Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2018-07-16

„Tłuczki” Katarzyna Wiśniewska


Wydawca: Nisza

Data wydania: 21 maja 2018

Liczba stron: 240

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37 zł

Tytuł recenzji: Ślady tyrana

Myślę, że wymaga dziś dużo odwagi i umiejętności przykucia uwagi czytelnika napisanie o toksycznej rodzinie, temacie dyżurnym współczesnej prozy polskiej od lat, egzemplifikowanym przez tak dobre – i różne od siebie – powieści jak „Szopka” Zośki Papużanki czy „Zależności” Łukasza Suskiewicza. Katarzyna Wiśniewska zaskakuje przede wszystkim formą swojej debiutanckiej powieści. Cała historia staje się jakby drugim planem, bo najważniejsze wydaje się, co autorka rozgrywa frazą i koncepcją całej książki, jak chce opowiedzieć o fragmentaryczności, niespójności, ale przede wszystkim różnie zaznaczanej – w kontekście stosunku do Kościoła katolickiego – ambiwalentności tej opowieści. Na początku pojawia się proste zdziwienie w związku z brakiem chronologii opowieści. Czy jest on uzasadniony? Dlaczego każdy z krótkich rozdziałów pozostawia tak duże napięcie, taką niepewność? Ku czemu to zmierza i w jaki sposób opowiada się historia podległości, wściekłości, rozczarowania i hipokryzji? Tłuczki” zachwycają formą. Nieoczywistą, zdumiewającą, wkradającą się do świadomości czytającego. Tu kryje się wielkość tej powieści. Opowiadanie jako zagadka, enigmatyczność dodatkowo frustrująca oraz wywołująca na przemian zniecierpliwienie i bezradność czytelniczą. Bardzo to wszystko dobre, przemyślane, zaskakujące i konsekwentne w swej wymowie. Myślę, że jest to jeden z bardziej znaczących debiutów tego roku. Książka o prezentowanych już zależnościach, patologiach i destrukcyjnych relacjach, ale przede wszystkim powieść rozsadzająca je wszystkie dodatkowo tym, w jaki sposób oddziałuje na czytelnika.

Wincenty trzyma dom twardą ręką. Nie cierpi komunistów oraz słabych ludzi. Słabych zwierząt również. Tak jak kreśli projekty doskonałych mostów, tak równie precyzyjnie projektuje życie rodzinne – przede wszystkim kobiet z jego otoczenia. Wincenty ordynuje, ustala porządki, celebruje powtarzalne zdarzenia i wyznacza im konkretne godziny. Wszystko ma mieć swój porządek, odpowiedni rytm przemierzania szlaku, jabłko idealnie w kosteczkę, godzina posiłku, decyzje wynikające z jego zarządzeń. To nie tylko obraz domowego tyrana. Wiśniewska idzie dużo dalej – ledwie punktując sferę przeżyć i emocji bohatera, pokazuje potężną siłę oddziaływania Wincentego na to, jak widzieć będą świat i swoją przyszłość zmanipulowane przez niego kobiety. To postać, która nie tylko jest demiurgiem patologii i wyzwala w żonie oraz córkach, a potem we wnuczce tak skomplikowaną sieć mrocznych emocji, że potem siatka ta oddziałuje na odbiór tej historii rodzinnej. Nic nie jest w niej oczywiste. Nie ma prostej zależności między krzywdą a skrzywionym podejmowaniem decyzji w przyszłości. Wincenty to siła i surowość, które nie znikają po jego śmierci. Ale jego zniknięcie, nieistnienie i nieordynowanie już więcej jest tu najważniejsze, bo Wincenty przecież wcale nie odchodzi.

Jego córka Maria pucuje grób ojca do połysku. Ma być czysto, ma być porządek. Trochę to mroczne memento związane z tym, co ustanawiał w życiu ojciec, bo przejęte po nim bezwzględność i bezkompromisowość przechodzą w kompulsywną potrzebę porządkowania otoczenia. Maria zatem będzie walczyć z kurzem i brudem, ale nie odważy się powalczyć z demonami pozostawionymi przez ojca. Czy na pewno? Katarzyna Wiśniewska ukazuje kobiecą bezradność przekutą w niezwykłą siłę. Taką, która zmusza dodatkowo ranione wcześniej kobiety, by wbijać szpile w kolejne, sobie najbliższe, pozornie ukochane, prawdopodobnie nieznoszone tą niechęcią Wincentego, która zatruwa rodzinę jak najbardziej toksyczny jad.

W postaci Łucji, córki Marii, autorka umieszcza najwięcej tropów, po których możemy kroczyć, próbując zrozumieć tajemnice rodzinne. Ściśle powiązane z zaskakującymi punktami widzenia na Kościół katolicki, którego obecność w świadomości bohaterów jest równie toksyczna jak świadomość świata opresji stworzonego przez ojca. „Tłuczki” skoncentrują się na kobietach przede wszystkim wtedy, gdy Wiśniewska będzie chciała zobrazować ogrom opresji wziętych z czasu przeszłego i kanalizowanych w różnych przynoszących dodatkowe cierpienie działaniach. Maria swoją niezależność może pokazać, gdy przebije sobie pępek. Gdy przegna z domu mężczyznę, do którego w zaskakujący sposób zaczęła przywiązywać się Łucja. Córka weźmie po dziadku przekonanie o tym, że ma pełnić konkretną rolę, ta rola ma granice, a poza nimi jest już niemoc, niemożność wzięcia odpowiedzialności za siebie. Dlatego kiedy stający na jej drodze kochanek zechce zamienić intensywność seksualną w partnerski związek, Łucja podejmie taką decyzję, jaka zrodziła się z jej trudnych doświadczeń z dziadkiem. Kobieca tożsamość, mocno nadwątlona i wydobywająca się z przestrzeni różnego rodzaju zakazów, będzie najbardziej intrygującym bohaterem tej powieści. Katarzyna Wiśniewska wyjdzie może od prostych dychotomii, ale w losach swoich bohaterek opowie o skomplikowanym systemie destrukcji patriarchatu, Kościoła i nakładających się w kolejnym pokoleniu komplikacji uniemożliwiających samodzielne i zdrowe funkcjonowanie. Także o tym, w jaki sposób porządkujemy sobie życie przy użyciu niezrozumiałych dla nas kategorii poznawczych. Jak zasady życiowe przekształcają się w egzystencjalny chaos, który boli.

