Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-01-18

„Dobranoc, Auschwitz. Reportaż o byłych więźniach” Aleksandra Wójcik, Maciej Zdziarski

Wydawca: Znak

Data wydania: 11 stycznia 2017

Liczba stron: 282

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Rozrzucone myśli

Pierwsze, co rzuca się o oczy przy lekturze „Dobranoc, Auschwitz”, to wszechobecny chaos. Podzielona na dwie części publikacja zawiera wyimki z życiorysów, fragmenty wspomnień, narracje budowane do przeglądanych zdjęć, trochę rozważań o niemieckim poczuciu winy i odpowiedzialności za zbrodnie hitlerowskie. Wszystko przypomina album, z którego wysypały się zdjęcia i trudno je teraz uporządkować, analizuje się wszystko po kolei i łączy ze sobą to, co się widzi. Potem autorzy podkreślają, że usunęli się w cień, ale jednocześnie tłumaczą motywy działania przy tworzeniu tego reportażu. Z tego wszystkiego wyłania się pełna empatii i czułości lekarka, która specjalizację geriatryczną połączyła ze stworzeniem pewnej wspólnoty dla byłych więźniów Auschwitz, dostrzegła ich witalność i zaproponowała wspólne spotkania o charakterze terapeutycznym. To niezwykła postawa i pięknie została zaprezentowana. Ale to przede wszystkim opowieść o piątce byłych więźniów obozu koncentracyjnego. Może więcej ich dzieli, niż łączy?

Bohaterowie książki to ludzie, którzy jako jedni z ostatnich mogą dać świadectwo prawdy o okrutnej codzienności obozu koncentracyjnego. Dwóch z nich już nie żyje, kiedy reportaż się ukazuje. Czy chcieliby takiej książki? O czym ona właściwie jest? O pojednaniu, oswajaniu traum, wewnętrznym oczyszczeniu i jednocześnie o niemożności zapominania? Tak, o wszystkim po trosze. „Dobranoc, Auschwitz” to publikacja o ludzkim cierpieniu i tym bolesnym znamieniu z przeszłości, przed którym nigdy nie da się uciec. Sprawia jednak wrażenie tworzenia czegoś na siłę, wychwytywania tych wciąż żyjących, bazowania na ich chęci do medialnego przedstawiania zła Auschwitz. Czyni bohatera z człowieka, który potrafił torturować i wedle dzisiejszych reguł społecznych byłby po prostu kryminalistą. Co może pamiętać trzyletnie dziecko? To wspomnienia malutkiej Lidii prowadzą nas przez jej dalszą biografię. Czegoś tu nie rozumiem. Czegoś nie mogę poskładać w całość. Mam bardzo ambiwalentne uczucia, bo to przecież historia wojennego piekła, o którym wciąż na nowo i stale powinno się przypominać. Z drugiej strony – odnoszę wrażenie, że sportretowani ludzie zostali w jakiś sposób wykorzystani. Że to takie łowienie żywych świadectw, póki jeszcze staruszkowie mogą opowiadać. Myślę, że to starający się być dobrym reportaż o sile życia, witalizmie pośród wojennych traum, a także o tym, że Auschwitz naznacza na zawsze jak więzienny tatuaż. Tak, ale to wszystko zostało już opisane. Jaki naprawdę cel przyświecał Aleksandrze Wójcik i Maciejowi Zdziarskiemu?

Józef Paczyński chętnie opowiada o więziennych przeżyciach. Właściwie włącza mu się instynkt opowiadania zawsze w obecności kamery albo reportera. Robi wrażenie jego historia golenia Hossa, któremu ostatecznie nie poderżnął gardła. Józef przeszedł przez piekło, by potem porządkować życie w jakiejś piekielnej dyktaturze. Może to pokłosie hitlerowskiego drylu, gdzie wszystko miało swoje miejsce i czas. To bardzo ekspresyjny bohater, w przeciwieństwie do mrukliwego Marcelego Godlewskiego nazywanego Markiem. Marek uznaje, że o przeżyciach obozowych nie ma co się rozgadywać. Miał szczęście, udało mu się uciec. Widział ludzką apokalipsę i stara się o niej zapomnieć. Lidia Maksymowicz miała kilka lat, gdy trafiła do obozu. Trudno z trzylatki wydobyć wystarczająco poruszającą opowieść, ale jej dalsze losy, odnalezienie własnej matki i ta wprawność w znikaniu, nierzucaniu się w oczy – to na pewno oddziałuje na wyobraźnię. Lidia na zawsze oswaja się z tym, że bliscy mogą w każdej chwili odejść, a otoczenie wokół musi być wysprzątane. Porządek, znowu poniemiecka mroczna spuścizna. Inaczej jest w przypadku Karola Tendery, który zupełnym przypadkiem trafił do Auschwitz i potem ten przypadek długo rządził jego życiem. Karol walczy ze wszystkimi, którzy fałszują historię, używając obraźliwych określeń takich jak „polskie obozy pracy”. Obóz szczególnie naznaczył Stefana Lipniaka. Młodzieńcze lata pośród apokalipsy i morderczy Marsz Śmierci, kiedy ruszył z likwidowanego obozu w siarczystym mrozie i wykorzystał szansę na ucieczkę.

To wszystko niesłychanie dramatyczne, poruszające biografie. Ślady potwornych zdarzeń są w tych ludziach wciąż żywe. Zastanawiam się tylko, do czego służą one autorom reportażu. Nie jest to zasadniczo książka ani o Auschwitz, ani o powojennej traumie, ani też o tym, jak ci ludzie odnaleźli się później w życiu i co z tym życiem zrobili, bo znamy ich już jako zadowolonych z siebie dziewięćdziesięciolatków, którym punktuje się kilka zdarzeń z długiego powojennego życia. „Dobranoc, Auschwitz” to książka niejasnych przesłań. Autorzy nie stawiają ani na naturalizm i autentyczność opowieści w jakimś ustalonym porządku, ani na penetrację życia po dramacie wojny, w poobozowej formie dopasowania się do rzeczywistości. Już same dzieje Lidii Maksymowicz mogłyby być kanwą wstrząsającego reportażu. Tymczasem otrzymujemy skrawki, wyimki, chaotyczne wspomnienia. Opowieść o tym, jak porządkuje się czas i pamięć bez jakiejś wewnętrznej dyscypliny – jest tu wszystko i nic, okrutne doświadczenia oraz białe plamy w biografiach, których podmiotowość zaznacza przede wszystkim starość i to, że tej starości nikt tak naprawdę nie chce się dać.

Wymuszany dramatyzm w niektórych fragmentach publikacji to także jej wada. Odnoszę wrażenie, że rozdziały zwłaszcza drugiej części tworzone były jakby na siłę. A przecież pomysł na tę książkę i jej zasadnicze przesłanie, odczytywane choćby z rekomendacji Małgorzaty Szejnert na okładce, mogą przykuć uwagę i z pewnością to robią. To przecież jedno z ostatnich świadectw żywych byłych więźniów obozu zagłady. Ostatnie słyszane głosy, ostatnie osobiste i wstrząsające relacje. Auschwitz stało się cieniem życia ludzi, którzy zdecydowali się na pochwałę tego życia, odnaleźli się w nim i pogodnie przygotowali na starość. Mimo mrocznej tonacji sugerowanej okładką jest to przecież książka o witalizmie, przyjaźni, wyjątkowo mocnych relacjach międzyludzkich i o tym, że zwyczajnie można na sobie polegać w trudnych chwilach. Że można uścisnąć rękę Niemcowi, przestać tworzyć wyimaginowanego wroga, ale jednocześnie doskonale pamiętać, co się wydarzyło, kto i komu zgotował koniec świata. Wydaje mi się, że kompozycyjnie ten reportaż nie potrafi się obronić. Broni się jako świadectwo doświadczenia bestialstwa i jednocześnie świadectwo człowieczeństwa. Dobra, empatii i radości życia mimo wstrząsającego czasu, który zatrzymał się w pamięci i nigdy nie zostanie z niej usunięty.

2017-01-16

„Ganbare! Warsztaty umierania” Katarzyna Boni

Wydawca: Agora

Data wydania: 9 czerwca 2016

Liczba stron: 304

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: W obliczu końca

Reportaż Katarzyny Boni to świadectwo wielkiej wrażliwości, taktu i empatii. Pojechać do miejsca, które mierzy się z wielką żałobą, to nic trudnego. Pojechać tam, wysłuchać opowieści o tej żałobie i umieć o niej opowiedzieć w najdelikatniejszy ze sposobów – to już wielka sztuka. „Ganbare! Warsztaty umierania” to próba sportretowania japońskiej traumy po wydarzeniach z 11 marca 2011 roku, kiedy to trzęsienie ziemi, tsunami i awaria elektrowni atomowej w Fukushimie naznaczyły kraj potrójnym piętnem tragedii. To także opowieść o miejscu, które pozornie zawsze gotowe jest na śmierć, odchodzenie i na straty, a nigdy tak naprawdę nie może się z nimi pogodzić. Japońska martyrologia to martyrologia bardzo intymna, dotyczy przeczuć, rozumu i zdrowego rozsądku. Boni opowiada o specyfice japońskiej Północy, peryferiach kraju. Miejscu, w którym tragedia nabiera nieco innego wymiaru, bo trzeba się z nią mierzyć lokalnie. Intymnie i osobiście. Niebywałe jest to, że w całym spektrum tematycznym tego reportażu nie pojawia się ani jedno słowo autorki. Katarzyna Boni jest uważną słuchaczką. Przygląda się, opisuje, rzadko na bieżąco notuje przeprowadzane rozmowy. Często wymienia, wylicza, stawia pytania retoryczne – to formalne środki wyrazu wszystkiego tego, co nie do opisania. Natrafia na różnych ludzi – empatycznego mnicha, skłonnego do wspomnień i dywagacji starszego pana, obcesową terapeutkę, zdruzgotanego rodzica i właściciela nieistniejącego już majątku. Książka dzieli się na trzy części. Pierwsza jest bardzo symboliczna, przepełniona nostalgią, skierowana do odbiorców o specyficznej wrażliwości. Druga bardziej konkretna, w tej reporterskiej dyscyplinie przedstawiania faktów i analizowania skutków wydarzeń. Trzecia to podsumowanie, piękne i wzruszające. Sugestia, że rozmawia się z żywymi, całą trudną materię interpretuje z perspektywy życia. Że wciąż żyjemy, oswajając śmierć. Że śmierci tak naprawdę nie da się oswoić.

