Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2016-12-10

"Rok królika" Joanna Bator

Wydawca: Znak

Data wydania: 7 grudnia 2016

Liczba stron: 414

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Szarża narracyjna

Jeśli „Rok królika” określić eksperymentalną powieścią o mierzeniu się z różnego rodzaju utratami i zagubieniem, mogę śmiało wyznać, że mocno się pogubiłem i straciłem kontakt z tym, co Joanna Bator ma do powiedzenia. Nie chodzi o to, że w najnowszej książce powracają czytelne, choć symboliczne motywy z „Wyspy Łzy”, a główna bohaterka ma w sobie pewne cechy Alicji Tabor z „Ciemno, prawie noc”, bo w związku z tym zasadniczym zarzutem byłaby wtórność. Nie, wielu autorów ma prawo być wtórnymi i za każdym razem robią dobrą robotę, bo ma się estetyczną przyjemność obcowania z ich książkami. W przypadku „Roku królika” nie mam pojęcia, co jest ze mną, czyli z czytelnikiem, wyrabiane. Czy mam poznawać kolejną historię o pogoni za historiami przy jednoczesnym negowaniu historii własnej? Czy ma to być książka mówiąca coś, czego autorka nie powiedziała o związku fikcji literackiej z dystansowaniem się wobec tego, co zmyślone? Może należy śledzić skomplikowany rozwój osobowości kogoś, kogo apetyt na życie idzie w parze z przekonaniem o potędze samostanowienia? Bator nie oferuje łatwej opowieści. Powraca do motywów i przeanalizowanych już problemów, stwarzając duży dystans do nowej narracji. „Rok królika” niepokoi, ale też każe zastanawiać się nad tym, co w tym wszystkim jest serio, a co zrodziło się w wyobraźni autorki tylko po to, by mogła pokazać, jak świetnie włada czarnym komizmem – zarówno sytuacyjnym, jak i słownym. Po dwuznacznych wyznaniach z „Wyspy Łzy” trudno jest mi orzec, czy pisarka opowiada mi teraz coś serio. Czy mam się w tym wszystkim mocno zanurzyć, czy też może obserwować, do czego prowadzi niewątpliwy talent narracyjny Bator, i po prostu dać się uwieść stylistyce? Ryzyko jest spore, bo „Rok królika” rozpoczyna porównanie ziarenek kawy na billboardzie do cipek, a dalej jest jeszcze bardziej kontrowersyjnie, gdy poznajemy opowieści o ludziach czujących miętę do spróchniałych drzew czy dywaników łazienkowych.

Książkę czyta się całkiem nieźle. Podobnie jak nagłówki tabloidów, które ożywiają naszą wyobraźnię, a tutaj staną się punktami wyjścia do snucia opowieści równie irracjonalnych co ich zapowiedzi w krzykliwym haśle. Właściwie to można sobie ją otworzyć w dowolnym miejscu, potem pominąć kilkadziesiąt stron i bez problemu czytać dalej. Julia Mrok, bohaterka książki, zbiera krzykliwe tytuły podobnie jak zasłuchuje się w opowieściach mężczyzn. Ulega narracjom, ale rzadko tym, którzy te narracje tworzą. Zdystansowana do świata ucieka w rzeczywistość zmyślenia. Dobrze się bawi i nieźle zarabia, bo jej książki sprzedają się w nakładzie charakterystycznym dla Szwecji, nie dla Polski. Tym niemniej coś ją mocno uwiera, więc postanawia zniknąć. Wszystko odpowiednio wcześniej planuje i jest gotowa na śledzenie prasowych nagłówków po tym, gdy opinia publiczna dowie się o jej zniknięciu. Cała ta powieść będzie wieloznacznym traktatem o znikaniu i o odczuwaniu braku, o konfrontacji z utratą – także samego siebie. Motywacje Julii Mrok niekoniecznie są przekonujące, natomiast jej dalsze działania toną w oparach absurdu oraz specyficznej groteski. Zmieniając tożsamość i wygląd, kobieta przybywa – jak Alicja Tabor – do miasteczka w zachodniej Polsce, w którym zmierzy się nie tylko z lokalnymi demonami, ale przede wszystkim z własną zdolnością do tego, by wykorzystywać cudze życiorysy twórczo. Julia Mrok incognito dojrzeje do poszukiwania swej mrocznej bliźniaczki. Imię i jej historia to osobna sprawa, rozpisana już chyba dość dokładnie w poprzedniej książce. W tej mamy do czynienia z kobietą usiłującą stworzyć własną historię, bo tak naprawdę bez niej się urodziła i nigdy nie potrafiła jej spisać. Pomagać i przeszkadzać w tym będą ekscentryczni mieszkańcy Ząbkowic Śląskich. Sami z różnymi deficytami i sami wsłuchani w opowieści o innych, bo tę swoją osobistą wstydzą się snuć.

Każdy z bohaterów doświadcza własnych utrat, bo przecież całe życie – jak niezbyt odkrywczo stwierdza się na kartach tej powieści – jest jedną wielką utratą. Nad wyraz czytelnie pokazane jest to poprzez okaleczenia ludzi zmagających się z bolesnym stygmatem własnej przeszłości – przypominanym przez oszpeconą twarz czy brakujące oko. Bohaterka Bator usiłuje przywrócić innym sens i poczucie godności. Ukonstytuować ich na nowo, bo przeszłość stała się jedynie źródłem opresji. Wchodząc w nowe role i poddając się zwodniczej logice miasteczka, Julia Mrok zbliża się do własnych pragnień i nienazwanych dotąd emocji. Chciałoby się widzieć w tej narracji jakąś ekspiację, ale Joanna Bator utrudnia odczytania tak jednoznaczne. Tkwimy w świecie grozy i absurdu. Pomiędzy rozkoszami różnego rodzaju a deficytami warunkującymi niespełnienie. Niczego nie możemy być pewni. Wiemy, dokąd Julia dotarła, ale nie pojmujemy, kim może się tam stać. Julia Mrok jest pewnego rodzaju antybohaterką także dlatego, że jej potworny egocentryzm chwilami jest nie do zniesienia. O ile wcześniej Joanna Bator udowadniała, iż opowiadanie o egocentryzmie nie jest żadną narracyjną wadą, o tyle w tej powieści czyni Mrok po prostu nieznośną. W pogoni za opowieściami i w dynamice ukrywania się przed światem czai się symboliczny chaos. Wyłania się z konfrontacji z ekscentrycznymi bohaterami oraz z zakończenia, które sprawia wrażenie nieprzemyślanego.

A może „Rok królika” to przesycona autoironią i czarnym humorem historia, przy której warto się tylko uśmiechnąć? Nie wierzę. Nie wierzę też w to, że z takim talentem narracyjnym, jakim obdarzona jest Joanna Bator, można iść wciąż w te same rejony i odnosić się do tej samej stylistyki. Przesycenie symboliką i różnego rodzaju odniesieniami jest w tej książce wadą, bo niczego nie konstruuje, jedynie wzmaga dystans. Nowa książka laureatki Nagrody Nike jest opowieścią o wyrażaniu siebie oraz poszukiwaniu nowej przestrzeni do tego, by się osadzić. Jest jednocześnie książką, w której Bator zatraca się w wirze konstruowanych historii. Opowieści zazębiają się, ale to wszystko z czasem dość mocno zgrzyta. Barwnie i plastycznie opowiadane historie ocierają się o siebie i zmuszają nawzajem do koegzystencji. Wszystko sprawia dość ponure wrażenie. Nie chodzi o to, że Joanna Bator nie opowiada już niczego nowego. Chodzi o to, że skupia się na opowiadaniu dla samego opowiadania. Sugeruje, że warto zwrócić uwagę na to, co w życiu stymuluje naszą wyobraźnię twórczą i jak to robi. „Rok królika” jest w tym wszystkim po prostu powieścią przepełnienia. Należy przecież sięgnąć także do azjatyckich odczytań tytułowej figury i Japonia – a jakże! – jest tu wciąż obecna ze swą narodową traumą trzęsień ziemi i tsunami. Historią, wobec której trzyma się czujny dystans, inaczej nie można. Opowieścią wydobywającą się z innych, ale ostatecznie bez własnego kształtu. Szkoda.

2016-12-08

"Aorta" Bartosz Szczygielski

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 28 września 2016

Liczba stron: 400

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Zło pośród nas

Naprawdę dobry debiut. Ze wszystkimi drobnymi wadami debiutu, ale mimo wszystko to mocna książka. Spirala przemocy ma w niej znaczenie dosłowne i symboliczne. Bartosz Szczygielski wychodzi naprzeciw stereotypom w myśleniu o zbrodni, śledztwie, ofierze i zabójcy. Zaczyna od demistyfikacji Pruszkowa, w którym umieszcza swoje dynamiczne wydarzenia. Miasto absolutnie w każdym wywołuje skojarzenia z mafią. Ten ścisły związek jest już historią, ale nie w mentalności ludzi. Nie jest też tak, że przestępczość dzisiejszego Pruszkowa – jak życzyłby sobie jeden z bohaterów – to tylko kradzieże telefonów i rutynowe interwencje kryminalnych. Rutynowa nie będzie sprawa, która zelektryzuje opinię publiczną. Krwawa łaźnia w jednym z mieszkań na nowym osiedlu i denatka z wyłupanymi oczyma. Obok trupa zszokowany trzylatek dzierżący w dłoni oko zabitej. Drugie znajdzie się na miejscu kolejnej makabrycznej zbrodni. Szczygielski podnosi ciśnienie. Nie tylko w aorcie krew zacznie szybciej płynąć. Sprytnie budowana intryga drugiego planu, czyli historia pewnej zdeterminowanej i konsekwentnej pruszkowskiej prostytutki, zręcznie połączy się z opowieścią o śledztwie. Udowodni, że dużo więcej wspomnianej determinacji i siły w konsekwentnej walce z mającym przewagę wrogiem tkwi w kobiecie niż w siłach porządkowych Pruszkowa. O ile bowiem postać Gabriela Bysia prowadzącego dochodzenie w koszmarnej sprawie zabójstwa nie unika sztampowości i chwilami sprawia wrażenie, że autor bardzo się napina, by udowodnić, że komisarz jest wystarczająco twardym menem, o tyle z pewnością jest to książka jednej postaci – wspomnianej Katarzyny Sokół. Wokół niej koncentrować się będą najważniejsze wydarzenia, ale to nie ona będzie związana bezpośrednio ze zbrodnią.

