2019-06-17

„Ballada o Sylwii” Katarzyna Kubicka


Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 19 czerwca 2019

Liczba stron: 272

Oprawa: miękka

Cena det.: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Wizje wyobcowania

Debiut literacki Katarzyny Kubickiej to przede wszystkim odważna próba formalnego uwalniania emocji w słowach, ale także portretowania otoczenia, w którym emocje się odbijają, rezonują, stają się czymś innym i nazywają co innego. „Ballada o Sylwii” przykuwa uwagę od pierwszych stron. Widać, że jest to rzecz bardzo dojrzała, bo Kubicka doskonale wie, o czym chce napisać, a jednocześnie pisze tak, by pozostawiać marginesy wątpliwości. Na tych marginesach zapisuje to, co najważniejsze. W specyficznej polifonii językowej. To nie tylko fascynujące studium wyobcowania. To odważna próba zderzenia nieuformowanej jeszcze, poszukującej i wątpiącej kobiecej tożsamości z otoczeniem mającym gotowe formuły i granice dla jej określania. Podoba mi się zwłaszcza metafora kamienia – to swoista pewność ludzkiego życia, ale też coś, co bohaterkę przygniata, chciałaby ten ciężar komuś oddać. Problem polega na tym, że jest osobna i w tej osobności oceniana. Ta powieść pokaże także, jak kształtuje się społeczny kontekst ludzkich głosów o nas samych. Jak bardzo może być opresyjny i jak niezwykle trudno wyjść mu naprzeciw.

To, co przykuwa uwagę, to przede wszystkim język, którym autorka chce opowiedzieć o neurozach, kompleksach i rozczarowaniach swojej bohaterki. Sylwia pochodzi z małego miasteczka, gdzie na co dzień „dogląda życia”, obserwując uporządkowane jego przejawy. To miejsce, w którym model rodziny jest jak najbardziej oczywisty, a sporą część świadomości społecznej kształtuje kościół, do którego Sylwia również zajrzy w poszukiwaniu akceptacji. Normalność miejsca, z którego wywodzi się bohaterka, to określone ramy i role społeczne, także czytelne konteksty, w jakich nie mieści się Sylwia zarówno ze swym ciałem, jak i umysłem. Istotna jest niejednoznacznie przedstawiona sfera seksualności kobiety, ale także podkreślone to, w jaki sposób stygmatyzuje wygląd, a jak deprecjonuje sposób myślenia o otoczeniu. Autorka w hipnotyzujący sposób oddaje skomplikowaną strukturę wyobcowania kobiety – balansuje na granicy tego, co realne i konieczne do bolesnego opisu, i tego, co roi sobie zainfekowany niemocą i bezradnością umysł Sylwii. Katarzyna Kubicka niuansuje w języku wszystkie lęki, ale także akty osobistego heroizmu bohaterki. Na przykład zrobienie tego, czego oczekuje matka, wyjście do pracy, podjęcie się obowiązków. Mamy tu do czynienia nie tylko z wymagającą frazą o drapieżnym rytmie, ale także z ponurą diagnozą tego, jak funkcjonuje w małej społeczności osoba z deficytami. Osoba wycofana w głąb siebie, czująca dyskomfort zarówno w obcowaniu ze sobą, jak i z każdym, kto wyznacza jej role i zadania, do których nie jest gotowa, których nie chce, nie potrzebuje.

Autorka symbolicznie obnaża Sylwię. Stawia ją w opozycji, przede wszystkim dlatego, że kobieta mentalnie jest gotowa przekroczyć trudne granice, jednak nie może tego zrobić, bo cały czas jest kimś innym, obcym też dla siebie. Kubicka wprowadza niepokojący nastrój odrealnienia, by jednocześnie bardzo silnie utrzymywać bohaterkę na powierzchni życia, z którym kobieta sobie nie radzi. Sylwia nie może się wydobyć z opresyjnego domu i miasteczka, ale także z własnej niemocy i bezwolności, w które popadła, będąc ustawicznie ofiarą szykanowania. Jednak to wszystko nie jest takie proste. Kubicka sięga daleko wstecz – przybliża całe spektrum deficytów czułości i zainteresowania, z którymi jej bohaterka musiała się przez lata mierzyć. Dzisiaj jej zaburzona perspektywa oglądu rzeczywistości idzie w parze z mrocznymi fantazjami, a także naiwnymi marzeniami o tym, że można się wydobyć z piekła własnej niemocy. Są również nakreślone skomplikowane relacje rodzinne. Sylwia nie może wydobyć się z dusznego domu uporządkowanego przez matkę, a jednocześnie nie ma sił i możliwości, by oddychać innym powietrzem, poza oswojoną przestrzenią domową. Dramat bohaterki to możliwości, których nie jest w stanie przyjąć, i niemożliwości blokujące ją przed zrobieniem ze swoim życiem czegoś konstruktywnego.

„Ballada o Sylwii” wyjątkowo trafnie portretuje to, w jaki sposób język opowieści zbliża się do rozchwianego wnętrza bohaterki. Ta powieść bardzo przykuwa uwagę składnią – nieuporządkowaną, chaotycznie bezradną wobec przeżyć. Sylwię poznajemy z kilku perspektyw, ale tkwimy przede wszystkim w onirycznej nieco wizji nieustającego zagrożenia. Wszystko i wszyscy wokół bohaterki mogą być źródłem krzywdy. Nie chodzi tylko o inność wynikającą z niezdolności do podjęcia pracy, znalezienia przyjaciół, życiowego partnera. Chodzi o tę bezkompromisową beznadziejność położenia Sylwii. Opowiadającej historię szykanowanych kobiet, które zamykają się w świecie własnych wyobrażeń, gdzie próbują jakoś usankcjonować złowrogość świata. Dochodzą do tego jeszcze sprawy kryminalne, więc system opresji urasta w wyobraźni bohaterki do niebotycznych rozmiarów. To książka o autodestrukcji, której towarzyszymy w napięciu i oniemieniu. Katarzyna Kubicka doskonale portretuje wyobrażenia umysłu niesprawnego na tyle, by podporządkować się regułom stadnego życia w małej społeczności. To nie tylko anatomia szaleństwa i postępującej dezintegracji osobowości. To przede wszystkim językowa podróż w otchłań piekła bohaterki. Autorka czytelnie sugeruje, kto i w jakich sytuacjach pogłębiał wycofanie Sylwii i jej poczucie bycia kimś bezwartościowym, złym. Interesujące jest portretowanie stanów emocjonalnych; jesteśmy w tyglu kompulsywnego przeżywania świata, ale wciąż nie możemy zrozumieć istoty tego niedopasowania. Istotne jest mylenie czytelniczych tropów, aby czytający wciąż na nowo zadawali sobie pytanie o to, czego rzeczywiście bohaterka ma się bać.

Szykanowanie przez najbliższych i otoczenie to za mało. Katarzyna Kubicka pisze gęstą, przerażającą chwilami powieść o autodestrukcji i rozmaitych odcieniach strachu przed życiem. Świeży jest styl i stałe zacieranie granic między tym, co rzeczywiście przeżyte, a tym, co wyobrażone. Mroczna wizyjność tej powieści każe zastanawiać się także nad tym, co może być dla bohaterki synonimem spokoju i końca udręki. Kubicka zwodzi czytelnika, nie pozwala mu opuścić Sylwii i świata jej rojeń. Konfrontuje także jednostkę wrażliwą i o zaburzonym poczuciu własnej wartości z bezkompromisowym światem wokół, który każdą inność usiłuje zwalczyć. To zatem wyjątkowo wyrazisty oraz sugestywny debiut. Pulsujący rytm zdań doskonale oddaje to, w jaki sposób na co dzień myślimy, oceniamy, uznajemy coś za zasadne, odrzucamy nieprzystawalność. „Ballada o Sylwii” to także odważna książka o tym, że kobieca tożsamość nie ma określonych przynależności. Bohaterka wydobywa się z nich, ale też je kontestuje. Wartościuje, co jest w niej słuszne, a czego chciałaby się pozbyć. Tyle że proza Kubickiej nie określa wprost modelu funkcjonowania w małej społeczności, ona ten model dekonstruuje – nikt nie jest tym, kim się wydaje, nikt nie jest na miejscu i w porządku. A główna bohaterka bardzo sugestywnie wyraża wstyd. Wstydzimy się siebie, przerzucając wstyd na innych.


PATRONAT MEDIALNY

2019-06-09

„Z miłości? To współczuję. Opowieści z Omanu” Agata Romaniuk


Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 15 maja 2019

Liczba stron: 245

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Kobiety mówią

Oman nie funkcjonuje jakoś szczególnie w polskiej świadomości, albowiem nie polaryzuje opinii społecznej i nie kojarzy się z tym, co dziś rzekomo w islamie i krajach arabskich najgorsze. Spokojny, dostatni kraj, którego mieszkańcy od dekad wielbią sułtana – człowieka równie tajemniczego, co przedsiębiorczego. Oman jest trochę taką zagadką jak Kabus ibn Sa’id. Konkretny, wyjątkowo jak na kraj arabski otwarty (duże znaczenie ma tu ibadytyzm, o którego wyznawaniu autorka wspomina tylko marginalnie, a chyba szkoda). Jednocześnie zbiór opowieści Agaty Romaniuk – debiutantki! –  pozwala uczyć się od niej innym, nawet tym doświadczonym reportażystom, tego, w jaki sposób miejsce, o którym mamy klarowne i w miarę jednolite zdanie, można ukazać jako przestrzeń kipiącą od absurdów, emocji, kontrastów i oksymoronicznych zdarzeń. Słowem: uczynić z łatwych i porządkujących wyobraźnię tropów wyjątkowo barwne i trudne do ułożenia w głowie puzzle.

