2019-01-18

„Lalka i Marks” Maryam Madjidi


Wydawca: Państwowy Instytut Wydawniczy

Data wydania: 7 listopada 2018

Liczba stron: 224

Przekład: Magdalena Pluta

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Dwie ojczyzny

Debiutancką powieść Maryam Madjidi można zestawić ze „Słoniami w ogrodzie” Meral Kureyshi. Obie autorki opowiadają swój życiorys w podobnie przejmującym stylu. Równoważą to, co osobiste i nazbyt sentymentalne, z tym, co konieczne do opowiedzenia. U Madjidi historia rozpościera się mentalnie i emocjonalnie między Iranem a Francją, u Kureyshi między Kosowem a Szwajcarią. Uniwersalność doświadczeń obu autorek pokazuje trudną drogę, którą trzeba przebyć, aby wydostać się z opresyjnej rzeczywistości, odnaleźć w nowej kulturze, a potem zachować spójny balans między dwiema ojczyznami. Obie powieści inicjacyjne pokazują długą drogę imigranta, choć Madjidi dużo mocniej podkreśla piętno wygnania. Inaczej też opowiada o tym, co utraciła i zyskała, bo ma do przedstawienia swoją osobistą historię. Brzmiącą mniej spójnie niż ta Meral Kureyshi, ale urzekającą poetycką frazą i oszczędną delikatnością pisania o doświadczanych okrucieństwach.

Narratorka „Lalki i Marksa” wydobyła się z łona matki razem z jej traumą wywołaną ucieczką z plądrowanego uniwersytetu i całym początkiem działań opozycyjnych w Iranie lat osiemdziesiątych minionego stulecia, które ukształtowały tożsamość rodziców bohaterki, a także ją samą. Była dzieckiem w służbie idei. W jej pieluchach przenoszono groźne ulotki. Dorastała pośród niepokoju, jednak jego wymiar i znaczenie rozumie po latach. Z rodzinną spuścizną ideologiczną, do której nawiązuje – także w kwestii tytułu – wspomnienie o zabawkach, które trzeba oddać potrzebującym, lecz dziewczynka nie chce się z nimi rozstać, a to z kolei powoduje posądzanie jej o niezrozumienie idei komunizmu. Miała świadomość, że jest jej coś odbierane, ale dopiero po latach pojmuje, co tak naprawdę dał jej ten mroczny czas niedoborów i walki z systemem opresji. Z Iranem, z którego się wydobyła, ale pozostał on z nią mimo wszystko na zawsze. Czy mała dziewczynka jest w stanie zrozumieć, że oto jej najbliższe otoczenie doświadcza zmiany, która przemieni w przyszłości ją samą? Ile tak naprawdę może zrozumieć?

Rozumie jednak dużo więcej, niż wydaje się jej rodzicom. Po latach redaguje skierowane do nich intymne wyznania, które są najpiękniejszymi fragmentami powieści. Narracji z celowo zaburzoną chronologią, ale bardzo czytelną strukturą opowiadającą o trzech rodzajach narodzin, trzech momentach uświadomienia sobie, kim się jest. Także o trzech sytuacjach, w których narratorka musi zdecydować, co jest dla niej ważniejsze: rodzicielska troska czy osobiste poszukiwanie wolności, chęć samostanowienia i zrozumienia absurdów tego, co ją otacza.

Iran we wspomnieniach to kraj ciepłych ludzi i mrocznej atmosfery, w której wizja uwięzienia, tortur czy przedmiotowego traktowania kobiet wysuwa się na pierwszy plan. Madjidi dedykuje swoją książkę osobie, której dobro umarło. A ona sama będzie jego poszukiwaczką i chce też oddać światu właśnie dobre, budujące opowieści. Wydarzenia z wczesnej młodości i te, które narratorka odtwarza, wracając do ojczyzny po latach, ukazują wyjątkową więź z miejscem, w którym odnalazła ją miłość. Nie tylko ta rodzicielska. O potędze wziętej z Iranu miłości świadczy jedna z pierwszych scen powieści, kiedy bliska uwięziona osoba graweruje w kamieniu miłosną pamiątkę dla narratorki. A potem jest już nieuporządkowany nurt wspomnień. Osadzający Francję i Iran na przeciwległych biegunach skojarzeń. A jednak to te dwa kraje wspólnie ukształtowały tożsamość piszącej, jej porządek twórczy przy sporządzaniu wspomnień i jej potrzebę podzielenia się drogą od niepewności i okrucieństwa po poczucie wolności i szacunku dla tego, co odmienne.

Najciekawsze jest śledzenie, z jakim trudem dwukulturowość znajduje sobie spokojne miejsce w świadomości autorki. Francja najpierw wyzwala z kompleksów i ograniczeń. Potem jednak staje się pewnym negatywnym punktem odniesienia, kiedy Iran tak silnie daje o sobie znać. Madjidi próbuje pokazać, jak niezwykle trudna jest sytuacja imigrantki, dla której przemieszczenie się w przestrzeni ma być dobrem, a celem – uczynienie życia lepszym. Autorka nie stara się czytelnie wskazać, która z rzeczywistości – irańska czy francuska – jest dla niej obecnie ważniejsza i która ukształtowała jej tożsamość. Opowiada o dramatycznym rozdarciu i różnych aspektach wyobcowania, o których jest mowa także wówczas, gdy Madjidi wspomina przyswajanie dwóch języków i operowanie nimi w różnych życiowych sytuacjach.

„Lalka i Marks” to opowieść odważna, czuła i w pewien sposób bezkompromisowa. Bardzo ważne jest pokazywanie, jak ewoluowały relacje z rodzicami. Ludźmi, którzy przyczynili się do kolosalnej zmiany, ale chyba sami nie byli na nią gotowi. Maryam Madjidi pięknie werbalizuje te stany emocjonalne, które na co dzień trudno wyrazić słowami. Kreuje siebie na poszukiwaczkę i zdobywczynię, ale ma też pamięć. Doskonale wie, skąd się wywodzi i co stoi za jej narodzinami. Francja staje się miejscem, w którym można z dystansu przyjrzeć się środowisku kształtującemu już na zawsze. Miejscu na zawsze bliskiemu. Bez względu na to, w jakich innych lokacjach się zamieszka, co się będzie tam odczuwać. Wspomnienia Madjidi to także czuły ukłon w stronę tych zmarłych, którym nie było dane poznać wolności, ale zawsze wiedzieli, czym jest miłość i przywiązanie.

Czyta się tę skromnych rozmiarów powieść z nieustającym wzruszeniem, bo wszystko opowiedziane jest bardzo sentymentalnie – z zachowaniem jednak właściwego dystansu do samej siebie. Narratorka dopuszcza nas bardzo blisko do serca i sumienia, ale zabiera też w podróż, w której wiele musimy się domyślać. O drodze wygnańca, która staje się drogą wyzwolenia. O tym, jak kocha się dwa różne miejsca i dwójkę różnych ludzi. „Lalka i Marks” to też dojrzała historia pożegnania tego, co uwierało. Hołd dla trudnej ojczyzny i wspomnienie tej drugiej – ważnej, bo budującej poczucie własnej wartości. Maryam Madjidi ujmuje stylem i wrażliwością, ale także poprzez to, co i jak pamięta, odsłania nam siebie dojrzałą. Dziś już pewną tego, kim jest, choć tęskniącą za tym, kim była.