Trudno o stworzenie wiarygodnej i sugestywnej postaci cynicznego policjanta po przejściach, który komentuje rzeczywistość ironicznie, a zbrodnia nie wywołuje w nim żadnej innej reakcji poza tą, by znaleźć zabójcę i wykazać się w działaniu. Gabriel Byś nie jest kimś wyjątkowym, ale autor bardzo stara się go uwiarygodnić. Oczywiste i przewidywalne są stosunki rodzinne bohatera – piękna i czuła żona, która jako jedyna ma dostęp do pokładu wrażliwości, który policjant musi skrywać przed światem. Alicja przegrywa z koniecznością pracy, ale to do niej jedynej Byś może wrócić po tym, gdy opadnie adrenalina. Sam jest osobą, która nie wzbudza sympatii otoczenia i wcale o to nie dba. Zarysowane są trudne relacje z ojcem i kolegami z pracy. Niektórym nie można ufać. Inni zasługują jedynie na drwinę, nie potrafiąc odróżnić cytryny od limonki. Samotność Bysia, jego zgorzknienie i trudna kondycja egzystencjalna to kalki, do których wdziera się może jedynie specyficzna forma złośliwości, bo nie spotkałem się jeszcze z żadnym policyjnym bohaterem zalewającym rośliny sąsiada z dołu octem. Poza tym wszystkim Byś – to też nie nowość – musi odpokutować błędy z przeszłości i pewne fatalne w skutkach śledztwo, które nałożyło na niego odium ludzi ze środowiska. Właściwie nie powinien pełnić swoich funkcji. I tak jak prokuraturze zależy na spektakularnym sukcesie medialnym i porządku w papierach, tak bohaterowi „Aorty” potrzebna jest szybko rozwikłana sprawa, dzięki której dokona się ekspiacja i życiowy tor Bysia ulegnie wyprostowaniu.

Wszystko powyższe w żaden sposób nie udowadnia, że debiut Szczygielskiego jest wyjątkowy. Co zatem wyróżnia tę książkę? Przede wszystkim doskonały zamysł z klamrą kompozycyjną, którą twórcy kryminałów pozbawiają często tak ważnego dla niej znaczenia. Zamknięcie historii w postaci sceny rozpoczynającej książkę dowodzi nie tylko tego, że poza pewne uwarunkowania i spiralę zła nikt z bohaterów tej książki nie może wyjść. Zostajemy wprowadzeni do świata, w którym wielu ludzi tkwi przyczajonych gdzieś pod ziemią. Przede wszystkim Andrzej Dzierga, były gangster powiązany z mafią, dziś tworzący własny półświatek i unikający kontaktu ze światem, zamknięty w przekonaniach o tym, że upływ czasu zniszczył świat jakichkolwiek wartości. Dzierga nakreślony został jako przestępca groźny i charyzmatyczny, ale jednocześnie zamknięty w swej podziemnej przestrzeni i w czasie przeszłym, w którym nie była ważna pogoń za wieczną młodością i mamoną. Cyniczny gangster to człowiek oszukany przez czas. Budujący sieć zależności oraz wpływów, ale jednocześnie samotny, pozbawiony dawnej pewności siebie. Gra w pojedynkę. Tak jak Byś. Tak jak Katarzyna Sokół, która zaznała od niego specyficznej formy czułości, by spłacać swoje długi i uzależniać się od człowieka wywołującego lęk swoją nieprzewidywalnością.

Nieprzewidywalne jest także to, co zrobi i pomyśli Kaśka. Spiritus movens tej powieści, dynamiczna postać usiłująca uwolnić się od krępujących ją zależności. Przyjmuje na siebie razy tych klientów, którzy za sadomasochistyczne przyjemności łóżkowe są w stanie zapłacić więcej. Jest sprytna, czujna i zdolna do wszystkiego. Walczy o siebie, a tego hartu ducha zabrakło ofierze bez oczu. Kim była dziewczyna, którą ktoś potraktował okrutniej niż całe jej dotychczasowe życie? Niejasna tożsamość zabitej kieruje nas w stronę odległych wydarzeń niemających związku z Pruszkowem. Tymczasem samo miejsce staje się specyficzną klatką – dla sfrustrowanego Bysia, który nienawidzi miasta, i dla Andrzeja Dziergi usiłującego nadać swemu życiu jakiś nowy sens. Dla miotającej się pośród toksycznych zależności Katarzyny i dla zabitej Marty, której biografia okaże się wyjątkowo naznaczona cierpieniem. Portretowany Pruszków jest duszną przestrzenią, w której przemoc ma wiele definicji. Każdy z bohaterów jest nią naznaczony i każdy wdraża w życie swe tendencje ucieczkowe. Nikomu nie jest dobrze samemu ze sobą, bo nikt nie jest w stanie uporządkować własnego życia. Do tego morderstwo tyleż spektakularne, ile skupiające się na innym, dodatkowym aspekcie ludzkiego cierpienia. I szaleństwa.

Bartosz Szczygielski zrobił świetny research przed napisaniem „Aorty” i każe nam o tym pamiętać, przytaczając specjalistyczne słownictwo niekoniecznie potrzebne do zrozumienia fabuły. Ta książka przesycona jest także pokładami ciętej ironii, choć niektóre teksty kleją się nam w wypowiedziach dość topornie, bez większego związku ze sobą. Jest w powieści wiele świetnych scen, jak gra w golfa na dachu wieżowca, bo „Aorta” to także narracja specyficznego czarnego humoru. Wymaga czujności. Wchodzimy w wir wydarzeń, które musimy oswoić i poukładać. Na każdym etapie lektury to bohaterowie będą wiedzieć więcej niż czytelnik. Aż do momentu spektakularnego finału jednocześnie otwierającego powieść. Myślę, że to taka historia, po której przeczytaniu trudno złapać oddech. Sugerująca, w jak trudnych zależnościach tkwimy nawet wtedy, gdy nasze życie wydaje się uporządkowane. Do każdego z opisanych ludzi zło wdziera się innymi ścieżkami. Nic nie jest uporządkowane, każdy dźwiga własny ciężar i własne cierpienie. Jedynie Gabriel i Alicja stwarzają partnerską bliskość, w której można się duchowo oczyścić. Czy coś tej bliskości zazdrości? Polecam mimo wskazanych mankamentów. Chwilami zapiera dech w piersiach. Niezwykle sprytnie skonstruowane i opowiedziane.

2016-12-06

"Życie zaczyna się w piątek" Ioanna Pârvulescu

Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Data wydania: 12 października 2016

Liczba stron: 272

Przekład: T. Klimkowski, K. Brykner

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,65 zł

Tytuł recenzji: Obcy w Bukareszcie

Ioanna Pârvulescu i Filip Florian stworzyli literacki obraz dziewiętnastowiecznej Rumunii, portretując zarówno jej barwną stolicę, jak i bolączki społeczeństwa przechodzącego bolesny proces transformacji. Florian w „Dniach króla” ukazał wcześniejszy okres, lata 1866-1881, moment wyłaniania się nowoczesnej państwowości Rumunii. W powieści Pârvulescu mamy już rok 1897, a właściwie jego ostatnie dni. Świnie, które musiał przepędzać sprzed swego pałacu Karol Hohenzollern-Sigmaringen, nadal są ubijane w Bukareszcie – mieście, które bardzo chce być europejskie, ale wciąż ma swoje lokalne problemy w postaci braku kanalizacji czy elektryczności, konieczności robienia prania na nabrzeżu Dymbowicy. Nic to jednak. Bohaterowie książki „Życie zaczyna się w piątek” zdają sobie sprawę, że w ostatnie dni roku żegnają to, co warte pożegnania, a przyszłość może mieć niejeden, lepszy kształt. Na fantazjowaniu dotyczącym przyszłości powieść się kończy. Rozpoczyna dość tajemniczo, odnalezieniem pewnego mężczyzny, który nie wie do końca, kim jest naprawdę, oraz postrzelonego jasnowłosego młodzieńca. Obaj skupią na sobie uwagę kilkunastu barwnie zarysowanych bohaterów tej narracji. Bukareszteńczyków, którzy mają nadzieję na to, że ich przyszłość będzie radosnym czasem. Czasem, w którym Rumunia będzie jeszcze lepsza i piękniejsza.