Romaniuk opowie o tym wszystkim poprzez kobiety, pryzmat ich doświadczeń i emocji, trochę za nie, a niekiedy wspólnie z nimi. Bardzo podoba mi się tu uważna perspektywa słuchaczki. Niezwykła umiejętność wyciągania obiektywnych wniosków podczas opisu sytuacji ze skrajnie różnymi postaciami czy wydarzeniami. Nie wiem, jak autorce udało się do końca zachować stanowczy dystans i przede wszystkim niewzruszony spokój, bo opowiada o państwie w gruncie rzeczy bardzo skomplikowanym, a może bardziej o relacjach ludzkich komplikujących się poprzez pewne uwarunkowania. To jednak przede wszystkim rozpisane na wiele głosów błyskotliwe studium omańskiej obyczajowości. I piękna opowieść o tym, co kobiety różni i jest w stanie poróżnić, a co łączy bez względu na wiek, wykształcenie, wyznawaną religię i kontakty z płcią przeciwną.

Właściwie to chciałoby się, aby ktoś u nas napisał z taką wieloznacznością, czułością oraz odwagą o polskich kobietach. Bo te omańskie doczekały się naprawdę wspaniałego, panoramicznego i uczciwego wizerunku tego, co w nich różne, i tego, co je zawsze oraz wszędzie łączy. Agata Romaniuk z jednej strony nakreśli obraz kraju arabskiego, w którym kobietom żyje się wyjątkowo dobrze. Tu mogą robić kariery zawodowe, celebrować swą wolność i ku niej podążać, wydobyć się z męskiego mroku i być odważnymi, podążającymi za marzeniami osobami. W Omanie wielbiony przez wszystkich sułtan daje kobietom możliwości, których z różnych względów mogą nie mieć kobiety na całym globie, w różnych typach państw i w różnych społecznościach. Oman to jednak także miejsce, gdzie kobieta pilotuje samolot albo kontroluje ruch lotniczy, ale być może tuż obok nastoletnia dziewczynka sprzedawana jest wiekowemu mężowi, który chce w gruncie rzeczy tylko wykorzystać ją seksualnie. Oman daje bardzo wiele, ale równie wiele może odebrać. Omańska kobieta może być niezwykle szczęśliwa, ale również bardzo sfrustrowana. Podążać ku samorozwojowi i zatrzymać się mentalnie w niedzisiejszych czasach, zniewolona, poniżana i pozbawiona głosu sprzeciwu, gdy na przykład chodzi o kwestię przemocy małżeńskiej.

Tak to wszystko jest opowiedziane. Z dokładnością, czułością, ale także odważnym kontrastowaniem. Pokazywaniem, że potrzeby, oczekiwania, tęsknoty i smutki omańskich kobiet to przede wszystkim obraz wewnętrznej niespójności państwa chcącego uchodzić za nowoczesne i liberalne. Na ile liberalny jest omański mężczyzna? To również kwestia dyskusyjna, albowiem bohaterki Romaniuk zarówno są prezentowane w silnej opozycji do swego mężczyzny, z którym są gotowe walczyć, gdy krzywdzi, jak i stają się częścią jego życia, funkcjonowania i mentalności. Bo taką mają potrzebę albo są to tego zmuszone. A miłość i namiętność między samymi kobietami? Jest to również możliwe, gdy wyznaczą sobie azymut szczęścia bez mężczyzny. Niebywałe i niezwykłe w kraju arabskim. Islamskim. A jednak i o tym Agata Romaniuk opowie w doskonale obiektywnym stylu. W tej książce nie pojawi się ani jedno zdanie oceny. Nie ma euforii, gdy czytamy o emancypacji i kobiecej niezależności. Nie ma sugestii potępienia nawet wówczas, gdy wydaje się nam, że portretowani mężczyźni to pedofile albo pełni obrzydliwej hipokryzji damscy bokserzy.

I co z taką książką zrobić? Jak się do niej ustosunkować? Agata Romaniuk buduje historie, w których dominują pytania, choć te pytania nigdy nie padają wprost. To niebywałe, że osoba publikująca swój pierwszy reportaż potrafi zachować nie tyle dystans, ile przede wszystkim przepiękną harmonię mówienia o kraju oraz ludziach, którzy z różnych powodów nie odnajdują harmonii w sobie. Bo ta narzucana przez partnera nie jest niczym gwarantującym pełne zadowolenie z życia. I jeszcze ta miłość, inteligentnie umieszczona w tytule książki. Oman to państwo, w którym małżeństwo staje się bilansem zysków i strat. Gdzie kalkuluje się małżeńskie szczęście, ale też kobiety potrafią je definiować po swojemu, uciekając od niejednoznaczności emocji. Wiedzą, że dobrobyt Omanu to suma sprytu i przedsiębiorczości. A one chcą często być spełnione właśnie dlatego, że są sprytne i potrafią być przedsiębiorcze. Teza jednej z rozmówczyń głosi: „Miłość to krucha podstawa związku”. I tak jest z każdym truizmem, powtarzanym stereotypem albo osądem rzeczywistości, który ma nas uspokajać i porządkować świat. Romaniuk podważy wszystko, co oczywiste, a kwestie wieloznaczne umieści w swoich opowieściach w taki sposób, by uwierały i zmuszały do myślenia po lekturze.

„Z miłości? To współczuję” jest świeżym, oryginalnym i naprawdę świetnym reporterskim głosem, w którym szacunek do innej kultury współgra z umiejętnością wydobywania z opisu czegoś, co jednocześnie może być czułe i złościć. Podoba mi się też to, że kobiece historie budują gdzieś w wyraźnym tle obraz państwa, w którym tradycja i nowoczesność mogą iść w parze, ale bardzo często nie mają na to ochoty. I tworzą się sytuacje patowe. Niektóre groźne. Oblicze omańskiej kobiety to nie tylko uśmiech, zadowolenie oraz spełnienie. Są gorzkie łzy, jest doświadczenie przemocy, ale przede wszystkim samokwestionowanie tego, kim się jest. Mimo wszystko omańska kobieta chce brzmieć dumnie i tę dumę Agata Romaniuk pokazuje ze szczególnym nasileniem. Może przede wszystkim dlatego, że kocha kraj, o którym pisze. Zna i rozumie różnorodne kobiety. Wie, jak definiować kobiecość poprzez zaprzeczenia i kwestionowanie. Wie również, że po lekturze jej opowieści czytelnik nie zapragnie tylko spróbować daktyli i sprawdzić, czy do Omanu nie są organizowane jakieś tanie wycieczki. Zajrzymy w głąb kobiecej duszy, ale także ciała. Pod abaję, gdzie kryje się golden pussy. Ale Romaniuk pokazuje, czym jest szczęśliwe lub skrzywdzone kobiece serce. Bardzo mi się podoba w tej książce niuansowanie oraz operowanie kontrastami. Wyjątkowo dobra rzecz, aż za dobra jak na debiut. Pozostaje pogratulować i wierzyć, że każdy rejon świata oraz duszy ludzkiej można sportretować z taką różnorodnością oraz uwagą. Chapeau bas!

2019-06-04

„Sorge” Aleksandra Zielińska


Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 24 kwietnia 2019

Liczba stron: 336

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Miasteczko żałoby

Czytałem tylko debiutancki utwór powieściowy Aleksandry Zielińskiej, który pomimo całego potencjału wydał mi się trochę koturnowy, i bardzo chciałem odnaleźć się w innej książce tej autorki. Nie do końca mi się to udało. „Sorge” przypomina mi o rewelacyjnym debiucie Konrada Oprzędka „Łaskoci”, w której także mała społeczność musi radzić sobie z niezawinioną i bezsensowną śmiercią jej młodych członków. O ile o powieści „Łaskoci” powiedziano niewiele, o tyle „Sorge” ma się promocyjnie bardzo dobrze, choć to proza stwarzająca trudny do nazwania dystans – jest bardziej rzeczą artystyczną niż opowieścią o czymś. Zastanawiam się nad tym, dlaczego poetyckość Oprzędka potrafiła do mnie dotrzeć, a poetyzowanie Zielińskiej już jednak nie. Problem w tym, że zbyt wiele zdań stoi tu w rejestrze niepotrzebnego patosu. Wiele mogłoby właściwie nie istnieć, a wówczas wyszłoby to może tej powieści na dobre. Autorka jest drobiazgową kronikarką codzienności naznaczonej śmiercią i niebytem. Zbyt drobiazgową. Są liczne, niestety, momenty, kiedy czyta się „Sorge” i odpływa myślami gdzie indziej. Bo choć sam punkt wyjścia – miasteczko i mieszkające w nim kobiety mierzące się z traumą niesprawiedliwego odejścia dzieci – jest kapitalny i świetnie odsłaniany, to jednak narracja analizująca krajobrazy mentalne bohaterek staje się już trochę męcząca. Zielińska mimo obecności traumy proponuje w dużej mierze powieściową flautę. Skupiona na artyzmie swojej powieści trochę zapomina, że ma do opowiedzenia elektryzującą i bardzo mocną historię, której moc tutaj wygasa już na wstępie.