2019-01-16

„Papierowe duchy” Julia Heaberlin


Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 16 stycznia 2019

Liczba stron: 416

Przekład: Jacek Żuławnik

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Niezwykła podróż

Julia Heaberlin napisała nietuzinkowy thriller. Taki, w którym z jednej strony żaden z bohaterów nie może stać się nam bliski przez swą wieloznaczność, z drugiej jednak – śledzimy ich poczynania z pewną dozą sympatii. Kibicujemy w rozwiązywaniu mrocznej zagadki. A cała narracja opiera się na trzech elementach: determinacji młodej narratorki chcącej odkryć tajemnicę śmierci siostry, inteligentnej grze z tą narratorką człowieka cierpiącego na demencję i na teksańskich bezdrożach. Heaberlin opowiada zatem trzy historie. O tym, jak obsesja wpływa na sposób postrzegania świata pośród pielęgnowanych latami lęków i neuroz. O tym, co jest odbierane człowiekowi przez utratę pamięci, a co on paradoksalnie dzięki niej zyskuje. I o tym, jak niesamowita i pobudzająca mroczną wyobraźnię może być wielka przestrzeń Teksasu. Tego Teksasu, któremu oddawali hołd między innymi Philipp Meyer w „Synu” czy Paulette Jiles w „Nowinach ze świata”. Julia Heaberlin portretuje ten stan współcześnie. Pokazuje, z jaką łatwością można tam ukryć każdą ludzką zagadkę. Jak trudno znaleźć jej rozwiązanie pośród pustyń, gęstych lasów i hektarów niczego, gdzie może ukryć się strach…

Główna bohaterka tej historii przez cały czas ukrywa swą tożsamość i ważny jest moment, w którym ją odsłania, wymawiając swoje imię. Ale to dużo później, a Heaberlin jest przede wszystkim mistrzynią otwarcia. Oto bowiem przed nami symboliczna scena, w której starsza siostra narratorki wpada do grobu. To Rachel, z którą relacje były na tyle silne, by po jej śmierci determinować myśli i działania tylko w kierunku odkrycia mordercy. Czy tym mordercą jest Carl, który również na samym początku zadaje bohaterce pytanie: „Kim, do diabła, jesteś?”? Bo „Papierowe duchy” to przede wszystkim powieść o tożsamości. O tym, co ją kształtuje, ale przede wszystkim o tym, jak możemy ją mistyfikować. Amerykańska autorka połączy ze sobą ekscentryczne postacie, które zagrają w charakterologiczną grę. Dziewczyna będzie chciała wydobyć prawdę z mężczyzny. Mężczyzna będzie na tyle zaintrygowany postawą i celami dziewczyny, że zdecyduje się z nią przemierzać Teksas. Potencjalny seryjny zabójca i owładnięta chęcią zemsty młodsza siostra? Oboje tracą instynkt samozachowawczy, skoro decydują się na wspólną podróż. A może jednak wcale nie? Może z tej ekscytującej i mocno toksycznej relacji wyłoni się prawda, której czytelnik oczekuje od samego początku?

Julia Heaberlin podejmuje się rozważań o tym, jak wiele tracimy z odejściem bliskiej osoby i jak niemożliwe jest uporządkowanie świata po tym nagłym odejściu. Bo obsesja będąca motorem napędowym działań w powieści przeniosła się na całe życie porzuconej siostry. Tej, która w retrospekcjach przedstawia skomplikowane relacje z Rachel i zwraca uwagę na to, że przez lata musiała mierzyć się z wewnętrznymi demonami, dopóki nie dojrzała do zemsty. Okazuje się jednak, że stąpa po bardzo grząskim gruncie. Samodzielnie wiąże sobie sprawę zniknięcia siostry, której ciała nie odnaleziono, z enigmatycznymi odejściami trzech innych dziewcząt. Śledzi tropy, poznaje ich historie, usiłuje znaleźć jakiś wspólny mianownik… i trafia do Carla. Kto wie, czy nie jednego z najciekawszych bohaterów literatury tego gatunku, z jaką dane mi było obcować w ostatnim czasie.

Bo Carl to nie tylko zagadka tego, co tkwi w jego głowie, ale również intrygująca przeszłość. Fotografa mistyfikatora, który jest bardzo inteligentny i odnosi się wrażenie, że pamięta dużo więcej, niż zdradza to innym. Papierowe duchy” to będzie przecież też powieść o pamiętaniu i zapamiętywaniu ważnych zdarzeń. A także o filozofii fotografii. Nie takiej, jaką proponowała Susan Sontag, ale wystarczająco ciekawie zaprezentowanej, by wejść w tryb analizy wszystkich niewiadomych związanych z działaniami Carla jako fotografa. On sam to największa zagadka powieści. Znaleziony przy autostradzie traci świadomość tego, kim był i co robił. A stawiane mu zarzuty nie pozostawiały wątpliwości, że tkwią w nim pewien mrok i niebezpieczeństwo. Bohaterka powieści podejmuje ryzyko obcowania z tym groźnym człowiekiem. Dużo bardziej groźne okaże się jednak to, co zaoferuje tej dwójce Teksas, po którym będą jeździć śladami zaginięć dziewcząt.

To powieść drogi opowiadająca o realnych miejscach i nawiązująca do prawdziwych zdarzeń. Na przykład do głośnego morderstwa studentki czy jednego z najbardziej przerażających aktów samosądu w historii USA, o którym dokładniej wspominała Linda Polman w swym reportażu „Laleczki skazańców”. Wszędzie czai się groza i Julia Heaberlin podtrzymuje ją bardzo umiejętnie. Pozorna sielankowość podróży i to, jak podróżujący przedstawiają się mijanym ludziom, kontrastuje z ogromem napięcia i kumulacją silnych emocji, dla których nie ma ujścia, dopóki podróż nie dobiegnie końca. Papierowe duchy” to historia specyficznej relacji, która w niepokojący sposób się zacieśnia. Ale jednocześnie opowieść o ludziach, którzy skrywają tajemnice świadomie i zupełnie nieświadomie. Iskrzy w narracji Heaberlin przez cały czas i chociaż są pewne przestoje akcji, cała powieść konsekwentnie zmierza ku temu, by demaskować to, co nieodkryte. A i tak całkiem sporo zostanie do odkrycia tylko przez czytelnika.

Czy Carl staje się specyficznym przewodnikiem po krainie obłędu narratorki? Czy jest może jej empatycznym kompanem szaleństwa? Czy przemierzanie przestrzeni, na której rozegrały się enigmatyczne zdarzenia, przybliży choć trochę do prawdy o znikających dziewczętach? Autorka zadaje bardzo wiele pytań, zwracając uwagę na to, ile może ich w nas namnożyć poczucie zagrożenia albo niepewności tego, kim jest osoba tuż obok. Ale „Papierowe duchy” to także powieść z bardzo specyficznym poczuciem humoru. Również z polskim akcentem – nic to, że zbudowanym na stereotypie. Heaberlin intryguje i pokazuje, że motyw zbrodni może w sobie kryć dużo więcej, niż można byłoby wyobrazić sobie, analizując pobieżnie sytuację bohaterów. Przykuwająca uwagę książka o przekleństwie (nie)pamięci i potrzebie oswojenia pustki. Ale także o tym, w jaki sposób świat mogą opowiadać zdjęcia i duchy. Towarzyszą Carlowi na co dzień. Próbują uzyskać dostęp do świadomości tej, która nie chce mieć z nimi do czynienia. Ale nie straszą. Dużo wyjaśniają. „Papierowe duchy” pozostawią nas także z tym, co niewyjaśnione.

2019-01-14

„Nieznane życie lodowców. Jak lód z kół podbiegunowych wpływa na życie planety” Bjørn Roar Vassnes


Wydawca: Wydawnictwo Kobiece

Data wydania: 23 stycznia 2019

Liczba stron: 216

Przekład: Anna Hopen

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Kriosfera w naszym życiu

Kiedy w lipcu ubiegłego roku, w temperaturze mocno przekraczającej trzydzieści stopni Celsjusza, przemierzałem ulice Oslo, norweskiej stolicy spalonej słońcem, pomyślałem sobie, że coś jest bardzo nie tak z tą Norwegią. Bjørn Roar Vassnes, norweski dziennikarz, który opowie o tajemnicach globalnej kriosfery, wyjdzie w swoich rozważaniach od lokalnej perspektywy, portretując Norwegię, która naprawdę zmienia oblicze – nie tylko latem. Nieznane życie lodowców” to pasjonująca rozprawa o filozofii zimna, o jego znaczeniu w życiu człowieka, ale także o tym, jak istotny jest lód dla zachowania zdrowej struktury naszej planety. Vassnes – wychowany w Finnmarku, z sentymentem wspominający pięćdziesięciostopniowy mróz oraz ciszę tworzącą harmonię z chłodem – zwraca uwagę na to, jak dzisiejsza Norwegia traci lód, ale także część swojej tożsamości z nim związaną. Bo robi się coraz cieplej. Północna pokrywa lodowa Ziemi kurczy się. Anomalia tropikalnego upału w Oslo to tylko bardziej drastyczny przejaw tego, co dzieje się też zimą – już nie tylko w Norwegii.

