2020-08-13

„Tangerynka” Christine Mangan


Wydawca: Marginesy

Data wydania: 26 lutego 2020

Liczba stron: 320

Przekład: Agnieszka Wilga

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Toksyczne zależności

Debiutancki thriller Christine Mangan to dobry przykład zmarnowania całkiem ciekawego potencjału. „Tangerynka” jest historią obsesji i obłędu. Narracją mającą w zamierzeniu portretować skomplikowane relacje między dwiema kobietami, w których kryją się pokłady wielkich emocji. Jest tam miejsce na fascynację, przywiązanie, potem na odrzucenie, gniew i manipulacje. Cała historia – z zupełnie dla mnie niezrozumiałych względów, bo miasto gloryfikowane jest tutaj na siłę – rozgrywa się w Tangerze, którego specyfiką mamy się zachwycić, ale poza tym, że serwują tam gorącą miętową herbatę, nie można poczuć żadnego bliższego związku z wybraną przez autorkę lokalizacją. Mangan dokonuje rzeczy w moim odczuciu niesamowitej: wykorzystując dwie uzupełniające się narracje pierwszoosobowe, proponuje papierowe bohaterki, o których naprawdę niewiele wiemy, a to, czego się dowiadujemy, nie powoduje, że czyta się tę książkę z większym zainteresowaniem. Pojawia się za to sporo irytacji i rozczarowań. Zwłaszcza gdy przyglądamy się temu, jak pisarka konstruuje tu intrygę kryminalną. To rzeczywiście filmowa książka i nie dziwię się, że świat filmu już się nią zainteresował. Przede wszystkim dlatego, że proponuje – charakterystyczne dla kasowego filmu – zbyt proste rozwiązania, a główna oprawczyni poczyna sobie doskonale, bez najmniejszego problemu realizując wszystkie punkty swego szaleńczego planu.

Jest zatem Alice i jest Lucy. Najlepiej w dalszej części omówienia nie wskazywać, która z nich robi to, co opisane, dzięki czemu pozostawi się ten element zaskoczenia, który ma w założeniu autorki być mocny i pojawiać się w co drugim rozdziale, ale ostatecznie znika już na samym początku, kiedy wszystkiego naprawdę dość szybko można się domyślić. Zatem dwie kobiety, najpierw jeszcze nastolatki, w retrospekcjach portretowane jako bliskie przyjaciółki ze studiów. Jedna wciąż mierzy się z traumą utraty rodziców, druga wyrwała się z bolesnej i szarej prowincji, a dzięki stypendium naukowemu może osiągnąć to, czego nie osiągają ludzie pochodzący z takich okolic jak ona. Dziewczęta szybko zaprzyjaźniają się, ale równie szybko odkrywamy, że ta przyjaźń jest toksyczna. Coraz bardziej zaborcza, coraz mocniej wpływająca na codzienność, która wspólnie zaczyna być nie do wytrzymania. Znikają rzeczy, pojawiają się napięcia w rozmowach, potem rozmowy zamieniają się w mroczne milczenie. Rozpada się ta przyjaźń po pewnym wypadku zimową porą i od tamtej pory bohaterki wiodą swoje życia z dala od siebie. Tymczasem ich losy splatają się ponownie w targanym niepokojami Tangerze. Jedna z nich po prostu przemierzy pół świata (są lata pięćdziesiąte minionego stulecia, nie jest to tak proste jak dzisiaj), ulokuje się w domu byłej przyjaciółki i uzna, że czas na poprawę relacji. Albo na powrót do obsesyjnej zależności, którą ukrócił wypadek w USA. I zrobi wszystko, aby rzeczywistość dopasować do ram swojej wyobraźni. Bez względu na to, co o tym będzie sądzić najbliższa do niedawna osoba.

Mangan portretuje emocje i zamierzenia bohaterek w sposób podręcznikowy. Wszystko układa się linearnie, jest bardzo czytelne i nie zapowiada jakiegoś zaskakującego przełomu. Od początku widzimy, do czego dąży jedna z bohaterek, a przed czym ucieka ta druga. Zacznie się zatem znowu zabawa w kotka i myszkę, w której manipulatorka rozdaje karty i zawsze wygrywa. Jest w stanie mydlić oczy każdemu i w każdej sytuacji. Nawet kiedy staje się wyjątkowo groźnie, pokrzywdzona nie jest w stanie wykrzesać z siebie choć odrobiny siły i przede wszystkim inwencji twórczej, by zapobiec kolejnym przewrotnym działaniom byłej przyjaciółki. W tym wszystkim jeszcze mężczyzna – od początku portretowany negatywnie, jakby Christine Mangan bała się stosować półcienie w ukazywaniu zachowań i motywacji działań swoich bohaterów. Ale jak wspomniałem, najgorzej rozpisane są właśnie dwie kobiece postacie. O ile pojawia się interesująca sugestia, że każda z istniejących rzeczy może mieć wiele nazw nawiązujących do Tangeru, o tyle nie jest ona później w żaden sposób wykorzystana, bo nie widzimy – a powinniśmy! – różnic w postrzeganiu tego samego przez bohaterki. Po cóż zatem te dwie narracje, które się uzupełniają? Powtarzają oczywistości, budując czytelnie jako taki wizerunek każdej z kobiet, który potem w żaden sposób się nie zmienia.

To opowieść o tym, co się może dziać, kiedy w bliskiej relacji ktoś decyduje o dalszym ciągu danej historii, którą druga bliska osoba zamknęła, odbierając relacji prywatny i kojący wymiar. Wszystko skonstruowane jest w taki sposób, by skupić się na tym, że przyjaciółki stają się wrogami. Obraz psychopatki zbudowany jest w sposób bardzo oczywisty, bez psychologicznego pogłębienia. Z drugiej strony ofiara również nie wzbudza jakichś ciepłych uczuć. I na dokładkę ten Tanger, który ma być niemym świadkiem wydarzeń, ale poprzez swą specyfikę jakoś te wydarzenia komentować. Cóż, rzeczywiście jakoś to wychodzi. Tylko jakoś.

Cała powieść jak na thriller jest wyjątkowo senna i nie oferuje specjalnych zwrotów akcji. Naprawdę zdziwiłem się, że tak można uśpić czytelnika przy książce o takim charakterze. Mangan stara się opowiedzieć historię o przeszłości, która powraca, bo tak naprawdę nic nie zostało w niej zamknięte, utknęła w negatywnych emocjach i niedopowiedzeniach. Pomysł zatem mało oryginalny, ale na pewno ciekawe jest to, jak potem rezonuje nagłe rozstanie przyjaciółek. Białe plamy w ich biografiach również zastanawiają, ale w żaden sposób nie są wypełnione. Tak po prostu przesuwamy się w przyszłość. Równie nagle i równie zaskakująco jak znajdujemy się w tym, a nie innym miejscu, choć cała historia mogłaby się rozegrać naprawdę wszędzie. „Tangerynka” jest zatem powieścią wielu rozczarowań. Widać, że autorka bardzo się stara uczynić z tej narracji coś nieoczywistego, kiedy proponuje dość odważne zakończenie – również bardzo filmowe, ale na pewno literacko bezkompromisowe.

Całość czyta się z niesłabnącym poczuciem znużenia. Nie pomaga lokalny koloryt Tangeru ani to, w jaki sposób pracuje wyobraźnia oprawczyni. Nie pomaga również zbliżanie się do bohaterek, bo żadna z nich nie pozwala tak naprawdę zbliżyć się do siebie. Wszystko tonie w oczywistych rozwiązaniach, jest boleśnie prozaiczne i nie działa na wyobraźnię. Pomysł na drapieżną powieść o mrocznej konsekwencji w działaniu, by mieć kogoś na własność, zostaje zmarnowany ślizganiem się po powierzchni naprawdę złożonego problemu. Dlatego „Tangerynka” dodatkowo męczy mało przemyślanymi partiami dialogowymi, tworzonymi w niektórych momentach jakby na siłę. Mimo północnoafrykańskiego uroku i tajemnicy pozostaje jednak duże rozczarowanie i nic ponad to.

2020-08-11

„Żałobnica” Robert Małecki


Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 12 sierpnia 2020

Liczba stron: 384

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Śmierć i pamiętanie

To moje pierwsze spotkanie z prozą Roberta Małeckiego. Na wstępie uniknę zatem porównań, czy to książka gorsza, lepsza lub też inna od wcześniejszych, choć zdążyłem się zorientować, że jego czytelnicy, mówiąc o „Żałobnicy”, używają raczej tego trzeciego przymiotnika. To jest jedna z tych niewygodnych powieści, która zarówno przed główną bohaterką otwiera otchłań pamięci, jak i przed czytelnikiem uruchamia szereg przerażających obrazów, skłania do mrocznych domysłów. W związku z tym i wykreowana tutaj postać, i poznający jej losy tkwią w pewnym emocjonalnym klinczu. „Żałobnica” ma duszną i bardzo niepokojącą atmosferę. Jest książką, która niebezpiecznie zawłaszcza, ale odbiera też dech. Nic nie jest tym, czym się wydaje. Nic nie jest przewidywalne. Widoczna i odsłaniana z różnych punktów widzenia jest za to przejmująca samotność. Kobiety w kontrze do całego świata. Skonfrontowanej nie tylko z żałobą, ale i z kierowaną jej stronę nienawiścią. Z niechęcią tych, którzy obserwują jej działania. A także chcieliby wiedzieć, kim jest kobieta z przeszłości i jaki przerażający bagaż doświadczeń wniosła w małżeństwo, które właśnie tragicznie się zakończyło.

