2023-08-31

„Moja chińska babcia” Lars Saabye Christensen

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 30 sierpnia 2023

Przekład: Iwona Zimnicka

Liczba stron: 216

Oprawa: miękka

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Artysta i proza życia

Czasami dużo ciekawsze niż śledzenie rozwoju twórczego danego pisarza wydaje się przyglądanie jego konfrontacji z faktami. I ta książka jest taką konfrontacją, a także staje się dla twórcy fikcji literackiej wyzwaniem. Lars Saabye Christensen przyzwyczaił nas do obszernych powieści, dlatego od razu rzuca się w oczy lakoniczność „Mojej chińskiej babci”. Myślę, że jest świadoma i celowa. Że oto na naszych oczach rozgrywa się coś bardzo intymnego, może nawet intymniejszego niż w zmyślanych powieściach – ogromna chęć posłużenia się oswojonym narzędziem pracy twórczej, czyli wymyślaniem fikcji literackiej, którego nie można dopasować do opowieści o fascynującej pisarza osobie z jego rodziny. Tu zresztą nie otrzymamy jakiegoś pomnikowego, kompletnego i realistycznego wizerunku tytułowej babci. Christensen odwołuje się do czegoś, z czego nie zdajemy sobie sprawy tak dogłębnie, choć przecież każdy z nas ma to z tyłu głowy. Walcząc z upływem czasu, wciąż niedostatecznie oddajemy pamięci innych to, co przeżywamy najintensywniej: swoje codzienne życie. „Moja chińska babcia” to nie tylko dowód fascynacji kobietą, która w wieku dwudziestu sześciu lat odbyła długą podróż z Kopenhagi do Hongkongu, by tam układać sobie życie. I ta fascynacja nie wynika tylko z tego, że była to postać charyzmatyczna i w przeciwieństwie do innych kobiet, których biografie były przemilczane, a życie toczyło się w cieniu ważnych mężczyzn, potrafiąca zająć między mężczyznami zauważalne i godne miejsce.

Jak to jest napisane? Formalnie zmierza ku literaturze faktu, bo opiera się na charakterystycznych dla reportażu tekstach. Lars Saabye Christensen analizuje między innymi wpisy do ksiąg parafialnych, listy, zapisy na pocztówkach czy zdjęcia, które stara się przedstawiać z detalami, pozostawiając opisowi więcej miejsca niż interpretacjom. Ale widzimy wyraźnie niemal w każdym akapicie, że autor jest prozaikiem, nie reportażystą. Że to nie książka mająca składać się z odtworzeń, lecz intymny zapis egzystencjalnych niepokojów twórcy, który z jednej strony uznaje, że tak zwane prawdziwe życie może być jakimś balastem nie do uniesienia, z drugiej jednak – szuka nowej inspiracji, by opowiedzieć o sobie w podobny sposób, jak zrobił to w powieściach. Hulda Thomsen i jej historia podróży określane są bardzo wyraźnie. Losy babci autora to dla niego temat na powieść, którą zawsze chciał napisać. Jednak z kilku powodów tego nie zrobi. Nie tylko dlatego, że nie może. Co staje na przeszkodzie zbeletryzowaniu losów tej postaci, skoro wszystkie zdarzenia z jej życia można by było twórczo przekształcić?

Lars Saabye Christensen nie chce żadnych przekształceń, chce lojalności wobec faktów. Ta opowieść to po części historia udręczenia kogoś, kto bezskutecznie usiłuje znaleźć narzędzie, by opowiedzieć cudze życie. Jednocześnie jest to również dowód na to, jak wiele twórczych zachwytów może wywołać rozmyślanie o losach osoby, która szczegóły swojego życia zabrała do grobu. Przyglądając się jednemu i drugiemu, stale powinniśmy pamiętać, że Christensen stara się tu eksperymentować, jednak jest to eksperyment w dużym stopniu kontrolowany. A jednocześnie zdominowany przez coś, nad czym pisarz nie może zapanować: przez bezkompromisowość prozy życia.

To jednak także książka o tym, jak pamiętamy samych siebie, swoich bliskich, co powinniśmy pamiętać i co sprawia, że nasza pamięć jest twórcza. Z mroków przeszłości wyłania się pewien obraz portretowanej postaci, ale to trochę tak, jakby ten portret skrywał się za mgłą. Czasem staje się widoczny, innym razem nie da się dostrzec nawet konturów. Metaforyczne zamglenie opowieści o losach niezwykłej kobiety staje się niezwykłe samo w sobie, kiedy dostrzegamy, w jaki sposób autor daje sobie tu lekcję pokory wobec opisywania złożoności tego, co w świecie i w człowieku. Ogromną rolę odgrywać też będą rozważania o tym, czym jest czas oraz w jaki sposób jego upływ może być destrukcyjny dla naszej świadomości. Christensen fantazjuje o istocie czasu, całkiem wprost informując nas, że w jego odczuciu wiąże się ściśle z przestrzenią. Nie jest to zatem powieść, ale książka do odczytania na kilka sposobów – tak jak powieść. Ukazuje skomplikowane próby doboru narzędzia do opisu przeszłości bliskich i proponuje jednocześnie ciekawy punkt widzenia na tych, którzy już nie mogą opowiadać o sobie.

A jednak nie jest tak do końca. Dyskretnie zarysowywane, lecz wciąż czytelne tło tej opowieści daje o sobie znać już na samym początku. Oto bowiem syn usiłuje wykraść resztki życia z ojca, który zdecydowanie przegrywa ze śmiercią. Potem zaś dzieje się coś innego, jakby inne wykradanie. Walka syna z formalną stroną tego, w jaki sposób opowiedzieć skończone życie babki, łączy się tu z walką jego ojca o zachowanie godności do samego końca. O to, by na przekór śmierci zaglądającej w oczy i do szpitalnej sali próbować celebrować coś wręcz przeciwnego: swoje urodziny.

