2018-10-17

„Niewidzialni” Roy Jacobsen


Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 3 października 2018

Liczba stron: 280

Przekład: Iwona Zimnicka

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wyspa i rodzina

Przeczytałem dość dużo powieści skandynawskich – o różnych przesłaniach, formach, sposobach prowadzenia narracji i klimatach. Stawiam zatem tym powieściom dość wysoko poprzeczkę i nie zgadzam się z polskim nimbem wokół skandynawskiej prozy, który z racji jej pochodzenia od razu czyni ją niezwykłą. Niewidzialni” to takie kompleksowe rozczarowanie pisaniem z Północy. Jeśli używać określenia „doskonała” w odniesieniu do tej książki, to na pewno chodzi o doskonały potencjał. Równie doskonale zmarnowany. To trochę tak jak ze „Zbiornikiem 13” Jona McGregora – powieścią także nagradzaną, niewątpliwie oszałamiającą impresją w opisach przyrody, a jednocześnie nad wyraz statyczną, w pewnych fragmentach nawet nudną. Czy z kart powieści Roya Jacobsena wieje nudą? Tak, nie boję się tego przyznać. Ja, uwielbiający każdy odcień skandynawskiego portretowania lokalnej przyrody i społeczności. Tutaj ujęły mnie surowe i jednocześnie sugestywne opisy kilku dynamicznych zjawisk przyrody, które sportretowane w północnonorweskich dekoracjach muszą po prostu robić wrażenie. Niewiele ponad to przykuwa do lektury. Fascynująca koegzystencja rodziny i wyspy, jedność właściwie, absolutna niezależność, autonomiczność i jednocześnie peryferyjność – wszystko zostało czytelnie zarysowane, ale w obrębie konturów nie ma solidnej treści. Nie ma tego, co może obiecywać zarówno topografia, jak i sytuacja życiowa bohaterów książki.

Barrøy to wyspa i rodzina. To specyficzna jedność, której istotę i sposób przetrwania narzuca kostyczny rytm natury. Ludzie zmuszeni do funkcjonowania w ekstremalnych warunkach przyrody. Przyroda, która bezwzględnie zawłaszcza i dyktuje, w jaki sposób myśleć, co czuć. Symbioza przynosząca człowiekowi i przyrodzie w zasadzie same straty, bo jedno eksploatuje drugie, a finał takich konfrontacji jest do przewidzenia. Czuje się to wszechogarniające zimno, atakujące krople deszczu, potęgę sztormu i minimalizm, który liczy się w przetrwaniu, ale wokół tego znajdują się dość papierowe postaci z zupełnie nieuzasadnionych powodów ustawione wszystkie na pierwszym planie. A chciałoby się literackiej uczty, kiedy na początku czyta się, jak pastor zadaje trzylatce pytanie o to, w co będzie ona wierzyć, opis całego jej dalszego życia zaś podporządkowany jest prezentacji zachowań, oczywistych – wynikających z portretowanej przynależności – atawizmów i zerowego kontaktu z wnętrzem bohaterki. Bo najważniejsza wydaje się właśnie Ingrid. To ona potrafi spojrzeć krytycznie na zachowania i nawyki rodziny wypracowane od pokoleń i podporządkowane trybowi życia na wyspie. Ingrid jest całą nadzieją tej powieści i ona tę powieść rujnuje. Zwłaszcza gdy autor skupia się już tylko na metodycznym oddawaniu tego, jak praktycznie myśleć i działać, co stoi w dużym kontraście do poetyckiej aury opisów tego, jak przyroda traktuje rodzinę Barrøy.

Jacobsen portretuje relacje pokornej podległości w podstawowej komórce społecznej, która musiała się bezwzględnie podporządkować otaczającej przyrodzie. Widać, że to mimo wszystko natura jest właściwym bohaterem pierwszoplanowym i to z niej wydobywa się jakakolwiek ludzka witalność, ale sugestywne dekoracje surowej Północy nie czynią z „Niewidzialnych” intrygującej powieści psychologicznej ani także jakoś szczególnie odkrywczej historii o Norwegii. Tej sprzed wielu lat, osadzonej w zupełnie innym rytmie, pośród odmiennych od dzisiejszych priorytetów, w swej dzikości takiej osobnej i niezwykłej. Okazuje się, że osobni są wszyscy członkowie rodziny Barrøy, jednak autor czyni z nich wspólnotę niebywale jednolitą – taki ma raczej zamiar, bo opowieść o tych ludziach może być śmiało odczytywana jako alegoria funkcjonowania społeczeństwa podporządkowanego rytmowi przyrody. Niewiele się dzieje. Pewnie tak ma być, ale zależało mi bardziej na tym, by ujrzeć ten inny pejzaż – emocji i przeżyć ludzi zmuszonych do oswojenia wyjątkowej formy wyobcowania. Nie poczułem tej izolacji, tej tytułowej niewidzialności i bezwzględności w powtarzanych działaniach, pośród których ma się kryć marzenie o jakimś lepszym, innym życiu, choć autor stosuje znaną już taktykę wyznaczania dystansu wobec życia wewnętrznego bohaterów. Barrøy jest specyficznym więzieniem, a Jacobsen portretuje to więzienie w bardzo czytelnych, od początku jasno określonych barwach i tonacjach. W dość specyficznej formie, bo na przykład zupełnie nie rozumiem zasadności zmieniania czasu gramatycznego narracji z teraźniejszego na przeszły.

Wokół cyklicznego funkcjonowania rodziny zjednoczonej z wyspą autor buduje dość odważną rozprawę o tym, jak bardzo samotny może być człowiek, kiedy decyduje się na to, by zamiast zalesionego otoczenia obserwować horyzont z rozpościerającym się wokół morzem. To morze jest wybawieniem i przekleństwem. Organizuje rytm życia, ale też sposób satysfakcji z nabywania czegokolwiek, bo rodzina Barrøy posiada głównie to, co na brzeg wyspy wyrzuci wzburzona woda. Ale także stara się posiadać samą siebie, mieć tę wyjątkową odpowiedzialność za wszystkich członków rodziny. Bo przecież muszą być jednością, jako jedność mają znaczenie, jako jedność rozumieją celowość swego istnienia i tylko jako jedność mogą przetrwać.

To miała być też książka o charakterystycznej żałobie i o tym, jak funkcjonuje model utraty czegoś bliskiego w świadomości ludzi gotowych w każdej chwili na utratę w zasadzie wszystkiego. To również nie wyszło. Roy Jacobsen idzie w stronę coraz bardziej drobiazgowego opisu i coraz mniejszej indywidualizacji postaci. Jego przyglądanie się światu przedstawionemu osadza się w perspektywie bacznego obserwatora interakcji, w jakie Barrøyowie muszą wejść z zewnętrznym światem. Tą Norwegią, z którą nie są związani, bo nie czują związku z niczym więcej poza skrawkiem własnej ziemi targanej przez wiatry i posiekanej strugami ciężkiego deszczu. Wewnątrz panuje jednak cisza. I tworzy się z tego narracyjna flauta. Nic ponad to, niestety. Zbudowany umiejętnie klimat powieści po pewnym czasie zostaje odczarowany. I wówczas już po prostu źle się to czyta do samego końca, który nie przynosi zasadniczych zaskoczeń albo zdziwień. Dlatego „Niewidzialni” to książka, którą można świetnie wypromować, bazując na jej lokalnym kolorycie, ale jednocześnie mocno skrzywdzić pompatycznymi przymiotnikami świadczącymi o jej niezwykłości. Całkiem niezły warsztat pisarski i umiejętność stopniowania impresjonistycznego napięcia. Poza tym niezrealizowany potencjał opowieści o głębokiej symbiozie człowieka i natury: pierwszy jest papierowy i dekoracyjny, a natura ma być pewną formą zasłony, by tego po prostu nie zauważyć.

