2018-01-18

„Dawno zapowiedziana nieobecność” Tomasz Mazur

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 18 stycznia 2018

Liczba stron: 480

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Męskie przemiany

Powieść Tomasza Mazura jest pewnym ambitnym projektem, który autorowi nie wyszedł. Po intrygującym „Fiasku”, które czytałem przed sześcioma laty, otrzymuję trochę powtórkę z opowieści o tych samych dylematach, ale jednak w gorszej formie. „Dawno zapowiedziana nieobecność” jest książką zdecydowanie za długą, momentami bardzo nużącą, obrazującą hamletyzującego bohatera opowiadającego swoje bardzo długie życie – i następują w trakcie lektury takie chwile, że chciałoby się, aby ta kronika wreszcie się skończyła. Mazur jest bardzo nierówny – są tu świetne fragmenty między innymi o zatomizowanej rodzinie, w której brak miłości, ale jest też dużo momentów ocierających się o kicz i pretensjonalność. Całość mimo wszystko męczy. Nie tylko tym, że powieść jest bardzo statyczna. Chodzi także o mnożenie wątków i powoływanie do życia postaci, które coś obiecują, ale niewiele za nimi stoi. Dywagowanie nad truizmami albo analizowanie wciąż na nowo tego samego życiowego dylematu to esencja tej książki. Mimo że historia obejmuje ponad siedem dekad życia, w gruncie rzeczy nie dzieje się tu za wiele. Co więcej, zbyt wiele jest nam dydaktycznie wyjaśniane. Bohater coś przeżywa i wyjaśnia, dlaczego to przeżywa. Powieść o ludzkiej półegzystencji, gdy chce się wyrazić lęk przed spełnieniem oraz życiem pełną piersią, niesie w sobie ryzyko przesytu i monotonii, kiedy jest za długa. Ta domagałaby się radykalnych skrótów. Mazur chce opowiedzieć historię pragmatyka i realisty, któremu bardzo trudno było sięgnąć w głąb własnych pragnień oraz przeżyć. Ślizgamy się jednak po powierzchni – zarówno różnorodnych przejawów życia mężczyzny, jak i jego stanów emocjonalnych, z których poza wiecznym poczuciem wyobcowania nie wydobywa się nic, co mogłoby skutecznie przykuć uwagę. Szwankuje tutaj sposób opisywania czy może ogólna konstrukcja książki? Chciałoby się jej uwierzyć, ale zbyt często pewne oczywistości są tu prezentowane jak prawdy objawione, a pojawiający się bohaterowie – stale w drugim planie względem narratora – albo dołączają do męczącego korowodu umierania, albo nie mają do powiedzenia o świecie nic poza tym, co jest w stanie wywnioskować opowiadający.

Tomasza Wróblewskiego poznajemy w wieku dwudziestu jeden lat. Przydarza mu się wypadek. Pod koła jego automobilu wpada kobieta. Dzieje się z nią coś dziwnego. Następuje specyficzna metamorfoza, która będzie Tomaszowi towarzyszyć przez całe jego życie. Motyw przemiany zapowiada się interesująco i rzeczywiście autor do końca przykuwa uwagę tym, kim staje się odradzająca się na nowo postać, wciąż zaskakująco blisko związana ze starzejącym się bohaterem. To pewna świeżość i motyw pozwalający utrzymać uwagę przy powieści, co – jak wspomniałem – z kilku powodów może być trudne. Niemowlę, dziewczynka, kobieta – wszystkie relacje naznaczone utratą. Bohater traci w życiu bardzo wiele, choć nie docenia także tego, co zyskuje. Tajemnicza obecność i nieobecność każą spojrzeć na jego losy i percepcję rzeczywistości w kategoriach pewnego fatum, od którego nie ma ucieczki. Tomasz nie uwolni się także od balastu wspomnień oraz toksycznych relacji rodzinnych. Te sportretowane są bardzo sugestywnie i ratują powieść przed katastrofą.

Dorastający Tomasz niewiele pamięta z tego, jak funkcjonowała jego rodzina w przeszłości. Odwiedza w szpitalu matkę, która postradała zmysły. A może ktoś postarał się o to, by je postradała. Wizyty u matki pełne są napięcia i przekonania, że obłąkana kobieta ma do powiedzenia dużo więcej niż można byłoby się po niej spodziewać. Obok dysfunkcyjnej matki surowy i kostyczny ojciec. Narzucający Tomaszowi swoje wizje i pragnący, by syn kontynuował pracę, przejmując majątek i jakąś formę mentalności ojca. Tymczasem nasz bohater się buntuje. Być może to jedyny przejaw prawdziwego buntu w jego życiu. Ojciec w końcu umiera, ale – co powtarzane jest kilkakrotnie – ktoś taki nigdy nie odchodzi. Tomasz stanie się późnym ojcem. Mężem, który udręczony bezradnością wobec życia, będzie także człowiekiem dręczącym życiową partnerkę. Rozpocznie się okres, w którym wszystko będzie na niby. Praca, zainteresowania, związek, miłość do dzieci. A także skomplikowane relacje z siostrą i przyrodnim bratem. Czy podobieństwo materiału genetycznego ma automatycznie wymuszać w nas bliskość względem drugiej osoby?

Mazur portretuje lata przedwojenne, ukazuje potem drugą wojnę światową postrzeganą przez jego bohatera dość groteskowo. Po wojnie szara polska codzienność. W niej Tomasz chce zbudować coś, co będzie przydatne i ważne. Jako student architektury idealizował sobie miasto przyszłości. Teraz może zbudować w nim osiedle tak jak w czasie wojny budował altankę – ostoję spokoju i stabilności w tych nieludzkich czasach grozy. Śledzimy poczynania bohatera, widząc, że coraz częściej powtarza się, wciąż na nowo formułuje te same wnioski i wątpliwości, staje się raczej antybohaterem, a jego przemyślenia trącą banałem. Dzieje się coraz gorzej, choć Mazur przełamuje monotonię interesującymi wątkami pobocznymi. Toną one jednak w mieliźnie ogólnego przekazu tej narracji. Nawet tak wyraziste postacie jak kochanka Maria nagle zostają pozbawione właściwości i… obecności w książce. Zaczyna się robić zwyczajnie ponuro i smętnie. Tomasz Mazur snuje historię o niespełnieniu i licznych życiowych niezadowoleniach, pośród których najtrudniejszy jest brak prawdziwego kontaktu z samym sobą. Wszystko w duchu Platona i Sokratesa, ale bardzo wtórne. Także w momencie, gdy do ludzkiej bezradności dołącza się oczywista krytyka cywilizacji pędu i przesytu.

„Dawno zapowiedziana nieobecność” to powieść o tym, jak bezradni jesteśmy wobec przemijania i jak niewiele może przynieść nam bycie „sumą zmarszczek”, jeśli nie będzie nam dane choć przez chwilę wyjść naprzeciw prawdziwym pragnieniom. To książka o konformizmie, ale także o pewnych tęsknotach wydobywających się z niego. Wszystko zanurza się w coraz większym słownym zamęcie. Mazur decyduje się poruszyć zbyt wiele kwestii jednocześnie, a w efekcie jednak wciąż opowiada o tym samym. Jego bohater jest statyczny i nie wzbudza sympatii, ale zapewne nie o to chodzi. Chodziłoby o jakieś czytelniejsze odsłonięcie go. Jest sugestywny tylko wówczas, gdy analizuje skomplikowane relacje rodzinne. W innych kwestiach powtarza się i przestaje być wiarygodny. Konstrukcja powieści jako wspomnień odnalezionych przez usiłującego je zrozumieć wnuka także jest dość wtórna i nie zaskakuje, bo ten zabieg niewiele nowego wnosi do przesłania powieści. Jesteśmy swoim cieniem dopóty, dopóki nie zaczniemy się upominać o osiągnięcie prywatnego szczęścia. Nie możemy być szczęśliwi, gdy ograniczają nas konteksty, role społeczne, relacje z innymi i uwarunkowania społeczne. Takie mniej więcej wnioski można wydobyć z tej powieści. Narracji w pewnym związku ze stoicką postawą autora, ale nieprzemawiającej tak sugestywnie jak „Fiasko”. Nowa powieść Tomasza Mazura utyka też w językowych powtórzeniach. Jedyny nadprzyrodzony motyw reinkarnacji w tej ponurej tonacji opowiadania o prozie życia też nie wyróżnia się jakoś wyjątkowo. „Dawno zapowiedziana nieobecność” jest o utratach i wewnętrznej walce o samostanowienie. Odnoszę jednak wrażenie, że z każdą kolejną częścią tracimy uwagę, walcząc jednocześnie o to, by oczekiwać od tej książki czegoś innego, co zaprezentowała na pierwszych kilkudziesięciu stronach.