Japonia wie, jak zabezpieczać się przed trzęsieniami ziemi. Wie, co robić w przypadku wysokich fal. Ta japońska symbioza z drżącą ziemią i nieprzyjaznym Pacyfikiem jest czymś niezwykłym. Japończycy nauczyli się, że w każdej chwili mogą zostać pozbawieni wszystkiego, co ich otacza i co jest świadectwem zakorzenienia się w życiu. Wydają się oswojeni ze śmiercią, nieistnieniem, z utratami i pożegnaniami. A jednak nie jest tak do końca i Boni pokazuje to na kilka sposobów. Wchodząc w przestrzeń wierzeń i tradycji, ukazuje pewną japońską bezradność wobec odchodzenia. Opowieść o duchach zmarłych, które nie zaznają spokoju, jest egzemplifikacją tezy o tym, że śmierć staje się częścią świata żywych, nie jest dla nich żadną opozycją albo świadectwem jakiegoś zakończenia. Widzimy, jak ważne są dla Japończyków rytuały pogrzebowe. Dostrzegamy silną więź żywych ze zmarłymi. Odchodzić po japońsku to tylko zmienić swój status w życiu rodziny, otoczenia. Ważne jest, by móc pożegnać ciało. Tego komfortu nie mieli ci, których bliskich porwały fale szalejącego oceanu. Niektórzy wciąż nurkują w morzu w rozpaczliwej potrzebie odnalezienia choćby kości zabranych przez żywioł. Niektórzy nadal wierzą, że ich bliscy są obok. W innym wymiarze i na innych zasadach, ale stale obecni, bo niepożegnani zgodnie z tradycją. Boni portretuje ludzką rozpacz i tę formę bezradności, która wynika z faktu, że dramat przerósł umiejętność jego przeżycia i zaakceptowania. Nie chodzi tylko o kilkanaście metrów wodnej destrukcji. Chodzi o to, że wszystko wydarzyło się tak nagle, tak bezwzględnie, tak okrutnie bezkompromisowo i bez szans na prawdziwe pożegnania.

Japończycy wiedzą, jak się pożegnać. Całymi sobą gotowi na odejście, jednocześnie budują trwałe podwaliny życia. Ważne są tradycja, ród, przywiązanie do ziemi, opieka nad bliskimi. Nie ma w nich wewnętrznej gotowości na utraty, choć cała kultura i życie społeczne każą konfrontować się z tym, że odejścia są częste i normalne. Trzęsąca się ziemia to tylko symbol tego, z jaką ogromną niepewnością i lękiem Japończycy muszą mierzyć się na co dzień. Tym, którzy nie mogą opłakać zmarłych, fundowane są ekscentryczne nieco z naszego punktu widzenia rozwiązania. Na przykład budka telefoniczna, w której można porozmawiać ze zmarłymi. Naprawdę się pożegnać, powiedzieć wszystko to, co najważniejsze. Tsunami uderzyło nagle i krótka chwila zdeterminowała życie tych, którzy przetrwali. To jednak opowieść w dużej mierze o tych, których zabrało morze. Pierwsza część reportażu mówi o rozpaczy, z którą trzeba żyć. Druga związana jest z naznaczeniem i wyobcowaniem tych, którzy znaleźli się na ziemiach skażonych promieniowaniem po katastrofie w elektrowni atomowej.

Japonia po Hiroszimie i Nagasaki była zupełnie inna niż przez wcześniejsze stulecia. Atom symbolizował potworność, z którą musiały radzić sobie kolejne pokolenia, wciąż niepewne tego, czy choroba w rodzinie to genetyczna skaza po promieniowaniu. A jednak energia atomowa to coś, co w tym kraju doskonale się przyjęło. 11 marca 2011 pojawił się problem z kilkoma z 48 japońskich reaktorów jądrowych. Fukishima stała się miejscem naznaczonym przez promieniowanie. Boni opowiada o ludziach, zwierzętach, o dzikiej przyrodzie, a nawet o żywności – wszystko raz na zawsze zostało umieszczone w grupach ryzyka. Japończycy z empatią, ale i rezerwą podeszli do tych, którzy żyli na terenach skażonych po katastrofie. Katarzyna Boni opowiada o drodze ku normalności tych, którym odebrano wszystko, co stanowiło treść ich życia.

„Ganbare! Warsztaty umierania” to książka stanowiąca próbę wejścia w intymną przestrzeń przeżywania żałoby przez Japończyków. To także opowieść o tym, jak różne oblicza może mieć śmierć i jak zawsze tak samo boli strata, która wydarzyła się nieoczekiwanie. Starzejące się społeczeństwo japońskie oswaja swych najstarszych obywateli z tym, że muszą przewidzieć swój koniec. Starsi ludzie planują, co wydarzy się po ich śmierci, chcąc odejść bezproblemowo, z japońskim dostojeństwem i taktem. Tymczasem zdarzenia z 11 marca 2011 roku to początek odejść gwałtownych, niespodziewanych, czyniących bolesne wyrwy w świadomości, sercu i pamięci. Ten koszmar będzie trwał jeszcze latami, a wielu z rozmówców Boni zachowa go w sobie na całe życie. Pamiętam medialne rozczarowania, kiedy na zdjęciach i filmach po katastrofie nie można było na twarzach Japończyków odnaleźć tych oswojonych przez Zachód reakcji na ból i cierpienie. Źle wyglądał film z kamienną twarzą Japonki na dachu otoczonego wodą domu. Katarzyna Boni pojechała do Japonii, by odnaleźć to, czego chłonne wrażeń media w 2011 roku z wielu powodów nie mogły wypatrzeć. Wiedziała, jak działać, kogo słuchać, o co zapytać i w jaki sposób zbliżyć się do ludzkich tragedii, by pokazać je w wymiarze bardzo intymnym, symbolicznym i jednocześnie nieodbierającym tego, co na zawsze zachowane będzie w sercach. Piękna opowieść o rozpaczy istnienia, dramatach rozstań i pożegnań oraz o sile życia, która zawsze jest w stanie pokonać śmierć.

2017-01-13

„Za jeden wiersz. Cztery lata w chińskim więzieniu” Liao Yiwu

Wydawca: Czarne

Data wydania: 11 stycznia 2017

Liczba stron: 480

Przekład: A. Pokojska, T. Bieroń

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Walcząc o wolność

Liao Yiwu, znany polskiemu czytelnikowi jako autor reportaży o Chinach, tym razem opowie swoją historię – historię czterech lat pozbawienia wolności jako kary za opublikowanie poematu i pracę nad filmem związanym z dramatycznymi wydarzeniami 1989 roku. Wówczas Chiny miały możliwość skonfrontowania obywatelskiej potrzeby wyrażania swoich pragnień z opresyjnym systemem inwigilującym życie na każdym możliwym poziomie. Świat przyglądał się wydarzeniom z zapartym tchem, a obrazy z placu Tiananmen pozostały żywe w pamięci na lata. Yiwu portretuje samego siebie w obliczu rewolucyjnych przemian, sygnalizuje swoją osobistą przemianę, a potem opowiada o życiu za kratkami.

Czytelna symbolika życia jako więzienia funkcjonuje od początku do końca, ukazując nie tylko formy opresji, ale także ludzkie boje z systemem infekującym umysły na wiele sposobów. Rządzenie celami, w których przebywał autor, bardzo przypomina rządy tego teoretycznie wolnego świata. Liao Yiwu zmuszony jest do uczestnictwa w codzienności zezwierzęcenia, walce o posiłki, miejsce do spania czy o prywatność załatwiania potrzeb fizjologicznych. Ale jego książka jest przede wszystkim świadectwem nadania jakichkolwiek sensów życiu, w którym sensowność odbierają nie tylko absurdalne zarzuty, doskonale skonstruowany aparat więziennej przemocy czy korupcja na szczeblach wymiaru sprawiedliwości, z powodu której jeden z bohaterów porównuje chińskie prawo do gumki od majtek – tak ono rozciąga się i kurczy, za każdym razem uderzając w oskarżonego. „Za jeden wiersz” wpisuje się w kanon więziennych literackich świadectw przetrwania. To też książka, której nie pozwalano powstać, a potem się ukazać. Yiwu tworzy świadectwo trudnej i niewymazywalnej pamięci. Pokazuje, jak wiele stracił z powodu napisania poematu i wyrażenia niemocy, wściekłości oraz buntu. W katalogu strat kryją się jednak siła i nadzieja. To opowieść o tym, co można sobie wywalczyć dla siebie w świecie bez sensu, bez ładu i bez nadziei. Chiński autor ukazuje także swe istnienie we wciąż obecnej atmosferze zagrożenia życia. Jego współtowarzyszami niedoli są kolejni skazańcy, którzy muszą mierzyć się z perspektywą rychłej śmierci. Yiwu nie pozwala sobie na utratę wiary w lepszy los. Wydostanie się z więzienia w czasie, kiedy Chińczycy chcą przede wszystkim zarabiać, bogacić się i zapominać. Dlatego ta publikacja jest tak niezwykle ważna. Dlatego o samej pamięci opowiada w wyjątkowy i wstrząsający sposób.