2018-10-15

„Równonoc” Anna Fryczkowska


Wydawca: Od Deski Do Deski

Data wydania: 3 października 2018

Liczba stron: 288

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Utrata części siebie

Dość długo musieliśmy czekać na kolejną książkę ze znakomitej serii „Na F/Aktach”, w której tacy autorzy jak Łukasz Orbitowski czy Wojciech Kuczok, stwarzając fikcję opartą na skomplikowanych sprawach kryminalnych z historii Polski, napisali prawdopodobnie swoje najlepsze książki. Anna Fryczkowska podjęła się tematu niezwykle trudnego i jednocześnie innego niż autorzy piszący wcześniej w tej serii. Zdecydowała się na opowieść o anatomii utraty i bólu, decydując się na opowiedzenie historii, w której nie fakty, lecz przypuszczenia musiały dawać fundament powieści. W 1998 i 1999 roku w województwie zachodniopomorskim zniknęło czterech chłopców. Za dużo w tych zdarzeniach podobieństw, by mówić o przypadkach. Fryczkowska nie miała do dyspozycji wielu faktów. Jedynie domysły. I pustkę. Ale ta książka nie jest świetna dlatego, że dość innowacyjnie pochodzi do realizacji pomysłu serii „Na F/Aktach”. Jej siła to świadectwo tego, jak bardzo możemy się w każdej chwili obawiać o swoje dzieci. Ta książka opowiada o czymś, co mrozi krew w żyłach, kiedy uświadamiamy sobie, że w tak traumatycznej sytuacji możemy jedynie zadać sobie pytanie jak jedna z bohaterek: dlaczego nam się to przytrafiło? Ale wygodniej cieszyć się tym, że to właśnie nie my doświadczamy dramatu utraty. Tyle że „Równonoc” nie ujednolica postaw i nie upraszcza postrzegania. Odwołuje się do nierozwiązanych spraw z przeszłości, aby uświadomić, że największą torturą dla człowieka jest niepewność tego, gdzie i czy gdziekolwiek przebywa bliska mu osoba.

Przed pięciu laty wstrząsnęła mną opowieść Małgorzaty Wardy „Jak oddech”. Ta bardzo przyzwoita literatura środka odwołała się ogólnie do problemu znikania bez śladu. Portretując jednostkowy dramat, ukazała całą bezradność i rozpacz, które wiążą się zawsze z tym, że odchodzi nagle ktoś dla nas ważny. Odchodzi i nigdy nie wraca. Statystyki zaginięć w Polsce są ogólnodostępne, do narracji Wardy można dodać aktualizacje i uzupełnienia. Do historii opowiadanej przez Annę Fryczkowską również. Autorka czytelnie punktuje, jakimi narzędziami posługiwałyby się dzisiaj organy ścigania, jak wyglądałby proces poszukiwania nastolatków, dzięki czemu ich odnalezienie możliwe by było właśnie dzisiaj i jak wielu z tych możliwości nie mogli wykorzystać ludzie odpowiedzialni za poszukiwania chłopców z zachodniopomorskiego.

Bo to książka przykuwająca uwagę nie tylko dlatego, że obrazuje dramat rodziców zaginionych dzieci. Być może ten ładunek emocjonalny jest dużo silniejszy niż w powieści „Jak oddech”, ale równie sugestywny, bo przecież niosący w sobie memento, że absolutnie wszystko, co zostało opisane, może się przydarzyć w życiu każdego czytelnika. I że ten czytelnik pozostanie wobec tego tak samo bezradny i bezbronny jak zrozpaczone matki, które na wiele sposobów próbują sobie racjonalizować pustkę po synach i nigdy tak naprawdę nie zaznając spokoju i nie mogąc być w żałobie, wybierają permanentną, skrytą rozpacz. Uwagę dużo mocniej absorbują sprawy jakby drugiego planu. Nieporadność instytucji mających skutecznie poszukiwać. Niekompatybilność oczekiwań matek z priorytetami śledztw. Nade wszystko jednak szybkie zapominanie i segregowanie spraw wiecznej rozpaczy jako nieistotnych, niewymagających uwagi i czułości, empatii w postępowaniu z tymi, co poszukują. Równonoc” to przejmująca opowieść o tym, że w statystykach aktualność pewnych spraw jest bardzo krótka. W sercach bliskich te sprawy są wiecznym źródłem bólu. I poczucia rozczarowania, kiedy odpuszcza jedna osoba za drugą. Jedna instytucja za drugą. Pozostaje doświadczenie ekstremalnego bólu, którego nie można przepracować i z którym nie da się ułożyć w dalszym życiu. Wciąż przecież jest niepewność, a w niej nadzieja. Wciąż nikt nie ma pojęcia o nieobecnych, którzy spowodowali tak wielką wyrwę w sercach bohaterek i bohaterów książki. Anna Fryczkowska fantazjuje o tym, czy upływ czasu faktycznie jest w stanie uleczyć ludzkie rany. Czy można wydobyć się ze smutku, jeśli nie ma w zasadzie jego końca, bo nie ma ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy, w której ten smutek się pojawił i obezwładnił potem na lata…

Ale „Równonoc” to nie tylko historie matek zaginionych synów. Jest tu jeszcze jedna matka i jeszcze jedna historia, pewne sugerowane rozwiązanie, nieprzekonujące mnie i chyba niepotrzebne, bazujące trochę na popularności pewnego zjawiska zła. Anna Fryczkowska chce ukazać kondycję emocjonalną matek niepogodzonych z tym, co dzieje się z ich dziećmi. Matek, które atawistycznie będą bronić, wiecznie wspierać. Nie ujrzą swego dziecka w żadnym innym kontekście, który mógłby zaburzyć ich idealizację. Czy są przez to nieobiektywne? Nie, zwyczajnie cierpią. Po stracie albo w momencie, gdy oczekiwania życiowe względem dziecka trzeba zmodyfikować, dziecko wybiera inną drogę i inne priorytety. Zaskakująco cisi i wyjątkowo zachowawczy są w tej powieści ojcowie. Racjonalizują sprawy, które ich małżonkom spędzają sen z powiek przez lata. Cierpią, ale w bardzo kameralny sposób. Do wewnątrz. Czy autorka niechcący nie powiela tutaj szkodliwych stereotypów myślowych dotyczących emocjonalności płci? To i wspomniana już wyżej sugestia dotycząca tego, co mogłoby się stać z zaginionymi chłopcami, każe mi zachować pewną rezerwę wobec „Równonocy”, ale i tak uważam, że to bardzo dobra książka. Z dużym ładunkiem emocjonalnym, sugestywną treścią. I tą skrytą przestrogą, że codzienne życie nasze i naszych bliskich jest narażone na niebezpieczeństwo. W każdej chwili pojawić się może coś, co zmieni życie na zawsze. Coś, co zmusi do zadawania pytań. A człowiek, zwłaszcza w sytuacjach ekstremalnego napięcia, chce przecież przede wszystkim znać odpowiedzi na pytania.

Słowo z tytułu doskonale obrazuje złożoność dramatów, które stały się podstawą do stworzenia tej niebywale empatycznej narracji. Książki wywołującej na przemian czułość i przerażenie. Osadzonej wokół domysłów i wokół nich pokazującej różne stadia rozpaczy. Ale także portretującej polskie rodziny, ich złożone problemy i te pojawiające się wówczas, gdy znika dziecko, dla wielu definicja własnego istnienia. Anna Fryczkowska każe także zastanowić się nad tym, co z tymi setkami zaginionych w Polsce dzieci, które nigdy nie wracają do domów. Zagląda do tych domów i pokazuje, jak utrata zmienia kształt relacji tych, którzy pozostali, ale także w jaki sposób wyzwala pokłady siły. I wiecznej nadziei pośród emocjonalnych zgliszcz. Ważna, oryginalna i niejednoznaczna książka.

2018-10-12

„Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju” Maria Hawranek, Szymon Opryszek


Wydawca: Czarne

Data wydania: 26 września 2018

Liczba stron: 280

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Rajskie absurdy

Razem zawsze raźniej. I można zrobić dużo więcej niż w pojedynkę. Maria Hawranek i Szymon Opryszek wybrali się do Urugwaju, aby zapalić dżointa, a na miejscu okazało się, że można przy okazji zrobić w tym miejscu wiele ciekawych reportaży. Przyznam, że „Wyhoduj sobie wolność” – ze świetnie dobranym tytułem, biorąc pod uwagę wydźwięk całości! – to jedna z nielicznych książek reporterskich, która w niektórych momentach bawiła mnie prawie do łez. Nie chodzi tylko o to, jak dobierają sobie tematy ci reporterzy. Młodzi reporterzy, porównujący przestrzeń do gabinetu Dumbledore’a i zadający czasem dość naiwne, ale ważne pytania. Chodzi o ich nonszalancję połączoną z dużą wnikliwością. Oboje widzą, że tematy do opowieści leżą na ulicy, czasem po niej chodzą. Dzięki temu Hawranek i Opryszek potrafią zrobić świetny reportaż z impresji na plaży i tak prowadzić rozmowę z byłym prezydentem Urugwaju, że nie tylko wydobędą z niej błyskotliwe bon moty, ale także pokażą, iż panoszący się w tej publikacji duch Joségo Mujiki to dowód na to, że na właściwym miejscu w swoim czasie znalazł się absolutnie właściwy człowiek – skromny, nowoczesny, prospołeczny i niebywale charyzmatyczny. Nawet jeśli autorzy nie wyjaśniają zasadniczo tego, dlaczego na tak niewielu kilometrach kwadratowych gdzieś na południu Ameryki Łacińskiej zogniskowało się tyle dziwactw, pozytywnych absurdów, tyle ludzkiej serdeczności i poczucia bycia wyjątkową wspólnotą, umieją naprawdę przyciągnąć uwagę. Sposobem, w jaki opowiadają Urugwaj, ale przede wszystkim umiejętnościami wydobywania z rozmówców tego, co nietuzinkowe, i tego, co niejednoznacznie definiuje ten mały, lecz niezwykły kraj.

