2023-07-24

„Wszyscy tak jeżdżą” Bartosz Józefiak


Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 28 czerwca 2023

Liczba stron: 392

Oprawa: twarda

Cena det.: 56,90 zł

Tytuł recenzji: Na speedzie

Kiedy w kwietniu tego roku w dniu 45. urodzin zdałem w Islandii egzamin na prawo jazdy, zauważyłem tę książkę w zapowiedziach wydawniczych i wiedziałem, że koniecznie muszę ją przeczytać. Nie tylko dlatego, że jako kierowca zdobywający doświadczenie chciałem wiedzieć, co się dzieje, gdy nabiera się zbytniej pewności siebie za kółkiem, a przede wszystkim: dlaczego tak się dzieje. Chciałem zrozumieć, dlaczego przez całe życie bałem się w Polsce samochodów – tego, kto nimi jeździ, i tego, żeby samemu zacząć prowadzić. A książka Bartosza Józefiaka odpowiada na potężnym speedzie na wiele z moich pytań. Bo czyta się ten reportaż – a w zasadzie zbiór tekstów częściowo już publikowanych – na jednym wdechu i po lekturze z pewnością inaczej spojrzy się na to, jak wygląda świat wokół, gdy prowadzimy metalowe pudło, ale także na to, jak ten świat widzi nas, kierujących pojazdami mechanicznymi.

Mój islandzki instruktor jazdy powtarzał to, co powtarzają wszyscy. Samochód daje poczucie wolności. Na pewno nie myślał o tym w takich kategoriach, w jakich myślą polscy kierowcy, którym Józefiak przysłuchuje się bardzo uważnie, a niektórych może jedynie podglądać. Sprawcy śmiertelnych wypadków drogowych, mężczyźni tuningujący swoje auta, wielbiciele ścigania się, ludzie zarabiający jazdą samochodem, przypadkowi kierowcy z BlaBlaCara czy też ci, dla których jazda samochodem jest specyficzną filozofią życia. Ta książka porusza bardzo wiele kwestii, choć oczywiście najsilniej rezonuje w niej problem odpowiedzialności za wypadki drogowe. Jest tu również mowa o tym, jak iluzoryczna jest wspomniana wyżej wolność. W jaki sposób samochód potrafi zniewolić – także emocjonalnie, kształtując zaskakujące światopoglądy.

Bo najbardziej fascynujące i jednocześnie przerażające jest czytanie u Józefiaka o tym, w jaki sposób kierowcy zabijający ludzi – pieszych albo innych kierowców – racjonalizują sobie oraz porządkują argumenty, dzięki którym zmniejszają zarówno presję emocjonalną, jak i zwyczajne poczucie winy za spowodowany wypadek. Na polskich drogach – w przeciwieństwie do islandzkich – giną rocznie tysiące ludzi. „Wszyscy tak jeżdżą” próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie o to, dlaczego tak się dzieje, jednak autor nie idzie po linii najmniejszego oporu i nie serwuje nam tu truizmów. Koncepcja tej książki i wspomniana wielowątkowość świadczą o tym, że Józefiak widzi problem polskiej „samochodozy” bardzo różnorodnie, gdyż gotowy jest ujrzeć, ale też doświadczyć różnych perspektyw. Na to, jak się jeździ, dlaczego tak się jeździ i skąd biorą się problemy, bo przyczyny tragedii są dość oczywiste.

Zatem poza rozmowami z rodzinami ofiar wypadków drogowych mamy również odwiedzanie licznych polskich miast i przyglądanie się temu, w jaki sposób się tam jeździ, co się dzieje z infrastrukturą drogową, ale przede wszystkim próbę odpowiedzi na pytanie o to, czy za bezpieczeństwo na polskich drogach będzie odpowiadać to, co uważamy za oczywiste i rozsądne rozwiązanie. Rozsądku brakuje bardzo wielu bohaterom tego reportażu – od kierowców szalejących w autach w terenie zabudowanym po włodarzy miast decydujących o rozwiązaniach komunikacyjnych. Ale Bartosz Józefiak chce się przyglądać także postawom dalekim od rozsądku. Wysłuchuje ludzi i spisuje najbardziej nawet absurdalne oraz przerażające w swej absurdalności argumenty, za pomocą których wiele osób usiłuje przekonać samych siebie, że wcale nie postępują niewłaściwie.

