Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2018-11-16

„Flu Game” Wojciech Klęczar


Wydawca: FORMA

Data wydania: 25 października 2018

Liczba stron: 130

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det.: 29 zł

Tytuł recenzji: Prozaiczne wyobcowanie

Jarosław Maślanek i Wojciech Klęczar to moi dwaj współcześni polscy pisarze od smutku, wyobcowania i melancholii. O ile Maślanek wokół tych motywów tworzy bardzo dobre powieści, o tyle Klęczarowi jego powieść nie wyszła. Trzonem konstrukcyjnym „Flu Game” są powracające z opowiadań „Wielopole” struktury składniowe obrazujące bohatera wędrującego po krakowskich knajpach i wysłuchującego ich bywalców. To, co dawało dobry fundament krótkim formom narracyjnym, nie jest już zaletą powieści, nawet jeśli uznamy, że Klęczar się nie powtarza i ma nam do zaoferowania nową historię. „Flu Game” ma bardzo niespójną kompozycję. Stworzona jest z epizodów, które po pierwsze – nie wiążą się w całość, a po drugie – sprawiają wrażenie zlepionych bez głębszego zamysłu. Zmęczyłem się i bohaterem tej książki, i przeżywanymi przez niego wydarzeniami, i przesłaniem tej historii. Autor źle wyważył proporcje – odnieść można wrażenie, że pod koniec próbuje stworzyć coś interesującego dla równowagi. Najpierw grzęźniemy mocno w dość trywialnych i sztampowych rozważaniach o życiu, a potem interesujący kierunek, w jakim zmierza ta powieść na ostatnich stronach, staje się jakby rozpaczliwym ratunkiem dla całości. Nieudanym, gdyż „Flu Game” jest powieścią przypadkowości i wywołuje znużenie. Szkoda, bo może to kwestia sięgania po coś, co zostało wyeksploatowane w „Wielopolu”. A może cała ta historia nie została dokładnie przemyślana.

Kamil jest sędzią, który w wolnym czasie kręci się w okolicach krakowskiego Rynku i w gwarze miejsc publicznych stara się zapominać o wszystkim, co go ukształtowało, uczyniło z niego smutnego mizantropa. Pojmowanie pojęcia sprawiedliwości w pracy a rozumienie go w życiu prywatnym to dla bohatera jakby dwie osobne kwestie. Kamil uznawany jest za zbyt łagodnego sędziego. Uważniej niż inni przysłuchuje się sądzonym, obserwuje ich, jest w stanie wykazać się dużą dozą empatii w rozumieniu motywów ich postępowania. Mniej tej empatii ma w stosunku do siebie. Unika prawdziwej konfrontacji ze zdarzeniami, które naznaczyły go na zawsze. Enigmatycznie wspomina trudne relacje z kobietami, bliskich ludzi oddalających się od niego i wydarzenia, w których uczestniczył kiedyś aktywnie, dzisiaj zaś czuje się cieniem samego siebie sprzed lat. Tytuł powieści nawiązujący do sławnego meczu Michaela Jordana obrazuje pewną tęsknotę Kamila. Być może za tym, by znowu poczuć się częścią jakiejś całości. Być może chodzi o zwycięstwo nad słabościami. Te dopadają bohatera bardzo łatwo. Kamil traci pewność siebie. Udając zdecydowanego kreatora sprawiedliwych wyroków, wciąż niesprawiedliwie i stronniczo zarzuca sobie może zbyt wiele.

Tu zamykałby się pomysł na naprawdę interesującą powieść. Tymczasem Wojciech Klęczar idzie w złym kierunku. Kamil Wojas jest konsekwentnie antybohaterem i tak też autor go przedstawia, świadom każdego zagrożenia, łącznie ze znudzeniem czytelnika. Tyle że bohater nie tworzy tutaj opowieści. Nie ma jej tak naprawdę, jest zbiór dość przypadkowych scen i nieprzystające do całości zakończenie, w którym Klęczar chce pokazać czytelnikowi, że być może stępił jego uwagę, by mocniej zaskoczyć, i że to wszystko było celowe. Niestety, w tę narrację wkrada się nuda, która nie pozwoli o sobie zapomnieć. Także przeświadczenie, że „Flu Game” jako egzystencjalna powieść o pewnego rodzaju melancholii i wycofaniu jest historią zbudowaną na sugestiach, nie śmiałych rozwiązaniach autorskich.

Kamil słucha tych, którzy narzucają mu swoje opowieści. Jednocześnie uważnie obserwuje i wyciąga wnioski. Ta czujność czasami zanika, gdy na przykład uznaje, że Finowie to Skandynawowie. Ale problem polega na tym, że to, co przyciągało uwagę do „Wielopola”, tutaj staje się już swoistą watą słowną. Odwiedzanie knajp, udawanie zainteresowania historiami innych. Zupełnie zatomizowanymi, a w dodatku bardzo prozaicznymi. Wędrowanie, snucie się po znajomych zakątkach w celu zapomnienia, kim się w nich jest lub kim się było. To chyba nie jest wystarczająco dobry pomysł na powieść. Historię, w której pojawia się sporo chaosu. Także humoru, choć wcale pewnie nie miało być humorystycznie, gdy bohater infantylnie tupie nogą i decyduje, że od dziś nie będzie pojawiał się w pracy. Klęczar stara się pokazać metaforyczne znikanie swojego bohatera, by potem umieścić go w intrygującej przestrzeni, ale wrażenie robi właśnie tylko ona. Sam Kamil jest po prostu smutny i samotny. Nie ma portretowania tego smutku ani niuansowania samotności. Są wspomnienia, z których można niczym z puzzli złożyć pewien spójny obraz osobowości mężczyzny i zajrzeć dużo głębiej niż on sam. Jednakże „Flu Game” to także powieść chybionych pomysłów. Niepotrzebnych scen, za długich i niewiele wnoszących monologów. Książka o wyobcowaniu w słowach i o słowach potęgujących potrzebę oddalania się od tych, którzy je wypowiadają.

Przykro mi, że ta powieść – w pewnym stopniu dwutorowa, bo złożona także z istotnych, choć pretensjonalnych zapisków z młodości – jest świadectwem tego, że Wojciech Klęczar nie ma nam formalnie i literacko do zaproponowania niczego więcej niż to, co zostało już przez niego zaproponowane. Pojawiające się w powieści miejsce będące zagadką – czy chodzi o ekspiację Kamila, czy też o pogrążenie się w piekle wyobcowania – tworzy złudne przeczucie, że w świecie przedstawionym „Flu Game” wszystko zaczyna się dopiero po zamknięciu książki. Klęczar pisze naprawdę piękną polszczyzną o czymś, co prozaiczne, niewywołujące większego zainteresowania lub zwyczajnie przepełnione truizmami. Nie przyciąga uwagi do tej powieści, choć jest ona na pewno ciekawą próbą ukazania światu problemów ludzi, dla których rzeczywistość z kilku powodów jest opresyjna i boją się wyjść jej naprzeciw. Nie pomaga zagadka ginących w tajemniczych okolicznościach krakowian. Nie pomaga wolta narracyjna, w której bohater staje się nagle bogaczem z nowymi możliwościami. „Flu Game” jest o słabościach i niemożności wydobycia się z toksycznego czasu przeszłego, ale także o specyficznym zatrzymaniu się w tym czasie, czynieniu ze swego życia czegoś stale tymczasowego. Ujmuje ta melancholia, odrobina dekadencji i chęć zbliżenia się do stanów emocjonalnych nieatrakcyjnych dla innych ludzi. Nie stoi za tym jednak literacka jakość. Wyjątkowo boli rozczarowanie pisarzem, z którym kiedyś było czytelnikowi po drodze i który zajmował myśli, kazał intensywnie rozmyślać i sporo czuć przy czytaniu. Tutaj mamy pewien schematyzm, powtarzalność i chęć opowiedzenia raz jeszcze tego, co zostało już opowiedziane. Szkoda, bo „Flu Game” mogłaby być odważną i ciekawą powieścią o braku odwagi i o obojętności wobec siebie oraz życia.

2018-11-14

„Jej ciało i inne strony” Carmen Maria Machado


Wydawca: Agora

Data wydania: 31 października 2018

Liczba stron: 272

Przekład: Dobromiła Jankowska

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Kobiece (nie)możliwości

Kiedy wydano „Anatomię. Monotonię” Edy Poppy, pomyślałem, że mam do czynienia z naprawdę niepowtarzalną książką o kobiecej emocjonalności i pożądaniu. Taką wyjątkowo trzymającą w napięciu i zdecydowanie ekscentryczną w dobrym znaczeniu tego słowa. Przez siedem lat nie odnalazłem niczego, co mogłoby się równać z niezwykłością narracji Poppy. Także tą formalną, która zaskakiwała i zmuszała do tego, by z każdym krótkim fragmentem pozostać nieco dłużej. Nie sądziłem, że dane mi będzie przeczytać kolejną tak nietuzinkową opowieść. Aż do teraz. Do momentu, w którym zetknąłem się z odważnymi, prowokacyjnymi i bardzo sugestywnymi opowiadaniami Carmen Marii Machado.