Gdyby Urugwaju nie było, należałoby go wymyślić. Funkcjonuje jako pewna fantazja o swobodzie życia, w którym szacunek do drugiego człowieka, egalitaryzm i poczucie tworzenia dynamicznej społeczności to naczelne zasady wspólnoty, jakiej wielu może zazdrościć. W jednym z reportaży pojawia się dziesięć prostych zasad postępowania i myślenia, które być może stworzyły Urugwaj takim, jaki jest dzisiaj, ale w gruncie rzeczy to kraj bardziej zagadek niż jasno formułowanych tez. Hawranek i Opryszek przyglądają się krajowi zdumiewających absurdów i republice wolności. Ukazują to, co dla Urugwaju charakterystyczne, ale pochylają się z uwagą także nad uniwersalnymi potrzebami ludzkimi, do których spełnienia potrzeba czasem tak niewiele i tak niewyobrażalnie dużo. „Wyhoduj sobie wolność” to kalejdoskopowa opowieść. Tematyczna i formalna. Są teksty napisane z dużym zaangażowaniem i osadzone w szerszych kontekstach. Są też takie sprawiające wrażenie pisanych na kolanie. Może na tej pięknej urugwajskiej plaży, o której już wspomniałem. A może między jednym a drugim dżointem zapijanym wszechobecną yerba mate.

Urugwajczycy cenią sobie wszelką wolność. Zapominają jednak o tolerancji, kiedy mają do czynienia z wolnością wyznania religijnego. Jedzą mnóstwo wołowiny, ale nie skacze im cholesterol. Codzienne zakupy są dla nich bardzo drogie, a jednocześnie każde dziecko ma darmowy laptop od państwa. Małżeństwa jednopłciowe mogą funkcjonować w szczęśliwych związkach i adoptować dzieci, a obok nich pojawiają się pęknięcia i rysy na tych heteroseksualnych związkach, w których mężczyzna tak często ma ochotę znaleźć ukojenie w ramionach prostytutki. Urugwaj jest niejednoznaczny i dziwny. Legalizuje marihuanę, ale jednocześnie terroryzuje palaczy tytoniu. Wielbi futbol ze swymi światowymi gwiazdami, lecz na co dzień nie gra kolektywnie, budując raczej świat indywidualności i życia gdzieś do wewnątrz. Autorzy pokazują, że nie ma jednej definicji Urugwaju. Starają się prześledzić, w jaki sposób kraj, w którym liczni więźniowie opozycyjni zaznawali przerażających form opresji, stał się miejscem, w którym wszystkie poglądy, idee i przekonania traktowane są z szacunkiem. Pod warunkiem że nie miesza się do tego wszystkiego boga. A przedsiębiorczość może się rozwijać choćby na śmietnikach. W Urugwaju wszystko jest możliwe. To sztuka opowiedzieć o tym kraju w taki sposób, by dał się pojąć i zaakceptować.

Maria Hawranek i Szymon Opryszek przyjmują taktykę uważnych obserwatorów, ale także chcą być dla miejscowych takimi swojakami, z którymi można wypić mate, można ich poczęstować hodowanym na domowym dachu zielem i można opowiedzieć naprawdę wszystko, choć czasami te opowieści są groteskowe, tragikomiczne, może nawet zbyt intymne, by dzielić się nimi ze światem. Ale jest też bardzo zabawnie – jak w reportażu opowiadającym o tym, że nie wyszedł Urugwajczykom komercyjny biznes podczas pobytu w tym kraju Jana Pawła II. Autorzy pokazują, jak społeczność portretowanego kraju stara się i czasami ponosi porażki. Tak jest z historią syryjskich uchodźców. I z mroczną stroną zalegalizowanej prostytucji, która wcale nie jest żadnym dochodowym biznesem. Wyhoduj sobie wolność” to wielogłosowa opowieść o narodzie zdecydowanym na to, by zawsze mówić to, co się myśli, i zawsze działać tak, by nie ograniczać sobie horyzontów. A przecież to maleńki kraj tak wielu zaskakujących różnorodności. Można rzec, że raj na ziemi, gdyby nie przejmujący reportaż historyczny o tym, jak działała urugwajska dyktatura.

Czy jest to zatem skrawek lądu i specyficzna republika, która przetrwa dłużej i być może przekaże swoje liberalne idee sąsiadującym z nią krajom? Podoba mi się to, jak autorzy punktują, ile trzeba było wysiłku, a ile dobrej woli, by wytworzyć bezpieczne status quo i z taką intensywnością postawić na równość oraz wolność. Urugwaj to swoiste preludium do życia bez opresji, którym będzie się można rozkoszować w przyszłości. Ale też kuriozum na mapie świata, gdzie komplikują się problemy i dylematy uznawane przez inne kraje za niewarte publicznej dyskusji. „Wyhoduj sobie wolność” to frapująca historia miejsca, które wypracowało sobie niezależność, ale wciąż poszukuje swojej prawdziwej tożsamości. Działa jednak w oparciu o fundamentalne prawo do poszanowania wolności ludzkiej. Urugwajczycy są wolni, ale czy do końca szczęśliwi? To dobrze, że po lekturze tej książki nie można dojść do jednoznacznych wniosków, choć niewątpliwie niejednego można zazdrościć. Pytaniem zasadniczym jest pytanie o to, jak uformować taki naród i takie społeczeństwo, a także co trzeba umieć poświęcić, by wypracować tak niezwykle liberalną przestrzeń publiczną. A w niej sporo gorzkich absurdów, z których Urugwajczycy na szczęście potrafią się śmiać.

2018-10-10

„Chrobot” Tomasz Michniewicz


Wydawca: Wydawnictwo Otwarte

Data wydania: 17 października 2018

Liczba stron: 480

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Różnorodności

„Chrobot” to trochę taki samograj. Pod warunkiem że słucha się uważnie, wiele zapamiętuje, szanuje rozmówcę i potrafi umieścić jego biografię w kontekście kraju, z którego wyrasta. Wszystko to wychodzi Tomaszowi Michniewiczowi wyśmienicie, dlatego też czyta się tę książkę szybko, a jednocześnie bardzo uważnie. Autor wybrał kategorię biografizmu, by opowiedzieć o różnorodności świata. Podoba mi się, że losy dziewięciu bohaterów są ze sobą cały czas splecione, nie ma tu czytelnego podziału, rozdziałów dotyczących tylko losów danej osoby. Michniewicz obrazuje światową różnorodność i z szacunkiem podchodzi do każdej jej formy. Nawet ukazując nierówności, deficyty, bolączki dnia codziennego swoich bohaterów, portretuje ich życie uczciwie i bez upiększeń, ale także z ogromną dozą empatii i umiejętnością tworzenia spójnych opowieści bazujących przecież na pamięci, więc niejednokrotnie na niezbyt silnym fundamencie. Czy przez to „Chrobot” jest fragmentaryczny? Niekoniecznie. Spójność osiągana przez autora to przede wszystkim umiejętnie wpleciona w tę polifoniczną narrację publicystyka. A także garść niewygodnych faktów z życia ludzi na całym globie. Bo wszędzie czekają na nas wyzwania, ale okazuje się, że sami dla siebie jesteśmy największym, jeśli chcemy zdefiniować, co jest dla nas ważne w życiu. Bez względu na to, pod jaką szerokością geograficzną przyszliśmy na świat.

Juanita z Kolumbii musi radzić sobie w niespokojnym kraju. Najbardziej przywiązuje się do zwierząt, bo wobec ludzi trzeba zachować dystans. Ma jednak swoje zasady i będzie się nimi kierowała w niełatwej kreacji swego życia. Reilly z Zimbabwe dorasta wraz z dziką przyrodą, zaznając głodu i wielu niemożliwości. Dla niego życie to będą wyjątkowo trudne wybory. Zwłaszcza w kraju, w którym kolor skóry ma tak duże znaczenie. Marggie z Ugandy jest dziewiątym dzieckiem wychowanym przez samotną matkę. To jej będzie chciała potem zapewnić warunki życia, jakie sama zechce sobie stworzyć. Lepsze. Bo w Ugandzie niewiele może być lepsze. Tam docenia się zwykłą wodę i mięso. Tam nikt nie protestuje, gdy podstawowym narzędziem wychowawczym jest bicie dzieci. Casey dorasta w tym rejonie USA, który nie ma nic wspólnego z mitami tworzonymi przez wschodnie czy zachodnie wybrzeże kraju. Chce być superbohaterem i zrozumie, co znaczy być nim naprawdę, w dorosłym życiu. Mika z Finlandii oswoić musi jedynie chłód i surowość, bo całą resztę dostanie od losu. Wie, że zawsze ktoś mu pomoże, i on gotów jest pomóc innym. Kanae z Japonii to dziecko zapracowanych rodziców, które ma zaprojektowane szczęśliwe życie i jedyne, ku czemu ma dążyć, to bycie taką jak wszyscy wokół. Madhuri z Indii sama nie wie, ile ma lat, ale już jako nastolatka musi zostać żoną. Zna zapach palonego krowiego łajna i deficyty w dostawie prądu oraz wie, że bogini Kali winna jest szacunek.