Jeden z tych argumentów – wcale nie taki absurdalny i ciekawie tutaj przedstawiony w kilku ważnych aspektach – zawiera się w świetnie dobranym do tej książki tytule. Otóż każdemu może się zdarzyć. Przekroczyć dozwoloną prędkość, zniszczyć samochód, potrącić człowieka, zabić go. Józefiak wysłuchuje ludzi, którzy opowiadają to, czego sam się potwornie boję jako początkujący kierowca: jak nabiera się przekonania, że doświadczenie za kółkiem uniemożliwi jakąś tragiczną sytuację. Zawsze kiedy jeżdżę samochodem, mam z tyłu głowy myśl o tym, że wystarczy sekunda nieuwagi i albo zginę, albo przeze mnie zginie ktoś inny. I ta myśl nigdy stamtąd nie ucieknie. A wielu rozmówców autora tej książki wykazuje się wyjątkową wybiórczością w myśleniu. Tak, doświadczenie za kółkiem czyni każdego z nas lepszym kierowcą. Takim, który wie, że nie spowoduje wypadku, nie będzie sprawcą tragedii. Z drugiej strony jest tu mowa o wszystkich tych, którzy zapominają o tym, o czym ja pamiętam podczas każdej minuty prowadzenia samochodu. Którzy myślą, że każdemu może się zdarzyć, ale mnie się nie zdarzy. A jeśli się zdarzy, to spróbuję z tego wyjść obronną ręką – jeśli sam przeżyję – bo przecież wszyscy wcześniej czy później gotowi są jeździć niezgodnie z przepisami i zbyt pewnie naciskać pedał gazu.

„Wszyscy tak jeżdżą” to nie tylko książka o kierowcach, pieszych, samochodach, problemach komunikacyjnych (z wykluczeniami małych miejscowości) i nie jest to także książka mająca przestrzegać, by po prostu jeździć rozsądniej. To bardzo ciekawa socjologiczna wiwisekcja polskiego społeczeństwa. Tego, kim dla siebie dzisiaj jesteśmy, jak się wzajemnie postrzegamy i jak potężna doza nieufności tkwi w każdym z nas, kiedy decydujemy się na to, by z kimś innym współpracować lub na kimś polegać. Józefiak opowiada o tym, że większość polskich kierowców bazuje po prostu na intuicji. Wiedzą, jak jeździć, i wiedzą, dlaczego nie powinno się jeździć wolno. Dużo ciekawsza jest jednak opowieść o tych wszystkich ludziach, którzy w pojeździe mechanicznym zamknęli całych siebie. Bo jedna z tez tego reportażu głosi, że polski kierowca to egoista oraz egocentryk. W dodatku wiecznie sfrustrowany, spóźniony, zmęczony, poirytowany. Ale są tu też opisani inni ludzie. Tacy, dla których miłość do jazdy za kółkiem staje się niebezpieczną obsesją. Najmocniej jednak dotykają historie tych, którzy z powodu takich obsesji stracili życie.