2018-01-12

„Purezento” Joanna Bator

Wydawca: Znak

Data wydania: 29 listopada 2017

Liczba stron: 288

Oprawa: twarda

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Specyficzna harmonia

Trzeci rok z rzędu przynosi książkę Joanny Bator, wobec której nie jestem w stanie ustosunkować się jednoznacznie. Zarówno uwiera na kilka sposobów, jak i wymusza pewien dystans, niezrozumienie świata przedstawionego. Po raz trzeci jednak czuję duży niedosyt i mam wrażenie jakiegoś literackiego mylenia tropów albo mnożenia nieistniejących, igrania z czytelnikiem w ramach kolejnej gry. „Purezento” ma znowu zaskoczyć. Zaskakiwała „Wyspa Łza” u progu 2015 roku, zaskoczył „Rok królika”, ukazując się pod koniec 2016. Sposób, w jaki zapowiada się kolejną powieść Bator, wyczerpał się w swej formie i treści, podobnie jak najnowsza książka wyczerpuje swój potencjał już samym tym, że ma nawiązać do ukochanej przez autorki Japonii. Zarówno nomenklatura, jak i sposób budowania zdań mają nam wyraźnie określać, gdzie jesteśmy, ale zupełnie nie wiem, po co się tam znaleźliśmy. Podobne wątpliwości jako czytelnik miałem z „Wyspą Łzą” i symboliką niejednoznacznych poszukiwań na Sri Lance oraz z „Rokiem królika”, którego forma jakby eliminowała mnie jako czytającego, albowiem była to hermetycznie skondensowana opowieść o dziwacznym kobiecym egocentryzmie. Teoretycznie „Purezento” to powieść mająca mieć mniej skomplikowaną strukturę niż poprzednie. Wręcz daje się odczuć, że chodzi w niej o proste sprawy i wypunktowanie rzeczy pierwszych. Wciąż powraca charakterystyczny dla Bator motyw utraty i niemożności pogodzenia się z nią, ale japoński adres nie czyni z tej powieści narracji atrakcyjnej. Historia tonie w kliszach. Jest na szczęście zdecydowanie pozbawiona słownych ozdobników wcześniejszych publikacji, ale także ociera się o pretensjonalność radami w stylu „płyń z prądem rzeczy jak mała papierowa łódeczka” i innymi bon motami zgrabnie wpasowanymi w rzeczywistość Kraju Kwitnącej Wiśni. Nie odnalazłem się w tym wszystkim. Nie przejąłem się. Odnoszę wrażenie, że to nie kwestia wrażliwości czy skupienia przy lekturze. Raczej szkielet konstrukcyjny powieści oparty na truizmach skrytych w pięknych, egzotycznych opakowaniach ze słów.



Całość tekstu na stronie "Czas Kultury"

2018-01-07

„Pojutrze. O miastach przyszłości” Paulina Wilk

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 9 listopada 2017

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Kim będziemy?

Paulina Wilk potraktowała miasto jako pewien konstrukt myślowy. Miejsce wyrażające specyficzną filozofię. Teren, na którym ludzkość formuje się w swoistym szyku bojowym, by odeprzeć wyzwania przyszłości. Futurologiczna opowieść o metropoliach jest jednocześnie fantazją na temat tego, kim staniemy się jako ludzkość. Wilk wyraźnie podkreśla, że wizje jutra mówią nam bardzo wyraźnie o tym, kim jesteśmy dzisiaj. Portretowane miejsca to różnego rodzaju opcje dla zbiorowości – autorka opisuje je jednak z perspektywy pojedynczego, zdziwionego i zaskoczonego człowieka. Jest obserwatorką uważną i czułą na detale. Wędrujemy z nią po subiektywnie wybranych miejscach, ale w taki sposób, że nie jesteśmy w stanie dotknąć ich naprawdę, poczuć rytmu ulicy czy zrozumieć sposobu myślenia mieszkańców. Ta surowość w obrazowaniu odwiedzanych miejsc jest czymś wyjątkowym. Paulina Wilk sporadycznie oddaje głos tubylcom. Jest w miejscach, które budują tłumy, ale koncentruje się głównie na topografii, zaskakujących kontrastach, cechach dystynktywnych i na kształtach – są bowiem miasta rozrastające się wzdłuż, są też te rozrastające się wszerz. A także do wewnątrz. Miasta, do których przyszłość już zapukała i nie odpuści, każe modelować życie w nowych, nieoswojonych jeszcze formach. „Pojutrze” to interesująca forma odpowiedzi na pytanie o to, ku czemu zmierzamy jako zbiorowość i komu – naturze czy sobie – robimy większą krzywdę ekspansywnością, chęcią zdobywania terenu, kształtowania go w specyficzny sposób. Bo to książka nie tylko o sztucznych lądach zapełnianych ludzkością, ale także historia o tych jej formach istnienia, które mocno wgryzły się w ląd istniejący, odbierając mu czasem siłę, czasami tożsamość.

Migracje do przestrzeni miejskiej to symbol nowoczesnego życia. Chcemy być w większej społeczności, ale paradoksalnie właśnie w niej oczekujemy silnej anonimowości. W taki właśnie anonimowy sposób, ale niepozbawiony zręczności filozofowania i dostrzegania w miejscach ich rytmu rozwoju, Paulina Wilk oprowadzi nas po wielkich miastach tego świata, w których ludzie ulokowali się na kilka sposobów. Tymczasowo i na stałe, ale zawsze ze świadomością myślenia o tym, co będzie w przyszłości. Dlatego tytuł tej książki jest wyjątkowo wymowny, bo autorka próbuje przeskoczyć gdzieś dalej poza fantazjowanie tych, którzy projektują miasta i szukają w nich przestrzeni wolności. Albo tę przestrzeń negują w imię pewnej umowy społecznej, jak ma to miejsce w Singapurze. Wilk rozmyśla o kontekstach, które jeszcze się nie przydarzyły. Jednocześnie uważnie analizuje, skąd i w jaki sposób wydobyły się miasta opowiadające o świecie nadmiaru, w którym coraz częściej musimy dokonywać selekcji bodźców. Stąd też w wyborze autorki są miejsca nieustająco zmieniające się. Bardzo ekspansywnie jak Bombaj czy Dubaj, ale również nieco kameralnie, choć konsekwentnie – jak Kopenhaga. Ciekawe są refleksje podróżnicze autorki, bo poza wspomnianą duńską stolicą nie ma na mapie odwiedzanych miejsc żadnych europejskich. Ruszamy na kilka kontynentów, bo tylko dzięki temu będziemy mogli wraz z Pauliną Wilk zarejestrować szereg kontrastów i w pełni zrozumieć różnorodność w kontekście planów ludzkości na to, by ułożyć sobie pojutrze życie jeszcze bardziej wygodnie i bardziej przewidywalnie.

O Bombaju i Kopenhadze autorka pisze, zdradzając swe emocje i silny związek z miastami. To interesujące, ale przełamuje nieco surowość publikacji, która właśnie w swym zdystansowaniu i chłodzie od początku do końca byłaby bardzo dobra. Wilk nie opisuje świata z wyraźną konsekwencją, ale potrafi opowiedzieć miasto w bardzo wyjątkowy sposób. Tkanki miejskie mają wyrażać rodzaje modelowania rzeczywistości. Pokazać, jak trudne jest zbilansowanie potrzeb ludzkości i natury. Wskazać, w których miejscach i kiedy można dostrzec takie wewnętrzne pożeranie się metropolii, zapadanie w nicość przy braku alternatywy idei. Bo niektóre miasta są idealistyczne i dopiero powstają – jak emiracki Masdar czy koreańskie Songdo – a inne uformowały się już w pełni, czekając na docenienie i stygnąc bez pragnień, bez poczucia potrzeby jakiejkolwiek zmiany (Singapur, Kampala).

„Pojutrze” jest specyficzną rozprawą z tym, co spotyka się między lękiem a poczuciem wyższości ludzkości. Miasta stają się wyrazicielami wszelkich emocji, o których ludzkość nie jest w stanie już opowiadać. Zmierzamy ku przyszłości, w której ważne będzie projektowanie następnego jutra. Budowanie przekonania, że prawdziwy czas zacznie się dla nas niebawem. A miasta mają podążać ku temu, co będzie. Dziś każde robi to na swój sposób. Dubaj to „pomnik niemożliwego”, punkt stwarzania specyficznego świata przyszłości, miasto dla wszystkich, którym rzeczywistość doskwiera i chcą marzyć, planować, projektować, żyć tylko czasem przyszłym. Seul zmierza ku jednorodności. Przerażającej i fascynującej jednocześnie. To taka urbanizacja kolektywu, który będzie definiował codzienność jutra w sposób zorganizowany i tylko w pierwszej osobie liczby mnogiej. Kampala wydobyła się z dżungli, a gdy już ją zniszczyła, zaczyna niszczyć samą siebie. Chaos i bieda rozwijają się w zastraszającym tempie i Kampala przyszłości to metropolia wiecznego niedoboru. Masdar, ekomiasto, wciąż jest eksperymentem i niewiadomą. Podobnie jak wyzute z duszy Songdo, po którym można się poruszać jak w grze planszowej. Niejednoznaczna jest przyszłość peruwiańskiej Limy, która dynamizuje się poprzez rozwarstwienia społeczne, ale widzi przyszłość jako dalszą formę chaosu. Dla Singapuru czas przyszły to zastygnięcie w rzekomo doskonałej formie. To miasto już się uformowało, skończyło. Nie potrzeba w nim tak intensywnie wytężonych zmysłów jak w różnorodnym Bombaju. I Kopenhaga, która dziś i pojutrze będzie oferować tę specyficzną formę otwartości i łagodności.