Przestrzeń tytułowego Sorge jest bezkompromisowa i bardzo hermetyczna. To klatka urojeń, mrocznych fantazji, tęsknot oraz bólu utraconego macierzyństwa. To także zbiorowisko nieszczęść i ukrytych dramatów, przypomina trochę współczesną puszkę Pandory. W Sorge już tylko się płacze, bo to miejsce wyjątkowo okrutnie naznaczone śmiercią i poczuciem dotkliwego braku. A jednak nie ma tutaj łez. Jest kilka okrutnych fraz portretujących miasteczko, jest także wiele niejednoznacznych odniesień do tego, w jaki sposób jego społeczność usiłuje wydobyć się z mrocznej pamięci. W tej scenerii Zielińska zaproponuje nam wiwisekcję dusz bohaterek, które na trzy różne sposoby cierpią, ale w żadnym to cierpienie nie jest wyrażone wprost. I to mi się bardzo podoba, natomiast gdy stoi za tym natłok trochę napuszonych metafor, można stać w dystansie wobec przeżyć, a to właśnie książka o przeżyciach. Specyficzna kronika mentalnych traum, z których bohaterki nie mogą się wydobyć.

„Sorge” to opowieść o miejscowej nauczycielce, która musi wziąć na siebie odpowiedzialność za to, co stało się na drodze z jej podopiecznymi. A stała się śmierć. Coś, co przychodzi nagle i bez żadnej definicji, a potem zmusza do tego, by definiować pustkę po sobie. Nazywać cierpienie rodzące się w momencie, w którym ktoś wydobył się żywy, a reszta straciła życie. Interesująco rozwinięta paralela z podaniem ludowym o szczurołapie z Hameln buduje nam tu opowieść o niezawinionej krzywdzie, ale także o utracie możliwości i wzięciu na siebie odium małej społeczności. Bezimienna nauczycielka staje w otwartej konfrontacji z cierpiącymi matkami, ale także w konfrontacji dużo trudniejszej – mierzy się sama ze sobą, swoimi prywatnymi traumami. Zielińska podkreśla stan emocjonalny bohaterki tym, że wciąż wędruje ona po miasteczku, odwiedza miejsca dla niej ważne, a może też przypadkowe. Jest w ruchu, bo nie przynależy do Sorge. A z drugiej strony przez tragiczny wypadek będzie już jego częścią na zawsze.

Aleksandra Zielińska opowiada historię płcią i definiuje ją poprzez płeć. Świetnie, bo z wielu różnych powodów to portretowanie kobiet w literaturze jest dużo ciekawsze niż prezentowanie męskich doświadczeń. Tyle tylko, że jej bohaterki nie dają dostępu do siebie albo same nie są w stanie zrozumieć, czym stają się ich uczucia po traumie, w jakim kierunku mają je nieść, co mają zmienić, a co na zawsze naznaczyć tragizmem. Mężczyzna w „Sorge” ma zdrobnione imię. Już na etapie nazywania jest kimś zinfantylizowanym, stojącym obok, cierpiącym być może inaczej. Mężczyzna chce uporządkować w swoich emocjach utratę i przejść nad nią do porządku dziennego. Albo skryć ją w sobie tak głęboko, by nie zaznaczała już bolesnego śladu. Kobieta w „Sorge” chce drążyć ten ślad, ruszać nim, przyglądać mu się, pielęgnować bliskość traumy. Paleta emocjonalnych barw dotyczy zatem tylko kobiet. Każda mierzy się z pewnym końcem, naznaczeniem słowem symbolem. Trzask jest tytułem rozdziału bez treści, ale to z niego wydobywa się cała struktura świata przedstawionego. I nieszczęśliwych kobiet, z których najbardziej fascynuje ta najstarsza, Adela.

Zielińska buduje bardzo sugestywny obraz starości i wyobcowania. Myślę, że to najmocniejsza strona tej książki. Adela jest fizjologią nazywaną przez specyficzne metafory. Jest bardzo konkretna, ale też nieobecna. To „kobieta pomnik” zmuszona do mierzenia się z tym, że zapomina samą siebie. Ale nie zapomina tragedii Sorge. Przejmujący, bezkompromisowy obraz kobiecego starzenia się jest w tej powieści skontrastowany z tym, że ktoś odchodzi zbyt wcześnie, zbyt nagle. Nie zdoła doświadczyć różnorodności życia, ale autorka stara się to życie sportretować. Ono toczy się gdzieś z dala od Adeli, ale seniorka jest też baczną obserwatorką. Pamięta dużo więcej niż tylko opresyjną teraźniejszość, bo przeszłość miasteczka wciąż jest pewnym opresyjnym „teraz”. Ale żeby oddać złożoność tej sytuacji, potrzebne jest kilka głosów. Na nie rozbija się powieść. W nich też tkwi jej największy mankament.

Szkoda, że nie ma w „Sorge” zindywidualizowania narracji i że te wszystkie kobiece głosy brzmią tak samo, są po prostu ponure i mimo wszystko zniechęcają do lektury. Każdy z nich opowiada o innym świecie przeżyć i doznań, a jednak fraza wydaje się zaskakująco ujednolicona, senna i złośliwie odrzucająca od siebie. A może to kwestia tego, że Aleksandra Zielińska wchodzi w detale z nadzwyczajną empatią, ale także z przesadą artystycznej kreacji. Ta opowieść mogłaby być… prostsza i jednocześnie w tej prostocie bardziej dosadna. Lingwistyczne gry z frazami nazywającymi stany emocjonalne niewiele uratują, jeśli autorka bierze na warsztat tematy właściwie wyeksploatowane przez współczesną literaturę, nie proponując nam żadnego wyrazistego spojrzenia w głąb nakreślonej rozpaczy. Przyznam, że uwagę do książki przyciąga fenomenalna okładka, choć sama metafora flaminga jest już dość oczywista i autorka dodatkowo wyjaśnia ją w jednej z rozmów. „Sorge” ma potencjał, ale nie ma w tej narracji dynamizmu. To zaskakujące, jak często polscy autorzy wybierają nie do końca przyswajalną dla czytelnika grę z formą zamiast skupienia na soczystej fabule.

2019-06-01

„Porachunki” Yrsa Sigurðardóttir


Wydawca: Sonia Draga

Data wydania: 15 maja 2019

Liczba stron: 400

Przekład: Paweł Cichawa

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Niezapomniane krzywdy

Yrsa Sigurðardóttir kontynuuje nową serię powieściową zapoczątkowaną przez „Odziedziczone zło”. Huldar Jónas, bohater jakby drugiego tła w pierwszej książce, pokaże tutaj, na co go stać, ale przede wszystkim zmierzy się z wyjątkowo okrutną historią poszukujących ratunku dzieci, które nie znalazły pomocy u ludzi dorosłych. „Porachunki” to rzecz odważna i interesująca. Sigurðardóttir już wielokrotnie udowadniała, że lubi szarżować i że jej przejaskrawienia mają czytelny cel. Pokazać Islandii jej absurdy i bolączki w wyjątkowo wyraźnym świetle. Tak jak w tej powieści, w której zmagamy się wraz z bohaterami z traumą najbardziej dotkliwą i być może najintymniejszą. Kontynuując temat dzieci skonfrontowanych z obliczami zła, islandzka pisarka podejmuje się przedstawienia anatomii pedofilii. Po raz kolejny zwróci uwagę na absurdy systemu prawnego w swoim kraju, ale zapyta także o bardzo istotną rzecz. „Porachunki” to powieść fantazja na temat tego, czy zemsta nie zrównuje w złu mścicieli z ich prześladowcami. Wybór zasadniczego motywu nie był zbyt oryginalny i w samym portretowaniu działań ludzi owładniętych chęcią zemsty nie ma niczego nowego. Nowatorskie jest spojrzenie z różnych perspektyw na mszczenie się. „Porachunki” to trochę taki wyimek z terapii grupowej, gdy słuchają i komentują nas inni. Czy to dobra książka? Jak wspomniałem, trochę przeszarżowana i nie do końca bronią się tu wszystkie hiperbole. Na pewno porusza bardziej od innych, bo choć dziecięcy bohaterowie nie zabierają tu głosu, obserwujemy jednak, jak trauma dziecka przenosi się na dorosłe życie i jak to życie potrafi zrujnować.

Huldar Jónas po finale śledztwa w „Odziedziczonym złu” zostaje zdegradowany. Szary bohater bardziej drugiego planu ze wspomnianej książki urośnie jednak w oczach czytelnika, wydobywając się z trudnej sytuacji, w jaką autorka wtłacza go już na wstępie. Freyja, z którą dzielnie tropił zabójcę w poprzedniej części cyklu, także oberwała i nie jest już dyrektorką Izby Dziecka, lecz szeregowym psychologiem dziecięcym. Ta dwójka ma się ku sobie, choć ich zaloty można byłoby określić mianem końskich. To wprowadza element humoru do mrocznych „Porachunków”, ale pozwala też rozwinąć się tej relacji w nowych okolicznościach. Krzywdy bowiem dotyczą dzieci, ale te dzieci są głównie pamięcią. Yrsa Sigurðardóttir opowie o ludziach, którzy nie mogą przestać pamiętać, i o tym, jak bardzo zdeterminowani są, by wymierzyć sprawiedliwość po swojemu. W kraju, w którym najgroźniejsi dewianci spędzają w więzieniu kilka lub kilkanaście lat, bo Islandia nadal wierzy w to, że człowiek może wydobyć się z najmroczniejszych zakamarków swojej osobowości, a sprawiedliwa kara nigdy nie jest nią w oczach tych, którzy zostali skrzywdzeni.