Anna jest trzydziestotrzyletnią wdową, która nie roniła publicznie łez na pogrzebie. Wciąż powracają do niej przejmujące obrazy, które nie były jej udziałem. Na przejeździe kolejowym, o którego bezpieczeństwo nie zadbała dróżniczka, mąż Anny i jej pasierbica tracą życie pod kołami rozpędzonego pociągu. Wraz z nimi odchodzą w niebyt tajemnice tego małżeństwa. Ale nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, co rzeczywiście odpowiadało za jego rozpad. Za to, że tuż przed śmiercią dwójka pełnych gniewu ludzi przyswaja jedną z wiadomości o tym, kim naprawdę była Anna. Żałobnica. Wdowa. Suka. Zmarli nic już nie powiedzą, ale pozostawią po sobie ślady, które będą prowadzić w miejsce i czas, z których Anna nigdy nie mogła się wydostać.

Wyjątkowo konsekwentnie budowana jest ta duszna atmosfera wzajemnych podejrzeń, niechęci otoczenia i coraz mocniejszego wyobcowania, które tworzą jednocześnie opowieść chwilami trudną do uniesienia. Podoba mi się dramatyzowanie Małeckiego. Czasem nadmierne, w większości jednak zasadne i skutecznie przykuwające uwagę do tej książki. Wiele mrocznych zdań nie funkcjonuje w akapitach, lecz osobno. Jakby były świadectwami jakiegoś urywanego oddechu. Jakby Anna musiała skonfrontować się ze sobą po śmierci najbliższych dużo bardziej boleśnie niż w przypadku konfrontacji ze śmiercią. Ponadto coraz więcej jej działań wydaje się podejrzane. Ale także to, co dzieje się wokół, stwarza kolejne zagadki. Pytania stawiane są pojedynczo i zasadniczo – jak te zdania, które funkcjonują bez towarzystwa, z zasadniczą kropką na końcu, zsuwające kolejne do następnej linii tekstu. „Żałobnica” pełna jest specyficznego napięcia. I niepokoi tym bardziej, im dalej odchodzimy od sprawy utraty męża i pasierbicy. Może ta utrata uratowała Annę przed obłędem? A może wręcz przeciwnie – skierowała ją ku niemu?

Bohaterka Małeckiego wyparła wiele z czasu przeszłego. To, co wydarzyło się kiedyś z dala od Torunia, w którym mieszka, wraca ze zdwojoną siłą, bo zainteresował się tym mąż Anny. Kto wie, co wydarzyłoby się, gdyby nie zginął. Anna nie jest świadoma tego, co czeka ją w najbliższej przeszłości. Nie wie, jak bolesne będzie zderzenie z faktami zniekształconymi bądź usuniętymi z jej pamięci. I kiedy miota się między tym, co pamięta, a tym, co pamięć przynosi wbrew niej samej, przypomina mi Magdę, bohaterkę powieści „Krok trzeci” Bartosza Szczygielskiego. W tamtej powieści również mieliśmy kobietę udręczoną tym, jak niewiele może odtworzyć z czasu przeszłego i – co za tym idzie – jak niewiele wie o sobie samej poza tym, że jest przeraźliwie samotna i zdana na własne siły.

Po stronie Anny znajdą się jednak pojedynczy bohaterowie, ale są to ludzie, którzy jedynie w tle stymulują jej pamięć, prowadzą ją ku świadomemu przypominaniu sobie. W tym wszystkim dodatkowo zagadka zniknięcia dróżniczki, która musiała wziąć na siebie odpowiedzialność za śmierć dwójki ludzi. Ludzi, którzy mieli być Annie najbliżsi, ale stali się wrogami. Albo tylko jej samej wydaje się, że małżeńskie życie było wiecznym frontem walki. Dużo trudniejszym niż rzeczywistość po wypadku. Do niej wdziera się coraz więcej autodestrukcji. Ale Anna nie rozpada się. Wręcz przeciwnie – musi zebrać siły, by zrozumieć samą siebie i to, dlaczego jej związek małżeński się rozpadał.

„Przeszłość jest jak kotwica” – te słowa głosi policjantka, która odbywa z bohaterką kilka rozmów w związku ze zniknięciem dróżniczki. I bardzo szybko zorientujemy się, że demony dopadające Annę dzisiaj utkwiły gdzieś w czasie przeszłym, niewyjaśnionym i coraz bardziej groźnym. Pęczniejącym gdzieś pod skórą, niszczącym umysł. A jednocześnie stanowiącym o tym, kim kobieta jest naprawdę. Kim była w relacji małżeńskiej. Małecki bardzo powoli odsłania karty, ale robi to z dbałością o każdy szczegół, nawet topograficzny. Sprawia to wrażenie, jakby wiwisekcja przeszłości Anny była procesem nie tyle niemożliwym, ile przede wszystkim trudnym do wytrzymania. Wciąż na nowo bohaterka uświadamia sobie, że zostaje ze swoimi lękami sama. Że nie sposób będzie teraz odbyć żałobę, bo za śmiercią wcale nie stoi poczucie bezgranicznej pustki. W pustce jest coraz więcej niepewności tego, kim się jest albo kim się było. „Żałobnica” zabierze nas w podróż do wspomnień. To będzie podróż w jedną stronę. Ani czytający, ani bohaterka nie będą się mogli cofnąć do bezpiecznego miejsca, z którego wyruszyli.

Robert Małecki sugestywnie oddaje labilność emocjonalną swojej bohaterki i bardzo konsekwentnie portretuje potęgujący się strach o samą siebie. W tym znaczeniu możemy mówić o thrillerze psychologicznym, jednak narastający lęk czytelnika budują przede wszystkim wspomniane wcześniej zasadnicze i świetnie skonstruowane zdania. „Żałobnica” tnie nimi jak sztyletami, a ostatecznie prowadzi ku rozwiązaniu, które dla nikogo nie będzie źródłem ekspiacji. Dlatego to książka wyjątkowo przejmująca i w taki sposób bezkompromisowa, że nie szuka się alternatyw – choć przecież pośród nich rodzi się konsekwentna droga do tego, by poznać prawdę. Małecki potrafi manipulować czytelnikiem, ale tworzy również interesującą postać, wobec której zachowuje się dystans, lecz mimo to intryguje ona od początku do końca. Nie wiem, jak jest w innych książkach tego autora, lecz jeśli w każdej dba on o to, by bohaterowie byli tak frapujący jak w „Żałobnicy”, nie dziwię się sukcesom i trzymam kciuki za kolejne tak pełne napięcia i zaskoczenia powieści.

2020-08-07

„Nikolski” Nicolas Dickner


Wydawca: Pauza

Data wydania: 8 sierpnia 2020

Liczba stron: 272

Przekład: Magdalena Kamińska-Maurugeon

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Życiowe wędrówki

„Nikolski” to powieść tak wielu nieoczywistych rozwiązań fabularnych i jednocześnie rzecz tak otwarta w swojej kompozycji, że nie dziwię się, iż miała kilka wersji roboczych, do których zajrzałbym z przyjemnością. To, w jaki sposób Nicolas Dickner spaja losy swoich bohaterów, jest niezwykle ekscytujące nie tylko dlatego, że oferuje wiele możliwości. Chodzi też o to, w jaki sposób buduje opozycję stałości i poruszania się. W dużej mierze „Nikolski” to będzie książka o tym, gdzie jest nasze miejsce na mapie, ale głównie na temat tego, jak je sobie wyznaczamy. Przemierzanie przestrzeni i zdobywanie dzięki temu doświadczeń skontrastowane będzie z bezpiecznym zasiedzeniem się i równoczesnymi fantazjami na temat kształtu świata, kiedy zbiera się mapy i jednocześnie nabiera pewności, że czas ruszyć dalej (tu świetna klamrowa kompozycja powieści, która zamyka wiele przesłań, otwierając jednocześnie drogi nowych możliwości i interpretacji tej narracji).

Dickner pisze również o odchylonym azymucie. To historia kompasu wskazującego kierunek na maleńką alaskańską osadę. Bohaterowie nie będą mieć pojęcia o tym, jak bardzo łączy ich to kierunkowanie. A czytelnik będzie świadkiem doskonałej opowieści o tym, jak żyją w nas przodkowie i najbliżsi ludzie, a także w jaki sposób wpływają na nasze życiowe wybory. Jedno zastrzeżenie mam do tego, że wszystkie postaci wyjątkowo łatwo realizują swoje życiowe cele. Rozumiem, że to było potrzebne w konstrukcji tej powieści, ale nie do końca wypada wiarygodnie. Reszta prezentuje się świetnie. Zwłaszcza gdy opowiada o tym, czym jest nasza mentalna mapa.