Schorowany ojciec, który nadal trzyma się życia, jest w pewnym sensie pomostem między tym, co zapomniane i niemożliwe do odtworzenia, a tym, co można odtworzyć, bo pozostało w pamięci żyjącego. Staruszek ma problemy z pamięcią, a jego syn z tym, w jaki sposób zapamiętać i opowiedzieć ten okres historii rodzinnej, w którym nie uczestniczył albo który nie pozwala się uporządkować poprzez retrospekcje, bo i one nie zawierają czegoś, co je spoi. Dlatego też przechodzimy płynnie od tekstów źródłowych przez próby interpretacji do stanowczych i jednostronnych zaprzeczeń lub twórczych buntów. Chwilami czujemy opór, jaki stawiała Christensenowi ta książka, a właściwie pomysł na nią, który dopiero potem staje się zwartą narracją. Z drugiej jednak strony: ta narracja ma w zasadzie charakter wyzwalający i przynoszący autorowi ulgę. Być może dzięki temu, że przychodzi mu opowiadać o czasie, którego nikt nie zapisał ani nie zapamiętał. Nie był to również czas nowoczesności, która staje się złodziejką tożsamości. W tym znaczeniu bardzo ciekawie wypada porównanie podróży pisarza do Chin – by promować dawną powieść – z tym, w jaki sposób jego babka dotarła przed wiekiem do Hongkongu.

Myślę, że ta opowieść jest też próbą śmiałego zmierzenia się z tym, co dotychczas dla Christensena jako prozaika było niedostępne, a także mu niepotrzebne. Ciężar tego, czym jest fakt z czyjegoś życia, może stać się trudny do uniesienia, kiedy ów fakt podlega interpretacjom. Z jednej strony jest życie, które naprawdę można opowiedzieć w sposób uporządkowany. Z drugiej jednak – w kolejnych rozdziałach ujawnia się coraz bardziej bezradny wobec jakiegokolwiek porządku twórca, który mierzy się z czymś dla niego nowym i skomplikowanym. Pragnie rekonstrukcji, jednocześnie pragnąc swobody w rekonstruowaniu. „Moja chińska babcia” jest książką kategoryzującą rzeczywistość przez pryzmat tego, w jaki sposób się o niej komuś opowiadało. Z zaskoczeniem tym, jak teraz opowiedzieć… o kimś. Mądra rzecz o pokorze wobec życia i o różnych formach egzystencjalnej słabości prezentowanych przez autora w cieniu tej, która zawsze wydawała się silna i zwycięska. O szacunku wobec przodków, z którego zrodziła się każda forma naszej wrażliwości.

2023-08-21

„Wszystkie winy mojej matki” M. M. Perr

 

Wydawca: Wydawnictwo Prozami

Data wydania: 17 sierpnia 2023

Liczba stron: 360

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 46,90 zł

Tytuł recenzji: Rodzinne tajemnice

Książki takie jak ta udowadniają, że odpowiednio dobrany tytuł i dopasowana doń okładka to już połowa sukcesu wydawniczego. Bo tak się składa, że nie znałem dotychczasowej twórczości autorki skrywającej się pod pseudonimem artystycznym M.M. Perr, ale informacja o tej powieści przykuła moją uwagę. Okazało się, że na dłużej – i jestem bardzo usatysfakcjonowany, bo pomijając niejednoznaczność gatunkową tej opowieści, warto docenić, w jaki sposób pisarka wykorzystuje pozornie wyeksploatowane motywy literackie takie jak dom, zniknięcie czy toksyczne relacje rodzinne. Autorka stosuje także bardzo prostą linię narracyjną, gdy opowieść córki, która niesie w sobie pokłady wielu negatywnych emocji do matki, są uzupełniane właśnie matczyną narracją pierwszoosobową. Nie ma zatem niczego niezwykłego w tym, na czym bazuje ta książka. Jednakże interesujące jest to, w jaki sposób „Wszystkie winy mojej matki” pokazują, że najsilniejsza relacja w życiu większości z nas może być intensywna w naprawdę zaskakujący sposób. Tu bohaterki skontrastowane są kilkoma metodami, spośród których najbardziej spodobało mi się umiłowanie bieli przez córkę i miłość, jaką do kolorów żywi matka. Jednakże dużo ciekawsze jest przyglądanie się temu, co zostaje tu zarysowane nie przez kontrast, lecz w półcieniach. To historie i ludzie z tła zaczną mieć większe znaczenie, niż moglibyśmy przypuszczać. I to jest najcenniejsze w tej powieści – warto z uwagą śledzić każdy wątek, by zrozumieć potem, jak intrygującą strukturę obyczajową stworzyła tutaj pisarka.

Gabriela od lat mieszka w Gdańsku. Z dala od rodzinnego Krakowa i z dala od matki będącej artystką. Zdecydowała, że sama nie będzie matką. Nie po tym, jak czuła się odtrącona, jak utraciła swoje dziecięce poczucie bezpieczeństwa i jak trudno było jej potem wybaczyć mentalne oddalenie matce, która powinna się córką opiekować. Po latach Gabriela staje się zgorzkniała i uprzedzona. Udało jej się zamknąć przeszłość, jednakże sytuacja losowa sprawia, że kobieta musi wrócić do Krakowa i skonfrontować się z tą, której przez lata nie mogła wybaczyć. „Za co ty ją tak nienawidzisz?” – pyta Gabrielę siostra Zu, kobiety najbliższej i jednocześnie najdalszej głównej bohaterce. Czy to nienawiść? Czy jedynie głęboka niechęć? A może w dystansie Gabrieli wobec matki kryje się coś jeszcze bardziej mrocznego?