Niepewna siebie dziewczynka wchodzi do domu swojej nowo poznanej koleżanki i znika. Ta druga wie, co się wydarzyło, i zdaje sobie sprawę z tego, że to ciężar, który mocno przygniecie ją do ziemi. Pewien chłopiec spisuje listę ludzi, którzy mają zginąć po kilkunastu latach. Ten mroczny zapis zaczyna mieć odzwierciedlenie w rzeczywistości. Huldar Jónas i Freyja ruszą śladami dzieci, które kiedyś bezskutecznie wołały o pomoc. Śladami ludzi świadomych tego, że nikt i nigdy nie zapewnił im poczucia bezpieczeństwa. Śladami mordercy, który chce wyrównać rachunki krzywd sprzed lat, ale wie jednocześnie, że ich wyrównanie wymaga metodycznego planowania. I wydobywania z siebie kolejnych pokładów nienawiści, którą trzeba pielęgnować…

Sigurðardóttir udowodniła w „Odziedziczonym złu”, że mimo wielu powieści kryminalnych na koncie wciąż ma pomysły na to, jak zaskoczyć czytelnika zarówno narzędziami, jak i okolicznościami zbrodni. Nie inaczej jest i tym razem. Świetnie zbudowana dynamika powieści zaskakuje jeszcze bardziej w epilogu będącym zwykle smętnym dodatkiem do thrillerów, w których dowiadujemy się już wszystkiego, a należy je jakoś zgrabnie zakończyć. Ta książka rozpocznie drążenie naszej wyobraźni właśnie epilogiem. Wcześniej – wiele mniej lub bardziej spektakularnych morderstw oraz wspomniane przejaskrawienia. Te dotyczące sposobu pozbawiania życia, ale przede wszystkim motywacji do zbrodni. „Porachunki” są przez to odrobinę niewiarygodne. Autorka zawsze starała się realistycznie osadzić swoje kryminalne intrygi w islandzkiej rzeczywistości, dyskretnie i zarazem dosadnie sugerując, co mogłoby mieć miejsce w tym wyjątkowo spokojnym i czasem sennym kraju. Tutaj nagromadzenie zła i okrucieństwa rozsadza nieco ramy tej powieści. Nie uważam, że to dobry zabieg, bo książka broni się doskonale wielopłaszczyznowymi niedopowiedzeniami w sferze obyczajowej. Mamy dysfunkcyjną rodzinę, nieudolny system opieki społecznej, odrzucone dzieci będące potem na marginesie dorosłego życia i kilka tajemnic, które zgrabnie łączą się ze sobą, zapraszając do wyjątkowo przerażającego świata. W nim wiele bezkompromisowości i ta krzywda, na którą nigdy nie znaleziono antidotum. Okrucieństwo, które obejmuje wielu ludzi. Skrzywdzeni niemogący odnaleźć się w późniejszym życiu i wyjątkowo bolesna świadomość, że ktoś odszedł na skutek smutnych zbiegów okoliczności.

„Porachunki” to jedna z lepszych powieści kryminalnych Yrsy Sigurðardóttir. Autorka jest bardzo kreatywna, stara się nie powielać już stworzonych wzorców, jest niesztampowa i wie, że czytelnika można zaskoczyć na wiele sposobów. Dostrzec można czujność islandzkiej pisarki wiedzącej, że samo nazwisko nie gwarantuje zawsze literackiej jakości, o którą trzeba dbać za każdym razem na nowo. Tutaj dostrzega się tę uważność w budowaniu jakiejś nowej intrygi i całości świata przedstawionego. Widać dbałość o tę intrygę, ale również wiarygodność śledzących tajemnice, którzy stają się bardzo przekonujący, mają potencjał skupiania uwagi przy kolejnych książkach cyklu. Policjant, którego niezwykłość ujawnia się dopiero teraz, i zmagająca się ze swoimi demonami pracownica służby socjalnej. Uważna i analityczna, ale osadzona w instytucji, która – jak kilka innych – będzie tutaj postawiona w stan oskarżenia. Mnogość wydarzeń oraz wątków idzie w parze z pewną jednorodnością przekazu. Chociaż zło ma tu wiele oblicz i ujawnia się w różnych kontekstach, to jednak widzimy czytelnie, że bez względu na sytuację pozostaje złem i ma zawsze tę samą definicję. Dlatego oprawca i mściciel w pewnym stopniu zrównują się w definicji człowieka złego. Ale nie wszystko ma tak czytelne formuły, najbardziej zaś enigmatyczna jest sfera niewyrażonych dziecięcych przeżyć, naznaczonych traumą i bólem, poczuciem oszukania przez świat. „Porachunki” to powieść o tym, kim możemy się stać, jeśli pogrążymy się w bólu rozpamiętywania przeszłości i nie weźmiemy na siebie moralnej odpowiedzialności za to, by nie dopuszczać zła do swojej duszy oraz sumienia. Przykuwająca uwagę od pierwszej do ostatniej strony powieść o samotności, wyobcowaniu i zbrukaniu dziecięcej niewinności.

2019-05-28

„Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje” Charlie LeDuff


Wydawca: Czarne

Data wydania: 24 kwietnia 2019

Liczba stron: 272

Przekład: Kaja Gucio

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Ameryka czy ja?

Ależ jestem rozczarowany! Po znakomitym „Detroit” otrzymuję luźny spis refleksji człowieka sprawiającego wrażenie bycia na wiecznej adrenalinie albo cierpiącego na jakąś formę ADHD, który przemierza Stany Zjednoczone, by opowiedzieć o tym, jak bardzo sfrustrowana jest Ameryka i dlaczego wyścig o prezydenturę wygrał Donald Trump. Wszystko w specyficznym stylu, w którym bronią się może kolokwializmy, ale już nie rozumiem nadużywania wulgaryzmów, kiedy LeDuff stara się nimi za wszelką cenę udowodnić, że on to ten swojski chłop, który jest wiarygodny, bo pisze bez ogródek. Pisze również to, co myśli, nie za bardzo chwilami myśląc nad tym, co pisze. Dlaczego? Dlatego że proponuje książkę o oczywistościach. Podkreśla, że jego sposób bycia reporterem to przede wszystkim umiłowanie przygody oraz wieczna ciekawość. To się bardzo zaznacza w tekstach przygotowywanych przez lata do programu „Amerykanie”, jednak nie idzie za tym żadna merytoryczna spójność. „Shitshow!” to reportaż przede wszystkim o Charliem LeDuffie, o jego poglądach i sposobie bycia, niekoniecznie o procesach społecznych w Ameryce, które stara się ukazać w bardzo płytkim wymiarze. Autor chce być nonszalancki i jest taki w stopniu doskonałym. Chce pokazać cynizm, ale przedstawia go w nadmiarze. Jest uważny, choć nie dostrzega szczegółów albo zwraca uwagę na takie, które nie mają większego znaczenia.

Czy jest w tym wszystkim rzetelny? Obawiam się, że ta książka nie powiedziała mi o dzisiejszej Ameryce niczego, czego sam bym nie wiedział lub się nie domyślał. Czas i energia stracone zatem na jeżdżenie od wschodniego do zachodniego wybrzeża USA? W pewien sposób tak, ale nie dla autora. Bo to naprawdę reportaż o światopoglądzie LeDuffa, żadna historia tego, co toczy dzisiejszą Amerykę. Nie wyobrażam sobie zresztą, że można opisać specyfikę tak różnorodnego kraju w takim formacie i z takim przesłaniem. Zawsze będzie można odnieść wrażenie, że część spraw zostaje pominięta, część potraktowana ogólnikowo. A to, w jaki sposób wrze Ameryka ludzi, których nie chce się słuchać, to w dużej mierze także zagadka i dzisiejszy fenomen tego kraju. LeDuff opowiada o nim to, z czego wszyscy na świecie zdajemy sobie sprawę. Nie sygnalizuje ani jednego tematu, którego nie przeanalizowano przed nim.

Warto zacząć od kwestii wspomnianego już stylu. Jest on integralną częścią tych reportaży, one dokładnie tak mają zostać opowiedziane i sprawa werbalizacji emocji jest tu przesądzona na rzecz tego, co dosadne. W tej dosadności nie ma jednak sposobu na dobrą opowieść, bo o ile czyta się tę rzecz dzięki temu bardzo szybko, o tyle taki sposób przedstawiania rzeczywistości zaczyna zwyczajnie męczyć. Próbka tego rzekomo oryginalnego i mającego przykuwać uwagę stylu? Proszę bardzo. „Na miejscu było co najmniej pięć ekip telewizyjnych, mniej więcej tak dyskretnych i opanowanych jak dupa pawiana w rui”. I tak jest cały czas. Nawet w momentach, gdy należałoby zachować śmiertelną powagę albo ująć dramat bohaterów nieco delikatniej. LeDuff nie jest słoniem w składzie porcelany, jednak brak mu pewnej czułości i uważności w słuchaniu ludzi. Przepytuje wiele osób, ale nic nam z tych rozmów ważnego w pamięci nie zostaje. Gorycz Szoszonki pozbawionej ziemi odbierze tylko bardzo wrażliwy czytelnik. Chciałoby się naprawdę poznać jej opowieść. Podobnie jak historie pracowników branży motoryzacyjnej wspinającej się na szczyty hipokryzji w głoszeniu tego, że zależy jej na losie maluczkich. Albo na przykład temat tego, jak Ku Klux Klan przygarnia w swe szeregi białych bezrobotnych frustratów. Na szczęście o tym świetnie opowiedziała mi Katarzyna Surmiak-Domańska, więc nie poczułem niedosytu.