Poznając codzienne życie autora sprzed uwięzienia, trudno nam uwierzyć, że poradzi sobie z czasem zniewolenia. To życie w ciągłym ruchu, z pewnymi też tendencjami ucieczkowymi. Yiwu nie przywiązuje się do miejsc, z trudem także buduje więź z żoną, wdając się w romanse i wykazując hipokryzją, gdy karze swą kobietę za potajemną znajomość z innym. Najmocniej jednak zarysowuje się naznaczenie śmiercią siostry. Fei Fei zmarła nagle i w bezsensowny sposób. Jej odejście uczyniło wielką wyrwę we wrażliwej świadomości brata i na zawsze naznaczyło pewnym fatalizmem. Liao Yiwu dąży do tego, by wszystko, co robi i mówi, miało czytelny sens oraz czemuś służyło. Tymczasem trafi do miejsca, w którym jałowa egzystencja przygnębi nie tylko z powodu pozbawienia wolności. Jak już wspomniałem – i co jest wielokrotnie zaznaczone – Chiny we wspomnieniach Yiwu to przestrzeń, w której nikt nie może uciec od inwigilacji i poczucia, że jest śledzony. W zamknięciu ośrodka przesłuchań, zatrzymań, a w końcu we właściwym więzieniu autor zmuszony będzie zdefiniować na nowo pojęcie wolności. Powalczyć o tę własną, osobistą. Niczego bowiem nie można odebrać człowiekowi, który zachowuje wewnętrzną godność.

Sprawozdawczy styl opowieści o kolejnych miesiącach i latach niewoli połączony jest z błyskotliwymi spostrzeżeniami człowieka, który widzi dużo więcej niż codzienne deficyty celi i który jest w stanie zapanować nad emocjami oraz instynktami warunkującymi brutalność każdego kolejnego dnia. W narracji z piekła pojawią się groteska i ironia. Mimo wszystko. Nową tożsamością Yiwu staje się numer więzienny. Nowymi towarzyszami, z którymi spędzi czas – różnej maści przestępcy, gwałciciele, mordercy, mężczyźni z nizin społecznych albo wyalienowani szaleńcy. Pośród nich trzeba będzie najpierw zbudować jakąś stabilną pozycję w grupie, a potem zintegrować się w niedoli, by utrzymać tę czytelną opozycję więzień – strażnik i nie przestać wierzyć w to, że zaciera się granica okrucieństwa i bestialstwa między jednym a drugim. Bo chińskie więzienie jest doskonale zaplanowaną przestrzenią do tego, by zjednać w złych instynktach tych, którzy są uwięzieni, i tych, którzy ich pilnują. Zarówno strażnicy, jak i współtowarzysze z cel są przez autora portretowani w taki sposób, by nadać im znamiona wyjątkowych jednostek. Yiwu wyraża wewnętrzny sprzeciw wobec traktowania całej przestrzeni więziennej jako miejsca, w którym frustracje, ból, złość i prawo pięści uczynią bolesny znak równości między wszystkimi tworzącymi klimat miejsca.

A jest to miejsce podłe i okrutne. Zwłaszcza dla tych, którzy czekają na wykonanie wyroków śmierci, a jest ich naprawdę wielu. Pośród skrajności, między rezygnacją a agresją wyrażającą bunt, kryją się rozmaite emocje i wyznania, których nie spodziewalibyśmy się po ludziach odbywających kary więzienia. Narrator potrafi odnaleźć się pośród mężczyzn, z którymi nic by go nie łączyło w codziennym życiu. Postrzega w nich jednostki, które skrzywdzono i które atawistycznie usiłują oddać tę krzywdę, zrzucić z siebie jarzmo przestępcy, udowodnić wszem wobec, że przestępczy jest cały otaczający świat. Cele, w których przebywał Yiwu, to miejsca naznaczone nie tylko przeczuciem śmierci. Jest w tych naturalistycznych opisach mnóstwo różnego rodzaju przemocy – ta fizyczna czy seksualna prezentują się tylko najbardziej czytelnie. „Za jeden wiersz” to świadectwo funkcjonowania w świecie, w którym inaczej wyznacza się upływ czasu. Gdzie fragmenty snu trzeba wydzierać na powierzchni szesnastu centymetrów kwadratowych i gdy można być poddanym specyficznym torturom skodyfikowanym w coś na kształt więziennego menu.

Czas w celach nie jest czasem pustki. Liao Yiwu udowadnia swój heroizm walki o własną godność. Studiuje chiński kodeks karny, by umieć wyjść obronną ręką z przesłuchań. Podejmuje także rozpaczliwe próby autodestrukcji, by w krytycznych momentach zachować niezależność, być wciąż mężczyzną definiowanym przez własne wybory, a nie więzienny numer. Zapiski Yiwu, czynione z perspektywy czasu, a przecież tak dramatycznie dokładne, portretują środowisko więzienne nie tylko jako zgoła opresyjne i chwilami niemożliwe do zniesienia. W celi można przecież przeprowadzić parodię państwowej uroczystości pogrzebowej. Pośmiać się w reglamentowanym czasie przy odbiorniku telewizyjnym i cieszyć ze słońca lub powiewu świeżego powietrza. To przede wszystkim jednak opowieść o sile przetrwania i o możliwościach, które można stworzyć w umyśle nieskażonym przemocą, niedopasowanym do niej. Yiwu, gdy trzeba, podnosi rękę na współwięźnia. Śmieje się z obrzydliwych żartów jak wszyscy, skupia na fizjologii, nie unika konfrontacji z więziennymi samosądami. To, co w nim pozostaje niezmienne, to niezgoda na zniewolenie. Wewnętrzna, konsekwentna, stała. Potem zastępują ją żal i rozczarowanie, ale to być może temat na osobną książkę. „Za jeden wiersz” to świadectwo konfrontacji z wyobrażeniami własnego końca i z końcem niewoli naznaczonej przemocą. To także bolesna książka o tym, że ślad chińskiego więzienia pozostaje z autorem na zawsze i nawet w Europie może wzbudzić porażające wspomnienia. Nie da się uciec od chińskiego zniewolenia, jeśli nie wypracuje się jakiejś wewnętrznej przestrzeni wolności. Liao Yiwu opowiada o niej, ale także o ludziach, których opresyjny system zniszczył. O tych, o których nikt nigdy nie napisze i nikt o nich nie wspomni. Bardzo sugestywna i przejmująca książka.

2017-01-11

„Syn” Philipp Meyer

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 12 października 2016

Liczba stron: 606

Przekład: Jędrzej Polak

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Amerykańska tożsamość

„Syn” Meyera to powieść licznych odczytań, ale jest to przede wszystkim książka o Ameryce, jej skomplikowanej autonomii, o wszystkich wstydliwych mrokach amerykańskości i o ziemi – tej ziemi, która przez lata została złupiona najpierw ze wszystkiego, co na jej powierzchni, a potem była męczona i ograbiana z tego, co kryje pod sobą. Meyer demitologizuje początki swego kraju, ukazując jednocześnie, jak wiele z tego, co dziś stanowi narodową tradycję, nosi znamiona przypadkowości. To powieść ukazująca różne oblicza przemocy, bezkompromisowość ludzkich działań i rasistowskie tendencje do wiecznego segregowania, podporządkowywania, ustalania norm opartych na pochodzeniu i narracja o chaosie, który usilnie jest porządkowany poprzez coraz bardziej skrajne i bardziej radykalne poglądy zamieniające przestrzeń oraz ludzi w coś, co trzeba nieustannie dzielić.

Philipp Meyer wzoruje się na detaliczności Steinbecka, korzystając z jego wzorców narracyjnych i niezwykle sugestywnie opisując upływ czasu, który nikomu – ani człowiekowi, ani przyrodzie, ani miejscom – nie oszczędza destrukcji. To, co budowane jest przez wieki, okazuje się ruchomą układanką. Człowiek przypadkowo znajduje się na teksańskiej ziemi i jego działaniami rządzi do końca przypadek. Teksas to serce, które uderza coraz gwałtowniej – im więcej w nim przelewu krwi, przemocy, stereotypizowania i kierowania się prawem silniejszego. Teksańscy ludzie są silni i nie płaczą. Mają krew na rękach, ale starają się ją zmyć. Ślady po niej odnajdują bliscy z kolejnych pokoleń. Liberalne poglądy stają się oznaką słabości. Główny bohater powieści i wielu jemu podobnych nie spoglądają wstecz, czas miniony niewart jest rozprawy. Dramaty – może dużo większe niż te związane z wojnami, grabieżami, gwałtami, skalpowaniem i odbieraniem życia na masową wręcz skalę – zaczną spędzać sen z powiek, kiedy kolejne pokolenia zaczną rozpamiętywać. Meyer opowiada o tym, jak ogromne znaczenie ma pamięć. Opisuje dzieje rodu McCulloughów naznaczone fatalizmem i trudnym do udźwignięcia brzemieniem. Rodu, który zrósł się z Teksasem, ale został też naznaczony niesprawiedliwością i morderstwami. Nie jest łatwo być Amerykaninem. Nawet tym sytym i bogatym, któremu pozornie niczego nie brak. „Syn” opowie o tym, co uwiera w amerykańskiej historii z perspektywy dziejów jednej rodziny. Tej, która nigdy nie była jednością.