Zuzanna wie, że nie była dobrą matką. Wspominając własną rodzinę, zwraca uwagę na przekazywany być może z pokolenia na pokolenie defekt. Ludzie z jej najbliższego otoczenia byli „skażeni nieumiejętnością czystego kochania”. Zuzanna pokochała kogoś bardziej niż własną córkę. Dziś przebywa w szpitalu, a wcześniej próbowała coś odkryć w swoim domu. Zu z krwistą szminką na ustach staje się bezwolną, pozbawioną dotychczasowej witalności postacią, która leży na szpitalnym łóżku i nawet wówczas, po latach, nie pozwala córce na jakiekolwiek zbliżenie. Zresztą Gabriela wcale ku niemu nie dąży. Żyje zadaniowo. Tym razem musi przygotować dom matki do sprzedaży i ustalić plan opieki nad nią. Nie będzie się spodziewała tajemnic oraz zagadek, z którymi się zderzy, gdy zajmie się starym domem rodzinnym.

To książka o tym, że bardzo często miłość w rodzinie skupiamy na jej jednym członku. Nie umiejąc dać innym podobnej bliskości, często czujemy się przez nich odtrącani. „Wszystkie winy mojej matki” to wielowątkowa opowieść obyczajowa o tym, czym może być nadmiar i deficyt miłości kogoś bliskiego. O rodzinach, które musiały żyć w ponurym cieniu tragedii, ale przede wszystkim o dzieciach dorastających bez przekonania, że są ważne dla swoich rodziców. W tym kontekście ciekawe jest pojawienie się wątku kuzyna Gabrieli. Mężczyzna dokonuje aktu wyzwolenia się od toksycznej matki – na innych zasadach niż Gabriela, ale z równie silnym przekonaniem o słuszności swoich poczynań. Okazuje się, że M.M. Perr obok barwnej opowieści o skomplikowanych relacjach matki i córki prezentuje nam ciekawych bohaterów drugiego planu, którzy niekoniecznie pozostaną na nim do końca. Sugeruje, że poczucie odrzucenia dziecka przez matkę jest tak samo traumatyzujące bez względu na płeć. Ale autorka dyskretnie zaznacza coś jeszcze: fakt, że miłość do własnego dziecka wcale nie musi być bezwarunkowa. Może być czymś, czego kobieta się uczy. Albo czego nie chce się nauczyć, bo miłość może być cierpieniem. Wie to dobrze Zuzanna. Wie równie dobrze ktoś jeszcze, kto znajduje się wciąż blisko matki i córki, którym po latach bardzo trudno jest nawiązać jakiś kontakt.

Podoba mi się w tej powieści logiczny porządek odsłaniania kolejnych rodzinnych tajemnic. Kilku kwestii można się domyślić, kilka pozostanie enigmatycznych do samego końca. W śledzeniu tej historii przydaje się również wrażliwość na detale. Bohaterki ukazywane są przez swoje wybory, przekonania i przez to, co robią i do czego nie są zdolne. Perspektywa opisu jest bardzo ciekawa. To, co mogła na swój temat powiedzieć Zuzanna, jest zamkniętą przeszłością. To, co myśli o matce obecnie dorosła córka, ukryte jest w bezpiecznej trzecioosobowej narracji. Tymczasem napięcie narasta, choć konfrontacje tych postaci nie są spektakularne. Jednocześnie M.M. Perr snuje opowieść o niezwykłej więzi, która została z jakichś powodów zniszczona. Symbolika wspólnego tworzenia skrzydeł z piór czy pisania bajek przez matkę i córkę jest czytelniejsza wówczas, kiedy ujrzymy, jak życiowe okoliczności podzieliły te kobiety. Bo coś stało się w momencie, w którym ze szczęśliwego domu rodzinnego znikł ktoś inny. Gabriela po latach ucieka w niepamięć. Zuzanna jest świadoma przeszłości, ale wie, że sama w niej zbyt często uciekała choćby w sztukę i teraz nie będzie już okoliczności łagodzących, relacje z córką pozostaną napięte. Perr opowiada historię, której struktura wciąż nie jest przed czytelnikiem całkowicie odsłonięta. Cały czas nie zdajemy sobie w pełni sprawy, jak głęboko wchodzimy w portretowaną relację i co tak naprawdę się kryje za tym, co możemy dostrzec. Jednocześnie „Wszystkie winy mojej matki” to powieść konsekwentnie odsłaniająca pozornie niewidoczne karty. Matka i córka opowiedzą wspólnie jeszcze jedną historię. Nie mniej wstrząsającą niż dramaty ich obu.

To książka dla wszystkich przekonanych o tym, że ból odtrącenia zawsze intensyfikuje traumatyczne wspomnienia, nie pozwalając wyjść poza przestrzeń, w której zostaliśmy odtrąceni. Pozornie nie ma tu żadnych okoliczności łagodzących, a tak naprawdę jest to historia wielu niedopowiedzeń, w których skrywa się to, czego boimy się najbardziej – niegotowość kogoś bliskiego na zbliżenie do nas. Bo jest to również opowieść o kobietach w szponach lęku. Zu na szpitalnym łóżku nie jest już pewną siebie i odważną kobietą sprzed lat. Zuzanna czegoś się boi. Nie tylko ona. A M.M. Perr w naprawdę przekonujący sposób opowiada nam o lęku, emocjonalnych deficytach i przede wszystkim o ludzkiej samotności.