I wiem, że to miała być książka o wielu problemach, próba pewnego panoramicznego spojrzenia na kraj nękany zapaściami, gdzie prozaiczne potrzeby obywateli i ich bardzo zwyczajne marzenia nie mogą zostać z różnych powodów zrealizowane. Wiem, że w takim ujęciu problemu nie ma czasu i miejsca na niuansowania. Ale też nie rozumiem, po co w tak oczywistych kontekstach opowiadać o ludzkiej goryczy, dopisując jej na siłę amerykański adres, skoro przecież looserzy, frustraci i agresorzy funkcjonują w większości społeczeństw tego świata na takich samych, identycznych wręcz zasadach. Co zatem wydobywa się z „Shitshow!”? Moim zdaniem przede wszystkim trudny do zrozumienia cel tej książki. Zakładałem, że poznam głosy tych Amerykanów, z którymi nikt – jak ze stanem Iowa poza prawyborami – się nie liczy, nie słuchając i nie zastanawiając się nawet nad tym, czy mają cokolwiek do powiedzenia. Samych bohaterów jest w tej pozycji niewielu. Jest za to Charlie LeDuff. Wszędzie i na pierwszym planie. Opowiadając o meksykańskich perypetiach, chce nawet z tej książki zrobić coś bardzo sensacyjnego. Ale to nie jest powieść sensacyjna, w której mają się liczyć szybkość i mało gustowne metafory. To miał być reportaż o Ameryce, jakiej nie znamy albo jakiej nie zrozumieliśmy. Nie ma w nim niczego odkrywczego, choć pojawiają się fragmenty dowcipne i dosadne. Chyba nie o to powinno w takim obrazowaniu świata chodzić. Albo uprzedziłem się do stylu. Naprawdę jednak uczciwie oddanych rozmów z borykającymi się z problemami Amerykanami jest tu jak na lekarstwo.

Najlepsze są na pewno teksty z Detroit, do którego LeDuff wraca i o którym opowiada ze smutkiem przemieszanym z wyjątkową formą współczucia. Kiedy autor obrazuje swoje rodzinne miasto, każdy problem jest przedstawiony z dużą dozą uwagi i przede wszystkim czule. Detroit zmieniło się od czasu publikacji poprzedniej książki LeDuffa, a każda zmiana sygnalizowana jest bardzo wyraziście. Najbardziej niebezpieczne miasto USA okazuje się w narracji autora miejscem, do którego chciałoby się przyjechać. Mimo niedostatków, nierówności, bolesnych deficytów i wszechobecnego podziału ze względu na kolor skóry. Bo „Shitshow!” to też książka o tym, że w Stanach Zjednoczonych po ośmiu latach rządów czarnoskórego prezydenta wciąż na nowo trzeba udowadniać, że „czarne życie ma znaczenie”. W portretowaniu problemów rasizmu i apartheidu LeDuff sprawdza się naprawdę bardzo dobrze. Szkoda tylko, że ta książka tonie w oczywistościach i bardzo pobieżnie traktuje inne równie ważne kwestie. Nawet przyglądanie się wyborczym dokonaniom Trumpa wypada tutaj bardzo blado. Ta opowieść nie ma tej sugestywnej siły, która uwiodła mnie w „Detroit”. Jest pokazem tego, że reporter może bardziej dbać o formalną stronę opowiadania o czymś, a mniej troszczyć się o przedmiot opisu. A to – moim zdaniem – nie jest już cecha reportażu, lecz czegoś wydobytego z egocentryzmu. I ten egocentryzm, niestety, bardzo tutaj widać. Dlatego „Shitshow!” to słaba książka o naprawdę skomplikowanych i różnorodnych problemach dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Taka, która wiele zapowiada, a potem z historii na historię coraz bardziej rozczarowuje.

2019-05-23

„Wyspa” Żanna Słoniowska


Wydawca: Znak

Data wydania: 22 maja 2019

Liczba stron: 270

Oprawa: twarda

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Północne dylematy

Druga książka każdego autora po znakomitym debiucie jest pewną wykładnią tego, czy to dobry pisarz. Żanna Słoniowska – nagrodzona między innymi przeze mnie w konkursie literackim – po świetnym „Domu z witrażem” udowadnia, że pisać potrafi, tylko w drugiej książce nie mogła się zdecydować, o czym napisać. „Wyspa” całkiem zgrabnie przełamuje granice między metaforami a dosłownością, jednak staje się powieścią bardzo monotonną. Narracją z brakiem skonkretyzowanego celu. Odczytać ją można różnie. Idąc tropem dosadnej i mało oryginalnej metafory tytułowej, należy rozpatrywać „Wyspę” jako opowieść o niedostępnej kobiecie, o jej idealizowaniu, ale przede wszystkim o niemożliwościach emocjonalnych, bo Słoniowska chce sportretować, jak istotna w relacji jest nieobecność, jak może być intensywna. Dalej jest mowa o statusie pisarza i funkcji literatury – bardzo to wszystko wtórne i ocierające się o jeden wielki truizm. Jest również nieudana próba zmierzenia się z przestrzenią i symboliką Północy. Tutaj otrzymujemy raczej stylistyczne wprawki bazujące na stereotypach i bolesnych oczywistościach w obrazowaniu miejsca, do którego z zupełnie dla mnie niezrozumiałych powodów przybywa główny bohater doświadczający tego, czym może być surowość w każdym znaczeniu tego słowa. Nie jest surowo, jest raczej koturnowo. Także w dialogach inkrustowanych cytatami, aby było bardziej niejednoznacznie i ładnie. Całość gubi jakieś zasadnicze przesłanie. Nie odnalazłem się w „Wyspie”. Ani w jej strukturze, ani w przesłaniu, bo w zasadzie trudno mi powiedzieć, jakie jest przesłanie. Żanna Słoniowska wzięła na warsztat kilka dyżurnych oraz wdzięcznych literacko tematów. Opowiedziała dobrze w zasadzie o czymś innym. O piekle nieudanego związku, którego piętno odciska się na emocjach zranionych partnerów.

Tak, ta historia najbardziej przykuwa uwagę. Dawid, czterdziestoletni pisarz, przeżywa kryzys małżeński. Właściwie kryzysem można nazwać jego małżeństwo od samego początku, co zaznaczają przemyślenia bohatera: „Jak mocno wprawiliśmy się w nierobieniu sobie krzywdy”. Ta krzywda jest jednak czytelna i ujawnia się z przejmującą dosadnością. Oderwany od codzienności Dawid konfrontuje się z kobietą, która uznaje, że ma go na własność. Religijność żony i brak wiary jej męża to czytelna dychotomia, na której rozpina się ich dramat braku porozumienia. Ale świetne są pojedyncze sceny, obrazowanie bezradności i rozpaczy. Tu Słoniowska wprowadza nam elementy bardzo dobrego teatru. Bohaterowie są wyraźni i wiarygodni. „Wyspa” jest zatem świetną książką o tym, jak nie umiemy być razem. Poza tym jednak opowieścią, w której trochę na siłę dodawane odniesienia do literatury czy filozofii nie budują jednak pasjonującej fabuły.

To rzecz o specyficznej relacji. Artysty oraz osoby zawodowo zajmującej się środowiskiem artystycznym. Mężczyzny oczarowanego bliżej niesprecyzowanymi cechami kobiety, do której zaczyna wzdychać, i kobiety pojawiającej się jakby mimochodem, tworzącej aurę tajemniczości wokół siebie, od początku do końca będącej wciąż symbolem i punktem odniesienia do rozmyślań, a nie kobietą z krwi, kości i emocji. Chłodna północna wyspa wyzwoli w Dawidzie zaskakująco ciepłe uczucia. Każe mu skonfrontować się z czymś, czego być może nigdy nie odczuwał. To taka spóźniona inicjacja wyrażona bardzo pompatycznie – w listach pełnych wyznań mających być opowieściami, minimoralitetami, komentarzami do rzeczywistości postrzeganej i interpretowanej przez artystę. Słoniowska chce nas zaskoczyć nietuzinkową relacją, w której ważne jest to, co nieobecne. Chce zbudować napięcie na tym, że przyzwyczajony do spełniania swoich oczekiwań człowiek nagle nie może przebić się przez pewien mur stworzony z czegoś, co niedostępne czytelnikowi, bo nie jest powiedziane wprost, dlaczego kobieta, którą zainteresowany jest Dawid, unika bliskości, do jakiej on chce doprowadzić.