Vassnes odwiedzi oba bieguny, by zobrazować strukturę ziemskiego lodu, ale udowodni także, że można go odnaleźć w ciepłych rejonach naszego globu. Wskaże na to, gdzie może być ukryty. Zwróci uwagę na fakt, że ludzie, którzy nigdy nie widzieli śniegu, są uzależnieni od tego, czym są lodowce. Bo to przecież potężne magazyny wody – substancji dającej życie i mnożącej jego przejawy. Ta książka opowie o różnorodności tego, co na co dzień kojarzone jest rozrywkowo, z drinkami, albo snobistycznie, gdy pokazuje się znajomym zdjęcia z wyprawy na daleki lodowiec. Drogiej, bo za obcowanie z lodowcami słono się płaci. Tymczasem nie zdajemy sobie sprawy z tego, że one same warunkują normalne funkcjonowanie w rzeczywistości, w której wspominanie lodowca jest czymś ekscentrycznym. Bjørn Roar Vassnes chce w swej książce pokazać, jak rozwój życia na Ziemi współgra z funkcjonowaniem lodowców. W świadomości wielu ludzi to, co zimne, często zakorzenione jest jako baśniowe archetypiczne zło. Jednak autor w swobodnym publicystycznym stylu opowie o tym, co może zaskoczyć i skłonić do innego, nietuzinkowego myślenia o lodowcach. Bo one na naszej planecie to jednak jej wielkie dobro. Zagrożone z różnych powodów i formujące się w struktury, których rozwoju nie sposób dziś przewidzieć. Ale to nie będzie książka o tym, że dopada nas efekt cieplarniany i za chwilę lód północy i południa planety podniesie poziom wielkich akwenów oraz zapoczątkuje apokalipsę.

Nie, „Nieznane życie lodowców” to przede wszystkim opowieść o wielu wyprawach, dzięki którym autor uświadamiał światu, jak ważna jest struktura lodowej powłoki i że Ziemia wytworzyła ją nieprzypadkowo. A może właśnie to ona była początkiem, bo co czytelnik na sugestię o tym, że jesteśmy dziećmi lodu? Vassnes wskazuje związki lodu z ludzką ewolucją, ale przede wszystkim zwraca uwagę na to, jaka różnorodność może kryć się w tym, co pozornie białe i zimne. Podoba mi się autobiograficzny sznyt tej opowieści, który w pewnym momencie znika, ale pozostaje ta intrygująca wieloznaczność formy książki. Norweski autor nie chce być spójny i nie buduje narracji z logicznie wynikających  z siebie rozdziałów. Stawia bardziej na sugestie, pytania retoryczne, ale w wielu miejscach również zaskakuje. Nie tylko wyjaśniając ziemski fenomen lodu, lecz także ujawniając swój bardzo osobisty stosunek do przedmiotu rozważań.

A mimo wszystko jest dość obiektywnie, interesująco i przede wszystkim przekonująco. Przykuwają uwagę zwłaszcza wyjaśnienia dotyczące tak niezrozumiałych do końca pojęć jak „efekt cieplarniany” czy „epoka lodowcowa”. Vassnes wzbudza niepokój, ale jednocześnie udowadnia, że obecność i nieobecność lodu na naszej planecie przybierały formy dużo bardziej skrajne niż to, co dzisiaj chcemy uznać za znaczący efekt ocieplania się klimatu. „Niezwykłe życie lodowców” przeniesie nas w arktyczne i antarktyczne rejony, by zwrócić uwagę na szereg procesów związanych z tworzeniem się i destrukcją lodu, a także uwrażliwić na to, że mogą one mieć z naszym codziennym życiem związek dużo silniejszy, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Północnonorweski podróżnik i dziennikarz jawi nam się tu jako człowiek zafascynowany nie tyle ewolucją globu, ile przede wszystkim zmianami w życiu ludzi. Bo ludzie nie istnieją tutaj jako zbiorowość. Vassnes widzi podziały, rozróżnia zaskakujące odmienności w postrzeganiu albo ignorowaniu wpływu lodu na ludzkie życie. Wędruje po miejscach, w których dzięki topniejącym lodowcom ludzie trwają w dobrobycie, i zagląda do takich, którym ten sam proces nie zapewnia elementarnej nawet godności życia. A w całej różnorodności oglądanych form tego życia i rozmaitych dygresji wokół związku lodu z ewolucją autor „Nieznanego życia lodowców” wraca wciąż do tego samego – do porządkowania rozważań o symbiozie życia z kriosferą. O tym, że ta symbioza jest konieczna, ale z wielu powodów nie można jej zachować. Dlatego czyta się tę książkę trochę jak prozę podróżniczą, trochę jak reportaż, ale także jako naukowy esej ze wskazanymi już elementami publicystycznymi, albowiem Vassnes zachowuje harmonię między naukową koturnowością a zwyczajnym poczuciem humoru w niuansowaniu tego, co często trudne do zrozumienia.

Myślę, że to publikacja, dzięki której lód nabierze nieco innego znaczenia w naszej świadomości. Niezwykle ciekawa dla ludzi zafascynowanych zimnymi stronami świata, ale także bardzo pożyteczna dla tych, którzy z lodem chcą mieć kontakt jedynie przy wspomnianej już przyjemności alkoholowej. Vassnes w bardzo piękny sposób opowiada także o ludziach związanych z zimną stroną natury, o ich niesamowitej symbiozie ze zwierzętami, roślinami i tym, co przecież martwe, ale daje życie. Sportretowana specyfika życia lodowców pozwala spojrzeć na nie inaczej, ale przede wszystkim uświadomić sobie, jak ogromną rolę w coraz cieplejszym ostatnio świecie odgrywają. To podróż od codziennego życia Saamów po rozgrzane słońcem kalifornijskie winnice. Od Grenlandii po Nową Zelandię. Od lodu północnego po ten bardziej stabilny, antarktyczny. Ale to przede wszystkim książka o naukowej pasji i o tym, jak fascynacje z czasu dorastania stają się motorem napędowym do badania coraz bardziej skomplikowanych zależności między naszą planetą a rozwojem ludzkiego życia. Inspirujące i bardzo ciekawe.

2019-01-11

„Jezioro” Bianca Bellová


Wydawca: Afera

Data wydania: 1 października 2018

Liczba stron: 224

Przekład: Anna Radwan-Żbikowska

Oprawa: miękka

Cena det.: 34 zł

Tytuł recenzji: Znikanie i podróż

Literatura dla koneserów. A może właśnie dla każdego bez wyjątku, bo jest tu i historia, i wyrazisty bohater, i szereg symbolicznych scen rozgrywających się między dosadną wulgarnością a liryczną czułością do detali autorki. Bianca Bellová stworzyła powieść inicjacyjną przypominającą moralitet, posługując się bardzo prostymi środkami wyrazu, a wywołując dreszcze dzięki spleceniu świata przyrody ze światem ludzi i nakreślaniem nieprzyjaznych przestrzeni, gdzie rozgrywają się wielkie dramaty, o jakich ludzie i świat nie myślą, nie pamiętają. Trochę to taki minimalistyczny rewers „Granicy zapomnienia” Siergieja Lebiediewa, u którego też ze ściśniętym gardłem przemierzamy pustkę. U Bellovej jest chyba bardziej dosadnie, ale tak samo sugestywnie. Ważny jest obserwator (tu raczej bohater z krwi i kości) i ważne jest to, co widzi. To, co my możemy dzięki temu widzieć. Bez czułostkowości, ale przy jednoczesnym skupianiu się na drobiazgach. Rozproszone elementy w różnych przestrzennych dekoracjach mówią tutaj dużo więcej niż sama droga chłopca stającego się mężczyzną. Bianca Bellová opowiada o rzeczywistości, której brakuje porządku, i o ludziach rozpaczliwie ten porządek ustanawiających. O podstawowym deficycie symbolizowanym przez postać matki. O niepewności tego, skąd i w jakim kierunku się wydobywamy.

Kiedy na początku „Jeziora” trzyletni Nami walczy z ciemną tonią, Bellová naznacza go tą pełną rozpaczy czynnością – i dawno nie spotkałem się z powieścią, która tak sugestywnie wprowadza w swój świat przedstawiony. Nami będzie tonął i walczył o złapanie tchu tam, dokąd rzuci go los wędrowca. Bo rodzinna miejscowość nie jest już miejscem, w którym Nami rozumie samego siebie. Chłopiec chciałby zawsze leżeć pod białym sufitem, wdychać zapach suszących się ziół i trwać w bezczasie, bezkarności bycia poza nazywaniem sensu życia. Zmuszony będzie przede wszystkim do konfrontacji z samym sobą. Jezioro” opowiada o atrofii – zgrabnie wykorzystuje historię zanikania znanego akwenu, by jego topografią zaznaczyć mapę mentalną samotnego chłopca. Bohatera wędrującego przez świat, którego elementy zanikają. I pośród ludzi. A człowiek w narracji Bellovej wcale nie brzmi dumnie.