2023-08-18

„Babetta” Nina Wähä

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 23 sierpnia 2023

Przekład: Justyna Kwiatkowska

Liczba stron: 336

Oprawa: twarda

Cena det.: 54,90 zł

Tytuł recenzji: W imię przyjaźni

Nina Wähä w swojej drugiej powieści przeniesie nas z chłodnego (przede wszystkim symbolicznie) pogranicza szwedzko-fińskiego do upalnej Francji. Tym razem nie zdecyduje się na tak wielowątkową i panoramiczną historię, jaka tworzyła „Testament”. „Babetta” jest bardzo kameralna, choć i tym razem szwedzka pisarka dużo głębiej oraz szerzej, niż się wydaje, analizuje zasadniczy problem swojej powieści. To właściwie historia jednej postaci. Jakkolwiek nierozwojowa wydawałaby się narratorka tej książki, jest dużo ciekawszą postacią niż ta druga – najlepsza przyjaciółka, w której cieniu zawsze tkwiła, czekając na zainteresowanie oraz odrobinę czułości. Wähä rozpoczyna tę narrację pytaniem o istotę przyjaźni, które otwiera drogę do dość oczywistego przesłania „Babetty”, kończy zaś na przyzwoitym poziomie klasycznego skandynawskiego thrillera. To krótsza i zdecydowanie inna niż „Testament” powieść. A jednak rozpoznawalna jest ta czujność autorki wobec detali, na podstawie których opowiada się o człowieku, jego pragnieniach, potrzebach, fascynacjach i rozczarowaniach. Zatem po książce ukazującej nieoczywisty wizerunek rodzinnych traum otrzymujemy teraz coś, co w równie nieoczywisty sposób jest fantazją na temat przywiązywania się do drugiego człowieka, a w szerszym ujęciu – także feministycznym – staje się mroczną historią o uległości i bierności wynikających z tego, że zbyt wiele kobiet wciąż godzi się na wielowiekowy patriarchalny porządek świata wciąż zaskakująco skutecznie stygmatyzujący płeć żeńską.

Katja opowiada tu o sobie oraz prezentuje swoją przyjaciółkę. A raczej dziewczynę, z którą kiedyś zbliżyły ją okoliczności, a teraz główna bohaterka rozpaczliwie usiłuje odnaleźć ślady tej bliskości. Bo przecież są przyjaciółkami, prawda? Zresztą Lou, która rozpoczęła międzynarodową karierę aktorską jeszcze jako nastolatka, dokładnie tak nazywa Katję, kiedy widzą się we Francji. To tam ma przyjechać pełna wątpliwości kobieta, która wciąż wierzy w tę piękną nastoletnią bliskość. Bo przecież wszystko można odbudować, a świat show-biznesu pochłonął jej przyjaciółkę tylko na jakiś czas. Kim jest Lou? A może warto zadać sobie dużo ciekawsze pytanie: kim jest Katja? Przecież to jej oddany jest tu głos, jej narracja pierwszoosobowa wprowadza nas w świat skomplikowanych, podszytych wulgarną seksualnością relacji dwóch kobiet i jednego mężczyzny. Dziewczyna, która stała się kobietą w inny sposób niż jej przyjaciółka. Dojrzała i dorosła inaczej. Lou świeciła blaskiem gwiazdy, Katja zawsze była cieniem – także siebie samej. Gotowa na jedyny życiowy bunt, czyli ścięcie włosów, które potem ponownie zapuszcza. Niegotowa na jakąkolwiek głębszą relację, gdyż wciąż przekonana o tym, że taką posiada. Tylko z różnych powodów tę przyjaźń nazywa się uzależnieniem. Toksyczną relacją, której naturę oraz konsekwencje Nina Wähä ujawni w niekoniecznie oczywisty sposób. To już drugi literacki dowód na to, że ta pisarka bierze na warsztat temat pozornie wyeksploatowany literacko. I znowu zaskakuje, gdy ujrzymy, ile różnorodnych interpretacji może mieć „Babetta”. Nie wiem, czy „Testament” nie poruszył mnie bardziej. Paradoksalnie dlatego, że mocno trzymał czytających na dystans wobec większości bohaterów, a w nowej książce jest się czytelnikiem, który zbliża się za bardzo. Z pewnością jednak jest to powieść, która usatysfakcjonuje wielbicieli „Testamentu”, a także tych, którzy z twórczością autorki spotkają się na kartach „Babetty” po raz pierwszy.

Rzecz jest o kultowym filmie i kameralnym dramacie. O blasku sławy, którego konsekwencje dobrze znamy, i nieszczęściu bycia tą gorszą, bycia w oddaleniu i oczekiwaniu na to, by przyszedł czas zainteresowania. Lou jako młodziutka aktorka debiutuje w filmie, o którym mówi potem cały świat. Podoba mi się to zestawienie wspomnianej już kultowości: mamy dzieło filmowe z jego analizami i interpretacjami (także tymi Katji), którymi zajmuje się cały świat, i mamy postać, ale tu już pojawia się bardzo intymna wiwisekcja tego, kim tak naprawdę jest prawdziwa przyjaciółka. Kim jest Lou w relacji, która z każdą kolejną stroną staje się coraz bardziej skomplikowana, a Katja pragnąca zbliżyć się do przyjaciółki po latach doświadcza innych zaskakujących zbliżeń. Czasem obrzydliwych, na które się godzi. Z fascynacji, niepokoju, niepewności czy nieświadomości?

