Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2016-09-23

"Szpagat" Joanna Chojnacka

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 28 września 2016

Liczba stron: 462

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: O mężczyźnie

Przed czterema laty ukazała się nieco prześmiewcza i ironiczna książka Piotra Adamczyka „Pożądanie mieszka w szafie” o kryzysie męskości. Jej główny bohater był zagubiony w świecie własnych przeżyć, dużo więcej fantazjował niż działał. Był zabawny, ale i tragiczny. Groteskowy, lecz jednocześnie przejmująco samotny. Konwencja książki kazała mi klasyfikować ją jako rodzaj literatury typu „chick-lit” dla mężczyzn. Zaskakująco dojrzały debiut Joanny Chojnackiej jest jakby mrocznym rewersem powieści Adamczyka. Jego bohater nie fantazjuje o kobietach, on je zdobywa – jedną po drugiej. Męskie rozterki mają charakter egzystencjalny, ale są śmiertelnie poważne. Męska melancholia połączona ze specyficznym rodzajem mizantropii oraz megalomanii daje nam powieść, która początkowo może być męcząca. Szpagat” to rzeczywiście książka jak najbardziej na poważnie. O stanie ducha mężczyzny w średnim wieku, który zdaje sobie sprawę z tego, że utracił wszystko to, co najlepsze, a teraz obsesyjnie zbiera jakieś okruchy pamięci, karmi się przeszłością, boleśnie zawikłany w czas teraźniejszy – przygnębiony i zagubiony, bez szans na odmianę losu. Czy jednak „Szpagat” to powieść o męskim utyskiwaniu, dumie i wstydzie? Niekoniecznie. Zaskakujące są dojrzałość, empatia i wyobraźnia autorki. Przecież tę rzecz napisała kobieta! Tymczasem każdy czytający mężczyzna pochyli się nad powieścią z zadumą, czasem oniemiały, świadomy tego, że czyta o własnych bolączkach. Jesteśmy w świecie, w którym męskość ukazana jest w swej wstydliwej bolesności. To są przywary, ale jednocześnie takie cechy charakteru, które determinują i szowinizm, i typowo męski cynizm, i bliskie przeżyciom wiecznego chłopca poczucie wyjątkowości oraz tego, że należne jest to czułe przytulenie, zatrzymanie świata wokół, skupienie uwagi otoczenia na sobie i podkreślenie własnej wyjątkowości.

Rzecz rozgrywa się w dość odległej przeszłości, ale trudno jednoznacznie określić ramy czasowe. To z pewnością lata pięćdziesiąte minionego stulecia. Pojawia się wzmianka o Kiepurze czy o pierwszym wydaniu „Dziennika Telewizyjnego”. To czas, w którym Warszawa już chyba całkowicie podniosła się z wojennej pożogi, choć co rusz znajdują się miejsca ciągłej odbudowy. Aleksander Biernacki – bohater „Szpagatu” – wojnę przeżył w bezpiecznym oddaleniu. Cieszył się angielską prowincją, gdy jego brat walczył z Niemcami w powstaniu. Nawiązał odpowiednie kontakty i pokochał język angielski. Stał się tłumaczem oraz wykładowcą, który spogląda na studentów z wyższością i rozczarowaniem. Nie na takie młode powojenne pokolenie liczył. Nie tak miał wyglądać jego świat. Aleksander przeżył burzliwy związek, a obecnie stara się rekompensować jego stratę, wdając się w kolejne romanse. Jest strategiem fatalnego zauroczenia. Nigdy nie spełnia się to, o czym marzy. Za seksualną przyjemnością nie stoi satysfakcja. Żadna też trwała relacja. Wszystko, co trwałe, uległo degradacji. Bohater Chojnackiej wspomina istotne wydarzenia z przeszłości, które – w taki czy inny sposób – prowadzą do jednej ze smutniejszych scen, czyli do oczekiwania pod kinem Moskwa, z niewręczonymi kwiatami, z tym wiecznym próżnym wypatrywaniem tej, która już nigdy nie przyjdzie.

Rodzina jest w „Szpagacie” jednocześnie miejscem opresji i dramatu oraz czymś, co wytwarza wyjątkowe, chociaż trudne więzy. Kostyczny ojciec we wspomnieniach Aleksandra jawi się jako człowiek, z którym zbudowanie jakiejkolwiek bliskości było niemożliwe. Matka jest niczym cień. Była obecna, ale trudno określić wagę tej obecności teraz, kiedy mężczyźnie pozostają tylko rodzinne wspomnienia przełamane smutkiem i złością. Jest przy nim córka. Mieszka z nim. Właściwie to chciałby mieć syna i bardzo ubolewa nad tym, że go nie spłodził. Syn rozumiałby go lepiej, byłby prawdziwą ostoją. Ojciec trwa w przekonaniu, iż Elżbieta winna jest mu wdzięczność za to, jak ją wychował. Tymczasem obserwujemy narastające konflikty między nimi. Jest pewna płaszczyzna porozumienia, ale jednocześnie nawarstwiają się antagonizmy. Wszystko tkwi w przeszłości. W czasie, w którym doszło do ruiny pewnych więzi. Gdy związek przestał być nim formalnie i gdy Aleksander pozostał sam ze swoim poczuciem pustki, życiową goryczą i trudną do przełknięcia samotnością. Chojnacka opowiada o człowieku, który rozpaczliwie poszukuje w życiu spokoju. O męskiej bezradności, którą trzeba skrywać gdzieś w sobie, bo otoczenie musi widzieć mężczyznę dumnie wyprostowanego – świadomego swoich błędów, ale niekoniecznie skłonnego do ich naprawiania. Aleksander gra zatem zdobywcę, dla którego świat jest frontem wojennym. Wywalczył sobie wszystko, co miał, i to wszystko mu odebrano. Wraz z nim poszukujemy przyczyn tych wszystkich nieszczęść, z którymi się boryka, i zdajemy sobie sprawę z tego, że świat widziany oczyma Aleksandra to nie jest świat prawdziwy. Joanna Chojnacka tak buduje swoją narrację, że jej bohatera na początku nie darzymy sympatią. Irytuje i sprawia, że chce się odłożyć książkę. Intryguje nieco później. Otwiera się przed nami odmienny wymiar postrzegania rzeczywistości, gdy Aleksander przestaje już udawać, staje się szczery – przede wszystkim względem siebie samego.

„Szpagat” to opowieść o udręce pamiętania, o bardzo bolesnych relacjach i konsekwencjach pewnych działań, które miały na celu nie to, do czego doprowadziły. Zaskakujące są zwroty akcji oraz odkrywanie kolejnych toksycznych zależności, w których tkwią bohaterowie książki. Joanna Chojnacka tworzy z jednej strony prozę bardzo statyczną, stonowaną, przepełnioną melancholią i chwilami przewidywalną. To jednak tylko pozory. Pod powierzchnią uporządkowanych w pamięci zdarzeń czai się chaos emocji. Dlatego „Szpagat” to książka o dosłownej konfrontacji ze światem. Konfrontacji wszystkimi zmysłami. Także o tym, co złego możemy sobie uczynić, kiedy zaczniemy mieć do świata pretensje o to, o co nigdy nie powinniśmy ich mieć, bo sporo wydarzyło się głównie dzięki nam. Przez nas. Aleksander przeklina pewne gesty, sytuacje, niewłaściwe decyzje. Jednocześnie musi stale mierzyć się z konsekwencjami tego, co zrobił, i tego, co w odwecie jemu zrobiono. Czego chce? Stabilizacji i pewności, że jest jakaś celowość w życiu. Być może też wysłuchania. Jedynym wiernym słuchaczem jest sąsiad alkoholik, dla którego opowieści Aleksandra są słowami z jakby innego wymiaru. Czy znajdzie się coś albo pojawi ktoś, kto zmieni optykę bohatera „Szpagatu”? Do czego zmierzają jego wnikliwe dywagacje, drobiazgowe analizy, obsesyjne wizje i wnioski, które utrudniają mu życie? Myślę, że jest to opowieść o pewnym specyficznym rodzaju wrażliwości przeznaczona także dla specyficznych czytelników. Takich, którzy czytają bez zniecierpliwienia i są w stanie zrozumieć, w jaki sposób z błahego na pozór wydarzenia może się zrodzić w świadomości ludzkiej egzystencjalny dramat.

Joanna Chojnacka opowiada o tym, że nie można w życiu wciąż uciekać. Od wspomnień, od samego siebie. Nie można żyć tylko fragmentarycznie. Nie warto walczyć o przeszłość, która odeszła na zawsze. Kobiece pióro, męska perspektywa. Powieść dramatyczna, a jednocześnie niosąca nadzieję. Studium mizantropii i megalomanii, ale także tęsknoty za szczęściem. Pasjonujące, choć bolesne i chwilami trudne do przyswojenia. „Szpagat” to także niezwykle interesująca próba wejścia w świat przeżyć drugiej płci. Chojnackiej nie wystarczy założenie spodni i domalowanie sobie wąsów. Ona penetruje świat męskich przeżyć z zaskakującą uwagą, przenikliwością i dokładnością.