„Wyspa” konfrontuje bohaterów z ich specyficznym wyobcowaniem. Z osobnością, której Słoniowska chce nadać znamion czegoś, czego nigdy nie można do końca zdefiniować. To zatem książka o tym, kim nie możemy być w relacji, a jednocześnie świadectwo tego, jak przez tę niemożliwość definiujemy samego siebie. Dawid jest obserwatorem i komentatorem rzeczywistości, ale wbrew pozorom to nie enigmatyczna Muriel, do której nie może się zbliżyć, jest dla nas największą zagadką interpretacyjną. I tu pojawia się problem, bo Dawid jest raczej wyrażeniem autorskich poglądów i przekonań niż zbudowanym siłą fikcji bohaterem powieści. Samo to, kim jest i czym się zajmuje, sytuuje go w granicach przewidywalnych dylematów. Jego emocjonalność jest zagadką, ale jednocześnie nieco nuży. W tej powieści narracyjna flauta trwa od początku do końca. Nie udaje się jej przerwać ani mnogością różnych wątków, ani tym, o czym napisałem na wstępie. Chodzi o to, że Żanna Słoniowska wie, w którym momencie użyć znaczeń przenośnych i kiedy skonfrontować czytelników z tym, co dosadnie bolesne. Dlatego moje przekonanie o tym, że autorka potrafi pisać, idzie w parze z poczuciem, iż stworzenie tak hermetycznego świata przedstawionego, w którym nienazwane emocje będą stanowić spiritus movens, wymagało głębszego przemyślenia tego, czym będą rzeczy nieoczywiste. „Wyspa” ma być powieścią sugestii i niepokoju. A jednak w pewnym momencie zaczyna nużyć. Osadza nas w tych nienazwanych stanach emocjonalnych i prowadzi przez rzeczywistość, w której ogniskuje się wszystko to, co ma oderwać od nieokreśloności, ale całość zmierza w kierunku, jakiego czytelnik nie jest do końca ciekaw. Słoniowska stosuje też zużyte marynistyczne metafory, by oddać tę nieokreśloność w surowych warunkach Północy, jednak nie proponuje nic innego niż obcowanie z intrygującą – tylko chwilami – formą książki. Jej treść to z jednej strony morze niedomówień, z drugiej jednak wykłady o oczywistościach albo nawiązania do spraw i problemów, które niekoniecznie nam się tutaj kleją w jakąś całość.

Rozczarowanie drugą powieścią Żanny Słoniowskiej znoszę dobrze, albowiem świadomość umiejętności pisarskich autorki nie pozwala mi myśleć o tym, że „Wyspa” to świadectwo początku równi pochyłej. Może literacki wypadek przy pracy. Może też świadomie zbudowana na niedomówieniach opowieść o miłości, o której autorka chciała napisać oryginalnie i z fantazją. Chciałoby się widzieć w tej książce potencjał drzemiący w emocjonalności bohaterów. Żanna Słoniowska jednak nie wychodzi poza nakreślanie napięć, sugerowanie paradoksów i budowanie atmosfery niepewności wobec własnych emocji. To za mało, bo narracja rzeczywiście jest surowa, ale nie w znaczeniu cechy dystynktywnej Północy. Może bardziej przypomina szkic większej powieści. Tak czy owak nie znalazłem w niej miejsca dla siebie, bo całą przestrzeń absolutnie zawłaszcza główny bohater. Z niepotrzebną temu zabiegowi intensywnością.

2019-05-21

„Raban! O kościele nie z tej ziemi” Mirosław Wlekły


Wydawca: Agora

Data wydania: 22 maja 2019

Liczba stron: 400

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Instytucja i wspólnota

Mirosław Wlekły proponuje nam bardzo ciekawą książkę – zarówno dla wierzących, jak i dla ateistów. Dla mnie, z ateistycznej perspektywy, lektura była bardzo budująca. Pokazuje, w jaki sposób struktura instytucji odpowiedzialnej za pomoc i wsparcie dla swoich wiernych rozsadza konwencjonalne ramy i okazuje się właśnie instytucją w służbie ludzi. Potęga tej niekonwencjonalnej wspólnoty jest ogromna. Opisane działania proponują nie tylko inne, nowoczesne i otwarte rozumienie tego, jak powinna wyglądać rola Kościoła katolickiego, ale obrazują przede wszystkim to, co uniwersalne i konieczne w odniesieniu do różnorodności postaw oraz potrzeb ludzkich. Nieprzypadkowo jeden z bohaterów tej książki mówi: „Cały świat przecież zbudowany jest z różnic”. Wlekły opowie o różnicach, które można zatrzeć. O takim sposobie działania Kościoła, który potrafi wydestylować to, co najważniejsze – oczekiwanie, by duchowe wsparcie przekraczało wszelkie granice, by wychodziło naprzeciw różnorodnym oczekiwaniom. By nie było wsparciem sztucznym i formułowanym w dokumentach. To opowieść o roli, jaką odgrywa instytucja kościelna, ale przede wszystkim o tym, jak tę rolę powinien realizować Kościół w XXI wieku. W czasie ogromnych niedoborów, emocjonalnych potrzeb i sytuacji, w których nie budynek, nie głoszona w nim ewangelia, nie koloratka i nie cytowanie mądrości z Pisma Świętego mogą albo mają realnie pomóc wiernemu. Podoba mi się różnorodność perspektyw patrzenia na to, w jaki sposób instytucja przestaje być kostyczna. Ważny jest również rys historyczny, dzięki któremu opowieści Wlekłego rozumiemy lepiej i zwracamy uwagę na niuanse.

Można odnieść wrażenie, że „Raban!” to taki pean na cześć pontyfikatu papieża Franciszka. Ale to tylko pozór. Autor naturalnie stawia jego działania jako pewien wzór i na tym, jak Franciszek postępuje, buduje część narracji (na przykład opowieść o Birmie). Ale ta książka wskazuje na coś innego. Na to, że pod każdą szerokością geograficzną Kościół katolicki gotowy jest na niekonwencjonalne otwarcie na każdego, ale muszą mu w tym pomóc nie tyle specyficzne okoliczności, ile specyficzni, charyzmatyczni ludzie. Odwiedzając różne miejsca na ziemi, Mirosław Wlekły opowiada przede wszystkim o konfrontacjach z ludźmi gotowymi na tworzenie religijnej wspólnoty tam, gdzie religia może schodzić na dalszy plan w obliczu trudności, niebezpieczeństw i dylematów związanych z tym realnym, a nie duchowym życiem. „Raban!” sugeruje, w jaki sposób religia może wychodzić naprzeciw ludzkim wyzwaniom. Obrazuje, co można zrobić dobrego dla pojednania, miłosierdzia i dobroci, a także opowiada o tym, jak wiele definicji tych pojęć może się przed nami skrywać.

Nieprzypadkowo opowieści Wlekłego rozpoczynają się od Argentyny, ojczyzny Franciszka. Kraju, w którym ksiądz bez koloratki i wyróżnień służy ubogim i wykluczonym, nie oceniając także postaw ani sposobu życia wolontariuszy, którzy mu w tym pomagają. Argentyńska opowieść to przewodnik po skrajnej biedzie, która pozornie nie potrzebuje duchowego, ale innego rodzaju wsparcia. Nic bardziej mylnego. Autor sugeruje, jak ogromną rolę może odegrać niekonwencjonalne działanie księży tam, gdzie wszystko w jakiś sposób jest niekonwencjonalne. Odbiega od stereotypów i uproszczeń, a jednocześnie w dużym uproszczeniu opiera się na tym, że ludziom czegoś brakuje. Poszanowania godności, normalnych warunków egzystencji, zrozumienia dla dramatów prowadzących często do tego, że odchodzi się od wiary, bo nie ma na nią czasu ani energii.

Pełni tej energii, konsekwencji w działaniu i przekonania o słuszności własnych poczynań są ludzie wszędzie tam, gdzie Kościół może się zaangażować w dialog. Na przykład w pojednanie między religiami. Opowiadają o tym rozdziały dotyczące Libanu czy Belgii. W Libanie wspólna przestrzeń do dzielenia idei oraz modlitwy jest niezwykle skomplikowana, ale możliwa. Równie możliwe jest szerzenie tolerancji w brukselskiej dzielnicy wykluczenia, z której w mniemaniu opinii publicznej wydobywają się najokrutniejsi i najbardziej bezkompromisowi terroryści. Portretowani ludzie zwracają uwagę na to, że żadna religia nigdy nie stała i nie będzie stać za aktami przemocy. Działają na rzecz pokojowych rozwiązań antagonizmów, które często polaryzują samych wyznawców religii chrześcijańskiej. Okazuje się, że możliwe jest, by katolicy, muzułmanie i buddyści usiedli przy jednym stole. Są sprawy i wartości ważne dla nich wszystkich. Także dla ateistów, którzy chętnie dołączają do zbudowanej przestrzeni otwartości i dialogu.

Świetny jest rozdział, w którym podróż nie odbywa się wcale daleko, bo za naszą południową granicę. Wlekły opowiada o trudnej historii czeskich księży w epoce komunizmu, ale lekkim piórem kreśli także obraz tego, kim dzisiaj jest ksiądz w Czechach. Niewyobrażalne, że tuż obok nas, tkwiących w kostycznych wyobrażeniach o tym, co człowiek w sutannie może, a czego mu nie wypada, można swobodnie wypić piwo z czeskim księdzem i porozmawiać z nim o tym, że na przykład celibat nie jest żadną integralną częścią kapłaństwa. Opowieść o Kościele czeskim zgrabnie połączonym w jednym rozdziale z jego odpowiednikiem w Brazylii najbardziej chyba dosadnie obrazuje, że instytucja ma służyć wspólnocie, a nie dbać o strukturę. W Czechach księża mogą być żonaci, a w Brazylii mszę może odprawiać kobieta. Tak dalekie od siebie i tak różne kraje jest w stanie połączyć więcej, niż moglibyśmy przypuszczać. I to jest też siła „Rabanu!” – umiejętność nietuzinkowego kompilowania omawianych problemów, pokazywanie zaskakująco wielu czytelnych paraleli, ale przede wszystkim wskazywanie na to, że Kościół winien przede wszystkim komunikować się z wiernymi, którzy są różnorodni i mają tak samo różnorodne potrzeby. Czasami są to potrzeby materialne, bez żadnej duchowości. A jednak w nich skryty jest początek drogi ku temu, by odnaleźć w drugim człowieku kogoś, kto zaufa wspólnocie, nie instytucji.