Należy nazwać rzecz po imieniu: w dosłownym i symbolicznym znaczeniu „Babetta” będzie o gwałcie, którego dokonuje mężczyzna na kobiecie. O wiekach przemocy wpisanych w historię ludzkości, lecz również o tym, jak bardzo dotkliwa staje się przemoc seksualna. Wähä oddaje głos kobiecie, która wcale nie jest gotowa na doświadczenia z płcią przeciwną, jakie stają się jej udziałem. Jednocześnie jest to kobieta zadziwiająco biernie akceptująca pewne patologiczne zjawiska. Kto i dlaczego je sankcjonuje? Jak nazwać relację, która kojarzy się z poczuciem bezpieczeństwa, kiedy tuż obok niej czają się rozmaite zagrożenia i traumatyzujące przeżycia? „Babetta” jest historią o tym, co mężczyzna uznaje za swoje, co zawłaszcza, jak manipuluje i jak nieoczekiwane konsekwencje może mieć ta dominacja. Dodatkowo Nina Wähä ukazując kobiece uprzedmiotowienie w poświęceniu dla sztuki. Pyta ustami swojej narratorki o to, gdzie znajdują się granice – głównie moralne – tego, co można zrobić w imię sztuki. Dysharmonia między męskością a kobiecością rozegra się tutaj w tym, jak opowiadany jest tytułowy film, jak wiele skomplikowanych problemów będzie się kryło w relacji aktorki i reżysera, a w końcu – jak dyskomfortowo będzie się czuć, analizując to wszystko, dziewczyna sprzed lat, która wie, że wcale nie jest tym, kim nazywa ją Lou, nie jest najlepszą przyjaciółką. Kim się w takim razie staje? I co wydarzy się wówczas, gdy długo zaprzyjaźnione kobiety zajrzą głębiej w siebie, kiedy ta druga po latach pojawi się obok?

„Babetta” jest również powieścią o toksycznej relacji przypominającej trochę lustrzane odbicie. A właściwie odbicie w krzywym zwierciadle – jednym z tych z gabinetu luster, w którym niektórzy się śmieją, niektórzy dziwią, a niektórzy są pełni niepokoju. „Ona woła, ja przychodzę” – tę deklarację Katji czytamy już na samym początku. A potem coraz trudniej jest określić, czy bohaterka chce być za wszelką cenę blisko swej przyjaciółki, czy też po prostu się nią stać. Symboliczna jest tu scena przymierzania filmowej sukienki lub próba zracjonalizowania aktu seksualnego, który przecież nie powinien nigdy nastąpić. Czy Wähä pisze zatem o partnerstwie w przyjaźni, czy może o tym, co się wydarza, kiedy drogi życiowe bliskich sobie osób rozejdą się w zasadniczy sposób, co zdeformuje i zrujnuje tę przyjaźń? „Babetta” to historia kobiety, która przez całe życie nie dawała sobie prawa do tego, by być szczęśliwą i spełnioną. Jednocześnie to pasjonująca opowieść o egzystencjalnym nieszczęściu oraz niespełnieniu – w kilku zaskakujących znaczeniach, bo jakkolwiek skondensowana jest ta narracja, ma moc wzbudzania wielu wątpliwości – jak „Testament”. Znakomita skandynawska powieść obyczajowa o tym, czym jest rola: filmowa, życiowa, w relacji z bliską osobą, w akcie seksualnym, w porządkowaniu rzeczywistości podzielonej przez płeć. I tym, kto lub co tę rolę wyznacza oraz utrwala.

2023-08-11

„Pomroka” Agnieszka Jeż

 

Wydawca: Wydawnictwo Luna

Data wydania: 23 sierpnia 2023

Liczba stron: 336

Oprawa: miękka

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Prowincja i zbrodnia

Czytelnicy moich omówień literackich wiedzą, że pisarka literatury środka, którą zawsze jestem gotów polecić w ciemno, to Magda Knedler. Ale jest też druga twórczyni, o której mogę napisać to samo. I zresztą napisałem, recenzując jedną z wcześniejszych powieści Agnieszki Jeż. To również autorka, po której książki zawsze sięgnę z przyjemnością i wiem, że bez względu na podjętą tematykę będą po prostu bardzo dobrze napisane. I choć nie czytam Jeż może tak regularnie jak Knedler, bo prawdopodobnie nie każdy jej utwór to moja czytelnicza działka, „Pomroka” po raz kolejny udowodniła mi, że absolutnie się nie mylę: Agnieszka Jeż wie, jak tworzyć znakomitą literaturę środka, lecz poza tym umie coś, z czym ja bym sobie jako pisarz nie poradził. Tworzy po prostu bardzo ciekawe i wielowątkowe kryminały, w których miejsca również są bohaterami. Po tym, jak na przykład w „Odpłacie” Jeż przeniosła nas na Podhale, o mentalności jego mieszkańców pisząc bezkompromisowo i zajmująco, i po tym, jak udało jej się dotrzeć bliżej do intymności Beskidu Niskiego w powieści „W cieniu góry”, tym razem trafiamy w pobliże miasta, z którego raczej się ucieka, niż do niego przybywa. To Wałbrzych, ale nie tam będzie się toczyć akcja „Pomroki”. Książki koncentrującej się przede wszystkim na zjawisku wypierania – ze świadomości osobistej, ale też lokalnej czy społecznej – zła, po którego doświadczeniu można normalnie funkcjonować, bo ono przestaje istnieć w pamięci. Jednak się wydarzyło. W nowej powieści Jeż dzieje się bardzo wiele złego. Jednocześnie po raz kolejny otrzymujemy od tej autorki rasowy kryminał znakomicie połączony z powieścią obyczajową o ważnej tematyce społecznej.