I taki jest początek „Chrobotu”. Książki o tym, że uniwersalne ludzkie potrzeby i marzenia należy zawsze dopasować do warunków swojego pochodzenia. Bohaterowie Michniewicza nie spotkają się, ale dążą ku temu samemu. Chcą wieść godne i szczęśliwe życie. Ich życiowe inicjacje przebiegają odmiennie, co innego staje się na różnych etapach ważne. Łączą ich witalizm i chęć uczynienia czegoś, czego z różnych względów nie mogli uczynić ich rodzice. Nie chodzi o prozaiczne wzbogacenie się. Czasem o stworzenie dobrej rodziny bez żadnych dysfunkcji. Ale każdy zaplanowany cel musi być poddany weryfikacji przez rzeczywistość kraju, w którym się urodzili. A czytelnik musi odnaleźć się w tych różnicach – przede wszystkim poprzez ich zrozumienie. Rasizm i równouprawnienie płci. Nadmiar życiowych możliwości i ich całkowity brak. Funkcjonalny model rodziny i rodzina jako to, co wydrze się złemu losowi i nieodpowiedzialności ludzkiej. „Chrobot” to książka zmuszająca do przyjęcia różnych perspektyw, kiedy myśli się także o tym, co dla nas najważniejsze. Umiejętnie obrazująca uwarunkowania dające człowiekowi dużo albo niewiele możliwości.

Michniewicz pokazuje, jak buduje się szacunek do samego siebie, a także przywiązuje wagę do osiągnięć życiowych. Przy tym barwnie opowiada o różnicach w krajach, skąd pochodzą bohaterowie. Nie pozostawia nas z kostycznym rysem historycznym czy społecznym danego państwa. Dzięki doświadczeniom życiowym zwykłych ludzi możemy ujrzeć, jak funkcjonuje dany kraj, co jest dla niego charakterystyczne, a także to, w jaki sposób potrafi on narzucić swoim obywatelom życiowe priorytety. Wszystko pośród naprawdę pasjonujących opowieści, które dotyczą przecież zwyczajnego życia, a jednak pobrzmiewają w sensie symbolicznym jako parabole ludzkiego losu. Naznaczonego innymi doświadczeniami, ale skoncentrowanego wciąż na tym samym. Bo jesteśmy takimi samymi ludźmi na całym świecie, tylko odmienności tego świata każą nam stać się ludźmi wpisanymi w pewien schemat czy konteksty. I jeszcze tytułowy chrobot, który funkcjonuje w tej narracji bardzo interesująco. Obrazy świata w książce Tomasza Michniewicza to obrazy połączone z ogromem przeżyć, specyficznymi emocjami, doświadczaniem rzeczy pierwszych i zdobywaniem umiejętności przetrwania. Także w czysto biologicznym znaczeniu.

Forma jest zdecydowanie tym, co wyróżnia tę książkę spośród innych publikacji podobnej natury. Michniewicz chce pokazać, jak otoczenie formuje nasze potrzeby i oczekiwania, ale jednocześnie oddać tę uniwersalność potrzeb, które są w ludziach takie same, a mimo wszystko kształtują otaczający ich świat w tak różnorodnych, skrajnych nawet formach. Ta książka to podróż przez prawie wszystkie kontynenty, ale podróż z takimi bliskimi duszami, wobec których czuje się ciepło i sympatię, choć przygląda niejednokrotnie światu okrutnemu i złemu. Myślę, że „Chrobot” odrobinę łagodzi to, co w świecie tak okrutne i bezkompromisowe, skłania do zadawania sobie prostych pytań egzystencjalnych. Ale także zmusza do namysłu nad tym, co mogłoby z nami być, gdybyśmy urodzili się w innym miejscu, odbierającym nam pewne możliwości i jednocześnie dającym coś w zamian. Interesująca i przykuwająca uwagę od pierwszej do ostatniej strony książka o trudnych relacjach człowieka ze światem. I o świecie, o którym wciąż wiemy zaskakująco niewiele.

2018-10-08

„Drzazgi” Joanna Bartoń


Wydawca: JanKa

Data wydania: 24 września 2018

Liczba stron: 172

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det.: 28 zł

Tytuł recenzji: Dramat i tożsamość

Miałem nosa. Trzy lata temu, czytając debiutancką powieść Joanny Bartoń, byłem pewien, że mam do czynienia z autorką nietuzinkową, bardzo pewną siebie i proponującą czytelnikom coś niebanalnego. Długo trzeba było czekać na jej drugą powieść, ale dziś wiem na pewno, że Bartoń to nie jest nazwisko jednej publikacji i że może nas jeszcze zaskoczyć niejednym. Po specyficznym eksperymencie lingwistycznym, jakim było „Do niewidzenia, do niejutra”, pisarka zdecydowała się na opowiedzenie konkretnej historii. Bardzo soczystej. Mającej pozornie zaszokować, ale w gruncie rzeczy rozbitej w sposób przemyślany na wiele wątków pobocznych, z którymi musi nam być po drodze, jeśli chcemy zrozumieć najważniejszy dramat. Stylistyka i forma tej książki – również niewielkich rozmiarów – odrzuca koncepcję debiutanckiej powieści, choć i tutaj Bartoń opowie o pewnym rodzaju ambiwalencji emocjonalnej. O deficytach miłości i konsekwencjach tych deficytów. W „Drzazgach” zaprezentowana zostanie narracja, która jedynie sygnalizuje problemy. Zmusza do spojrzenia na główną bohaterkę z różnych punktów widzenia. Czyni ją wyśmienicie niejednoznaczną. Bo przecież matka, która nie kocha swojego dziecka, narażona jest na społeczny ostracyzm, a u Bartoń zaintryguje. Co więcej, wzbudzi sympatię i chęć zrozumienia, kim jest naprawdę.

Syn Liliany dopuścił się czynu przestępczego. Siedemnastolatek zabił swojego profesora, który uznawał go za muzycznego geniusza. Ta piekielna środa zaważyła przede wszystkim na dalszym życiu i funkcjonowaniu matki Gabriela. Liliana uznaje się za „sprawczynię sprawcy”. Nie chce kontaktu ze swym dzieckiem, nie chce wyjaśnień. Czuje, że miasto wydało na nią wyrok równie surowy co na Gabriela. Czuje, że musi zniknąć. Znaleźć się w innym miejscu, poddać przypadkowym bodźcom, znaleźć przyzwolenie na rozpaczliwy hedonizm, ale przede wszystkim na zapomnienie. Bo istotą portretu psychologicznego w wykonaniu Joanny Bartoń jest opresja wstydu. Za nim idzie dużo więcej, gdyż Liliana jawi nam się bardzo niejednoznacznie. Kto naprawdę odpowiada za los, który spotkał matkę i syna? Jakie uwarunkowania i relacje doprowadziły do tego, że chłopak zabija, a jego matka nie stara się choćby przez moment wczuć w jego położenie? Kim Liliana jest bez syna, już kogoś całkiem obcego, z piętnem zabójcy? Kim była przy nim i czy wówczas ta obcość nie była podobna?

„Drzazgi” to nieuporządkowane retrospekcje wydobywające się z przerażającego faktu oraz z nieobecności tego, który dopuścił się zbrodni. Gabriel funkcjonuje tutaj tylko jako specyficzne odniesienie do krajobrazu emocjonalnego jego matki. Jest wieloznacznym symbolem pewnych traum i uprzedzeń, ale wykreowany jest w swym oddaleniu bardzo dobrze jako pewna przyczyna, dla której matka musi zadać sobie takie, a nie inne pytania o to, co czuje i jak się w tym niebezpiecznym rewirze stygmatyzacji odnajduje. Joanna Bartoń opowiada o losach swojej bohaterki w taki sposób, że odbieramy tę historię jako opowieść o emocjonalnym niedostosowaniu do narzuconej gdzieś społecznie relacji przywiązania. Dostrzegamy ciąg traum dziedziczonych przez kobietę, która stale i rozpaczliwie poszukiwała matki, a potem stała się równie niedostępna dla swojego dziecka. Na innych zasadach i w innym kontekście. Tak samo jednak przenosząca emocjonalny chłód i deficyty, z którymi związek najbliższych osób nie radzi sobie, pękając, rozpadając się stopniowo.