Poppy stawiała na niekonwencjonalność opisów scen. U Machado mamy zróżnicowanie zarówno w portretowaniu świata przedstawionego, jak i w opisach przeżyć bohaterek. Różnych od siebie, ale czujących pewien dyskomfort wynikający z tego, że poddają się temu, co mają zrobić, a nie sobie samym, swym własnym pragnieniom i emocjom. Są różne, niektóre przegrane, inne buntownicze, jeszcze inne decydujące się na śmiałą konfrontację ze swoimi potrzebami. Pejzaż ich emocji odzwierciedla zwykle ciało. Machado nie portretuje jedynie erotycznych uniesień, choć sfera seksualności jest tu bardzo istotna. Prezentuje też specyficzne objawy psychosomatyczne. Ciało staje się dodatkowym bohaterem, a może właśnie bohaterem pierwszego planu. Nie wszędzie i nie zawsze, jednak jego obecność, egzystencjalna ważność są stale podkreślane. Autorka chce opowiedzieć kobiety przez pryzmat ich osobistych doświadczeń. Uczynić ciało podmiotem, a jego mowę – symboliczną narracją o tożsamości. Udaje się to znakomicie przede wszystkim dzięki niejednoznaczności tych tekstów. Wkrada się w nie fatalizm na równi z fascynującym surrealizmem. Opowieści składają się z jeszcze kolejnych. Jest groźnie, dwuznacznie, ale przede wszystkim zaskakująco. Nie sądziłem, że jeden akapit opowiadania może tak wyprowadzić w pole i tak uwieść jak pisanie Machado – prowokacyjne, lecz konsekwentnie spójne w obrębie jednego tekstu.

Bohaterka opowiadania „Matki” mówi: „Wierzę w świat, w którym dzieje się niemożliwe”. I choć ma na myśli miejsce, gdzie miłość stanie się najważniejsza, jest to pewnego rodzaju motto wszystkich tekstów w zbiorze. Niemożliwe wydaje się dotarcie do tego, kim naprawdę są bohaterki, czego oczekują i co przed światem skrywają. Ale niemożliwość jest tu kategorią poznania. Machado uwalnia nas z ograniczeń wyobraźni, sytuując problemy w kontekstach co najmniej wieloznacznych. Wydobywają się z pewnej oczywistości i naturalnego stanu, w jakim kobieta może czuć się osaczona i zagubiona, ale ich rozwinięcie to już kwestia umiejętności wyeksponowania niezwykłości tego, co na co dzień stygmatyzuje kobiety, odbiera im pewność siebie, zawłaszcza i trywializuje – także to, co przeżywają i czego doznają.

Punkty wyjścia są bardzo różne. Opowieść o niespełnionej pisarce, która w miejscu pracy twórczej wchodzi w prawdziwy kontakt z samą sobą. Sfrustrowanej córce, która zapamiętała matczyny terror żywieniowy i wraz z siostrami boryka się z niemożnością osiągnięcia opresyjnego przecież wzoru szczęśliwego życia. Historia czułości w czasach zarazy, wyliczanka bliskich ciał w pamięci tej, która doświadcza seksualnych rozczarowań, ale i zagadek. Najciekawsze i najbardziej przykuwające uwagę jest jednak opowiadanie otwierające książkę. „Mężowski szew” to kipiąca nieposkromioną wyobraźnią autorska opowieść o autonomii i zawłaszczeniu. O tym, że o samostanowieniu i sile decydować będzie pewien enigmatyczny element w kolorze okładki. Carmen Maria Machado stawia tu na zaskakującą pointę i okazuje się, że w większości opowiadań najciekawsze są właśnie zakończenia, czeka się na nie, trudno je przewidzieć.

Widać, że autorka zbioru świetnie bawi się różnymi konwencjami. Otrzymamy opowiadanie w konwencji streszczeń odcinków serialu kryminalnego, ale także zaskakująco silnie przykuwającą uwagę historię o znikających kobietach, o których symbolicznym znikaniu można opowiedzieć… za pomocą historii ich garderoby. Machado jest zupełnie nieprzewidywalna w tym, co nam oferuje, ale nie jest to czysta gra autotematyczna. Każde z tych opowiadań kryje w sobie przesłanie o tym, że codzienne życie kobiet można przedstawić w bardzo niecodzienny sposób – za pomocą zagadkowego opowiadania i przesyconej mrokiem symboliki. Dzięki temu opowiadane historie wydobywają się gdzieś poza ramy zdań zaznaczone kropkami. A Machado chce tym samym zasugerować pewien rodzaj uwięzienia. Jej fraza zamyka się w krótkim tekście, świat doznań bohaterek zaś obwarowany jest licznymi zakazami. Kobieta ma być definicją i definiować. A tymczasem chce wyjść poza to, co ustalone i oczywiste. Jej ciało stanie się tajemniczym mikrokosmosem. Jej życie - trudną do zinterpretowania metaforą egzystencji.

Podoba mi się to, że „Jej ciało i inne strony” to osiem zadziwiająco sugestywnych narracji. Zapadają w pamięć nie tylko poszczególne sceny, ale także zdania – myśli lub wypowiadane deklaracje. U Machado sfera seksualności odgrywa znaczącą rolę choćby przez to, że pozwala na intymne zbliżenie z tożsamością bohaterek. Każda z nich ma inne oczekiwania i potrzeby, ale łączy je zwykle jakaś niebezpieczna bliskość, w której mogą być dla siebie destrukcyjne, kiedy nie są w stanie odnaleźć się w potrzebach własnego ciała. To bardziej kobiety tajemnicy niż cierpienia. Nieprzypadkowo jedna z nich wspomina o „sercu bijącym między nogami”. Autorka daje swym kobietom prawo do każdej formy erotycznego spełnienia. Ukazuje ich opresyjne życie także w kontekście tego, co wolno ich partnerom. Na ile świadome są wybory seksualne, a jak często to niefrasobliwe formy ucieczki od siebie? Machado nie definiuje kobiecości jako walki, raczej jako bojownicze poszukiwanie. To jedna z bardziej oryginalnych książek o tym, czym jest kobieca siła, jakie udało mi się przeczytać. Osiem zaskakujących fantazji na temat pożądania, sensu życia i oczekiwań względem najbliższych osób oraz świata. Zaskakująca i niepokojąca lektura.

2018-11-12

„Patrioci” Pascal Engman


Wydawca: Sonia Draga

Data wydania: 17 października 2018

Liczba stron: 376

Przekład: Magdalena Greczichen

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Szwedzka przemoc

Dużo niepokoju przetoczyło się ostatnio przez Szwecję w związku z wyborami parlamentarnymi i wzrostem popularności antyimigrancyjnej partii Szwedzkich Demokratów. Szwecja staje dzisiaj w obliczu dylematów, z którymi nigdy w historii się nie mierzyła i które zaważą na dalszym funkcjonowaniu społeczeństwa oraz państwa. Trudności w publicznej debacie o liberalizmie, socjaldemokratycznych wartościach oraz spojrzeniu na multikulturowość dzisiejszej Szwecji znajdują odbicie w literaturze, której fantazje są coraz śmielsze, coraz bardziej mroczne i jednocześnie coraz silniej absorbujące uwagę szwedzkich czytelników. Po świetnej powieści Johannesa Anyuru „Utoną we łzach swoich matek” polski odbiorca może zapoznać się z „Patriotami” Pascala Engmana – książką stanowiącą interesujące uzupełnienie prozy Anyuru, ale jednocześnie powieścią bazującą na dużo większych przejaskrawieniach, napisaną też w zupełnie innej konwencji. Obie książki odnoszą się do narastającej w społeczeństwie furii, pokazują oblicza gniewu wywołanego strachem, wieszczą mroczne scenariusze zdarzeń w niedalekiej przyszłości i ostrzegają przed ujawnianym w różnych sytuacjach oraz kontekstach nacjonalizmem – przekleństwem egalitarnego świata demokracji, tkwiącym w nim niczym złośliwy nowotwór i toczącym zdrowe tkanki, rozsadzającym dotychczasowe myślenie o dobru społecznym i przyszłości kraju.