„Tłuczki” to też opowieść o uległości i rodzącym się latami buncie. Zastanawiam się nad tym, czy autorka bardziej odważnie operuje kategorią groteski, czy satyry. Jest niezwykle wyraźna, a jednocześnie niejednoznaczna. Cały czas każe być czujnym wobec prezentowanych wizji świata, cały czas ten świat deformuje przez pryzmat skrzywdzonych bohaterek, ich wypaczonego światopoglądu, wzajemnych relacji naznaczonych i okrucieństwem, i niewymuszoną nonszalancją pokazującą, że bliskość w rodzinie można zakwestionować w dość ciekawy sposób. Tworzy nam zatem Wiśniewska zagadkę lingwistyczną, za którą stoi sieć skomplikowanych zależności życia rodzinnego i społecznego naznaczonych przez wpływy Kościoła katolickiego i jego opresyjną obecność, wieczną obecność w życiu (nie)wierzących. Świetna proza skłaniająca do dyskusji i rozważań – między innymi nad tym, kto jest moralnym i fizycznym zwycięzcą, komu należy się szacunek, kto ulega, a kto kontestuje warunki i zasady od dawna udręczające niejedną rodzinę, całe otumanione religią, zawikłane w niej społeczeństwo. Naprawdę mocna rzecz.

2018-07-12

„Żywego ducha” Jerzy Pilch


Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 4 lipca 2018

Liczba stron: 200

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: W obliczu osobności

Bałem się, że po „Portrecie młodej wenecjanki” może być już tylko gorzej. I nie jest wcale dobrze. Jerzy Pilch proponuje nam kolejną gorzką, tonącą w mroku i autoironii książkę z dość ciekawym pomysłem, ale fatalną realizacją. Książkę w dużej mierze o niczym. A przecież dość inteligentnie wychodzącą od pewnego rodzaju nicości, bo otrzymujemy krajobraz po apokalipsie, czyli ocalały świat bez ludzi, na którym ostał się jedynie narrator tej prozy. Jeśli ostatni człowiek na Ziemi miałby do powiedzenia to, o czym czytamy, faktycznie nie można ubolewać nad tym, że jako ludzkość kiedyś znikniemy. Żywego ducha” to gawędy, dygresje i opowieść o różnego rodzaju imaginacjach. Sartre w tym świecie byłby szczęśliwy. Nie ma już innych. Jest eksploatowane, trochę w formie ironicznej, trochę w stylistyce literackiej autoadoracji, ustawicznie podkreślane i analizowane „ja”. Czytelnik unieszczęśliwia się na równi z opowiadającym, któremu – naprawdę czytałem uważnie – nie wiadomo o co dokładnie chodzi. O diagnozę opustoszałego świata? Analizę własnej kondycji egzystencjalnej, w której rozważania autotematyczne o statusie twórcy niczego zajmującego nie proponują? O podzielenie się tym rodzajem lęku, który dużo wyraźniej wydobywa się wtedy, gdy zostanie nakreślona ta tragikomiczna osobność? Coraz bardziej zaciera się tu jakakolwiek wyrazistość. Kompletnie nie mamy pojęcia, ku czemu ta książka zmierza. To, co może przy niej zatrzymać, to wyjątkowo sugestywne portretowanie ludzkiej samotności. Smutne, przekonujące i wywołujące stan czytelniczej apatii.

W nakreślonej wizji rzeczywistości nie chodzi tylko o osobność, lecz także o taki obraz apokalipsy mentalnej, którego nie można do niczego porównać, bo jest wyjątkowo subiektywny. Narrator korzysta ze świata, gdzie nie ma już nikogo, kto wyznaczałby granice, ustalał normy, pilnował porządku i był bacznym obserwatorem działań tego, który pozostaje sam ze sobą, ze swoimi wyborami – można wynieść z księgarń czy sklepów papierniczych tyle dobra, ile dusza zapragnie. Pozostają jednak w pamięci i wyobraźni te elementy rzeczywistości, które nakazywały jakieś posłuszeństwo, socjalizowanie się, określanie swojej roli i swojego znaczenia w kontekstach oraz relacjach. Teraz jest już tylko samotność. Uzasadniona tutaj, ale głębsza przede wszystkim dlatego, że nie ta wybrana i ceniona, lecz atakująca bezkompromisowością, nieuniesieniem jej, trudem wytrzymania w takim stanie, odczuwaniem wyobcowania jako boleści.

W tym znaczeniu „Żywego ducha” to naprawdę przejmująca książka. Świadectwo niepogodzenia się z tym, że choroba i jesień życia mogą być tak przenikliwie destrukcyjne. Narrator trzyma gardę i nie poddaje się jeszcze. W zasadzie niewiele obchodzi go los całej ludzkości, która wyparowała. Istotniejsze są po niej ślady – literackie, malarskie, kulturalne i ponadczasowe. Pilch odczytuje sobie na nowo „Wydarzenie” Guido Morsellego, odnajdując nowe interpretacje właśnie dzięki stworzonej dla siebie fikcji literackiej. Ze stanem egzystencjalnego niepokoju w sytuacji hipotetycznego osamotnienia na globie korespondują także książki, które wymieniane są tu w ważnym, choć specyficznie ironicznym kontekście. Pozostaje jednak człowiek, twórca, samotnik i kreator literatury jakby jednoosobowej, z pisarzem i odbiorcą w jednym. Wiem, wszystko w ramach luźnej konwencji spierania się o istotę pisania i autor mimo wszystko pokazuje, że zachowuje resztki poczucia humoru i że zgryźliwość nie jest dowcipem, ale konsekwencją oddalenia się od dowcipnego świata.