Czym będą portretowane miasta i kim będą zasiedlający je ludzie? Jak bardzo różnorodne wizje przyszłości stoją za tkankami miejskimi, które dzieli bardzo wiele, ale łączy przede wszystkim żywy puls? Miasta przyszłości mogą być groźne i dwuznaczne. Ludzie czas przyszły chcieliby zasiedlić już teraz. W tym znaczeniu „Pojutrze” jest o fantazjowaniu, gorzkich rozczarowaniach, ale także nieustannym niepokoju, mrocznym przebodźcowaniu. Paulina Wilk portretuje miasta, które naprawdę żyją, i takie, którym ludzkość podłączyła respirator. Wszystkie nas opowiadają i nas projektują. W tym globalnym wołaniu o lepszą przyszłość uważna podróżniczka, koncentrująca się na topografii w bardzo szczególny, emocjonalny sposób. „Pojutrze” to interesująca fantazja o tym, czym jest metropolia w sensie mentalnym, i frapująca opowieść o przyszłości z istotnym apendyksem – historią miasta pierwszego, początku rozwoju ludzkiej zbiorowości. Książka stawia wiele mrocznych pytań retorycznych. Sama jest pytaniem. Odpowiedzi nie uzyskamy, dopóki nie nastąpi jutro. A po nim jeszcze coś, czego nie rozumiemy, czując się bezpieczniej razem w wielkich miastach.

2018-01-04

„Mikrotyki” Paweł Sołtys

Wydawca: Czarne

Data wydania: 11 października 2017

Liczba stron: 144

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Porządkując pamięć

Świetne są te opowiadania! Bardzo niejednorodne i zaskakujące. Trudno określić, czy przywiązać się do nich, czy traktować je z dystansem. Paweł Sołtys – mój rówieśnik – porządkuje swoją pamięć, ale też stawia jej pewne wyzwanie. Ta książka to nie tylko lekcja tego, jak podmiotowo traktować ludzi wokół i jak naprawdę ich opisywać, ale przede wszystkim prozatorskie wyznanie. Są tu bowiem historie, które autor zapamiętał, ale też i takie, które zapamiętały jego. Nie dają mu wytchnienia i każą zrewidować przeszłość. Często w dość niewyraźnych konturach, bo pamięć płata figle, ale być wiernym pamięci to ukształtować swoją tożsamość. Stąd też „Mikrotyki” to intymna spowiedź wielu kontrastów i zaskakujących tonacji – od nostalgii po bezpretensjonalny humor. Sołtys buduje teksty bardzo różnorodne, niektóre niedomknięte, niektóre jedynie sygnalizujące to, co nie zostało w pełni zapamiętane. Są tu teksty o smutku i melancholii, ale także o ludziach, o których należy pisać szeptem – to zwrot z jednego z opowiadań. Jak wspomniałem, pojawiliśmy się z Sołtysem w tym samym czasie na tym świecie, a to dodatkowo przywiązuje mnie do „Mikrotyków”. Znam przepełnioną szkołę z klasami do F i pamiętam smak papierosów, które podbijały polski rynek kilka dekad temu. Wiem, jak to było na kolonijnych dyskotekach i jak wyglądali szkolni outsiderzy. Znam strukturę podwórkowej młodzieży i zdaję sobie sprawę, że z tego wszystkiego zostało nam dzisiaj bardzo niewiele.

Nie piszę, że to dobre opowiadania, bo się z częścią w pewnym stopniu identyfikuję. Nie, choć Sołtys zwraca uwagę na pewne podobne jemu i znajomkom przeżycia, które być może ukształtowały każdego nieco inaczej. A niektórych nie ukształtowały wcale, są oni na kartach tych opowiadań w fazie przemiany i być może tacy pozostali. Podoba mi się to, że Paweł Sołtys rozsądnie waży słowa i doskonale wie, w którym momencie opowiadania ściąć frazę i pozostawić ją w niedomówieniu. Mikrotyki” to szereg wspomnień pozornie bez dyscypliny myślowej, w jakimś zrozumianym przez autora chaosie, ale jednocześnie to zbiór niezwykle spójny, jeśli spojrzeć na to, w jaki sposób Sołtys postrzega przemijanie. W czytelnych kontekstach i uwarunkowaniach, albowiem jest to książka także o konkretnym mieście. O Warszawie, która kiedyś nie miała tylu ambicji wielkiego miasta, a była równie różnorodna co dzisiaj. Ta książka zawiera dość specyficzną topografię stolicy. Sołtys wybiera boczne uliczki. Nawet te „z tych boczniejszych”. Dzisiaj zepsute nowoczesnością. Kiedyś rozkwitające opowieściami, bo i ludzie więcej sobie mówili, i zdarzenia toczyły się w jakimś bardziej atrakcyjnym rytmie.

„Mikrotyki” to historie wydobyte z przeszłości. Ożywione na nowo w bardzo różnorodnych konwencjach. Sami musimy ocenić, ile jest w nich goryczy, ile niespełnienia, ile afirmacji życia, a ile wskazywania jego różnych kontekstów. To także historie obrazujące ludzkie samotność i osobność. Ludzi zawsze będących marginesem życia i w tym marginesie funkcjonujących od początku do końca. Gdzieś z boku, blisko swoich traum i smutków. Sołtys opowiada o ludziach, którym rozmontowała się codzienność, świat utracił kontury, a nawyki wyrazistość. Widać to w dłuższych formach („Lena”), ale także w tych licznych miniaturach, które przykuwają uwagę chyba najbardziej skutecznie. Jest u Sołtysa taki rodzaj wrażliwości, dzięki któremu proza życia w jej najdrobniejszych przejawach stanowi kolaż emocjonalnych wzruszeń. Mimo że to wszystko po chłopacku i po męsku przedstawione. Istotna w tym zbiorze jest właśnie męskość portretowana w różnych odcieniach. Dzielne chłopaki, którym nic nie jest straszne w kontraście do złamanego życiem wujka pielęgnującego swój strach.

Jest też literatura. W asocjacjach, ale także czytelnych, humorystycznych tekstach. Tom Iwaszkiewicza orężem w walce o normalność w środku komunikacji miejskiej? Czemu nie. Wszystko i wszyscy nabierają nowych znaczeń – wyglądają i mówią to, co zapamiętane, ale tak naprawdę kształtują widzenie spraw przez człowieka, który musi oddać głos tym z przeszłości, aby świadomie wyprawić samego siebie w dalszą życiową wędrówkę. Bo życie to także nowe definicje śmierci. Wskrzeszonych martwych, i to nie tylko ludzi. Wzrusza opowieść o dramatycznym pożegnaniu z kotem i o tych ludziach, których już prawdopodobnie nie ma, lecz trudno to ustalić. Mikrotyki” są więc pożegnaniami, ale jednocześnie punktami wyjścia – poza te opowiadania wydostaje się autor bardziej świadomy, bardziej rozumiejący swoją kondycję jeszcze nie starego, ale już na pewno doświadczonego życiem człowieka. Zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, ile doświadczeń z przeszłości ujawnia się ponownie i każe zdefiniować. Sołtys rozprawia się z pamięcią bez zbędnego patosu, ale nie jest też czułostkowy. Ten balans między sentymentalizmem a chropowatością stylu czyni z „Mikrotyków” opowieść zdystansowanego środka. Historię dorastania w konkretnym mieście, czasie i wśród konkretnych ludzi. Opisywanych bardzo szczegółowo, choć większość z nich wolała ogół niż drobiazgowe analizowanie swojego życia. Nie ma też u Sołtysa żadnego dydaktyzmu, ale nie możemy powiedzieć, że są tylko luz i nonszalancja. Dość dobrze zniuansowane nastroje, dzięki którym dopadają go takie, a nie inne wspomnienia, pozwalają stworzyć z każdego opowiadania wyjątkowo atrakcyjną rzecz. Chodzi także o to, jak dobrane są porównania i jak dynamiczna jest fraza. „Mikrotyki” mocno przykuwają uwagę, choć każde z opowiadań jest inne niż poprzednie.