Bartoń przedstawia kobietę, do której macierzyństwo przyszło za szybko i przypadkowo. Kobietę obarczoną odpowiedzialnością, której nie chce przyjmować. Wiecznie pragnącą bliskości z matką dziewczynkę, dzisiaj dodającą sobie pewności łykanymi jak draże psychotropami i ucieczkami od tego, co narzucają jej schematyczny podział ról i oczekiwania, które należy wypełniać. Jej syn również nie jest typowym dzieckiem z jasno zarysowaną relacją podległości albo uległości. Nie są dla siebie uzupełnieniem, nie są też partnerami. W życiu Joanny i Gabriela toczy się wieczna walka dwóch wyrazistych osobowości. Bo „Drzazgi” to historia pewnej tożsamości wydobytej z przestrzeni braku zależności oraz odpowiedzialności. Dlatego jest tak intrygująca – niczego nie mówi wprost, niczego nie definiuje. Wydobywa najpierw mroczny kontekst, czyli każe czytelnikom przyglądać się kobiecie niezdolnej do uczuć mających się pojawić jako atawizmy. Potem – analizując czas przeszły i teraźniejsze poczynania bohaterki – coraz wyraźniej dostrzegamy, że problemy i dramaty mają specyficzną genezę. Ostatecznie przyglądamy się temu, jak wstyd przeradza się w gotowość do samostanowienia. Taką, na jaką Liliana nigdy nie miała odwagi, choć bardzo starała się zaznaczać, jak mocno jest osobna w tym, co myśli i jak żyje.

Kiedy w rozmowie z ojcem bohaterki pada czule wypowiedziane słowo „jestem”, nasuwa się fantazja o tym, że „Drzazgi” to właśnie psychologiczna analiza brzmienia i znaczenia tego słowa w rodzinie Liliany. Co w niej znaczyło „być”? Czy obecność fizyczna gwarantowała to, czego oczekiwała druga strona? Czy „być” to uspokajać i zapewniać o miłości? A może ważniejsze jest niebycie, nieuczestniczenie w życiu tej drugiej osoby? Może prawdziwą moc – choćby destrukcyjną – relacji rodzinnej odsłania właśnie nieobecność tej drugiej osoby i idące za tym wątpliwości, pytania, oczekiwania? Joanna Bartoń inteligentnie dekonstruuje mit matki Polki, sięgając jednocześnie bardzo głęboko w dość toksyczną tkankę rodzinną naznaczoną niespełnionymi oczekiwaniami i buntem. Co wyniknie z takiego portretowania polskiej rodziny? Jak rozumieć postać nieobecnego syna przez pryzmat tego, co zdradza nam autorka, obrazując stany emocjonalne zawstydzonej i zdruzgotanej matki?

Myślę, że Joanna Bartoń ma niebanalne pomysły na swoje książki i „Drzazgi” udowadniają, że po debiucie ma nadal do powiedzenia coś, co przykuje uwagę. Autorka ironicznie przygląda się temu, jak latami skonstruowany został w Polsce status matki, rozsadza jego niepisane i umowne granice, pokazuje przestrzenie emocjonalne uznawane za tabu. Drzazgi” są śmiałe i kontrowersyjne, to przede wszystkim powieść o pewnym ekstremum, w którym można z całą okazałością ukazać matczyną niemiłość. A także inteligentną fantazję o tym, jak powtarzalne bywają zaburzone relacje rodzinne oraz jak często nie potrafimy zrobić czegokolwiek, by tę powtarzalność zakończyć. Powieść naprawdę wielu odczytań!

2018-10-04

„Wyspa dusz” Johanna Holmström


Wydawca: Sonia Draga

Data wydania: 26 września 2018

Liczba stron: 304

Przekład: Justyna Czechowska

Oprawa: miękka

Cena det.: 38 zł

Tytuł recenzji: Oblicza wyobcowania

Johanna Holmström, fińska pisarka pisząca po szwedzku, w jednym tomie zawarła literacką fantazję rozpiętą w czasie na stuleciu, w której zawarła przejmujący obraz kobiecej rozpaczy, desperacji, szaleństwa i samotności. Bazując na historii szpitala na fińskiej wyspie Seili, stworzyła tryptyk egzystencjalny, w którym stygmatyzowane ofiary ukazane są w zaskakująco różnym świetle i rozmaitych zależnościach. Początkowo myślałem, że „Wyspa dusz” jest – podobnie jak tytuł – powieścią zbyt dosłowną, a przez to w dużym stopniu za intensywną. Przekonałem się jednak, że zastosowana kmpozycja opowieści i uplastycznianie mnożących się dramatów są jednak lepszym wyjściem niż budowanie dłuższej – co sugerowałaby choćby rozpiętość czasowa – formy narracyjnej na bazie historii o wyspie izolowanych od społeczeństwa kobiet. Holmström wybrnęła z dość trudnego zadania bardzo dobrze. Ta powieść bardzo zapada w pamięć, choć jest chwilami narracją przesytu. Czytelnik nie jest w stanie udźwignąć takiej ilości traumy, jaką serwuje nam autorka, ale z drugiej strony jest podstawiony wobec trudnej, lecz możliwej konfrontacji z cierpieniem. Tym niewyrażonym także, bo to o nim w dużej mierze jest ta książka. Nie o tym, co portretowane kobiety mówią czy robią, ale głównie o tym, co skrywają w milczeniu, w miejscu zesłania na zawsze, bez możliwości powrotu do społeczeństwa.

Kristina topi córkę w rzece. Chce choć przez chwilę mieć odrobinę ciszy i spokoju. Nie wie, że od tego momentu spokoju nie zazna już nigdy, a stan katatonii będzie jedynie próbą oderwania się od szaleństwa, w jakie wpadnie. Elli ucieka z domu, by odrzucić wszystkie ograniczenia oraz schematy. Decyduje się na hedonistyczny tryb życia u boku kochanka, a on porzuca ją w chwili próby. Sigrid przygląda się obu kobietom, gdy staną się już pacjentkami zakładu, w którym pracuje. Kristina skryła się już w sobie i chce odejść. Ekspresyjna Elli jest gotowa zrobić wszystko, by wydostać się z miejsca, z którego nie udało się wydostać żadnej pacjentce. Wszystkie trzy kobiety połączy coś więcej niż tylko wyobcowanie i pragnienie przynależności do kogoś, kogo nie mogą mieć przy sobie. Wszystkie opowiedzą na trzy sposoby historię miejsca, w którym piekło egzystencji było piekłem przede wszystkim izolacji od normalnego życia. Tego, w którym nie mają prawa funkcjonować dzieciobójczynie, buntowniczki, kobiety wykraczające poza ramy społeczności, konwenansów i tego, co narzuca im płeć. Piekło kobiet bezwzględnie odrzuconych przez społeczeństwo. Surowe tak samo, jak surowe dla samych siebie będą ofiary szpitala stającego się więzieniem dusz.

Johanna Holmström opowiada o niewyobrażalnych pokładach rozpaczy, w których kobiety są nie tyle samotne, ile pozbawione jakiejkolwiek możliwości ekspiacji, powrotu do normalności. Z pewnością najmocniej zapada w pamięć historia Kristiny, która zresztą dominuje w powieści, ale „Wyspa dusz” to przede wszystkim opowieść o bezbronności wobec prawa i obyczajów. Fińską kobietę końca XIX wieku przestrzega się, by w lesie uważała na dzikie zwierzęta, a nie przestrzega przed jurnymi mężczyznami mogącymi wziąć sobie każde ciało, które uznają przez chwilę za atrakcyjne. Kobieta nie ma prawa do skutecznej samoobrony, nawet w obliczu faktów skłaniających do tego, by jej choć raz wysłuchać. Kobieta uprzedmiotowiona u Holmström to symbol niesprawiedliwości społecznej, stygmatyzacji płciowej i panoramiczny obraz funkcjonowania wedle praw narzucających formy i sposoby tak zwanego normalnego życia.