Eli jest kilkunastoletnim młokosem, kiedy w XIX wieku na jego dom najeżdżają Komanczowie. Indianie są bezlitośni – syn patrzy na męczeńską śmierć matki i siostry, po czym – wraz z bratem – staje się zakładnikiem najeźdźców. Zabić ich wszystkich – o tym myśli na samym początku, mając przed oczami krzyczące bliskie mu kobiety i widząc, jak wrogowie rozprawiają się z jego bratem niezdolnym do dalszej wędrówki z porywaczami. Zdajemy sobie sprawę, że zemsta będzie motorem napędowym dalszych działań Elego. Tymczasem chłopiec mężnieje u boku czerwonoskórych. Jako Tiehteti zdobywa w szczepie wysoką pozycję, a wódz Toshaway stanie się jego mentorem. Przyglądamy się objawom syndromu sztokholmskiego na długo przed tym, zanim ktoś go zdefiniuje. Eli staje się częścią plemienia. Nie myśli o ucieczce. Myśli o tym, czego uczy go Toshaway. Nabiera cech dawnego najeźdźcy i zdaje sobie sprawę z tego, że przemoc można sankcjonować na wiele sposobów. Niezwykle interesujące jest śledzenie tego, jak rozwija się moralność i lojalność bohatera. Jego narracja jest szczególnie barwna nie tylko dlatego, że oddaje malarską wyobraźnię Philippa Meyera obrazującego dzikość natury, z której prawami uczy się żyć na co dzień Eli. Opowieści o dorastaniu wśród Indian budują narrację o specyficznym rodzaju tożsamości. A przecież wiemy, że prędzej czy później Eli musi wrócić do świata, z którego został wyrwany. Kim się stanie i jak zrozumie samego siebie, kiedy przyjdzie mu być kimś innym, a w Teksasie inny to po prostu śmiertelny wróg? Historia zatoczy w jego życiu krwawe koło. Eli pozostanie odporny na to, czemu ulega jego syn, Peter. Nasienie jego klęski – jak określa Petera tuż przed końcem swego długiego życia. Ojciec i syn zderzą się ze sobą na wielu frontach. Peter zacznie mieć wyrzuty sumienia z powodu zdarzeń i czynów, które Eli uporządkował w pamięci, uznając za całkiem normalne. Narracja Petera będzie wyrażała bunt i melancholijny wstyd za niezawinione śmierci pewnej meksykańskiej rodziny oraz za prymitywizm ojca, którego mentalności Peter nigdy nie był w stanie zrozumieć.

Tak, to drugi narrator powieści, ale mamy jeszcze dwie narracje, zaskakuje zwłaszcza ta ostatnia. Poznajemy losy prawnuczki Elego. Jeanne została przez niego niemal pobłogosławiona do roli tej, której w życiu się uda. J.A. jest silna, twarda, bezkompromisowa i ambitna. Popełnia wszystkie grzechy teksańskiej kobiety, być może kobiety w ogóle. Daje sobie prawo do samostanowienia, nie będąc klasyczną żoną i matką. Jeanne buduje naftowe imperium, ingerując w twardą ziemię Teksasu złupioną i wyjałowioną już przez dziesiątkami lat. Walczy o to, by świat ją dostrzegał, ale przede wszystkim mierzy się z różnymi rodzajami samotności. Popełnia też śmiertelny grzech rodu McCulloughów, czyli sięga w przeszłość, próbuje ją analizować i odnajduje własne błędy. Nie tylko własne. Nieoczekiwane spotkanie z kimś, kto stanowi gałąź rodu, zmieni wszystko. I może wówczas powieść zacznie mówić za siebie. Meyer bowiem zgrabnie domyka wszystkie wątki i stara się uciec od zakończenia otwartego, ale doskonale widzimy, że cała powieść to przede wszystkim strumień rozmaitych sugestii. Sugestii dotyczących tego, czym jest amerykańska rodzina, z czego wyrosła Ameryka i jaką rolę w tworzeniu państwowości odegrał Teksas.

Bo przecież wraz z narodzeniem się Elego rozpoczyna się wielka historia, gdy Teksas uzyskuje niepodległość i może uznać sąsiedni Meksyk za terytorium wrogie, zacofane i dalekie. Teksas rośnie w siłę, a ludzie toną w animozjach. Komanczowie są liczni i bogaci, biali z lubością na nich polują, czerwonoskórzy odpłacają się tym samym. Meksykanie to ludzie drugiej kategorii, bez właściwości i bez wewnętrznej siły, oczekujący autorytarnych rządów i ginący licznie w walkach oraz wojnach bez cienia współczucia ze strony białych. Mamy ułożoną przez Meyera hierarchię społeczną, którą porządkują groteskowe konflikty zbrojne i nieustanny, wcale nie groteskowy, przelew krwi. Teksas spływa krwią i staje się areną zdarzeń, które ukazują jednostkę ludzką jako krnąbrną, złośliwą, bezmyślną, przesyconą żądzą posiadania i destrukcji jakiejkolwiek inności. Opowieść rozpoczyna się w momencie, kiedy zagubieni i zbyt pewni siebie ludzie wkraczają na ziemię, która przez wieki będzie już tylko niemym świadkiem zbrodni i niesprawiedliwości.

Ale nie o tym jest przecież „Syn”, nie tylko o tym. To opowieść o źródłach rodowego potępienia i o wypieraniu ze świadomości wszystkiego, co wstydliwe. O sankcjonowaniu przemocy i o strukturze świata na niej zbudowanego. Philipp Meyer portretuje teksańską szorstkość i czułość jednocześnie. Budując tę narrację z detali, które wydobywał wcześniej z różnych tekstów źródłowych, proponuje nam rozprawę z ludzkim atawizmem – chęcią przetrwania mimo trudnych okoliczności. To epicka historia wielu poświęceń, wielu ludzkich szkód, zakazanych namiętności i wyobcowania. O tym, co przechodzi z pokolenia na pokolenie jako balast wstydu. Także o pamięci miejsc i czasu. O zrastaniu się z danym miejscem, zacieraniu w nim śladów po tym, co stworzyło owo przywiązanie. Meyer tak konstruuje narrację, że niekoniecznie liberalni bohaterowie stojący po stronie dobra i porządku wzbudzają naszą sympatię. „Syn” to wielowątkowa historia bezkompromisowości ludzkiego życia. Tego, że jesteśmy zdolni do rzeczy wielkich i małych jednocześnie. Możemy być bohaterami i potępionymi zbrodniarzami. Mamy w sobie wszystko to, z czego możemy być dumni i czego powinniśmy się wstydzić. To przesłanie sugeruje, że Meyer napisał coś więcej niż powieść rozprawiającą się z mitem założycielskim Ameryki. Napisał o przekleństwie i potędze pamięci oraz o tym, jak skomplikowaną strukturę może mieć ludzka tożsamość.

2017-01-09

„Inna od siebie” Brygida Helbig

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 26 października 2016

Liczba stron: 464

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Tragizm wyobcowania

Nigdy nie bała się śmierci. Zawsze wiedziała, że życie trzeba wypełnić treścią i przede wszystkim subiektywnym poczuciem sensu. Śmierć odarła ją ze wszystkiego, czym była. Z męskiej tożsamości, którą przyjęła w 1907 roku i od tego czasu zmagała się z poczuciem wyobcowania, a jej twórczość przestała być czytana. Trupa ubiera się w strój kobiecy na wyraźne życzenie rodziny – to wstrząsający prolog „Innej od siebie”. Tej rodziny, która dystansowała się od bohaterki latami, izolując w różnych zakładach, skazując na szczególny rodzaj samotności. Ale czy ja używam właściwego rodzaju? Maria Komornicka, od wspomnianego już roku Piotr Odmieniec Włast. Osoba przyciągająca uwagę badaczy po latach, bo tylko z perspektywy przyszłości widzi się jej wizjonerstwo i zdecydowanie wyraźnie odczuwa, jak nie przystawała do czasów, w których przyszło jej żyć – ponad 40 lat w zapomnieniu i goryczy rozpamiętywania czasu, gdy wszystko była zdolna zdobyć, wszystko zaryzykować dla spełnienia. Brygida Helbig poświęciła Komornickiej kilka publikacji, ale przede wszystkim czas dla kogoś, kto zwyczajnie fascynuje. Po co więc kolejna książka o artystce? Autorka tłumaczy to już na wstępie. Kilka lat temu napisałam książkę naukową o Piotrze O.W., nawet dwie – jedną po niemiecku, drugą po polsku. Ale kto czyta książki naukowe, doktoraty, habilitacje. Przyciągają tylko kurz w bibliotekach. Więc trzeba pisać jeszcze raz – inaczej. Inna perspektywa patrzenia na życiorys Komornickiej rodzi specyficzną książkę. Trudno nazwać ją powieścią. Rekonstruuje czas miniony, opowiada o najważniejszych momentach życia, oddaje głos bliskim i znajomym, innym badaczom i samej Marii Komornickiej. Inna od siebie” to literacka fantazja o odmienności, w której kryje się symboliczna historia ludzkiego wyobcowania, za które wciąż na nowo i wciąż na tych samych warunkach trzeba płacić, nie identyfikując się z ludzkością, lecz sięgając przede wszystkim w głąb siebie.

Helbig postanowiła zacząć od końca. Przybliża nam zatem okoliczności śmierci artystki i tę bolesną gorycz odizolowania od reszty świata. Komornicka czuła się odosobniona przez całe życie, ale chyba nigdy nie sądziła, że przyjdzie jej mierzyć się z tak potwornym rodzajem banicji. Autorka nakreśla ostatnie lata życia Piotra Własta – tego dziadzia Piotra albo głupiego Pietrka, jak wołały za nim okrutne dzieciaki. Poczucie końca jest poczuciem pewnej porażki. Nie tak wszystko miało wyglądać. Listy pełne duchowości, werwy i pasji postrzegania świata z zamknięcia jednego czy drugiego zakładu powoli zmieniały się w litanie codzienności i opisy prozaicznych potrzeb. Bo ważne było na przykład to, że jest zimno. To nie były już dziwactwa mizantropa, przed którymi rodzina chroniła się w bezpiecznym oddaleniu. To świadectwo gorzkości odchodzenia – nie na takich warunkach, jakie wytyczyła sobie kiedyś Komornicka. Czy osamotniony Piotr Włast, z którym bliskość odnajdywała już tylko siostra, nie popełniłby wcześniej, być może jako Maria, tego samobójstwa, którego figura tak często rysowała się w myślach pośród różnych kontekstów?