Takie to zatem pisanie dla samego pisania. Można odnieść to wrażenie, starając się ze wszystkich sił uchwycić któregoś rozdziału, trzymać mocno jakiegoś ważnego akapitu. Po to, by rozpaczliwie szukać celowości kolejnych. Ich zasadności oraz konieczności napisania. „Żywego ducha” to doskonała próbka stylu i frazy, którą z radością przyjmą wielbiciele pisarza. Mam jednak wrażenie, że wychodząc od ciekawej metafory bycia jedynym i wyobcowanym, Pilch proponuje ostentacyjnie skupioną na sobie narrację będącą sentymentalnym powrotem do czasu minionego oraz próbą uporządkowania sobie tego, kim się jest dla siebie w momencie trudnej konfrontacji. Bo można fantazjować o tym, czy smutny narrator nie jest rzeczywiście w stanie, w którym obecność drugiego człowieka jest dla niego już jakąś abstrakcją. Ludzi wokół nie ma, odeszli razem z pewnymi przemyśleniami, przeżytymi emocjami i światopoglądem. Jego część jest już archaiczna. Jak dziewczyny, z którymi tak ochoczo można było kraść piękne chwile, a dziś tych kobiet nie ma, niektóre nawet umarły ze starości.

Ciekawy jest sposób, w jaki autor rozlicza się tym razem ze stosunków damsko-męskich, zawsze w jakimś stopniu naznaczających jego pisanie i niejednokrotnie wywołujących kontrowersje lub żywe dyskusje. Tutaj mężczyzna Pilcha jest nie tyle pod butem kobiety, ile przede wszystkim oddalony od wszystkiego, z czym kojarzyła mu się sfera kobiecości. Wspomina defekty swoich żon i spotyka kobietę, która potrafi deprecjonować w mocno obcesowy sposób. Kobieta i sfera wolności wyboru, za którą stała jednocześnie pewna sentymentalna chęć odkrywania świata gdzieś pomiędzy granicami płci, tutaj staje się jednym z wielu dręczących wyrzutów sumienia. Wspomnień, z którymi jakoś trudno sobie poradzić. Ale równocześnie – jak każdy wątek tematyczny – dość mocno rozmywa się to w morzu dodatkowych dygresji i cały ten świat opowieści wydaje się równie niewiarygodny jak stworzona w wyobraźni rzeczywistość bez ludzkości. Czemu zatem zawierzyć? Co uznać za istotne i zapadające w pamięć po lekturze?

Zastanawiające może być jeszcze akcentowanie tego braku przynależności twórczej czy intelektualnej, mentalna osobność, dla której zawsze znajdowało się uzasadnienie. Tym razem – jak wszystko wokół – staje się ona dość opresyjna i „Żywego ducha” to taka książka o tym, że w pewnym momencie naszego życia możemy być absolutnie wyobcowani, sami ze sobą, z gorzkim bilansem życiowych zysków i strat. Na ile można się tym wszystkim przejąć, to już inna sprawa, bo każda książka Jerzego Pilcha jest przecież specyficzną grą z czytelnikiem. Tu jednak zasady tej gry i kreacji świata przedstawionego trzymają od początku do końca na dystans. Ta narracja dotyka wielu problemów, ale o żadnym właściwie nie rozprawia. Nie wiem, czy ma nas zawieszać w pustce egzemplifikowanej światem bez ludzi. Nie wiem, czy to był dobry pomysł, by tworzyć dość intrygujący koncept, ale zamurować go słowami niewiele ze sobą niosącymi. Niczego nowego. Niczego naprawdę skupiającego uwagę. Przykro jest sądzić, że Pilch nie ma nam już nic ważnego do powiedzenia, ale ta książka – inteligentnie przecież skonstruowana – jest monologiem, którego porządku nie można sobie jakoś zorganizować w wyobraźni. A może po prostu mnie się to nie udało.

2018-07-10

„Powiedz, że jesteś moja” Elisabeth Norebäck


Wydawca: Zysk i S-ka

Data wydania: 11 czerwca 2018

Liczba stron: 512

Przekład: Maciej Muszalski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Dwie matki, dwie intrygi

Szwedzka debiutantka, Elisabeth Norebäck, proponuje nam thriller psychologiczny – z całą świadomością tego, że wraz z nim wymusza punkt widzenia czytelnika, a także dopuszcza się kilku emocjonalnych szantaży. Dobra literatura obyczajowa opiera się na tym, ale tutaj mamy do czynienia z książka zwyczajnie przegadaną, zwłaszcza w zakończeniu, którego ostateczny finał można przewidzieć dużo wcześniej, co naturalnie jest największym grzechem prozy tego gatunku. Powiedz, że jesteś moja” znakomicie myli czujność i każe nam lokować nie te emocje co trzeba w stosunku do trzech bohaterek, ale ostatecznie jest powieścią nadzwyczaj dydaktyczną. To, co zawsze irytuje mnie w skandynawskiej prozie tego typu, to te bardzo częste afektowane i górnolotne zdania budujące obraz niezrozumiałej jeszcze dla czytelnika traumy, której doświadcza postać, stawiająca najczęściej pytania retoryczne, nadmiernie dramatyzująca, nieco odstająca z tym tonem od obrazu świata przedstawionego i – co gorsza – irytująca egzaltowanymi określeniami, które nie mają potem pokrycia w fabule. Z tym właśnie Norebäck bardzo przesadza, zwłaszcza w odniesieniu do jednej ze skrzywdzonych bohaterek, robi się to trochę teatralne i można odnieść wrażenie, że jej cierpiące kobiety są gwiazdami jakiegoś monodramu, a nie zakotwiczonymi w skomplikowanych zależnościach bohaterkami.

Co poza tym? Intryga dość ciekawa, oparta na eksploatowanym już nad wyraz często motywie zaginięcia dziecka. Dojrzała Szwedka o uporządkowanym życiu, wspaniałym domu z wygodnymi kanapami, mająca macbooka pod ręką, z idealnym przystojnym mężem i nadmiernie otoczonym troską synem zestawiona zostanie z tą drugą, gorzko doświadczoną życiem, odważnie – jak na takie powieści szwedzkie – krytykującą mit kraju dobrobytu, zmuszoną do pracy za mizerną stawkę i skonfrontowaną z otoczeniem, które zawsze stawiało jakieś warunki, nigdy nie chciało zrozumieć. Norebäck chce zasugerować, że jedna z nich może być bardzo labilna emocjonalnie i jednej trzeba przyglądać się nieco bardziej uważnie, bo motywy postępowania i przykre doświadczenia z przeszłości ukształtowały ją w inny sposób, niż domyśla się tego czytelnik. Ciekawe jest to zestawienie i równie ciekawe portretowanie obu kobiet. Ta powieść zobrazuje, w jaki sposób życiowa trauma wpływa na normalne funkcjonowanie i określi dość interesująco skomplikowane relacje między matką a córką – oparte albo na nadopiekuńczości, albo na poczuciu braku i pustki, z którą nie można sobie dać rady. Cóż z tego, skoro z interesującej dychotomii robi się potem wykład pełen truizmów, a obok niego wydobywa obraz wyjątkowej psychopatii, tak mocno uwiarygodnianej, że wokół znajdą się liczne trupy, ogromna doza agresji i piekielne męki potępionej oraz tej uznanej przez nas szybko za ofiarę.