Autorka wyraźnie sugeruje, że każdy rodzaj szaleństwa i desperacji to stan, który domaga się zrozumienia, a ono jest możliwe poprzez wysłuchanie. Dlatego zmusza czytelnika do uważnego śledzenia prezentowanych historii, bez zadawania pytań, bez interpretowania, bez mniej lub bardziej zasadnej oceny. Są kobiety i są ich historie. Wstrząsające, gdy mają swój finał w miejscu, w którym już się nie leczy, tam się po prostu izoluje. Spojrzenie na tę izolację jest wieloznaczne choćby wówczas, gdy znajdziemy w powieści sugestie, że wyspa ze swym oddaleniem od codziennego życia w jakimś stopniu może być od tego życia skutecznym wybawieniem. Ale na pierwszy plan wysuwa się wszystko to, co czytelne i domagające się uwagi. Błędy i konsekwencje tych błędów. Wyobcowanie i idące z nim w parze wielowymiarowe szaleństwo dusz. Cierpienia portretowane przez Johannę Holmström mają na celu uwrażliwienie na to, jak skomplikowany jest pejzaż emocjonalny kobiety jednoznacznie uznanej za jednostkę szkodliwą społecznie. W przestrzeni izolacji i cierpienia znajdą się wszystkie nienazwane bolączki i deficyty, znajdzie tam swoje miejsce cień każdej utraty. Szpital dla nieuleczalnie chorych psychicznie kobiet staje się przestrzenią makabryczną, ale opowiada też w szerszym aspekcie o zniewoleniu społecznym, upodleniu kobiet i kobiecej determinacji, by walczyć z systemem, z którym nie sposób wygrać. Podobnie jak ze swoimi lękami i wciąż na nowo przeżywanymi dramatami. Ta powieść nie tylko punktuje oblicza zniewolenia oraz opresji, ona przede wszystkim stara się ukazać jak najbardziej czytelnie dramaty, których interpretacje należą do ludzi bez empatii. A może chodzi także o dość mroczne memento: wysp izolacji ludzkiej rozpaczy może być wciąż bardzo wiele, a te izolujące nieszczęśliwe kobiety wydają się wyjątkowo opresyjne, gdy nie dają ofiarom szans na żadną obronę.

Holmström opowiada także o rozpaczliwych potrzebach przynależności i o tym, co się dzieje, gdy nie zostaną one zaspokojone. O schematach, w których nieszczęśliwe kobiety zwyczajnie upadają, nie mogąc ich znieść, ponosząc później najsurowszą z kar. Ale to też powieść o miłości. Nie chcę zdradzić niczego więcej, bo w tym oceanie smutku i dramatów pojawia się stopniowo wizerunek czegoś ciepłego i trwałego. Coś wyłania się z mroku i z mgły wspomnień straumatyzowanych kobiet. Ale jest tu przede wszystkim autorska sugestia, że ludzka krzywda nie zna wymiaru i definicji. Dzieje się wciąż na nowo. Wszędzie tam, gdzie łatwo stawia się granice i zbyt szybko generuje w świadomości ogółu stygmat. To powieść będąca hołdem dla tych kobiet, które zbieg okoliczności uczynił ofiarami w kilku znaczeniach. Także dla tych, które w swym dramacie ofiary były gotowe na to, by walczyć o siebie. Wstrząsająca i sugestywna powieść ze świetnie nakreślonym klimatem wybrzeża południowej Finlandii. Zdecydowanie przyciąga uwagę od początku do końca.

2018-10-01

„Tirza” Arnon Grunberg


Wydawca: Pauza

Data wydania: 12 września 2018

Liczba stron: 560

Przekład: Małgorzata Woźniak-Diederen

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Rodzina i społeczeństwo

Pośród zachwytów nad „Tirzą” czuję się trochę tak jak główny bohater książki wobec ludzi z jego otoczenia – wyobcowany i odrzucony. Nie zachwyciła mnie ta powieść, bo mam wrażenie, że nie unosi swojego potencjału. Diagnozowanie lęków cywilizacji zachodniej po akcie terroru z 11 września 2001 roku wkracza na ścieżkę niebezpiecznych uproszczeń. Rozgrywana na naszych oczach rodzinna psychodrama – bardzo teatralna, zarówno w dialogach (zwłaszcza małżeńskich), jak i w działaniach w następstwie tych dialogów – dość sztucznie kreowana jest jako wyrazisty symbol kondycji społeczeństwa europejskiego, które w swej sytości oraz rzekomym indywidualizmie tonie w mroku czegoś innego. To apodyktyczność, wzajemne formy przemocy, terroryzowanie i szantaż emocjonalny. „Tirza” zwłaszcza w zakończeniu to już oczywiste wykłady w fatalnie dobranych dekoracjach, aby jeszcze dobitniej udowodnić status majętnego, pozornie uporządkowanego i białego człowieka wyznającego swoje winy i opowiadającego o swych neurozach niememu słuchaczowi z wyznaczoną pozycją niższości. Arnon Grunberg zdecydował się na ambitny projekt, ale stworzył książkę przegadaną, naprawdę tuzinkowo obrazującą społeczność, a jedynie oryginalnie portretującą postacie drugiego planu, jak choćby nieposiadającą imienia małżonkę bohatera.

Jörgen Hofmeester uosabia to, co w holenderskim społeczeństwie uchodzi za oznakę dobrobytu i pewności siebie. Mieszka w tak zwanej lepszej dzielnicy, jest wyjątkowo poprawny politycznie i w każdym innym znaczeniu, dba o konwenanse, emocje trzyma na wodzy oraz uznaje, że jesteśmy tym, kim widzą nas inni. Tymczasem krok po kroku cała jego pewność siebie będzie dekonstruowana, by dość szybko pokazać, że tkwi pośród iluzji z poczuciem frustracji – jest zbędny, kwestionowane są zarówno jego intymna męskość, jak i status ojca, szanowanego pracownika w wydawnictwie czy mężczyzny biorącego odpowiedzialność za każdy swój krok. Grunberg chce za wszelką cenę „rozmyć” swojego bohatera. Pokazać, jak trywializuje się samego siebie, jeśli ufa się tylko temu, co inni o nas sądzą. Hofmeester staje się podmiotem i przedmiotem coraz bardziej rozbudowanej literacko analizy ludzkiego stłamszenia w konfrontacji ze światem. A zwłaszcza w konfrontacji z wyjątkowo asertywną córką, na którą przeprojektowało się marzenie o doskonałym życiu, jakiego nie można naprawdę zaznać.

Autor wydobywa swojego bohatera z tak zwanego trudnego środowiska rodzinnego. Idiosynkrazje, lęki i uprzedzenia wdarły się Hofmeesterowi głęboko do podświadomości. Jednocześnie chce on wieść życie otwarte i pełne zrozumienia dla innych. Zwłaszcza dla bliskich. Dla żony decydującej się na odejście i nieoczekiwany powrót oraz dla córek, które śmiało wybierają własne drogi życiowe mało powiązane z tym, jak te drogi zaprojektował dla nich ojciec. Grunberg pisze tak, że jego upadły na kilka sposobów mężczyzna w żaden sposób nie wywołuje współczucia czytelnika. Trudno z taką osobowością zbudować przekonującą narrację. Tym bardziej że z przestrzeni opresyjnego domu wszystko zbyt czytelnie i nazbyt prosto przenosi się w przestrzeń publiczną i staje świadectwem stygmatyzowania tego, jak cywilizacja zachodnia nie potrafi rozprawić się z własną hipokryzją oraz poczuciem swej wyjątkowości, w której przeżywaniu świata zawiera się właściwa jego recepcja.

Nie jest to powieść ani wyjątkowo wnikliwie diagnozująca upadłość w lęku i uprzedzeniu, ani też przedstawiająca naprawdę głęboką wiwisekcję rodzinnych dramatów przeradzających się potem w zaskakujący, ale trochę przewidywalny dramat główny. Grunberg analizuje tak trudne do zaprezentowania pojęcia jak „miłość”, „samotność”, „wstyd” czy „duma”. Kreśli obraz ich wszystkich w sposób bardzo przewidywalny. Powieść nie tyle jest za długa, ile przede wszystkim dotykająca wszystkich kwestii powierzchownie. A za opowieściami i potyczkami słownymi, z których tworzy się nam bardziej utwór do wystawienia na scenie, idą kolejne truizmy o toksyczności w relacjach i o tym, że jako społeczeństwo toczy nas nowotwór wstydu, zakłamania, niepewności własnego statusu w świecie, a przede wszystkim choroba egocentryzmu.

Odebrałem „Tirzę” także jako niezbyt udany eksperyment formalny, ale nie chodzi przecież o to, że z dużym trudem można określić, jakim jest rodzajem powieści. Chodzi o pewną nieuzasadnioną tendencję, by czynić opowiadaną historię za wszelką cenę symbolem czegoś szerszego. Arnon Grunberg stara się interesująco dobierać konteksty, ale kieruje nas w taką stronę, że niejako z automatu mamy nadać tej powieści miano książki wyjątkowej i wybitnej, choć przecież ani o niczym wyjątkowym (w sensie twórczej opowieści o tym) nie jest, ani też nie wynosi nam spektakularnie bohaterów na piedestał przez to, że intelekt walczy tu z atawizmami i nad wyraz czytelnie udowodnione jest, iż jednak sromotnie przegrywa. Czytanie „Tirzy” było dla mnie okazją do punktowania sobie tego, jak o cywilizacji Zachodu już napisano mniej lub bardziej ważne powieści europejskie XX i XXI stulecia. Znalazłem się dodatkowo w domu toksycznych zależności, pośród których miało liczyć się zaskoczenie – jak ojciec traktuje córkę, jak małżonka męża, na jakich fasadach został zbudowany nimb doskonałości niedoskonałej rodziny. I o wszystkim już gdzieś wcześniej przeczytałem. Już mi to uświadomiono. Już zaznaczono, że tego typu sytuacje i zdarzenia to godne przeanalizowania piekło. Że piekło to nie inni, jak twierdził Sartre, lecz przede wszystkim my dla siebie. Tak, o tym było już wielokrotnie i w nadmiarze.