Ioanna Pârvulescu stworzyła niezwykłej urody panoramiczną powieść o ludziach szukających swej przynależności i starających się określać własną tożsamość w kontekstach, które nakreślone są przy okazji portretowania obyczajowości rumuńskiej metropolii końca XIX wieku. Autorka oddaje głos ludziom żyjącym we własnych światach, ale dzielącym ten wspólny. Wszystkich zaczyna łączyć sprawa tajemniczego Dana. Odnaleziony mężczyzna uznaje, że jest stołecznym dziennikarzem. Znajduje też szybko posadę w redakcji gazety. Tymczasem sam nie jest do końca pewien przede wszystkim tego, w jakiej płaszczyźnie czasowej się sytuuje. Dan Creţu jawi się nam jako człowiek poza czasem – bez przeszłości, bez usytuowania w teraźniejszości. Przybysz znikąd, który nie tylko ściąga na siebie uwagę innych, ale także zaskakująco szybko zjednuje sobie ich sympatię. Ioanna Pârvulescu tak jak portretujący swych przybyszów z Niemiec Florian ukazuje jednostkę wyobcowaną, która oswaja różnorodność dziewiętnastowiecznego Bukaresztu. Dan Creţu wkradnie się w łaski kilku osób, jednak swoją tajemnicę zachowa aż do końca. Karol I i jego dentysta   z „Dni króla” staną się integralną częścią miasta, do którego przybyli.

Portretowane dni końca 1897 roku to czas, w którym wiele się dzieje. Lekarze zachwycają się wynalazkiem promieni rentgenowskich, bukareszteńscy policjanci wdrażają do swojej pracy nowoczesną technikę daktyloskopijną. Władze miasta chcą skończyć z barbarzyńskimi pojedynkami odbywanymi z użyciem broni. By zadbać o czystość mieszkańców Bukaresztu, rozdaje się im talony do miejskiej łaźni. W tym wszystkim straszy widmo Kuby Rozpruwacza i niektórzy zastanawiają się przez chwilę, czy nie jest nim właśnie Dan Creţu. Wiele się dzieje. To rzeczy obiecujące, znamionujące postęp i wywołujące niepokój o to, jak w tym postępie odnajdzie się każdy Rumun. Pârvulescu pokazuje realia dziewiętnastowiecznego życia w Bukareszcie, portretując różnorodnych bohaterów tworzących coś na kształt drabiny społecznej. W ich rozmyślaniach dostrzegamy, kto jest kim dla kogo i jak uporządkowane jest społeczeństwo, jakie są hierarchie ważności. Bo sprawa Dana pośrednio lub bezpośrednio dotknie prawie każdego. Ośmioletniego gońca Nicu, który ciekaw jest każdej nowej formy istniejącego świata, a na co dzień zmaga się z urojeniami chorej matki. Zaczytanej w Thackerayu Iulii, córki doktora Leona Margulisa. Pana Costache, poczciwego stołecznego policjanta. Złodziejaszka Inelaru. Nawet samotnego generała Algiu, który cierpi po stracie żony. Nicu chce się zbratać z Danem, Iulię mężczyzna coraz bardziej ciekawi. W jakimkolwiek kręgu towarzyskim pojawi się Dan Creţu, wywołuje dużą ciekawość, bo zdaje się pochodzić spoza drabiny społecznej Bukaresztu i nie jest wrośnięty w miejską tkankę, nie tworzy jej na takich zasadach jak inni bohaterowie.

„Życie zaczyna się w piątek” to barwna powieść obyczajowa, która nieco rozczarowuje wątkiem kryminalnym. Nic to. Ioanna Pârvulescu w naprawdę sugestywny sposób przenosi nas do świata, w którym każdy z bohaterów mógłby snuć swoją opowieść, tworząc nową książkę, niezależną narrację. Wielogłosowość jest najważniejszą zaletą tej powieści. Umiejętność empatycznego ukazania ludzkich bolączek i jednoczesne powiązanie kilkunastu biografii w spójną i pasjonującą całość. Nie chodzi tylko o zagadkowość Dana i jego obecność w wielu miejscach. To przede wszystkim obraz świata, w którym każdy ma przypisane mu miejsce i choć często marzy o lepszym statusie, spełnia się w tym, co robi. Sporo u Pârvulescu wnikliwych obserwacji – bohaterowie lustrują się nawzajem, próbują w sobie czytać, dopowiadać sobie pewne rzeczy. Mnożą się podejrzenia, ale także elementy komiczne – rozmowy, przemyślenia, sposoby budowania zdań i wyrażania opinii. Bukareszt końca XIX wieku brzmi bardzo różnorodnie. Ma też różne oblicza. Codzienności trudnej i pełnej deficytów, ale jednocześnie przepełnionej pewną witalnością, której poddaje się prawie każdy – ze swymi nadziejami i lękami.

Ioanna Pârvulescu z czułością i uwagą portretuje przede wszystkim niziny społeczne. Środowisko tych, którzy muszą walczyć wyjątkowo ciężko, by przekuć każdy kolejny dzień w zwycięstwo. Stąd też charakterystyczna perspektywa ulicy zestawiona z egzaltowanymi niekiedy zwierzeniami z salonu Iulii. Poza tym wszystkim – będzie to powieść o tym, co bardzo ludzkie i niezmienne. O marzeniu posiadania – każdy chce wygrać w loterii. O pokusie łatwego łupu – sprawa zaginionej ikony. O tym, że każdy może sobie wyobrazić lepszy świat dla siebie, ale nie każdy ma możliwość, by cokolwiek zmienić. Dan wchłania w siebie ludzkie bolączki, nadzieje i marzenia. Bukareszt jest dla niego miejscem swojskim i obcym jednocześnie. Dla czytelnika jest to przede wszystkim pasjonująca opowieść o ludziach, czasie i mieście, do których nie można już powrócić. Pârvulescu pisze niezwykle dojrzale, personalizuje dramaty swoich bohaterów i dba o ich wiarygodność. Proponuje odrobinę ekscentryzmu oraz grę z wyobrażeniami o świecie, jakie mają różni ludzie z tego samego miasta. Czyta się to wyśmienicie i to jedna z tych książek, która zabiera do świata przedstawionego, gdzie czujemy się nadzwyczaj swojsko, choć nie do końca go rozumiemy.

2016-12-03

"Płyń z tonącymi" Lars Mytting

Wydawca: Smak Słowa

Data wydania: 2 czerwca 2016

Liczba stron: 472

Przekład: Karolina Drozdowska

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Samotność i wędrówka

To jedna z tych książek, po których przeczytaniu ma się nieodparte wrażenie obcowania z czymś naprawdę wielkim. Lars Mytting opowiada o ludzkiej samotności w taki sposób, że czuje się ją przenikliwie, bo samotność ta ma wiele wymiarów. Przede wszystkim egzystencjalny i historyczny. W tej powieści każdy zdany jest na siebie. Każdy albo szuka odpowiedzi na dręczące pytania, albo te odpowiedzi skrywa gdzieś głęboko w sobie. To świetna powieść o kilku rodzajach niespełnienia, które w mniejszym lub większym stopniu są powiązane z tym, że jej bohaterowie są osobni. Na pierwszym planie obserwujemy niemożność pokochania, stworzenia stałego związku i dzielenia życia z kimś, kto wciąż znajduje się blisko, wciąż o tę bliskość walczy. Ważna jest także niemoc duchowa, kiedy Mytting konfrontuje swojego poszukiwacza z pytaniami, na które odpowiedź nie przynosi ukojenia. Przeszłość będzie je stawiać, a teraźniejszość banalizować rozpacz i smutek. Bo tak naprawdę „Płyń z tonącymi” to opowieść o wszystkim, co prozaiczne w naszym życiu, o naszych motywacjach do działania i naszych nonsensownych poczynaniach, nietrafionych wyborach, niespełnionych pragnieniach i różnego rodzaju ucieczkach. Mytting niczego nie banalizuje. Proponuje nam powieść o poszukiwaniu swej prawdziwej tożsamości, ale także książkę o prywatnych klęskach oraz rozczarowaniach. O tym, że samotność to stan, z którego nie sposób się wydobyć, a zadawanie pytań o czas miniony może być początkiem równi pochyłej. Niezrozumienia bardziej niż pojmowania. Odarcia siebie ze wszystkiego, co zagadkowe. Ujrzenia się w prozaicznym świetle. Nie jesteśmy niczym więcej niż podróżą, poszukiwaniem. A także cierpieniem, którego nie da się nigdy wyrazić.

Edvard ponad dwadzieścia lat egzystował w bezpiecznej przestrzeni, której codzienność związana była z uprawą ziemi i cichym trwaniem u boku milczącego dziadka dźwigającego piętno wojennego kolaboranta oraz zagadkę z 1971 roku, kiedy to zaopiekował się swoim wnukiem po tragicznej śmierci jego rodziców. Edvard to prosty norweski hodowca ziemniaków. Nigdzie nie był, niczego nie widział. Przestrzeń Saksum i okolic jest jego jedynym domem, choć lokalna społeczność napiętnowała dziadka z żoną, zmuszając ich do życia w wyobcowaniu. Bohater przejmuje skłonność dziadka do tego, by być szorstkim, małomównym, stopionym z lokalnym kolorytem i obowiązkami organizującymi proste życie. Tymczasem czeka na niego prawda, której poznanie zmieni Edvarda. Przede wszystkim zmusi go do tego, by opuścił bezpieczną rodzinną okolicę. By zrozumiał, że jego poczucie stabilności oparte było przez lata tylko na iluzjach.