Po przejmującym wstępie przychodzi czas na bardziej stonowane relacje, narracyjne fantazje, szczegółowe odtwarzanie relacji dorastającej Marii z otoczeniem. Brygida Helbig dokłada starań, by przede wszystkim odczytywać emocje, które Komornicka starała się zawsze rozpoznać. Ta książka jest takim wchodzeniem do wnętrza, w którym miotała się szaleńcza pasja życia na specyficznych warunkach. Autorka fantazjuje z czułością, czasami z egzaltowaniem. Trudno orzec, czy to celowe, czy świadczy jedynie o tych momentach, w których badaczka zamienia się w kobietę pełną empatii dla drugiej kobiety. A przecież rozważania na temat tego, jak Komornicka rozumiała i traktowała kobiecość, to najciekawsza, najbardziej enigmatyczna część tej historii. Symboliczne spalenie damskich ubrań i przyjęcie męskiej tożsamości to jedynie początek. A może koniec procesu dziejącego się w głowie kompulsywnie zwiedzającej Europę i zachłystującej się nowymi formami wyrazu artystki, której klękanie w bibliotece było uznawane za symptom obłędu.

Helbig bardzo dokładnie portretuje relacje rodzinne Komornickiej, sugerując pewne przekierowanie miłości, którą ojciec tak silnie obdarzył córkę, gdy żona nie mogła odwzajemnić uczucia. Figura ojca nabiera kilku znaczeń – despoty, który wyznacza role i cele, czułego rodzica zatroskanego odmiennością córki, dumnego taty pielęgnującego pamięć o wyjątkowości Marii jako literatki oraz nieobliczalnego furiata, który umie uderzyć i nie akceptuje wybranej życiowej drogi, sposobu wyrażania siebie i własnych emocji. Kilkakrotnie pojawia się teza o tym, że Komornicka pozbawiła życia ojca. W jakim znaczeniu? Kto w rodzinie chciał pozbawić życia Marię, odbierając jej prawo do samostanowienia i nie akceptując przebiegłej i śmiałej gry ze światem, w którym wciąż na nowo trzeba było kontestować uniemożliwiające wolne życie ramy?

Brygida Helbig chce ożywić prawdziwego człowieka z numerów archiwalnych, suchych notek historycznych, zachowanych listów i z subiektywnych wspomnień tych, którzy opisują Marię z różnych perspektyw, czasem wykluczających się. Chce jednocześnie opowiedzieć o tym, czym była przemiana, co na nią wpłynęło i dlaczego Piotr Włast przestał być tylko pseudonimem przyjętym na potrzeby pisania recenzji dla Zenona Przesmyckiego. Autorka zwraca uwagę na właściwe rozumienie słowa „Odmieniec”. Sygnalizuje te dramatyczne momenty życia, w których Komornicka nie była w stanie funkcjonować w porządku rodzinnym, społecznym, europejskim. Ulubienica rodziców staje się ich wstydem. Witalność Komornickiej tłamsi wszystko, co budowało ten niepewny świat przełomu XIX i XX wieku, przygotowując go na największe katastrofy, z których Maria ocaleje, ale jej duch zostanie zniszczony.

„Inna od siebie” punktuje momenty w życiu Marii Komornickiej, w których dojrzała, świadoma swojej wartości i niezależna kobieta musi zakwestionować nie tyle porządek świata, ile przede wszystkim ustaloną przez innych tożsamość. Helbig opisuje chwile, w których złość mieszała się z bezsilnością. Nie sposób nie zauważyć, że ta pełna pasji opowieść o artystycznym zniewoleniu i definiowaniu własnej przestrzeni wolności jest jednocześnie historią osoby niezwykle egocentrycznej, nazywającej innych filistrami czy hołotą. Być może jakiś aspekt odosobnienia to także wina trudnego charakteru Marii Komornickiej, ale Brygida Helbig podkreśla przede wszystkim jej tragizm. Świadomość bycia wyjątkowym w świecie fin de siecle, gdzie wszystko miało być wyjątkowe i żadna Komornicka nie mogła zapobiec nieszczęściom poetów oraz twórców nowych dekad. A jednak to jej nieszczęście jawi się po latach jako szczególnie wyjątkowe.

„Inna od siebie” to opowieść o źródłach wewnętrznego tragizmu, o rozpaczliwym buncie, o wizjonerstwie i sile wzbudzającej fascynację wszystkich tych, którzy dziś wciąż na nowo badają twórczość i życiorys Marii Komornickiej. To też postać, o której wciąż tak naprawdę wiemy niewiele. Helbig tonie w półmrokach niedopowiedzeń, sporo fantazjuje. Kreuje sytuacje i rozmowy, które mogły mieć zupełnie inny przebieg. Zdaje sobie jednak sprawę, że dotychczasowe rozprawy naukowe to za mało. Tą książką daje świadectwo podążania wciąż za człowiekiem, który z pewnością wpłynął na jej sposób postrzegania dzisiejszego świata. Tego świata, w którym Komornicka mogłaby spotkać się z innymi rodzajami ostracyzmu społecznego. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść. Ta ujmuje specyficzną formą wrażliwości oraz umiejętnością takiego doboru materiałów źródłowych, dzięki której „Inną od siebie” można czytać w kilku kontekstach. Tak samo o tej książce fantazjować.

2017-01-06

„Bracia Burgess” Elisabeth Strout

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 28 września 2016

Liczba stron: 432

Przekład: Małgorzata Maruszkin

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Istota rodziny

Zaczyna się od telefonu z ploteczkami. Ten prolog umiejscawia prozę Strout w wyraźnym kontekście. Opowiadając historię rodzinną, autorka chce porządkować przeszłość, ale jednocześnie do woli zmyślać. „Bracia Burgess”, powieść dość przewrotna i w wielu miejscach zaskakująca, jest przecież narracją o wiecznie warunkującej trwanie zależności polegającej na tym, że my jesteśmy kimś w oczach innych i ci inni są portretowani przez nas. Widzimy to, co możemy dostrzec, a być może tylko to, co dostrzegać chcemy. Mylimy się w swym osądach innych i każda kolejna pomyłka nie jest dla nas żadnym budującym doświadczeniem, wciąż bazujemy na pozorach i wydajemy wyroki o postępowaniu drugiego człowieka. Elisabeth Strout tak jak w powieści „Mam na imię Lucy” opowie o skomplikowanych relacjach międzyludzkich opartych na porównywaniu i zestawianiu wszelkimi subiektywnymi i krzywdzącymi miarami. To też historia o rodzinie, która – jak ta z Amgash ze wspomnianej książki – okopuje się i dystansuje, czyniąc bolesne wyrwy w bliskości i tworząc atmosferę wzajemnej podejrzliwości. Autorka sugeruje jednak coś, co może być niewygodne, a wydaje się prawdą odartą z subiektywnych sądów. Rodzina to także dziedziczone traumy, konflikty, to nierozwiązywalne problemy, wyobcowanie i małe tragedie urastające po latach do wielkich dramatów. Rodzina nie jest wygodną spuścizną i nie jest tylko ludźmi, z którymi czujemy się dobrze. Dysfunkcyjna rodzina Burgessów jest od pierwszych stron powieści zatomizowana. Strout udowadnia jednak, że po części ma rację jeden z bohaterów, mówiący o tym, że gdyby nie rodziny, połowa prawników nie miałaby zajęcia; z drugiej jednak strony – trudno nam przyjąć do siebie trudne dziedzictwo i relacje. Sportretowana rodzina najpierw okazuje się słaba, by potem pokazać siłę więzi. Śledzimy perypetie bohaterów, zastanawiając się, ile z tego wszystkiego było lub jest naszym doświadczeniem. Ile gestów i słów zapomnieliśmy, rozluźniając relacje i czyniąc myślenie o rodzinie nieznośnym.

Shirley Falls w Maine – stamtąd pochodzą tytułowi bracia. Obaj po latach mocno zdystansowani do rodzinnych stron. Obaj w opozycji do stanu, z którego uchodzi życie. Tylko ich siostra Susan została tam, skąd uciekli, i dobrze na tym nie wyszła, pielęgnując wyobcowanie i samotność w zimnym domu, z problematycznym synem, którego niefrasobliwy czyn spowoduje, że bracia odwiedzą rodzinne strony i będą się starali wspomóc Susan. Jim to zawsze był ten lepszy, bardziej błyskotliwy. Nie tylko dlatego, że najstarszy, a bliźniacy Bob i Susan stali w jego cieniu. Jim zawsze wiedział, jak wziąć los w swoje ręce, i udało mu się zrobić karierę, założyć rodzinę, zbudować stabilizację i poczuć się w ceglanym nowojorskim szeregowcu jak mężczyzna spełniony. Taki, który nigdy z niczego nie musiał się tłumaczyć. Pielęgnował egocentryzm, zrzucając odpowiedzialność za różne niepowodzenia na tych słabszych. Słabszy i głupszy był zawsze Bob. Niezmiennie w cieniu brata. Wciąż jednak prostoduszny i gotowy wspierać go w trudnych chwilach, kiedy tylko Jim okaże słabość i poprosi o pomoc. Bracia na dwa różne sposoby wrośli w cynizm, oddalając się nie tylko od prowincjalnego Shirley Falls, ale przede wszystkim od samych siebie. Nowy Jork to miasto możliwości i zapomnienia. Bracia wybierają taki styl życia, który jest pewną opozycją do tego drugiego. Zawsze się ścierali, nigdy nie uzupełniając. Pewny siebie Jim zrozumie, że nie wszystko można kontrolować i nie zawsze świat dopasuje się do jego planów. Wycofany i wciąż strofowany przez brata Bob uświadomi mu, czym naprawdę jest więź rodzinna, kiedy Jim w rodzinę zacznie wątpić.