Babka karmiąca bajkami swojego „kruszka” nie jest świadoma, że los zmusi go do tego, by zapomnieć o lokalnych wierzeniach i skonfrontować się ze światem zewnętrznym. Także przynależącym do tytułowego jeziora, które łączy ze sobą różne rzeczywistości, ale samo w sobie ulega erozji, przestaje istnieć, zmniejsza się i zmusza żyjących jego dobrami ludzi do rozhermetyzowania bezpiecznego modelu życia. Nami wyrusza w podróż w momencie, w którym jego miejsce na ziemi zaczyna ulegać destrukcyjnej zmianie. Chłopiec wie, że Boros to miejsce nieznoszące próżni. Wie, że stworzyło sieć silnych i toksycznych zależności międzyludzkich, formując społeczność żyjącą bardzo surowo. A Nami nie jest gotowy na tę surowość, kiedy opuszczają go bliscy. Nie jest bliski już sam sobie. Ruszy w drogę, by doświadczyć jeszcze większych zaskoczeń niż te, które próbowały uformować jego światopogląd. Bianca Bellová opowie o przemierzaniu tych przestrzeni, które są jednocześnie obce i uświadamiają, jak wiele na co dzień się traci. Ale „Jezioro” nie jest pełną fatalizmu mroczną opowieścią o odbieraniu.

Losy Namiego obrazują smutną wędrówkę w poszukiwaniu nieodkrytej jeszcze tożsamości. To młody bohater wydobywający się ze świata wierzeń i przekonań, którym nie umiał w pełni zaufać. Podąża przed siebie, bo chce skonfrontować różnorodność świata z własną ciekawością, odpornością na ból, z zamkniętym szczelnie dla otoczenia sercem i specyficznym rodzajem wrażliwości. To stęsknione za matką dziecko, które nie może samodzielnie funkcjonować. Jednocześnie bohater bardzo hardy i świetnie radzący sobie z bezkompromisowością życia po drugiej stronie jeziora. Akwen ma tu wiele ukrytych znaczeń. Wyznacza też czytelne granice. Pozostałe musi przekraczać sam Nami. Ucząc się brutalności życia, ale i poznając swoje możliwości.

Bianca Bellová operuje bardzo oszczędnym słownictwem, ale wiele słów zabiera się ze sobą w tę czytelniczą podróż z wyobcowanym chłopcem szukającym odpowiedzi, a niezdolnym do zadawania pytań. Warto zwracać uwagę na szczegóły, bo one potem mogą się pojawić znienacka i przypomnieć nam to, czego być może nie jest w stanie przypomnieć sobie Nami. Choćby miętowa herbata. Albo powracający w różnych znaczeniach motyw pustyni. W „Jeziorze” woda walczy z tym, co suche i zabierające życie, ale mamy tu też do czynienia z takim światem trochę przełamanym na pół. Światem, którego oblicza zaczynają na siebie oddziaływać, bo kurczy się przestrzeń granicy wodnej. Maleją także odległości, jakie wytycza sobie sam Nami. W końcu zrozumie, że podróż może mieć mało czytelny początek, ale ma zasadniczo ważny powrót. Bo powracanie okazuje się istotniejsze niż podjęcie decyzji o przemierzaniu drogi. Bellová nie opowiada zatem, jacy możemy być, ale jacy się stajemy, gdy punkt wyjścia stanie się dla nas egzystencjalną metą. Czy to po prostu błędne koło, czy też symboliczne krążenie wokół tego, czemu boimy się uważnie przyjrzeć?

Czeska autorka bardzo subtelnie portretuje okrucieństwo oraz przemoc. Jest dosadna i bezpośrednia, ale każdą formę tego, co niszczące, obrazuje jako pewien żywioł samozniszczenia. Zagładzie ulega to, co pozornie ekspansywne. Nami zmuszony jest konfrontować się z czymś, co w założeniu powinno zniszczyć jego łagodność, oddalić sentymentalną tęsknotę przed brakiem przygarnięcia i utulenia, bo chłopiec szybko stanie się mężczyzną, urosną mu mięśnie, a skóra stanie się twarda nie tylko w dosłownym znaczeniu. Jaki jednak staje się Nami? Jaki jest związek jego wędrowania z akwenem, w pobliżu którego wciąż się znajduje? „Jezioro” to powieść, w której groza kontrastuje z przedziwnie zarysowaną formą doskonałego ciepła serca. Namiego? Czyta się tę pozornie prostą opowieść z poczuciem, że głównemu bohaterowi wciąż coś jest odbierane, a czytelnik przy każdej jego utracie paradoksalnie zyskuje coś dla siebie. Bianca Bellová jest mroczna i ponura, ale jednocześnie tak wspaniale jednoznaczna, że „Jezioro” staje się nie tylko parabolą gorzkiego życia, w którym tak czy owak trzeba odnaleźć swoje miejsce. Ta powieść to przepełniona liryzmem historia egzystencjalnej samotności. Opowieść o tym, jak niewiele możemy zdobyć, choć poświęcamy całego siebie, by życie stało się jednak pasmem zysków, nie utrat. Można tę książkę potraktować także jak traktat o bezkompromisowości każdej zmiany. O tym, że stoi za nią niepewność, a potem strach. I że każda zmiana zmusza paradoksalnie do tego, by wciąż na nowo poszukiwać czegoś stałego i niezmiennego.

2019-01-08

„Cokolwiek wybierzesz” Jakub Szamałek


Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 16 stycznia 2019

Liczba stron: 448

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Sieć niebezpieczeństw

Wydawnictwo W.A.B. rozpoczyna nowy rok z przytupem. Jakub Szamałek wykorzystując konwencję powieści kryminalnej i thrillera, proponuje książkę absolutnie dla każdego czytelnika, bo odniesie się w niej do tego, co zagrażać może każdemu i z czym każdy na co dzień obcuje. Dodatkowo wplecie w swoją dynamiczną fabułę wątek elektryzujący opinię publiczną. Koledzy po piórze mogą autorowi zazdrościć. W przemyślany sposób skonstruował przepis na bestseller. W dodatku zadbał o wszystkie detale, świetnie portretując postacie drugiego planu (o czym twórcy tego typu literatury często zapominają), doskonale tworząc otwarte zakończenie (powieść jest zatem obiecującą zapowiedzią serii), ale przede wszystkim bardzo serio potraktował czytelnika. Strasząc go, daje jednocześnie możliwości szerszych przemyśleń. Zaskakuje, ale i zastanawia. Proponuje kilka ukrytych pytań retorycznych, ale najważniejsze z nich pojawia się w epilogu. Co bowiem po lekturze tej książki powinien zrobić jej czytelnik? Ile wie o swoim bezpieczeństwie, a jak wielu spraw nie jest świadomy? „Cokolwiek wybierzesz” to też inteligentna rozprawa z tym, jak wygląda dzisiejsze dziennikarstwo, jak karmi się internetowy łańcuch pożeraczy sensacji, a także jak wielkim stygmatem może być kobieca seksualność. To powieść o determinacji w poszukiwaniu niewygodnej prawdy. Napisana naprawdę świetnie.

Leon podąża do pracy, gdy musi zmierzyć się z piratem drogowym. Widzi w lusterku nowoczesne auto i człowieka, który dziwnie zachowuje się za kierownicą. Chwilę potem jest świadkiem wypadku: próbujący go wyprzedzić człowiek ginie, gdy auto wpada na barierkę i spada z wiaduktu. Leon nie ma pojęcia, że widzi coś, za czym będzie stać bardzo mroczna sprawa. Sprawa, której wyjaśnienia podejmie się Julita, na co dzień pracująca w redakcji sensacyjnego brukowca internetowego. Oboje będą zadawać sobie wiele pytań. Zaczną od kilku najbardziej zastanawiających. Dlaczego kierowca, który zginął, miał zdarte i zniszczone paznokcie? Dlaczego jego samochód zjechał z drogi i zderzył się z barierką? Co naprawdę wydarzyło się na oczach Leona i czego finałem było to zdarzenie?

Szamałek elektryzuje od samego początku. Interesująca jest koncepcja książki, w której intrygi kryminalnej nie próbuje rozwiązywać policja. Albo nie robi tego wprost. Postacią pierwszego planu stanie się Julita Wójcicka. Kobieta pisząca artykuł o śmierci przy wiadukcie, doskonale się klikający, bo dotyczący postaci publicznej. Nie ma pojęcia, że za chwilę sama się taką postacią stanie. Że będzie musiała toczyć bezpardonową walkę z ukrytym wrogiem. Tylko czy osoba, przez którą życie Julity stanie się koszmarem, naprawdę będzie jej wroga?