Dziadek umiera. Ktoś dużo wcześniej przygotował dla niego trumnę. Edvard zadaje coraz trudniejsze pytania – najpierw lokalnemu pastorowi, potem osobom spoza Norwegii. Usiłuje zrozumieć, co wydarzyło się w 1971 roku we Francji i jaki związek ze śmiercią rodziców ma brat dziadka, Einar. Skonfliktowani ze sobą, przez lata osobno dźwigali ciężar tajemnicy, która być może przygniecie Edvarda. A może nie. Może mężczyzna po raz pierwszy w życiu zrozumie, kim jest naprawdę, co znaczy, a przede wszystkim skąd pochodzi i komu zawdzięcza życie. Lars Mytting nie komplikuje nadmiernie fabuły, ale daje nam do zrozumienia, że aby poznać skrytą prawdę, trzeba się przemieszczać. Edvard, który tkwił w stagnacji, musi ruszyć do Europy. Najpierw na Szetlandy – do magicznej, ale jednocześnie melancholijnej krainy przepełnionej surowością morza. Później dotrze do Francji. Na pole bitwy z czasu pierwszej wojny światowej, na którym życie stracili jego rodzice, tak jak tracili je w bezsensownym szaleństwie żołnierze w 1916 roku. Ci, których śmierć przypominają teraz masowe groby. Zdobywanie informacji o śmierci rodziców jest dla Edvarda początkiem jego prywatnej wyprawy wojennej. Wrogiem będzie sam dla siebie. Powalczy o własną godność i mentalnie pożegna się z rodzicami. Pozna mroczne szczegóły związku rodziców i dowie się, co łączy śmierć we Francji z pewnym paktem zawartym na Szetlandach.

Północna wyspiarska Szkocja uwodzi w tej powieści i wyjątkowo porywa. W scenerii wzburzonego morza, bezkompromisowego wiatru i potęgi natury odbierającej dech oraz zdrowy rozsądek Edvard rekonstruuje dzieje Einara. Człowieka, który z sobie znanych powodów zamknął się na wyspie otoczonej wzburzonym morzem, by odbyć swoistą pokutę. Czym zawinił? Dlaczego nie pozwolił sobie pomóc i skąd to obsesyjne pragnienie odizolowania się od świata? Edvard dotknie śladów po Einarze. Zamieszka w jego chacie. Odkryje jego sekrety. To, czego się dowie, może być dla niego dużo bardziej znaczące niż poznanie okoliczności śmierci rodziców. W Einarze Edvard ujrzy cząstkę siebie. We wspomnieniach o nich uporządkuje własne trwanie.

Mytting z wielką elegancją i nieprawdopodobną wrażliwością portretuje kobiety w tej powieści. Agnes, tajemnicza łączniczka Einara na Szetlandach. Kobieta, która poświęciła wszystko dla kogoś, kto nie umiał jej pokochać. Młodsza od niej Gwen usiłuje z kolei zbliżyć się do Edvarda. Ich relacje będą napięte nie tylko dlatego, że połączą ich pewne fakty z życia rodzin. Gwen będzie rozpaczliwie miotać się między potrzebą bliskości i pewności własnych uczuć a demonami z przeszłości, które każą jej wiedzieć o Edvardzie więcej, niż wie on sam. To dwie kobiety fatalnie zauroczone i cierpiące z hardą miną, niedopuszczające do siebie zwątpienia. Analizujące swój smutek tylko jako pochodną dokonanych w życiu wyborów. Żadna z nich nie zdobędzie tego, za czym tęskni, ale każda będzie w swej tęsknocie umiała zwerbalizować, czego jej brakuje.

To książka mówiąca o tym, że wbrew zdrowemu rozsądkowi można tęsknić za kimś, kogo się nigdy nie poznało. Mytting opowiada o pewnej specyficznej i silnej więzi, która powstaje między mężczyznami, jacy nigdy się nie spotkają. Portretuje wymowność męskiego milczenia. Tę szorstkość i upartość, z którymi nie jest łatwo żyć, bo doznane urazy potęgują się, a upływ czasu nie jest lekarstwem na przeżytą gorycz. „Płyń z tonącymi” to nostalgiczna historia o przekleństwie niepamięci. O historycznych doświadczeniach na zawsze zmieniających życie jednostki. Mytting bardzo różnorodnie i za każdym razem sugestywnie portretuje ludzki niepokój. I niepewność. Tę, która definiuje cały wielki świat spoza norweskiej prowincji. Edvard, ruszając w podróż, staje do walki z niepewnością właśnie. A czytelnik jest niepewny tego, co przeżyli ludzie tak zdeterminowani w bliskości mimo trudów i tak potwornie osamotnieni, gdy zagubili się w emocjach, podejmując niewłaściwe decyzje. Jest w tej książce mnogość opowieści o ludzkim cierpieniu i wyobcowaniu. Także o tym, że muszą być one doświadczeniem każdego z nas. Każdego, kto chce zrozumieć siebie przez pryzmat tego, co zrobili i jak postąpili w przeszłości jego przodkowie. Ujmująca proza.

2016-12-01

"Jak pokochać centra handlowe" Natalia Fiedorczuk

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 2 listopada 2016

Liczba stron: 287

Oprawa: twarda

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Polskie macierzyństwo

Mam problem z książką Natalii Fiedorczuk. Duży problem. Nie chodzi jedynie o to, że do mnie nie przemówiła czy do czegoś nie przekonała. Mam wrażenie, że autorka pozazdrościła Sylwii Chutnik „Dzidzi”, a Justynie Bargielskiej „Obsoletek”. Postanowiła po swojemu opowiedzieć o czymś, o czym już opowiedziano. Niewątpliwie ważne jest to, by podkreślać wszem wobec, iż polska matka może mieć naprawdę dość i ma pełne prawo to wyrazić. Że nie musi rezygnować z własnej wolności, własnych planów, marzeń i pomysłów na życie, choć wiele jest instytucji, które chcą jej z chwilą urodzenia dziecka odebrać podmiotowość. Wspomniane autorki pojawiają się w specyficznym posłowiu Fiedorczuk. Dziękuje im za wsparcie. Czy także za inspirację? Nawiązując do tego tłumaczenia się z własnej twórczości, którym autorka książki trochę strzela sobie w stopę, można śmiało napisać o „Jak pokochać centra handlowe”: ani to reportaż, ani to literatura. Rzecz dużej wagi, jeśli uznamy ją za pewien społeczny manifest. Książka niewiele jednak wnosząca do dyskursu o roli, przynależności i pozycji polskiego macierzyństwa. Mocno spłaszczona w autorskim zakończeniu, kiedy to Fiedorczuk stara się za wszelką cenę nadać znaczenie wszystkiemu temu, co w jej prozie mogłoby być wieloznaczne i skierować czytelniczą uwagę na stawianie pytań, a nie bierne godzenie się z tezami publikacji.

Lucyna w swoich prywatnych dramatach stale jest inna, osobna. Jednocześnie wyraża przekonania wielu kobiet, których z różnych powodów nie byłoby stać na postawienie tak odważnych tez. Lucyna nie jest złą matką, ale jest matką sfrustrowaną. Boleśnie niedopasowaną do ról i przynależności, które niesie w sobie polskie macierzyństwo. Tak, polskie, adres jest bardzo czytelny i bardzo wyraźny. Z pewną dozą ironii bohaterka stwierdza, że szczęśliwe są tylko te matki, które nie kwestionują narzuconej pozycji i roli. Opiekunki – ona z chwilą urodzenia potomka ma być tą poświęcającą dla niego absolutnie wszystko. Lucyna chce być matką, ale nie jest gotowa na tak liczne poświęcenia. Najpierw pojawia się zwykły strach. Po porodzie różnego rodzaju lęki i poczucie, że mniejszą niepewnością naznaczony był okres oczekiwania niż czas, kiedy dziecko już jest na świecie i trzeba mu ten świat zabezpieczyć w każdym możliwym wymiarze. Zawsze kosztem czegoś. Kosztem zmęczenia, irytacji, braku okazji na prawdziwy dialog z sobą, ale przede wszystkim kosztem poświęcenia. Bo matka Polka musi się poświęcić. Inaczej jest stygmatyzowana, bo nie ma w naszym kraju myślenia o macierzyństwie innego niż to połączone z pełnym, bezwarunkowym i dosadnym poświęceniem wszystkiego dla dobra potomka.

Bohaterka książki radzi sobie jak może. Rzadko jest w stanie pożegnać się z wewnętrzną złością. Próbuje rozwiązań farmakologicznych (ze słonymi rachunkami za wizyty u psychiatry). Kompulsywnie sprząta, robi zakupy, gromadzi internetowe ślady potyczek z losem wiedzionych przez inne matki, by tylko odnaleźć w ich opowieściach kojącą ulgę – nie mam jeszcze najgorzej, nie mam najbardziej przesrane. Tak, dosadny język chwilami zastępuje całą subtelność doznań, które kumulują się w najzwyczajniejszej frustracji odbierającej zdrowy rozsądek i poczucie racjonalnego uporządkowania swojego świata. Matka Fiedorczuk niczego nie może uporządkować. Ma jedynie pewność tego, że kocha swoje dzieci i chce dla nich jak najlepiej. Chce też najlepiej dla siebie. Praktycznie nikt nie daje jej do tego prawa. Oto dramat nakreślany już nie tylko we wspomnianych literackich dokonaniach Chutnik czy Bargielskiej. To problem poruszany na niezliczonych sympozjach, w odczytach, w czeluści dynamicznych dyskusji internetowych. Natalia Fiedorczuk stara się udowodnić, że słabość kobiety, która jest matką, jest czymś tak naturalnym jak społeczne przekonanie, iż matka musi być ze wszech miar zdeterminowana, pewna swoich poczynań, w wiecznej gotowości do obrony dziecka i w stałym poczuciu, iż to jego dobro jest najważniejsze. A przecież najważniejszy jest sens nadany macierzyństwu. Ten głębszy sens, oddalony od krzywdzących stereotypów i myślowych kalek, które wpychają każdą polską matkę na tę samą życiową drogę, na której ma ją spotkać wszystko to, co inne rodzące dzieci i opiekujące się nimi.