Dychotomia dwóch typów męskości u Strout idzie w parze z obrazowaniem pewnych skrajności, w jakie może wpaść człowiek zagubiony już przed laty. Bob niesie w sobie brzemię odpowiedzialności za śmierć ojca. Jim nie ułatwia mu walki z demonami. Rodzina z Maine po bolesnym doświadczeniu śmierci zaczyna rozpadać się od środka. Kiedy nie ma już na świecie obojga rodziców, Jim, Bob i Susan okopują się na bezpiecznych dla siebie pozycjach. Z dala od siebie i w buntowniczym pragnieniu życia inaczej niż pozostali. Elisabeth Strout obrazuje wszystkie bolesne pęknięcia, które uczyniły rodzinę Burgessów tak bardzo nieznośną dla samej siebie. Susan stała się spadkobierczynią wszystkiego tego, co bracia uznali za prowincjonalne i od czego usiłowali się zdystansować. Jim wykazał się większym samozaparciem, a może tylko większą hipokryzją. Bob pozostał poczciwy i dający sobą manipulować. Autorka portretuje iluzoryczną siłę Jima tym, że stworzył własną rodzinę, co nie udało się ani bezdzietnemu Bobowi, ani nieporadnej w kontakcie z synem Susan. Trudne relacje, zwłaszcza te między bliźniakami, początkowo nasuną skojarzenie, że familia już dawno się rozpadła. Zaskakujące zdarzenia z udziałem wyobcowanego siostrzeńca Jima i Boba zmienią nie tylko sposób patrzenia na siebie rodzeństwa. Strout bowiem na drugim planie sugestywnie odmaluje dramaty tych ludzi, którzy zbliżyli się do Burgessów, ale czują różnego rodzaju dyskomfort, bo bracia burzą porządek relacji, nie wchodząc w dialog z samymi sobą.

„Bracia Burgess” to także książka poruszająca wątek prześladowań somalijskich uchodźców starających się żyć na nowo gdzieś na Wschodnim Wybrzeżu, gdzie tylu białych cechuje ksenofobia skrywana za pozorami. Czyn Zachary’ego doprowadza do publicznej dyskusji o tolerancji i poszanowaniu inności. Strout obrazuje zderzenie amerykańskiej mentalności z muzułmańską obcością. Portretuje jednak człowieka, Somalijczyka, który w czysto ludzkim odruchu gotów jest na zrozumienie i na wybaczenie. Niekierowany poprawnością polityczną czy wpływami środowiska. Abdikarim ma w sobie więcej empatii, niż kiedykolwiek znaleźli w sercach dla siebie członkowie rodziny Burgessów. Inna perspektywa patrzenia na świat pomoże im w zrozumieniu tego, co lokalne, i uwarunkowań, których nie akceptują, salwując się ucieczką. Myślę, że to bardzo ważna powieść o istocie zrozumienia drugiego człowieka, która wikła się w wiele kontekstów i staje opowieścią o losach świata oraz społeczności w stuleciu, w którym należy skończyć ze światowymi dysproporcjami i niemocą egzemplifikowanymi przez świetną scenę, w której bogata bohaterka na karaibskiej wyspie czyta o losie afrykańskich uchodźców, komentując wyzutym z empatii stwierdzeniem, że to straszne.

Rodzina to bliskość i toksyczność jednocześnie – tego Strout dowodzi w sposób oczywisty. Więcej ma do zasugerowania w sprawie relacji międzyludzkich naznaczonych uprzedzeniami narosłymi w różny sposób i w różnych kontekstach. To właśnie to, czego o sobie nie wiemy, a co zdołamy poznać, jest w tej powieści najciekawsze. Historia rodzinna to w dużej mierze historia także kondycji amerykańskiego społeczeństwa przełomu wieków. Opowieść o cynizmie życia i chowaniu się przed prawdą. Także o niemożności zaakceptowania każdej prawdy, która zmusza do weryfikacji poglądów o postaciach. Ciekawa, wielowątkowa fabuła z kilkoma jednak przewidywalnymi rozwiązaniami fabularnymi. Nie czyta się zatem „Braci Burgess” z takim napięciem jak „Mam na imię Lucy”, ale to i tak przykład pisarskiego talentu i ludzkiej empatii Elisabeth Strout.

2017-01-04

„Kino Islandii. Tradycja i ponowoczesność” Sebastian Jakub Konefał

Wydawca: Wydawnictwo w Podwórku

Data wydania: 30 listopada 2016

Liczba stron: 420

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 46 zł

Tytuł recenzji: Filmy z daleka

Monografia Sebastiana Jakuba Konefała będzie gratką dla wielbicieli kina niszowego, choć autor analizując islandzkie filmy, konsekwentnie stara się udowodnić, że kinematografia Islandii staje się coraz bardziej znana i ceniona na świecie. To książka, w której spotkamy się z najbardziej znanymi obrazami kinowymi jak „101 Reykjavik”, ale także z takimi stanowiącymi swoiste kuriozum jak islandzki film gore „Reykjavicka masakra harpunem wielorybniczym”. Kino Islandii” to pokłosie przeprowadzonej na wyspie pracy badawczej, której autor oddał się z wyjątkową żarliwością, nie odrywając jej od szerszych, społecznych i historycznych kontekstów. To opowieść o całym wieku kształtowania się obrazów filmowych, które zawsze charakteryzowane były przez niskobudżetowość, ale jednocześnie przez spore ambicje i umiejętności twórczych poszukiwań. Islandia sportretowana w omawianych filmach ma kilka oblicz, łamie stereotypowe myślenie o wyspie, ale także zasadnie ją umiejscawia na mapach, na których często o niej zapominano. Konefał wychodzi od perspektywy historycznej. Od tego, jak przez wieki traktowana była Islandia kojarzona albo z enigmatycznym barbarzyństwem tych, co osiedlili się na dalekiej północy, albo z ostoją spokoju, utopijnym rajem. Takim Ultima Thule, miejscem na krańcu świata. Przestrzenią, której mieszkańcy wypracowali specyficzny system wierzeń oparty na tradycji oralnej, a potem podjęli najpierw literackie, później filmowe próby definiowania tej tradycji, ukazywania jej złożoności.

Islandzka kinematografia to filmy osiągające zabawną dla nas oglądalność do 100 tysięcy widzów. Samo to jednak oznacza, że islandzki film zna co trzeci mieszkaniec kraju. Chociaż pierwsze obrazy filmowe z dalekiej wyspy powstały już na początku minionego stulecia, dopiero w latach osiemdziesiątych XX wieku kinematografia islandzka zaczęła produkować obrazy znane szerzej poza ojczyzną. „Kino Islandii” wyraźnie dzieli rozważania na dwie części zasygnalizowane już w podtytule. Autor najpierw stara się sportretować udział wartości tradycyjnych i odwołań do tego, co specyficzne dla kultury islandzkiej, potem zaś – w dużo ciekawszym drugim rozdziale – obrazuje pewien przełom, kiedy kinematografia mierzy się z problemami nie tyle globalnymi, ile dotykającymi Islandię w specyficzny sposób. Nowe filmy kontestują tradycje nowoczesności i wchodzą z nimi w spór. Dotychczasowe obrazy sankcjonujące islandzkie wierzenia i portretujące społeczeństwo żyjące w pewnym klaustrofobicznym lęku zamieniają się w śmiałe filmy o dekonstrukcji ładu, o ludziach zagubionych lub permanentnie narażonych na poczucie wyobcowania oraz o zjawiskach docierających na wyspę z niejakim opóźnieniem, ale czyniących z Islandii nader szybko miejsce, w którym nowoczesność ściera się z czasem przeszłym, przejmując kształtowanie opinii publicznej oraz postrzeganie wyjątkowości kraju w innych niż dotychczasowe kontekstach.

Starsze filmy wykorzystujące wyobraźnię ludową idą w parze z dramatami naznaczającymi wyjątkowość życia w miejscu, w którym zawsze odwoływano się do sił natury, przywoływano moc sag, brano za wzorzec dzielnych wikingów oraz budowano specyficzną osobliwość Islandczyka przywiązanego do swej ziemi. Konefał proponuje wiele kontekstów w interpretacjach obrazów filmowych omawianych w pierwszej części monografii. Nie inaczej jest potem, ale to odniesienia do definiowania islandzkiego narodu, poczucia wspólnoty, specyficznych wierzeń i kondycji charakterystycznego wyobcowania są istotne, gdy chce się zrozumieć dalszą część rozważań autora. Ważne dla zrozumienia charakterystycznych motywów islandzkiej kinematografii jest zrozumienie jej historii. Część tropów nadal może być ukryta przed widzem ze świata. Autor porządkuje to wszystko, co uczyniło współczesne kino islandzkie takim, jakim jest dzisiaj. Zręcznie łączącym tradycję i przeszłość z obrazowaniem oczekiwań oraz rozczarowań związanych z współczesnością.

Wspomniana część druga publikacji jest ciekawsza o tyle, że sytuuje kondycję współczesnego Islandczyka między tym, co zawsze stanowiło o jego tożsamości narodowej, a ideami lub wartościami, które na wyspę dotarły ze świata zewnętrznego. Obserwujemy łamanie etosu wikińskiego, charakterystycznych antywikingów, mężczyzn bez życiowego azymutu, nieporadnych, zamkniętych w domach z matkami, wiecznych chłopców tworzących kalekie relacje z innymi ludźmi. Kino islandzkie, to ponowoczesne, ustawicznie też obrazuje wędrówki między miastem a prowincją, podkreśla opozycję obu przestrzeni, każe bohaterom podejmować heroiczne próby wyrwania się z miejsc, w których dorastali, i podkreśla ograniczone możliwości, wszak do miasta to jedynie do Reykjaviku, a na prowincję – na jedną z setek farm na odludziu. Konefał analizuje kino artystyczne i dokumenty. Pokazuje związki islandzkiego porządku z wpływami rozbijającymi ten porządek. Zderza lokalność z czymś globalnym i udowadnia, że szczęśliwa północna kraina mierzy się z wieloma współczesnymi problemami, jak wyobcowanie, różnego rodzaju przemoc, niemożność określenia własnej tożsamości czy przełom w tradycyjnym postrzeganiu ról społecznych. Szkoda tylko, że trzy najnowsze filmy z 2015 roku potraktowane zostały nieco po macoszemu w zakończeniu. Sebastian Jakub Konefał przybliża widzom obrazy, które nie trafiły do światowej dystrybucji, a zdaje się usuwać w cień wobec interpretacji tych najnowszych.