Wszystko, co opisuje Jakub Szamałek, koncentruje się wokół tego, w jaki sposób korzystamy z Internetu, czego nie jesteśmy świadomi i w jaki sposób globalna sieć stworzyła doskonały mechanizm kontroli nas samych, o jakim na co dzień nie myślimy, choć wyciągnięcie wniosków dotyczących własnego bezpieczeństwa online wcale nie jest takie trudne. Cokolwiek wybierzesz” to nieco dydaktyczna, ale bardzo intrygująco przedstawiona historia zależności człowieka od Internetu, a także form opresji życia codziennego, w które przez tę zależność dajemy się wtłoczyć. Zagadki kryminalne i mnożące się tropy w sprawie będą związane z odkrywaniem mrocznych zależności między ludzkim życiem a jego elektronicznym sterowaniem. Szamałek bardzo profesjonalnie przedstawia możliwości ingerencji nowoczesnych technologii w nasze życie, ale sygnalizuje przede wszystkim naszą bezradność wobec narzędzia, którego ukrytej roli się nie spodziewamy.

Żyjemy w matni różnorodnych zagrożeń, które sami sobie stworzyliśmy. Autor wieloaspektowo analizuje status ofiary, opowiadając o użytkowniku Internetu – podmiotowo i w odniesieniu do pewnych grup odbiorców specyficznych treści internetowych. Komputer z dostępem do Internetu staje się narzędziem ataku, ale także obrony. Ten dualizm podkreśla dodatkowo niesamowite napięcie, które Szamałek potrafi oddać w bardzo konsekwentnej narracji koncentrującej się wokół specyficznej i bezpardonowej walki. Jednocześnie na tyle myli tropy, że czytelnik będzie zagubiony tak samo jak główna bohaterka. Najpierw działająca w mało etyczny sposób, a potem będąca ofiarą tego sposobu działania. Ta powieść to także przygnębiający obraz tego, co nas interesuje w drugim człowieku, i tego, w jak łatwy sposób możemy się wzajemnie niszczyć. Ale autorska fantazja idzie dużo dalej. Nie tylko wskazuje mroczne strony użytkowania nowoczesnych technologii. Sugeruje, jak ich rozwój wymyka się poniekąd z rąk użytkowników. Jesteśmy świadkami dorastania potwora, któremu sami daliśmy życie. Ale poza Internetem jest jednak coś gorszego – to ludzka podłość i małość. Tym cechom Jakub Szamałek również przyjrzy się bardzo uważnie.

Podoba mi się celowo chyba zbudowana dysproporcja, dzięki której widzimy dwuznaczność roli ukrywania swojej tożsamości. O denacie, którego śmierć tak spektakularnie otwiera powieść, dowiadujemy się bardzo niewiele ze źródeł, w których jednocześnie można znaleźć tak dużo kompromitujących faktów z życia każdego, kto nie zadbał o elementarne zabezpieczenie swojej prywatności. Wszystko, co przerażające na temat nieżyjącego człowieka, wydobywa się z miejsca, które jednocześnie myli tropy, a czasem bezkompromisowo demaskuje to, co chcielibyśmy ukryć. Internet pozwala zatem zamaskować naszą tożsamość, ale jednocześnie odsłonić ją na tyle, że w chwili zagrożenia cyberatakiem jesteśmy absolutnie bezbronni.

Świetne jest to, że elementy sensacyjne w powieści Szamałka mają też drugie znaczenie – w kalejdoskopowej konwencji, niekiedy hiperbolizując, ukazują słabe strony każdego człowieka. Jego nieumiejętność zadbania o własne bezpieczeństwo. Jego niefrasobliwość i poczucie, że panuje nad wszystkim, co robi. Ale przede wszystkim wielką nieświadomość, kim można się stać, jeśli w pewnym momencie świat pełen technologii uzna, że jesteśmy dla niego ważni. „Cokolwiek wybierzesz” to z pewnością książka, po lekturze której z pewną obawą otworzymy swój laptop czy skorzystamy z sieci w telefonie. Ale także dynamiczna historia o obsesyjnej zemście, niewyobrażalnie wielkim bólu i o tym, że bezkompromisowość w działaniu to nie tylko obrona, lecz chęć odwetu. Mroczne, dyskusyjne i niesamowicie przykuwające uwagę.

2019-01-04

„Jestem, tęsknię, mówię” Yūko Tsushima


Wydawca: Państwowy Instytut Wydawniczy

Data wydania: 22 października 2018

Liczba stron: 232

Przekład: T. O. Okazaki-Pindur, B. Słomka, A. Szczechla

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Wobec utrat

Pochodzące sprzed dwóch dekad opowiadania Yūko Tsushimy tworzą zbiór, z którym trzeba obchodzić się rozważnie i bez pośpiechu. Piętnaście historii opowiada w gruncie rzeczy o tym samym, ale są tak skonstruowane, że „Jestem, tęsknię, mówię” to książka na wiele wieczorów, wymagająca odpowiedniego dystansu i upływu czasu między lekturą poszczególnych tekstów. Całość przeczytana szybko i od razu zniszczy prawdziwą przyjemność lektury. Pojawi się przesyt, bo Tsushima w pewnym stopniu jest monotematyczna; poczucie, że za dużo w tych opowiadaniach odcieni egzystencjalnego lęku i zbyt wiele czytelnych spotkań życia ze śmiercią. Dlatego ważne są rozsądek, rozwaga, umiejętność przyjmowania tych historii do siebie bardzo powoli. Wówczas odkryje się przed nami świat zadziwiających fantazji. Poetyckiej historii o umieraniu, w którym łagodny bunt wobec śmierci będzie szedł w parze z melancholijnym poczuciem, że nic już nie można zrobić i że utrata jest ostateczna.

Wbrew pozorom narracje są bardzo różne. Ich konstrukcje to także świadectwa szukania sposobu, by opowiedzieć o czymś niewyrażalnym, a jednocześnie tak boleśnie doświadczającym każdego. Dlatego są to narracje pewnego eksperymentu i takie, które poszukują. Stawiają pytania i w zasadzie pozostawiają je w pustce. A jednak sygnalizują, że należy dążyć do pewnych odpowiedzi. Najbardziej realistyczna? Chyba „Miejsce matki” relacjonujące ciąg traumatycznych utrat i wydobywania życia zmarłej z zapisanych przez nią słów. Najkrótsze opowiadanie? „Pieśń ze snu” – pełne dostojnej wizyjności i mówiące o tęsknocie. Najpiękniejsze? Myślę, że „Pełnia” będąca niezwykłą fantazją wokół ajnuskiego opowiadania o samotnym chłopcu na księżycu. Najbardziej zapadające w pamięć? „Zdjęty czar” na równi z „Ptasimi łzami” – pięknie opowiadające o tym, czym jest ludzka nieobecność w świadomości kogoś, kto musi żyć dalej. Zdecydowanie najbardziej zaskakujące? „Z Rumoi”, którego zakończenie nie pozwala przez chwilę przejść do kolejnego tekstu, zmusza do zatrzymania się i przeżycia tego, co zostało przeczytane. Jakkolwiek kategoryzować sobie te teksty, wszystkie w podobny sposób ujawniają niegotowość na życie bez bliskiej osoby i uświadamiają, w jaki sposób można ją przywołać w pamięci, by oszukać nieco mroczną rzeczywistość, odnaleźć jeszcze ten rodzaj porozumienia tak cenny za życia, tak istotny dla definiowania siebie.

„Jestem, tęsknię, mówię” to zbiór autobiograficznych opowieści, w których autorka rozlicza się z mnogimi odejściami swoich bliskich. Musiała pożegnać ojca, niepełnosprawnego brata, także syna i matkę. Każde z tych odejść było wstrząsające i każde w inny sposób zostawiło ślad w pamięci i wrażliwości Tsushimy. Ale mimo natężenia tych traum jej opowiadania mają w sobie pewną lekkość i są tak poetyckie, że najtrudniejsza konfrontacja w życiu jest w niektórych z nich emocjonalną przygodą, możliwością rozpoznania swoich potrzeb i oczekiwań w innym, zaskakującym wymiarze. Istotny jest także zaimek „ja”, który – wedle tego, czego dowiadujemy się we wstępie książki – w języku japońskim się nie odmienia, w przekładzie natomiast ma swoje czytelne, wyszczególnione miejsce. To bardzo ciekawa gra literacka w momencie, w którym autorka wprowadza zaskakującą wielogłosowość do opowiadań. Część z nich sytuuje swoje napięcie między monologiem a odpowiedzią. W kilku dwa głosy uzupełniają ogląd smutnej rzeczywistości po utracie. Ale są też teksty, w których poszczególne opowieści wydobywają się z kolejnych. Struktura narracyjna wydaje się nieuporządkowana, ale te niezwykłe wycieczki w różne miejsca są wielkim atutem pisarstwa Tsushimy.