Noah to dziecko wędrowców, którzy spotkali się w drodze i dali sobie odrobinę bliskości. Pochodzi znikąd. Przemierzając wraz z matką kanadyjskie bezdroża, czytania i pisania uczy się z map. Jego tożsamość kształtuje wciąż zmieniający się krajobraz. Do czasu. Do momentu, w którym Noah wybierze miejsce, z którym chce związać dalsze życie. Miejsce, gdzie po raz pierwszy w życiu się zatrzyma. Będzie to oczywiście miało swoje konsekwencje, ale najciekawsze wydaje się śledzenie tego, jak elementy przestrzeni miejskiej – uporządkowanej i zamkniętej – kształtują wrażliwość i poczucie własnej wartości tego bohatera. Do Montrealu przybywa również Joyce. Wciąż znajduje się blisko Noaha, ale oboje realizują inne życiowe scenariusze. Joyce od małego zachwyca się mapami ojca, pochodzi z rodziny podróżników, dojrzewa do swojej pierwszej ważnej podróży. Wybiera tę samą lokalizację co Noah, ale kierują nią inne pobudki. W Montrealu znajdzie się także ktoś jeszcze. Trzeci bohater, opowiadacz historii swojego życia, posiadacz dziwnego kompasu. I wszystko nagle połączy się w zaskakującą całość. Albo nie.

Życiowi nomadzi przyglądają się Montrealowi jak ich znajomi, emigranci z rejonu ważnego dla wymowy tej powieści, ale też nieoczywistego. Noah i Joyce muszą wydeptać własne ścieżki i oswoić miejskie życie. Jednocześnie wciąż żyją tym, jak ukształtowała ich przeszłość. Stale w jakimś związku z mapą i możliwościami, które daje. Niepokorni i niespokojni. Nietuzinkowi w swych wyborach życiowych i konsekwentni w ich realizacji. Dickner portretuje postacie, z którymi można się zaprzyjaźnić, ale jednocześnie ludzi w specyficzny sposób osobnych. Działających zadaniowo i narzucających na swoje prywatne mapy kolejne punkty, do których muszą dotrzeć. Zwykle po to, by zrozumieć samych siebie.

Ale to też opowieść o ludziach, którzy w różny sposób muszą radzić sobie z oddaleniem od najbliższej osoby – matki. Albo jest to konfrontacja z jej śmiercią, albo konsekwentne i nieudane próby nawiązywania kontaktu, albo też poszukiwania w wielkim mieście cechujące się wyjątkową formą determinacji, podporządkowujące sobie cały sens życia i działania. Nieobecne matki funkcjonują tutaj trochę jak zatarte życiowe azymuty. Są wciąż punktami odniesienia, ale utkwiły w przeszłości jako symbole, nie ma ich fizycznie obok dzieci, te zaś mierzą się z brakiem, który trzeba czymś zapełnić. Dlatego „Nikolski” to opowieść o rodzinie, która zbliża i jednocześnie oddala. Ważne jest śledzenie tropów wskazujących na linie genealogiczne poszczególnych bohaterów, ale w moim odczuciu Dickner bardziej uniwersalnie opowiada o tym, czym jest życiowa podróż z bagażem rodzinnych wspomnień. Jego bohaterowie muszą żyć albo w zgodzie z tym, kim stali się dzięki swojej rodzinie, albo w opozycji do tego. Jednocześnie wychodzą odważnie światu naprzeciw. Takiej rzeczywistości, w której sami zaczną poszukiwać. I jednocześnie wędrować. Z mapą albo przekonaniem o tym, że mapa nie jest fizycznie potrzebna.

„Nikolski” to też powieść o tym, jak kształtuje się tożsamość w związku z regionem, z jakiego się pochodzi. Sporo w tej książce – w wyraźnym i czytelnym tle – opowieści o relokacjach, które mają konsekwencje dla rodzin, rodów, narodów. Historia zobrazowana w podróżniczo-historycznych retrospekcjach staje się częścią współczesnej historii zagubionych bohaterów tej narracji. Dlatego też Dickner pisze zarówno o ucieczkach, jak i o powrotach. Wszystko to opisane jest w taki sposób, że „Nikolski” staje się w zasadzie wstępem do tego, co nienapisane. Rzadko która powieść otwiera się tak niejednoznacznie, zamykając ostatnie zdanie, i jednocześnie jest historią pewnej ukończonej drogi. To też opowieść o tym, jak ważne są rzeczy przechodnie. Na przykład pewna książka, która przynależała do kogoś, a potem stała się wyznacznikiem nowej drogi. Jakby kolejnym kompasem.

„Nikolski” jest świetną historią dojrzewania do odpowiedzialności za siebie i swoje wybory. Jednocześnie umiejscowioną w ciekawej przestrzeni rzeczą o specyficznej formie zatrzymania się w życiu i docenienia świata z perspektywy tego czasu zatrzymanego. O archeologii rzeczywistej i tej mentalnej, kiedy trzeba poskładać ślady po przodkach, by zrozumieć cel i potrzeby własnego życia. Podoba mi się wielowymiarowość tej książki i to, jak różnie można ją zinterpretować. Czy jesteśmy życiowymi nomadami, czy też zawsze i wszędzie określa nas jakaś przynależność? To literacka fantazja dla czytelników lubiących zmiany i podróże, ale również dla tych, którzy chcieliby się dowiedzieć więcej o swojej tożsamości, nie ruszając się z miejsca. Dickner jest pisarzem posługującym się frazą brawurowo, czasem nonszalancko, ale w taki sposób, że kreśli wydarzenia wraz z postaciami, które mocno zapadną w pamięć. I jest to też opowieść o tym, za czym tęsknimy, wyznaczając sobie nowe początki życiowych dróg.

2020-08-05

„Bodaj Budka” Natałka Babina


Wydawca: REBIS

Data wydania: 4 sierpnia 2020

Liczba stron: 304

Przekład: Anna Korzeniowska-Bihun

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: W obliczu apokalipsy

Swietłana Aleksijewicz to za mało, aby powiedzieć, że wiemy coś o współczesnym pisarstwie białoruskim. Dobrą lekcją poznania szaleństwa narracyjnego zza wschodniej granicy jest lektura książek Natałki Babiny. „Bodaj Budka” to kolejna rzecz, w której ujawnia się przeogromna wyobraźnia autorki i jej dezynwoltura w łączeniu tropów oraz gatunków. Z drugiej strony ta książka jest nieco wtórna w stosunku do „Miasta ryb” i to jest trochę niebezpieczne, bo kiedy ochłonie się po tym, co się przeczytało, można odnieść wrażenie, że Babina stoi w miejscu. Gdybym miał znaleźć polski odpowiednik takiego rodzaju pisania, wskazałbym na dokonania prozatorskie Radka Raka. Docenianie jego książek świadczy o tym, że mamy w Polsce ochotę na wejścia w dziwne, mroczne, zaskakujące i łączące realizm z elementami nadprzyrodzonymi narracje, bo one chyba jak żadne inne zadają nam trudniejsze zagadki do rozwikłania. A także stawiają oczywiste pytania w bardzo nieoczywistej formie.

„Bodaj Budka” to ponowne spotkanie z Ałką Bobylewą. Retrospekcje tylko subtelnie nawiązują do „Miasta ryb” – przede wszystkim wówczas, gdy bohaterka wspomina śmierć swojej babci Makryni. Tym razem Bobylewa staje wobec całkiem nowego wyzwania. Po raz pierwszy w życiu decyduje się na kupno nieruchomości. Bardzo niezwykłej, o którą będzie musiała potem walczyć, co nakreślone jest w pięknej konwencji batalistycznej groteski. Budka to dawny dom kolejarzy przy torach. W zasadzie kilka nieruchomości tworzących kompleks. Jednocześnie pewną symboliczną przestrzeń. Ałka zakłada, że sprowadzi się do Budki, będzie na miejscu doglądała remontu i uda jej się pracować nad nową powieścią. Okazuje się, że będzie ona bliżej rzeczywistości, niż to się Bobylewej wydaje, bo jedna z bohaterek zmaterializuje się i stanie postacią, która swoje bezkompromisowe sądy i opinie będzie wyrażać na terenie tytułowej Budki.

Babina wprowadza elementy horroru gore, trochę science fiction i bardzo mocne w swojej wymowie apokaliptyczne wizje. Dość powiedzieć, że w powieści zginą brutalną śmiercią przyjaciółka i siostra Ałki, a cały oswojony przez nią świat stanie się areną walki z przerażającym zagrożeniem. Budka będzie miejscem, w którym zgromadzą się uciekinierzy z niewoli i buntownicy. Będzie wśród nich także gadający kot! Cała ta gromada stawi czoła wrogowi, który wcale nie pojawił się znienacka. Dużo wcześniej pojawiały się sygnały o tym, że może zdarzyć się taki dramat, jaki będzie miał miejsce. Również Ałka, którą milicja interesuje się ze względów politycznych, w pewien sposób przewidywała nadchodzącą katastrofę. Tym niemniej tkwi w poczuciu niemocy wobec zagrożenia. Do czasu. Portretowana przez Babinę białoruska prowincja stanie się frontem walki o odzyskanie tego, co Białorusi zostało zabrane. A problem najazdu tajemniczych istot, które odcinają granice państwa i niewolą tych ludzi, których wcześniej nie zabili, to pokłosie przewidywań, że świat czeka koniec, ale koniec egzemplifikowany przez słowo, które również jest u kresu.