Sołtys analizuje samego siebie, ale mówi nam dużo o tym, z czego składa się każdy człowiek – fizycznie i emocjonalnie. Różnorodność odczytań tych opowiadań pozwala nam na dostrzeżenie różnorodności doznań. Autor oddaje głos tym, którzy nigdy go tak naprawdę nie zabrali, analizując zdarzenia, nad którymi nie pochylamy się na co dzień. Robi to w słodko-gorzkiej konwencji krótkich tekstów, często z otwartymi zakończeniami. „Mikrotyki” wywołują pewien niedosyt, ale dają się oswoić, wejść w nie tak naprawdę. Takiego minimalistycznego, a jednocześnie wartościowego literacko pisania mocno nam dziś brakuje. Paweł Sołtys odświeża swoją pamięć, pisząc jednocześnie książkę i pokoleniową, i skierowaną do wszystkich uważających, iż wspomnienia nie są warte porządkowania. Sugeruje też, w jaki sposób ubarwić wyobraźnię i jak zmyślać, by w zmyśleniu zawrzeć prawdy o tym, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy i jak bardzo wszystkiego wokół nie jesteśmy w stanie pojąć.

2018-01-02

„Chłopiec ze śniegu” Chloë Mayer

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 22 listopada 2017

Liczba stron: 368

Przekład: Magdalena Słysz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,99 zł

Tytuł recenzji: Deficyty uczuć

Nieszczęśliwy, samotny chłopiec i wojna jako tło jego smutnego życia? Tak, to już było – u Rose Tremain, w jej wspaniałej „Sonacie Gustava”. Chloë Mayer nie chce być wtórna i buduje zupełnie inną historię. Choćby przez to, że jej młodziutki bohater musi unieść dużo większą traumę niż chłopiec ze szwajcarskiej opowieści. „Chłopiec ze śniegu” to nie tylko poruszające studium podwójnego wyobcowania – bo matka jest tak samo samotna jak jej potomek – ale przede wszystkim historia deficytów czułości mogących doprowadzić do groźnych, złych czynów. Daniel z powieści Mayer dźwiga ciężar ponad swoje siły. Pozna fakty, z którymi będzie musiał pozostać sam. Tkwiący w świecie mrocznych baśni, będzie konfrontował ukształtowaną nimi wyobraźnię z realnym światem. Będzie dopasowywał jego elementy do tych fikcji literackich, z których się wydobył i o których wciąż jeszcze czyta mu wieczorami matka. Chloë Mayer konfrontuje kobietę z odległą wojną, ale nie rujnuje motywu tak, jak zrobiła to np. w „Słowiku” Kristin Hannah. Ta kolejna anglojęzyczna opowieść kobieca z wojną w tle tym razem dotyka kwestii zderzenia jednostki z okrucieństwem Historii na tyle delikatnie, że moglibyśmy odnieść wrażenie, iż ta opowieść mogłaby być uniwersalna i toczyć się w innych, spokojniejszych czasach. Zarysowane problemy wydobywają się jednak z koszmaru, w którym uczestniczy mąż bohaterki. Widzimy go zrujnowanego, bezradnego i bezbronnego. Druga wojna światowa zostawia ślady, będąc w oddaleniu. Jeden z mężczyzn płacze i pielęgnuje swoje traumy z frontu. Kolejny odważnie stawia czoła światu bez bomb i bagnetów, ale także ma za sobą mrok, którego się nie pozbędzie…

Najważniejszy jest jednak Daniel. Chłopiec, który mocno wierzy w to, że trzeba dokonać jakiegoś heroicznego aktu, by zasłużyć sobie na matczyną miłość. Tę, której Annabel była pozbawiona zaraz po urodzeniu dziecka i ten brak przeniosła na dalsze życie. Daniel jest wszystkiego świadomy. Dziecko przyjmuje na siebie zbyt wiele bezkompromisowości matki. Kobiety, która nigdy nie zdobyła się na czyn Nory Ibsena, ale zawsze marzyła o ucieczce i w momencie, w którym jej akt okaże się wyjątkowo prawdopodobny, jest gotowa zaryzykować, nie myśląc o synu. Danielu, z którym łączy ją jedynie wieczorne czytanie baśni i bajek. Oboje odnajdują się w pełnych mrocznych cieni światach przedstawionych i oboje porównują elementy swojego życia do tych, które są portretowane przez pełne magii teksty. Świat tymczasem nie jest magiczny. W prowincjonalnym Bambury ostatni rok wojny zaznacza się przede wszystkim obecnością niemieckich jeńców wojennych. To ich przemarsz w rozpoczynającej książkę scenie Annabel obserwuje z narastającym lękiem. Bo przecież Niemcy są źli, Niemcy to wrogowie, do żadnego Niemca nie wolno się zbliżyć…

Annabel przełamuje strach tak jak Daniel swe uprzedzenia. Jedno i drugie pragnie zdobyć choć odrobinę czułości i zainteresowania. Oboje funkcjonujący latami obok siebie zatomizowali się jeszcze bardziej, odkąd Reggie – jedyny, któremu zależy na spajaniu rodziny w całość – znajduje się między nimi tylko w słowach przesyłanych z frontu listów. Annabel nie tęskni za powrotem męża, szukając substytutu prawdziwej męskości w zakazanych ramionach. Daniel czule przytula się do rozdygotanego ojca, któremu winien jest zainteresowanie, gdy żona staje obok i milczy. Chloë Mayer portretuje rodzinę, która rozpadła się nie tylko wskutek wojennej zawieruchy. Ukazuje różne rodzaje wyobcowania, każdy wydobywającey się z innego kontekstu. Nieszczęśliwą rodzinę żyjącą pośród złudzeń. Także tych, w których można zatonąć, wciąż na nowo interpretując przesłanie smutnych baśni.

Daniel to chłopiec, który nieświadomie uczyni wiele zła. Annabel także będzie jego sprawczynią, ale nie doświadczy tego tak intensywnie jak syn. Daniel to smutne dziecko, które od małego wie, że na miłość trzeba zasłużyć. A jeśli się nie uda, trzeba próbować ponownie. Wciąż na nowo rozpaczliwie pragnie bliskości matki, choćby jej skromnych przejawów, choćby czułego spojrzenia czy dotyku. Annabel także by tego chciała, ale wybiera coś, czego nie powinna wybrać. Nie w tym świecie, nie w tej miejscowości. Odrzucenie syna ma głębsze znaczenie, jeśli spojrzymy na to, jak bardzo bohaterka zamyka się w sobie. Mayer jej duchową emigrację wewnętrzną portretuje ze sporym dystansem, ale dzięki niemu wiemy, że nie mamy dostępu do uczuć bohaterki. Jej osamotnionego serca, które nie zaznało prawdziwej miłości. To kobieta, której wszyscy patrzą na ręce, wszyscy rozliczają z właściwego funkcjonowania we właściwych rolach. Tymczasem w Annabel narastają gniew i bunt. Jest nieczułą żoną i matką. Wyjątkowo stygmatyzowaną, bo nie ma już sił oddychać. Do momentu, w którym po raz ostatni spróbuje ucieczki. By odetchnąć właśnie, wreszcie naprawdę.

Chloë Mayer proponuje nam liczne wypisy z „Królowej Śniegu”, która jest nad wyraz czytelną paralelą doświadczeń życiowych jej bohaterów. Autorka podąża w stronę nieprzyjemnego dydaktyzmu, gdy wyjaśnia wszystko to, co bardzo czytelnie obrazują zachowania i słowa bohaterów. W tym znaczeniu dość psujące całość jest zakończenie, w którym Daniel wyjaśnia czytelnikowi, jak ma postrzegać jego skomplikowane relacje z matką. Metaforyka śniegu także czyni z tej powieści narrację dość przewidywalną, niemniej jest w niej siła oddziaływania oparta na zderzeniach dwóch opowieści, które wzajemnie się uzupełniają i dają pierwszeństwo sugestywnej narracji pierwszoplanowej Daniela.