Anyuru formalnie postawił na liczne niedopowiedzenia i interesującą symbolikę. Engman rozgrywa temat zupełnie inaczej. Patrioci” to rasowy thriller z wieloma cechami powieści sensacyjnej. Operujący kontrastami, ale także hiperbolami. Upraszczający w pewien sposób ciąg przyczynowo-skutkowy zdarzeń, by mocno je dynamizować, na trzech polach, w trzech różnych historiach połączonych ze sobą w przerażającą wizję. Tak jak Anyuru Engman portretuje Szwedów, dla których imigranci to zło i przemoc. Ludzi ulegających łatwym uproszczeniom. Obaj pisarze sygnalizują niebezpieczeństwo prostego wyodrębniania dobra i zła w sytuacji, w której narasta społeczne przyzwolenie na bunt podsycany przemocą. O ile Anyuru kreśli wizję świata, w którym destrukcji dokonuje przede wszystkim strach, o tyle Engman rozprawi się z tytułowym pojęciem patriotyzmu. Pokaże mechanizmy wywołujące społeczny niepokój, uprości kilka schematów myślenia i działania, pokaże przerażający finał nacjonalistycznego określenia, uznania i atakowania wroga. Szwecja u Engmana spłynie krwią i pogrąży się w różnych formach terroryzmu. Anyuru wybrał mroczne niedopowiedzenia. Pascal Engman uderza czytelnika dosadnością i śmiałością swoich wizji. Może jest trochę dydaktyczny w tym, co komunikują sobie bohaterowie, ale przejmuje równie silnie. Dotyka skomplikowanych zależności między faktami a ich interpretacjami. Opowiada o bezpardonowej walce z mediami oraz o tym, czego dzisiejszy Szwed może się bać najbardziej. Okaże się, że samego siebie. „Patrioci” to jedna z tych niepokojących książek, które pozostawiają ślad na zawsze. Opowiadając o fantazji, do której spełnienia wystarczy tak niewiele.

W świecie przedstawionym „Patriotów” Szwedzcy Demokraci nie są trzecią – jak po realnych wyborach parlamentarnych – lecz drugą partią w Riksdagu. Socjaldemokraci są w całkowitej ofensywie, na horyzoncie widać zmiany, Szwecja zaczyna być innym państwem, niż była, chce głosem obywateli określić swoją tożsamość i rozprawić się z tymi, którzy nie widzą jej jako jednoznacznie zagrożonej. Trzech mieszkańców Sztokholmu podejmie się bezpardonowej walki z dotychczasowym systemem. Trzech straumatyzowanych mężczyzn przeniesie swoje frustracje na aktywne działanie w krwawej partyzantce miejskiej, dzięki której odzyskają poczucie sensu i własnej wartości. Zaczną zabijać. Z lekkością i bezkompromisowością. Celem ataków padną dziennikarze. Ale od dziennikarskiego pogromu zacznie się coś dużo bardziej mrocznego. Engman tak połączy losy swoich bohaterów, że stworzą one spójną i koszmarną rzeczywistość, w której siłą okaże się broń, a strach wraz z uprzedzeniami zmieni nastawienie Szwedów do tego, co dotychczas uznawali za trwałe i prawe.

Engman połączy wątek tytułowych patriotów z historią wracającego do rodzinnej Szwecji komandosa i wyrachowanej w swych działaniach dziennikarki pragnącej zdobyć władzę w świecie mediów, na których skupia się nienawiść oprawców ze Sztokholmu. W całej tej gonitwie zdarzeń – mniej lub bardziej nieprawdopodobnych – Engman zdaje się pytać o to, kim jest współczesny terrorysta. Skąd się wydobywa, co nim kieruje i czy należy go wiązać z osobowością psychopatyczną. W „Patriotach” terror sieje jeden z wielu, a skala tego terroru zaczyna być niewyobrażalna, kiedy w grę wchodzi emocjonalny szantaż. Co bowiem sprawi, że taksówkarz syryjskiego pochodzenia, który czuje się obywatelem Szwecji, zwróci się przeciwko ukochanemu państwu? Temu, które dało mu dużo więcej niż możliwość opieki socjalnej? Niełatwo się domyślić, że autor postawi na spektakularne rozwiązania, aby udramatyzować fabułę i wydobyć z bohaterów coś, czego dowiadujemy się o drugim człowieku dopiero w sytuacji przeżycia granicznego. W „Patriotach” będzie mowa o nienawiści, uprzedzeniach, ale także o dumie, egocentryzmie, uproszczonym podziale na dobro i zło, jak również o miłości oraz poświęceniu.

W tej książce wiele zła wydobywa się z gorzkich zbiegów okoliczności. Ktoś doświadcza czegoś trudnego, znajduje się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu, przekształca fakty i interpretuje je, patrząc przez pryzmat emocji. Walczący o dobro swej ojczyzny staną się fanatykami wykreowanych na własne potrzeby idei. Każdy w tej powieści błądzi i poszukuje, ale niewielu dane jest spojrzeć na swoją sytuację i ujrzeć własny punkt widzenia z nieco innej perspektywy. Dlatego będziemy mieli zabójcę, który lubi, gdy ludzie są dla siebie mili, jest szarmancki i kulturalnie rozładowuje napięcie w sklepowej kolejce. Będziemy mieli zasymilowanego w Szwecji przybysza z kraju arabskiego, który mimo całej miłości do kraju, gdzie odnalazł dobre życie, będzie musiał podjąć zaskakujące czytelnika decyzje. Engman zaprezentuje nam także sylwetkę bohatera najbardziej dynamicznego. To August, którego poznajemy w dalekim Chile, który zmuszony jest do przemocy, by spojrzeć na tę przemoc w swej ojczyźnie z zupełnie innej perspektywy, gdy dostrzega jej zło...

Engman nie pozwala złapać oddechu i stawia na spektakularność scen oraz jednoznaczne motywacje bohaterów. A jednak mimo wszystko pokazuje grozę działań zmierzających do szwedzkiego chaosu. Chce zasugerować, że impulsy wywołujące zawirowania i niepokoje społeczne są od wieków takie same. Chce również pokazać, że wiele zła rodzi się z ludzkiego egocentryzmu. I braku umiejętności ujrzenia kontekstów. Mocna i elektryzująca proza sensacyjna o tym, co prawie Szwecję dotknęło. I przestroga przed tym, by nie dopuścić do spełnienia choćby części mrocznego proroctwa „Patriotów”.

2018-11-09

„Powrót z Północy” Maja Wolny


Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 31 października 2018

Liczba stron: 334

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Podróże egzystencjalne

Maja Wolny to pisarka poszukująca i dzięki temu niezwykle intrygująca, wyróżniająca się pośród innych zarówno stylem, jak i tematyką swoich powieści. Ale przede wszystkim specyficzną formą elegancji frazy. Nawet gdy opowiada o największych okrucieństwach czy traumach ludzkich, czyni to w wysublimowany sposób. I igra z czytelnikiem. W najnowszej powieści chyba najsilniej w dotychczasowej twórczości, bo „Powrót z Północy” to książka wyjątkowo niejednoznaczna. Zupełnie inaczej niż „Czarne liście” poruszające zasadniczo problem relacji polsko-żydowskich w obliczu pogromu kieleckiego, a tak naprawdę bardzo delikatne i prywatne kwestie związane z tożsamością i przynależnością. Tutaj Maja Wolny uwodzi przede wszystkim tajemniczym klimatem niedostępnego zakątka Ziemi, gdzie surowe warunki atmosferyczne uzmysławiają człowiekowi jego kruchość oraz tymczasowość. Zimna Północ będzie areną zaskakujących wydarzeń. Będziemy obserwować podróżników i analizować ich enigmatyczne motywy podróży. Przyjrzymy się specyfice upływu czasu w tych odmiennych warunkach, Wolny będzie fantazjować o jego związkach z decyzjami i ich konsekwencjami. Będzie też sporo niedomówień zamkniętych w zgrabnie portretowanych biografiach postaci drugiego planu, a także epizodycznych. Wszystko po to, by enigmatycznie opowiedzieć o znaczeniu przeszłości w życiu każdego z nas, o naszym przeznaczeniu, ale też o wspomnianej już tożsamości. I o znikaniu. W kilku niepokojących wymiarach.

Czasy współczesne. Olga wybiera się w podróż Koleją Transsyberyjską. Dokąd i w jakim celu? Przyglądamy się pewnemu nieprzystosowaniu do planowanej podróży. Olga wybiera pierwszą klasę. Dystansuje się od ludzi, a jednocześnie jest ich ciekawa. Jej wyobcowanie autorka portretuje już w hali dworcowej. Olga zabiera w podróż przede wszystkim własne wspomnienia. Te, od których nie może się uwolnić, które uwierają, czynią tę podróż dyskomfortową. Potem zaczniemy się od bohaterki oddalać. Będzie się stawać coraz bardziej niejednoznaczna. Zagubiona, ale naznaczona pewną formą fatalizmu. Ale to nie Olga będzie się do niego odnosić, lecz jeden z towarzyszy jej podróży. Mężczyzna przekonany o tym, że zmierza ku zatraceniu. Piszący egzaltowany pamiętnik, w którym egocentryzm łączy się z umiejętnie budowaną atmosferą egzystencjalnego zagrożenia. Ale to nie do Adama zbliży się w swej podróży Olga. Zwłaszcza gdy trasa pociągu ulegnie zmianie, a pasażerowie w pewnym momencie doświadczą czegoś, czego nigdy by się nie spodziewali.