Tytułowe centra handlowe są przed południem przestrzenią, w której matki otrzymują namiastkę kontaktu ze światem wokół nich. To świat iluzoryczny, świat przechodniów i sytuacji na chwilę. Matka ma mieć przede wszystkim dobry kontakt z dzieckiem. Ono ma być dla niej wszechświatem. Nie bolesnym wyrzutem sumienia, lecz powodem do dumy. Wiecznego trzymania głowy w górze – mimo bezsenności, sfrustrowania, bezsilności i złości na wszelkie ograniczenia. Macierzyństwo jest ograniczeniem, ale nie może być klatką. Lucynie zależy na tym, by świat zrozumiał, czym są jej decyzje, dlaczego decyduje się na dzieci i jak często może przy nich wątpić w samą siebie. To historia o tym, w jaki sposób świadomie i mądrze się – tu użyję neologizmu z prozy – odmamić. Naturalizm w portretowaniu różnych faz macierzyństwa idzie w parze z autorską troską o to, że kobieta potrzebuje wsparcia, którego nie otrzymuje. Nie dlatego, że jest niezrozumiana, bo jej internetowe koleżanki z forów przechodzą podobne stopnie osobistej gehenny. Przede wszystkim dlatego, że od wieków stan bycia matką zamieniał się w pewien imperatyw i obowiązek. Bycia dokładnie taką, jaką chce cię widzieć społeczeństwo. Nie taką, jaką sama chciałabyś się widzieć.

Myślę, że mógłby to być bardzo ciekawy traktat o kobiecej niegotowości do wyznaczanych przez stereotypy ról w sensie bardzo ogólnym, nie tylko w perspektywie udręczonej wyrzutami sumienia matki. Mógłby być to tekst o kobiecym poszukiwaniu wolności, o jej definiowaniu. Przekształca się jednak w coś, co wymienia wszelkie kompulsywne szaleństwa i traumy, dodając do nich odpowiednie definicje. Jeśli nie wychwycone w czasie lektury, na pewno wyraźnie podkreślane w autorskim zakończeniu. Zasadniczy zarzut wobec Natalii Fiedorczuk to wtórność. To książka ważna, a jednocześnie w pewien sposób przezroczysta. Przemyka się przez nią, przechodzi nad wyraz łatwo. Są fragmenty, które zwyczajnie nużą i nie obrazują niczego poza prywatnymi neurozami bohaterki opakowanymi w zgrabne zdania. Zaskakiwało mnie, gdy czytałem cytowane fragmenty z komentarzami zachwyconych tym, że to wszystko takie oryginalne, takie niepowtarzalne. Jak pokochać centra handlowe” to książka wpisująca się w nurt ważnych rozmyślań i publikacja, która na pewno pomoże niejednej matce. Niejednej zagubionej w narzucanych rolach społecznych kobiecie. Nie ma w niej jednak żadnego oddechu świeżości, naprawdę niczego nowatorskiego. To pokłosie licznych rozmów i spotkań z tymi, za których wypowiada się książkowa Lucyna. Ta narracja sprawia wrażenie dobrze odrobionego zadania i ma pewien wyraźny publicystyczny sznyt. Niewiele jednak nowego wnosi i nie mówi o niczym, o czym wcześniej już – w różnych formach – nie powiedziano. A przecież stan umysłu matki niszczonej przez polskie stereotypy myślowe to niezwykłość, z której można czerpać pełnymi garściami. Opowiadając o sprawach nowych, na nowo odkrytych.

2016-11-29

"Istota zła" Luca D'Andrea

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 9 listopada 2016

Liczba stron: 478

Przekład: Stanisław Kasprzysiak

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Górski teatr

Luca D’Andrea funduje nam trochę takie Twin Peaks w Dolomitach. Z jednej strony opowiada naprawdę ciekawą historię, z drugiej jednak – nadmiernie dramatyzuje, osadza bohatera w szponach dość teatralnego obłędu, stosuje bardzo stronnicze i banalne środki wyrazu (pisząc między innymi, że w chwili potwornej zbrodni Bóg odwrócił wzrok). „Istota zła” to opowieść, w której wątki krzyżują się, wikłają niekiedy w zbyt skomplikowany i niepotrzebny sposób. D’Andrea portretuje małą społeczność skrywającą w sobie tajemnice sprzed lat, wrogo nastawioną do amerykańskiego poszukiwacza wrażeń, którego tożsamość obcego podkreśla górski dramat – Salinger jako jedyny go przeżył, a miasteczko określa go mianem mordercy. Główny bohater przeżywa bardzo intensywnie bliskie spotkanie z lodowcem, nadając mu znamiona czegoś mistycznego i wprowadzając nas – niejako na siłę – w klimat wszechogarniającej grozy. W górach bowiem mogą dziać się rzeczy okrutne. Ludzie gór swoje tajemnice zachowują dla siebie. Nakręcany adrenaliną Salinger podejmuje się prywatnego obsesyjnego śledztwa, stawiając na szali harmonię rodziny, ryzykując rozpad związku. Nerwy ma napięte zawsze i wszędzie, wciąż stara się aktywnie penetrować małomiasteczkową przestrzeń niedomówień. Kiedy poznajemy rozwiązania finałowe, aż dziw bierze, że lokalsi dali się przed laty tak zmanipulować, a górski klimat odebrał im rozwagę, zdrowy rozsądek i umiejętność logicznego wyciągania wniosków. „Istota zła” to zatem thriller oparty na wymuszonym mistycyzmie. Na takich rozwiązaniach fabularnych, do których zawsze musi być dołączona egzystencjalna wykładnia. Niewiarygodne jest nie tylko to, że popadający w obłęd ludzie tracą kontakt z rzeczywistością i nie myślą racjonalnie, oddając się sferze własnych demonów, jakby była to choroba zakaźna przenoszona w powietrzu poprzez kontakt udręczonych. Niespójne jest też sklejanie kryminalnej intrygi z ludowymi wierzeniami i mitami. Z lokalnym folklorem, który zagadkę podążania śladami zabójcy sprzed lat zamienia w komiksową akcję ucieczki przed górskim potworem. D’Andrea w wielu miejscach przesadził. Oddać mu jednak należy, że koncertowo trzyma czytelnika w szachu, bo zaskakuje wciąż na nowo i rozbudza oczekiwania. Do czasu finału, w którym motywacje i działania zabójcy jawią się nam jako dość nieprawdopodobne i niewiarygodne.

Jeremiasz Salinger goni z przyjacielem za przygodą i niezwykłymi historiami. Kręcą filmy dokumentalne o tym, co ludzie wolą oglądać w domowym zaciszu, niezdrowo się ekscytując. Salinger i Mike ekscytują się naprawdę. Podnieceni niczym popcorn w mikrofalówce – biorę od Stephena Kinga, bardzo tutaj pasuje – kręcą brawurowe fabuły, które podnoszą poziom adrenaliny przede wszystkim w nich samych. Do czasu. Kiedy Salinger o mało nie traci życia w katastrofie ratowników górskich, jego żona stawia ultimatum – rodzina albo kolejne szalone ekspedycje. Rzecz dzieje się już w Siebenhoch, rodzinnej miejscowości Annelise, gdzie Salinger przybywa, by zmienić otoczenie i klimat.

Klimat jest doprawdy specyficzny. Dolomity wzbudzają grozę, a ich lodowce są czymś na kształt bestii, które mogą zaatakować, zrujnować i zniszczyć. Nawet wówczas, kiedy wypuszczają ku życiu ze swych lodowych ramion. Po traumatycznym przeżyciu na Ortles Salinger musi zdecydowanie odpocząć. Żeby zająć czymś myśli, zaczyna rozmyślać o historii potrójnego morderstwa, które miało miejsce blisko trzydzieści lat temu w pobliskim kanionie Bletterbach. Pewnej kwietniowej nocy, gdy nad okolicą szalała niezwykła burza (warto zwrócić uwagę, że wszystko w tej powieści musi być niezwykłe, ponadczasowe i niewyobrażalnie zagadkowe), ktoś z zimną krwią poćwiartował trójkę ludzi. Evi i Kurt byli parą. Przed nimi jawiły się szczęście i perspektywy. Młodziutki Marcus dopiero rozpoczynał swą przygodę z życiem. Rozczłonkowane ciała odnalazła na miejscu ekipa poszukiwawcza. Ci żywi, którzy potem popadli w obłęd, gdy doświadczyli niewyobrażalnego okrucieństwa i zabrali ze sobą mroczną tajemnicę tego, co naprawdę wydarzyło się w Bletterbach w 1985 roku. Pośród nich jest teść Salingera. To on wprowadzi go w tę mroczną historię. Rozbudzi zainteresowanie i skłoni do prywatnego śledztwa. Salinger nie będzie miał pojęcia, ku czemu zmierza. Nie odnaleziono zbrodniarza, który przed dekadami zamordował Evi, Kurta i Marcusa. Zagadka ich śmierci połączy się z zagadkami żyjących po ich odejściu. Napięcie będzie stopniowane, D’Andrea będzie czytelnika zwodził. Motywacje Salingera są z jednej strony czytelne. Z drugiej jednak – kierują nim impulsy. Emocje i zwodnicze nastroje. Pozbawieni tego ludzie gór z Siebenhoch nie będą mu ułatwiać zadania. Na drodze amerykańskiego detektywa bez odznaki staną mur milczenia, agresja i bunt. Miasteczko nie chce znać prawdy. Miasteczko od dawna ją zna. Lynch byłby zachwycony. A może zniesmaczony tym, jak ktoś bawi się jego pomysłem na enigmatyczną historię.