Czy to ma być książka ostrzeżenie? W dużej mierze tak. Jednakże opowieści o tym, czym jest Polska kierowców oraz udogodnień i niedogodności dla nich, to także obraz licznych absurdów, które dotykają nas w takim stopniu, że często determinują nielogiczne i niebezpieczne myślenie. Nie wiem, czy jest to rzecz dla tych, którzy jeżdżą zbyt szybko, czy też dla tych, którzy chcieliby jedynie utwierdzić się w przekonaniu, co jest złe na polskich drogach i co nigdy nie będzie ich udziałem. Józefiak sporo miejsca pozostawia tu ludziom takim jak ja, którzy przez czterdzieści pięć lat nie prowadzili samochodu, jednak musieli przejść na drugą stronę ulicy, dojechać dokądś i byli zmuszeni do tego, żeby mimo wszystko mieć jakiś kontakt z pojazdem na kółkach. Piesi są tu jakby bohaterami drugiego planu, jednakże wokół nich ogniskuje się również sporo problemów, które Bartosz Józefiak jedynie punktuje. Gdyby opowiadał o wszystkim dokładnie, byłaby to zbyt długa narracja w swoim gatunku. A to i tak jeden z dłuższych reportaży, bo zbliża się do niebezpiecznej liczby czterystu stron. Przypominam, że pochłoniętych przeze mnie z wypiekami na twarzy.

I jeśli kilka dni przed lekturą tej książki postanowiłem sobie dość śmiało powiedzieć, że zdobyłem dużo doświadczenia za kierownicą, bo przejechałem już tysiące kilometrów, to po przeczytaniu zdecydowanie zmieniam zdanie. Tylko kiedy i na jakich zasadach przychodzi do nas tak zwane doświadczenie kierowcy? Przecież niektórzy zabijający ludzi na drodze mieli go bardzo wiele. Nie mamy u Józefiaka oczywistych kontrastów, choć są przecież ofiary, a także historie bezmyślności nadmiaru testosteronu w połączeniu z brakiem zrozumienia podstawowych praw fizyki. Mamy za to sporo różnorodnych historii skłaniających do refleksji nad tym, czy nie upraszczamy kwestii, które wydają się dużo bardziej skomplikowane niż sposób naszego myślenia o nich. Autor na wstępie symbolicznie zaznacza, byśmy zapięli pasy. Mam wrażenie, że po lekturze można poczuć się tak, jakbyśmy zakończyli jazdę, zgasili silnik samochodu, bezpiecznie zaparkowali, a i tak trudno byłoby nam z emocji te pasy odpiąć.

2023-07-17

„Pewnego razu w Wenecji” Magda Knedler

 

Wydawca: Wydawnictwo Mando

Data wydania: 12 lipca 2023

Liczba stron: 368

Oprawa: miękka

Cena det.: 46,90 zł

Tytuł recenzji: Trzy tęsknoty

Wszyscy, którzy od lat śledzą dokonania pisarskie Magdy Knedler, wiedzą być może także, iż staram się recenzować każdą jej książkę, bo każdej jestem po prostu ciekawy. Nie po raz pierwszy napiszę publicznie, że dla mnie Knedler to jedna z najbardziej utalentowanych pisarek literatury środka, ale charakteryzuje się jeszcze czymś: niebywałą wrażliwością w portretowaniu kobiet. Dlatego nową powieścią rozłożyła mnie na łopatki. Nie tylko dlatego, że jest to coś zupełnie nowego gatunkowo w jej dorobku twórczym. Tym razem pisarka zdecydowała się opowiedzieć o mężczyźnie. Niebanalnym, choć z pozoru takim, jakich wielu. Niespokojnym, chociaż konsekwentnie dążącym do tego, by stworzyć tak zwane uporządkowane życie rodzinne. Niespełnionym, bo przecież poznajemy go w momencie, w którym jest świadom tego, że nie stoi za nim ani nie tkwi w nim żadna historia, że to go bardzo boli, że nie przeżył niczego wystarczająco poruszającego, by powiedzieć, iż ma jakieś życiowe doświadczenie. Janek to jednak postać najważniejsza w tej powieści z innego powodu. Przede wszystkim dlatego, że to bohater rozwojowy. Z jednej strony odsłonięty ze wszystkimi, najbardziej nawet intymnymi emocjami. Z drugiej jednak – wciąż zagadkowy dla czytelnika ze względu na to, jaka kumulacja przeżyć tego mężczyzny opisywana jest na kartach powieści. I pisze to Magda Knedler – ta od kobiet, specjalistka od kobiecej wrażliwości, kobiecych dylematów, kobiecych historii. Tu również będą kobiety i to przez nie albo dzięki nim autorka opowie swego mężczyznę lepiej. Wiem jednak, że Knedler przywraca mi wiarę w to, że męski bohater literacki może być równie ciekawy jak kobieta. Dawno już w to zwątpiłem. A teraz jestem po prostu usatysfakcjonowany.