Chwila przed pierwszą wojną światową. Podobną trasę przez zimną Północ przemierza inżynier Michał. Zabiera ze sobą małżonkę i syna, ale w ślad za nimi podąża jeszcze ktoś. Osoba o biografii naznaczonej cierpieniem i ktoś przepełniony bezwarunkową miłością. Dzięki tej miłości gotowy na wszystko. Michał ucieka przed wojennymi pomrukami, ale także przed bardziej prozaicznymi problemami. Daleko od Europy chce zasłynąć jako kreatywny budowniczy. Nie spodziewa się przewrotności losu w dalekim Chabarowsku. Nie ma świadomości tego, że przyjdzie mu pokonać długą trasę z powrotem. I że utraci wówczas cząstkę siebie.

W te dwie opowieści wplecione są także fantazje o Józefie Stalinie i jego czułych pragnieniach, ale także o Niceforze Czernichowskim, który w oddaleniu od ojczyzny stworzył w XVII wieku swoje państwo. Bezpieczną przystań dla ludzi być może tak samo jak on naznaczonych traumami życiowymi. Maja Wolny fantazjuje bardzo pomysłowo i żaden z tropów w jej powieści nie wydaje się tylko efektownym dodatkiem. Wszystkie te historie znajdują pewien wspólny mianownik. Wszystkie w mniejszym lub większym stopniu odwołują się do mrocznej sfery przeżyć człowieka. I do jego znikania. Żegnania się ze światem, ale głównie ze swoimi potrzebami, których nie da się spełnić.

„Powrót z Północy” to przejmująca opowieść o utratach, która portretuje świat swoich bohaterów w zaskakujący sposób. Trudno bowiem odnieść czytelne wrażenie, co rzeczywiście im się przydarza i w jakim wymiarze funkcjonują. Kim są tak naprawdę, co przeżywają. To ludzie, których życie doświadczyło pewnym odium wobec najbliższych osób. Zwłaszcza postacie próbujące wypierać z pamięci swoich ojców są tu wyjątkowo sugestywne. Wolny obrazuje ludzi w drodze wywołanej deficytami i tym, że wędrowcy w pewnym momencie swojego życia nie mogli czegoś zaakceptować. Przez to też zrozumieć siebie. Ta skryta w niedopowiedzeniach powieść zgrabnie łączy surową naturę z rozważaniami o równie surowym ludzkim wyobcowaniu. O świadomości, do której wdziera się lęk wywołany samotnością. Ale to też historia o niespełnionych miłościach i o tym, że podróżujemy bez wyraźnie sprecyzowanego celu dużo częściej, niż może nam się to wydawać. „Powrót z Północy” to także poetycka opowieść o wyludnionym obszarze, w którym inaczej patrzy się na swoją egzystencję, zaskakująco inaczej widzi własną tożsamość.

Czy Maja Wolny pozwala nam tylko odczytywać różne symbole podróży, samotności, wyobcowania i niespełnienia ludzkich pragnień? Niekoniecznie. To powieść nieco w konwencji sensacyjnej, jest odrobinę thrillerem psychologicznym, trochę przypomina staroświecki romans, ale też jest kameralną historią tego, jak pamiętamy innych ludzi i w jaki sposób żyją oni w naszej pamięci. Wszystko w czytelnej metaforze oddalania się, przemierzania dzikiej przestrzeni, toczenia specyficznej walki z czasem i jego upływem. „Powrót z Północy” to też powieść dla tych odważnych czytelników, którzy chcą poznać kilka mrocznych znaczeń pustki oraz wyobcowania. Książka mocno przykuwająca uwagę tym, że tkwi gdzieś na granicy dramatycznie przeżywanego życia i nieistnienia. Ale także przez to, iż jest przede wszystkim bardzo oryginalna. Nie dopasowuje się do czytelniczych oczekiwań, kreuje je. Pozostawia w niedosycie, ale i w poczuciu, że obcujemy z narracją wyjątkowo smutną i melancholijną, lecz jednocześnie krzepiącą, bo pozostawiającą margines interpretacji. I jest wielka, wspaniała miłość. Ona rozświetla mroki i chłód Północy. Warto przyjrzeć się temu, jaką opowieść tym razem przygotowała dla nas jedna z najciekawszych i najoryginalniejszych polskich pisarek współczesnych.


PATRONAT MEDIALNY

2018-11-06

„Wściekłe” Ewa Podsiadły-Natorska


Wydawca: Editio

Data wydania: 13 listopada 2018

Liczba stron: 344

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Bój o wolność

To wściekle dobra książka! Bardzo solidnie przemyślana i niezwykle spójna. Pokazująca, w jaki sposób odbywa się w kraju marazmu niekonwencjonalna walka o wolność. Taka w dużej mierze definiowana przez płeć, ale nie tylko. Ewa Podsiadły-Natorska odważyła się opisać, do czego może doprowadzić konsekwentne, lecz niejednoznaczne w swej wymowie odbieranie wolności osobistej. We „Wściekłych” chodzi naturalnie o kobiety, ale mam wrażenie, że to książka nie tylko o nich. Ta sugestywna futureska usiłuje obnażyć służące manipulacji obywatelami mechanizmy, dzięki którym państwo osiąga swoje cele, niszcząc nie tylko tkankę społeczną i relacje między ludźmi, ale również rujnując budżet. To wszystko jest takie bliskie. Tak absurdalne, a jednak tak doskonale oswojone. Wściekać się można nie tylko z powodu literackiej fantazji, ale przede wszystkim także dlatego, że konkretne okoliczności zmusiły Podsiadły-Natorską do napisania właśnie takiej książki. Opowiadającej o buncie, konsekwencji w działaniu i kobiecej solidarności. Wychodzącej w swej krytyce ostracyzmu społecznego oraz zachowawczości daleko poza płeć. „Wściekłe” to powieść wyrazista, ale i dowód gorzkiego rozczarowania rzeczywistością. Ta doświadczana przez bohaterki boli jeszcze bardziej. Marginalizuje je, zmusza do przyjęcia ustalonych ról. Uprzedmiotawia w bardzo opresyjny sposób.

Całkiem niedawno ukazała się „Siła” Naomi Alderman – powieść o globalnym buncie kobiet zdecydowanych odrzucić role i oczekiwania społeczne. Wyszła z tego dość komiksowa opowieść, która mimo wszystko mnie rozczarowała. „Wściekłe” to poniekąd rewers Alderman. Nie tylko dlatego, że powieść osadzona jest w lokalnej problematyce. To także bardzo żywa proza scen pełnych ekspresji i dynamizmu. Zaletą tego, co stworzyła Podsiadły-Natorska, jest wspomniana już spójność. Autorka obrazuje skomplikowaną sytuację kobiet, koncentrując się wokół biografii jednej, wyjątkowo buntowniczej bohaterki. Także dokonuje przerysowań jak Alderman, ale umie je utrzymać we właściwych proporcjach. Źli lub wzbudzający negatywne odczucia bohaterowie będą mieli coś na swoją obronę. Autorka stawia na szerokie konteksty i mimo czytelnych tez swojej powieści wprowadza dość niejednoznaczne elementy zmuszające do przyjrzenia się temu światu przedstawionemu z większą uwagą. I dużą empatią, bo odnieść można wrażenie, że Podsiadły-Natorska ma szacunek dla każdej bez wyjątku nakreślonej postaci.