PATRONAT MEDIALNY

2016-09-21

"Mikroelementy" Łukasz Suskiewicz

Wydawca: FORMA

Data wydania: 16 sierpnia 2016

Liczba stron: 104

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 28 zł

Tytuł recenzji: Obrazki codzienności

Opowiadania Łukasza Suskiewicza – mroczne i ponure – są bardzo sugestywnym świadectwem tej części naszego życia, z którą nigdzie się nie obnosimy i której nie analizujemy. Chodzi o szarość, powtarzalność oraz poczucie uciekającego czasu. Nie daje on już żadnych nowych bodźców, nie niesie doświadczeń. Jest okresem, w którym staramy się przede wszystkim przetrwać – nie oczekując zmian, nie wnosząc nic w życie bliskich osób, samotnie zasklepiając się pośród rytuałów codzienności. A przecież, jak pisze autor w jednym z tekstów: Człowiek, który zrobi wszystko, by przetrwać, jest zagrożeniem nie tylko dla siebie. „Mikroelementy” mówią o tej grozie w sposób sprawozdawczy. Jednocześnie widzimy, że Suskiewicz staje się kronikarzem naszej sfery wstydliwości, naszych kompleksów i frustracji. Powraca do tez nakreślonych w świetnych „Zależnościach”. Przypomina, iż część z nas okopuje się w bastionie nudy i przyzwyczajeń, bo inne życie wydaje się niemożliwe, czasem niebezpieczne. To także książka o tym, że niesiemy ze sobą przez życie patologie rodzinne w najróżniejszych formach, i w tym znaczeniu poprzednie „Zależności” były preludium do okropnego świata tej książki. Tylko co tak naprawdę jest okropne? Świat czy nasze jego wyobrażenia?

Autor przyjmuje różne punkty widzenia, dopasowując do nich język. Mamy opowiadania z krótkimi, siekącymi zdaniami i teksty budujące swą karkołomną składnią smutny strumień świadomości. Cechą wspólną tekstów jest to, że boli w nich pustka zakończeń. One nawet nie są otwarte. Z ostatnim zdaniem wpadamy w jakąś mroczną otchłań – czasem dosłownie jak bohater opowiadania „Diabeł i meskalina”. Łukasz Suskiewicz pozwala nam pojawić się w życiorysach swoich bohaterów tylko na chwilę. Niektórzy przez tę chwilę opowiedzą całą swą traumę istnienia i wyrażą gorycz egzystencji z takim, a nie innym statusem. Inni będą nas zwodzić, nie wypowiedzą się wprost. Będą za nich mówić zachowania lub gesty. Język stanie się bezradny, a jednocześnie będzie też narzędziem do konsekwentnego punktowania tych życiowych niedoborów, które czynią z naszego życia piekło. Piekło istnienia w „Mikroelementach” jest przestrzenią bardzo dobrze oswojoną. Na to piekło pracowały czasem wcześniejsze pokolenia, ale równie zręcznie sami osadziliśmy się w roli cierpiętników. Czasami jedyną – nieskuteczną – alternatywą jest wzięcie magnezu, kupno nowego samochodu, odejście od partnera, alkohol lub wybielanie zębów. Nic nie jest skuteczne, bo Suskiewicz wie, jak mocno trzymamy się wykoślawionych granic naszego istnienia tylko dlatego, że boimy się tego, co jest poza nimi.

Wchodzimy w blask zimnego światła, którą to metaforę Suskiewicz pożycza od Michaela Giry, tytułując nią także jedno z opowiadań o kobiecie z poczuciem kontroli wszystkiego poza procesem starzenia się. Starość może przerażać bardziej niż śmierć. Także samotność; w nią niektórzy w tych tekstach osuwają się nagle i bez możliwości ratunku, powrotu do normalnego życia. A to normalne życie jest przede wszystkim ciągiem zależności, układów, trwaniem pośród form i obowiązków, pomiędzy jednym zmęczeniem a drugim, między jednym niespokojnym snem a kolejnym. Odnosi się wrażenie, że każdy pedałuje wciąż pod górkę (jak bohater „Rowerzystów”) albo wybiera sferę profanum, by poczuć swe istnienie, albowiem sacrum jest tylko obietnicą i tęsknotą za czymś niespełnionym („Odciski”). To opowieść o kilku rodzajach tożsamości i wiecznej tęsknocie za innym porządkiem albo odmianą losu. Ale jest to książka także o osadzeniu się w pozorach egzystencji, bo nie ma siły ani przekonania, by cokolwiek zmienić. Można nienawidzić partnera, ale wieczorem się do niego przytulać. Można fantazjować o rozbuchanym życiu erotycznym, ale mimo to czuć pewność oswojonego ciała obok, z którym nie łączy nas wiele, jednak nie stać nas na żadną ekstrawagancję.

Teksty w tym zbiorze są różnej jakości. Bywają słabsze. Ale są też takie, dzięki którym ten zbiór ożywa różnorodnością: mroczny „Real”, bezkompromisowi „Statystyczni” czy jedyny znacząco symboliczny tekst zbioru – „Bydlę”. W „Kręgach” jest mowa o tym, co sugestywnie nakreślały „Zależności” – pojawiają się pytania o to, co dziedziczymy po naszych przodkach i dlaczego tak często są to bolesne niedomówienia, bywa, że kłamstwa, nierzadko rozciągnięte na kolejne lata milczenie w rodzie. To też opowiadanie o tym, że mroczna spuścizna determinuje nasze działania, ale i wywołuje stany niepokoju, bo przecież moglibyśmy być kimś innym, gdyby nie błędy naszych rodziców czy dziadków.

Łukasz Suskiewicz snuje rozprawy o ludzkich ograniczeniach i o możliwościach, na które się nie decydujemy. To opowiadania o sile negatywnych emocji i o ludzkiej pogardzie budowanej w opozycji do porządku świata. „Mikser” to przerażająco aktualne studium tożsamości subkultury zbudowanej przede wszystkim na figurze wroga. Kogoś, kogo należy zniszczyć, usunąć z pola widzenia. Kiedy nie da się solidnie przyłożyć samemu sobie, trzeba znaleźć ofiarę. „Mikroelementy” są może nie tyle o ofiarach, ile o uwarunkowaniach, w jakich tworzymy to, co nazywamy bezpieczną codziennością. I przywiązujemy się do niej nadzwyczaj mocno, bo mimo wszystko dużo ważniejsze jest to, co naprawdę mamy, niż to, co moglibyśmy mieć, a o co trzeba powalczyć.

Myślę, że to jedna z książek sugestywnie opisujących naszą niegotowość na przemijanie, któremu przecież podlegamy w każdej minucie każdego dnia. „Założenia” opowiadają o rozczarowaniu tym, co jest wokół, ale i o lęku przed zmianą. Nieszczęścia definiowane są na różne sposoby, ale Suskiewicz sugeruje, że ta opresyjna rzeczywistość jest dla wielu naturalnym środowiskiem życia. Nie sugeruje bohaterom, co mogliby zrobić. Nie ma w „Mikroelementach” żadnych czytelnych komentarzy autorskich. Jak wspomniałem na wstępie, Suskiewicz stara się stworzyć karty kroniki życia, które upodla, ale i takiego, do którego jesteśmy bezwzględnie przywiązani. Przygnębiająca, jednak też interesująca rzecz.


PATRONAT MEDIALNY

2016-09-19

"Tymczasem" Izabela Sowa

Wydawca: Znak

Data wydania: 28 września 2016

Liczba stron: 304

Oprawa: miękka

Cena det.: 32,90 zł

Tytuł recenzji: Gotowość do zmian

Świetna jest nowa powieść Izabeli Sowy. Mądra i rozważna, choć początek nie zapowiada niczego wyjątkowego. Czyta się tę narrację z narastającą trwogą o to, czy wszystko, co uznajemy w życiu za pewne, jest tym w istocie. Czy istnieje naprawdę. W jakim wymiarze my sami istniejemy i czy nie boimy się przypadkiem utknięcia w życiowej tymczasowości, bo jakakolwiek pewność i stabilność wywołuje większy lęk niż trwanie pośród złudzeń i na przekór światu, który wydaje się niezmienny. Izabela Sowa w swej nowej powieści opowiada przede wszystkim o życiowej przemianie w mieście, które ma swoje bolączki, ale nie ma kompleksów. Kraków stanie się areną zmagań – z rozpaczą po śmierci bliskiej osoby, ale także ze zmianą perspektywy. Po jej dokonaniu życie przestanie być tymczasowe. Można zadać sobie kilka pytań bohaterów – o to, kim naprawdę jesteśmy, jak kształtują nas inni, oraz o to, jaki obraz świata odrzucamy, żegnając się z młodością, a na jaki wciąż nie jesteśmy gotowi, wkraczając w odpowiedzialną dorosłość.