Warto zwrócić uwagę na to, jak zantagonizowane są w tej powieści trzy języki, którymi posługują się bohaterowie – rosyjski, ukraiński i białoruski. Każdy kryje w sobie dawne idiosynkrazje, w każdym ukrywają się uprzedzenia i lęk przed nazywaniem świata. Bobylewa doświadcza tych językowych zderzeń w sposób szczególny. W świecie przedstawionym tej powieści za każdym z nich stoi inna historia i inny sposób percepcji. Ale to oczywiście nie wszystko. „Bodaj Budka” to interesująca fantazja o tym, w jaki sposób język określa narodowość, a później o niepokoju zderzeń ludzi w XXI wieku, pośród których – jak się okazuje – podziały narodowościowe wciąż są żywe. „Jaki jest prawdziwy język naszej ziemi?” – to pytanie zadane przez jednego z bohaterów prowadzi ku zagadce zawłaszczenia świata, w którym sielskość tego, co bliskie, wciąż skonfrontowana jest z przeczuciem i oczekiwaniem, że ktoś wrogi stworzy niebezpieczeństwo, a pozorny spokój będzie mieć bardzo lichy fundament.

To niezwykła powieść, w której wiedźmy będą opowiadać o rzeczywistości tak jak upersonifikowana śmierć, prawie przyjaciółka, ktoś bliski Ałce, pomocny i próbujący wyjaśnić jej skomplikowaną sytuację, w jakiej się znalazła. Będzie tu wiele baśniowych elementów, które powodują, że rzeczywistość staje się surrealistyczna, ale to wciąż przestrzeń opresji. Zagrożenie z zewnątrz jest trudne do zdefiniowania i żeby z nim walczyć, potrzebna będzie solidarność. Być może taka, na jaką mieszkańcy pozornie cichej i bezproblemowej prowincji nie mogą się zdobyć.

Podobnie jak w „Mieście ryb” Bobylewa znowu będzie wpadać w nory czasowe, ale tym razem te wycieczki będą trochę inne. Mam wrażenie, że Babina chce nam dać do zrozumienia, że wszystko, co niepokojąco magiczne i nadprzyrodzone, wciąż dzieje się tam, gdzie ludzie muszą dokonywać wyboru języka, by wyrazić to, co myślą, i jednocześnie określać swoją przynależność. Także w tym, co podyktowała historia i jak ułożyła dane losy. A jednak jest to przecież piękna opowieść o sile zjednoczenia, dzięki której wszystko, co irracjonalne i wrogie, staje się możliwe do pokonania. Babina oczywiście myli tropy i często zwraca naszą uwagę na coś, co niekoniecznie potem będzie ważne. Dlatego to pomysłowa i dynamiczna powieść o tym, że świat ulega upadkowi, a ludzie doświadczają sytuacji granicznych, które niejako sprowokowali. Podoba mi się również nietuzinkowe poczucie humoru autorki, która z najbardziej makabrycznych zdarzeń potrafi wydestylować to, co wywoła po prostu uśmiech na twarzy.

Ale czarny humor to nie wszystko. Najważniejsza jest galeria ekscentrycznych i fascynujących postaci, przy których sama Ałka Bobylewa trochę blednie. Tym niemniej to jej narracja jest najważniejsza i jej przyglądanie się zarysowanym problemom. A także reakcje na to, co absurdalne i niepojęte. Wszystko trzeba znieść i unieść. A bohaterowie różnie będą sobie z tym radzić. To też rzecz o kilku pokoleniach – młode dziewczyny wpatrują się po śmierci matki w swoje telefony, a starzec cierpiący na zanik pamięci może opisywać rzeczywistość już tylko punktowo, wymieniając to, co widzi. W tym znaczeniu „Bodaj Budka” to narracja tworząca pewną szaloną panoramę społeczną, ale też powieść stawiająca trudne pytania o tożsamość narodową. Czyta się to chutko i naprawdę bardzo dobrze. Ten archaiczny przysłówek bardzo często będzie nam przypominał o tym, że język Babiny to dowód na to, że wciąż na nowo trzeba w wyrażaniu siebie wiązać przeszłość z nadziejami lub lękami przed przyszłością. Bardzo ciekawa powieść.

2020-08-03

„San Francisco. Dziki brzeg wolności” Magda Działoszyńska-Kossow


Wydawca: Czarne

Data wydania: 29 lipca 2020

Liczba stron: 296

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Koniec i początek

Każdy na naszym globie wie o istnieniu San Francisco i ogromna większość z nas jest w stanie wskazać to miasto na mapie. Na pewno nie jest tak z polskim Toruniem, a powierzchniowo – jak wspomina autorka – miasta są podobnej wielkości. Jak to się stało, że skrawek ziemi oblewanej od zachodu przez Pacyfik stał się miejscem tak wielkiej różnorodności i sławy? Tak mocno zapisał się w kulturze, że wciąż na nowo kazał definiować pojęcie kultowości? Magda Działoszyńska-Kossow lubi różnorodność i doskonale się w niej czuje. Dzięki temu opowiada San Francisco w specyficzny sposób – z ciągłym zachwytem i zdziwieniem, ale przede wszystkim z uważnością, z jaką traktuje rozmówców. Tych jest bardzo wielu i dlatego ten reportaż tak iskrzy. Rozmawia z  różnymi ludźmi. Z ostatnim kochankiem Allena Ginsberga, ze znanym aktorem Peterem Coyote, ale także z kimś nieznanym, lecz będącym bohaterem – opiekunem narkomanów i bezdomnych, którzy również znaleźli sobie miejsce w tym mieście obietnicy. Egzemplifikacji pojawiającej się w książce tezy o całej Kalifornii – San Francisco to był i jest „poligon doświadczalny ludzkich możliwości”. Znajdziemy się w specyficznej przestrzeni – jak mało która proponuje ryzykowanie, bo możliwość to zawsze cel do osiągnięcia, nie mrzonka czy leniwie snuty plan, który chciałoby się zrealizować w jakiejś mało sprecyzowanej przyszłości.

Dobry reportaż o mieście powinien skusić do tego, by włączyć Google Maps i trochę po nim pospacerować. To zrobiłem z przyjemnością, ale całą resztę – ważniejszą od lokalizacji czy sposobu zurbanizowania miasta – opowiedzieli mi ludzie, którym autorka przysłuchuje się z wyjątkową uwagą. Bo okazuje się, że chce napisać o lokacji, w której mocno wybrzmiewają kontrasty. O mieście, w którego okolicy pracują ludzie oddani technologiom informacyjnym, ludzie wybiegający w przyszłość, funkcjonujący zadaniowo wedle aplikacji i zleceń. I o mieście, w którym łóżkiem bywa twardy asfalt ulicy, a codzienność to próba zapomnienia o tym, co beznadziejne, za pomocą alkoholu czy narkotyków. San Francisco widziane dzisiaj to oczywiście miasto, które zrodziła jego trudna i fascynująca historia. Tej jest tutaj sporo, ale nie za dużo. Działoszyńska-Kossow skupia się na dzisiejszym pulsie miasta. Na tym, jakie jest, bo przeszło to, co przeszło. Na tym, czy nadal może być uznawane za miasto dające więcej obietnic niż rozczarowań.

To w zasadzie książka o tym, jak Stany Zjednoczone doświadczały ważnych przemian kilku dekad minionego stulecia. Jak to, co ogólnie amerykańskie, było nazywane w miejscu, w którym należało się zatrzymać, bo tu Ameryka spotykała się z oceanem, tu koniec stawał się początkiem, a perspektywy zamieniały w działania bądź ich brak. Zatoka zdobyta przez Hiszpanów w 1776 roku to dzisiaj teren dzielnicy finansowej miasta. San Francisco w przeciwieństwie do Nowego Jorku potrafi spać, ale budząc się, jest pełne apetytu na życie. A to rozwijało się na tej małej przestrzeni bardzo dynamicznie. Autorka wspomina czas reaktywacji Czarnych Panter, opowiada o rasizmie, wskazuje czas przybycia do miasta ludzi o homoseksualnej orientacji i stworzenie przez nich społeczności. Jest mowa o bitnikach, epidemii AIDS i o tym, że San Francisco w każdej trudnej dekadzie to cały czas miejsce, z którego nie można było się cofnąć. To taki amerykański koniec świata ze wszystkimi tego konsekwencjami. Miejsce, w którym kumulowały się momenty dramatyczne (morderstwo włodarza), ale też czas, w którym dochodziło do znacznych i widocznych dzisiaj podziałów przy jednocześnie kształtującej się solidarności. San Francisco przyjęło każdego człowieka i każdą ideę, które przybyły z Ameryki z poczuciem stygmatyzowania. Ale kalifornijski luz i przestrzeń do realizacji marzeń nie zawsze dawały możliwość, by poczuć się wolnym i pozostać na tym fascynującym skrawku ziemi.