Tymczasem na pierwszym planie jest Tamara. Ponad dwie dekady w buntowniczym biegu. Rozpoczął się wówczas, gdy jako dziesięciolatka uciekała przed ojcem w zakrwawionych tenisówkach. Potem wrósł już w nią, jej temperament, światopogląd, bezkompromisowość i wypracowaną życiową siłę. Tamara stoi na czele tajnej grupy kobiet, które nie zgadzają się z polską polityką prorodzinną stygmatyzującą ze względu na płeć, usiłującą zaplanować i opanować całe życie osobiste każdej kobiety w kraju. Obietnicami i prorządowymi programami, dzięki którym kobiety stają się gospodyniami domowymi, realizować się mają tylko jako wzorowe matki oraz żony. Tamara i jej koleżanki mają dosyć. Zwłaszcza że niebawem ma zostać przegłosowana ustawa nakazująca samotnie żyjącym kobietom rejestrację w celu dokładniejszej inwigilacji ich poczynań. Tamara mniej myśli, więcej działa. Nie próbuje zrozumieć, dlaczego coraz więcej kobiet dobrowolnie wypisuje się z systemu kariery, samostanowienia, usuwa w przestrzeń domowego zniewolenia. Ale autorka pomaga nam ujrzeć wszystko szerzej. W buntowniczej organizacji nie znajdą się tylko feministki czy singielki. Okazuje się, że świat zbudowany na fundamentach niebezpiecznej polityki rządowej doprowadza do maksymalnych uproszczeń, a wśród nich – do różnych form zniewolenia. Fantazja autorki sięga dalej. Portretuje nam kraj, w którym w nocy harcują faszystowskie bojówki mizoginistyczne, donosicielstwo kwitnie z racji zyskiwanych dzięki niemu profitów, a nad głowami latają kontrolujące rzeczywistość drony.

W tym wszystkim Tamara ze swoim buntem oraz złością. Zrodziły się ze skomplikowanej sytuacji rodzinnej bohaterki, gdy Tamara musiała patrzeć bezradnie na słabość matki rezygnującej z uzdolnień na rzecz miru rodzinnego narzucanego twardą ręką szowinistycznego ojca. Tamara chce być blisko z siostrą, skoro z ojcem nigdy blisko być nie mogła. Relacje siostrzane – zmienne, zaskakujące, portretujące specyficzną formę bliskości – są mocnym atutem tej fabuły. Powieści wydobywającej niezgodę i wściekłość z kameralnych dekoracji, by posłać je w świat, w którym jest już źle inaczej. A może tak samo, lecz w dużo szerszym znaczeniu.

Ewa Podsiadły-Natorska nie proponuje prostych rozwiązań ani nie decyduje się na uproszczenia. Znamy motywacje i działania Tamary, ale przyglądamy się im też oczyma bohaterów widzących determinację bohaterki w nieco innym świetle, niż postrzega ją Tamara. Nie ma też tak, że na kartach „Wściekłych” – powieści o sile kobiet chcących walczyć o wolność – pojawiają się sami mężczyźni wrogowie. Nie ma jednoznacznej opozycji płci, choć chwilami jest ona czytelna. Ale w działaniach bohaterek i przede wszystkim konsekwencjach tych działań autorka kryje wiele błyskotliwych i niełatwych chwilami do wychwycenia tez na temat tego, jak funkcjonujemy jako społeczeństwo bez względu na płeć, skoro z taką nierozwagą doprowadziliśmy państwo do stanu, w którym naturalną reakcją kobiet takich jak Tamara jest konsekwentne wędrowanie pod prąd. Bo Tamara i podobne jej kobiety wiedzą, czego chcą. Równie dobrze zdają sobie sprawę z tego, czego sobie nie życzą. I widzą państwo opiekuńcze w jego karykaturalnym kształcie. Widzą fałsz i obłudę. Walczą o inną rzeczywistość nie tylko dla siebie.

We „Wściekłych” obok mrocznych śladów po Prusie i Weiningerze pojawią się także wspomnienia tych bojowniczek i bojowników, którzy zdecydowali się na bycie otwartymi opozycjonistami, bo tak musieli żyć, tak funkcjonować. Autorka książki zadaje też pytanie o to, na ile autonomiczny może być ludzki bunt, ile jesteśmy w stanie dla niego poświęcić, oraz sugeruje również, jak wiele determinacji musi stać za świadomą formą buntu. Zwłaszcza w państwie, w którym coraz więcej ludzi układa się z bezpiecznym status quo, które wyjątkowo perfidnie odbiera im prawdziwe poczucie bezpieczeństwa. „Wściekłe” to historia o odważnych kobietach i powieść nie tylko dla kobiet. Śmiała i bezkompromisowa fantazja o tym, do czego może doprowadzić zachowawczość i bierność. Ale także o tym, że kobieca siła to odwaga wiecznego sprzeciwu wobec szowinizmu, patriarchatu i zwyczajnego poczucia wyższości, które ktoś uzasadnia wyższością płci. Świetna, dynamiczna rzecz. Zapada w pamięć i zmusza do przemyśleń.


PATRONAT MEDIALNY

2018-11-01

„Justyna. Blog drugi” Jacek Bocheński


Wydawca: Agora

Data wydania: 17 października 2018

Liczba stron: 286

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Rzeczy drugie

Blog to najbardziej demokratyczny w swym wymiarze sposób wymiany myśli, informowania o sobie, tworzenia własnego wizerunku i wchodzenia w interakcje z odbiorcami. Jacek Bocheński pokazuje, że z bloga można stworzyć coś na kształt gatunku literackiego. Pokazać, że ta forma wypowiedzi może być wyjątkowo wartościowa, ale przede wszystkim celowa, bo nie mamy tutaj do czynienia z niezdrowym ekshibicjonizmem, lecz z przemyślaną – miejscami dwupoziomową – konstrukcją fantazji połączonej z żarliwą publicystyką. Justyna. Blog drugi”, zbiór zawierający zapiski autora z lat 2015-2018, to swoista recydywa w konwencji, ale tak naprawdę opowieść o tym, co znaczą… rzeczy drugie, powtarzalność, konsekwencje wchodzenia w podobną formę, wyrażania siebie ponownie. Okazuje się, że zrobienie czegoś ponownie wcale nie wiąże się z taką pewnością siebie, bo powtórzenie doświadczenia może być samo w sobie doświadczeniem nowatorskim. Autor w intrygującej konwencji opowiada o tym, że niekoniecznie kształtuje nas rzecz pierwsza, a być może dopiero jej odbicie, pojawienie się po raz kolejny w odpowiednim miejscu i czasie, pośród pozornie oswojonych już okoliczności.

To jest inteligentna książka, która bawi, ale jednocześnie zasmuca. Poczucie humoru autora, a także jego sposób portretowania ludzkich relacji czynią z tej narracji tekst wyjątkowo dowcipny. Bocheński jednak opowiada z innego poziomu, nie igra z konwencją zmyślenia i dwuznaczności. Fragmenty tego dziennika będące komentarzem do ważnych zdarzeń z najnowszej historii Polski oraz świata są jednocześnie wyrazem humanistycznego zatroskania o rzeczywistość, w której tak często, ostatnio coraz częściej, oczekuje się jasnych deklaracji, wąskiego oglądu zjawisk, stronniczości i wybiórczości, co w gruncie rzeczy doprowadza do tego, że zarówno Polska, jak i szeroko pojęty Zachód zapominają o złu dyktatów… jednocześnie widząc atrakcyjność w ich ponownym powstawaniu. To też są rzeczy drugie. Bardzo mroczne.

„Justyna. Blog drugi” to w dużej mierze autorskie imaginarium na temat wchodzenia w bliską relację z kobietą. Uważam, że konwencja opowieści o przyciąganiu i odpychaniu specyficznej pary – starszego mężczyzny i poszukującej, ambitnej młodej kobiety – wypada u Jacka Bocheńskiego dużo ciekawiej niż na przykład u Jerzego Pilcha. Dlaczego? Przede wszystkim jest wieloznacznie w niepowtarzalny sposób. Prowokująco nie tyle ze względu na status znajomości, ile przede wszystkim na konsekwencje tej relacji dla autora narracji. Fascynacja kobietą, której biografia i tożsamość zarysowują się w ścisłym związku z tożsamością opowiadającego, przekształca się w misterną opowieść o wchodzeniu w zależności, ale także o sztuce kompromisu. Bocheński bawi i intryguje, czyniąc tytułową Justynę fantazją o sobie samym i swoich potrzebach, oczekiwaniach życiowych. Świadomie się powtarza, ale podkreśla, jak ważne jest powtórzenie – zrobienie w życiu czegoś po raz drugi, napisanie w podobnej konwencji, odwołanie do czegoś, co tylko pozornie wydaje się wtórne. Świetne jest to, że śledząc opisaną relację, można szukać furtek interpretacyjnych w tym, co powszechnie o autorze wiemy. Ale to też ciekawa rzecz o kreacji. Indywidualizmie, któremu można przyjrzeć się z dystansu. Jacek Bocheński gra z konwencją wizerunkowości. Nie napisze swojego biogramu, nie jest jego celem wskazywanie wprost, co przeżywa i myśli, lub odnoszenie się bezpośrednio do tego. Chyba że porzuca swoją Justynę i przechodzi do komentowania rzeczywistości.