Czy można tak się zachwycać czymś, co gatunkowo jest romansem i być może znajdzie się na niewłaściwej półce, bo dystrybutorzy nieznający treści nie będą wiedzieli, jak wielowarstwowa i fascynująca jest to powieść obyczajowa? Wszystko tutaj wymyka się romansowym ramom. Niebanalny początek tak banalizowanego formalnie gatunku daje już nadzieję na to, że będzie tu coś innego. Nie trzy osoby, z których jedna jest zbędna i tworzy zamęt. Będą dwie kobiety, jeden mężczyzna i bardzo wiele skomplikowanych relacji. Sprawczynią dramatu jest „tamta”. Tak nazywa sąsiadkę partnerka Janka, nie mając pojęcia o tym, jak ważny stanie się potem ten zaimek i jak rezonować będzie jego znaczenie. Podoba mi się na początku również dbałość o detale w opowieści o tworzeniu i scalaniu związku, by później uwiarygodnić jego rozpad. I jeśli ktokolwiek myśli, że będzie to książka, w której żonaty mężczyzna zdradza swą kobietę, a potem pojawiają się tego konsekwencje, obrazi Magdę Knedler, jej twórczą oryginalność i to, w jaki sposób opowiada pisarka swoje historie.

Wszystko jest tu niebanalne, choć autorka nie pisze o czymkolwiek, co nie byłoby doświadczeniem tysięcy ludzi. O czymś, czego każdy z nas nie znałby z autopsji albo opowieści przyjaciół lub znajomych. W gruncie rzeczy taka opowieść o tym, czym jest życiowy wybór, oraz o ponoszeniu konsekwencji każdego z wyborów, mogłaby być uproszczona, wtórna albo przewidywalna. A nic takiego się tutaj nie dzieje. Sporo za to dzieje się w Wenecji. Nie ma bardziej banalnego miejsca na romans, prawda? Tak też pomyślałem przed lekturą. Knedler pokaże, że zarówno miejsce, jak i romans można pokazać zaskakująco inaczej. I przede wszystkim w taki sposób, by nie grać na prostych emocjach czytelników, nikogo nie szantażować egzystencjalnymi wyborami bohaterów, nie zmuszać do opowiadania się po czyjejś stronie, przenoszenia sympatii i antypatii na konkretne postacie.

Zatem Wenecja. Wycieczka, która zmienia wszystko. A może zbieg okoliczności, dzięki któremu dochodzi do zaskakujących zdarzeń we włoskim mieście, które będą mieć swój ciąg dalszy w Polsce. Jednakże trudno tu ustalić początek i koniec, bo w zasadzie ta opowieść nie ma ani jednego, ani drugiego. Jest historią tego, że każda fascynacja może być piękna i jednocześnie niebezpieczna. Każde przekonanie o słusznym wyborze serca może stać się niepokojącą iluzją prowadzącą do cierpienia. Najciekawiej z wszystkich opowieści (bo w tej książce skryło się ich kilka, także takich formalnie rozprawiających się z kwestią tego, czy historię należy opowiadać z użyciem znaków interpunkcyjnych) prezentuje się tutaj fantazja o znanym micie. Orfeusz i Eurydyka otrzymują coś w rodzaju nowego życia, a ich wybory oraz dokonania poddane są ciekawym interpretacjom. Natomiast emocje fantazjom. Dlatego „Pewnego razu w Wenecji” to w dużym uproszczeniu opowieść o tym, że nie zawsze chce się wychodzić z mroku ku istocie obiecującej miłość i nie zawsze można odwzajemnić miłość kogoś, kto kocha bez granic, do szaleństwa.

