie z jej otoczenia. Ustalone w mikrospołeczności role usiłują nadać jej cechy uporządkowania. Tymczasem po tajemniczym zniknięciu wyobraźnia Lianny stymulowana także przez to, co kobieta widzi i słyszy wokół, zaczyna działać w niebezpieczny dla bohaterki sposób. „Dzieci nie powinny poznawać sekretów swoich rodziców” – te słowa słyszy od serdecznej przyjaciółki matki, jej sąsiadki. Okaże się, że próba rekonstrukcji tego, czym była relacja matki i ojca, doprowadzi bohaterkę do odkrycia czegoś, czego nie przypuszczałby nawet najbardziej uważny czytelnik.

„Lunatyczka” to książka o trudnej pamięci i o tym, jak niebezpiecznie przywiązujemy się do niej. O tym, że pamiętać możemy wybiórczo, bo pamięć dopasowuje się trochę do sfery naszych oczekiwań. Wypieramy to, co niewygodne, a zapamiętujemy to, co ma na nas pozytywny wpływ. Tu widzimy również skomplikowaną strukturę pamiętania i zapominania, przyglądając się relacjom rodzinnym, które tylko wydają się oczywiste. Ale to również fantazja o pamiętaniu przeżycia sennego. O tym, że śniąc, wciąż jesteśmy w sferze swoich marzeń, pragnień, niespełnionych fantazji. I o tym, że sen potrafi być groźny dla nas samych. To w końcu narracja o tym, że nie powinniśmy być utożsamiani z żadną chorobą. Nie definiuje nas to, z czym walczy nasz organizm, ale to, jak dajemy sobie radę z tą walką. Tymczasem – jak wspomniałem – z jednej czytelnej historii wyłoni się tu druga, całkiem nieoczywista. Chris Bohjalian opowiada o cienkiej granicy między snem a jawą, ale również o odpowiedzialności za samego siebie, którą czasem biorą na siebie inni. „Lunatyczka” to historia o niespokojnych fantazjach sennych, lecz dużo większy niepokój wywołuje to, że sen u amerykańskiego autora jest tylko literackim motywem opowiadającym o dużo bardziej niespokojnej sferze fantazji, jakie roimy na jawie. Ciekawy obraz rodziny, w której zniknięcie matki nie jest wcale największym i najtrudniejszym do zniesienia sekretem.