Istotne są zależności w postrzeganiu otoczenia – przed śmiercią bliskiej osoby i po tym, gdy ona ostatecznie odchodzi. Dlatego w tym zbiorze ważne będą miejsca nabierające innego znaczenia. Odkrywane na nowo dopiero po odejściu kogoś, kto stworzył dane miejsce w takim, a nie innym kształcie. Te opowiadania to również rozpaczliwe próby zatrzymania w realnym świecie śladów po ludziach, którzy nigdy już nie będą blisko. Yūko Tsushima jest kronikarką żałoby świadomej i głębokiej. Niepozbawionej także nadziei, bo pojawiają się w tekstach odniesienia do wierzeń w reinkarnację, ale także plastyczne opisy głębi relacji, której nic nie mogło zniszczyć, nawet ostateczne odejście drugiej osoby.

Niektóre historie – jak „Moc wody” – odnoszą się do wielkiego lęku przed końcem egzystencji i w opozycji do tego lęku kształtują pamięć narratorów i narratorek. Pamiętać u Tsushimy to przełamywać strach przed końcem. Konfrontacja z nim odbywa się czasem latami, wydaje się nie mieć kresu. Śmierć traktowana jest jako doświadczenie destrukcyjne, ale wydobywające też szereg potrzeb oraz pragnień określanych w formie wspomnianego zaimka. Jestem, tęsknię, mówię” to propozycja miniatur literackich dotyczących szacunku wobec nieżyjących. Opowiadających o nich w bardzo specyficzny sposób, taki z jednej strony przejmujący, z drugiej jednak naznaczony melancholijnym dystansem. Pojawiają się różne skojarzenia związane z bliskością, jakiej już nie ma. Jej status wyznaczają symboliczne wizje, ale także przejmująco silna potrzeba odnalezienia kontaktu w pustce. To japoński sposób na godzenie się ze śmiercią, ale i opowieść o niemożliwości prawdziwego pożegnania się. Te teksty odnoszą się także do tego, czym jest utrata w szerokim znaczeniu, wydobywającym się poza sferę intymnych przeżyć narratorów. Tsushima snuje także fantazje o czymś alternatywnym: o możliwości nawiązywania kontaktu z bliską osobą mimo jej odejścia. Dlatego jest w tej prozie wiele dojmującego smutku, ale także niebywała inwencja wyobraźni oraz wrażliwość – dzięki nim przenosimy się z obecnością śmierci tam, gdzie jej doświadczenie może być przeżyciem estetycznym, dawać satysfakcję i pewien rodzaj siły. Piękne, przykuwające uwagę historie. Skrywające w sobie osobiste dramaty, ale rozpisujące je na bardzo kameralne opowieści o doświadczaniu cierpienia i pustki. Nie zniszczmy ich czaru, poznając wszystkie od razu. To jedna z tych książek, które powinny być czytane fragmentami, bez czytelniczej zachłanności.

2019-01-02

„Odziedziczone zło” Yrsa Sigurðardóttir


Wydawca: Sonia Draga

Data wydania: 31 października 2018

Liczba stron: 472

Przekład: Agnieszka Klimko

Oprawa: miękka

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Islandzkie zbrodnie

Yrsa Sigurðardóttir wraca do pisania kryminałów. Być może dlatego, że czuje na karku oddech swojej rodaczki o tym samym patronimiku, która bardzo interesującą „Pułapką” otworzyła swój cykl „Reykjavik Noir”. Być może dzięki dystansowi jest gotowa na nową, spektakularną serię powieści. Odziedziczone zło” jest ciekawą propozycją i widać, że islandzka autorka poszukuje zarówno nowych rozwiązań fabularnych, jak i nowych sposobów wyrażenia siebie. Pożegnała pragmatyczną prawniczkę Thorę Gudmundsdottir, pożegnała także narracje z duchami i przystąpiła do dzieła polegającego na odsłonie czegoś zupełnie nowego. Nowy jest policyjny bohater Sigurðardóttir – niezbyt intrygujący dla czytelnika Huldar Jónas, który otrzymuje do prowadzenia sprawę seryjnego mordercy tylko dlatego, że jego doświadczeni koledzy z policji zostali odsunięci od śledztwa na skutek afery związanej z nieetycznym działaniem. Islandczycy nie mają zatem w powieści zaufania do służb policyjnych. Huldar jest przykładem takiego antybohatera, który ma swoje słabości i nie przewiduje ich konsekwencji, a nade wszystko przez dłuższy czas wydaje się postacią zupełnie papierową. I to pierwszy sposób na zmylenie czytelniczej uwagi w tej powieści. Bardzo ciekawie skonstruowanej. Niby w prosty sposób, a jednak z zaznaczeniem, że autorka zawsze penetrowała te najmroczniejsze rejony ludzkiej psychiki i że interesuje ją najbardziej skomplikowana psychopatologia.

Mamy tu wszystko, do czego Yrsa Sigurðardóttir zdążyła nas przyzwyczaić. Mistrzowsko budowaną atmosferę zagrożenia i niebanalne pomysły na działania przestępcy. Jednym z mocniejszych punktów „Odziedziczonego zła” jest prezentowanie metod zabijania. Przerażających i wskazujących na to, że okrutne narzędzia zbrodni każdy z nas może znaleźć tuż obok siebie. Gorzej jest z prezentowaniem zabójstw. To pierwsze ukazane po mistrzowsku. Żadne słowo nie jest zbędne, a atmosfera zagęszcza się tak bardzo, że jesteśmy w matni bólu i przerażenia razem z osobą, która umiera. Kolejne zabójstwa przy tym pierwszym prezentują się mniej spektakularnie, ale i widać wyraźnie, że to nie będzie klasyczna powieść kryminalna, gdyż Sigurðardóttir – co może być uznane za zbędną retardację – stawia na kilka ważnych wątków obyczajowych. Któryś z nich będzie kluczowy, by zrozumieć rozwiązania finałowe. Część z nich faktycznie stopuje akcję, stąd też poczucie, że ta nowa powieść mogłaby być nieco krótsza i chyba zyskałaby wtedy na spektakularności.

W 1987 roku ważą się losy trójki dzieci. Wiadomo jedynie, że zostały naznaczone traumą. Osoby odpowiedzialne za ich dalsze życie postanawiają rozdzielić tę trójkę, w której stworzyły się pod wpływem mrocznych okoliczności dość toksyczne relacje. Po tym intrygującym prologu zostajemy przeniesieni blisko trzydzieści lat do przodu. I wówczas staramy się zrozumieć sieć skomplikowanych zależności między serią zabójstw a tym, jaki los spotkał cierpiące dzieci sprzed lat. Zresztą postać dziecka będzie tu miała bardzo duże znaczenie i bardzo się cieszę, że Sigurðardóttir nie proponuje gry na łatwych emocjach oraz wzruszeniach, lecz postać dziewczynki osadza w kontekście wydarzeń z dużą dozą wyczucia, tak by pryzmat widzenia dziecka nie przesłonił oglądu rzeczywistości. Nam ani bohaterom. Musimy natomiast przyjrzeć się kilku życiorysom i przeanalizować ich wzajemne związki. Wszystko w klimacie swoistych niedomówień dodatkowo wzmacnianym zimową aurą stwarzającą klaustrofobiczny klimat. Jest absolutnie realistycznie – tym razem także z topografią Reykjaviku i bez żadnych odniesień do sfery niekonwencjonalnych przeżyć. Choć z pytaniami o Boga i rozważaniami na temat przypadku oraz naznaczenia ludzkich losów przez traumę przodków.

„Odziedziczone zło” to książka dość silnie osadzona w dzisiejszych problemach Islandii. Albo przynajmniej w kwestiach, które zdają się dyskusyjne. Rozważa problem nieadekwatności islandzkiego systemu prawnego do czynów, jakie zostają opisane w powieści. To ciekawa zależność między fikcją literacką a rzeczywistością. Społeczeństwo islandzkie wstrząśnięte niedawno realną zbrodnią dokonaną na Birnie Brjánsdóttir rozważało również to, jaki wyrok otrzymał jej zabójca. Dyskusyjna kwestia adekwatności kary do winy skrywa się w tej powieści cały czas. Jeden z bohaterów zaznacza, że społeczność odrzuca wszelkie dewiacje. Jaką karą? Z drugiej strony skrzywdzone dziecko pyta swoją opiekunkę, co to jest zasłużony wyrok. Mamy okrutnego mordercę i zaskakujące możliwości jego ukarania. Czy Islandia wypracowała humanitarny sposób postępowania ze zwyrodnialcami? Czy może kryje się w tym wszystkim dzika chęć odwetu jak ta wyrażana przez męża jednej z ofiar w powieści? To nie jest jedyne w tej narracji wskazanie na to, co spędza dziś Islandczykom sen z powiek. Pojawia się też dyskretnie sygnalizowana kwestia coraz mniejszej dostępności mieszkań oraz przejmujące niepokojem poczucie, że w każdej chwili można wykorzystać numer telefonu na kartę do przestępstwa, a kennitalę (w polskim przekładzie PESEL) do realizacji niewyobrażalnej formy okrucieństwa.