Magda Knedler wie, że o miłości napisano mnóstwo książek i nie chce dydaktyki, kiedy opowiada o tym, w jaki sposób i na jakich zasadach rozpada się związek. Nie chce również wskazywać winnych i niewinnych, bo taki rozpad to zawsze coś dużo bardziej skomplikowanego niż sytuacja, w której ktoś jest ofiarą, a ktoś okrutnie krzywdzi. Jest tu dużo więcej niż fascynująca wiwisekcja wspólnego życia, które staje się fasadowe, gdy uczucia wygasają. Mamy opowieść o trzech osobach szukających w życiu sensu, a w sercu empatii dla kogoś, kto być może na nią nie zasługuje albo jej nie zrozumie. Anna jest skoncentrowana na czymś, co nie interesuje jej męża. Wioletta koncentruje się na kwestiach będących znowu czymś, co nie znajduje zrozumienia u Janka. Ta trójka bohaterów to trzy zupełnie inne wrażliwości, jednakże Knedler opowiada o czymś uniwersalnym dla nich i dla każdego z nas – o potrzebie lub braku potrzeby bycia z kimś tylko dlatego, że chciałoby się w drugiej osobie widzieć odbicie samego siebie.

Istotna jest tu obecność sztuki, którą postacie z tej książki komentują albo którą się zajmują. Literatura, muzyka, teatr. Jest dużo więcej. Ta historia opowiada się przez archetypiczne wzorce różnych dziedzin sztuki, którym wychodzi naprzeciw w postaci nowych perspektyw. Dlatego ważne jest śledzenie opowieści i tych pozornie pobocznych kwestii, które nie wpływają zasadniczo na fabułę. A jednak mają duże znaczenie. Knedler chce być dodatkowo pełną wrażliwości portrecistką miejsca, o którym napisano już tak wiele i które z tak wielu powodów obecne jest w świadomości większości Europejczyków. W tej książce nie tylko zwiedzamy Wenecję i śledzimy skomplikowane relacje bohaterów. Jesteśmy w mieście, które samo w sobie jest literacką historią. Oraz z bohaterami, którzy próbują swoje historie zestawić z tymi znanymi – opowiedzianymi, namalowanymi, wyreżyserowanymi. Co właściwie deklaruje Janek, sugerując na początku, że nie stoi za nim żadna historia? W jakim celu do włoskiego miasta wybiera się z nim starsza kobieta, która ocenia go, analizuje, uważnie się mu przygląda i czegoś mu zazdrości? Powieść o miłości, której nie ma, którą się traci i którą odnajduje. O jej wielkiej potrzebie, która potrafi determinować każde działanie w życiu. O miłości, która może być uśpiona, może wygasnąć, może również wybuchnąć ze zdwojoną siłą. Zdecydowanie nie tylko dla wielbicieli romansów. Zdecydowanie dla czytelników Magdy Knedler – zaskoczy was bardzo tą książką.