Autora interesują przemiany, jakich doświadcza Polska, ale także oblicza przemian świata niebezpiecznie kierującego się w stronę uproszczeń i idących za tym uprzedzeń. Bocheński przygląda się temu, co towarzyszy naszym dzisiejszym wyborom – zastanawia się, czy jest to myślenie o przeszłości, czy twórcze zaangażowanie w przyszłość. Analizuje kondycję społeczeństw, jednocześnie skupiając się na pewnych mechanizmach warunkujących ich dzisiejsze funkcjonowanie. Kiedy żegna Justynę, wydobywa się ze sfery intymnej autoanalizy na rzecz bacznego obserwowania świata wokół. I to zderzenie – intymnej fantazji oraz bezkompromisowej często próby odpowiedzi na pytanie o to, co złego dzieje się z Polską – czyni z tej książki świadectwo dwóch rodzajów zaangażowania. To wchodzenie w głąb i autoanaliza, ale także dostrzeganie siebie, świadomego odbiorcy przemian, które niepokoją. Pośród tego wszystkiego znajdziemy także autotematyczne gry z czytelnikiem mające na celu zwrócenie uwagi na to, czym jest język, jak opisuje rzeczywistość i jak wchodzi w interakcję autora z czytelnikiem.

Bocheński chce postawić na „trafny sens”. Wykorzystuje formułę bloga, by pokazać pewną funkcjonalność tych opowieści, które oddalają się od nadmiernej metaforyki, punktują rzeczy i relacje międzyludzkie we właściwej proporcji, nazywają kwestie wieloznaczne za pomocą czytelnych słów. Ale przecież od początku do końca rozgrywa przed nami spektakl wieloznaczności opowieści o relacji, w której to on pozornie daje więcej, ale jednocześnie zyskuje. Samoświadomość? Zależy, kim w naszej wyobraźni stanie się Justyna. I jak potraktujemy pewną dwutorowość tej książki. Jej specyficzną enigmatyczność, która wchodzi w tak silny związek z tym, co dosadne i wyrażone wprost.

„Justyna. Blog drugi” to także autorska próba ujęcia tematu miłości, o której napisano już wszystko i w każdej konwencji. Pozostają fantazje o czymś czułym i wzruszającym. Są przeciwwagą dla złości i buntowniczości fragmentów publicystycznych. Kształtuje się tu pewna harmonia. Bocheński równoważy dwa sposoby opowiadania nam o sobie i tym, co go otacza. To też narracja o ważnej dychotomii – tworzą ją świat wirtualny i doznania świata realnego. W jaki sposób uczestnictwo w działaniach formujących globalną sieć wpływa na nasze działanie jednostkowe? Odczuwanie i odbieranie samego siebie? Bo wszystko zaczyna być kwestią wizerunku i wykreowanej konwencji. Książka Jacka Bocheńskiego zmusza do zastanowienia nad tym, jaka jest celowość pewnych iluzji. A także nad tym, po co iluzje kreujemy. Bo mogą być piękne, ale także destrukcyjne.

2018-10-30

„Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii” Małgorzata Rejmer


Wydawca: Czarne

Data wydania: 17 października 2018

Liczba stron: 344

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Piekło bez rozrachunku

Małgorzata Rejmer jak nikt z dzisiejszych reportażystów potrafi opisywać i niuansować oblicza ludzkiego zniewolenia. Pięć długich lat czekałem na coś, co potwierdzi wielkość – lub jej zaprzeczy – książki „Bukareszt. Kurz i krew”, którą uznałem za wydarzenie literackie 2013 roku. Wiedziałem, że w opowieści o Albanii autorka skupi się na podobnych procesach dziejowych i mechanizmach funkcjonowania społeczeństwa niszczonego przez reżim. I bardzo się bałem pewnej wtórności, bo przecież jak jeszcze w wyjątkowy sposób można opisać relacje tyrana i obywateli państwa pozbawionego pragnień i marzeń? Moje obawy zniknęły już po lekturze kilku rozdziałów „Błota słodszego niż miód”. Znajoma fraza, podobny sposób obrazowania metaforycznego. Inny punkt wyjścia, bo tym razem opowieść o komunistycznym piekle osadzona jest w rozprawie głównie o prowincji – Tirana w zasadzie nie funkcjonuje w tym reportażu obrazującym Albanię taką, jakiej nikt przez lata nie mógł dostrzec.

To kolejna wielka rzecz Małgorzaty Rejmer. Stworzony z szacunku, empatii i dużej ciekawości reportaż o stanie umysłu Albańczyków na długo po tym, gdy upadł reżim Envera Hoxhy i gdy można było wreszcie zdefiniować, a także poczuć wolność. Jeden z bohaterów tej książki mówi do autorki, że nie uda jej się sportretować albańskiego komunizmu. Czy tak jest w istocie? Przecież Rejmer dysponuje tylko nieodległą historią – nie sięga wstecz tak bardzo jak w przypadku portretowania Rumunii. Wieloma niewiadomymi, które uzupełniają opowieści jej rozmówców. Specyficznym murem milczenia, za którym skrywają się Albańczycy pamiętający wiele i zbyt dokładnie. Nie będzie to przecież historia młodego pokolenia kraju, który chce aspirować do bycia w nowoczesny sposób europejskim. Rejmer dyskretnie sygnalizuje tylko, czym Albania jest dzisiaj. Zanurza się przede wszystkim w nurt opowieści z czasów reżimu. Oddaje swym rozmówcom tę książkę w całości. Sugeruje, czym naprawdę był albański dyktat Hoxhy, i daje do zrozumienia, że nigdy tak naprawdę nie dokonano z nim rozrachunku.

Obecność dyktatora, który odszedł w 1985 roku, jest świetnie opisana poprzez jedno wspomnienie, gdzie pojawia się ramka ze zdjęciem najbliższych… a pod nim skryty jest wizerunek Hoxhy, kiedyś obowiązkowo eksponowany w domach. Jego ślad to nie tylko niepokojąca obecność fotografii, która skryła się pod inną. To także sposób myślenia narzucony Albańczykom. Ludziom latami żyjącym w specyficznej formie więzienia. Jego metafora funkcjonuje tu bardzo szeroko, bo zaglądamy do zwyczajnych więzień i dowiadujemy się o formach opresji, które były w nich stosowane, ale widzimy też silne oddziaływanie drutu kolczastego, który spinał granice i nie pozwalał Albańczykowi skonfrontować niczego, co miało miejsce w jego kraju, z tym, jak żyje i funkcjonuje reszta świata. Choćby ta najbliższa, tuż za granicą. Nie było innej rzeczywistości niż świat priorytetów Envera Hohxy. Odnieść można wrażenie, że nie ma jej do tej pory dla tych, którzy starają się odważnie opowiadać o przeszłości, ale i wspominają swych bliskich nadal szepczących, nadal niepewnych tego, że można wyrazić siebie, swoje emocje, przemyślenia i oczekiwania.

Komunistyczna Albania funkcjonowała jak specyficzny skansen, w którym absolutnie wszystko podporządkowane było tezom i zamierzeniom dyktatora. Małgorzata Rejmer obrazuje, z jaką łatwością, okrutną nonszalancją można było zamienić życie nawet najbliższej osoby w piekło. Wszystko miało oczy i uszy. Ale to ludzie donosili, ludzie deprecjonowali innych ludzi, to także ludzie bili do utraty przytomności, znajdowali przyjemność w poniżaniu rodaków, nakazywali im właściwe myślenie i zachowanie. Był to mechanizm idealny. Opresja i tuszowanie deficytów. Albania była krajem groźnych absurdów, jak choćby ten, że nawet odchody mieszkańców mogły zapewniać wielkość państwa. Ta wielkość okupiona była życiem w wiecznym strachu. Tak wiecznym, że nawet dzisiaj rozmówcy Rejmer nie są w stanie się od niego uwolnić. Autorka wydobywa ze swych rozmówców relacje, w których podkreśla się fatalizm i jednoczesną siłę więzi rodzinnych. To przez pryzmat rodziny, a także odsłaniania motywu zesłania na prowincję, dowiadujemy się najwięcej o strukturze reżimu. O tym, czym Albania była przez dekady i czym staje się dzisiaj, gdy wolność i demokracja to czasem tylko puste słowa. Zdezawuowane wartości, dla których nadal, po tylu latach od upadku komunizmu, nie ma mocnych i czytelnych definicji.

Rejmer z wyjątkową czułością oddaje głos Albańczykom, którzy nie tyle krytycznie, ile przede wszystkim sentymentalnie przyglądają się ruinie czasu minionego. Dzisiaj blisko połowa obywateli Albanii nie uważa Envera Hoxhy za despotę i mordercę. „Błoto słodsze niż miód” opowiada o tym, co Albańczycy pamiętają, ale także o tym, co mitologizują. Za czym dzisiaj tęsknią i co gloryfikują. Niełatwo było prowadzić niektóre rozmowy. Zwłaszcza te, które wydobywały się z łez i smutku. Ale to wielogłosowa opowieść o pewnej sile i solidarności. O czymś, czego nigdy być nie powinno w doskonałym państwie Hohxy, a co w pojedynczych przypadkach zaczęło rozsadzać od wewnątrz albańską klatkę państwowości i narzuconego sposobu życia.