Monique w życiu zawodowym jest specjalistką od złudzeń. Stylistka, która dawniej miała swój program telewizyjny, teraz zmaga się z poczuciem wyobcowania, bo jej praca i starania zdają się nikogo nie interesować. Monique zawsze mówiła swoim klientkom, że najważniejsza jest odwaga – przede wszystkim ta w dokonywaniu wyborów. Wybory bohaterki nie okazały się trafne. Monique czuje, że ma ogromny problem z asertywnością, a jednocześnie nie lubi zamieszania wokół swojej osoby. Odsuwa się gdzieś na margines życia, choć wcześniej miała – złudne zapewne – mniemanie o tym, że jest w jego centrum. Sowa przedstawia nam swą bohaterkę w momencie, w którym symboliczne wyłączenie prądu w jej mieszkaniu ma wywołać impuls do zmian. O oświetlenie, pewną jasność i klarowność swego dalszego życia Monique będzie musiała powalczyć. Tymczasem korzysta z oferty swojego byłego partnera, który proponuje jej pobyt w swym krakowskim mieszkaniu. Po to, żeby odsapnąć. Spojrzeć na pewne sprawy inaczej. Zmienić perspektywę.

Tracąc pozycję zawodową, bohaterka „Tymczasem” jednocześnie zapada się w sobie. Potrzebny jej impuls, by wyrwać się z marazmu. Na jej drodze nieoczekiwanie staje charyzmatyczna Brzytwa. Kobiety wspólnie odkrywać będą tajemnicę śmierci bliskiego Monique wuja Augusta. Jednocześnie każda z nich weźmie ze znajomości wiele dla siebie. Po to, by dokonać zmiany. Pożegnać tymczasowość, sztuczność, wieczne wahania przed życiem na całego i przed byciem sobą, skrytą pośród pewnych żałości oraz narastających wątpliwości, czy kierunek egzystencji jest właściwy.

Izabela Sowa portretuje Kraków oczyma osoby, która wraca do miasta po latach. Jest w tym sporo sentymentalizmu, ale to nie tylko odwołania do wyobraźni tych, co pamiętają istnienie baru Smok czy pewną prowincjonalność miasta, które stało się światową metropolią. Chodzi też o to, jak pewne sprawy, niektóre miejsca i kilku ludzi widzi się po latach. Chodzi o Augusta, wujka Monique, osobę witającą ją kiedyś w Krakowie, gdy po raz pierwszy zerwała ze stygmatem podhalańskiej prowincji i zgodziła się na to, by pożegnać wszelkie formy dziadostwa, które w niej się skryły. August to człowiek kroczący swoją ścieżką. Pewny siebie mentor, który chce młodziutką dziewczynę wpasować we właściwy tor. Po to, by nie błądziła i nie utknęła w tym, co tymczasowe. Egzystencja Augusta okupiona jest ofiarami. Najważniejszą z nich staje się samotność. Jednak w swym wyobcowaniu wuj jest bardzo silny i konsekwentny. Monique chce w Krakowie skontaktować się z nim po latach i być może podziękować za cenne lekcje życia. Tymczasem dane jej będzie skonfrontować się z innymi ludźmi, ze swoją przeszłością i z poczuciem zagubienia. Mimo wszystko dzieje się jednak coś, co można określić mianem właściwej zmiany. Bohaterka Sowy odczyta na nowo słowa sprzed lat, a ważne retrospekcje nabiorą innego znaczenia, kiedy przyjrzymy się bohaterce ukształtowanej w taki, a nie inny sposób przez warszawską codzienność. W niej Monique grała ze złudzeniami. W Krakowie jest gotowa pozbyć się ich.

„Tymczasem” opowiada o różnych formach samotności, której doświadczamy, rozprawiając się we własnym wnętrzu z tym, co nas niepokoi, warunkuje nasze działania i każe nieustannie dokonywać wyborów, których potem się żałuje. Sowa sugeruje, że jej bohaterowie musieli przebyć trudną drogę, by w punkcie dnia dzisiejszego odważnie przejąć odpowiedzialność za siebie. Także za pamięć o kimś, kto nie będzie już w stanie udowadniać swojej wyjątkowości. Ta książka odwołuje się do tego, że pamięć o przeszłości oraz ludzka tożsamość idą ze sobą w parze. Żaden wyjątkowy to wniosek, jednak w tej powieści rozważania natury egzystencjalnej sprytnie łączą się z kwestiami bytowania i pewności swoich czterech kątów. Sowa opowiada o dramatach lokatorów kamienic własnościowych, opowiada też o kilku innych mieszkaniach – przestrzeniach opresji i zadowolenia z siebie.

To książka o tym, jak często – z różnych powodów – wybieramy życiową prowizorkę, w której nie trzeba zwalniać tempa, nie trzeba się zakorzeniać, specjalnie myśleć o swoim miejscu na ziemi, utożsamiać go z własnym lokum. Izabela Sowa opowiada o życiowym pędzie, w którym kiedyś trzeba się zatrzymać. Także o tym, że nigdy nie możemy mieć pewności tego, iż na naszej drodze pojawi się nowa, zmieniająca wszystko znajomość. To również powieść o wspomnianej już zmianie perspektywy. O tym, jak trudno na własne dokonania spojrzeć nieco inaczej, krytyczniej i uważniej. Sporo wiedzy o sobie otrzymujemy od innych ludzi, ale niekoniecznie tę wiedzę przyswajamy. Chcemy być kowalami własnego losu, a jesteśmy zależni od wielu różnych czynników. Bohaterowie Sowy na kilka różnych sposobów pokazują, czym jest odwaga spojrzenia sobie w twarz. Tak naprawdę i uważnie. To zatem książka o wszystkich niezbudzonych w nas nadziejach i marzeniach, które zamierają gdzieś w tymczasowości życia, ale na pewno się o siebie upomną.

„Tymczasem” to powieść wyraźnie nakreślonych postaci i kilku wyraźnych tez. Początkowo nie sygnalizuje swojego przesłania i może uśpić czytelniczą czujność. Moc sprawczą ma tutaj Kraków – wspomniane już miasto bez kompleksów. Przez pryzmat jego rozwoju i zmian przyglądamy się temu, do jakich wniosków dochodzą bohaterowie, by zmienić siebie. Czyta się z dużą przyjemnością, bo to prosta książka o niekoniecznie prostych sprawach. Zmiana to zawsze i trauma, i szczęście. Zmienić siebie można, tylko akceptując fakt, że przyszedł na tę zmianę właściwy czas.

2016-09-16

"Rój" Laline Paull

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 13 września 2016

Liczba stron: 384

Tłumacz: Tomasz Wilusz

Oprawa: miękka

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Kolektyw i jednostka

Górnolotne porównania i etykietowanie zwykle szkodzą książce, choć niewątpliwie niosą ją promocyjnie. „Rój” Laline Paull nie unosi ciężkości porównania do „Folwarku zwierzęcego” Orwella, ale jest jednocześnie powieścią, która imponuje wyobraźnią autorki. To, co ona sama ma nam do powiedzenia o strukturze systemu totalitarnego, zostało już opisane w tysiącach opracowań i w wielu ciekawszych niż „Rój” książkach. Warto zastanowić się nad klasyfikacją gatunkową tej pozycji, dość niebezpiecznie oscylującej gdzieś w rewirach dynamicznych powieści fantasy pochłanianych bezrefleksyjnie tylko dlatego, że wiele się dzieje i na dzianiu się skupia uwagę czytelnik spragniony kolejnych wolt narracyjnych. „Rój” kierowany jest mimo wszystko do dojrzałego czytelnika, bo w narracji Paull odnajdziemy pokłosie literatury od czasu mitotwórczości i legend po współczesne opowieści o wyobcowaniu w tłumie i dodatkowym obciążeniu emocjonalnym jednostki zindoktrynowanej, lecz zagubionej w nadmiarze wrażeń. Nieszczęśliwie samotnej i dramatycznie wyobcowanej w momentach, w których zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że układanka wymagającej podporządkowania rzeczywistości to puzzle na wietrze i chaos skryty pod fasadą zasad.

Laline Paull przemyślała sobie to, w jaki sposób opowiedzieć o swym świecie przedstawionym i jak nadać mu sugestywne ramy. Jest to proza inteligentna, zwodząca nas i ujmująca tym, jak w detalu tworzy literackie dzieła sztuki, a są nimi na przykład fragmenty batalistyczne, kiedy pszczoły bronią ula przed wrogami ze świata zewnętrznego. Przykuwa uwagę konstrukcja głównej bohaterki, pszczoły rozdartej między imperatywem służby kolektywowi a instynktem macierzyńskim i miłością, za którymi stoi zbrodnia, bo to także książka o tym, jak zamach stanu udramatyzowany jest wewnętrzną walką ze spójną strukturą, jaką – niestety – trzeba rozsadzić, by poczuć choć odrobinę spełnienia i wiedzieć, że po raz pierwszy w krótkim życiu postępuje się słusznie oraz w zgodzie z własnym sumieniem, nie sumieniem ogółu.

Flora 717 rodzi się brzydka i przerośnięta. Ma w sobie jednak coś, czego brakuje jej towarzyszkom z rodu sprzątających, najniżej usytuowanym w hierarchii społecznej ula. Tym czymś jest determinacja w działaniu i taki rodzaj dzielności, który pomaga w zasadzie bezkolizyjnie na kolejne przesunięcia w obrębie hierarchii – Flora 717 jest pszczołą przekraczającą granice i zdobywającą doświadczenia, jakich nie może zdobyć ktoś o takim jak ona urodzeniu. Laline Paull fantazjuje na temat wyobcowanej jednostki, która szukając namiastki wolności, wciąż powraca do zniewolenia, z którego wyrosła. Piękna i przejmująca jest scena, w której pszczoła po raz pierwszy zaznaje ekstazy lotu na świeżym powietrzu, wiedząc jednak doskonale, że jej miejsce jest pośród sióstr – nawet wówczas, gdy musi zmagać się z paskudnymi nieczystościami czy wyrzucać kolejne trupy poza przestrzeń ula.