Na marginesie, który nie powinien się tu może pojawiać, zaznaczę, że to niezwykłe doświadczenie przeczytać o samym sobie, a raczej o swojej drodze życia i życiowych wyborach, które zainspirowały pisarkę na tyle, by poświęcić mi kilka akapitów. Ale to tylko świadectwo tego, że Agnieszka Jeż jest autentyczna w każdej swojej książce, ponieważ jej inspiracjami zawsze są rzeczywiste zdarzenia, problemy, relacje i emocje. „Pomroka” to również książka, która odsłania oblicze pewnej tragedii sprzed lat w nowy, niecodzienny sposób. Bo też nieprzypadkowo główna bohaterka fascynuje się twórczością Olgi Tokarczuk i wspomina jej słowa o tym, że literacka opowieść to dawanie życia temu, co nieopisane być może mogłoby umrzeć w pamięci. Tutaj mamy do czynienia zarówno z dramatyczną historią brutalnego odebrania życia nastolatce, lecz również o tym, że pamięć ludzka tak naprawdę niczego nie usuwa na stałe. I dlatego cenne jest to, jaki nadano tej książce tytuł. Bo Jeż opowie o niesamowitej sile wypierania, ale również wieloaspektowo ukaże dramat przypominania sobie różnych zdarzeń. Lub procesu, który bierze na siebie ktoś inny. Na przykład dociekliwa policjantka.

Po sierżant Wierze Jezierskiej czas na nową postać. Będzie nią komisarz Sonia Kranz. Kobieta w średnim wieku, która znalazła się na życiowym zakręcie. A w zasadzie ma go za sobą i z różnych powodów nie udało jej się wyjść na prostą w dalszym życiu. Kranz obejmuje opiekę nad prowincjonalnym komisariatem policji i nad nastoletnią córką. A okaże się, że zabita nastolatka była w wieku osoby najbliższej prowadzącej śledztwo kobiecie, która musi rozpaczliwie miotać się między emocjami matki a profesjonalizmem policjantki na tropie zabójcy. W tym tkwi siła „Pomroki”: w zmuszeniu czytelnika do obserwowania, w jaki sposób z najsilniejszymi emocjami radzi sobie matka, która spotyka się z tą drugą – tracącą bezpowrotnie swoje dziecko. Nie chodzi tylko o złożony wizerunek emocjonalnego zapętlenia Kranz wyobrażającej sobie, że na miejscu zabitej mogłaby być istota, którą kocha ponad życie. To również fascynujący obraz konfrontacji dwóch matek, z których jedna jest bezgranicznie wdzięczna losowi za to, że jej córka nadal żyje, a druga nie może unieść rozpaczy, kiedy traci wszystko. Jak prowadzić śledztwo w sposób profesjonalny, skoro jest się tak mocno zaangażowaną emocjonalnie w nie kobietą, która poza obowiązkami ma przede wszystkim ogromne pokłady empatii dla cierpienia z powodu utraty dziecka?

U Agnieszki Jeż nic nie jest zwyczajne, choć czasem autorka wychodzi od sytuacji, które mogą wskazywać na pewną przewidywalność. Na przykład na to, że w „Pomroce” główna bohaterka straci zawodową czujność albo poprowadzi swoje działania śledcze niezgodnie z protokołem. Oczywiście, że tak będzie. Wydarzy się jedno i drugie, jednakże Jeż wcale nie proponuje przewidywalnych rozwiązań fabularnych. W dodatku umieści akcję swojej powieści w miejscu, w którym ludzie doświadczali dramatów przesiedleń. W miejscu, gdzie przeżywano najboleśniejsze życiowe zmiany i gdzie sama Sonia Kranz wciąż doświadcza czegoś nowego. I dowiaduje się nowych rzeczy o tajemnicach ukrywanych nie tylko przez lokalną społeczność, której członkowie albo sporo pamiętają, albo równie dużo usiłują zapomnieć. Pisarka opowie o tym, jak wiele ludzkich emocji należy ukryć lub ujawnić i jak bardzo obydwa procesy mogą być bolesne. A poza tym jesteśmy we wręcz sielankowym świecie. Na prowincji, na której żyje się spokojnie i bezboleśnie. Gdzie życie przejawia się na wiele sposobów. Gdzie życie zostaje nagle odebrane.

Kiedy recenzowałem „Odpłatę”, wspomniałem o czymś, o czym Jeż pisze ponownie. Tutaj męskość to pewna fatalna siła, a mężczyzna jest źródłem opresji. Tyle tylko że w przeciwieństwie do „Odpłaty” jest tu również mężczyzna, który fascynuje i przyciąga. Bohaterka „Pomroki” zderzy się nie tylko z dylematami związanymi z tym, że tropi zabójcę dziewczyny, która mogłaby być jej córką. Kranz z jednej strony odkrywać będzie coraz bardziej mroczne aspekty bycia dominującym mężczyzną, a z drugiej – wbrew zdrowemu rozsądkowi będzie zbliżać się do mężczyzny, dla którego jest gotowa coś poświęcić, a może przede wszystkim coś zmienić. Bo Jeż opowiada o tym, jak bardzo jesteśmy skłonni przekazywać sobie z pokolenia na pokolenie apatię lub lęk przed jakimikolwiek zmianami. Że w imię społecznie usankcjonowanego spokoju gotowi jesteśmy zapomnieć bardzo wiele. „Pomroka” to historia w zasadzie trzech relacji łączących matki i córki. Najtrudniejsza jest chyba ta, która stanowi tutaj tło. Myśli o matce przysparzają Kranz wiele bólu. A Agnieszka Jeż pokaże, że matka nie musi być w żaden sposób demoniczna, by traumatyzować. Czasami do końca życia pamięta się opresyjny charakter polecenia, by łączyć kropki. I Sonia Kranz to pamięta – teraz jako policjantka, skoncentrowana na swoim zadaniu, a jednocześnie zdekoncentrowana z powodu tego, co podpowiadają jej pamięć oraz wyobrażenia na temat okoliczności zbrodni popełnionej na młodziutkiej ofierze. Musi połączyć kropki inaczej. Tym razem po to, by znaleźć zabójcę.