A ta ziemia daje o sobie znać, by potwierdzić, że życie człowieka musi w San Francisco podlegać specjalnym zasadom. Nie chodzi tylko o trzęsienia ziemi, ale także o klimat. Mgła ma tu szczególne znaczenie. W opowieściach rozmówców Działoszyńskiej-Kossow pojawia się jakby symbolicznie, kiedy mówią o trudnościach, z którymi nie mogli sobie poradzić, bo nie widzieli ich w całości, w koniecznym do zrozumienia kontekście. Teraz w większości są spełnieni, żyją dynamicznie, a czas na rozmowy z autorką wyrywają z napiętego planu dnia. „San Francisco” to zatem reportaż o dynamice życia miasta, które skumulowało w sobie bardzo wiele. Ale zawsze dawało szanse oraz nadzieje.

Ta książka opowiada również o możliwościach końca. Portretowane miasto to miejsce, w którym trzeba zakończyć życiową drogę. Zwykle nie ma możliwości cofnięcia się. Koniec staje się tutaj początkiem. Musi się nim stać, bo każdego spotka tam to, czego nigdzie indziej już nie zazna. Ten koniec ma tu zatem wiele definicji. Zawsze nim był, zwłaszcza w historii ostatnich siedemdziesięciu lat. Magda Działoszyńska-Kossow także dochodzi do pewnej granicy, kiedy przygotowuje rozmowy do tego reportażu. Wiele z nich konfrontuje z sytuacjami, które zmieniają na zawsze. I pokazują tym samym, że San Francisco jest miejscem dynamicznych zmian, jakie nie ustają. Fascynują i pobudzają wyobraźnię. Bo można być tu, kim się chce. Albo doskonale zarabiać w jednej z firm Doliny Krzemowej, albo spędzać czas na ulicach, licząc na datki przechodniów i nie zastanawiając się nad tym, jak będzie wyglądać jutro.

Autorka odwiedza okolice San Francisco nie dlatego, że w samym mieście jest za mało opowieści, ale przede wszystkim po to, by przez okolice pokazać kontekst. Znajdziemy się więc w mieście znanym z produkcji wina, śledzić będziemy w Oakland to, co pozostało z trudnych dla czarnoskórych Amerykanów czasów, i zajrzymy też do siedziby Facebooka – to chyba najbardziej pasjonująca czytelniczo relacja z wyprawy w tej książce. Fascynuje i przeraża jednocześnie. Pokazuje, że w kwestii rozwoju doszliśmy już do etapu, za którym nie kryje się żadna nadzieja na coś nowego. Jesteśmy ze swoimi technicznymi nowinkami odsłonięci jak nigdy w historii. I w tym wszystkim możemy zapominać o tym, jak się ogląda i opowiada miasto.

Dlatego „San Francisco” to bardzo ciekawy reportaż barwnych opowieści, ale też mroczne memento. Być może ta współczesna różnorodność miasta nie będzie niosła ze sobą solidarności i porozumienia. A może San Francisco to wieczny początek czegoś, bo tu wciąż zaczyna się coś nowego i nigdy nie wiemy, w którą stronę ewoluuje. Bardzo ciekawa narracja o tym, jak różni od siebie jesteśmy i jak tę różnorodność możemy wtłoczyć w miejską tkankę. Poza tym świetny przewodnik miejski – można sobie z tą książką pochodzić po San Francisco. Zyskując pewnie bardziej niż na jakiejkolwiek ofercie turystycznej.

2020-07-31

„Sfora” Przemysław Piotrowski


Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 12 sierpnia 2020

Liczba stron: 536

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Zło w lesie

Przemysław Piotrowski brawurowo kontynuuje historię snutą w „Piętnie”, ale w drugiej powieści cyklu bardzo dba także o tego odbiorcę, dla którego „Sfora” będzie pierwszym spotkaniem czytelniczym z jego twórczością. Dlatego można czytać tę książkę ze znajomością „Piętna” i trochę większym komfortem wiedzy o tym, co wydarzyło się wcześniej, albo też chłonąć bez przygotowania – bo „Sfora” to odrębna już historia, opowieść o gniewie i dzikim instynkcie, w której poznaje się zabójcę mrożącego krew w żyłach nawet głównego bohatera. A dla niego przecież nic już nie może być bardziej przerażające niż koszmarna przeszłość i wydarzenia sprzed kilku miesięcy będące fikcją literacką „Piętna”. Zawsze przy drugiej powieści autora, który świetnie rozpoczął i mocno zapisał się w pamięci czytelników, towarzyszy mi pewien niepokój, czy twórca uniesie ciężar wcześniejszego dokonania. „Sfora” napisana jest może mniej brawurowo niż „Piętno”, co wynika też z tego, że tym razem autor rezygnuje z techniki antycypacji, zastępując ją zgrabnymi sygnałami symultanicznie toczących się wydarzeń, które zajmują ostatnie akapity rozdziałów. Tym niemniej to powieść równie przerażająca i działająca na wyobraźnię jak ta, która ukazała się kilka miesięcy temu. Widać dbałość o szczegóły i umiejętność budowania napięcia bez umniejszania detali. Piotrowski wie, jak przestraszyć na tyle sugestywnie, że po lekturze „Sfory” nie będzie się chciało pozostać samemu w pustym pomieszczeniu.

Igor Brudny dochodzi do siebie po przejmujących wydarzeniach, kiedy poznał makabryczne szczegóły swojego dzieciństwa. Te, o których nie miał pojęcia, i te związane z wiedzą o swoich braciach. Wraz ze swą ukraińską towarzyszką, na której ciele pozostały rany po tamtej przeprawie, próbuje budować nowe życie. Nie odcinać się od tego, co było, lecz uczyć się żyć ze wszystkimi zabranymi z dzieciństwa traumami. A te koncentrowały się wokół sierocińca, gdzie Igor Brudny pod innym imieniem i nazwiskiem musiał się zmagać z przemocą, gwałtami i każdą formą ludzkiej obrzydliwości, która tutaj egzemplifikowana jest przez siostrę Gwidonę. Zamordowaną w „Piętnie”, ale będącą w „Sforze” jedną z najważniejszych postaci. Zło, które ponownie zagarnia okolice Zielonej Góry, ma ścisły związek z jej śmiercią. Coś się wydarzyło po tym, jak została uduszona. Coś się uwolniło. Na świat wyszedł gniew. A wraz z nim dziki instynkt. Zabijania i pożerania. Pośród wygłodniałych wilków snujących się po zasypanych śniegiem lasach wszystko robi piorunujące wrażenie.

Brudny wraca w rodzinne strony ze swoją przyjaciółką Julią Zawadzką. Ta dwójka policjantów portretowana jest w relacjach bardzo dynamicznie. Wiemy już z „Piętna”, że są przyjaciółmi, ale ta przyjaźń jest bardzo nietuzinkowa i stoją za nią jeszcze inne uczucia. Brudny tym razem powraca tam, gdzie czeka na niego rodzina – uwolniony z rąk oprawcy brat wraz z rodziną. To powinno niwelować napięcie towarzyszące stołecznemu policjantowi. Ale tak się nie dzieje. Igor Brudny będzie zmuszony ponownie skonfrontować się z miejscem, w którym dorastał i gdzie dowiadywał się, jak bardzo przerażający może być świat. Dodatkowo zabójca Gwidony, czyli były prokurator Lis, zacznie z więzienia rozdawać karty. Nie tylko wie o sekretach denatki dużo więcej niż wszyscy, ale jest w stanie wskazać, kim jest morderca i dlaczego brutalnie terroryzuje ludzi. Historia, która staje się udziałem Brudnego, sięga wiele lat wstecz. Jego przeciwnik ukrywał coś potwornego, sam stojąc po stronie prawa. Ponowna konfrontacja Lisa i Brudnego będzie jednym z najciekawszych wątków tej powieści, ale równie fascynujące jest śledzenie tego, w jaki sposób zło opuszcza stołecznego policjanta, a potem fragmentarycznie do niego wraca. By dopaść ze swoją bezkompromisowością. Bo „Sfora” będzie książką wyjątkowo bezkompromisową.

Okazuje się, że morderca to prawdziwy potwór. Okazuje się, że zabita zakonnica była pożerana żywcem. Zabójca nie przypomina istoty ludzkiej. A jednocześnie nią jest. Nie myśli o tym, jak zwieść tropiących go policjantów. Kieruje się po prostu instynktem. Zabija, pożera, planuje kolejną krwawą ucztę. Ludzie szepczą o wilkołaku z lasów. Tymczasem Brudny i inspektor Romuald Czernecki szybko zrozumieją, że nie mają do czynienia z jakąś mroczną postacią z legend. Rozpocznie się walka z czasem, ale także powrót do mrocznego czasu nakreślonego w „Piętnie”, który tutaj koncentrować się będzie na wyobcowaniu i krzywdzie tych, o których nie traktowała poprzednia powieść Piotrowskiego.