2023-07-04

„Przeciw-ciało” Ewa Szawul

 

Wydawca: Nisza

Data wydania: 4 maja 2023

Liczba stron: 270

Oprawa: miękka

Cena det.: 45 zł

Tytuł recenzji: Oddalenia i zbliżenia

Czytałem kilka mniej lub bardziej satysfakcjonujących narracji o matkach i córkach, ale podczas lektury powieści Ewy Szawul przypominała mi się przede wszystkim książka koreańskiej pisarki Kim Hye-jin „O mojej córce”. Może dlatego, że w opisywanej tam relacji – tak jak w „Przeciw-ciele” – na pierwszy plan wysuwały się lęki i narastające przerażenie, ale przede wszystkim niepewność. „My obie” u Szawul rezonują tak samo sugestywnie i niepokojąco. Mamy matkę, która jest w zasadzie cała swoim czasem przeszłym, swoimi traumatycznymi doświadczeniami dziewczynki z okresu drugiej wojny światowej i szeregiem narastających wątpliwości, kiedy niepewnie wchodziła w dorosłe życie i kiedy jej ciało okazało się felerne, niezdolne do ofiarowania światu życia. Córka wydaje się przede wszystkim przyszłością – to myślenie o niej, planowanie czasu licealnego, który niebawem nadejdzie, ma być swoistym antidotum na pustkę oraz zagubienie w sobie. Tym bardziej że obie bohaterki Ewa Szawul zamyka w swoistych klatkach. Ta bardziej dosadna i rzeczywista, gdzie znajdzie się Luśka, to szpital mający w założeniu „naprawić” nastolatkę. Świetnie portretowany z perspektywy ciekawej go dziewczyny, a jednocześnie kogoś, kto jest tym wszystkim przerażony. Bardziej symboliczna i mroczna klatka to pamięć Maryli, myślenie o tym, jak wiele straciła. Aż w końcu kobieta uświadamia sobie, że mimo upływu czasu sporo można zyskać.

Jesteśmy chyba bliżej nastolatki, bo narracja Luśki jest pierwszoosobowa, opowieść Maryli zaś prezentuje się w narracji trzecioosobowej – nie tylko dlatego, że jest ona dla autorki wygodna, by ukazać bardzo ważne retrospekcje. „Przeciw-ciało” jednocześnie zbliża do swoich bohaterek i oddala od nich. Dlaczego? Bo jest to w dużej mierze książka o tym, jak opresyjna, a czasami toksyczna może być bliskość i jak wiele wyzwolenia, nadziei i szans na polepszenie relacji oferuje oddalanie się od siebie, odnajdywanie bezpiecznego dystansu.

Luśka nie czuje się bezpiecznie, choć przecież ma kochającą rodzinę. Matkę, która kocha może zbyt zachłannie, zaborczo. Nieco lepiej rozumiejącego ją ojca, ale jednocześnie mężczyznę z dalekiego tła tej historii, które podkreśla stosunek Maryli do męża. Dorastająca dziewczyna nie tylko nie radzi sobie z emocjami, lecz przede wszystkim wchodzi w bardzo niepokojący związek ze swoim ciałem. Ciałem odmawiającym posłuszeństwa. Ciałem, które nie chce przyjmować pożywienia. Ciałem, które niknie w oczach, jakby chciało zakomunikować całemu światu, że Luśka właśnie znika. I nie może znaleźć pomocy, bo w opresyjnej przestrzeni szpitala czuje się jeszcze gorzej niż w domu. Znacznie gorzej, kiedy zetknie się z przerażającym doświadczeniem granicznym, które na zawsze naznaczy jej wrażliwość.

Tymczasem Maryla bardzo się stara. Chce być dobrą matką i wypełniać wszystkie swoje matczyne powinności tak jak należy. Tego nauczyło ją życie. Deficyty, które trzeba było wciąż akceptować, ale także poczucie sprawczości. Maryla zawsze radziła sobie sama. A została sama na skutek przejmującego zbiegu okoliczności, z powodu którego czuje się winna. Tak jak wtedy, gdy po latach wydarzyło się jeszcze coś, może nawet bardziej potwornego. Maryla nigdy nie mogła cieszyć się tym, że jest czyjąś córką. Teraz stara się kompulsywnie działać, by być matką, jakiej nie miała. Ale im bardziej się stara, tym mocniej oddala od dziewczyny, dla której istnieć to być niewidzialną, a istnieć powoli przestaje jej poczucie własnej wartości.