O czym jeszcze jest ta książka? O nieoczywistości zbrodni. O tym, co może zaskoczyć i zaskakuje nawet samego zabijającego. Agnieszka Jeż opowiada przejmującą historię o kilku kameralnych dramatach, które łączą się w coraz bardziej intrygującą historię. Bo im dalej od schwytania złoczyńcy jest główna bohaterka, tym bardziej interesująca jest fabuła tej powieści. A później autorka nie bierze jeńców i stawia na niebanalne rozwiązania fabularne. „Pomroka” to świetnie skonstruowany kryminał, ale również książka, która na każdym kroku i w każdym detalu stara się pokazać, że nie jest to gatunek tak oczywisty, jak mogłoby się wydawać, kiedy pomyśli się o tym, ile takich powieści już napisano i jak wiele razy je zepsuto. Jeż jest po prostu bardzo dobrą autorką. Zaangażowaną w to, co opisuje. Wbrew pozorom zmyślającą najmniej jak to możliwe. „Pomroka” to fikcja literacka, lecz również niewątpliwie odbicie rozmyślań i przeżyć, których Jeż doświadczyła z dużą intensywnością. Dlatego napisała tę książkę z sercem i bez żadnych jednoznacznych elementów, bo przecież Sonia Kranz zastanawia się także nad problemem ostracyzmu wobec zbrodniarza zamiast możliwości resocjalizacji, o której się z różnych powodów nie myśli. Będzie zatem kolejny piękny polski zakątek, do którego wedrze się to, czemu daleko do piękna. Zło, którego wykładnię Agnieszka Jeż jak zawsze odsłoni niebanalnie.

2023-08-02

„Otchłanie” Pilar Quintana

 

Wydawca: Wydawnictwo Mova

Data wydania: 9 sierpnia 2023

Przekład: Iwona Michałowska-Gabrych

Liczba stron: 272

Oprawa: miękka

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Lęki dziecka

Otrzymujemy właśnie drugą przetłumaczoną na język polski powieść Pilar Quintany. Podobnie jak „Suka” jest krótka, bardzo intensywna w swojej wielowarstwowej symbolice i z pewnością to, co łączy te dwie książki, to motyw macierzyństwa oraz sugestywne opisy kolumbijskiej natury. O jednym i drugim zostanie tutaj opowiedziane jednak zupełnie inaczej niż w „Suce”, choć pewne elementy będą wspólne. Pewne jest to, że obie narracje kolumbijskiej pisarki wchodzą głęboko pod skórę dzięki nieoczywistości swojego przesłania. Bo o ile Quintana we wcześniej wydanej książce opowiadała o boleści niespełnionego macierzyństwa, tym razem opowie o tym, ile niespełnienia kryje się w nim samym. A wszystko portretowane ze znakomicie dobranej perspektywy. Dziewczynki, która widzi i słyszy bardzo wiele, ale z interpretacjami tego wszystkiego pozostaje całkiem sama. „Otchłanie” – z tytułem przywoływanym tutaj kilkukrotnie – to liryczna i jednocześnie brutalnie naturalistyczna powieść o ludzkiej samotności i pragnieniu zakończenia swojego życia. „Niektórzy ludzie chcą umrzeć” – stwierdza młodziutka bohaterka tej książki. Niektórzy tu umrą. Niektórzy pozostaną z tymi śmierciami, a ich dalsze życie zostanie naznaczone mrokiem oraz niepewnością. O życiu w cieniu umierania i o potrzebie rozstania się z życiem Quintana opowiada poetyckim językiem, choć tym razem bardzo się stara – choćby z racji przyjętej perspektywy narracyjnej – by upraszczać kwestie, które w tej powieści stają się swoistymi obsesjami.

Claudia żyje w cieniu matki, której istnienie samo w sobie jest cieniem. Surowa i zdystansowana kobieta stale jest zagadką – dla czytających i swojej córki, której mówi wprost: „(…) ty zrujnowałaś mi ciało”. Ale symboliczna ruina rozpisana jest tu na kilka historii. Między innymi w retrospekcjach pokazujących, jak mogłoby wyglądać życie kobiety, która teraz macierzyństwo traktuje jak balast. Czy obie bohaterki łączy tylko to samo imię? Ich związek jest niepokojący ze względu na różnego rodzaju deficyty i to, w jaki sposób córka czuje się niespełniona, a matka – rozczarowana sobą i swoim małżeństwem. Jednocześnie to więź niezwykle silna. Młodziutka Claudia z miesiąca na miesiąc staje się coraz bardziej czujna, gdy widzi, że matka chciałaby odejść – w symbolicznym i rzeczywistym wymiarze. Do tego pojawiają się tu również mroczne uzupełnienia w postaci opowieści o kobietach, które z różnych powodów i w różnych okolicznościach pożegnały się z życiem. Zniknęły. Znika na naszych oczach najsilniejsza z więzi, przekształcając się w skomplikowaną zależność. Dziecko kocha matkę bezinteresownie i instynktownie. Matka jest gotowa przysporzyć dziecku cierpienia, bo sama nie jest w stanie znieść jego ogromu, który uderza w nią niczym morska fala o brzeg.