Bo pszczoły żyją krótko i tę efemeryczność brytyjska pisarka zaznacza bardzo wyraziście. Jej bohaterki nie pamiętają, co wydarzyło się w poprzednim sezonie. Ich pamięć ograniczona jest do bieżących spraw i obowiązków. Szersze pojęcie o funkcjonowaniu ula mają tylko wybrane pszczoły. Mienią się kapłankami, na których rozkazy w stałej gotowości tkwi okrutna i bezkompromisowa policja. Ona śledzi każde odchylenie od normy. Flora 717 zaraz po narodzinach orientuje się, z jaką szybkością i gwałtownością eliminowane są jednostki zbędne, z defektami. Potem strach zastąpi na chwilę fascynacja tą siłą, której nie jest w stanie się przeciwstawić żadna z sióstr – każda zdaje sobie sprawę z tego, że działania policji służą przede wszystkim eliminacji. Pszczeli kolektyw ma działać w myśl prostych zasad – bezrefleksyjnie, na podstawie narzuconych zadań i zakresu czynności determinowanych przez pochodzenie. Poza ułomnościami konsekwentnie eliminuje wiedzę, świadomość i uczuciowość. Macierzyństwo oznacza brak jakichkolwiek więzi. Macierzyństwo to proces. Świadoma tego Flora 717 odkrywa, że sama może stać się matką. Zmieni to jej perspektywę na to, czym jest dobro ula. Zmieni także i otoczenie odkrywające z czasem sekret robotnicy.

Laline Paull obrazuje kult jednostki w połączeniu z umiejętnie sformułowanymi prawdami objawionymi, dzięki którym religia indoktrynuje i porządkuje, a Wielka Matka Królowa staje się symbolem miłości, jakiej żadna z pszczół tak naprawdę nigdy nie zaznaje. Sceny zbiorowe pełne zachwytów, uniesień i szalonej ekstazy na cześć tej jedynej mającej prawo płodzić przypominają nie tylko o jednym z azjatyckich krajów. To efekt wydobyty z wielu społeczeństw, w różnych okolicznościach, w różnych czasach. Potęga kolektywu w „Roju” polega na jego uporządkowaniu i na utylitaryzmie. Także na bezkompromisowości odrzucania jednostek słabych i na gruntowaniu wszystkich w przekonaniu, iż poza ulem czai się wszelkie zło. Katastroficzne wizje, różnego rodzaju manipulacje, bodźce przekazywane czułkami mające znamionować kontrolę umysłów – to wszystko perfekcyjny świat zniewolenia, ale jednocześnie obraz dość wtórny, mocno już wyeksploatowany.

Paull pokazuje jednak, że w świecie bezwzględnego podporządkowania się i karności mają miejsce akty miłosierdzia czy przejawy solidarności. Nie nad wszystkim zapanuje tak zwany Umysł Roju, ale wszystko musi być bezwzględnie uporządkowane. Nawet status trutni, życiowych hedonistów, nieświadomych okrutnego losu czekającego ich rok po roku. Najpierw wielbieni i adorowani, potem podlegają okrutnemu prawu eliminacji. Flora 717 bardzo się stara, by zdusić w sobie wszystkie te uczucia, które nieoczekiwanie przelewa na nią Królowa. Bo pszczoła z najniższego stanu będzie zdolna przekroczyć wiele granic, by znaleźć się w bliskości tej, którą adorują wszyscy. Do czasu. Przecież jakakolwiek ułomność jest eliminowana, a może zdarzyć się nawet Wielkiej Matce.

„Rój” to taka trochę baśniowa opowieść o determinacji i odwadze przeciwstawionych strachowi, na którym opiera się cały mechanizm ula. Ul jest uporządkowany, ale ceną tego uporządkowania jest podleganie najsurowszym prawom i najbardziej dramatycznym selekcjom. Świat zewnętrzny – uosabiany przede wszystkim przez wrogów – to świat pełnej swobody, beztroski, indywidualnego buntu, zawiści i złośliwości. U Laline Paull liczą się służba i porządek. Ta barwna historia stawia przed nami jedno z najbardziej mrocznych i ponadczasowych pytań: jak wiele własnej wolności jesteśmy w stanie poświęcić dla porządku i bezpieczeństwa?

To także bardzo dramatyczna rozprawa o tym, jakie ramy ma ta wewnętrzna wolność i jak duże tkwi w świecie poczucie identyfikacji z grupą, gromadą. Flora 717 to taka dzielna bojowniczka o samostanowienie, ale jednocześnie doskonale zobrazowany przykład jednostki podporządkowanej prawom na tyle restrykcyjnym, że gotowym w każdej chwili ją usunąć. Nie wiem, czy to książka ostrzeżenie, bardziej zgrabna literacka gra z pewnymi motywami, czy narracja pełna ożywczego dynamizmu, przede wszystkim to jednak powieść do tak zwanego pochłaniania. Trudno orzec, czy u Laline Paull ma być więcej alegorycznego mroku, czy też rozrywki rasowego thrillera. „Rój” to z pewnością rzecz dyskusyjna. Obrazowanie i szczegółowość w tworzeniu świata przedstawionego z pewnością przykują uwagę. O to w gruncie rzeczy chodzi. Nie o jakieś głębsze wykładnie, o budowanie kolejnej literackiej antyutopii. Mimo całego ciężaru i grozy tej powieści trudno ją jednak potraktować do końca poważnie. Może być bardziej diagnozą niż ostrzeżeniem. Jest przemyślaną od początku do końca książką, dla której warto poświęcić dwa wieczory. Frapujące.

2016-09-14

"Rosso Istanbul" Ferzan Özpetek

Wydawca: Claroscuro

Data wydania: 31 sierpnia 2016

Liczba stron: 128

Tłumacz: Gabriela Hałat

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Podwójności

Fani filmów Ferzana Özpetka będą zachwyceni inicjatywą Wydawnictwa Claroscuro, które prezentuje nam książkę znanego reżysera. On sam od dwóch lat, czyli od premiery „Zapnijcie pasy”, nie zaproponował nam jeszcze nowego filmu. Ale proponuje prozę. Opowieść o kilku znaczeniach dwoistości w życiu ludzkim. Naznaczoną symboliczną czerwienią – kolorem miłości, buntu, rewolucji i przemian. To także barwa, która uszczęśliwia matkę reżysera – „Rosso Istanbul” to między innymi hołd jej złożony. Özpetek wyznaje zasadę, że istotniejsze od samego przeżywania życia jest jego opowiadanie. Opowie zatem o sobie, swojej pamięci, dwóch rodzajach bliskości z miejscami i ludźmi, a także o pogodzeniu z nieuchronnością zmian oraz mądrej konfrontacji z utratą. Ta książka jest świadectwem tego, że życie w szacunku i miłości może być życiem spełnionym. Nic to, że czasami niepełnym, poszukującym tego, co utracone. Niemym bohaterem jest rodzinne miasto reżysera. Stambuł ze swym majestatem rozpartym między dwoma kontynentami. W opowieści o tym, że można kochać jednocześnie dwa miejsca, dwoje ludzi. To także dwie historie, które zazębiają się w finale – autobiograficzne zwierzenia oraz fikcja literacka, bardzo barwna i filmowa. Dwa spojrzenia na miasto – jedno sentymentalne, drugie pełne zaskoczenia i wzruszeń, gdy widzi się je po raz pierwszy. I kino, którego jest tutaj sporo, o które się walczy, które daje wyzwolenie i nadaje sens życiu. Piękna, krwista i ujmująca opowieść o cudzie życia i cudzie miłości.

Wszystko rozpoczyna się w samolocie, w tej symbolicznej przestrzeni gdzieś pomiędzy. Autor opuszcza Rzym, z którym związał się bardzo silnie, i przybywa tam, gdzie się wychował, lecz skąd ruszył w podróż życia jeszcze przed ukończeniem osiemnastu lat. Ferzan Özpetek chce przybliżyć nam miasto, w którym poznał swoje rzeczy pierwsze. Pierwszą miłość i pierwszy pocałunek, tak brutalnie przerwany przez nieobecnego potem w jego życiu ojca. „Rosso Istanbul” to jednak przede wszystkim książka o obecności. Opowieść o matce, która musi pożegnać się z rodzinną willą przeznaczoną do rozbiórki. Kobiecie będącej uosobieniem tej czułości i sentymentalizmu, z którymi wyprawiła syna w świat. Dziś pozostają jej wspomnienia. Między innymi dwóch miłości, bo nadal nosi w sercu ślady po mężczyznach swego życia. Syn przejął po niej nie tylko specyficzną wrażliwość. Ugruntował się w przekonaniu, iż uczucie nie odnosi się tylko do jednego obiektu. Rzym i Stambuł są w jego sercu tak jak pierwszy kochanek i człowiek, z którym idzie przez życie. A matka niesie w sobie wiele czułych wspomnień. Özpetek kłania się jej i opowiada o widzeniu świata, gdzie nie tylko miłość ma dwa oblicza. To także historia Stambułu przepełnionego harmonią i gniewem. Miasta, w którym spotykają się dwie opowieści.