Mayer opowiada o skomplikowanej drodze poszukiwania namiastki życiowego szczęścia oraz spełnienia. Pisze o tym, jak trudno jest miłość zdefiniować i odnaleźć. Jak niezwykle trudno jest ją wydobyć z pozornie najbliższych relacji – naznaczonych przecież wyobcowaniem przez lata. „Chłopiec ze śniegu” to książka także o trudnych do uniesienia tajemnicach. O tym, jak bardzo dziecko będzie zdeterminowane, by uzyskać czułość, i o innym rodzaju determinacji. O niedopuszczaniu nikogo do swojego smutku oraz rozczarowania. Tragedie zapowiadane są stopniowo. Czujemy ten wszechobecny fatalizm powieści i zdajemy sobie sprawę, że wydarzy się coś niewiarygodnie smutnego. Że Mayer nie daje wytchnienia swoim bohaterom, bo chce ich pokazać w sytuacji granicznej rozpaczy. Udowodnić, że poza nią może być już tylko nicość… lub oczyszczenie. To przede wszystkim wzruszająca historia dziecięcej bezradności i wynikającego z niej paradoksalnie pragmatyzmu. Daniel musi zatroszczyć się o siebie w kilku znaczeniach. Jest też na tyle uważny i odpowiedzialny, że byłby gotów zatroszczyć się również o matkę. Gdyby tylko tego chciała… Chloë Mayer opowiada o dziecku widzącym wiele złego, zbyt wiele z tego rozumiejącym i ostatecznie muszącym mierzyć się z demonami, których nigdy się nie pozbędzie. To mroczna opowieść o niemożności spotkania się naprawdę w jednym, rodzinnym domu. O tym, że poszukiwania spokoju i szczęścia mogą mieć tragiczne konsekwencje. O tym, że ludzki tragizm ma kilka oblicz, ale jeden podstawowy powód – samotność wywołaną deficytem uczuć.

2017-12-27

„Macocha“ Petra Hůlová

Wydawca: Afera

Data wydania: 20 grudnia 2017

Liczba stron: 192

Przekład: Julia Różewicz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34 zł

Tytuł recenzji: (Nie)możliwości Julie

Mistrzowska premiera końca roku! Petra Hůlová mocno mnie rozczarowała „Stacją Tajga“, ale „Macocha“ to zupełnie inna jakość, także językowa. Są takie książki, które porywają od pierwszego zdania, i tak jest z tą dynamiczną powieścią, w której bohaterka wykrzykuje na balkonie pytanie o to, kto marzy o życiu gorszym niż ma. Tu czeska pisarka ma czytelnika, bo nie sposób uwolnić się od tego specyficznego monologu wewnętrznego – z niepokorną składnią, kryjącą całą siatkę pojęć, jakimi Julie definiuje świat, w którym na własne życzenie chce być archaiczna, osobna, nieprzystająca i kontestująca. Hůlová w tym introwertycznym ciągu trudnych zdań i słów zapisuje uniwersalne doświadczenie kobiety, która z różnych powodów nie potrafi wywiązać się z nadanych jej ról społecznych, a jednocześnie wciąż mierzy się z gorzkim aspektem przemijania. W świecie, który jest zatomizowany, relatywny, sztuczny i niewarty uwagi, lecz jedynie splunięcia z balkonu. Tak, ta książka jest w każdym możliwym wymiarze kontestatorska, złośliwa, ironiczna i szarżująca. Czyta się to jednym tchem. Nie ma tam miejsca na złapanie oddechu. Petra Hůlová zagarnia i przykuwa uwagę. Opowiadając nie tylko o kobiecie w szponach dysfunkcji, neuroz i nałogu. Portretując te bolesne pęknięcia rzeczywistości, których nie chcemy dostrzegać. A Julie usiłuje się w nich schować. Unikać świata jak mól z ciemnej szafy. Będąc jednocześnie jego dynamicznym uczestnikiem. Kontestatorką do wewnątrz, ale również kobietą ustalającą własny zbiór praw – dla siebie i swojej rodziny.

„Macocha“ to jedna z tych nielicznych książek odważnie wychodzących naprzeciw problemowi alkoholizmu kobiet. Nie ma u Hůlovej jakiejś wyraźnej demaskacji szponów nałogu. Portretowane picie wydobywa się z tej powieści w raczej dowcipnym kontekście, ale doskonale zdajemy sobie sprawę, że to dowcipne nie jest, a ostrze ironii wyjątkowo tępe, choć pragnące zatuszować pustkę. Z niej rodzi się potrzeba picia i jest to klasyczny dowód na to, że alkoholizujący się ludzie nie uczą się na błędach, choć doskonale je rozumieją. Julie czuje się najbardziej trzeźwa wówczas, gdy się napije. Tylko dzięki trunkom znosi trud każdego kolejnego dnia, w którym zdobycie się na odwagę bycia sobą jest coraz trudniejsze. Znośniej jest istnieć w świecie, który zniknie w swych wyraźnych konturach. Być może wówczas widzi się go mimo wszystko takim, jaki jest naprawdę. A może to pułapka…

Kim jest bohaterka książki? Alkoholiczką, tak. Świadomą tego, że nałóg jest złudną ucieczką, ale jedyną, jaką może sobie wyobrazić. Poza tym jest matką. Także pisarką. Dzieci wychowała bardzo specyficznie i nie tak, jak oczekiwałyby tego opieka społeczna czy zbulwersowana sąsiadka. Dwójka dzieci dorasta, przejmując od matki traumy i upokorzenia, które znowu ona odbierała w okresie dzieciństwa. Sytuacja jest patowa, bo nikt nie może się wyzwolić z mroków przeszłości. Matka zacierająca granice rzeczywistości dzięki alkoholowi daje dzieciom to, co może dać z przekonaniem, że to słuszne. Czy takie jest? Widzimy ledwie zarys relacji z potomkami, ale dostrzegamy siłę samostanowienia w roli matki. Tej matki toksycznej, kochającej kaleką miłością. Być może przez to najsilniejszą z możliwych. A być może będącą źródłem nieustających frustracji, które zabierane są potem w kolejne dorosłe życia.

Pisarstwo Julie to przede wszystkim sprzedawanie czytelniczkom tanich iluzji z koniecznie dobrymi zakończeniami, czyli tym, czego autorka nie doświadcza w swym codziennym życiu. Fikcja literacka jej romansów ma obrazować to, czego kobiety chciałyby zaznać, gdyby mogły fantazjować i decydować o sobie. Julie panuje nad wszystkim tylko wówczas, kiedy tworzy swoje szmirowate narracje. Wtedy nikt nie ma prawa przeszkadzać jej w pracy. Wówczas jest być może bardziej skupiona niż podczas przełykania rumu. Tylko wtedy fantazje dominują nad goryczą życia. W tym znaczeniu Julie jest pisarką spełnioną, choć niestawiającą sobie jakichś ambitnych celów.

Ambicją bohaterki „Macochy“ jest przede wszystkim przetrwać. I kochać, bo Jarda ze swymi złotymi rękoma i małym penisem jest substytutem tego, co w męskości potrzebne, pożądane, chwalebne i wartościowe. Jarda naprawi w domu wszystko poza pęknięciami pojawiającymi się w relacjach z Julie. Julie jest więc w związku stroną inicjującą konflikty, ale także pokorną kobietą podporządkowaną temu ładowi, który buduje wokół niej jej uczciwy mężczyzna. To, co tworzą w domu, jest być może jedyną formą ucieczki od opresyjnego świata. Petra Hůlová zadaje ustami bohaterki pytanie o to, ile zależy od nas samych, a na ile w potrzebach i działaniach blokuje nas rzeczywistość, doprowadzając do tego, że jedyną w miarę bezpieczną przestrzenią jest przestrzeń domu.

„Macocha“ to wyraz specyficznego ekshibicjonizmu. Odbywa on się w sferze leksykalnej, lecz bohaterka książki trzyma gardę i nie pozwala się do siebie zbliżyć. To, od czego ucieka, jest być może egzemplifikowane przez niechęć do pracy na etacie, zajęcia powtarzalnego i monotonnego. Julie rozpaczliwie chce obronić się przed monotonią. Walka to jej cel, choć nie do końca jest czasem o co walczyć… Petra Hůlová tworzy egzystencjalny dramat, w którym proponuje nam wyjątkowo przejmujący opis tego, jak wygląda przemijanie, jakie pozostawia ślady i co czyni z jakością życia. A także z marzeniami, bo przecież „Macocha“ to także książka o tym, co niespełnione i niemogące mieć miejsca.

Ta spowiedź bezradnej wobec samej siebie kobiety stanowi pewien rodzaj manifestu. Można powiedzieć, że „Macocha“ to powieść publicystyczna. Nie o tym, co możemy sobie wzajemnie dać, lecz bardziej o tym, czego dać nie potrafimy. O niemożliwościach, deficytach emocjonalnych i o wszystkim, czego nie da się opowiedzieć, a co dzielnie punktuje ta rwana i pozornie chaotyczna narracja. Petra Hůlová zaskakuje wyjątkową czułością wobec tych form zachowania, które łatwo określić nieprzemyślanymi i nieczułymi, a które są świadectwem tego, że prawdziwie obnażyć się przed drugim człowiekiem wydaje się czasem niemożliwością. Docenić należy wyjątkowy trud pracy translatorskiej, bo fraza Hůlová nie należy do łatwych i kieruje się specyficzną logiką. To jedna z książek, które poza tym, że są eksperymentem językowym, nasycone są uniwersalną, gorzką symboliką.