Ale w orbicie wpływów jest przede wszystkim zagubiona dwudziestodwulatka, która pewnego dnia odwiedza gabinet psychoterapeutyczny, doprowadzając swoją nową opiekunkę do ataku paniki. Stella bowiem odkrywa, że ma przed sobą zaginioną córkę. Nie tę, która przed laty się utopiła, tamtej nigdy nie było, Stella zawsze była przekonana o tym, że jej dziecko żyje. W związku z tym następuje zawiązanie akcji pełne dramatycznych dla niej wydarzeń. Dość wspomnieć, że terapeutka nie będzie w stanie wykonywać swoich obowiązków, bo osobą potrzebującą największej pomocy i wsparcia będzie właśnie ona sama. Norebäck komplikuje jak może zarówno pejzaż emocjonalny swojej bohaterki, jak i motywy jej postępowania, ostatecznie także ich skutki. Byłoby to świetne studium utraty kontroli nad sobą, gdyby nie wspomniane wcześniej przegadanie i poczucie, że mimo szaleństwa kontrolujemy ze Stellą każdy dzień jej zaburzonego życia, każde działanie, słowo czy gest. Jest w tym wszystkim nieco patetyczności, ale najtrudniej zwyczajnie w to uwierzyć. Tym bardziej że zwroty akcji pokażą dość szybko, iż to nie u Stelli pojawiają się największe trudności z właściwą oceną tego, co się dzieje wokół niej i w niej samej.

„Powiedz, że jesteś moja” prowadzi nas przez mroczną przeszłość kobiet, które latami były wręcz przerażone tym, co mogą sobie przypomnieć. Zwłaszcza Isabelle, która tak naprawdę ma być kimś innym, ujawnia nam tajemnice swojego dorastania odpowiednio później i odpowiednio dramatyzując. Elisabeth Norebäck chce opowiedzieć o determinacji w działaniach matki i o bezradności dziecka. O relacji, która nigdy nie zaistniała, ale mimo wszystko jest tu portretowana – czy wiarygodnie, trzeba ocenić samemu. Thriller psychologiczny zamienia się w bardziej skomplikowaną powieść obyczajową o tym, jak i co pamiętamy, w jaki sposób radzimy sobie z trudnymi wspomnieniami, co wypieramy i jaki wpływ na nasze życie mają te wyparcia. Interesująco pokazane są relacje Stelli z mężem, trudna przeszłość i teraźniejszość naznaczona niedomówieniami. Ten idealny związek przestaje być taki, ale autorka dba o to, by bohaterowie jednak się od siebie nie oddalili. W końcu połączyła ich specyficzna, bardzo silna więź emocjonalna i Norebäck podkreśla, że była zdrowa, a jeśli taka, na pewno jest w stanie wytrzymać wszelkie zawirowania i niebezpieczne dla przyszłości związku zbiegi okoliczności.

Ta książka dotyka problemu trudnych, niejednoznacznych uczuć i komplikuje relacje matki z córką, zaznaczając wyraźnie, że każda taka relacja, nawet zerwana, determinuje dalsze życie zarówno kobiety, jak i jej dziecka. Dałem się temu uwieść, ale nie na długo. W gruncie rzeczy Elisabeth Norebäck niczym nie zaskakuje, próbując przedstawić te nietuzinkowe relacje. Potem wszystko zmierza w kierunku jednoznaczności, a przecież powieść wydobywa się z niedopowiedzeń, tym bardziej intrygujących, że wyjątkowo silnie osadzonych w traumatycznej przeszłości, na nowo obecnej, ożywającej i doprowadzającej do spektakularnych aktów desperacji. Jeśli miałbym czuć się do czegokolwiek przekonany, to na pewno określiłbym tę narrację jako dobrą historię o tym, jak kształtują życie smutek i tęsknota, a także o tym, jak niejednoznacznie można je sportretować. Odniosłem wrażenie, że zamiast pogłębienia psychologicznego i przede wszystkim wiarygodności tej książki autorka w łatwy sposób pomknęła ku samej dynamice. A z tego, że na kartach „Powiedz, że jesteś moja” dzieje się naprawdę dużo, niewiele wynika. I pojawia się niedosyt, że to wszystko w gruncie rzeczy takie proste do wyjaśnienia, tak mało oferujące, choć przecież wiele obiecujące.

Elisabeth Norebäck naturalnie odrobiła wszelkie lekcje skandynawskiego kreatywnego pisania i na pewno nie proponuje nam rzeczy kiepskiej literacko. Problem polega na tym, że być może mieliśmy tu unieść na swoich barkach i w swoich sumieniach nazbyt dużo i że mimo wszystko zostało to strywializowane – albo wieczna, oddana miłość albo teatralnie toksyczna, prosta gra oparta na przeciwstawieniach. A nie lubię spłaszczeń, jednoznaczności w opowieściach zapowiadających się na wielowarstwowe, z trudnymi do udźwignięcia wątkami. Dlatego rozczarowuje mnie zamysł i realizacja, aczkolwiek czytanie Norebäck jest frajdą, bo akcja jest niezwykle dynamiczna. Niezły przykład literatury rozrywkowej, ale czy pisarka rzeczywiście taką chciała uczynić tę opowieść?