Autor często – może nawet zbyt często – cytuje Björna Nordfjörda będącego znawcą lokalnej kinematografii i opiekunem naukowym autora. Widać ogromną erudycję, znajomość narzędzi służących do analizy filmu klatka po klatce. Technikę interpretacji absolutnej przyjmuje autor choćby przy omawianiu filmu „Dzieci natury”, gdzie scena po scenie odkrywamy niuanse kierujące operatorami kamer czy reżyserem. Tu należy zwrócić uwagę na pewien mankament publikacji. Konefał analizuje filmy, po prostu je streszczając. Rozumiem, iż jest to niezbędne z punktu widzenia metody badawczej i że do części wniosków nie można dojść bez rozłożenia danego obrazu na poszczególne składowe. Problem pojawia się wówczas, kiedy czytelnik nie zna danego filmu i zostaje mu odebrana możliwość obcowania z nim, jego przesłaniem, niejednoznacznością. Czytanie interpretacji jest wyborne, gdy film już się obejrzało. Autor rewelacyjnie łączy wnikliwość badacza z kontekstami, w jakich omawiany obraz powstał lub potem był odbierany. Co jednak z filmami, do których ta monografia ma zachęcić? Jaki stosunek do filmu przyjmie czytelnik, któremu zaserwowano absolutnie dokładną i całkowitą egzegezę obrazu?

Portretowanie filmowej Islandii może być dla czytelnika odkrywcze i to na pewno książka niosąca niebywałą wartość poznawczą. Pojawia się jednak problem, jak rozhermetyzować tę publikację. Naukowy język jest kodem między autorem a innymi znawcami kina. Konefał porozumiewa się z innymi specami od kinematografii. Należy zadać pytanie o to, do kogo ma być skierowana książka będąca w gruncie rzeczy rozprawą naukową i operująca narzędziami badawczymi, które nie do końca będą dla odbiorcy czytelne. „Kino Islandii” w tym znaczeniu nie jest książką dla każdego. Bariera naukowego języka nie umniejsza jednak faktu, iż Sebastian Jakub Konefał w bardzo twórczy sposób zadaje pytania o to, jakie jest znaczenie islandzkiej kinematografii dla widza współczesnego oraz z czego wyrasta jej specyfika, co przyciągało do ekranów kinowych Islandczyków i co pozwala im być zrozumianymi przez świat dzisiaj, gdy w kinematografii zaszły przemiany pieczołowicie odtworzone w tej monografii. Jest ona dowodem autorskiej wnikliwości, specyficznej wrażliwości na wiele typowo islandzkich detali oraz książką świetnie obrazującą ewolucję kina wyspy, którą dopiero od niedawna jesteśmy w stanie odkrywać, oglądając filmy z Islandii.

2017-01-02

„Sekta” Michael Katz Krefeld

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 3 listopada 2016

Liczba stron: 364

Przekład: Elżbieta Frątczak-Nowotny

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Manipulacje

Na pohybel hygge! Michael Katz Krefeld proponuje narrację wbrew stereotypom o duńskiej sztuce szczęścia osiąganej przede wszystkim w zamkniętych na obcych domach. „Sekta” odwoła się do dramatu tych wszystkich odrzuconych przez społeczeństwo, którymi łatwo jest manipulować, zbierając w komunie i dyktując warunki życia w mistycznym duchu objawień. Tak, w trzeciej powieści Krefeld wyraźnie akcentuje duńskie wyobcowanie, nie tylko portretując Thomasa Ravnsholdta, którego autor uznaje za stosowne przedstawiać na nowo, bo to, co zrobił w „Wykolejonym”, było niewystarczające. W opowieści o duńskim Charlesie Mansonie przemycona jest spora dawka goryczy i oderwane od rzeczywistości fantazje o Danii spływającej krwią – czy to w przypadku spektakularnych akcji policyjnych, czy w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, w którym Ravn nie jest w stanie zapobiec masowemu samobójstwu. Sekta”, operująca oczywistymi obrazami i przesłaniami powieść o manipulacji, jest wtórna i nudna. Krefeld zajmuje nam czas oraz zapycha strony, po raz kolejny obrazując zagubienie Ravna i ponownie pisząc o jego życiowej tragedii, czyli śmierci partnerki Evy, za której odejście się obwinia. Kiedy pisarz przestał koncentrować się na Ravnie i postawił na soczystą historię, wyszła mu świetna powieść, ta druga, „Zaginiony”. Teraz ponownie złamany życiowo były już policjant gra pierwsze skrzypce i przez to otrzymujemy narrację tak fatalną jak w przypadku „Wykolejonego”. Przewidywalną i tendencyjną, bo skoro rzecz ma być o tym, jak sterować drugim człowiekiem, absolutnie każdy ma zostać poddany manipulacji. Także Ravn zachowujący się niefrasobliwie i lekkomyślnie jak dzieciak. Być może nadmiar alkoholu i frustracji zrobił już swoje w jego życiorysie i umyśle. Nam pozostaje książka o czymś, o czym już czytaliśmy, ze zmontowaną jakby naprędce intrygą o poszukiwaniach i rozumieniu wyznawcy sekty Wybrańcy Boga.

Ravn nadal mieszka na pokładzie Bianki, w towarzystwie rezolutnego mopsa, ma także stałe wsparcie swego hiszpańskiego przyjaciela dziennikarza oraz właścicielki antykwariatu Victorii, z którą relacja zostanie poddana poważnej próbie z powodu pożyczenia czegoś będącego oczkiem w głowie kobiety. Mężczyzna cierpi na deficyt zleceń. Zajmuje się drobnymi, mało absorbującymi jego uwagę sprawami. Wieczory spędza w towarzystwie butelki, wciąż na nowo rozpamiętuje czas, w którym zginęła Eva, i generalnie porusza się po kartach powieści bez ładu, sensu i logiki co najmniej przez sto stron. Potem zaczyna się coś dziać. Krefeld konfrontuje Ravna z człowiekiem, który stworzył imperium oparte na różnego rodzaju wywieraniu wpływu na innych ludzi. Nie spodziewa się, jak bardzo zostanie zmanipulowany przez wpływowego zleceniodawcę proponującego pracę, która podreperuje nadwątlony budżet Ravna. Rzecz w tym, że zlecenie zawiera w sobie jakieś ukryte, głębsze treści. Poszukujący zaginionego syna ojciec ma wiele na sumieniu. Obaj tkwią w czasie przeszłym, w którym jeden uratował drugiego od obłędu, a obecnie ten uratowany chce zerwać z tym, co dało mu w przeszłości szansę dalszego życia.

Mesmer ma pieniądze i władzę. Także tajemniczą asystentkę, która pewnego dnia odwiedza Ravna (w każdej powieści Krefelda musi znaleźć się kobieta prosząca go o pomoc). Katrine będzie jednak inna – dzika, nieokiełznana, władcza i stanowcza. Uosabia wszystko to, co stworzył Ferdinand Mesmer – ojciec oczekujący podpisu syna na pewnym ważnym dokumencie. Człowiek, który potrafi stwarzać złudzenia i zatapiać w nich innych. Ambicje do bycia na czele zmanipulowanych przechodzą chyba genetycznie z ojca na syna. Ravn nie domyśla się stopnia skomplikowania ich relacji, ale bardzo się stara, by zrozumieć motywy zleceniodawcy. Nie chodzi tylko o odnalezienie Jakoba, który otoczył się gronem wielbicieli i po pożarze w Kopenhadze przeniósł swe stadko wyznawców na daleką prowincję, zamykając i przekonując, że to zamknięcie jest słuszne. Krefeld usiłuje przekonać nas do tego, że za wszystkim stoją skomplikowane stosunki z przeszłości. Ojciec ocalił syna, a ten zdystansował się od niego. Obaj stworzyli coś wspólnie, by potem wybrać inne drogi i wzajemnie się zwalczać. A jednak Mesmer chce pojednania. Czy na pewno tego? Ravn wejdzie w sieć toksycznych zależności tylko po to, by z czasem przekonać się, iż jest posłańcem w dość mrocznej grze. Tylko ona może uatrakcyjnić fabułę, opowiadającą za pomocą wytartych frazesów o strukturze budowania zamkniętej przed światem społeczności uznającej moralność swego guru za rzecz nadrzędną. Duński Manson będzie miał w sobie jednak tragiczne rysy. Będzie mu można nawet współczuć mimo tego, jak dosadnie Krefeld zobrazuje jego psychopatyczną osobowość.

„Sekta” sugeruje, że za zamkniętymi drzwiami i za wysokimi murami nie zawsze toczy się spokojne życie chcące zdystansować się od reszty zabieganego świata. Krefeld daje specyficzną wykładnię sekty, sugerując wieloznaczność tego słowa. Ta książka ma dyskretnie zasugerować, że dajemy się zniewolić i wpływać na swój ogląd rzeczywistości nie tylko wówczas, gdy wsłuchamy się w słowa nawiedzonego charyzmatycznego lidera. Manipulacjom ulegają wszyscy. Także poprzednik Ravna, który pracował dla Mesmera, a przeszedł na stronę jego brata. Ta rodzinna historia to w gruncie rzeczy opowieść o wyobcowaniu, toksycznej zależności, zdradzie ideałów i konflikcie trwającym latami. W tym wszystkim także wyraźna sugestia, że wszyscy, absolutnie wszyscy, możemy być poddani wpływom ludzi znających mechanizmy działania drugiego człowieka, jego potrzeby bycia akceptowanym i przekonania, iż postępuje słusznie.