W samolocie do Stambułu znajduje się też ona. Anna. Pierwszy raz odwiedzająca miasto. Uporządkowana, racjonalna, spełniona w miłości i związku. Nie ma pojęcia, co ją czeka w nowym miejscu. Nie wie jeszcze, że to nie będą po prostu wakacje z ukochanym mężem u boku. Ona i on, autor tej narracji, skonfrontują się ze śmiercią – w różnym wymiarze, ale z podobnym skutkiem. Spojrzą na własne życie z innej perspektywy. U Anny będzie mieć miejsce rozpad jej uporządkowanego świata iluzji, które nazywała życiowymi pewnikami. Ferzan Özpetek będzie tym sławnym reżyserem oglądającym miejsca doskonale znane, ale widziane nieco inaczej. Śmierć, gniew, bunt – połączą się ze sobą i zogniskują też wokół pewnego starego kina podlegającego rozbiórce jak willa, w której matka wciąż żywo wspomina swoje miłości. Özpetek opowie o ludziach pozbawionych pewnych fundamentalnych wzorców, życiowych przewodników. On sam ze znamieniem braku ojca bliski jest Annie, która nie mogła brać przykładu z przedwcześnie zmarłej matki. Te braki rekompensowane są na różne sposoby. Być może także wyzwalają charakterystyczny sposób widzenia świata. Zmyśloną Annę z realnym reżyserem i autorem połączy coś więcej, niż na początku możemy dostrzec. „Rosso Istanbul” opowie dwie historie odkrywania miasta i zaprezentuje jedną wyraźną opowieść o odnajdywaniu życiowej harmonii.

To w dużym stopniu proza rozliczeniowa, w której burzenie idzie w parze z tworzeniem się czegoś nowego w myślach, świadomości. Ferzan Özpetek chce opowiadać o życiu w taki sposób, w jaki robi to w swoich filmach. Punktuje problemy, nie nakreślając ich szczegółów. Sygnalizuje ścieżki interpretacyjne, lecz jednocześnie czyni je niejednoznacznymi. To mądra książka o przeciwstawianiu się wszelkiemu ograniczeniu tego świata. Dwoistość wyborów i wieloznaczna czerwień. Wokół tego powstają historie poznawania siebie. Śmierć może zmienić postrzeganie czasu i przestrzeni, ale u Ferzana Özpetka ma być początkiem nowej drogi tych, którzy jednak uniknęli unicestwienia. Nic nie unicestwi wspomnień, w których autor zanurza nas z lekkością i elegancją. Te wspomnienia obrazują, kim się stał i w jaki sposób wrósł w swoje miasto, budując tożsamość w pewnym oddaleniu od niego. To książka o potrzebie powrotów, ich terapeutycznej roli, ale także o tym, że każdy z nas ma swój konkretny dom zabierany w życiową podróż, lecz zmuszający także do tego, by myśleć o nim inaczej, w coraz szerszej perspektywie.

Sporo się mówi i pisze o miłości, powstają niezliczone filmy, coraz to nowe fabuły pokazujące jej niezwykłość. Matka Ferzan Özpetka uczy syna miłości bezwarunkowej o kilku obliczach. On sam zdaje sobie sprawę, że powraca do spraw trudnych i niepokojących nawet po latach. Wie jednak, że być może ostatni kontakt ze starzejącą się matką obudzi w nim ten rodzaj wrażliwości, dzięki któremu zbudował życie w takim, a nie innym kształcie. Rosso Istanbul” to kameralna opowieść o wielkich namiętnościach i o tym, do czego człowiek przywiązuje się czasem wbrew zdrowemu rozsądkowi. Nieprawdopodobnie sugestywna, gdy po raz kolejny, po wielu filmach Özpetka, wciąż mówi coś nowego i ważnego o miłości. Najważniejsze wydaje się jednak pisanie o przestrzeni wewnętrznej wolności. Wypracowana przez autora daje mu poczucie niezależności, a jednocześnie stale przypomina, skąd pochodzi, czego się nauczył, co zostało w jego pamięci na zawsze i czego nie zniszczy żaden buldożer, żadna przemoc, rewolucja, a nawet nieuchronność śmierci. Piękna książka o poczuciu przynależności i o tożsamości zbudowanej na więcej niż jednym życiowym filarze. Inspirująca i uzupełniająca to, co Ferzan Özpetek opowiedział nam dotychczas w swoich filmach.

2016-09-12

"Pani Furia" Grażyna Plebanek

Wydawca: Znak

Data wydania: 31 sierpnia 2016

Liczba stron: 360

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Europejski gniew

Grażyna Plebanek jest trochę jak pisarka pozytywistyczna – bardzo się stara być w swojej twórczości na bieżąco ze wszystkim oraz przystawia skomplikowanej rzeczywistości zwierciadło, w którym ma się ona przejrzeć i zobaczyć swą prawdziwą twarz. Problematyka emigracji jest obecna w jej twórczości już od dawna. Dziewięć lat temu ukazała się „Przystupa”: historia prostej kobiety z Polski, która pokornie znosi swój los, będąc jednocześnie zaopatrzona w pewien bagaż tożsamości przywiezionej za granicę. Egzemplifikuje go tomik „Ballad i romansów”, świadectwo bycia z konkretnego miejsca, także wydobywania się z konkretnej tożsamości i budowania jej na nowo w konfrontacji z trudnymi realiami emigrantki w Szwecji. Alia – bohaterka najnowszej powieści – wydobywa się z Konga, którego nie zna i z którym nie może się utożsamić. Jest obca w europejskim kraju i w pewien sposób wyobcowana wewnętrznie. Ojciec zabrał ją z ojczyzny, nie pozwalając się w niej zakorzenić. Wszystko, co Alia ma, to ojcowskie gawędy – wzorowane trochę na twórczości Alaina Mabanckou i jego estetyce. Bohaterka nie zna ojczystego języka lingala, a w belgijskiej szkole niczego nie mówią na temat historii i kultury Konga. O ile zatem Przystupa była poczciwą dziewczyną z prowincji, która chciała się przysłużyć obcej rzeczywistości Szwecji, o tyle w Alii nie ma nic z poczciwości – wrasta w nią coraz większa gorycz, znajdują w sercu miejsce bunt i złość. „Pani Furia” będzie opowieścią o emigracji wyrosłej z niesprawiedliwości dziejowej i naznaczonej stygmatem skóry. Będzie to historia spisana czarno na białym (sic!), dyskredytująca zarówno białych udręczonych przybyszami z zewnątrz, jak i emigrantów, dla których Europa stanie się miejscem walki – czasem tak krwawej jak dla przodków Belgów, którzy przemocą wprowadzali własny ład na Czarnym Kontynencie.

To druga po „Bokserce” powieść, w której Plebanek portretuje kobiecą wściekłość i kierunki, w jakich się ona wyładowuje. O ile jednak w poprzedniej książce motywacje wewnętrznego buntu i imperatywu sięgania po bokserskie rękawice nie do końca były dla mnie czytelne ani przekonujące, o tyle w „Pani Furii” wszystko jest nam podane niejako na tacy. Drobiazgowo analizując sytuację rodzinną Alii i nie pozostawiając czytelnikowi zbyt wielkiego pola do domysłów, Grażyna Plebanek uwiarygodnia konstrukcję psychiczną dorosłej bohaterki. Kobiety najpierw chcącej się przed europejskim światem schować, potem wychodzącej mu dzielnie naprzeciw, a następnie dokonującej wewnętrznej analizy, której efektem jest powtórzona refleksja o tym, że musi coś z tym światem zrobić. Myślę, że to jest zdanie wiszące nad fabułą tej powieści niczym miecz Damoklesa. Grażyna Plebanek ukazuje bowiem, jak rozsadza się wewnętrznie europejski porządek w założeniu oparty na liberalizmie i poszanowaniu wszelkiego rodzaju inności. Zbyt wielu frustratów może rozmyślać o tym, o czym myśli Alia. Za tymi wszystkim mogą stać agresja i wewnętrzna gotowość do rozwiązań siłowych, zgodnie z przekonaniem jednego z bohaterów książki, że wielokulturowość to europejski burdel i trzeba go posprzątać. Radykalnie i bez sentymentu.