2018-07-07

„Torfowisko” Susanne Jansson


Wydawca: Marginesy

Data wydania: 6 czerwca 2018

Liczba stron: 312

Przekład: Bratumiła Pettersson

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Mroczne odludzie

To kolejny szwedzki kryminał napisany wedle klasycznego wzorca. Doskonałe proporcje opisów świata zewnętrznego, rodzinna tajemnica do rozwikłania, retrospekcje, mrożące krew w żyłach sceny, jasne i proste rozwiązanie skomplikowanej intrygi. W dobrym stylu, przekonująco, świetnie – jakby od linijki. I niczym ta powieść nie wyróżniałaby się pośród dziesiątek, a nawet setek jej podobnych, gdyby nie konsekwentnie budowany klimat grozy oraz wiele pięknych filmowych scen z wykorzystaniem mgły, której opisy naprawdę zapierają dech w piersiach. Susanne Jansson decyduje się na opowieść o mrocznym odludziu, proponuje nam raport z „udręczonego miejsca”, każąc doń przybyć równie udręczonej kobiecie, która wyparła traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa, lecz musi na nowo się z nimi zmierzyć, bo dziwnym trafem na miejsce swoich badań naukowych wybiera przestrzeń, gdzie rozegrały się przed laty dramaty naznaczające ją na całe życie. „Torfowisko” ma bardzo wyważone proporcje, zgrabnie balansuje między thrillerem a horrorem, jedynie w zakończeniu dyscyplina myślowa opuściła nieco autorkę, bo wybrać mordercę to jak wylosować ze sportretowanej grupy ludzi kogoś, czyje motywy postępowania będą równie wiarygodne jak tego drugiego czy trzeciego stojącego obok.

Nic to. Intryga naprawdę równoważy niedostatki. Nathalie jest biolożką, która przybywa w rejon mokradeł, by badać wydobywające się stamtąd gazy cieplarniane, a dodatkowo pracować nad doktoratem w mrocznej dosyć atmosferze miejsca, z którym związane są przerażające legendy. Bohaterka lokuje się w domku letniskowym i dość szybko nawiązuje kontakt z czarnowłosym, mającym marokańskie korzenie Szwedem, którego podczas jednej z rutynowych przebieżek po bagnach dopada coś, co dopadało tam ludzi od dawna.

Skupiamy się przede wszystkim na tajemnicy Nathalie. Wspomnieniu, które dopiero podczas pobytu nad torfowiskiem nabiera kształtów i nowego znaczenia. Jansson wprowadza do fabuły także postać policyjnej fotografki – dzięki jej wrażliwości ujrzymy to miejsce z wielu zaskakujących perspektyw. Maya wydaje się ciekawszą postacią niż Nathalie, jej inteligencja, ironia i umiejętność chwytania w kadrze ważnych ujęć czynią z „Torfowiska” książkę naprawdę nietuzinkową. Przyglądamy się bagnistym terenom w otoczeniu lasów z dwóch różnych perspektyw i to, co widzą bohaterki, nakłada się na siebie, potęguje niepokój, czyni zwyczajne odludzie wyjątkowo frapującą przestrzenią.

Jansson opowiada nie tylko o bolesnych doświadczeniach z przeszłości, które na zawsze kształtują charakter i postrzeganie świata, ale także o eskalacji szaleństwa budowanego na domysłach i strachu, także na lokalnych legendach i przekonaniu, że w tymże miejscu martwi urządzili sobie spektakl pochłaniania żywych, że ten proces będzie trwał i że okoliczni mieszkańcy muszą się dostosować do dyskomfortu życia wokół mokradeł. Właściwie tylko one wywołują tutaj dreszcz i umiejętnie przykuwają uwagę, albowiem kilka rozwiązań fabularnych u Jansson nieco kuleje, choć oczywiście robią wrażenie trupy zakopane w tym przerażającym, ale jednocześnie fascynującym – zwłaszcza Mayę Lunde – miejscu.

„Torfowisko” jest historią o tym, do czego doprowadza irracjonalny lęk, ale także o jego strukturze, nasilaniu się, wpływaniu na decyzje życiowe i postępowanie względem innych. Mała społeczność żyjąca wokół bagien oddaliła się od rzeczywistości, tkwi w wyobrażeniach o tym, co niesie w sobie ten adres zamieszkania, do czego obliguje, w jaki sposób kształtuje codzienne życie. Nathalie jest stąd, ale jednak wydobyła się z czasu przeszłego. Tylko pozornie, bo jej badania naukowe będą jednocześnie konfrontacją z lukami w pamięci, które bohaterka w zaskakujący sposób uzupełni. Susanne Jansson da do zrozumienia, że tak specyficzne miejsce, w którym się znajdziemy, specyficznie również kształtuje wrażliwość i postrzeganie zmian, zmusza ludzi do myślenia w określony sposób, zmusza też społeczność do bycia specyficzną, odizolowaną. To taka przestrzeń, do której nie ma dostępu realny świat, ale w której rządzą miejscowe legendy podsycane dodatkowo przez znawcę duchów, człowieka proponującego specyficzną wykładnię koegzystencji świata umarłych z żywymi.

Jansson filozofuje także na temat tego, co znaczy ludzkie istnienie, i o związkach wyobraźni człowieka z ciałem, przywiązaniu do niego, niesłusznej celebracji materii podlegającej rozkładowi jak każda materia organiczna. Wydaje się, że najważniejsze są tu poszczególne sceny, obrazy. Także fotografia, o której filozofii mówi wspominana na kartach powieści Susan Sontag. Maya dużo więcej widzi i rozumie, kiedy pracuje nad swoimi zdjęciami. Punktuje ten mroczny obszar w sobie tylko znany sposób i jednocześnie w fotografiach wydobywa to, co nienazwane, a często przez miejscowych nawet niezauważane.