2017-12-22

„Krew” Bartosz Szczygielski

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 8 listopada 2017

Liczba stron: 400

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Podwójna walka

Druga książka kryminalnego tryptyku zawsze niesie ze sobą pewne trudności dla autora. Czy w powieści środka bardzo rozbudowywać warstwę fabularną? Czy udzielić czytelnikowi wystarczająco dużo odpowiedzi na pytania, które nasunęła część pierwsza? Może wcale nie odsłaniać kart? Jeśli tak, to jak zbudować napięcie w takiej narracji? „Krew” Bartosza Szczygielskiego wychodzi praktycznie w tym samym czasie co „Zapach suszy” Tomasza Sekielskiego. Obaj pisarze proponują nam nieco inny schemat powieści przejścia. Szczygielski pozostaje konsekwentny w swojej mrocznej wizyjności i jednemu z bohaterów daje pewną taryfę ulgową, drugiego zaś potwornie eksploatuje. Sekielski koncentruje się ściśle na treściach z pierwszej części powieści, tę drugą budując na retrospekcjach i w gruncie rzeczy zostawiając najlepsze smaczki na koniec. U Szczygielskiego mamy niejako odrębną strukturę fabularną. Dwie struktury, bo „Krew” tworzą konkretnie dwie narracje. Czy są symultaniczne? Uzupełnią się czy może poszerzą spektrum problemów? I Sekielski, i Szczygielski przykuwają uwagę bardzo mocno, choć na różne sposoby. Obaj udowadniają, że ta druga część tryptyku nie jest tylko zapychaniem stron na potrzeby kolejnych planowanych rozwiązań fabularnych. „Krew” dodatkowo opowie jeszcze historię pewnego zamkniętego miejsca – stworzy klaustrofobiczny klimat i pokaże, że nic ani nikt nie są tym, czym mogą się wydawać.

Zakończenie „Aorty” bardzo wysoko podniosło poprzeczkę. Autor musiał zdecydować, co zrobić ze skrajnie dramatyczną sytuacją, w jakiej znalazł się jego policjant, Gabriel Byś. Umieścił go w Tworkach, pośród ludzi z deficytami we właściwym odbiorze rzeczywistości. Okazuje się, że Byś czuje się w szpitalu psychiatrycznym jak w domu. Przestrzeń nie jest dla niego opresyjna, dzięki niej uzyskuje życiową równowagę. Problemy świata zewnętrznego nie istnieją w takim wymiarze, w jakim dawały o sobie znać. Nie wiemy, czy Byś przepracował największą życiową traumę, ale widzimy, że udaje mu się normalnie funkcjonować. Niekoniecznie w taki sposób funkcjonuje szpital. Stanie się areną zaskakujących wydarzeń. Przerażających i odrealnionych jak funkcjonowanie pacjentów. Byś wykazuje się największą trzeźwością umysłu, ale i tak zostanie zwiedziony. Do kolejnej sprawy kryminalnej dołączy z pozycji pacjenta. Jako pacjent zobaczy też i zrozumie nieco więcej niż ludzie spoza Tworek, ale i tak zostanie zaskoczony, a wraz z nim czytelnicy ze złudnym poczuciem kontroli prezentowanych wydarzeń.

Katarzyna Sokół nie gra już pierwszych skrzypiec i narracja o jej perypetiach jest równorzędna z tym, co przeżywa Gabriel Byś w psychiatrycznym zamknięciu. Kaśka także jest zamknięta. Odizolowana od świata i terroryzowana na tyle, by miała świadomość, iż na zawsze pozostaje czyjąś własnością. Bohaterka podejmuje się brawurowej i heroicznej próby ucieczki z zabójczych ramion oprawcy. Nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie konsekwencje będzie miała jej ucieczka. Nie ma pojęcia, co czeka ją tam, gdzie wreszcie skonfrontuje żal z bliską jej osobą. Wie jedno – nikomu nie można zaufać. Powinien o tym pamiętać Gabriel Byś. Oboje zostaną wyprowadzeni w pole. Oboje także przeżyją tak wiele zaskakujących zdarzeń, że fabuła „Krwi” wyda się momentami nieprawdopodobna.

Szczygielski jednak trzyma się prozy życia. Interesująco łączy ze sobą rozdziały opowiadające o tym, z czym zmagają się Byś i Sokół. Dba o szczegóły i po raz kolejny udowadnia, że prezentując dane miejsca, stara się o nich zdobyć bardzo dużo informacji. Podwarszawskie Tworki portretowane są jako miejsce, w którym pacjenci są wyjątkowo bezbronni. Pozbawieni świadomości tego, kim są, albo też funkcjonujący w wyimaginowanej rzeczywistości lęków i neuroz, stają się doskonałym narzędziem do manipulowania i wykorzystywania. Jak ma wyglądać ich dalszy los? To wypadkowa decyzji ludzi z zamkniętego kręgu. Czy personel szpitala rzeczywiście pomaga chorym? Byś długo nie orientuje się w tym, co naprawdę dzieje się wokół niego. Okazuje się, że idylliczna wręcz rzeczywistość, w której się odnalazł, to doskonale maskowane piekło. Czy można jednak mówić o jakiejkolwiek formie harmonii, gdy do tego, by dobrze zasnąć, zawsze potrzebna jest pigułka?

Bartosz Szczygielski igra z uwagą czytelnika. Dość długo fabuła książki jest mocno statyczna. Dynamizm pojawia się wówczas, gdy zorientujemy się, jak ważne są szczegóły. A jest ich bardzo wiele. Tonacja noir wciąż dominuje w opowieści autora „Aorty”, ale tym razem stawia on na nowy sposób zaskoczenia czytającego. To trudne, bo po wolcie, jaką wykonał z kompozycją klamrową pierwszej powieści, nic nie może być już tak bardzo wgniatające w ziemię. A jednak! „Krew” to po prostu bardzo dobra kontynuacja. Opowiada o tym, że są ludzie wyjęci spod prawa, którzy mogą liczyć tylko na siebie. Także tacy, którym nic nie stoi na przeszkodzie, by zrealizować najbardziej nawet krwawą zemstę. Szczygielski obrazuje kalekie relacje bohaterów w konwencji pogoni silniejszego za słabszą zwierzyną. Gabriel Byś nie do końca panuje nad tym, co się wokół niego dzieje. Kaśka Sokół nie jest świadoma, dokąd prowadzą jej kolejne kroki. Oboje skupieni na tym, co się wokół nich dzieje, widzą tylko te kontury niebezpieczeństwa, które wolno im dostrzec.

„Krew” to powieść nie do końca prawdopodobnych rozwiązań finałowych, ale rzecz konsekwentnie ujawniająca sygnalizowane dwuznaczności. Dużo jest w niej mroku, ale sporo dynamizmu wynika z pewnych drobnych, niewyraźnie sygnalizowanych walk. Takich jak walka Kaśki o normalny dzień czy walka Bysia z nałogiem nikotynowym, który daje o sobie znać. To są małe słabości uosabiające pewne poważniejsze braki. Deficyty normalności – tak, w świecie Szczygielskiego nic nie ma prawa być normalne, albowiem bohaterowie zostali naznaczeni dużą dozą traumy na zawsze. Ten przygnębiający pesymizm każe z niecierpliwością czekać na kolejną część, by śledzić, czy autor jest konsekwentny. Tymczasem „Krew” daje satysfakcję zarówno czytelnikom „Aorty”, jak i spotykającym się po raz  pierwszy z frazą Szczygielskiego. W ten mroczny świat można wejść bez przygotowania w postaci lektury wcześniejszej powieści. Wizyjność i szeroko pojęta destrukcja mocno zapadają w pamięć. Szczygielski wie, jak pisać we własnym stylu. Nieprzypadkowo Byś krytykuje w jednej ze scen utarte schematy skandynawskich kryminałów. Tutaj nic nie będzie oczywiste i przypadkowe. Włos się jeży na głowie, że taką fikcję literacką można wymyślić. Bartosz Szczygielski dodatkowo doskonale nad nią panuje. A nad wszystkim unosi się duch Chucka Palahniuka, więc to musi być naprawdę dobre!

2017-12-20

„Najlepszy kraj na świecie. Pamflet” Nina Witoszek

Wydawca: Czarne

Data wydania: 22 listopada 2017

Liczba stron: 200

Przekład: Mariusz Kalinowski

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Raj niemożliwy?