Luca D’Andrea usiłuje nam uwiarygodnić to, w jak kiepskiej kondycji byli ci, co odnaleźli zwłoki, i jak bardzo wstrząsnęła nimi śmierć ludzi, którzy z wielu powodów chcieli wydostać się z Siebenhoch, pożegnać stagnację mrocznej prowincji. Salinger to obcy usiłujący wejść w społeczność, która wszystko o sobie wie i strzeże tajemnic przed światem. Okazuje się – w toku akcji – że wiedzą tylko tyle, ile nieporadnie wywnioskowali. Karmią się wygodnymi półprawdami, by z łatwością zamykać oczy. Morderca musiał być spoza Siebenhoch. Tak samo obcy jak obcy wydaje się Salinger. Mężczyzna tkwiący w szponach wyobrażeń o świecie jako mieszaninie stygmatów, symboli, lirycznych odniesień do sfery dobra i zła oraz marzeń. Marzy mu się przeżywanie czegoś silniejszego, bardziej uduchowionego niż proza życia rodzinnego. Dorabia sobie specyficzną filozofię nierozwiązanej zagadki zbrodni tak jak ludzie gór bezpiecznie osadzają się w stereotypach i wygodnych wierzeniach. Mieszanka nieco wybuchowa. Problem w tym, że nie widzimy zasadniczego wybuchu, tylko fajerwerki.

„Istota zła” jest thrillerem nastawionym na spektakularne sceny, nieprawdopodobne zwroty akcji. Jest książką teatralną i – jak wspomniałem na wstępie – nadmiernie dramatyczną. Daje nam przekrój przez wszystkie możliwe ludzkie traumy i zamyka w swojej klaustrofobicznej atmosferze, w której każdy podejrzewa każdego. Ostatecznie to Salinger okaże się najsprytniejszy. Taki heros z amerykańskiego komiksu o dzielnych, walecznych i zdeterminowanych. Poza istotą zła poznamy także istotę literackiego kiczu. Sporo ozdobników słownych i wymuszane niekiedy zwroty akcji. Dałem się chwilowo uwieść tej opowieści. Były jednak momenty, w których wybuchałem śmiechem. Mimo grozy i historii ludzkich nieszczęść niesionych przez lata i nieznajdujących sprawiedliwości.

2016-11-26

"Mischling, czyli kundel" Affinity Konar

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 8 listopada 2016

Liczba stron: 416

Przekład: Agnieszka B. Ciepłowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Zagłada i nieśmiertelność

Po lekturze „Silva rerum” Kristiny Sabaliauskaitė chciałem przeczytać kolejną ważną powieść o tragizmie dwoistości bliźniąt naznaczonych cierpieniem i koniecznością dokonywania tragicznych wyborów życiowych. Doczekałem się takiej książki. Affinity Konar stworzyła wojenną opowieść o tym, jak zło tego świata wdziera się między istoty złączone ze sobą więzią, dla której będą gotowe poświęcić bardzo wiele. Bo Stusia i Perła Zamorskie to organizm, na którym bestialskie eksperymenty przeprowadza nie tylko Josef Mengele w Auschwitz. Bliźniaczki Konar uosabiają przekonanie, że dwie perspektywy oglądu rzeczywistości mogą pomóc tę rzeczywistość lepiej zrozumieć. W tej historii podwójność spojona w jedno będzie miała kilka znaczeń. „Mischling, czyli kundel” to nie tylko dwie uzupełniające się narracje. To także dwie części powieści – jedna obrazuje piekło, druga ukazuje trud wydobycia się z niego. Dwunastolatki skulone w wagonie bydlęcym żegnają tę część świata, którą potem – w zimie 1945 roku, pośród krwi w śniegu i bolesnego doświadczania odzyskanej wolności – będą musiały odbudować. Osobno. W oddaleniu. Wciąż na nowo wspominając tę drugą. Tę, która być może musiała unieść więcej, by jedna z nich stała się nieśmiertelna.

Affinity Konar nie może się zdecydować, czym formalnie ma być ta powieść. Naturalistycznym opisem okrucieństw w przestrzeni Zoo Mengelego, w której bohaterki nie doświadczają innych odcieni zła obozu koncentracyjnego, ale jednocześnie przechodzą coraz to nowe poziomy ekstremalnych przeżyć? Poetycką opowieścią o dwoistości, która pozwala bliźniaczkom podzielić się przeżywanym cierpieniem? Może to specyficzna powieść drogi, w której nie liczy się to, co przeżyte, lecz to, w jaki sposób odbudować strukturę świata i samego siebie po tym, gdy umarło się już na kilka sposobów, a mimo wszystko wciąż jest się w świecie bezkompromisowego odchodzenia i gwałtownych pożegnań? Fragmenty, w których Konar próbuje poetyzować, stają się nieco afektowane. Autorka chce pozostawić przestrzeń niedopowiedzenia tam, gdzie obrazy działają najsilniej, gdzie nie ma miejsca na kilka interpretacji, gdzie wszystko osadzone jest w ponurej dychotomii istnienia wbrew nadziei i śmierci wbrew godności umierania. „Mischling, czyli kundel” to specyficzna powieść inicjacyjna i jedna z tych historii wojennych, które muszą dać odpowiedź na pytanie o to, jak ponownie pokochać świat, w którym wydarzyło się tak wiele zła, tak wiele brutalnych śmierci. Myślę, że pisanie Konar stara się oddać kruchość i niepewność oczywistego stwierdzenia, że przecież nasze życie należy do nas. Istnienie bliźniaczek jest zagarniane nie tylko przez Mengelego. Obie będą zmuszone się rozstać. Żyć samodzielnie. Pożegnać tę część siebie, w której miały siłę przetrwania. Zmierzyć się nie tyle z okrucieństwem wojny, ile przede wszystkim z bezkompromisowością czasu tuż po wojnie.

Stusia i Perła przybywają do Auschwitz wtedy, kiedy komory gazowe i krematoria działają już pełną parą. Proces zabijania wchodzi w makabryczną rutynę. One dwie staną się eksperymentami. Obie wiedzą, że muszą udowodnić, iż nie tylko nimi się stają. Wbrew temu, co się dzieje wokół. Siedemnastoletnia Bruna, która uczy dziewczynki przetrwania w nieludzkich warunkach, na zawsze pozostanie tylko eksperymentem. Przetrwanie zależy od przypadku. Bliskość ma obronić przed wszechogarniającym złem. Złem świata, w którym widzimy siwego chłopca, dziewczynki odzierające z ubrań zwłoki czy dzieci bawiące się w kopanie grobów. Nowym bogiem świata przełamanych wartości staje się cyniczny wujaszek Mengele. On decyduje o wszystkim – o formach dalszego życia i formach umierania. Stusia i Perła zostaną skonfrontowane z takim ogromem cierpienia, w którym zanika gdzieś nadzieja, że mama i zajde wrócą do nich. Że one same kiedykolwiek oddane zostaną życiu. Że Zoo kiedyś się skończy i że nieśmiertelność stanie się faktem. Tymczasem ze stygmatem szkarłatnego krzyża na plecach muszą walczyć o intymną relację. Mentalne różnice między bliźniaczkami wpłyną też na to, w jaki sposób dziewczynki przyswajają sobie wszechobecne zło. Relacje zaczną się komplikować, a w pewnym momencie Stusia zrozumie, że Perła zniknęła. Konar przedstawi studium tęsknoty oraz poczucia winy. Wszystko w scenerii pochodów śmierci – wyzwolonych, a jednocześnie odartych z godności uciekinierów, którym przestrzeń wyzwolonego obozu da początek nowej, trudnej drogi. Drogi ku życiu i ponownemu jego akceptowaniu.

Affinity Konar próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, kim stajemy się, doświadczając takiego ogromu zła, jaki stał się udziałem bliźniaczek. Trudno określić, która część powieści jest bardziej wstrząsająca. Ta, w której dziewczynki usiłują zachować godność i trwać obok siebie mimo okaleczeń – te emocjonalne wydają się bardziej nie do zniesienia niż fizyczne? Może jednak ta, w której wędrują, przyswajając sobie świat po katastrofie? Oddalone, niepewne, zagubione i nieszczęśliwe. Stusię pcha do przodu chęć zemsty. Nie tylko ta dziecinna, która pozwala uwierzyć w to, że będzie można zemścić się na samym Mengele. Także inna, wzbierająca goryczą. Co z Perłą? Czy przetrwała? Przecież Stusia widzi ją w wielu mijanych osobach na swojej drodze. Nie może jednak dojrzeć siebie, bo wraz z siostrą znikła pewność, znikło poczucie bezpieczeństwa. Podzieliły się wszystkim, co złe. Nawet czas i przeżycia starały się przyjąć na równi, tak by druga nie ugięła się pod ciężarem doświadczeń. Tymczasem Konar pokazuje bolesną bliskość, w której każde ekstremalne doświadczenie zapisuje się w obu pamięciach. Jedna z tych pamięci będzie pałać chęcią zemsty, druga będzie usiłowała zapomnieć.