Poza tym jest wszystko, co powinna zawierać powieść z dreszczykiem: tajemnicze postacie, przedstawienia z mgłą w roli głównej, pustka i cisza oraz szeptane opowieści. Także opuszczone domy i przestrzenie, w których kryją się tajemnice. Wszystko w sugestywnym stylu narracji, która nie pozwala na koncentrację uwagi na detalu, każe postrzegać przestrzeń i funkcjonujących w niej ludzi panoramicznie. Dlatego jest to lektura satysfakcjonująca, choć w dużej mierze przewidywalna, jeśli chodzi o jej konstrukcję. Jansson sugeruje, że wszystko, co mroczne, bardzo często powstaje w naszej wyobraźni. Także niedopowiedzenia czy luki w pamięci mogą chwilowo zamienić życie w koszmar, jeśli skonfrontujemy się z naszymi lękami w przestrzeni, w której samotność będzie bolała, a wyobraźnia rozszaleje się na tyle, by uczynić tę zwyczajną przestrzeń czymś naprawdę niezwykłym i budzącym przerażenie. Sporo trupów, dyskretnie tylko zaznaczony wątek kryminalny, podwójna perspektywa opisu i całkiem spójna koncepcja. „Torfowisko” to książka napisana w klasycznym skandynawskim stylu, ale jednak zapadająca w pamięć. Nawet mimo tego, że z tej budowanej tajemniczości niewiele nam zostaje, bo autorka dąży do tego, by metodycznie i dokładnie wyjaśniać wszystko, co skryło się w mroku trzęsawiska.

2018-07-05

Rozmowa z Jarosławem Maślankiem


Chyba nie lubisz tego medialnego spektaklu, który towarzyszy wydaniu książki?
Na szczęście medialny spektakl, jak go nazywasz, wciąż dotyczy mnie w ograniczonym stopniu. A ten zakres, w którym uczestniczę, czyli wywiady, spotkania autorskie czy zdjęcia, traktuję jako część promocji książki, więc nie ma co narzekać. Ale rzeczywiście, wolę kontakt z czytelnikami niż mediami.
Dlaczego konsekwentnie wybierasz i robisz czarno-białe zdjęcia?
Za pomocą odcieni szarości można dużo wydobyć z obrazu. Fascynuje mnie to, co jest ukryte pod z pozoru zwyczajną sceną, a co ukazuje się w trakcie obróbki fotografii. Kłania się Antonioni z „Powiększeniem”. Wybierając ujęcie, widzę je w czerni i bieli, wiem mniej więcej, jak będzie wyglądać w wersji monochromatycznej, a i tak za każdym razem jestem zdziwiony, co z tego normalnego, zdawałoby się, obrazka wychodzi. Z fotografią jeszcze parę lat temu byłem zresztą na bakier, w ogóle mnie nie ruszała. Potrzeba było zaczynu, iskry, żebym zapragnął robić zdjęcia inne niż wakacyjne. W moim wypadku było to odpowiednie połączenie muzyki z fotografią. Któregoś dnia trafiłem na taką zbitkę w necie, ktoś podłożył do muzyki, którą się akurat fascynowałem, pokaz czarno-białych zdjęć opuszczonych chat na jakimś skandynawskim klifie. I to było to! Kupiłem aparat i się zaczęło. Tak więc jeśli chodzi o staż, nadal czuję się nowicjuszem.
Skandynawskie klify! Musisz się ze mną wybrać w jedną z podróży Północy! Jaki pejzaż w fotografii najbardziej odpowiadałby twojej estetyce, gdybyś miał mnóstwo kasy i możliwość pojechania tam, dokąd byś chciał się wybrać?
Chłodna przestrzeń lub gęste lasy. To, czego brakuje na południu.

Jesteś dla mnie dyżurnym i bardzo dobrym pisarzem od smutku oraz melancholii. Masz świadomość, że one przenikają wszystkie twoje narracje, czy też nie myślisz o nich i wydobywają się jakoś podświadomie?
Zaczynając pisać, ponad dziesięć lat temu, wiedziałem, że nie będą to wesołkowate powiastki zachłystujące się własną formą. Nie to mnie interesowało w literaturze. A im jestem starszy, tym dobitniej odczuwam niekonieczność poświęcania czasu lekturom nieistotnym. Sięgam po to, co może mi coś dać, już nawet nie ułudę zrozumienia świata, ale przynajmniej szansę na przybliżenie do odpowiedzi na kilka istotnych pytań, np. po co? I takie książki chciałbym pisać, takie opowieści dostarczać czytelnikom. A ze smutkiem i melancholią jest trochę jak z fotografią, za pomocą ciemnych tonacji mogę więcej wydobyć z narracji. Ciemne może być piękne, mrok to pole do popisu wyobraźni, humor tak, ale rechotanie pozostawiam żabom. Poza tym gdy grzebię w mroku, jest szansa, że nie przeoczę światła.
Czyli w tym, co czarne/smutne, zawsze są odpowiedzi, a jasność/radość nie sugeruje głębszych poszukiwań?
Szperanie w radości pozostawiam innym, dla mnie ciekawsze jest to, co mogę znaleźć w ciemnym pokoju niż w oświetlonej sali gimnastycznej. Oczywiście jasność jest niezbędna, od czasu do czasu. Poza tym zanurzasz się w ciemności nie po to, by stracić wzrok, tylko by znaleźć światło.
Miasto jest niemym, ale bardzo czytelnym bohaterem twoich książek. Które z polskich miast jest najbardziej przygnębiające, a które najbardziej tajemnicze?
Każde miasto ma w sobie wiele klimatów. Warszawa, z którą jestem związany od ponad 20 lat, na początku lat 90. była dla mnie molochem, pełnym nocnych świateł, bazarów, zapchanych stoisk oblepiających ulice (ile książek kupiłem z turystycznych stolików!), czyli wszystkim tym, czym nie było moje rodzinne, małe, przemysłowe miasto. Unikałem za to tzw. starej Pragi, opuszczonych lub zrujnowanych kamienic, nieodwiedzalnych rewirów, które z kolei teraz mnie wciągają, są fotograficzną pożywką. Jeżeli tylko zechcesz patrzeć, w każdym miejscu znajdziesz to, czego potrzebujesz. Nawet moje rodzinne Pionki, wyklinane przez wiele nudnych nastoletnich wieczorów, teraz odkrywają przede mną niesamowite miejsca, budynki, klimaty. Potrzeba było dwudziestu lat nieobecności, żebym je zauważył.
„Góra miłości” nie doczekała się po premierze wielu omówień. Myślę, że dopiero niedawno coś się w tej kwestii ruszyło. Jak się czuje pisarz, gdy media milczą o jego książce?
Nie milczą czytelnicy i to jest ważne. Docierają do mnie opinie, wiadomości, że książka wywarła na nich mocne wrażenie, w czymś im pomogła, jest dla nich istotna. To się liczy. Przy drugiej książce przyłapałem się na tym, że zaczynam pisać pod krytyków. Wyrzuciłem wtedy do kosza całe fragmenty, które nie nadawały się do czytania, i napisałem je od nowa. Zanim siadłem do pierwszej powieści, założyłem, że nie będę robił nic wbrew sobie, i tego się trzymam. Pewnie ze szkodą dla siebie. „Fermę ciał” odrzuciły wszystkie duże wydawnictwa, zdecydował się ją wydać dopiero Paweł Nowakowski z Formy, a ja straciłem dobrych pięć lat, podczas których mogłem wydać ze dwie pozycje. Ale dla mnie to była ważna książka. Życie toczy się teraz w sieci, gdzie masz bezpośredni kontakt z czytelnikiem, z konkretną osobą. Media społecznościowe są bardzo istotnym kanałem komunikacji, zwłaszcza dla autorów z obrzeży tzw. mainstreamu. Przy tak dużej liczbie tytułów, które ukazują się na polskim rynku, ważne jest zebranie wokół tego, co tworzysz, grona osób, które czują podobnie, które interesuje to co ciebie, odbierają rzeczywistość na podobnych falach. Krótko mówiąc, dotarcie do odpowiedniego czytelnika. Temu służy moja obecność w mediach społecznościowych. Przy czym nie chcę tylko informować o pisaniu, o książkach, chcę dawać coś więcej. Dlatego zamieszczam fotografie, rysunki, krótkie formy literackie.
Nie jestem pewien, czy w sieci mamy bezpośredni kontakt z kimkolwiek… Konsekwentnie wspominasz o czytelnikach – nie jest tak, że najważniejsze jest to, co mówią podczas spotkań autorskich?
Bezpośredni w znaczeniu jeden do jednego, twarzą w twarz zarezerwowane jest oczywiście dla spotkań autorskich. Ważne jest to, co czytelnicy mówią, a w jaki sposób to przekazują, jaką formę czy medium wybierają, to już inna sprawa. Istotne, żeby te sygnały dotarły do pisarza. Ja je odbieram i za każdym razem są dla mnie bardzo ważne.
„Góra miłości” to pewien mikrokosmos nałożonych na siebie opowieści różnych ludzi z różnymi doświadczeniami, ale podobnie wyobcowanych. To wszystko się wydobyło z twojej wyobraźni czy bardziej zostało podsłuchane? Bo znam pisarzy, którzy bardzo lubią podsłuchiwać ulicę, to się „przydaje do prozy”.