Imponująca książka. Chciałoby się, aby z taką dozą krytycyzmu i jednocześnie empatii pisano o każdym kraju, który chce zrozumieć, czym naprawdę jest i czym się staje. „Najlepszy kraj na świecie” czyta się z przekonaniem, że jest to narracja o innym świecie i innej rzeczywistości, ale wyjątkowo trafnie opowiedziana – w naukowym stylu, ale jednocześnie z taką formą wieloaspektowości, że w historii Norwegii może przejrzeć się każdy Polak, Europejczyk. Specyfika portretowanego kraju idzie w parze z ukazywaniem tego, co w gruncie rzeczy w człowieku uniwersalne i identyczne wszędzie, lecz inaczej kierunkowane. Nina Witoszek zna i rozumie Norwegię prawdopodobnie lepiej niż niejeden Norweg. Cechuje ją wyjątkowa forma uważności w przyglądaniu się temu, jak Norwegia wciąż na nowo potrafi zadziwiać, być wyjątkowo osobna i zaskakująco konsekwentna w swym dążeniu do tego, by urządzić obywatelom raj na ziemi. Raj niepozbawiony kontrastów, absurdów, jednokierunkowego myślenia o pewnych kwestiach i działań tyleż zachowawczych, co przede wszystkim naznaczonych bardzo specyficzną historią. Bo „Najlepszy kraj na świecie” to nie przewodnik po specyfice norweskiego życia codziennego, lecz interesująca rozprawa naukowa o procesie narodotwórczym i istocie norweskiego mitu – tak samo idealistycznego w swej wymowie, jak mocno zbudowanego u podstaw przez kolejne wieki swoistej konsekwencji w działaniu. 



Całość tekstu na stronie "Czas Kultury"

2017-12-17

„Herezje chwalebne” Lisa McInerney

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 22 listopada 2017

Liczba stron: 408

Przekład: Robert Sudół

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Irlandia na kolanach

Gdyby nie czarny humor i ostrze błyskotliwej ironii, nie dałoby się świata przedstawionego Lisy McInerney znieść i choć to świetna książka, można byłoby ją odłożyć na półkę, nie kończąc lektury. „Herezje chwalebne” opowiadają o ludziach, o których nikt nie chce opowiadać. Powieść portretuje południowoirlandzkie Cork z jego szarością niewynikającą tylko z aury. Mamy wrażenie poruszania się po ulicach miasta, które może tylko zdusić, zniszczyć, zniewolić i okazać różne formy stygmatyzowania. A w nim ludzie, którym się nie udało. Ci, co nie mają dokąd uciec przed beznadziejnym splotem okoliczności i przed samymi sobą. McInerney przytłacza, ale i elektryzuje. Potrafi podjąć się inteligentnej gry literackiej, by zestawić ze sobą sacrum i profanum, kazać przejrzeć się katolickiej Irlandii w krzywym zwierciadle, pokazać tę Irlandię na kolanach – niekoniecznie w mistycznym uniesieniu, raczej w szeroko pojętym upodleniu. Tak, to książka odważna. Nie tylko dlatego, że w dość bezpardonowy sposób – słowami swoich bohaterów – atakuje irlandzki Kościół katolicki i hipokryzję jego wyznawców. Autorka portretuje ludzi, którzy w żadnym wymiarze nie mają szans na zbawienie. Takich, którzy będą powielać błędy swoich przodków, bo są to rodzice i dzieci żyjący wbrew oczekiwaniom tych drugich. „Herezje chwalebne” to bardzo dynamiczna powieść o ludziach stojących w miejscu. Usiłujących zachować resztkę godności, ale nieustannie przytłoczonych życiem bez perspektyw. Świetna rzecz, bo portretująca mało sympatycznych bohaterów z dużą dozą empatii i współczucia. Chciałoby się, by takich współczesnych książek doczekali się ludzie z marginesu społecznego w innych krajach.

Ryan ma ojca, którego uważa za życiowego frajera. Tony wie, że nim jest, i stara się to zatuszować. Czasem Ryan musi poznać, czym jest siła jego pięści, by nie myślał za dużo nad słabością charakteru. Tara to sąsiadka Tony’ego i Ryana, która wykazuje się wyjątkową formą wścibstwa i dążeniem do tego, by mimo dobrych intencji czynić zamieszanie i wywoływać frustracje. W nich pogrążona jest Maureen, która pewnego dnia staje się morderczynią. Zastanawia się, czy splot przykrych okoliczności życiowych zamordował też miłość jej syna. Jimmy jest dla Maureen szorstki i srogi, bo inny być nie potrafi. Przestępczy świat, w którym się obraca, wymaga nieustępliwości i siły charakteru. Tej brakuje Georgie – jej życie nie dało żadnej alternatywy poza narkotykami i prostytucją. Jednak musi odnaleźć się w nowej roli, a przede wszystkim poszukuje tak samo jak ona naznaczonego życiowymi traumami ukochanego, który znikł bez śladu. To główni bohaterowie powieści, którzy za Maureen mogliby powtórzyć dramatyczne pytanie: „Jak zbudować życie z popiołów?”.

Istotne są relacje rodzinne w tej powieści. To tak zwane rodziny toksyczne, którym chętnie przykleja się łatkę patologicznych. Tak, ocenianie innych wychodzi Irlandczykom doskonale, a bohaterowie „Herezji chwalebnych” wciąż są oceniani jak najgorzej. Ojciec, którego jedynym osiągnięciem jest sześciokrotne ojcostwo. Matka ulicznego bandyty, której odebrano prawo do tego, by mogła się nim zaopiekować i pokazać mu jakąś lepszą wersję świata. Uformowane w półcieniach i beznadziei Cork staje się miejscem, w którym nie można zaznać duchowego oczyszczenia, bo los wciąż jest przeciwko tym, co starają się z nim dzielnie walczyć. Te walki Lisa McInerney mocno uwypukla, koncentrując się przede wszystkim na Ryanie, którego ważność podkreśla dodatkowo pierwszoosobowa narracja chłopaka.

Opowieść obejmuje pięć lat, podczas których bohaterowie usiłują zmienić coś w swoim życiu, ale jakakolwiek zmiana na lepsze przerasta ich możliwości. Wydają się stworzeni do tego, czym są i co sobą reprezentują. Potrafią tylko błądzić. Poddawać się negatywnym emocjom, zwątpieniu i złości, podkreślać brzydotę świata swym wulgarnym językiem. Niemożliwe jest dla nich wyjście poza pewne uwarunkowania i konteksty. A jednak budują między sobą pewne trwałe relacje. Autorka ukazuje prawdziwą czułość pod okrutną niekiedy szorstkością – zwłaszcza w relacjach Tony’ego i Ryana. Umiejętnie jednak splata losy wszystkich bohaterów po to, by pokazać bardzo wyraźnie, że życie codzienne chce im odebrać prawo do czułości i jej okazywania. Wszelkie napięcia, kłótnie, portretowane życie emocjonalne – to wszystko dynamizuje fabułę, ukazując jednocześnie niewyrażalną rozpacz tych, którzy nie są skłonni przyznać się do swych słabości. Irlandia przyporządkowała ich ze słabościami: do konkretnej dzielnicy, konkretnych domów. Empatię mogą odczuwać jedynie względem siebie, ale tak naprawdę wciąż stanowią dla siebie problemy, nie ma tu żadnej jedności poszkodowanych przez los.

Tytuł czytelnie odnosi się do stanów umysłów ludzi z powieści Lisy McInerney. Tych, którzy już dawno zwątpili w to, że katolicka Irlandia okaże im wsparcie, bo przecież prawdziwy chrześcijanin powinien wesprzeć słabszego. Rozprawa z Kościołem ma tu kilka oblicz i jest wyjątkowo ironiczna. Co robi szkaplerz w domu uciech? Komu Biblia służy za podkładkę do zrobienia życiodajnej białej ścieżki? Kto i dlaczego chce spalić świątynię? Komu religijność rodziców kojarzy się jedynie z kołtuństwem i hipokryzją? McInerney jest odważna wobec swoich rodaków i jednocześnie mocno bezkompromisowa. Nie stara się tłumaczyć motywów postępowania swoich bohaterów, ale dość konsekwentnie sygnalizuje pewną opozycyjność wierzących względem tych, którzy nie mają już ani siły, ani nadziei, by w cokolwiek uwierzyć.

A jednak „Herezje chwalebne” nie są książką przesyconą defetyzmem. Autorka obrazuje skomplikowany proces stygmatyzowania społecznego i tę sferę ludzkich trudności, z którą nikt nie jest w stanie poradzić sobie samodzielnie. Bohaterowie są zatomizowani, a jednocześnie przekonani, iż życie zaoferowało im naprawdę niewiele. Będą walczyć o resztki godności, ale muszą także walczyć o przetrwanie. Brutalnie i bez kompromisów. Tak Lisa McInerney rozprawia się nie tylko z Irlandią, ale przede wszystkim z potrzebą wydawania opinii o drugim człowieku bez chęci zrozumienia go. W tym znaczeniu pochyla się nad tymi, dla których nigdy nie ma się empatii, bo idą koleinami życia na własne życzenie. Czy rzeczywiście są to odstręczający minimaliści nieliczący się z niczym więcej poza zaspokojeniem najprostszych potrzeb życiowych? Zaskakujące będzie to, z jak dużą dozą sympatii i zrozumienia wydostaniemy się z mrocznych przedmieść Cork w otwartym zakończeniu sugerującym, że McInerney nie powiedziała w tej historii ostatniego słowa. Bardzo przykuwająca uwagę książka o tych ludziach, którzy na co dzień nie przykuwają niczyjej uwagi. Brawa dla literatury wydobywającej z prozy życia jej różnorodny koloryt. Nawet szarość ma w tej powieści zaskakująco wiele odcieni. I rumieńce wstydu samej Irlandii, dla której ta narracja może być wyjątkowo niewygodna.