Yrsa Sigurðardóttir jest odważna i bardzo konkretna w przekazie swojej powieści. Wciąż na nowo interesują ją bliskie relacje międzyludzkie, a zwłaszcza te, które naznaczone zostały jakimiś formami toksyczności. Podoba mi się zróżnicowanie charakterologiczne Islandczyków portretowanych na kartach tej powieści i cieszy fakt, że by wzbudzić naprawdę niewyobrażalną grozę, autorka nie musi już odnosić się do duchów, zjaw czy urojeń. Wszystko w „Odziedziczonym złu” jest bardzo namacalne, niewyobrażalnie realistyczne. Można bać się swojego cienia i nie mieć pewności, czy komukolwiek z bohaterów warto zaufać. Elektryzujący klimat powieści w zasadzie dystansuje się od jakiejś symbolicznej wykładni – inaczej niż w poprzednich książkach, gdzie autorka sugerowała treści ukryte, rozmieszczając je równomiernie w narracji. Tu należy doczytać do końca, by uświadomić sobie, o czym naprawdę jest ta książka. A także przyjrzeć się, jak po chwili przerwy świetna pisarka wraca do tego, za co ceni ją cały świat. Czy będzie to początek kolejnego interesującego cyklu? Zapowiedź jest całkiem niezła. Warto jednak, by za zmianą polskiego wydawcy poszła jeszcze decyzja o tym, by tłumaczenia kolejnych powieści Sigurðardóttir ponownie podjął się rewelacyjny i mimo wszystko niezastąpiony Jacek Godek.

2018-12-31

„Ziemia jałowa. Opowieść o Zagłębiu” Magdalena Okraska


Wydawca: Trzecia Strona

Data wydania: 20 listopada 2018

Liczba stron: 264

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Z miłości i gniewu

Przyznam, że czytałem tę książkę z dużą przyjemnością i uwagą, bo Magdalena Okraska proponuje nam reportaż bardzo subiektywny. Nie dość, że wyraża w nim własne zdanie, to często jest ono dosadne. Jak choćby wówczas, gdy o sytuacji Zagłębia Dąbrowskiego, która będzie tematem tej publikacji, wyraża się wprost – „zbrodnia transformacji”. Cały czas byłem ciekaw, czy materiał źródłowy oraz fakty nie ugną się przed publicystycznym tonem, bo to byłaby porażka „Ziemi jałowej”. Jednak tak się nie dzieje. Dzięki temu czytamy reportaż inny, emocjonalny – bardzo osobisty, ale trzymający właściwy dystans wobec opisywanych zjawisk. Tych jest bardzo wiele, bo autorka chce zmierzyć się z czasem minionym i sięga aż do XIX wieku, aby opowiedzieć o tożsamości miejsca, z którego pochodzi. Portretuje czas rozkwitu przedsiębiorczości, uporządkowane życie społeczne tak nierozerwalnie związane z zatrudnieniem, w końcu dramatyczny koniec fabryk, kopalni i hut. Okraska koncentruje się na tym, jak przemiany ustrojowe wygasiły życie w miejscach, z których nie udało się uciec ludziom. Bo oni wciąż żyją i muszą jakoś funkcjonować. To im poświęcony jest ten reportaż.

Ujmuje dedykacja dla tych, o których w każdym aspekcie zapomniano. Domaga się to jednak obecności ludzi na kartach książki. Przez pewien czas byłem rozczarowany tym, że przedmiotem opisu stają się miejsca, lecz nie mamy tu prawdziwych ludzi z krwi i kości, rzeczywistych bohaterów tej historii. Uznałem jednak, że jest to celowe, a jeżeli tak, Okraska dodatkowo zyskuje w moich oczach, bo ma do opowiedzenia historię, ale również znajduje na to opowiedzenie niebanalny pomysł. Skoro jest to historia o cmentarzyskach po dynamicznym kiedyś życiu zawodowym i społecznym, pozostaje w niej milczenie. Czy chciałoby się wejść do domów niewykwalifikowanych robotników, którym odebrano zakład pracy i jakiekolwiek możliwości rozwoju? Pewnie tak, ale co wówczas usłyszelibyśmy poza zasadniczym utyskiwaniem i smutnymi wspomnieniami? Ziemia jałowa” pozostawia ludzi, dla których pamięci powstała, w pewnym mrocznym milczeniu. Pojawiają się tylko pojedyncze głosy, krótkie i rwane frazy, komentarze – te uliczne czy internetowe. Reszta pozostaje smutnym domysłem. I tak, bardzo mi się podoba takie rozwiązanie. Także to, że Magdalena Okraska jest w tej książce samotnym wędrowcem po miejscach, do których nikt już nie zagląda, nikt nie chce o nich pamiętać.

Ślady po tych wędrówkach to kapitalne zdjęcia, dzięki którym reportaż nabiera dodatkowego znaczenia. Autorka penetruje obszary blisko swego miejsca zamieszkania. Patrzy na to, co pozostało z przeszłości, w której prężnie pracowały wielkie zakłady pracy i dynamicznie rozwijało się życie społeczne w zadowolonej z tego życia wspólnocie. Dzisiaj śladów czegoś wspólnego już nie ma. Zagłębie Dąbrowskie – ze swą wyjątkowością i pewną osobnością na mapie administracyjnej i mentalnej – jest już tylko miejscem, o którym najlepiej milczeć. Niesamowite są ujęcia fotograficzne portretujące pustkę, której autorka nadaje znaczenia. Swoją empatią i sercem. Swym niepowtarzalnym językiem opisów, ale także językiem wyrażanego gniewu. Stało się coś, co na zawsze zmieniło bliskie jej tereny w przygnębiające pustynie upadku. Co stało się z ludźmi? W jaki sposób mieszkańcy portretowanych Zawiercia, Sosnowca czy Dąbrowy Górniczej funkcjonują dzisiaj, kiedy ustalony latami przez etos pracy porządek poddał się chaosowi przemian? A później zapomnieniu, w którym utknął region?

Ten reportaż jest niezwykle smutny, ale także dosadny, otwierający oczy, wskazujący problemy mało dyskutowane, znikające gdzieś w poczuciu, że zmiany w regionie były czymś koniecznym. Pozostają bylejakość, taniość, tymczasowość, żenujące sposoby na zwyczajne przetrwanie. Ludzie utracili godność w czasie, w którym region został odarty z tożsamości. Ale Okraska nie tylko punktuje, dużo sugeruje, jest wnikliwa i umie zadawać dyskusyjne pytania retoryczne. Najbardziej urzeka mnie ten motyw wędrowania z aparatem w ręku – po cmentarzach życia i przedsiębiorczości, wokół których gromadzą się także opowieści z przeszłości. Nie sądziłem, że piękne może być przekazanie emocji po przechadzaniu się pośród bylejakości i pustki. A jednak jest. Widać tu serce autorki włożone w to, by choć na chwilę ożywić miejsca, które jeśli jeszcze wykazują jakąkolwiek formę witalizmu, robią to we wstydzie i gdzieś na uboczu. Bo życie toczy się już gdzie indziej. Zagłębie Dąbrowskie to przecież przestrzeń miast, które się wysiedlają, i rozpadających się śladów po świetnie prosperujących kiedyś zakładach pracy. To przestrzeń zachowawczości, bo dzisiaj żyje się w biedzie i pośród wielu deficytów. Można to kochać? Można. I można również świetnie na ten temat napisać!

„Ziemia jałowa” portretuje topografię niebytu, ale bardzo zasadniczo podkreśla, że wszystkie miejsca, które miały się rozpaść i zostać unicestwione, zasiedlają ci, dla których koniec prosperity nie był końcem życia. Okraska sugeruje, gdzie tli się życie, mimo że uznano, iż zostało ono już wygaszone. Jest świadkiem niemocy i chce ją opowiedzieć. Pokazując także, które momenty w historii były dla zwykłego mieszkańca regionu nie do uniesienia. Portretuje absurdy, ale i bardzo groźne momenty, gdy zapominano o ludzkiej godności i właściwie nie myślano też o specyfice regionu. Dlatego jest to książka w uzasadniony sposób sięgająca w przeszłość, ale wciąż pozostająca na tej granicy między życiem a nieistnieniem, na której stoi między innymi Zawiercie – miasto wyjątkowo czule i dokładnie tutaj sportretowane.