Grunberg spełnia się w byciu ironicznym, ale niekoniecznie wtedy, gdy chce być pisarzem dojrzałego realizmu. Zwłaszcza w portretowaniu specyficznych zależności między ojcem a córką, które stanowią trzon powieści. A potem nieco rozczarowują, bo pomiędzy bohaterami nie ma jednak takiego ognia emocjonalnego, jaki autor chce nam zaserwować w swej surowej trzecioosobowej narracji. „Tirza” to ciekawa fantazja o poświęceniu i rozczarowaniu. Może gdyby była przede wszystkim o tym, uznałbym ją za kameralną, lecz świetną powieść. Jest jednak powieścią sporego przesytu i generującą dość oczywiste wnioski o kondycji cywilizacji, która mimo wszystko jeszcze nie przechyliła się na wieszczoną stronę upadku. A wedle powieści wydanej po raz pierwszy dwanaście lat temu stoi ona już nad przepaścią.

2018-09-27

„Lincoln w Bardo” George Saunders


Wydawca: Znak

Data wydania: 5 września 2018

Liczba stron: 440

Przekład: Michał Kłobukowski

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Między życiem a śmiercią

O ile nie będąc pewny, czy właściwie odnajduję się w pierwszym eksperymencie formalnym opowiadań George'a Saundersa „10 grudnia”, odkryłem w tym zbiorze czytelną treść i dość jasne przesłanie, o tyle w kolejnym poczułem się absolutnie wyrzucony poza nawias. Dlaczego? Bo „Lincoln w Bardo” to książka zdecydowanie hermetyczna. Miała sprawiać przyjemność samemu twórcy, a dodatkową będą czerpać być może tylko krytycy literaccy. Poza tym nimb niezwykłości w ojczyźnie autora każe już określać jego dokonania twórcze mianem arcydzieł. Ta powieść – choć to przecież nie jest powieść! – nie jest arcydziełem, lecz kolejnym dość odważnym eksperymentem twórczym. Prozą, w której skryło się i specyficzne poczucie humoru autora, i jego dociekliwość w analizie stanu umysłowego oraz społecznego ogarniętej wojną Ameryki XIX wieku, i bliska chęć poflirtowania z konwencją szekspirowską, ale przede wszystkim lekkość w przemieszczaniu się między gatunkami, stylami oraz różnorodnymi rejestrami językowymi. „Lincoln w Bardo” to bardzo specyficzna polifonia. Dla mnie po prostu męcząca. Jestem czytelnikiem i chciałbym, by bez względu na wszystko w prozie zaoferowano mi historię. Saunders zwodzi, usiłuje chwilami oszołomić, świetnie się bawi w tej narracji, ale zasadniczo nie proponuje czegoś, co byłoby czytelne i do zaakceptowania. Nie przekonuje mnie teza, że za odważnym eksperymentem literackim stoi wyjątkowa wartość. Ta książka bez wątpienia jest oryginalna, jednak w całej swej wielkości jest po prostu literacką innowacją i niczym więcej.

Przede wszystkim nietrafione są wszystkie interpunkcyjne, częściowo gramatyczne i ortograficzne wolty, skoro trzonem książki jest język mówiony, a tylko niewielką jej część stanowią doniesienia w formie pisemnej. Po co zatem komplikować strukturę zapisu, skoro nie ma to żadnego związku z mową? Rozumiem stylizacyjne innowacje, nakreślanie statusów i światopoglądów bohaterów w sposobie budowania zdań, którymi określają siebie i świat. Co ma do tego zróżnicowana ortografia i interpunkcja? Nie rozumiem. Tym bardziej że w przekładzie pojawia się już pewna przesada, jak choćby stosowanie „h” w zakończeniach przymiotników w dopełniaczu liczby mnogiej – przecież nawet dyslektykom niemal nie zdarza się takie zapisywanie tekstu! Także wykropkowane wulgaryzmy przyciągają uwagę jako element przede wszystkim zabawny. Natomiast w kwestii stylizacji językowej dzieje się tak wiele, że chwilami możemy być tym po prostu przytłoczeni.

Część przemów to teksty wyjątkowo napięte i sztuczne. Zwłaszcza te archaiczne sprawiają wrażenie koturnowych i dodanych ku zwyczajnej uciesze twórcy. Lincoln w Bardo” to przede wszystkim wypowiedzi. Istot znajdujących się gdzieś poza życiem a śmiercią. Duchów niemogących odnaleźć się w nowej, enigmatycznej przestrzeni nieistnienia. Tych duchów jest bardzo wiele, jak wiele literackich tropów i sposobów opowiadania o bolączkach dziewiętnastowiecznej Ameryki. Dla zwolenników penetrowania tego, dokąd dociera język i jakie może mieć ograniczenia – naprawdę gratka. Dla chcących połączenia w pewną całość tych dialogów i monologów pojawi się już problem selekcji. Są fragmenty sugestywne i przejmujące, są także takie, w których poza watą słowną nie otrzymujemy niczego więcej. Może przeświadczenie bycia w centrum pewnego eksperymentu. Bo Saunders w gruncie rzeczy doskonale panuje nad każdym rodzajem frazy, ale „Lincoln w Bardo” to głównie popis tego panowania, nie rzecz zmierzająca w jakimś konkretnym kierunku, jeśli chodzi o przesłanie.

Autor poddaje czytelnika szantażowi emocjonalnemu, trzymając go w klinczu już do końca lektury. Oto bowiem amerykański prezydent traci syna. Ta rozpacz jest wielka i bynajmniej nie kameralna. Związana z tym, że ogarnięty cierpieniem Lincoln kilkukrotnie odwiedza grób syna, by wejść w kontakt cielesny z jego zwłokami, a temu przyglądają się duchy. Umieranie dziecka skontrastowane jest z szykownym przyjęciem wydawanym przez rodziców. Najbardziej bolesne doświadczenie egzystencjalne zderza się z grą pozorów, jaką musi toczyć prezydent kraju pochłoniętego wojną domową. Nie pamiętam, ile razy zadawałem sobie pytanie o zasadność tej emocjonalnej introdukcji, obecności cierpiącego ojca pośród rozgadanych duchów i obecności samego dzieciaka w tej formie nieokreśloności między byciem a nieistnieniem. Chodzi na pewno o kontrastowość. Kameralny dramat głowy państwa, w którym giną na polu walki inni synowie. Tyle że tamte śmierci są śmierciami masowymi i nie robią już takiego wrażenia jak odejście dziecka pary prezydenckiej. Saunders buduje tu kilka przekonujących dychotomii, obrazując prywatną tragedię pośród zdarzeń znamionujących przyszłe tragedie Stanów Zjednoczonych. Każdy bowiem oczekuje od Lincolna zdecydowanych działań oraz podejmowania decyzji mających na celu wpłynięcie na losy konfliktu zbrojnego. A prezydent cierpi uwięziony między czułym wspomnieniem a chłodem ciała dziecka, którego już nie ma pośród żywych.