Autorka lubi metafory rzeczownikowe. Portretując Bukareszt, pisała o powietrzu, strachu i gniewie. Tym razem obrazuje kraj „w kolorze pyłu, prochu i kurzu”. Symbolika tytułowego błota sięga także daleko i niekoniecznie jest tym, czym może się wydawać na początku. Małgorzata Rejmer wie, w którym miejscu postawić na siłę przenośni, a kiedy oddać głos faktom i zaznaczyć ich bezkompromisowość. Jej rozmówcy mają w sobie wiele niespełnionych tęsknot za dobrym i sprawiedliwym państwem. Także dużo sentymentu do Albanii, która przecież latami ich krzywdziła. Czy autorce udaje się oddać specyfikę albańskiego komunizmu? Myślę, że udaje jej się dużo więcej. Pokazuje, ile siły i bezradności jednocześnie może tkwić w człowieku. Jak bardzo destrukcyjnie wpływa na niego izolacja. To też opowieść o tym, że – nie tylko w Albanii przecież – zawsze te same pokłady dobra i zła tkwią w każdym człowieku, czekając na impuls, by się wydobyć. W portretowanym przez Rejmer kraju zło wydobywało się z ludzi nadzwyczaj często. Autorka chce jednak przyjrzeć się temu, ile dobra wówczas się ujawniało i czy wystarczy go, by pożegnać demony. Bo przecież zapominanie i przemilczenie nie są receptą na tożsamość. A w sumie najciekawsze jest w tej książce to, co skryte w niedopowiedzeniach, czyli albańska tożsamość dzisiaj. Nie można jej zrozumieć bez pochylenia się nad przeszłością. Małgorzata Rejmer robi to z sercem i otwartym umysłem. Płacząc czasem wraz ze swoimi rozmówcami. Świetny reportaż!

2018-10-27

„Dobre miasto” Mariusz Zielke


Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 17 października 2018

Liczba stron: 482

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Stygmaty prowincji

Lubię czytać to, co pisze Mariusza Zielke, bo jakkolwiek jest nierówny w swojej twórczości, tak mimo wszystko zawsze oferuje mi elementy zaskoczenia i przy jego książkach po prostu nie można się nudzić. „Dobre miasto” to rasowy kryminał, choć niepozbawiony sensacyjnego sznytu wcześniejszych powieści tego autora, który pewien sposób budowania intryg ma już wpisany w krew i klawiaturę. Tym niemniej ta powieść kryminalna mimo wszystko pozostaje nią gatunkowo do końca i jest dodatkowo świetnym szkicem obyczajowym z tych polskich rejonów, które chętnie opuszczamy i do których zwykle nie chcemy się w przyszłym życiu przyznawać. Stygmat prowincji boleśnie dotyka pokrzywdzonych i poszukujących prawdy. Zielke buduje wielopiętrową intrygę, która wyjaśnia się stopniowo, a my jesteśmy świadkami retrospekcji uzupełnianych przez zdarzenia współczesne. Bardzo klasyczny schemat, na którym nie można ugrać niczego oryginalnego, niemniej „Dobre miasto” jest wstrząsające, gdy opowiada o złu, traumach i startach życiowych nieudanych z racji pochodzenia. Zwraca uwagę na ludzi niewygodnych, nieprzyjemnych i takich, którym można przypiąć łatki łotrów. A jednak sięga głębiej. Portretuje zło wynikające z pochodzenia i codziennych warunków bytowania, lecz także zło skryte gdzieś głębiej, ujawniane pod wpływem zbiegów okoliczności. Zło i kryjącą się za nim bezradność, intymną i nieujawnianą nikomu rozpacz. I wszystko tak sprytnie napisane, że w gruncie rzeczy mroczni bohaterowie wcale nie są takimi złymi ludźmi, jak widzi ich otoczenie. To będzie też opowieść o tym, ile par wścibskich oczu ma prowincjonalne miasto i jak okrutne potrafi być dla swoich mieszkańców – w tym znaczeniu przymiotnik w tytule brzmi nie tyle ironicznie, ile przede wszystkim złowieszczo.

Mirek i Rafał nie mieli lekko. Skomplikowana sytuacja rodzinna, brak możliwości osiągnięcia typowych dla zadowolonych ludzi celów. Utknięcie w marazmie, niepowodzeniach i frustracjach. Zawsze pod górkę. I dlatego też być może tak zaprzyjaźnieni. W świecie, w którym mogą liczyć tylko na siebie, mają obok przyjaciela, kogoś wyjątkowego, zaufanego i oddanego. Do czasu. Rozdziela ich – nie tylko fizycznie – potworna zbrodnia, która wstrząśnie miasteczkiem. Obaj zostają uznani winnymi zamordowania z zimną krwią kobiety uchodzącej za miejscowego anioła. Żony człowieka, któremu wielu mogło zazdrościć, bo osiągnął sukces. To taka zdrowa i motywująca zazdrość, ale również destrukcyjna zawiść. Nieprzypadkowo dotyka chłopaków, a potem dorosłych mężczyzn, którzy zupełnie inaczej chcieli sobie ułożyć życie, lecz los i okoliczności kazały trzymać się jego marginesu. Także marginesu miasteczka, z którego pochodzą. Miejsca, w którym większość stara się po prostu zwyczajnie przetrwać, ale to przetrwanie jest wyjątkowo trudne. Zwłaszcza dla Mirka i Rafała, którzy gubią priorytety. Ale czy na pewno są mordercami?

Sprawę zabójstwa wyjaśnia w swoim prywatnym śledztwie stołeczna dziennikarka. Małgorzata rusza na spotkanie nie tylko z demonami zbrodni, ale przede wszystkim mrocznymi widmami z jej osobistego życia. Miasto nigdy nie było dla niej dobre. Matka również. Małgorzata wkracza na grząski grunt. Badając okoliczności zbrodni, niebezpiecznie zbliża się do tego, co ze swej pamięci chciałaby wyprzeć. Przede wszystkim porzucenia przez najbliższą osobę. Zielke w bardzo wieloznaczny i intrygujący sposób portretuje w tej powieści matkę. Mam na myśli nie tylko tę, o której chce zapomnieć dziennikarka. Są jeszcze matki innych dzieci – niezdolne do zaoferowania im tego, co najważniejsze, poczucia stabilności i miłości. Straumatyzowane relacje rodzinne zarówno oskarżonych o zabójstwo, jak i analizującej sprawę dziennikarki będą przykuwać uwagę nawet silniej niż zagadka kryminalna. Bo autor „Easylog” portretuje niewidoczne rany, które zabieramy ze sobą w dorosłe życie, naiwnie sądząc, że kiedyś uda się je zabliźnić. Nie udaje się wydobyć z negatywnych wpływów miasta. Tymczasem ono pochłania coraz więcej tajemnic. Zabójstwo żony miejskiego bogacza to zaledwie czubek góry lodowej. Opowieści o odtrąceniach, skomplikowanych relacjach zależności i prowincjonalnym stygmacie kogoś gorszego. Przekazywanym z pokolenia na pokolenie.

Ale „Dobre miasto” to także dynamiczna proza zgrabnie łącząca to, co Mariusz Zielke wielokrotnie już portretował, z tym, do czego opisu przystępuje chyba po raz pierwszy. Mamy więc kalejdoskop paskudnych afer, których skutki dotykają bardzo wielu ludzi, i mamy również świetnie skonstruowaną zagadkę zabójstwa, wokół którego mnoży się wiele tropów. Także ten, że denatka mogła sfingować swoją śmierć. W dobrym mieście bowiem można dać się zwieść pozorom a tak naprawdę nie wiedzieć, kim jest człowiek uznawany za swojskiego, tutejszego. Miasto, które opisuje Mariusza Zielke, to taka soczewka, w której skupiają się współczesne polskie problemy – wzajemna niechęć i nieufność, nagromadzone latami frustracje wynikające z podziałów i zwyczajna ludzka wrogość podnosząca gardę, by nie pokazywać, jak bardzo jesteśmy wobec siebie i innych bezradni. Jak bardzo jesteśmy ułomni w miłości bliskich i jak tej miłości nie potrafimy okazać.