Jest w tym reportażu spory dynamizm, bo mam wrażenie, że książka powstała ze złości, ale także z bezsilności. Jest świadectwem miejsca, które wypierane ze świadomości, nie przestaje przecież walczyć o przetrwanie każdego kolejnego dnia. „Ziemia jałowa” to bardzo smutna historia. Wielowątkowa, niektóre wątki zostały jedynie nakreślone, kilka ścieżek interpretacyjnych ledwie zaznaczonych. Duża to jednak przyjemność czytać rzecz tak mocno zaangażowaną w prawdziwą opowieść. Opowieść o regionie, który już nie umie siebie opowiedzieć. Jeden z oryginalniejszych reportaży, jakie czytałem w ostatnim czasie.

2018-12-27

„Ogród świateł” Anna Klejzerowicz


Wydawca: Edipresse Książki

Data wydania: 14 listopada 2018

Liczba stron: 266

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Pamięć i zapomnienie

„Ogród świateł” to kontynuacja perypetii dziennikarki Felicji Stefańskiej znanej już z kart „Królowej Śniegu” i tutaj jeszcze bardziej dosadnie zaprezentowanej jako osoba kierująca się kodeksem moralnym, ale także silnymi emocjami, za którymi idzie pewna konsekwencja w działaniu. Można czytać tę historię osobno, choć uważam, że „Królowa Śniegu” wnosi nieco więcej w wizerunek psychologiczny głównej postaci. Jest on po prostu pogłębiony, a autorka nie musi tego wszystkiego zbyt dokładnie opisywać. Ponownie znajdujemy się w Kryszewie, w które Stefańska już wrosła, i ponownie przyglądać się będziemy bliskiej relacji dziennikarki z miejscową radną Gretą, w tej powieści wyrastającej na bohaterkę pierwszego planu. Tym razem Anna Klejzerowicz nie popełnia błędu nadmiernej wielowątkowości, a to, co łączy obie powieści, to sprytne mylenie czytelniczych tropów. W „Ogrodzie świateł” jest to dużo bardziej widoczne. Odnosi się wrażenie, że w refleksjach i opisach mentalności małomiasteczkowej społeczności autorka zwyczajnie się powtarza i nie ma do zaproponowania jakiejś świeżej, oryginalnej historii. A jednak ma, choć konstrukcyjnie powieść nieco się chwieje z powodu niepotrzebnych moim zdaniem i trochę sztucznych monologów bohaterów – można byłoby to opowiadać w normalnej narracji trzecioosobowej – które rozrywają fabułę i robią jej krzywdę. Klejzerowicz opowie o tym, czego nie chcemy z różnych powodów pamiętać, ale także o stygmacie i obsesyjności pamiętania. Pomiędzy obojętnością i żądzą nienawistnego odwetu ustawi wszystkich swoich znanych już bohaterów w obliczu zła, jakiego nie mogliby się spodziewać…

W 1990 roku miejscowymi wstrząsa wybuch. A wcześniej jeszcze jedno krwawe wydarzenie. Blisko trzydzieści lat później w wiosce nieopodal Kryszewa dochodzi do brutalnego zabójstwa. Ginie cała rodzina – czworo dzieci i ich rodzice. Ludzie, którzy izolowali się od lokalnej społeczności, nie ciesząc jej sympatią. Lecz nikt nie chciałby dla nich śmierci, a ta jednak przychodzi. Wtedy, gdy gasną światła w pięknie oświetlonym na co dzień ogrodzie, z którego tak dumny był denat. Kto zawinił? Czy rodzina zginęła z rąk głowy rodu, która później popełnia samobójstwo? Otwarcie jest spektakularne. Także sugestia, o której warto pamiętać, zaznaczona już na wstępie powieści. Ktoś reżyseruje spektakl. Kim będą jego aktorzy?

Felicja Stefańska jest dynamiczna i uważna. Jej relacje z przyjaciółką Gretą Klejzerowicz opisuje z wyraźnym zaznaczeniem traum, o których kobiety zapominają, obcując ze sobą. To powieść o kobiecej solidarności, umiejętności wspierania się w trudnych chwilach i takim rodzaju empatii, dzięki któremu można budować dobrą, szczerą przyjaźń po szeregu toksycznych relacji, jakie mogłyby zaburzać budowanie nowych w życiu. Ale jest jedna mroczna karta z przeszłości, o której Greta nie opowiedziała Felicji. Być może utknęła w mrocznym milczeniu społeczności. Może chciała wyprzeć coś, czego nie da się zapomnieć. Dziennikarka będzie postawiona nie tylko przed zagadką śledztwa, ale także enigmatycznością swojej przyjaciółki. Zderzy się także ze świadomością odejścia kogoś, kto w Kryszewie zaczął dla niej znaczyć bardzo dużo.

Kiedy obserwujemy, w którą stronę zmierza cała intryga, możemy odnieść wrażenie, że – jak wspomniałem na wstępie – Anna Klejzerowicz jest wtórna i wtapia nas w problemy oraz dylematy moralne głównej bohaterki, które umiejętnie zbudowały sieć intryg w „Królowej Śniegu”, ale tutaj są już nieco nużącymi powtórzeniami. Nikt jednak nie jest w stanie przewidzieć, ku jakiemu rozwiązaniu fabularnemu zmierza ta powieść. Opowie o pokładach człowieczego mroku i zła w zupełnie innym znaczeniu, niż można je odczytywać z fabuły. Zgrabnie skierowanej na zupełnie nieprzewidywalny tor. Bo Klejzerowicz wie, jak zaskoczyć czytelnika – nawet kosztem tego, że może go najpierw nieco znudzić. „Ogród świateł” to opowieść o ludzkiej bezkompromisowości, która ukazuje mroczny obraz przedsiębiorczości w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia oraz konsekwencje podejmowanych wówczas działań. W bardzo kameralnym aspekcie. A jednocześnie szeroko, bo ta książka będzie o zbiorowym wypieraniu z pamięci traum naznaczających społeczność na zawsze. I o kimś, kto tej traumy nie uniesie. Zostanie mu tylko zemsta…

Podoba mi się zarówno lokalność zaznaczona w tej powieści, jak i jej wymiar bardziej ogólny, jednak konsekwentnie portretujący polską mentalność, działania ludzi, sposób ich myślenia i kategoryzowania innych. Nic to, że chwilami ociera się to o banał, a bohaterowie nie mówią nam o klasycznym Polaku więcej, niż sami wiemy. Bezpieczne jest również osadzenie dziennikarki w roli tropiącej zagadki. „Ogród świateł” nie jest zatem do końca rasowym kryminałem, ale autorka zachowuje wiarygodność w tym, jak kroczy po wytyczonej ścieżce literatury tego gatunku. Najważniejsza jest jednak perspektywa opisu. Ważna funkcja retrospekcji, dzięki którym rozumiemy postępowanie bohaterów dzisiaj. Nic nowego, a jednak zabieg wykorzystany bardzo dobrze, bo są w powieści elementy zaskoczenia i przez chwilę nic nie jest tym, czym się wydaje.

Klejzerowicz wraca także do ulubionych baśni i dzięki temu symbolika tytułu niesie w sobie taką trochę dziecięcą tajemnicę, wobec której zachowujemy ciekawość młodego umysłu. A jednocześnie stajemy wobec mroku ludzkiej duszy, której nie chcemy zrozumieć. O ile zbędny jest wykład autorki dołączony do powieści, o tyle doskonale w zawieszeniu i bez komentarza pozostawione jest zaskakujące zakończenie. Dzięki temu „Ogród świateł” bardzo zyskuje. Szkoda jedynie, że w tej wartkiej prozie odnajduje się ślady błędów redakcyjnych. Literówki może nie są liczne, ale pojawiają się na tyle często, że przyjemność dynamicznej lektury zostaje zaburzona. Powieść Anny Klejzerowicz jest zatem książką, wobec której można mieć nieco zarzutów, ale całość to naprawdę intrygująca narracja o sprawach, o których często boimy się myśleć, a już na pewno nie chcemy ich zrozumieć. Opowiadająca o specyficznej potrzebie wzięcia odwetu za krzywdy. Także o krzywdach niezawinionych i o tym, w jaki sposób jako społeczeństwo potrafimy być zobojętniali wobec zbrodni.