Ktoś za to sprzątanie się zabiera. „Panią Furię” otwiera bowiem fragment żywcem wzięty z popularnych skandynawskich thrillerów. Oto w metalowej szafie zostaje odnaleziony mężczyzna z podciętymi ścięgnami. Jest anonimowy, ale wiemy, że nie pochodzi z Europy. Ktoś wymierzył mu karę. Za to, że jest obcy, i za to, że nie szanuje europejskiego porządku. Takich ofiar będzie więcej. Ktoś decyduje się na samowolę i karanie tych, których nie chce ukarać system. Jaki związek ma ten proceder z losami dziewczyny z Konga? Wszystko będzie się wyjaśniać. Niemym i smutnym świadkiem zdarzeń będzie Bruksela – miasto nomadów. Tak określa ją czarnoskóry kochanek Emilii z „Bokserki”. Nieprzypadkowo będzie to właśnie Bruksela. Nie tylko dlatego, że autorka jest związana z tym miastem od lat, ale przede wszystkim z powodu tej dużej różnorodności przynoszącej jednym wzrost świadomości społecznej, innym frustracje i gniew, który prędzej czy później musi znaleźć swoje ujście.

Alia to córka leniwej matki i operatywnego ojca. Tak bardzo przedsiębiorczego, że po sprowadzeniu rodziny do Europy sam daje nogę z powrotem do Konga. A Alia jest bardzo związana emocjonalnie z ojcem – w przeciwieństwie do rodzinnego Konga, które chciałaby naprawdę poznać. Chciałaby także poznać siebie. Wyrasta w wiecznej opozycji do rzeczywistości. Za czarna, za chuda, za mało kobieca. Wciąż spotykają ją szykany, stale czuje się zagrożona. Matka prostuje jej włosy, krzywiąc jednocześnie psychikę. Kolejni mężczyźni na jej drodze dają świadectwo niedojrzałości. Kobiety, z którymi obcuje, noszą w sobie złość za podmiotowe traktowanie i za to, że zostały oszukane. W Brukseli stale ma znaczenie to, kto ma jaki kolor skóry. Dzisiejsza Bruksela pośrednio obrazuje, czego biali dorobili się przemocą w Afryce, co czarni przez to stracili i w jaki sposób przemoc wraca – w zupełnie zaskakującej Europejczyków formie.

Warto wspomnieć o bardzo wyrazistej bohaterce drugiego planu, jaką jest Issa, siostra ojca Alii. To pod jej wpływem dorasta główna bohaterka i to ją obserwuje, bo nie ma co obserwować biernej i roszczeniowej matki tkwiącej przed telewizorem. Alia już od początku wie od Issy, że dziewczynki zawsze mają pod górkę. Taka ich karma i to ma się sprawdzić. Jednocześnie Afryka to matka silnych kobiet, w związku z czym dziewczyńskość Alii szybko przekuta zostanie na oręż w walce ze światem, który szufladkuje, utrudnia rozwój, stale podkreśla tę pozycję bierności i wyczekiwania. Alii nie przystoi ani bierny opór, ani wyczekiwanie. Weźmie sprawy w swoje ręce. Ręce drżące czasami od gniewu i chcące wymierzać sprawiedliwość po swojemu. Odbierać światu to, co z niej wydarł, czyniąc marginalizowaną i niepotrzebną.

„Pani Furia” to narracja kilku konkretnych odczytań, ale także fascynująca powieść inicjacyjna. Historia dużo bardziej interesująca na początku niż później, kiedy kieruje się w stronę sensacyjnych rozwiązań. To ważny głos na temat destabilizacji europejskiego ładu, który obserwujemy w różnej formie i na różnych płaszczyznach. Plebanek opowiada o kobiecej furii, ale także furii niesprawiedliwości oraz poczucia skrzywdzenia. Ofiary stają się katami, a odwet zaczyna niebezpiecznie smakować. To książka otwartego zakończenia, które wydaje się tak samo mroczne, jak cały przekaz „Pani Furii”. Czytajcie i trwóżcie się.

2016-09-09

"Puste niebo" Radek Rak

Wydawca: Powergraph

Data wydania: 16 września 2016

Liczba stron: 446

Oprawa: twarda

Cena det.: 42 zł

Tytuł recenzji: Lublin opowieści

Jakie to inne. Jakie fascynujące! Świat przedstawiony nowej powieści Radka Raka może na przemian irytować, hipnotyzować, smucić i zachwycać, ale to taki rodzaj pisania, przy którym czytelnik pozostaje zaskoczony i niepewny – czy to wszystko jest na serio, czy te literackie gry motywami są uzasadnione i czy ta cała opowieść ma być osadzona w kontekstach oraz interpretacjach, a może ma po prostu porwać swoim wartkim nurtem. Jakkolwiek dobrze autor bawił się podczas pisania, proponuje nam mimo wszystko dość mroczny obraz kondycji ludzkiej, hiperbolizuje jej wady, uzasadnia takim, a nie innym tokiem akcji tezę o tym, że bardzo łatwo nam się zgubić i rzadko możemy się odnaleźć. „Puste niebo” to zaskakująca książka. Czego tam nie ma! Mikroświat wierzeń i zabobonów, w których wychowywał się wsiowy głupek, atakuje go ideą rewolucji i ukazuje wielkomiejski świat, gdzie zgubić się bardzo łatwo i nie sposób odnaleźć drogi ku prowincjonalnym bujdom oraz mitom. Rak oferuje dużo i jeszcze więcej. Oblężone miasto. Podziemia ratujące życie i wiodące ku narkotycznym snom. Femme fatale rodem z Narnii C.S. Lewisa. Angelologia upadłych albo zestrzelonych aniołów. Gromady atakujących ptaków rodem z Hitchocka. Przemoc, dzikie instynkty, wierzenia i kwestionowanie tych wierzeń. Świat trupiaków, ćmieli, smoluchów i wierszczy. Rabin przechrzta oraz wierzbowy czart. Wytapianie skradzionego księżyca i groźny pomruk sterowców w powietrzu. Szalona narracja, a może narracja o ludzkim szaleństwie. O tym, do czego prowadzą nas atawizmy, i o świecie zagrożonym. Rosją, co do istnienia której nie ma pewności. Rewolucją, która wygasa. Deficytem na niebie powodującym, że ludzie przestaną się rozmnażać. Radek Rak ma niebywałą fantazję. Tej książki nie można przeoczyć – cokolwiek się z niej wyczyta, będzie świadectwem obcowania z naprawdę działającą na wyobraźnię literaturą.

Tołpi łowi księżyc w sieć. Wiejski chłopak zdobywa coś absolutnie nie do zdobycia. Coś, co warunkuje pewien porządek i światłem utrwala ład świata stworzonego po bożemu. Albo w prostej wyobraźni. Kiedy Tołpi orientuje się, że staje się sprawcą globalnej katastrofy, wyrusza w misję, by zdobyć nowy księżyc i zapobiec szeroko pojętej apokalipsie. Nie wie jednak, że przybywając do Lublina, będzie świadkiem umierania świata bez szans na jakiekolwiek odrodzenie. Duchowość, zdrowy rozsądek, intelektualizm – wszystko zastąpiono przemocą, hipokryzją, hedonizmem i chaosem. Strachliwy Tołpi wydobywa się ze swojego bezpiecznego światka – w którym nigdy nie musiał myśleć ani podejmować decyzji – by znaleźć się w sercu wielkomiejskiego szaleństwa. Zwodzony na kilka sposobów, broni swej prostej tożsamości przed wszelkimi wpływami. Nie będzie ani oddanym komunistą, ani żarliwym kochankiem. Nie zaufa nikomu, bo każdy zdaje się mieć drugą twarz, swoje własne przywary skryte przed światem, a ujawniane w sytuacji, w której porządek zakłócają samoloty na niebie czy drapieżne ptaki.

Postać Tołpiego jest szkieletem konstrukcyjnym szalonej narracji, w której surrealizm miesza się z mitologią, a rzeczywistość niebezpiecznie zmierza w kierunku sennego koszmaru. Prostak ze wsi, której mędrczynią jest babuszka Sławuszka, musi zmierzyć się ze światem, jakiego ram nikt mu nie nakreślił tak wyraźnie jak prowincjonalne zabobony, wokół których organizował sobie swoje prościutkie życie. Narażony na niebezpieczeństwa wykaże się heroizmem. Tak, Tołpi stanie się bohaterem i kilka razy udowodni, że jest w nim siła przemian i moc zdobywania czegoś, co niemożliwe. Widzimy jednak, że bohater przepełniony jest tą życiową nieporadnością, która powoduje, iż wszystko, właściwie nawet każdy kolejny przeżyty dzień, będzie u Tołpiego kwestią przypadku.

Nieprzypadkowo jednak na jego drodze Rak stawia kobiety, dla których – na różne sposoby – chłopak straci głowę. Najpierw poznaje niejaką Madame Chauchat – uwodzicielską i tajemniczą, mającą wpływy w Lublinie, porównywaną na przemian do istoty anielskiej i diabelskiej. Madame wniknie do życia i świadomości Tołpiego jako niewyobrażalna rozkosz, dla której warto zaryzykować oraz zmienić bieg wydarzeń, sprzeciwić się nakazom wysyłającej go do miasta babuszki. Ale kobiecość i erotyzm Madame są bardzo dalekie, wszak estetyka Tołpiego to jędrne, białe piersi i ta swoboda w ich eksponowaniu. Dzikość i naturalizm uosobi Adela. Tak, imię chyba nieprzypadkowe, skoro akcja rozgrywa się w bliżej nieokreślonych, ale czasach Brunona Schulza. Adela ze swą kokieterią pełną wulgarności zaspokaja marzenia Tołpiego o kobiecie, przy której będzie mógł czuć się spełniony. Adela jednak poniesie ofiarę, a konsekwencje będą tragiczne. Tołpi pozostanie zagubiony między pragnieniem odczuwania kobiecej bliskości a tą formą czegoś niemożliwego i nie do pojęcia, co symbolizuje kusząca go Madame.