Między umarłymi rozprawia się o wszystkim, co kształtowało amerykańską tożsamość okresu wojny secesyjnej. Pojawiają się ludzie mali i podli ze swoimi przyziemnymi problemami ogniskującymi się wokół różnych form opowiadania. Jest rasizm, są różne formy nierówności społecznych, jest wyraźnie akcentowane to amerykańskie zróżnicowanie prowadzące do rozpadu. Jest i homoseksualizm jednego z duchów, aby było bardziej nowocześnie. Jest coraz głośniej nad trumną zmarłego chłopca, który zaczyna przesuwać się gdzieś w tło. A opowieści nabierają soczystości, coraz bardziej przypominają fragmenty z szerszej diagnozy stanu emocjonalnego i statusu amerykańskiego społeczeństwa. Saunders portretuje poszczególnych ludzi niezdolnych już do tego, by cokolwiek zmienić w życiu. Nie ma życia. Pozostają jednak emocje, namiętności, przywary i słabości. Z tego wszystkiego wydobywa się pewien obraz kondycji społeczeństwa i ludzkości w ogóle. Ale pośmiertne wizerunki Amerykanów nie dają się sprowadzić do jakichś oczywistych uogólnień. Dlatego miałem nieodparte wrażenie, że ta niepowieść dąży przede wszystkim do formalnych zaskoczeń, nie pozwala ani osadzić się w żadnej tradycji (poza symboliką duchów), ani też wydobyć z siebie czytelnego komunikatu o tym, ku czemu zmierza świat przedstawiony. „Lincoln w Bardo” to także opowieść o zmierzaniu ku nicości, której autor stara się nadać specyficzne, wyraźne ramy. Jest smutno, strasznie, chwilami nad wyraz pompatycznie i druzgocząco koturnowo. Całość bardziej męczy, niż przykuwa uwagę. Ale i tak jest to wyjątkowa jakość, w związku z tym krytykowanie Saundersa będzie uchodzić za brak ogłady i automatycznie wyrzucać poza rzekomo elitarną grupę jego wielbicieli. Przykro mi, że rozgrywany na moich oczach literacki eksperyment zamienił się w trudną do zniesienia drogę ku ostatniemu wypowiedzeniu. Bardzo ekscentryczne i bardzo hermetyczne.

2018-09-24

„Poza siebie” Sasha Marianna Salzmann


Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 18 września 2018

Liczba stron: 348

Przekład: Agnieszka Walczy

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Poszukiwania

„Poza siebie” to brawurowo opowiedziana historia rozpadu rodziny na emigracji, poszukiwania własnej tożsamości (także seksualnej) i rozpisana na wiele głosów historia poszukiwań powiązania z miejscem, w którym przyszło żyć. Ale przede wszystkim jest to historia tęsknoty za wolnością i opowieść o deficycie wywołanym zniknięciem jednego z rodzeństwa. Sasha Marianna Salzmann świetnie wpisuje się w nurt powieści młodych autorek opowiadających o trudach emigracyjnego dostosowania się, dołączając między innymi do Meral Kureyshi („Słonie w ogrodzie”) czy Olgi Grjasnowej („Rosjanin to ten, kto kocha brzozy”). Rozpaczliwe poszukiwania własnego miejsca albo odbicia siebie w drugim człowieku sytuuje w plastycznie opisanych przestrzeniach. Najważniejszy dramat rozgrywa się w Stambule, ale wszystko, co do niego doprowadziło, miało miejsce wcześniej – w Rosji radzieckiej, potem tej po transformacji, a następnie w Niemczech, emigracyjnym przystanku rodziny ulegającej w obcym dla niej świecie rozpadowi. „Poza siebie” to też książka o indywidualnych formach wyobcowania. Wszyscy bohaterowie zdają się nie na miejscu, nie tam gdzie trzeba, nie w tych sytuacjach i relacjach, w jakich mogliby czuć się bezpiecznie. Jest też motyw podróży i wspomnianego już zniknięcia. Całość tworzy powieść, która zawłaszcza. Salzmann ma niebywały talent do snucia takich form narracji, w których odsłaniana historia łączy się z niuansowaniem ludzkiego zagubienia i cierpienia. Dlatego jest to powieść mądra, także odważna, prowokująca do wielu pytań. W specyficzny sposób nieoczywista. Umiejętnie skonstruowana, gdy polifonia wypowiedzi bohaterów zamyka się w dość skromnej objętości książki.

Alisa przybywa do miasta rozpiętego między dwoma kontynentami. Nie jest pewna swoich działań, nie ma planu, czuje jedynie potrzebę poszukiwania. To stamtąd dotarła pocztówka od jej brata Antona. Ali jest zdeterminowana, by go odnaleźć. Powody tej determinacji będziemy poznawać stopniowo. Tymczasem dzieje się coś, czego nie można było przewidzieć. Poszukiwaniu towarzyszy przemiana. A wokół bohaterki stambulskie smaki, zapachy i doświadczenia. Turcja, która zdaje się bezpieczną przestrzenią dla człowieka przygarniającego Ali, jest sportretowana jak wrzący wulkan, który za chwilę wybuchnie. W takich to miejskich dekoracjach rozegra się historia unikatowych doświadczeń, także tych seksualnych. Stambuł niesie w sobie te nieokreślone kształty, z których wydobyła się pamięć bohaterki poszukującej najbliższej jej osoby. Człowieka, z którym wspólnie w dzieciństwie przyjmowała razy za obcość i inność. Człowieka, z którym weszła potem w specyficzną relację. Kogoś, dla kogo i dzięki komu stała się taka, jaka jest dzisiaj. Kogoś, kto stał się jej częścią. Której teraz nie ma, musi ją odnaleźć. Bohaterka jest niespokojna i funkcjonuje w rytmie stałego napięcia. Nieoczywista w ocenie czytelniczej. Salzmann bardzo się postarała, by wszystko, o czym pisze, miało ten wieloznaczny wydźwięk zagadki. Także oblicza ludzkiego zagubienia. Przecież o nim w dużej mierze jest ta książka.

Bardzo podobają mi się subtelne i czułe opisy. Niektóre są literackimi miniaturami, inne zajmują uwagę na dłużej. Autorka portretuje charaktery i miejsca, zaznaczając pewne graniczne sytuacje, poza którymi są już zupełnie nowe możliwości albo też tych możliwości brak. Rosyjska rodzina ukształtowana wedle nieprzystających do kraju emigracji wzorców. Trudna sytuacja tej rodziny w nowym miejscu, gdzie wszystko staje się inne, wymagające. Ucieczki różnego rodzaju – w przestrzeni, ale także w głąb siebie. To tak jak z płaczem w tej rodzinie, który zawsze trzeba było skrywać gdzieś do wewnątrz. A poza tym erozja relacji uznawanych w ojczyźnie za silne. Narzuconych niejako w swej oczywistości i pod wpływem innych okoliczności życia ujawniających pustkę. Rodzice i dzieci zatomizowani. Coraz bardziej świadomi tego, że nie są tą wspólnotą, jaką byli, przybywając do obcego kraju. Osobni i nieszczęśliwi. To prowadzi do kolejnych dramatów…

Pierwszym słowem Ali na emigracji staje się „przepraszam”. Musi uczyć się pokory, gdy przybywa z kraju, w którym wiecznie należało pokornie schylać głowę, co doskonale wypracowała sobie jej matka. Kolejne słowa w obcym języku zdobywa jak swoiste trofea i stara się je rozumieć w zgodzie z bratem. Anton stanowi dla niej punkt odniesienia i staje się z czasem najważniejszy w bardzo wyjątkowy sposób. A potem znika. Salzmann obrazuje nie tylko rozpacz pustki i kompulsywną próbę jej zapełnienia, ale przede wszystkim trud odnajdywania siebie pośród bodźców i wrażeń coraz bardziej dezintegrujących. Stąd też ciekawa autorska fantazja, by to rozedrganie wewnętrzne osadzić w kontekście niepewności płciowej – form i doznań warunkujących spełnione życie seksualne. Życie, które Ali chciałaby mieć pod kontrolą choć przez chwilę.

„Poza siebie” to bardzo ciekawa opowieść o byciu na peryferiach ludzkości. Emigracyjna historia rosyjskiej rodziny z żydowskimi korzeniami rozgrywana w konwencji dramatu, którego początki sięgają daleko wstecz, stąd też narracje z poprzednich pokoleń, być może też tłumaczące teraźniejsze działania głównej bohaterki. Ujmuje sposób, w jaki Salzmann kolekcjonuje zdarzenia minione w swojej prozie. Co z nimi robi, jak je przedstawia, jaki porządek buduje tymi historiami. To jedna z tych książek o ludzkim niepokoju, która zaraża tym niepokojem w trakcie lektury na tyle, że finałowe rozwiązania mogą wydać się mocno przejmujące. A przecież większość pytań i odpowiedzi ukryła się w tym, co już minęło. To powieść umieszczona gdzieś między narodowościami, kulturami i płciami – po to, by zadawać pytania o ludzkie nieszczęście, jakie rozwija fakt niemożności przynależenia do czegoś jednolitego. To świetna narracja o ludzkiej bezsilności oraz bezkompromisowości w działaniu. W historię emigracji wpleciona jest bardzo interesująco postać Agłai Veteranyi. To wyjątkowy smaczek tej powieści. Ale Sasha Marianna Salzmann potrafi zaskoczyć nie tylko czymś takim. „Poza siebie” pozostawia z wieloma pytaniami bez odpowiedzi. To pytania trudne, fundamentalne, a jednak postawione w sposób zupełnie zaskakujący. Jednocześnie autorka stale stawia pytanie o to, skąd się wywodzimy, kim dla siebie jesteśmy i jak bardzo wrastamy w miejsca, które wydawać się mogą tymczasowe. Nietuzinkowa powieść.