„Sfora” jest tak napisana, że bardziej wsiąkamy w szczegóły topograficzne i jesteśmy bliżej działań policyjnych. Fabuła początkowo snuje się w sennym rytmie, ale to rytm nocnego koszmaru, bo wszystko stanie się w nim piekielnie ważne, aby dzięki szczegółom można było poznać mrożącą krew w żyłach zagadkę kogoś, kto w bezlitosny sposób traktuje swoje ofiary. Brudny konfrontuje się z demonami przeszłości po raz kolejny, lecz będzie zmuszony wejść też w zależność z człowiekiem, którego nie chciałby już więcej widzieć na oczy. Dlatego „Sfora” to historia o tym, że ponownie trzeba zajrzeć w głąb traumatycznej przeszłości, bo okazuje się, że zło sprzed lat ma niejedno oblicze. Niespodziewanie ujawnia się coś, czego Brudny nie mógłby się spodziewać. Coś, co być może nawet przerośnie jego zdolność rozumienia – choć on uznaje, że doświadczył najokrutniejszych krzywd i wszystko znajduje się już w sferze jego wyobraźni. Bynajmniej.

Przemysław Piotrowski prowadzi nas do świata, w którym przemoc jest długofalowa, ogromna i skutkująca niezdolnością do normalnego życia. Gwidona jawi się jako piekielna postać pełna szaleństwa i przede wszystkim niezrozumiałych motywacji, by tak okrutnie krzywdzić. Nakreślona w „Sforze” historia krzywd to opowieść o tym, o czym świat mógłby się nigdy nie dowiedzieć. O mroku i cierpieniu, jakie miały pozostać – dosłownie i symbolicznie – pod powierzchnią ziemi. To również rzecz o tym, co się dzieje, kiedy gniew spotyka się z pamięcią. Diaboliczna kreacja głównego przestępcy idzie w parze z ujawnianiem, że stołeczni policjanci są zdeterminowani dużo bardziej niż ich zielonogórscy koledzy. Okazuje się, że zarówno za zabójcą, jak i za tym, który podejmuje się go odnaleźć, będzie stał ten sam gniew. Może silniejszy u jednego, bardziej oswojony u drugiego. Tym niemniej za nim staną kolejne uczucia. Albo ich brak. Konsekwencja w tropieniu i dopadaniu, ale także dopadanie żywej ofiary i pożeranie jej za życia.

„Sfora” to taka opowieść, w której nie ma nadziei. Historia krzywdy i idącego za nią krzywdzenia innych. Zmierzająca do mocnego finału konfrontacja stróża prawa z kimś, kto prawo musiał ustalić sam. I tym razem Przemysław Piotrowski przeraża tak bardzo, że boi się sam Igor Brudny. Historia łowcy i tropionego, którzy tak naprawdę wyrośli z tej samej niesprawiedliwości losu. Frapująca i zajmująca uwagę. Czekam niecierpliwie na kontynuację, bo to nie jest ostatnie słowo autora.

2020-07-28

„Średni współczynnik szczęścia” David Machado


Wydawca: Wydawnictwo Wyszukane

Data wydania: 13 lipca 2020

Liczba stron: 328

Przekład: Wojciech Charchalis

Oprawa: twarda

Cena det.: 38 zł

Tytuł recenzji: Poznać siebie

Chyba żadna powieść od czasu „Tortilla Flat” Johna Steinbecka nie poprawiła mi humoru tak bardzo jak „Średni współczynnik szczęścia”. Portugalski pisarz portretuje dwa pokolenia swoich rodaków, którzy zmagają się z życiem, poszukując nie tylko jego sensu, ale przede wszystkim poczucia satysfakcji z tego, kim są i co robią. Powieść Davida Machado przełamana jest na pół. Jej pierwsza część bynajmniej nie będzie antidotum na złe samopoczucie – w ciągu fatalnych zdarzeń autor obrazuje, jak dalecy od szczęścia są zarówno ludzie dorośli, jak i ich dzieci. Potem jednak tonacja się zmienia, a i sposób portretowania problemów jest inny, bo rzecz staje się powieścią drogi, podczas której ma miejsce doświadczenie tego, o czym tak naprawdę Machado pisze od samego początku. „Średni współczynnik szczęścia” to powieść o byciu potrzebnym i potrzebie bycia zauważonym. O tym, jak jedno i drugie kształtuje się w relacjach. Niejednokrotnie trudnych i szorstkich. Ale najciekawsze w tej książce jest to, jak autor opowiada o tym, że widzieć się uważniej to widzieć samego siebie z perspektywy innych. Dlatego ta narracja mówi o solidarności w poszukiwaniu spełnienia. Jeden z bohaterów kategorycznie stwierdza: „Większość ludzi nie ma zielonego pojęcia o szczęściu”. Machado wyjdzie temu stwierdzeniu naprzeciw. W niebanalny sposób opowie o pewnych oczywistościach. O tym, że sami odpowiadamy za satysfakcję z tego, jak żyjemy, ale bardzo często potrzebna jest do zrozumienia tego zwyczajna zmiana perspektywy.

Jak wspomniałem, na początku jest mrocznie, przygnębiająco i nic nie zapowiada odmiany. Główny bohater traci pracę. Razem z nią sens istnienia, bo życie bez środków finansowych staje się przestrzenią zawieszenia. Daleko jest do jakiegokolwiek punktu zaczepienia, trudno odnaleźć pewność siebie i odbudować stabilność gwarantowaną przez zatrudnienie. David rozstaje się z najbliższymi. Jego partnerka i dwójka dzieci próbują żyć inaczej, z dala od krzywdy i rozgoryczenia mężczyzny. Ale więzi pozostają. Są nawet silniejsze niż wcześniej, kiedy życie toczyło się sennie i było przewidywalne. Teraz trudno przewidzieć najbliższą przyszłość. Bohater oddaje bankowi swój dom, pozbywa się wszystkiego, co dotychczas definiowało jego poczucie szczęścia. A jednocześnie zastanawia się nad tym, jak wiele go w sobie ma mimo tego, jak wiele stracił. Bo przecież szczęście to nie tylko bezpieczny stan konta. Właściwie wcale nie to.

Powieść ma formę monologu kierowanego do przyjaciela, który przebywa w więzieniu. Z różnych powodów zerwał więzi ze społeczeństwem, trafił na margines i jest teraz niemy, zamknięty w celi. Równie zamknięty, choć na własne życzenie, jest drugi z przyjaciół Davida. Ten jednak wybiera izolację w sposób świadomy. Kontestuje porządek tak zwanego nurtu życia i zaczyna żyć do wewnątrz. Z poczuciem, że wszystko może się skończyć. Takie doświadczenie zaczyna być też bliskie Davidowi. Do czasu, kiedy na założonej przez przyjaciół stronie pojawia się apel o pomoc. Z dalekiej Szwajcarii. W miejscu, które w założeniu miało służyć temu, by ludzie czynili życie innych ludzi lepszym. Na stronie, której nikt nie obserwował, nikt nie był na niej aktywny. Pojawia się anons jak list w butelce. A za nim idzie działanie, które może zmienić wszystko.

Kiedy Machado opowiada o poczuciu tymczasowości swoich bohaterów i pokazuje ich jako bezproduktywnych, pozornie zbędnych, cały czas fantazjuje o tym, co ustanawia naszą wartość i w jaki sposób nabywamy przekonania, że funkcjonujemy w sposób satysfakcjonujący nas oraz otoczenie. Zderza bierność z kompulsywną trochę przedsiębiorczością – aby problemy ogarnąć doraźnie i szybko. Ciekawym kontrapunktem dla dylematów głównego bohatera jest opowieść o tym, co dzieje się z jego dziećmi i synem więzionego przyjaciela. Jedno z nich poszukuje kategorycznych recept na szczęście. Drugie wrasta w młodzieńczy fatalizm, przyglądając się temu, jak świat opisują media. Trzecie poddaje się bezkompromisowemu rytmowi ulicy, wchodzi w toksyczne i przemocowe zależności. Każde z tych dzieci jest zagubione tak, jak zagubieni są trzej mężczyźni w różnych sytuacjach życiowych. I co z tym zrobić? David Machado sugeruje, że przede wszystkim zajrzeć w siebie. Ale to zbyt oczywiste. „Średni współczynnik szczęścia” to bowiem ciekawa powieść o tym, że jesteśmy częścią mikrospołeczeństw. Przyjaźń czy rodzina wyznaczają nam specyficzne role i domagają się konkretnych działań. Jesteśmy sumą relacji z najbliższymi i doświadczeń konfrontacyjnych ze światem. Bardzo dużo zależy od nas samych. Od tego, jak uporządkujemy sobie myśli, aby obliczyć tytułowy współczynnik. Postawić na jednej szali to, co deprymuje i niszczy, a na drugiej to, dzięki czemu żyjemy. Zaskakująco trudne działanie, o czym przekona się sam David. Ale dzięki tym analizom może uważniej spojrzy na to, czym dla niego samego jest przyjaźń czy rodzina.