Nasuwają się pytania o to, co i w jaki sposób bliźniaczki chcą w sobie ocalić. Czy mogą zaprzeczyć złu, którego doświadczyły, czy też muszą przyjąć jego istnienie w sobie, te bolesne i wieczne ślady po Auschwitz. Affinity Konar stawia swoje młode bohaterki przed ekstremalnymi sytuacjami, w których najważniejsza będzie duchowa autonomia. To, by nie dać dostępu do siebie wszystkiemu, co wpłynie na rozpad więzi, na destrukcję świadomości. A przecież Zamorskie są dziewczynkami, one dopiero kształtują swoją tożsamość. Nie mogą ochronić się przed złem i przemocą, ale mogą te wszystkie traumatyczne doświadczenia przekuć w pewną siłę. Czy znajdą ją w sobie, kiedy los je rozdzieli?

Konar pisze przejmująco. Perspektywa opisu dziecka dynamicznie kontrastuje w swej naiwności, ciekawości i niedowierzaniu z tym, czego dokonują przesyceni już złem dorośli. Ta opowieść nie obrazuje kruchości ludzkiego istnienia. Ona ujawnia pokłady zła, z którymi człowiek musi się zmierzyć, i konsekwencje zatarcia w świecie granic między tym, co dozwolone i niemożliwe. Autorka przeciwstawia symboliczną nieśmiertelność zagładzie. Powieść ta, wgryzająca się gdzieś głęboko w świadomość czytelnika, pokazuje proste mechanizmy tej zagłady i dużo bardziej skomplikowane mechanizmy ratowania się przed duchowym unicestwieniem. To również kolejna z odważnych książek mówiących o tym, co zaczyna się w momencie końca wojny, i o tym, że ten koniec może dla niektórych nigdy nie nadejść. Momentami wstrząsająca proza, która zabiera oddech i nadzieję. Symboliczna. O chaosie i próbach wydobycia się z niego. O woli przetrwania, przywiązaniu i miłości.

2016-11-24

"Para zza ściany" Shari Lapena

Wydawca: Zysk i S-ka

Data wydania: 24 października 2016

Liczba stron: 336

Tłumacz: Piotr Kuś

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Bolesne tajemnice

„Para zza ściany” to niezły debiut. Autorka postawiła na dynamikę zdarzeń połączoną z ludzkimi atawizmami. Każdy bohater kryje w sobie jakąś tajemnicę i każda z nich zostaje umiejętnie odsłonięta. Można odnieść wrażenie, że wszyscy mają w tej książce nerwy napięte do granic, atmosfera kumulujących się podejrzeń jest już nie do zniesienia. A Shari Lapena dokłada wciąż nowe i wciąż zaskakujące narracyjne wolty, dzięki którym zmieniamy swój punkt widzenia na skomplikowaną sprawę zbudowaną wokół porwania sześciomiesięcznego niemowlęcia. Motyw zaginionego dziecka i niefrasobliwej matki jest już tak okrutnie wyeksploatowany we współczesnej literaturze popularnej – wystarczy wspomnieć niedawno wydaną „Wdowę” Fiony Burton czy „Gdzie jest Mia?” Alexandry Burt – że wydaje się niemożliwe, aby wydobyć z niego coś naprawdę wartościowego, opowiedzieć unikalną historię. Autorce „Pary zza ściany” się to udaje. Mankamentem książki są te fragmenty warte usunięcia w redakcji, które wyręczają czytelnika usiłującego dodać dwa do dwóch i dość natrętnie przypominają fakty, wobec których już został postawiony. Wymusza to niejako narracja kilku różnych perspektyw, ale jest to dosyć męczące i odbiera przyjemność poszukiwania rozwiązań na własną rękę. Te prowadzone przez zdeterminowanego detektywa Rasbacha są nieco groteskowe, bo Lapena stworzyła wyjątkowo marną postać drugiego planu, która z jednej strony antycypuje odkrywanie pewnych tajemnic, z drugiej jednak – jest tylko papierowym bohaterem, który w gruncie rzeczy stoi w miejscu, choć jest gotowy do działania o każdej porze dnia i nocy.

Nic to. Mankamenty są drobne i do wybaczenia. To naprawdę pasjonująca historia. Opowieść o małżeństwie, które stanie przed poważną próbą. Lapena zrekonstruuje przeszłość, umiejscawiając w niej tych, którzy pełni niefrasobliwości pozostawiają swoją małą córeczkę samą w domu i udają się na przyjęcie urodzinowe do sąsiadów. Po zniknięciu Cory opinia publiczna wydaje od razu surowy werdykt. Tymczasem nikt nie jest świadom tego, co działo się feralnej nocy, kiedy rodzice co pół godziny odwiedzali śpiące dziecko, a po powrocie z imprezy z przerażeniem odkryli, że Cory nie ma w łóżeczku. Retrospekcje wydają się ciekawsze niż nerwowa noc, podczas której nikt nie zmruży oka. Autorka serwuje nam coraz to nowe zbiegi okoliczności, tłumaczy skomplikowane relacje, ukazuje ogrom emocji i stopniuje napięcie zmierzające do koszmarnego apogeum.

Lapena nie daje nam złudzeń co do tego, kto jest bohaterem pierwszego planu. To Anne Conti – to ona otwiera i zamyka tę książkę w bardzo sugestywnych okolicznościach. Na samym początku widzimy, że jest już nieco zniesmaczona przyjęciem u sąsiadów i najchętniej znalazłaby się przy córce, zamiast obserwować, jak mąż flirtuje z Cynthią. Specyficzna relacja Marco i jego uroczej sąsiadki zaważy na dalszym przebiegu zdarzeń. Będziemy się zastanawiać nad tym, kim naprawdę jest mąż Anne. Tym bardziej że ona sama odkrywa bolesną prawdę o niemoralnej bliskości i ta prawda zamroczy ją nieco, odbierze jasność widzenia faktów. Anne zapadnie się w sobie już nie pierwszy raz. Po urodzeniu Cory doświadcza depresji poporodowej. Co naprawdę dzieje się w jej głowie? Jak bardzo zamglony obraz rzeczywistości może mieć kobieta, która w pewnym momencie dojdzie do przekonania, że zabiła córkę?

Wspomniany mdły detektyw już od samego początku podejrzewa, że w zniknięciu dziecka maczają palce jego rodzice. Wie, że ustalenie prawdy to kwestia czasu. A ten przyspiesza bardzo nerwowo. Mnożą się hipotezy co do tego, kto wyniósł Corę z domu. Ktoś doskonale przemyślał całe to porwanie. Komuś jednak coś wymknęło się spod kontroli. Lapena świetnie portretuje cały wachlarz zmiennych emocji. Kierunki śledztwa wikłają się, wciąż pojawiają się nowe tropy. Rodzice nie są bez winy, ale czy ktokolwiek nie jest nią obarczony? Najlepiej portretowana jest atmosfera wzajemnej nieufności, jaka buduje się między małżonkami. Marco ukrywa coś przed Anne. Ona również ma swoje tajemnice. Z czasem jedno z nich dojdzie do wniosku, że żyło z wrogiem. Kto tak naprawdę komu zagraża? Jaki związek mają problemy finansowe Marco z jego chaotycznym zachowaniem tuż po zaginięciu córki?

„Para zza ściany” to opowieść o kłamstwach, chciwości i takiej formie bezradności wobec losu, która wywołuje działania irracjonalne – napiętnowane potem przez otoczenie, bo niezrozumiałe, okrutne, a może bezmyślne. Mimo wszystko królową akcji jest Anne. Kobieta najpierw przeżywa rozpacz i czuje się bezradna, by potem odzyskać siły i walczyć o córkę inaczej, niż moglibyśmy się spodziewać. Anne kryje w sobie najwięcej zagadek i jest najbardziej wdzięczną postacią do czytelniczej obserwacji. Marco natomiast jest mężem, dla którego oddalanie się od żony było czymś naturalnym po tym, gdy macierzyństwo zaprzątnęło jej uwagę. Konsekwencji tego oddalenia będzie kilka. Marco przyjmie w tej powieści na siebie być może najwięcej wszelkiego rodzaju odium, ale to Anne będzie zagadką, wobec której staniemy bezradni. Nawet wówczas, gdy okaże się, że wszystko jest już jasne. Bohaterowie tej książki komplikują sobie życie na wiele różnych sposobów. Trudne relacje małżonków z teściami idą w parze z enigmatycznym związkiem Cynthii i Grahama, u których małżeństwo Contich bawi w otwarciu powieści.