Też to lubię. Kiedy mam np. do załatwienia coś „na mieście”, wolę pojechać komunikacją miejską niż autem. Te dialogi, rozmowy z telefonem, mogą inicjować ciekawe opowieści. Oczywiście samo ich „spisanie” nic nie da, jeżeli nie zostanie przemielone przez literacką wyobraźnię. Tworząc drugoplanowych bohaterów „Góry miłości”, którym zresztą oddaję głos, na równi ich wymyślałem, co korzystałem z naturalnych „wzorców”. Przykładem może być wózkowy. Na pewno spotkałeś się z tymi natrętami, którzy na parkingach centrów handlowych w zamian za złotówkę oferują odprowadzenie wózka. Zamiast ich pogonić, kupowałem od nich ich historie. Za 1 PLN miałem gotowe, ciekawe życiorysy, z których stworzyłem później postać literacką.
A jak się tworzy taką polifonię w narracji? Rozpisujesz sobie schemat tego kto po kim i w jakim kontekście?
Powinienem, niestety, u mnie wszystko porządkuje się w głowie, co powoduje, że gdy piszę, konstruuję powieść, wylogowuję się z rzeczywistości. W „Górze miłości” ważne było to, by poboczne wątki się zazębiały. Każda z drugoplanowych postaci ma swoją historię rozpisaną na kilka rozdziałów, funkcjonującą obok głównej, przy czym każda coś wnosi i do poszukiwań bohatera, i do naszej, czyli czytelników, wiedzy o nim i jego zaginionej żonie.
Twoja nowa powieść to rzecz o bólu utraty wyrażanym poprzez wędrówkę. Wszyscy zaczynamy kompulsywnie błądzić, gdy stracimy to, co dla nas najcenniejsze?
Jednym z podstawowych pojęć konstytuujących współczesne społeczeństwo stało się słowo „wyzwanie”. Jeżeli stanie się w twoim życiu coś złego, musisz traktować to jako wyzwanie, którego pokonanie ma cię wzmocnić, dać siłę do dalszego funkcjonowania pełnego sukcesów. A co, jeżeli takie podejście jest ci obce? Jeżeli odpowiedzią na traumę jest martwota, w której pogrąża się bohater mojej powieści? To był punkt wyjścia do powieści drogi. Żeby się ruszył, żeby chciał działać, potrzeba było czegoś innego niż to mityczne wyzwanie, które nie prowadzi do poznania. Fetyszyzacja wyzwania nie jest gwarancją prawdy, lecz mamieniem widmem sukcesu. Gdy bohater wyrusza w swoją drogę, w poszukiwaniu zaginionej żony, nie liczy na happy end. Nie lubię generalizować, każdy w obliczu straty zachowuje się inaczej, wskazuję jedynie pewną możliwość podejścia do rzeczy krańcowych, prawo do zachowań nieracjonalnych.
Pozbawiasz życia centrum handlowe. Jest martwe i niedostępne. Jaką ma funkcję w dzisiejszym społeczeństwie?
Intrygujące wydało mi się okrojenie centrum handlowego z jego funkcji podstawowej, czyli zakupowej. Często przejeżdżam obok takiego kompleksu w dni wolne od handlu. Teraz jest ich więcej, ale kiedy wymyśliłem swoją historię, były to wyłącznie święta, można więc powiedzieć, że wyczułem wiatr historii. Uderzający jest widok pustych parkingów, olbrzymich hal, języków wózków wystających z wiat. Wyobraziłem sobie wnętrze takiego opuszczonego molocha, ledwo zipiące w półmroku przygaszonych świateł, w którym na co dzień są tłumy, a teraz nawet żywego ducha. Jednym z moich tematów zdjęciowych jest fotografowanie opuszczonych domów, fabryk, kamienic. To, co w nich pociąga, to forma pozbawiona pierwotnej funkcji. W wypadku zamkniętego (nie opuszczonego) centrum handlowego mogłem nadać mu dowolną treść. W „Górze miłości” jest to labirynt, w którym bohater błądzi, by się dowiedzieć czegoś o zaginionej żonie, która tam pracowała. Bohater zstępuje do niego, by doświadczyć prawdy.
Przy lekturze „Fermy ciał” zgodziliśmy się z Maciejem Robertem, że twoje książki – właściwie wszystkie – są bardzo filmowe. To wynika z jakiejś formy twojej wrażliwości? Piszesz tak, jak chciałbyś rzeczy i ludzi widzieć, czy mają być tylko projekcją wyobraźni?
Film, na równi z muzyką i książkami, był zawsze istotnym składnikiem mojego życia. Te proporcje na różnych etapach się zmieniają, teraz dominują książki, ale film odcisnął się we mnie i gdzieś to wypływa, nawet moje fotografie są w dużej mierze „filmowe”. Pisanie może zresztą być jakimś substytutem kręcenia filmów, można obsadzać siebie w różnych rolach, wymyślać cały świat, scenografię, scenariusz, oświetlenie, nawet muzykę. I mieć pełną kontrolę artystyczną (i budżetową).
A które ekranizacje powieści uważasz za cenne i twórcze?
Najlepsze to te, które nie tylko są przeniesieniem książki na ekran, lecz tworzą nową jakość, wykorzystując powieść jako inspirację. Twórcy filmowi przeważnie popadają wtedy w konflikt z pisarzami, którzy chyba nie mogą przyjąć, że na podstawie ich pracy powstało coś nowatorskiego. Na myśl przychodzą chociażby „Solaris” Tarkowskiego na podstawie Lema, „Blade Runner” Scotta na podstawie Dicka czy „Lśnienie” Kubricka na podstawie Kinga.
Czy Polska to według ciebie smutny kraj, o którym należy pisać smutne książki?