Machado opowiada także o odpowiedzialności za drugiego człowieka. Nie tylko o tej oczywistej, która wynika ze wskazanych wyżej uwarunkowań. Przecież okazuje się, że twórcy strony, na której ktoś napisał prośbę o pomoc, są w dużej mierze odpowiedzialni za tę osobę. A za tym musi iść jakieś działanie. Ono buduje sugestywnie drugą część tej powieści, w której powracają problemy i dylematy zasygnalizowane wcześniej, ale ukazane z innej perspektywy. Z fizycznie określonego i symbolicznego oddalenia. Dlatego ta książka jest tak dynamiczna, a w ostateczności przekonująca. Świetnie pokazuje drogę od desperacji do świadomości tego, co się czuje i co za tymi uczuciami stoi. „Średni współczynnik szczęścia” to również opowieść o współczesnej Portugalii. O społeczeństwie, w którym poczucie tego, że jest się szczęśliwym, zapisuje się na bardzo niskim poziomie.

Machado potrafi też być zabawny, ale dopiero wtedy, gdy jego bohaterowie oraz czytelnicy przejdą przez kolejne stadia niemocy i rozpaczy. Bardzo ciekawi są tu również ci nieobecni – portretowana gdzieś w tle partnerka Davida i jego niemy przyjaciel, który nie chce widzenia w więzieniu, ale staje się punktem odniesienia do wszystkich rozważań głównego bohatera, jakby był w jego życiu obecny. Ta powieść wcale nie chce definiować tego, czym ma być ludzkie szczęście. Pokazuje przede wszystkim różne drogi, na których z różnych też powodów blokujemy sobie dostęp do bycia szczęśliwym. To nie jest narracja punktująca problemy i dająca potem dobre rady, recepty na eliminację życiowego zagubienia. David Machado sugeruje, że klęska i sukces w życiu każdego z nas stoją gdzieś bardzo blisko siebie. Tylko my sami będziemy w stanie odróżnić jedno od drugiego. Ale wtedy, gdy przyjrzymy się ludziom, których życie postawiło najbliżej nas, i posłuchamy ich. Chętnie poszukujemy recept na szczęście. I czasem nie zdajemy sobie sprawy z tego, że sami możemy sobie przepisać tę najbardziej skuteczną. Budująca i mądra książka.

2020-07-24

„Prawda” Melanie Raabe


Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 15 lipca 2020

Liczba stron: 434

Przekład: Paweł Masłowski

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Związek i walka

Pytanie o to, jakie są granice poznania bliskiej osoby, z którą jesteśmy w związku, zawsze fascynuje i jest świeże w każdej relacji, bo w gruncie rzeczy poznajemy się stopniowo, a czasem bywa tak, że bliska relacja nie gwarantuje zrozumienia. Co wówczas, gdy okazuje się, że najbliższa nam osoba jest obcym człowiekiem? Jak bardzo zachwiana zostaje równowaga i ufność, kiedy tam, gdzie powinno znaleźć się zrozumienie razem z akceptacją, rozpoczyna się walka o przetrwanie i wyeliminowanie przeciwnika? Melanie Raabe pofantazjowała trochę na ten temat. Jako opowieść o relacjach małżeńskich i o tym, co dzieje się, kiedy bliski człowiek staje się wrogiem, jest to powieść rzeczywiście interesująca. Sama intryga jednak tonie tutaj w pewnych mieliznach, a kiedy Raabe chce zaproponować oryginalne zakończenie, wygląda to wszystko nad wyraz dziwnie i nie do końca chce się wierzyć w taki rozwój wypadków. „Prawda” trzyma jednak w napięciu swoją klaustrofobiczną atmosferą. Raabe doskonale portretuje przerażenie kobiety, która nie czuje się bezpiecznie we własnym domu, dusi się w nim i jest gotowa stawić czoło największemu zagrożeniu. Świetnie też wypada kreacja zdeterminowanej do obrony bohaterki. Tyle tylko że w pewnym momencie trudno już jasno określić, czego ona broni, i widzi się, że działa bardzo kompulsywnie, w tym szaleństwie jednak nie ma metody.

Sarah pożegnała mentalnie męża, który zniknął siedem lat temu na innym kontynencie i nikt nie był w stanie rozwiązać zagadki tego zniknięcia. Poznajemy ją w chwili, kiedy symbolicznie ścina włosy. Z krótką fryzurą może być już inną kobietą. Taką, która wreszcie jest gotowa na życie bez Philippa – człowieka jej najdroższego przed laty, ale i zabierającego ze sobą w swoją ostatnią podróż istotną tajemnicę tych dwojga. Sarah lubi porządek, rytm narzucany przez pracę, koncentruje się na teraźniejszości, jest zadaniowa. Nie chce ani analizować przeszłości z mężem, ani wracać do traumatycznych doświadczeń rodzinnych. Teraz ma ośmioletniego syna i własny dom. Nie spodziewa się, że wkrótce będzie musiała stać się wojowniczką walczącą o jedno i drugie. Nie będzie w stanie zrozumieć, kim jest jej przeciwnik, ale przede wszystkim tego, skąd ma tak dokładną wiedzę o mrocznym czasie przeszłym.

Bo okazuje się, że Philipp żyje. Wraca do domu. Zainteresowanie mediów całą sprawą powoduje, że to wydarzenie staje się publiczne. Problem jest tylko jeden: Sarah w przybyszu nie rozpoznaje męża. To jakiś obcy mężczyzna. Doskonale znający historię ich małżeństwa, przekonujący do siebie otoczenie, ale czujny względem Sarah. Rozpocznie się interesujący pojedynek. Raabe świetnie kreśli kilka dramatycznych scen rozgrywających się w domu, w którym nie ma już spokoju. Mężczyzna i kobieta toczą bezpardonową walkę. Jednemu i drugiemu chodzi o prawdę. Najpierw o te najgorsze rzeczy, a później o ich konsekwencje. Sarah będzie musiała zmierzyć się z przeciwnikiem, który jest czujny, bezkompromisowy i nie ma litości. Kim jest mężczyzna, który nie chce opuścić jej domu?

Fabuła układa się z bardzo wyrazistych, pełnych napięcia scen. Odnosi się wrażenie, że trudno wytrwać z daną stroną, jakby słowa na niej parzyły. Dyskomfort idzie w parze z narastającą ciekawością, bo to wszystko naprawdę zgrabnie zostało połączone. Nawet jeśli bohaterka się powtarza, za każdym razem przyglądamy się z uwagą temu, jaka metamorfoza następuje w spokojnej, uporządkowanej mieszkance przedmieść Hamburga, która musi walczyć o swoją przestrzeń. Ale również zmierzyć się z demonami przeszłości. Odpowiedzieć na pytanie o to, czym tak naprawdę było jej małżeństwo. Kim był jej mąż i czy to, co między nimi trwało, można z perspektywy czasu nazwać miłością. Melanie Raabe jakby trochę pisała na adrenalinie, bo niektóre sceny – choć mocne i sugestywne – są zbyt mocno dramatyczne, a ciągi zdań wielokrotnie złożonych podkreślające dezintegrację osobowości Sarah wyglądają nieco sztucznie. Dlatego wątpliwość budzi struktura książki, ale jej przesłanie jest frapujące.

„Prawda” to bowiem powieść o rozpadzie małżeństwa i o tym, że kreujemy w sobie wizerunek partnera, aby łatwiej zrozumieć, jak wiele może dzielić, gdy łączy pozorna miłość albo uczucie nazywane przez nas miłością. Koniec tego związku następuje nagle: jego owoc ma rok, kobieta pozostaje sama ze swoją niepewnością, mąż przed wylotem analizuje swoją sytuację i nie jest pewien, czy wsiąść do samolotu, czy pożegnał właśnie kobietę, którą kocha. Potem kolejne lata naznaczają Sarah pustką, w której rodzą się niepewności. Interesująca jest symbolika zaćmienia słońca – jest ono najpierw scenerią tworzącej się bliskości, a potem granicą, poza którą niepewność zamienia się w szereg innych destrukcyjnych odczuć. Raabe konfrontuje swoich małżonków z wzajemną nieufnością. Rozwijającą się stopniowo, bo związek rozpada się po pewnej znaczącej dla nich dwojga nocy. Ale nikt nie spodziewa się tego, jaką wiwisekcję tego małżeństwa ostatecznie zaproponuje niemiecka pisarka. Jest to oryginalne i zmuszające do przemyśleń, jednak w pewien sposób ekscentryczne. Bo „Prawda” to rzeczywiście oryginalny thriller, kiedy zrozumie się źródła strachu bohaterów.