Radek Rak buduje narrację o nieistniejącym Lublinie. Dużo w niej brawury, ale też czułości dla miasta. Miejsca, w którym można w każdej chwili zginąć lub zniknąć. W Lublinie rabin stanie się przechrztą, wódka będzie się lać strumieniami, trupy na ulicach tworzyć specyficzną harmonię z gwarem ulicy targowej. W Lublinie Raka niebo spotka się z ziemią. Wiara z żarliwym ateizmem. Bogactwo z biedą i transcendencja z ulicznym brukiem. Wędrujemy przez to miejsce wciąż zaskakiwani i nieustannie urzeczeni. Dzieją się rzeczy, dla których nie ma nazw i definicji. Rak mógłby powtórzyć za Italo Calvino, że miasto jest tym, czym jest, ale też wszystkim, czym mogłoby być. Świat w jakiś sposób rozpada się i odnosimy wrażenie, że nic nie jest w stanie zapobiec temu rozpadowi. Lublin ożywa w wyobraźni, cierpi i umiera. Miasto będące twierdzą staje się także siedliskiem grzechu, przemocy, a jednocześnie wiecznych marzeń o tym, żeby żyć dobrze, swobodnie, z dala od upiorów i paktów o duszę. W bezpiecznym kolektywie, w którym każdy ma po równo i nikt nikomu niczego nie zazdrości. Tam też mogą istnieć obok siebie byty zmyślone i boleśnie naznaczone trudem życia. Radek Rak kreśli wyjątkową topografię miasta. Gubimy się w nim jak Tołpi, a jednocześnie jesteśmy w orbicie wpływów instynktów oraz namiętności, do których nie chcemy się przyznać. Lublinianie się przyznają – żyjąc między wiarą a poczuciem pustki. Nie tylko niebo może być puste. Każdą pustkę można jednak opisać. Rakowi udaje się to znakomicie.


PATRONAT MEDIALNY

2016-09-07

"Żywopłot" Dorit Rabinyan

Wydawca: Smak Słowa

Data wydania: 17 sierpnia 2016

Liczba stron: 364

Tłumacz: Agnieszka Olek

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Ponad podziałami

Dorit Rabinyan mocno wpisze się tą powieścią w świadomość, jaką ma na temat literatury izraelskiej polski czytelnik, który oswoił już estetykę Kereta, Shalev, poznał Eshkola Nevo czy pojedyncze tłumaczenia pisarek takich jak Sara Shilo oraz Alona Kimchi. Rabinyan nie czerpie inspiracji z dorobku swoich rodaków, albowiem ma do opowiedzenia swoją własną, osobną historię. Perspektywa jednostki łączy się tu w dramatycznym tyglu z postrzeganiem świata przez społeczeństwo. To nie jest opowieść o trudnej do zrealizowania miłości, o namiętności trwającej w reglamentowanym czasie i o podziałach, które wciąż na nowo oddalają od siebie Izrael i Palestynę. „Żywopłot” odbieram przede wszystkim jako powieść o wewnętrznej wolności, która musi się zrodzić w opozycji do czegoś. Tym samym to wolność iluzoryczna. Rabinyan opowiada o dwojgu młodych ludzi, którzy chcą wypracować sobie swą własną przestrzeń wolności – bez zasieków, bez granic, bez udowadniania sobie, iż obrona może być najlepszym atakiem i że gdzieś obok wciąż czai się wróg. Dramat bohaterów to nie tylko niemożność zrealizowania swoich pragnień. To także problem tkwienia w wielu bolesnych stereotypach, z wrytymi gdzieś pod skórę lękami, pośród niewidzialnych zasieków ukształtowanych przez dwie kultury i przez ludzi, którzy wciąż walczą o jedną ziemię, nie mogąc dojść do porozumienia, kto bardziej ją kocha i komu jest ona należna.

Liat Binjamini doświadcza opresyjności świata już na samym początku powieści. Jej cera, język pisany, zachowanie wzbudzają nieufność człowieka naznaczonego traumą po 11 września. A mamy 2002 rok, pełne różnorodności i tolerancji miasto Nowy Jork, tak mocno przecież draśnięte przez niewidocznego wroga i tak uważnie wypatrujące go wciąż na ulicach. Ta wielka historia międzypaństwowych, a nawet międzykontynentalnych uprzedzeń jest mocno niepokojącym tłem dla historii o odkrywaniu siebie w tej inności drugiego człowieka, której nigdy nie chciało się zgłębić, nigdy też do końca zrozumieć. Bo Liat, stypendystka przebywająca w Nowym Jorku czasowo, będzie zmuszona do konfrontacji z Hilmim Nasirem – młodszym od niej obywatelem… no właśnie, państwa po sąsiedzku? Nie. Liat jest obywatelką Izraela, Hilmi pochodzi z Palestyny, jest Arabem. Tych dwoje nie ma szansy na prawdziwe zbliżenie. A jednak próbują i nie jest to sentymentalne uleganie miłosnym zachciankom czy podążanie po równi pochyłej nasyconej tylko emocjami. Nowojorscy kochankowie chcą do siebie dotrzeć naprawdę. Widzą, jak wiele ich dzieli, ale każda różnica będzie się stawała z czasem wyzwaniem do pokonania. A nie jest łatwo, bo wspólna wydaje się tylko miłość. Trzeba będzie ponieść konsekwencje za oddanie się zakazanemu uczuciu, tylko… kto i kiedy tak naprawdę zakazał kogokolwiek kochać?

Liat i Hilmiego zbliża wspólny papieros. Potem wspólna troska o zagubione klucze bohatera. Odszukiwanie podobieństw idzie w parze z odkrywaniem coraz to nowych barier między nimi. Już same zderzenia językowe świadczą o mentalnej linii podziału ukształtowanej być może też gdzieś poza ich świadomością. Hebrajski i arabski to języki, które nie mogą współbrzmieć dobrze. Bezpieczny wydaje się angielski, ale i on przywołuje niebezpieczne konteksty. Rabinyan ukazuje linie podziałów najpierw w języku, aby pokazać ich silne zakorzenienie z jednoczesną absurdalnością, bo leksyka porządkuje świat, a nie słowa są porządkowane przez oblicza tego świata. To, w jaki sposób różnorodność i grozę tej różnorodności izraelska pisarka pokazuje potem, jest niewątpliwą zaletą tej książki – opowieści o mierzeniu się ze stygmatem wroga i definicjami narzuconymi przez innych. Kompromisy będą trudne, nawet językowo. Na szczęście jest ten wybawiający ich od zła – język miłości. Wokół niego jednak sporo traum, roszczeń, skrajnie różnych od siebie poglądów i dużo lęku – oboje bowiem przekraczają granice wyryte w ich mentalności, w skórze, sposobie odbierania świata.

Ten związek ograniczają czas i obszar jednego miasta. Irytuje nieco kolejne literackie przedstawianie Nowego Jorku jako przestrzeni porozumienia, które – w sugestii – mogłoby się nie zdarzyć nigdzie indziej. Ale zakochani mają rzeczywiście swój bezpieczny, amerykański grunt. Poza nimi są oczywiście rodziny. Ta Hilmiego boleśnie przeżyła przesiedlenie. Matka coraz bardziej popada w mroczną religijność. Hilmi tkwi w poczuciu rozgoryczenia i gdzieś tam wewnątrz radykalizuje swoje poglądy, bo wyrósł z opresji, niesprawiedliwości i chęci odwetu. To jednak arabska familia obdarza zaufaniem obywatelkę Izraela. Liat wciąż żyje w lęku przed tym, żeby o jej romansie nie dowiedział się nikt w ojczyźnie. Spięcia między zakochanymi rozciągają się także na rodzinne linie podziałów. Dorit Rabinyan unika jakichś dramatycznych przesłań w tym, co mówią i robią jej bohaterowie, ale wokół nich napięcie wciąż wzrasta. Wraz z upływem czasu, który każe zakończyć tę znajomość, bo przecież skazana jest na niepowodzenie nawet wówczas, gdy wszystkie mentalne linie podziałów kochankowie zażegnają w łóżku i pojednaniu codzienności.

„Żywopłot” to opowieść o heroizmie wyjścia naprzeciw czemuś nowemu, co związane jest z przełamywaniem przede wszystkim lęku. Bardzo go dużo, to się czuje w tych gorączkowo portretowanych relacjach. W tym oddaniu i jednoczesnym oddaleniu, ale tak naprawdę w strategii przetrwania przez poszanowanie. Dokąd zaprowadzą bohaterów książki czas, przestrzeń, ich pragnienia i oczekiwania? Zakończenie nieco rozczarowuje. Wydaje się pewnym pójściem na łatwiznę. Zdaję sobie sprawę, że jest to częściowo opowieść autobiograficzna, niemniej siła tej powieści słabnie w ostatnich rozdziałach. A przecież „Żywopłot” jest o specyficznym rodzaju siły życiowej – gwarantującej dobre i godne życie po usunięciu wewnętrznych przeszkód, odrzuceniu bolesnych stereotypów. Chciałoby się widzieć, że ta wywalczona wolność, wyzwolona świadomość i czułość ponad podziałami przekształcają się w coś innego, większego. Nie możemy bowiem ukrywać, że ta książka nie ma społecznego wydźwięku, skoro osadzono ją w bardzo bolesnych liniach podziału i oferuje nam przede wszystkim fantazję o ich przekraczaniu.