Podoba mi się pewna harmonia, w jakiej Zielke pozwolił tu funkcjonować kilku różnym motywom. Zazdrość, bogactwo, niespełnienie, nieszczęśliwa miłość. Dodatkowo sportretowana hierarchia małej społeczności, którą budują lokalne wpływy. Ale także specyficzny rodzaj siły i bezkompromisowości. Bo to opowieść o twardych ludziach, którzy zawsze mieli pod górkę. O miejscu, którego w symboliczny sposób nie można opuścić, gdyż naznacza trudną do zapomnienia goryczą. To opowieść o Polsce, w której brakuje sił i nie rodzą się marzenia. Ale również głęboko humanistyczna rozprawa o tym, że nie sposób wydobyć się z pewnych toksycznych uwarunkowań. Bohaterowie błądzą, ale popadają także w szaleństwo. Szaleństwem jest marzenie o normalnym życiu na prowincji. Prowincja okazuje się wyjątkowo złowroga. A może tylko sparaliżowana strachem i niepewnością jutra, pośród których doskonale radzą sobie ci, co żyją bezkompromisowo i w przekonaniu o tym, że mogą bardzo wiele. Niektórzy bohaterowie tej książki jedynie tęsknić za satysfakcjonującą ich formą życia. Za miłością. Za uporządkowaniem i poczuciem bezpieczeństwa. Inteligentna, choć wyjątkowo przygnębiająca opowieść o tym, że pomiędzy życiem a śmiercią kryje się cała masa szubrawstw… i gorzkiego niespełnienia.

2018-10-24

„Kwiat wiśni i czerwona fasola” Durian Sukegawa


Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Data wydania: 25 października 2018

Liczba stron: 174

Przekład: Dariusz Latoś

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 33,90 zł

Tytuł recenzji: Sens i życiowa pokora

To jedna z tych prostych i jednocześnie wyjątkowych opowieści, którym chce się uwierzyć od samego początku i która wzmacnia przekonanie, że cokolwiek spotka nas w życiu, należy temu nadać sens, bo życie jest czymś wyjątkowym. Wiem, że wybrzmiewają tu truizmy, ale zupełnie inaczej się to widzi, jeśli skusi się na przygodę z prozą japońskiego pisarza. Sukegawa urzeka właściwie każdym zdaniem. Nie prowadzi nas w stronę pretensjonalnych mielizn narracyjnych. Wydobywa z historii pewnego spotkania uniwersalną przypowieść o przełamywaniu samotności i wychodzeniu drugiemu człowiekowi naprzeciw. Życiowego szczęścia i spełnienia nie można poszukiwać gdzieś poza sobą, ale to właśnie wartościowa relacja pomaga nam wszystko nazwać, oddalić się od smutku, odnaleźć treść w pozornie bezsensownym zmaganiu się z losem. „Kwiat wiśni i czerwona fasola” to także mroczna historia wyobcowania i tego, jak wielkim dyskomfortem może być trauma oddalenia od rytmu życia. Bohaterowie tej urzekającej miniatury są gdzieś na jego marginesie. Sami ze sobą, ze swoim wyobcowaniem i niemożnością dokonania zmian. A jednak zmiany, jakie w nich zajdą, będą znaczące i zmieniające tok dotychczasowego myślenia. Zgorzkniały sklepikarz, pokrzywdzona przez los staruszka i zmagająca się z trudami codzienności gimnazjalistka. Spotkają się i wyniknie z tego spotkania coś niezwykłego. A wszystko w pięknych japońskich dekoracjach, gdzie smaki i kształty rzeczy znaczyć będą więcej, niż mogłoby się wydawać.

Sentarō prowadzi działalność kulinarną w japońskiej stolicy. Zajmuje się tym, czym musi się zajmować, by wypełnić ciążące na nim zobowiązania. Trochę wbrew sobie postanawia zatrudnić w swoim sklepie pewną staruszkę, która pojawia się znikąd i zmienia miejsce, gdzie do tej pory pracował. Tokijski sklepikarz nie lubi produktów, które przygotowuje. Nie przygotowuje ich właściwie. Tkwi w pracy i przewidywalnej codzienności, bo nie wie, jak się z nich wydobyć. Albo jak zobaczyć w tym wszystkim coś niezwykłego. W tym pomoże Sentarō starsza pani. Ich wspólne działania kulinarne wokół przygotowania słodkiej pasty z fasoli zaowocują niezwykłą relacją. To, co serwuje Sentarō, stanie się inne, lepsze, przygotowane z sercem. Zmieni się nie tylko obraz jego sklepiku. Nie tylko smaki i produkty serwowane przechodniom. Zmieni się dużo więcej, czego mężczyzna nie przewiduje ani też nie oczekuje. Będąca w jesieni życia Tokue zmieni bieg egzystencji kogoś, komu dotychczas było wyjątkowo źle z samym sobą.

Durian Sukegawa bardzo się stara, aby jego historia była prosta, czytelna i jednocześnie nasycona symboliką w taki sposób, by nie przekształcić opowieści w jakiś paraboliczny moralitet. To proza dyskretnych sugestii, ale jednocześnie czytelnych obrazów oraz przesłań. Wraz z wyjątkową frazą wędrujemy do świata przeżyć, których bohaterowie albo nie mogli latami wyrazić, albo też nie byli w stanie w pełni się z nimi skonfrontować. Wokół wspólnego przyrządzania posiłków wytworzy się więź owocująca niczym wiśnia, która rozkwita nieopodal. W tej zaskakującej relacji skryje się wiele gorzkich prawd o istocie samotności, ale owa samotność zostanie oswojona. Japoński pisarz postawi na prostotę przekazu, unikając mimo wszystko prostych definicji i tez. Bohaterowie zmierzą się z tym, jak dotychczas określali swoją egzystencję, i przyjrzą się cierpieniu kogoś obok. W nim znajdzie się siła, by kształtować własną historię w znaczący dla siebie sposób. Bo to książka o sile samostanowienia, szacunku do drugiego człowieka i o tolerancji jako przeciwwadze do wydobywających się ze strachu uprzedzeń.

„Kwiat wiśni i czerwona fasola” to także powieść, w której duże znaczenie będą miały przestrzenie. Zarysowane w taki sposób, że sprawiają wrażenia klatek. Miejsc, z których nie sposób się wydobyć. Ale to właśnie dzięki ograniczeniom bohaterowie odnajdą inną perspektywę patrzenia na życie. I zdefiniują to życie w inny sposób, niż robili to do tej pory. Sukegawa delikatnie portretuje zmiany zachodzące w rodzącej się relacji przyjaźni. Dołącza do tej historii młodą dziewczynę, aby opowiedzieć o pewnych pragnieniach oraz oczekiwaniach rozłożonych na trzy pokolenia, a jednak uniwersalnych, wciąż takich samych. Bo ludzie potrzebują wsparcia i zrozumienia, by odważnie nazwać to, co sami przeżywają. W tej opowieści ważne będą wpływy, jakie wywierają na siebie portretowani samotnicy – od momentu wspólnego przygotowywania słodkiej pasty do czasu, w którym będą gotowi pytać o swoje tajemnice i zaczynać je rozumieć. Interesujące jest obserwowanie, kto komu ile daje i w jaki sposób zmienia jego spojrzenie na rzeczywistość. Smutne tajemnice przeradzają się w pewne punkty zwrotne. Skrzywdzeni zaczynają zdawać sobie sprawę, że nie mogą utyskiwać na los, nie wziąwszy za siebie całkowitej odpowiedzialności. Także odpowiedzialności za swój smutek, skądkolwiek by się wydobywał i jak bardzo paraliżował w działaniu.

Durian Sukegawa bardzo ciekawie zaznacza, jak ważne jest poczucie sensowności tego, co robimy, aby wykonywać obowiązki, czerpiąc z tego przyjemność. W jaki sposób błądzimy, nazywając to, co robimy, w niewłaściwy sposób, nie rozumiejąc wagi każdego szczegółu naszego codziennego postępowania. Staruszka uświadamia sklepikarzowi, jak ulepszyć recepturę jego produktów. To przecież symboliczna wykładnia tego, co zrobić ze swoimi poczynaniami, by być z nich w pełni zadowolonym. Siła tej melancholijnej, ale w gruncie rzeczy bardzo optymistycznej prozy leży w tym nienarzucającym się, lecz bardzo czytelnym przekazie. W tym, że za pomocą minimalnych środków autor osiąga tak wiele w przesłaniu. Sukegawa decyduje się na pastelowe barwy opowiadania o smutku. Snuje historię poznawania nowych smaków i otwierania się zmysłów na inne, nieznane dotychczas bodźce. Jest prostolinijny i daje duży margines interpretacji. Urzeka także spójnością swojego przekazu oraz tym, jak doskonale jego bohaterowie odnajdują kontakt z samymi sobą. Pokrzepiająca lektura. Taka przyjemnie swojska, choć rozgrywająca się w egzotycznej dla nas rzeczywistości.


PATRONAT MEDIALNY