W książce padają jeszcze inne ważne słowa: „Co z tego, że Kościół ma klucze, skoro nie otwiera nimi drzwi?”. Wlekły obrazuje mechanizmy działania i funkcjonowania instytucji, która dla zapewnienia własnego komfortu trwania obłożyła siebie oraz świat kategorycznymi zakazami oraz zbudowała granice, poza które nie może wydobyć się empatia i szacunek dla różnorodności. Analizując działania angielskiego oraz amerykańskiego Kościoła katolickiego, Mirosław Wlekły zwraca uwagę na to, jak bardzo na przestrzeni lat deprecjonowani i odsuwani przez Kościół byli ludzie innej orientacji seksualnej. Opowieść o tym, jak przywraca się wspólnocie wiernych LGBT prawa do udziału w obrządkach i uczestniczeniu w strukturze kościelnej, to pouczająca historia mówiąca o tym, że wszystkie bastiony uprzedzeń gloryfikujące bezpieczne dla instytucji status quo mogą zostać obalone, czasem bez większego wysiłku.

Bo wszystko, co kostyczne i surowe w Kościele katolickim, wydobyło się z tego, że ta instytucja chciała być wszędzie, ale nigdy nie chciała rozumieć świata, do którego zaglądała. To świetna książka o tym, co dzieje się wówczas, gdy instytucja szeroko otwiera swe drzwi w miejscu, do którego weszła zupełnie bez przygotowania na inność i różnorodność. Książka o tym, że to wierni, a nie hierarchowie tworzą faktyczne i prawdziwe oblicze Kościoła katolickiego. Wlekły sugeruje również, że poczucie wspólnoty budować można zawsze w atmosferze bez uprzedzeń. Wszystkie stworzone z podziałów i wskazywania inności jako czegoś wrogiego służą jedynie atomizowaniu. Świat i ludzie są różnorodni. Nowoczesny Kościół powinien tej różnorodności wyjść naprzeciw.

2019-05-17

„Klub snów” Katarzyna Michalczak


Wydawca: Cyranka

Data wydania: 15 maja 2019

Liczba stron: 302

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Odcienie wyobcowania

To podwójny debiut – wydawnictwa i autorki. Katarzyna Michalczak wypada w nim bardzo dobrze. Proponuje poetycką wyprawę przez świat wyzbyty tego, co subtelne i delikatne. Zaprasza na spacer po miejscach, w których zranione dusze boleśnie uświadamiają sobie, że samotność to coś niebywale skomplikowanego. W jej opowiadaniach najważniejszym bohaterem jest właśnie samotność, a trzynaście tekstów zbioru to przede wszystkim opowieść o tym, w jaki sposób swoje prywatne porzucenie przez bliskich niesiemy ze sobą przez życie. „Klub snów” to taka smutna bajka rozpisana na trzynaście rozdziałów. Bajka, w której dziewczynka staje się kobietą, a kobieta na powrót smutną dziewczynką – odrzuconą przez zapracowanych rodziców, przez rówieśniczki, rozpaczliwie próbującą walczyć o bliskość kogokolwiek. Albo czegokolwiek, gdy chce szczerze porozmawiać z komputerem przyjaciółki. Michalczak bardzo umiejętnie rejestruje i opisuje stany emocjonalne, które wywołują w nas najbliżsi ludzie. Raniący często nieświadomie, a czasami z perfidnym okrucieństwem. Ta książka opowiada o tym, jak trudno jest się w życiu oprzeć na drugiej osobie, jeśli choć jeden raz taka próba kończy się odrzuceniem – bolesnym fiaskiem, świadomością, że ma się czasem tylko siebie i swoje emocje. Destrukcyjne emocje.

Gdyby przyjrzeć się temu, co stanowi mankament tego zbioru, to wskazać można na opowiadanie „Geniusz”. To też jedyny tekst w zbiorze, którego głównym bohaterem jest mężczyzna. I jeśli mężczyzna, to muszą być wulgaryzmy. W zupełnie nieuzasadnionym nadmiarze. To opowiadanie jest trochę zlepkiem chaosu i o ile na przykład tekst „Ciociu” otwiera się przed nami z każdym nowym zdaniem, oferując coś nowego, zaskakującego i innego, o tyle „Geniusz” zjada własny ogon. Katarzynie Michalczak portretowanie męskiego krajobrazu emocjonalnego najwyraźniej nie wychodzi. Zupełnie inaczej ma się jednak sprawa z jej dziewczynkami, kobietami, także staruszkami. Są dla siebie wzajemnie opresyjne i jednocześnie niezwykle sobie bliskie. Tworzą swoiste sojusze, bo muszą żyć także w konfrontacji. Oddalają się od siebie i zbliżają w najmniej spodziewanych momentach. Współczują sobie, ale przede wszystkim starają się współczuć cierpieniu. Dopiero wówczas, gdy ujrzą je naprawdę, bo krzywda i rozczarowanie to coś, co bohaterki opowiadań chowają gdzieś głęboko w sobie. Ale też tylko dla siebie, dla innych kobiet, dla podobnie zagubionych albo rozpaczliwie poszukujących sensu swego życia.

Najbardziej poruszają wizerunki dziewczynek. Autorka udowadnia, że dziecięcą traumę odrzucenia można sportretować na wiele różnych sposobów. I za każdym razem jest to coś nowego mimo kontekstów, w jakich przedstawiane są dziecięce dramaty. W opowiadaniach „Bad command or file name” czy „Śniło mi się, że spadałaś w przepaść” Michalczak z niezwykłą drobiazgowością oraz czułością oddaje cały skomplikowany rejestr przeżyć dziecka, obrazuje jego percepcję świata. Ukazane są zależności, w jakich te dziewczynki muszą się odnaleźć, bo jest to konieczne dla ich poczucia przynależności. Walczą o uwagę, ale przede wszystkim chcą zaprosić do swojego świata przeżyć czytających – bo osoby z najbliższego otoczenia dziwnym trafem nie chcą przyjąć zaproszenia. Porusza również uciekająca w baśniowy świat wyobraźni dziewczynka z opowiadania „Serduszniczka”. Gdzieś, w jakiejś zrozumiałej i akceptowalnej przestrzeni dziewczęce umysły muszą znaleźć swoją sferę poczucia bezpieczeństwa. Tymczasem o jego braku mówi w zasadzie każdy tekst. Katarzyna Michalczak bez przejaskrawień czy formalnych zabiegów podkreślających okrucieństwo nieczułości zgrabnie i sugestywnie portretuje bolesny obraz wyobcowania. Wynikający z tego, że tu i teraz nie ma żadnego stabilnego fundamentu. Tkwi się w jakichś relacjach, ale nie proponują one poczucia, że dawanie tyle z siebie pójdzie w parze z otrzymywaniem.

Dlatego istotne są teksty o rozstaniach i rozczarowaniach w związkach dorosłych już kobiet. To bohaterki, które być może wydobyły się z domów portretowanych w narracjach o dziewczynkach. Przejmująca jest anatomia rozpadającego się związku w opowiadaniu „Mój piękny ogród”, ale równie działająca na wyobraźnię opowieść o tym, w jaki sposób mężczyzna asekuruje się, by romans nie przerodził się w odpowiedzialność za drugą osobę, kobiece wrażliwość i oddanie („Jestem w ciąży”). To historie o tym, jak kobiecie trudno jest być z mężczyzną, ale przede wszystkim opowieści o braniu na siebie odpowiedzialności za niego, przejmowaniu jego lęków i frustracji. Zapominaniu o swoich deficytach emocjonalnych oraz tęsknotach, kiedy trzeba się mierzyć z atakiem uczuć drugiej osoby.

Michalczak pisze również o doświadczeniu śmierci, choć umieszcza to umieranie jakby na marginesie. A jednak końce są istotne. Nieważne, czy umiera kolega ze szkolnej ławki, czy dorosły mężczyzna, którego znało się z przeszłości, a który postanowił nagle rozstać się z życiem. Dla bohaterek opowiadań życie czasem jest zbyt intensywne i pokusa nieistnienia pojawia się gdzieś na horyzoncie, ale to jednak bohaterki dynamiczne. Idące do przodu z podniesionymi głowami mimo ran w sercu, rozczarowań czy poczucia niedopasowania.