To bardzo plastyczna powieść, piękna historia trudnego związku. „Żywopłot” opowiada o nadziei i o tym, jak konstruktywna może być miłość. Nawet ta, której los nie da szansy na rozwój. A może jednak w tej całej historii pojawiają się jakieś inne szanse, inne możliwości? Dorit Rabinyan portretuje trudny związek, ale związek przede wszystkim możliwy. Dyskretnie sugeruje, że pewne możliwości mogą mieć miejsce. Blokują je jednak ludzka zawiść, małostkowość i skupienie na pewnych destrukcyjnych instynktach społecznych. To książka o tym, że można być, trwać, kochać się i rozumieć świat ponad podziałami. Chwilami ujmująca swoją świeżością, chwilami boleśnie zaznaczająca, w jaki sposób i na jakiej zasadzie tworzymy w umyśle pojęcie wroga oraz czemu lub komu ma to służyć. Książka różnorodnych odczytań. Mądra i przenikliwa.

2016-09-05

"Zostawić Islandię" Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Wydawca: Noir sur Blanc

Data wydania: 8 września 2016

Liczba stron: 128

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 29 zł

Tytuł recenzji: Północne opowieści

Mam spory problem z nową książką Huberta Klimki-Dobrzanieckiego. Sięgałem po nią – wraz ze swą fascynacją prawie wszystkim, co islandzkie – z bardzo dużymi oczekiwaniami i pozostałem ze sporym niedosytem. Dlaczego? Być może dlatego, że w „Zostawić Islandię” za mało jest o samej wyspie pisanej z atencją dużą literą, a za dużo o samym autorze. Tak niby powinno być, jednak specyfika opisywanego miejsca powinna w tej książce wybrzmieć bardziej wyraźnie. Jest za to sporo anegdot, barwnych opowieści; trudno zorientować się w wirze dygresji, bo Klimko-Dobrzaniecki jest świetnym gawędziarzem, ale w tym wszystkim powstaje pytanie, czy rzeczywiście miała to być książka o pożegnaniu z Islandią (którego powodów trudno tak naprawdę się doszukać), czy też szybko napisana rzecz i równie szybko określona jako kolejna pozycja do publikacji. Niewielkich rozmiarów wolumin wzbudza także refleksje o tym, czy wspominane lata życia na Islandii nie zostały trochę po macoszemu potraktowane, czy to ma być taka konwencja rwanych opowieści z pewnym umownym tłem, do którego można, ale przecież nie trzeba ciągle nawiązywać.

Wbrew oczekiwaniom jest w tej narracji sporo Bielawy i sporo opowieści o różnych początkach – także o początku fascynacji Islandią: islandzkich śledziach ze słoika pałaszowanych w dobrze znanej przestrzeni dorastania. Klimko-Dobrzaniecki na kilka sposobów opowiada o tym, jak to jest z noszeniem w sobie prowincji. Ta bielawska i islandzka różnią się diametralnie, ale są mimo wszystko punkty wspólne. Takie miejsca na drodze życia, przy których zawsze się zwalnia z tym samym zadziwieniem powtarzalnością pewnych spraw. Autor nie powtarza się i raczy nas naprawdę ciekawymi historiami. Z Islandią w dość dalekim tle. W momencie, w którym czytałem zachłanniej, gdy zaczynała się opowieść o Fiordach Zachodnich – oddechu prawdziwej Islandii – na ziemię sprowadziło mnie szybkie porównanie krajobrazu do hałd kopalnianych i włączenie w kolejne dygresje. A przecież podróżowanie po wyspie jest dla autora i jego żony sposobem na zbliżenie się do miejsca, w którym przez dziesięć lat byli u siebie. Cynizm wspomnianego porównania może świadczyć o tym, że Islandia jednak nie zaległa gdzieś w sercu. Książka oferuje relację także z podróży islandzką „jedynką”, czyli drogą wokół wyspy. Kiedy czyta się o niej, będąc przyklejonym do mapy Islandii, otrzymuje się opowieść pewnych niedomówień lub przemilczeń. Wyciętą jakąś jedną trzecią drogi po tym, gdy bohaterowie igrają z islandzkimi warunkami drogowymi i pośród bieli w lecie improwizują zaślubiny. Z drugiej strony – surowość klimatu i ta sama surowość w opisywaniu emocji. Sporo, ale chyba niewystarczająco dużo.

Dla tych, których mniej od samej Islandii interesuje twórczy rozwój autora, będzie to książka z pewnością ważna, bo w całości jest autobiograficzna i koncentruje się na specyficznych doznaniach, na oglądaniu świata przez pryzmat wrażliwości autora. A tę specyficzną wrażliwość widać w różnych kontekstach. Te islandzkie każą patrzeć przede wszystkim na emigranta, który przestaje nim być i jedna się z miejscem, dokąd nikt się specjalnie nie wybierał w czasach, kiedy Klimko musiał dzielnie walczyć o różnego rodzaju pozwolenia na wyjazd. To książka o różnego rodzaju magii relacji międzyludzkich, a także narracja o inspiracjach. Nie chodzi tylko o to, że pisarz powraca do okoliczności stworzenia „Domu Róży” i „Krysuviku”, ani o jakieś szczególne wyróżnianie tego, co zaoferowały mu islandzka przestrzeń i mentalność znajomych. To przede wszystkim książka o pewnego rodzaju końcu i o estetyce pożegnania. Jest w niej mowa o miłości i różnego rodzaju fascynacjach, ale też o elementach uwierających. O tych życiowych sytuacjach, które zaowocowały niespotykanymi, strasznymi oraz śmiesznymi perturbacjami. A na nich budowane były potem pamięć i literatura. Tylko że niewiele z tego wszystkiego zostaje dla nas, czytelników. Nie wiem, czy mamy korzystać, analizować, wybiórczo kontemplować, obserwować swadę stylu – w jakikolwiek sposób wziąć z tych stron coś dla siebie.

To ukłon dla godności, tolerancji i poszanowania innych, które tak wyraźnie charakteryzują Islandczyków – plemię zjednoczone przez niewygodę klimatu, przez ciasnotę i przez wspólną walkę z różnego rodzaju żywiołami. To także opowieść o narodzie, który potrafi się zawsze cieszyć i zawsze umie odnaleźć dystans do samego siebie. Jednocześnie historia o wielkiej różnorodności, w której można się odnaleźć lub zagubić. Klimko-Dobrzaniecki filtruje ją po swojemu i składa pokłon wyspie, na której zdarzyło mu się przeżyć to, co na zawsze zostanie w pamięci. To wszystko we wspomnianym wirze dygresyjności. Za dużo jest miejsc, w które wdziera się chaos myślowy. Odnosi się wrażenie, że kilka historii sklejono na siłę. Jest w tym wszystkim dynamizm, charakterystyczna doza autoironii i dar opowiadającego, który ma przekonanie o tym, iż może wszystkich zjednać. I tak właściwie trudno jednoznacznie orzec, o czym jest „Zostawić Islandię”, dla kogo ta narracja została napisana i co ma szczególnie akcentować.

Nie wiem, czy podobna książka mogłaby powstać z opisami Wiednia w tle, ale wiem na pewno, że autorska lekkość pióra tutaj chyba zwiodła i zagubiła. Szukając odbiorcy tej książki, zastanawiam się nad tym, czy to historia pasji oraz trosk, czy też bardziej pisanie o swoim braku zakorzenienia i o wydobywaniu z otaczającego świata charakterystycznych kształtów, barw i relacji z ludźmi. O samej relacji z Islandią dowiemy się niewiele. Pewnie ma być surowo i po islandzku ze wszystkimi tego konsekwencjami. Pozostaje spory niedosyt pośród pięknych pejzaży, które uchwycono w fotograficznym kadrze. Niewiele jest też prawdziwych spotkań z Islandczykami. Kilka pouczeń albo ciekawostek, czyli lepiej nie nazywajcie islandzkiego konia kucem i uważajcie na szowinizm prowincjonalnych kelnerów. Trochę uśmiechu, kilka scenek rodzajowych. I nadal za mało czegoś, z czego ta książka wyrasta. A przecież wyrosła z tęsknot, niedoborów, marzeń, fascynacji i kreślenia planów na dalszą drogę życia. Jest o tym wszystkim po trochu, ale bez jakiejś dyscypliny myślowej i bez pewnego porządku. „Zostawić Islandię” nie jest jednak książką chaotyczną. To historia możliwości i opowieść o wyborach. Wszystko punktowane. Zamazane jak islandzkie niebo rozrywane wiatrem i deszczem.