Pisarka stawia swoich bohaterów w sytuacjach granicznych. Doprowadza do ostatecznych konfrontacji. Mamy tu bezpardonową walkę na śmierć i życie. Zamkniętą w przestrzeni, w której nikt nie jest w stanie wesprzeć którejkolwiek ze stron. Ta konfrontacja jest ostateczna i przejmująca. I dzięki temu powieść buduje bardzo kameralny dramat, którego istoty nie rozumie otoczenie, przez co Sarah jest podwójnie wyobcowana i przerażona. Raabe zdaje się sugerować, że paraliżujący strach możemy przekuć w niezwykłą odwagę, a nieświadomość samego siebie zamienia się w potworną udrękę – zwłaszcza gdy ktoś inny wie i pamięta dużo więcej niż ten udręczony pamięcią. Do rozegrania tego dramatu nie byłyby potrzebne w zasadzie żadne elementy świata zewnętrznego. Widziałbym fabułę tej książki na deskach teatralnych. Ona, on i oddzielający ich stół. Właściwie bez dekoracji. Surowe światło oświetlające twarze aktorów. Bo to one byłyby najważniejsze. Melanie Raabe nie chce być jednak ascetyczna, bo rozumie, że tego typu książce nie wyjdzie to na dobre. A jednak najciekawsza jest ta esencja, pełen napięcia i grozy pojedynek dwójki zdeterminowanych ludzi. Poza nimi rozpościera się przestrzeń niepewności i strachu. „Prawda” to opowieść o tym, że walczymy do końca – z każdym urojonym wrogiem i każdym dobijającym nas wspomnieniem. Powieść interesująca, ale dość specyficzna. Chyba jednak w pejoratywnym znaczeniu tego słowa.

2020-07-22

„Kebabistan. Rzecz o polskim daniu narodowym” Krystian Nowak


Wydawca: Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”

Data wydania: 7 lipca 2020

Liczba stron: 192

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Co jemy i jak myślimy

Kebab. Jadłem go ostatnio jakieś dwie dekady temu. Wtedy był jeszcze zwykłą bułką, do której wkładało się mięso i warzywa. Całość mieściła się w dłoni i można było ją zjeść podczas spaceru, nie martwiąc się o ubrudzenie sosem. Jego cena to wówczas była kwota jednocyfrowa. Dzisiaj danie to rozrosło się do monstrualnych rozmiarów. Do tego stopnia, że niektóre kebaby to solidne dania obiadowe serwowane na wielkich talerzach. Krystian Nowak postanowił prześledzić bardziej szczegółowo to, dlaczego kebab w Polsce tak bardzo się rozrósł – w sensie dosłownym i przenośnym. Przyjrzeć się temu, jak i kiedy go spożywamy, a także opowiedzieć ciekawe historie o ludziach, którzy wokół kebaba zbudowali sobie imperium. Albo przynajmniej dobre, satysfakcjonujące życie. Przyznam szczerze, że mam już dość czytania o Polsce opowiadanej przez kapliczki, billboardy, budynki czy przystanki. Dlatego z dużą ciekawością sięgnąłem po „Kebabistan”, licząc na coś nowego i oryginalnego. I jest to ciekawe! Krystian Nowak przyjrzy się dokładnie barom i restauracjom kebabowym z obu stron lady, ale opowie również o Polsce. O tym, jak to z nami jest, że w homogenicznym kraju popularność zyskało danie zdecydowanie multi-kulti.

Początek nie jest obiecujący. Opisy przeplatane słabym ironizowaniem (na przykład gdy autor pisze o Bangladeszu) sprawiają wrażenie tekstu napisanego trochę na kolanie. Tak jakby Nowak chciał rozejrzeć się po orientalnych barach w okolicy i cokolwiek o tym napisać. Potem jest już znacznie lepiej – nie tylko dlatego, że perspektywa przestaje być lokalna. „Kebabistan” jest tak naprawdę ciekawą opowieścią o istocie polskości. Zjadanie kebabu to nie tylko rytuał, towarzyska przyjemność, coraz częstszy sposób na szybkie zaspokojenie głodu. Z tym wszystkim łączy się kilka zjawisk społecznych. I dzięki opowieści o jedzeniu Krystian Nowak pokazuje, że jesteśmy bardzo dziwnym krajem. Zagadkowym i nieprzewidywalnym. Z jednej strony ceniącym sobie pracowitość i przedsiębiorczość, które nie mają wówczas koloru skóry oraz pochodzenia. Z drugiej jednak co rusz sygnalizującym – najczęściej za pomocą krewkich panów pod wpływem – że rasizm tkwi w nas bardzo silnie, wszelkie uprzedzenia mają się bardzo dobrze i tak jak lubimy sos do kebabów, tak jesteśmy w stanie tolerować jego egzotycznych przygotowujących pod warunkiem, że za wszelką cenę dopasują się do naszych wzorców. Staną się najlepiej przezroczyści, by tylko wydawali smaczną potrawę i nie istnieli poza tym w przestrzeni publicznej.

A jednak emigranci, którzy związali życiowe interesy ze sprzedażą mięsa w picie, są w tym reportażu bardzo widoczni, przyciągają uwagę – także środowiska lokalnego, które patrzy z podziwem i z równym podziwem mimo wszystko się dystansuje. Wyróżniają się tu dwie obszerne historie. Jedna to opowieść o restauracji z Radzymina, która bije konkurencję na głowę, jeśli chodzi o ruch w social mediach. Łebski Ghani potrafi nie tylko przyciągnąć klientów, ale także stworzyć wokół swojej kebabiarni dynamiczną społeczność. Irakijczyk, który wrósł w polskość? Brzmi ciekawie, ale jakby w kontraście stoi też druga historia. To opowieść o Abbasie Azizim, biednym i pomiatanym przez Polaków latami dziecku z Iranu, które nie zapomniało swoich krzywd i stało się odważnym mężczyzną. On to zbudował karierę na sprzedaży kebabu, ale zasłynął też z dobrego serca. Polska doceniła jego charyzmę i dobroć. Nie na tyle jednak, by zaoferować mu możliwość pobytu stałego, nie mówiąc o obywatelstwie.

„Kebabistan” to oczywiście opowieść o tym, co i jak jemy, ale także interesująca panorama naszych uprzedzeń, lęków i pokładów agresji. Nowak snuje także historie imigrantów, by pokazać, że nie zostają oni w Polsce niekoniecznie dlatego, że nie mogą liczyć na zachodnioeuropejskie dodatki socjalne. Prawodawstwo i urzędnicza machina skutecznie blokują drogi tym, którzy chcą zatrzymać się w Polsce legalnie. Pracować tutaj i żyć, choć w wielu miejscach nasi rodacy odmawiają im tego prawa. Wokół interesu związanego z kebabem buduje się tu jakby w opozycji inne historie. O ile łatwo jest rozwinąć taki biznes, o tyle na co dzień trzeba być wyjątkowo konsekwentnym w działaniu i odpornym na krytykę, aby w Polsce po prostu dorobić się na fastfoodowym i streetfoodowym jedzeniu.

Jest też druga strona kebabowego biznesu. Nowak przygląda się polskiej branży gastronomicznej i zestawia ze sobą spojrzenia na nią obcokrajowców i Polaków. To w dużej mierze smutna opowieść o ekonomicznym wyzysku, ale obrazuje też, jak skomplikowana może być struktura zaopatrywania się w towar, przechowywania go, obrabiania i sprzedawania z zyskiem. Mięso w picie przechodzi długą drogę, by znaleźć się w przełyku konsumenta. Podobnie jest z ludźmi, którzy uśmiechają się do nas zza lady. Niejednokrotnie ten uśmiech okupiony był łzami i goryczą.

Ale „Kebabistan” to również książka o kwestii smaku. O tym, jakie mamy przyzwyczajenia żywieniowe, co najczęściej wybieramy i dlaczego kebab przez lata utrzymał swoją popularność, zwiększając ją i doprowadzając do tego, że mamy w Polsce wiele restauracji sieciowych specjalizujących się właśnie w tym daniu. Cały czas i niezmiennie zadziwia ta symbioza, dzięki której orientalna potrawa znalazła się w codziennym jadłospisie ludzi zwracających uwagę na to, by żyć, myśleć, funkcjonować i trawić wedle prostych, ustalonych i oswojonych wzorców. Dlatego to książka o tym, jak Polska je, ale również co potrafi myśleć i jak przewrotnie to myślenie czasem wychodzi. Całość okraszona jest poczuciem humoru autora, który mimo wszystko stara się zachować istotny dystans wobec opisywanych historii.

Warto przeczytać Krystiana Nowaka, by ujrzeć polską mentalność z nieco innej perspektywy. Trochę ten reportaż prowokujący, nie do końca dobry i przekonujący, ale na pewno inny i portretujący coś, czemu raczej się nie przyglądaliśmy – choćby dlatego, że kebab je się zwykle szybko, w pośpiechu, bez patrzenia na miejsce konsumpcji ani tym bardziej na ludzi, którzy posiłek przygotowali. „Kebabistan” jest też w moim odczuciu reportażem o kulinarnej rewolucji, dzięki której w ludziach wyzwolił się taki rodzaj przedsiębiorczości, który zadziwia – Polaków i obcokrajowców. To również książka sugerująca, że moglibyśmy być naprawdę dobrymi ziomkami wszystkich imigrantów, gdyby oni stali się tacy jak my, a my nie wykonalibyśmy zbyt ciężkiej pracy, aby cokolwiek zmienić w sobie. Nowak opowie też o tym, że kebab może przybrać formę bukietu i być wystawiony jako eksponat muzealny. Dużo pysznych smaczków i lekki styl, dzięki któremu czyta się „Kebabistan” bardzo szybko.