Podoba mi się poetycka wrażliwość autorki „Klubu snów”. To, w jaki sposób za pomocą słów pastelowymi barwami maluje przed nami szarą i ponurą codzienność, w której nie ma przecież nic barwnego, nie ma żadnego ciepła, pozornie nie ma też niczego mającego przykuwać uwagę. Tę rzeczywistość, z której wydobywają się historie jakich wiele, ale jednocześnie nakreślone w bardzo nieszablonowy sposób. Ze zwracaniem uwagi na sytuacje i interakcje, nad którymi zwykle się nie zastanawiamy. Dlatego ciekawe jest zapamiętywanie szczegółów – jaki przedmiot dla kogo jest ważny, co stanowi centrum uwagi, gdzie rozgrywają się wydarzenia. Interesujące są też metafory autorki. Proponuje nam je ona dość nonszalancko, czasem są pozostawione mimochodem, sprawiające wrażenie nieistotnych, takie autorskie gry słowne. A jednak jest inaczej. Nie umiem odczytać tych opowiadań w taki sposób, by zrozumieć ich poetycki kod, ale to też dodatkowe wyzwanie dla czytelnika, który odnajdzie się we wszystkich słownych niejasnościach. W tych zderzeniach zdań, za którymi stoi opowiadana zupełnie niewerbalnie samotność. Bo jak wspomniałem na wstępie, jest to niezwykle poruszająca książka o tym, kim jest samotna kobieta. W jaki sposób ta samotność staje się stygmatem i co boli bardziej – odrzucenie czy nieumiejętność zbliżenia się do drugiej osoby. Frapujące opowiadania i całkiem dobry debiut prozatorski.

2019-05-14

„Dziwka” Anna Mazurek


Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 10 maja 2019

Liczba stron: 360

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Ciało i śmierć

Tak spektakularny debiut literacki nie zdarza się często! Niesamowita wyobraźnia młodej autorki buduje nam świat z największego koszmaru. Tyle że ten koszmar powstaje z naszych wyobrażeń i to my jesteśmy głównymi aktorami spektaklu zła. „Dziwka” to bardzo mocny i bezkompromisowy głos młodego pokolenia. Opowieść o zbrutalizowanym świecie, w którym możemy funkcjonować jako marionetki koszmarnych zbiegów okoliczności. Już na wstępie pada ważne dla zrozumienia tej powieści zdanie: „Prawie wszystko jest dziełem przypadku. Reszta to jego konsekwencje”. Na ile bohaterowie tej książki zanurzeni są w gorzkich koincydencjach, na ile zaś świadomie kreują swój los i nazywają własną tożsamość – to jedna z zagadek tej bardzo enigmatycznej powieści. Stworzonej w konwencji kryminału noir, ale wydobywającej się z niej na wiele różnych sposobów. Dwudziestotrzyletnia pisarka trzyma czytelnika w szachu od pierwszej do ostatniej strony. W żelaznej klamrze kompozycyjnej. Proponuje mroczne studium autodestrukcji i wyobcowania, ale kreśli też śmiały i nadzwyczaj trafny obraz czasów, w których to, co złe i okrutne, wydobywamy ze środków masowego przekazu, karmimy się tymi treściami, kształtujemy swoje poglądy i osobowości w straumatyzowanym kanonie wartości, które zawsze i wszędzie można podważyć.

Mery przybywa do miasta, w którym nie powinno jej być. Dzieje się to tuż po tym, jak ciało jej przyjaciółki, potwornie skatowane, zostaje odnalezione w zimnym lesie. Dziewczyna jeszcze żyje, ale nie będzie mogła wskazać mordercy. To, co przydarzyło się Weronice, znajduje odzwierciedlenie w kompulsywnych działaniach Mery i sposobie jej myślenia. Weronika w opinii wielu zasłużyła sobie na swój los. Używała ciała i dawała innym możliwość, by traktowali ją przedmiotowo. W końcu ktoś posunął się do czegoś, czego denatka może nie przewidziała. Mery widzi więcej, niż wydaje się czytelnikowi. Postanawia dowiedzieć się, kto stoi za tym okrutnym zabójstwem, ale jednocześnie wejść w przerażający krąg wspomnień, które ukształtowały jej obecne życie. Rozpoczyna się walka z czasem i analizowanie dowodów wskazujących na to, kto chciał śmierci Weroniki. Poza pytaniem o to, kto ją zabił, pojawiać się będą także dużo trudniejsze pytania o to, kto jest kim w układance zdarzeń, jaką proponuje nam Anna Mazurek.

„Dziwka” jest dynamiczną powieścią z ogromnym potencjałem. Wychodzi poza ramy gatunkowe, które sama na początku wyznacza. Autorka opowiada o ludzkiej fascynacji złem, o zadawaniu sobie i innym bólu oraz o tym, w jaki sposób zdegradowana została moralność naszych czasów. Jak w tych warunkach mogą funkcjonować młode kobiety, jak łatwo im zgubić życiowe priorytety i jak często decydują się na gry z otoczeniem, które deprecjonuje ich role w tych grach, zupełnie nie rozumiejąc motywów postępowania. Mery będzie starała się odtworzyć ostatnie dni życia Weroniki, ale coś tutaj będzie nam zgrzytało, bardzo do siebie nie pasowało. Coś zmusi do myślenia o tym, jaki świat i czyją rzeczywistość Mazurek będzie chciała sportretować. Czy będzie to tylko historia odkrywania mrocznej zagadki kryminalnej? „Dziwka” opowiada o tym, jak traumatyczne mogą być nasze relacje, jeśli zbudowane są na ciągu traum z przeszłości. To książka kryminalna na tyle, na ile wskazuje innego rodzaju zabójcę niż ten, którego chcielibyśmy poznać. Co i w jaki sposób jest zabijane? Kto jest gotów naprawdę przekroczyć granicę życia i śmierci?

Wszyscy bohaterowie niosą w sobie gorycz życiowego niespełnienia. Dokonują wyborów, które mogą mieć tragiczne konsekwencje. Wkraczają w rejon znajomości, które wymuszają zależność. Takie mroczne podporządkowanie, w którym towarem będzie ciało. Anna Mazurek obrazuje seksualność jako targowisko próżności. Coś, co jednocześnie uwypukla i ośmiesza cielesność. Ktoś decyduje się na to, by użyć czyjegoś ciała. Ktoś zezwala na to, bo wie, że chce się upodlić. Ale w tym wszystkim jest jeszcze bardzo wiele niejednoznaczności. Droga od ciała, które zostało wykorzystane, do umysłu zainfekowanego chęcią niebytu jest wyjątkowo krótka. I bardzo dramatyczna. Dlatego wszyscy bohaterowie „Dziwki” to ludzie podejrzani i niepewni. Każdy niesie w sobie albo socjopatyczną niezdolność do współodczuwania, albo też nadmierną empatię, która może doprowadzić do zguby. Ważna jest postać nieobecnej, ale równie ważne śledzenie zależności między tą, która chce odkryć prawdę, a tą, która tę prawdę zabrała ze sobą z tego świata.

Ten niebywale sprawny konstrukcyjnie debiut to gorzka rozprawa z tym, kim chcemy być, i tym, kim mamy być, bo proponują to wzorce zewnętrzne. Mazurek obrazuje, w jaki sposób możemy znienawidzić siebie, wchłaniając pewną medialną strukturę narracji o tym, że ciało i funkcjonowanie w nim może być opresyjne. Nikt nie żałuje ofiary, jeśli wcześniej decydowała się na ryzykowne działania, oddawała swoje ciało innym, pozwalała na rozbicie przestrzeni własnego bezpieczeństwa. Weronika funkcjonuje tutaj jako pewien punkt odniesienia – poprzez jej śmierć widzimy rozpaczliwe próby mierzenia się z życiem tych, którzy w mniejszym lub większym stopniu czują się odpowiedzialni za tragedię. Ale „Dziwka” to przede wszystkim powieść o tym, jak sterowalne w życiu ludzkim jest zło, do czego prowadzi jego upowszechnienie oraz banalizacja i kiedy tak naprawdę pojawia się instynkt mający na celu zatrzymanie tego zła. Czy jest to instynkt samozachowawczy? Mazurek pisze o wojnie z życiem, a nie odnajdywaniu się w nim. O seksualności jako jednym z frontów tej wojny. Ale także o rozpaczy samotności i niezrozumienia. Wszystko w dekoracjach miejskich, w których wkraczamy do tych mrocznych przestrzeni, gdzie ciało i umysł podlegają destrukcyjnym wpływom.

„Dziwka” to także odważny debiut mówiący o kobiecym samostanowieniu i świadomych próbach kontestacji tego, kim widzi kobiety otoczenie. Dużo silniejsze są tu postacie dziewczyn podlegających różnym formom opresji niż mężczyźni zagubieni w mrocznych neurozach i wynikających z nich zachowaniach, które można jednoznacznie określić jako złe. Zło w tej powieści ma wiele oblicz, ale to, co najciekawsze, to próby ukazania, gdzie i w jakim stopniu się osadziło. To studium ludzkich wstydów, kompleksów i różnego rodzaju upadków. Takich, których konsekwencją może być już tylko śmierć. Wykorzystanie motywu śmierci także prezentuje się tu niebanalnie i świeżo. Wszystko w pełnej niedomówień narracji, która trzyma w emocjonalnym klinczu i serwuje wyjątkowo świeże wolty w zakończeniu, po którym lektura „Dziwki” to już trudne do uniesienia doświadczenie egzystencjalne. Świetna książka. Mroczna, bolesna i zadająca wiele niewygodnych pytań. O złości i bezsilności. O chęci zemsty za świat, w którym każdy z każdym musi walczyć. Mocna rzecz!