2017-12-13

„Miłość” Ignacy Karpowicz

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 23 listopada 2017

Liczba stron: 292

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Trzy odsłony

Trzy lata czekaliśmy na nową powieść Ignacego Karpowicza. Czytając „Miłość”, odnoszę wrażenie, że w tym czasie mierzył się on z trzema albo przynajmniej dwiema różnymi powieściami, a ostatecznie postanowił ich zaczyny połączyć w jedną. Tekst nie jest tylko tryptykiem, którego części odnoszą się do filozoficznej triady i zwracają ku Pięknu, Prawdzie i Dobru. To gatunkowa hybryda z kilkoma tematami przewodnimi. Co połączy teatralny nieco pastisz, którego nieznośny patos jest chwilami nie do uniesienia, z groźną i sugestywną futureską oraz wzruszającą baśnią? Myślę, że przede wszystkim autorskie podejście do samotności i wyobcowania połączone z homoseksualizmem, który staje się punktem odniesienia do ciekawych rozważań o relacjach między ciałem a umysłem oraz mrocznych fantazji o tym, w jaki sposób skrywany każe budować kalekie relacje oparte na fałszu. To nie wszystko. Między wspomnianymi częściami pojawia się jeszcze intrygująca narracja pierwszoosobowa, w której bohater wydobywa się z kłamstw, by stworzyć udany związek z partnerem, porządkując jednocześnie sprawy wokół siebie i wchodząc w lepszy kontakt z obolałym ciałem. Myślę, że „Miłość” to kolejny przykład tego, iż Karpowicz w literaturze załatwia pewne prywatne sprawy, ale także dowód na poszukiwania twórcze. Takie, które miałyby zaskoczyć nową formą i odnieść się do ważnych społecznie tematów. Nie ma chyba drugiej takiej powieści o homofobii. Tak nierównej, a jednocześnie konsekwentnie obrazującej światopogląd piszącego. „Miłość” to może być książka też dla trzech różnych czytelników. Mnie na początku męczyła, potem przerażała, a ostatecznie mimo wszystko przekonała do siebie, bo nic tak nie ujmuje, jak dobra baśń opowiedziana przez zacnego bajarza.

Pierwsza – najsłabsza moim zdaniem – część książki to prawdopodobnie między innymi pokłosie czytelniczej przygody z korespondencją Iwaszkiewicza i Bleszyńskiego, która ukazała się wiosną nakładem wydawnictwa Anny Król. Karpowicz osadza nas w powojennym dworku w Stokroci, gdzie czwórka bohaterów będzie starała się uporządkować swoje skomplikowane relacje z bliskimi. Nazwać je, wyodrębnić ich istotę, odkryć przed pozostałymi raniące ich sekrety. Na pierwszy plan wysuwa się Anna, żona literata, której życie miały porządkować tabletki sterujące nastrojem. Anna nie łyka ich – jak chciałby mąż – „jak perliczka ziarno”, lecz uważnie analizuje stałe nieobecności męża. Te dosłowne i metaforyczne. Przybywający goście to ktoś bliski panu na Stokroci i ktoś zupełnie zbędny. Irena, której związek powstał na gruzach miłości i rozpaczy. Fałsz relacji z mężczyznami zbliża kobiety nieszczęśliwe, które ponoszą największe koszty zagadkowych i sekretnych zbliżeń poza ich ramionami i świadomością. Ta część książki ze swą staroświecką frazą podąża ku nadmiernemu patosowi, a i refleksje bohaterów – przeintelektualizowane i książkowe – degradują ich osobność i samotność, które można byłoby wyrazić w inny, prostszy sposób. Kiedy Karpowicz dołącza do tego jeszcze nawiązania do Szekspira i Owidiusza, czyni nieszczęśliwy czworokąt miłosny dość groteskowym. To już pułapka mówienia o wielkich sprawach i wielkich wartościach. To duże ryzyko podejmować takie tematy.

Dużo sprawniej i sugestywniej Karpowicz radzi sobie z drugą opowieścią, mroczną historią z przyszłości, w której ludzka intymność to anachronizm. Co więcej, każdy tworzący związek musi podlegać kontroli państwa, które w teście prostoty płciowej eliminuje nienaturalne skłonności seksualne, a dzięki zmuszaniu do zażywania homonegu ostatecznie usuwa homoseksualizm z ciała i świadomości. Bohaterka tej części, późna wnuczka pewnego pisarza, próbuje odczytać znaczenie jego archaicznych powieści. W nich odnajduje słowa i frazy, które nijak nie odpowiadają światu podlegającemu pod Urząd Obywatelskich Swobód i izolowanego od reszty kontynentu. Jest groźnie, groteskowo i bardzo smutno, kiedy okazuje się, na jakich fundamentach buduje swoją miłość Albertyna. To opowieść o Prawdzie, której prawdopodobnie już nie ma, trzeba jej szukać w przeszłości albo skrywać w relacjach, których anatomię zna władza. Futureska jeży włos na głowie i po raz kolejny obrazuje nieszczęście tkwienia w relacji narzuconej, oddalonej od prawdziwych potrzeb i tęsknot.

Baśń zamykająca książkę to opowieść o wielkim przywiązaniu, tęsknocie i bliskości. Trochę takie katharsis po poprzednich opowieściach, ale nie do końca. Podkreśla rolę tego, co niewypowiedziane, a co zbliża do siebie i buduje trwałą relację. Wracają jak bumerang słowa z pierwszej części powieści: o tym, że „w niewypowiedzeniu ludzie kochający się najbliżej są siebie”. Tak obrazowana jest tytułowa miłość – wypadkowa tego, co utracone, i tego, co się przed sobą ukrywa. Skoro ma to być forma opowieści o miłości, dostrzeżemy ją w patologicznym wymiarze, ale także tę prawdziwą, skrytą w niedopowiedzeniach i niezwerbalizowaną. Miłość będzie formą opresji i skrywanym przed światem szczęściem. Wyjdzie jednocześnie ze stron książki, stanie się nie tyle pojęciem, ile zasobem przeżyć i emocji, które bardzo często blokują – zwłaszcza gdy kocha się inaczej, gdy trzeba mierzyć się z odium homofobii, izolować samych siebie od najbardziej oczywistych potrzeb i wielkiego pragnienia pokochania drugiej osoby.

Rozprawiając o miłości, łatwo wpaść w uproszczenia lub pretensjonalność. Karpowiczowi udaje się uniknąć jednego i drugiego. Ta wyrazista językowo książka, w której obok „tęsknicy” i „rozhoworu” znajduje się „oor” czy „jaTel”, jest dowodem na to, że różnorodność ujęć sprzyja szerszej perspektywie opisu danej kwestii. Miłość łączy w sobie cierpienie wyobcowania i nadzieję na najtrwalsze pojednanie ze światem. Nawet z tym heteronormatywnym, który zawsze będzie źródłem opresji – bez względu na maskę historyczną, czas, życiowe uwarunkowania bohaterów opowieści. Nowa powieść Ignacego Karpowicza powinna mocno wybrzmieć publicystycznie. Sugestywnie opowiada o wyobcowaniu homoseksualistów i ich próbach podążania za światem odrzucającym ich tożsamość z powodu upodobań seksualnych. To odważna forma opowieści o opresyjnym życiu, w którym można pogrążyć się w mroku nawet bez udziału otoczenia. Tematyka niewątpliwie istotna. Forma, w jakiej jest poruszona – niejednorodna, trochę niedokończona, pozostawiająca w niedosycie. Trzy różne stylistyki opowiadania o sprawach, które dręczą i wymagają kontaktu z samym sobą. „Miłość” jest w pewnym stopniu wyzwaniem, ale przede wszystkim książką diagnozującą uniwersalne problemy ludzkie – z dużym taktem i empatią, bez narzucania własnego zdania ani nadmiernego filozofowania. Tekst wart poznania, choć zaskoczy różnorodnością. Myślę, że to dobrze, chociaż literackie eksperymenty w obrębie jednego woluminu rzadko wychodzą mu na dobre.