Shari Lapena układa intrygę bardzo precyzyjnie. Przyglądając się relacjom bohaterów, musimy być wyczuleni na każdy szczegół. To nic, że ostateczne rozwiązania pojawiają się może zbyt szybko i że stopień zawikłania fabuły nie idzie w parze z prostotą jej zamykania. Myślę, że to taka książka, przy lekturze której może nas zmrozić, możemy być zaskoczeni, możemy być przede wszystkim bezradni – a to duża zaleta narracji etykietowanej jako thriller psychologiczny. Mamy się przestraszyć bohaterów i tego, co z nich może tkwić w nas samych. I przestraszymy się. Każdy ma bowiem mroczne tajemnice i świat przedstawiony drży w posadach – co chwilę bowiem następuje nieoczekiwany zwrot akcji, a wraz z nim pojawia się cała gama nowych emocji. Lapena nie oszczędzi nikogo, ale też nie zamiecie żadnego sekretu pod dywan. Sprytne to wszystko, pomysłowo skonstruowane. Taka książka prezentująca kilka ważnych perspektyw – świadomość człowieka osaczonego, zagubionego, zaburzonego czy wściekłego. Ta różnorodność i charakterologiczna wiarygodność czynią z tego debiutu rzecz wartą uwagi i promocji, która pozwoliła Shari Lapenie uwieść świat tą mroczną narracją o nas samych, często chowających się w cieniu przed światem. A potem ponosimy tego konsekwencje, bo świat chce znać nasze tajemnice. Ujawniając je, ranimy siebie, niszczymy związki. Co jednak można zyskać? Lapena oczyści swoich straumatyzowanych bohaterów, ale pozostawi nas także w pewnym niedosycie. Dlatego to powieść naprawdę warta uwagi.

2016-11-22

"Podróżowanie z Beniaminem" Martin Vopěnka

Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 19 września 2016

Liczba stron: 272

Tłumacz: Elżbieta Zimna

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Ojciec i syn

Czeski autor, zupełnie nieczeska książka. Martin Vopěnka odczaruje w niej Pragę. Miasto nie jest magiczne, staje się źródłem opresji. Z Czech trzeba się wydobyć, by zrozumieć istotę życia, zadać o nie właściwe pytania, skonfrontować się ze wspomnieniami oraz pragnieniami. „Podróżowanie z Beniaminem” to książka opowiadająca o fundamentalnych deficytach w duszy każdego człowieka. Takich, których istnienie obnaża często śmierć bliskiej osoby. Każdy z nas może wówczas stanąć przed niepowtarzalną szansą, aby zdefiniować istotę życia ponownie. Wydobyć z niego to, co naprawdę wartościowe. Odrzucić brzemię konieczności, rytuałów i obowiązków. Spojrzeć na ulotność egzystencji. Tylko od nas zależy, czy wówczas, w tej traumatycznej dla nas chwili, podejmiemy się wewnętrznego rachunku sumienia. U Dawida, bohatera książki, egzystencjalne rozliczenie idzie w parze z przemierzaniem Europy. Vopěnka konstruuje swoją powieść przewrotnie. Każe się dziwić nieodpowiedzialności ojca, który naraża straumatyzowanego śmiercią matki syna na niebezpieczeństwa podróży w nieznane. Zmusza do zastanowienia nad tym, czy nie są nam tu serwowane truizmy i banały pod płaszczykiem urokliwej fabuły z bardzo plastyczną narracją. Nie. To naprawdę świetna książka. O przemierzaniu przestrzeni, ale przede wszystkim o bliżej niesprecyzowanym obszarze zwanym „Nieznane”. W nim każda forma tożsamości ludzkiej będzie możliwa i żadna nie będzie konieczna. Do czego doprowadzi wędrówka osamotnionych – ojca i syna?

Dawid czuje ulgę po śmierci żony, choć z trudem przychodzi mu przyznanie się do tego. Trudne były domowe relacje z labilną emocjonalnie kobietą, która tonęła w smutku, nie dając możliwości zrozumienia swoich decyzji. Mężczyzna trzyma za rękę ośmioletniego syna, stoją nad trumną kogoś, kogo dziecko nie może opłakać, bo nie pojmuje ogromu pustki po mamie, a dorosły nie jest w stanie naprawdę jej żałować. Dla Dawida skończył się pewien męczący etap życia. Dla Beniamina otwiera się przestrzeń ryzykownego zagubienia. Vopěnka doskonale oddaje świadomość dziecka skonfrontowanego zbyt wcześnie z czymś absolutnie ostatecznym – z odejściem osoby, którą kochał i która porządkowała jego świat. Dziś tym porządkowaniem musi zająć się ojciec. Musi oswoić Bena z pustką i pokazać mu, że wciąż ktoś go kocha. Kocha bezwarunkowo i z całą mocą. Ten ktoś był oddalony od matki, ale stale czujny wobec dziecka. Nie może mu teraz pozwolić na wyobcowanie. Wie, że musi mu poświęcić czas i uwagę. Dochodzi do wniosku, że doskonałym sposobem na złagodzenie bólu będzie niezwykła podróż. Oswajanie tego, co Nieznane. Odkrywanie siebie we wzajemnych relacjach połączonych wspólnym celem. Dziecko będzie szukać ukojenia i miłości. Dorosły przede wszystkim sensu. Gdzieś z dala od prozy życia, która warunkowała jego działania i myślenie. Rozpoczyna się niezwykła przygoda. Ojciec i syn nie będą mieć pojęcia o tym, jaki będzie jej finał. Nie wszystko da się doskonale zaplanować. Ucieczka z Czech będzie miała swoje konsekwencje. Czym okupiona zostaje potrzeba odnalezienia wewnętrznej wolności? Martin Vopěnka usypia naszą czujność, by zadziwić i zaskoczyć w miejscu, w którym już wszystko rozumiemy, wszystko wiemy. „Podróżowanie z Beniaminem” będzie jednak przede wszystkim narracją zagadek. Książką stawiającą wiele pytań retorycznych oraz takich, na które odpowiedzi są zawsze trudne i niewygodne.

Ta powieść drogi odsłania nam oblicza Europy, które z jednej strony dobrze znamy, z drugiej jednak – nie jesteśmy tego wszystkiego tak bliscy jak wędrujący, czasem wbrew zdrowemu rozsądkowi, bohaterowie. Vopěnka portretuje Stary Kontynent jako przestrzeń, w której równie szybko można się zagubić, co odnaleźć pośród inności. Nie jesteśmy pewni, dlaczego Dawid staje się wędrowcem (nie podróżnikiem). Chce sobie przypomnieć wszystko to, co może mieć stałą wartość, czy może doświadczyć czegoś nowego? Na pewno chce zaznać bliskości z synem na innych niż dotychczasowe warunkach. Nie chodzi tylko o porzucenie Pragi, wyjazd z mieszkania przypominającego o zmarłej. Chodzi o nakreślenie wspólnego azymutu i taki rodzaj zależności, który sprawi, iż wędrowcy poczują tylko bliskość samych siebie. Beniamin przyjmuje wszystko z dziecięcą ufnością, ale pojawiają się przecież pytania o zmarłą matkę, domaganie się jej obecności czy próby zaakceptowania, że śmierć jest czymś absolutnie nieodwracalnym. Zagubienie Bena to przede wszystkim dziecięce wątpliwości, które zawsze może rozwiać mądry, odpowiedzialny ojciec. Czy Dawid jest kimś takim? Pytając o celowość swojego istnienia, nie kwestionuje jednocześnie praw Beniamina do bycia wśród innych bliskich mu członków rodziny?

Vopěnka opowiada o męskich relacjach w trzech pokoleniach. Ważna jest postać nieobecnego dziadka Bena, ojca Dawida. Niezwykle istotne jest to, w jaki sposób autor nakreśla najpierw szorstkość, potem niezwykłą czułość w tym, co łączy ojca z synem. Dawid nie chce być dla swego dziecka kimś takim, kim był dla niego ojciec. Chce porwać Bena, zabrać go światu. W tym świecie jest też zaborczy dziadek. Ktoś, kto nie godzi się na podróż. Ktoś, kto okupi ją w sposób zaskakujący i Dawida, i Bena. Bo każdy dorosły mężczyzna w tej historii musi rozprawić się ze swoim egoizmem. Wrażliwość Beniamina idzie w parze z odkrywaniem rzeczywistości wokół dziecka – innej niż ta praska, ograniczona do obowiązków i czasu wolnego. Okaże się, że wakacje nie będą wystarczającym czasem dla ojca i syna. Żaden z nich nie wróci do swoich obowiązków i do tego, co porządkowało życie przed dramatycznym odejściem żony i matki.

Martin Vopěnka opowiada o tym, w jaki sposób biały, syty Europejczyk poszukuje definicji ludzkiego losu. Odrywa Dawida od wszystkiego, co w mniejszym lub większym stopniu określało jego dotychczasową tożsamość. Zmusza go do tego, by być ojcem w zaskakująco nowej roli. Prawdziwym opiekunem i przewodnikiem. Kimś, dzięki komu Nieznane będzie przestrzenią doznań niesamowitych, dotychczas niepoznawalnych. To też nostalgiczna opowieść o bezradnym buncie wobec śmierci i o gloryfikacji każdej formy życia. Historia poszukiwania spełnienia i marzenia o prawdziwej miłości. O tej formie czułości, która gdzieś została zagubiona, ale dzięki wędrowaniu odrodzi się, będzie nazwana, będzie silnie łączyć. Nie wiem, czy bardziej ujmuje trochę chłopięca niefrasobliwość Dawida, czy nad wyraz analityczna i poważna postawa Bena, który przyjmuje zaskoczenia i niespodzianki od losu z niezwykłym jak na ośmiolatka stoicyzmem. A może Vopěnka opowiada przede wszystkim o tym, jak reagujemy, konfrontując się z różnymi formami inności? Śmierć też jest czymś takim. Stale przy nas obecna, wiecznie nas zaskakująca. Dużym zaskoczeniem będzie śledzenie finału opisanej historii. „Podróżowanie z Beniaminem” to niezwykłej urody książka, która zmusza do empatii… i pochylenia się nad samym sobą.