Świetne jest to, że Ewa Szawul pozwala swoim bohaterkom doświadczać trudnych emocji bez moralizowania na ten temat. Nie ma tu też żadnego dydaktyzmu. Wszystkie niejednoznaczności w tej ciekawej relacji domagają się interpretacji od czytelnika. O ile dla młodziutkiej Luśki ciało jest wrogiem, z którym nie potrafi walczyć, o tyle dla Maryli przekonanie, że walka ze swoim ciałem jest bezsensowna, narasta i pęcznieje. „Dziś jesteśmy poza czasem” – mówi do bohaterki jej przyjaciółka i bardzo wyraźnie widzimy, jak zdecydowana na funkcjonowanie poza upływem dni i lat staje się Maryla, gdy wie, że sporo straciła. Przede wszystkim ważną relację, która mogłaby być najpiękniejszą w życiu. I tak jak Luśka, która usiłuje odzyskać panowanie nad swoim ciałem oraz nabrać do niego ponownie szacunku, tak Maryla zdecydowanie opowiada się za tym, by jej ciało realizowało potrzeby, a nie pielęgnowało traumy, gdy umysł rozpaczliwie liczy minione lata i boi się, że przeżyte zostało już wszystko, co najważniejsze.

„Przeciw-ciało” to także bardzo istotna powieść o tożsamości kształtującej się wokół tego, że czegoś w życiu było za dużo albo za mało. Ewa Szawul interesująco wyjaśnia, dlaczego to anoreksja jest jednym z problemów Luśki. Równie ciekawie stara się zobrazować stosunek do swego ciała kobiety przekonanej, że czekają ją już tylko powinności, a ciało jest bolesnym balastem. Obie bohaterki usiłują odpowiedzieć sobie na pytanie o to, czego dzisiaj szukają – w swych emocjach, ale również ciałach, od których przecież nie mogą się uwolnić. Szawul jest znakomitą i pełną empatii portrecistką kobiecej niepewności. Dużo więcej znaków zapytania niż odpowiedzi przyniesie książka formalnie przecież mało skomplikowana, bo autorka w przeciwieństwie do wielu współczesnych polskich twórców dąży do tego, by przede wszystkim opowiedzieć nam historię. Rozpisaną na dwa głosy, ale z czasem stającą się jednością. Jedną historią żegnania się z życiową martyrologią i otwierania się na nowe możliwości.

To także powieść o tendencjach ucieczkowych. Maryla jest wręcz pewna, że chciałaby emigrować od siebie. Luśka nie ma może jeszcze tyle świadomości, jednakże jej wnioskowanie o świecie i o sobie samej czasami jest znacznie bardziej pragmatyczne niż myślenie matki o tym, w jaki sposób rozwiązywać pewne problemy. Tu bohaterki uciekają od siebie i świata na kilka sposób. Najbardziej mroczne i najciekawsze jest to, że za każdym razem jednak muszą wrócić. Portretuje związki ciał, których nie można pokochać, i rozpaczliwe próby pokochania siebie, by dać także miłość komuś innemu, Ewa Szawul snuje fantazje o tym, w jaki sposób może nam pomóc albo nas skrzywdzić najbliższa relacja. „Przeciw-ciało” to również mądra książka o samodzielności w walce z demonami – tak bardzo potrzebnej, zanim uzyska się pomoc kogoś innego, co czasem jest trudne, a czasami niemożliwe. W tej powieści otrzymamy również kilka odpowiedzi na pytanie o to, czy niemożność zaspokojenia potrzeb swoich oraz innych ludzi prowadzi do dysfunkcji spoglądania na świat, widzenia tam siebie jako kogoś potrzebnego. Inteligentny dwugłos o tym, co jest stałe i niezmienne – o samotności, która przychodzi zawsze wtedy, kiedy w odosobnieniu cierpimy z powodu swojego ciała.