O ile „Wykolejonego” czytałem z uwagą, choć i dużym rozczarowaniem, a „Zaginionego” uznałem za świetną książkę z Ravnem na drugim planie, o tyle „Sekta” znudziła mnie już od samego początku. Nawet po wspomnianych stu stronach niezrozumiałego wstępu do dramatycznych wydarzeń wszystko zdaje się pod czytelniczą kontrolą, choć raz za razem możemy zdumiewać się tym, jak elementarne błędy w swym prywatnym dochodzeniu popełnia Ravn. Okazuje się, że wcale nie ma takiej silnej osobowości, co do której jest przekonany. Mesmer jest zwycięzcą i manipulatorem, ale i jego można zaskoczyć. Nie ma jednak żadnego elementu zaskoczenia w całej „Sekcie”, która jest ponownie napisana wedle doskonałych skandynawskich wzorców i fabularnie uszyta na miarę oczekiwań odbiorców poprzednich powieści Krefelda. Mnie bardziej zainteresowałaby jako powieść o ludzkiej rozpaczy i wyobcowaniu niż historia dzielnego byłego policjanta, który stanie się tu wręcz bohaterem narodowym. Ravn jest postacią papierową, co udowodnił „Wykolejony”. Niepotrzebna była ponowna, wtórna apologia dzielnego detektywa.

2016-12-30

„Cień jabłoni” Wojciech Szlęzak

Wydawca: JanKa

Data wydania: 1 grudnia 2016

Liczba stron: 238

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det.: 28,56 zł

Tytuł recenzji: Zatrzymać się

Literacka propozycja Wojciecha Szlęzaka jest ciekawa przede wszystkim dlatego, że to intrygująca historia o słuchaniu, czyli czynności, od której z dekady na dekadę odwykamy, koncentrując się przede wszystkim na mówieniu, wyrażaniu, często niepotrzebnej ekspresji, rozpaczliwym egocentryzmie. Można zastanawiać się nad tym, czy egocentrykiem nie jest przypadkiem ten, w którego słowa wsłuchuje się narrator książki, ale w „Cieniu jabłoni” chodzi przede wszystkim o ten wyjątkowy moment zrozumienia drugiego człowieka. Nie chodzi tylko o empatię, bo nie mamy pojęcia o tym, czy wysłuchiwane historie znajdują pełne zrozumienie. Szlęzak udowadnia, że mijamy się na co dzień z lękiem być może także z obawy przed pewnym przytłoczeniem historiami innych. Nie jesteśmy na nie gotowi, bo wciąż nie stworzyliśmy tej własnej. Dlatego rozpaczliwie błądzimy pośród niezrozumienia. Nie chcemy się słuchać. Nie chcemy znaleźć dla siebie czasu. Dwóch mężczyzn z tej powieści znajdzie czas, by naprawdę się zatrzymać. Znaleźć porozumienie i wykorzystać moment, w którym to, co minione, nadaje znaczenia temu, co obecnie. Ta narracja przekonuje o tym, że możemy pozostawić trwałe ślady po sobie w drugim człowieku, ale ukazuje także ogromny deficyt braku chęci, by pochylić się nad czyimiś słowami. W spowiedzi tej książki jest pewna ekspiacja, ale przede wszystkim daje ona obu stronom komfort zbliżenia się do istoty człowieczeństwa. Nie przez to, co się osiągnęło, ale przez wypunktowanie braków i deficytów. Okazuje się, że porzucone miejsca, plany i marzenia mogą opowiedzieć o tym, kim jesteśmy, dokładniej i sugestywniej niż stan naszego posiadania i samopoczucie w danej chwili.

Szlęzak stawia pytanie o to, czy jesteśmy całkowitym przypadkiem zrodzonym z genów, czy też niepowtarzalną integralną osobowością, której nie możemy właściwie nazwać. Sześćdziesięciodziewięcioletni Grzegorz podaje w wątpliwość nie tylko to, kim się stał, ale przede wszystkim to, dlaczego dziś jest taki, a nie inny. Pośród wspomnień, nierzadko gorzkich i nierzadko zmuszających do nostalgii, próbuje sam sobie odpowiedzieć na pytanie o to, co się w jego życiu wydarzyło, że nadal nie może czuć się spełniony, nie jest w stanie zdefiniować osobistego szczęścia. Jego słuchaczem jest młodszy zapewne o dwa pokolenia mężczyzna porzucający zgiełk miasta i uciekający w rodzinne strony. Piewca podkrakowskiej prowincji zbliżony może nieco do Andrzeja Muszyńskiego, ale jednocześnie bardziej refleksyjny. Trochę domorosły filozof wpadający w pułapkę poetyckiej biegunki przymiotników i pustosłowia. Niemniej uważny, baczny, zdecydowany na bunt wobec rzeczywistości, z której wydobywa się dopiero, formuje swoje kształty.

Grzegorz Adamczyk zdaje się uformowany. Życie za nim. Młody obserwator nie jest w stanie zrozumieć przyczyn jego eskapizmu. Dlaczego biznesmen, który może uchodzić za człowieka spełnionego zawodowo, ucieka do prowincjonalnego domu i w nim zatrzymuje czas razem z dręczącymi wspomnieniami? Szlęzak pozwala poznać swojego bohatera poprzez to, co przeżył i czego doświadczył. Słuchający Adamczyka narrator nie jest pewien, ku czemu zmierzają opowieści ani dlaczego chce ich słuchać tak zachłannie. Tymczasem odtwarzana jest przeszłość z detalami, pośród których kryją się niezadane do tej pory pytania. Wątpliwości natury egzystencjalnej, ale także wciąż obecny lęk – o to, że coś było nie tak, nie we właściwym miejscu, nie z właściwymi ludźmi. Retrospekcje zaczynają pewne kwestie porządkować. Upływ czasu nie ma znamion leczniczych. W tym, co było, Adamczyk ma odnaleźć drogowskaz do tego, co będzie. Bo życie wcale nie jest już za nim. On sam nie jest pewny własnych uczuć i własnego kręgosłupa moralnego, a przecież snute opowieści wyraźnie wskazują na to, że był człowiekiem prawym. Czy jednocześnie spełnionym? Pewnym siebie w tym najbardziej intymnym wymiarze? Gotowym na to, by zrozumieć życiowe doświadczenia we właściwy sposób?

Opowiadający swoje życie dotychczas był dość zachowawczy. Dziś, przy swoim uważnym młodszym słuchaczu chce określeń jasnych, kategorycznych, czytelnych i porządkujących życie. Czas na to, by wziąć za to życie pełną odpowiedzialność. Metaforycznie zdążyć zebrać jabłka z jabłoni, nim ta ugnie się pod ciężarem zmarnowanych owoców. Wojciech Szlęzak chce, by czytelnik – razem z Adamczykiem – wyciągał refleksje niespiesznie. Cała ta książka to jeden wielki sprzeciw wobec pośpiechu i małostkowości. Daje czas, by opowiedzieć, i czas, by zrozumieć. Młodszy i starszy mężczyzna zrozumieją co innego. Ich spotkania i opowieści będą pewnym początkiem. Jakim? Tego trzeba poszukać już poza słowami Wojciecha Szlęzaka, w tym otwartym zakończeniu sugerującym moc literatury opartą na początku prawdziwej opowieści, którą rozpoczyna ostatnie zdanie tej napisanej.

„Cień jabłoni” to wyjątkowa książka o konfrontacji z samym sobą. Pośród licznych opowieści poznajemy ludzi, którzy miotając się w życiu, nigdy nie zaznali komfortu pełnego kontaktu z własnym wnętrzem. Powieść sugeruje, że łatwiej o taki kontakt w odpowiednich warunkach i że portretowana prowincja to właśnie przestrzeń prawdziwego dialogu dwóch mężczyzn. Z czasem dużo bardziej intrygujący staje się słuchacz niż ten, który opowiada. Z jednej strony widzimy tę jego potrzebę oderwania się od kontekstu i od warunkujących codzienność obowiązków. Z drugiej – jakieś ponure polactwo tego młodego człowieka daje o sobie znać, gdy pytany o to, co słychać, raczy rozmówcę stwierdzeniem „stara bieda”. Czego oczekuje i od czego ucieka? Dużo bardziej czytelne jest to w odniesieniu do Grzegorza Adamczyka, który – w przeciwieństwie do anonimowego narratora – ma pewną czytelną tożsamość, ale kryje pod nią wyobcowanie i zagubienie.

Szlęzak sugeruje, że można uniknąć myślenia o przyszłości, tylko umiejętnie wchodząc w przeszłość. Mam na myśli świadomość tego, co się naprawdę przeżyło. Chodzi o to, by zdarzenia minione nie przypominały jedynie wirującego kalejdoskopu, z którego dobieramy sobie strzępy rozmów i zdarzeń wedle jakiegoś chaotycznego klucza. „Cień jabłoni” to apologia pewnej życiowej harmonii przeciwstawionej pogoni za chaosem. Bohaterowie naprawdę się zatrzymują i choć mają ku temu inne motywacje, z tego postoju i wzajemnego zainteresowania sobą powstaje naprawdę wartościowa opowieść. Obnażająca to, czego nie chcemy obnażyć nawet przed sobą. Dająca bezwolności i zagubieniu prawo do tego, by doświadczyć ich naprawdę. A jednak jest specyficzna moc płynąca z tej narracji, bo naprawdę pięknie opowiada o tym, jak wiele siły znaleźć może w sobie każdy z nas, by z cieni i dwuznaczności wydobyć prawdziwe definicje. A potem określać siebie za pomocą przemyślanych już pojęć.

Nie jesteśmy przypadkiem, choć konwencja powieści wskazuje na przypadkowość bliskości relacji. Nie jesteśmy też do końca odpowiedzialni za to, co porzuciliśmy. Utraty paradoksalnie dają sporo zysków. Opowieść o tym udowadnia, że wchodzenie w bezpieczny dystans wobec innych ludzi to blokowanie także samego siebie. Swojej definicji szczęścia przede wszystkim. Utraty, błędy, frustracje i gniew także mogą tę definicję stworzyć. Warto przeczytać Szlęzaka i na chwilę się zatrzymać. Tak naprawdę. Z szacunkiem dla czasu, który już upłynął i któremu warto się w bezruchu przyjrzeć. Obiecujący debiut. Z duchem Myśliwskiego w tle, a także pewną specyficzną wrażliwością na niuanse. Dobrze się czyta, zapada w pamięć. Ujmująca, prawdziwa historia stworzona za pomocą minimalnych środków formalnych.


PATRONAT MEDIALNY