Tak, podobnie jak w „Suce” Quintana będzie opisywać swoiste przypływy i odpływy wielu bolesnych emocji. Cierpią tutaj w zasadzie wszyscy. Jakby każdy był nie na swoim miejscu, choć te miejsca wyznaczają na przykład społeczne konwenanse. Pilar Quintana rozpoczyna od sugestywnego opisu życia, które rozrasta się instynktownie, bo to życie natury. Pełen zieleni i jej ciągłego wzrastania dom staje się jednocześnie coraz bardziej surową przestrzenią opresji. I niewiele pomaga to, że bohaterowie opuszczają ten dom. Poza nim Claudia z rodzicami zaczyna czuć się jeszcze bardziej bezradna. I oswaja się z tym, co słyszy na temat śmierci. Na przykład z informacją, że niektórzy wcale nie czekają na to, kiedy przyjdzie, lecz z przerażającą śmiałością wychodzą jej naprzeciw wcześniej, niż zaplanuje to los.

Claudia obserwuje, analizuje, coraz bardziej się niepokoi. Quintana opowiada o dziewczynce, która żyje wśród „zgliszcz pewników”, coraz mniej rozumie i coraz mocniej czuje wielkie wyobcowanie, choć przecież mimo dystansu stwarzanego przez matkę jest bardzo blisko z ojcem. To właśnie wizerunek ich intymnego wspólnego czasu, obrazu ciotki w tunice czy podróży krętą górską drogą to jedne z ciekawszych fragmentów, bo Pilar Quintana operuje tutaj niebanalnymi opisami. Jednocześnie dynamizuje akcję tej krótkiej powieści dialogami wyrażającymi coraz więcej egzystencjalnej niepewności.

To historia tego, co zostaje zbyt szybko zabrane, zbyt intensywnie dane albo za późno wyjaśnione. Wszystko rozgrywa się w jakichś ponurych półcieniach, choć w portretowaniu kolumbijskiej natury dominuje przede wszystkim jasność, palące słońce. Ale krajobrazy współgrają z tym, jak wyglądają dusze bohaterów. Nie mamy do nich w zasadzie żadnego dostępu, bo narracja zdominowana jest przez to, jak odbiera rzeczywistość dziewczynka zmuszona do zmagania się z takim rodzajem samotności, w którym nie można rozczulać się nad sobą, gdyż trzeba bacznie obserwować bliskich, gdy między nimi zanika powoli jakakolwiek czułość.

Quintana opowiada w zasadzie o dwóch rodzinach, bo ważne retrospekcje uwiarygodniają portret psychologiczny kobiety, dla której z wielu powodów życie jest po prostu nie do zniesienia. Przejmujący jest wizerunek dziecka, które chciałoby żyć otoczone troską i zainteresowaniem, a wszystkie atawizmy związane z opieką oraz czułością przenosi na swą lalkę. To, co dzieje się z tą lalką później, również ma kolosalne znaczenie dla zrozumienia tej powieści. Pilar Quintana wprowadza nas w świat przeżyć dziecka, które usiłuje zrozumieć, co przeżywają dorośli, którym przygląda się bardzo uważnie. „Otchłanie” to także powieść, w której wciąż narasta niepokój. Jest coraz bardziej odczuwalny, gdy zaczyna być werbalizowany. Jednakże stale tkwimy w niepewności tego, w jakim kierunku rozwinie się ta historia. Kto i kiedy da się pokonać życiu, a kto przekona się, jak bardzo jest ono istotne, gdy żyje się dla kogoś, a czasem w jego imieniu.

To też bardzo poruszająca historia tego, w jaki sposób eskapizm przeradza się w obojętność wobec świata oraz najbliższych. O straumatyzowanej przez wiele czynników rodzinie, która z różnych powodów nie może dać szczęścia dziecku ani stać się relacją jakiekolwiek pewności, jakiegokolwiek przywiązania do siebie. To studium tego, w jaki sposób rozwija się niechęć do istnienia, zaprezentowane w dekoracjach świata natury, który bezwzględnie oraz konsekwentnie dąży do tego, by żyć i się rozwijać. Bo jest tu też mowa o żywiołach. Tych wziętych z natury i o żywiołach trawiących rozgoryczone rzeczywistością umysły. Do czego można się posunąć, będąc przekonanym o byciu w niewłaściwym miejscu i odgrywaniu niewłaściwej roli? Czego nie da się zmienić, gdy stupor uniemożliwia jakąkolwiek zmianę i każe coraz bardziej obojętnieć? Jak kochać matkę, która nigdy nie pokochała samej siebie ani też prawdopodobnie człowieka, który stał się jej mężem? „Otchłanie” to nie tylko powieść przesycona fatalizmem, który jest tu punktem wyjścia do szerszych rozważań o tym, dlaczego z taką konsekwencją potrafimy odpierać i kwestionować możliwości, jakie daje nam życie. To w dużej mierze opowieść o niebywale smutnym dzieciństwie i o dziecku gotowym na wszystko, by uratować od zagłady związek rodziców oraz walczyć o miłość swojej matki. Kameralna, lecz jednocześnie uniwersalna historia takiego sposobu doświadczania dzieciństwa oraz macierzyństwa, które pozostawiają po sobie bolesne ślady. Ale sugestie, jak są bolesne, to już chyba nie zamiar autorki. Quintana ponownie zaprasza do zagadkowego oraz mrocznego świata kolumbijskiego niepokoju emocjonalnego i moralnego. Bardzo poruszająca książka.