Pisanie pod założoną tezę bywa samobójcze. To, co dla kogoś jest smutne, dla innego może być śmieszne, a takie deklaratywne opisywanie może skazać powieść na martwotę. Ale jeżeli z napisanej książki wynika, że kraj, w którym rzecz się dzieje, jest smutny, może coś w tym jest, może warto zastanowić się, czy autor mówi nam coś ważnego o miejscu, które opisuje. Powieściopisarz jest jak gąbka, która zbiera brudną wodę, żeby podłoga mogła być trochę czystsza.
„Haszyszopenki” to książka między innymi o wkraczaniu w dorosłość. Pamiętasz, jak to było z twoim przejściem z młodości do życia dorosłego?
Unikam w powieściach wątków autobiograficznych, zrobię też unik w wywiadzie. Chociaż scenograficznie „Haszyszopenki” w dużej mierze opowiadają o miejscu, w którym dojrzewałem. Dla mnie wkroczenie w dorosłość wiązało się z wyprowadzeniem z domu i przyjazdem na studia do stolicy. Nagle musiałem się nauczyć rozporządzać własnym, skromnym budżetem, dzielić czas między naukę i inne życiowe przypadłości, a w końcu odpowiedzieć na pytanie, co jest w życiu istotne, i wybrać, dosyć wcześnie, dorosłość. Pewnie straciłem przez to wiele rzeczy, ale mam wrażenie, że więcej zyskałem.
Czujesz się już – po wydaniu czterech książek – dojrzałym i pewnym siebie pisarzem czy też nadal poszukującym? Bo mam wrażenie, że świadomie eksplorujesz konkretne rejony tematyczne i w nich pozostajesz.
Pisarz poszukuje przez cały okres pisania, a jeżeli przestaje szukać, to staje się kronikarzem. Każda książka to powinien być początek czegoś ekscytującego, co pozwoli dotrzeć w rejony, których nie znałeś. Jeżeli uznam kiedyś, że piszę, nie szukając, przestanę pisać. Pierwsze trzy książki w założeniu stanowiły trylogię, w której chciałem przyjrzeć się pojęciu wolności. „Góra miłości”, moja czwarta powieść, jest więc nowym otwarciem i wciąż jestem ciekaw jej odbioru. Chciałbym, żeby kolejna, nad którą powinienem już zacząć pracować, była dystopią. Intryguje mnie, jak ten gatunek sprawdzi się we współczesnych realiach. Przy czym nie zależy mi na napisaniu satyry, lecz właśnie dystopii, rejony więc tematycznie nowe, ale klimat zbliżony do znanych z moich poprzednich powieści.
Kto z polskich lub zagranicznych twórców pisze o ciemnej stronie ludzkiej osobowości w taki sposób, że mógłbyś się od niego uczyć?

Wciąż odkrywam nowych autorów, którzy mówią mi coś istotnego. W ostatnich latach byli to chociażby: McCarthy, Carver, Coetzee, Barnes, Eugenides, Lars Saabye Christensen, niezmiennie Conrad, z ostatnich odkryć David Vann. I nie ma specjalnego znaczenia, czy piszą o naszej ciemnej naturze, wspaniale piszą o człowieku.
Na jednym z dymków swojego autorstwa umieściłeś przewrotny napis: „Otóż nie znam drugiego narodu, który tak potrafi przekuwać sukcesy w porażki”. Skąd to przekonanie o Polakach i polskości?
Mam wrażenie, że jesteśmy mistrzami w niszczeniu tego, co udaje nam się stworzyć. Jeżeli chcemy coś naprawić, to burząc wszystko, co było przedtem, nieważne, czy było to zbudowane dobrze, czy źle, wykopując nawet fundamenty. Nie zauważamy przy tym, że budując, popełniamy te same błędy. Każdy chce wybudować coś swojego, jeszcze większego. A najprawdopodobniej kolejny, który przyjdzie po nim, uzna, że trzeba to wyburzyć i zrealizować według jego projektu, zawierającego te same błędy. Tymczasem kwestie fundamentalne, chociażby ze względu na nasze położenie geopolityczne, powinny być nienaruszalne, wolne od doraźnych politycznych ambicji. Tak nie jest, co nie wróży zbyt dobrze.
Nie umiemy być społecznością? Działać, funkcjonować, budować wspólnie?
Budować można, kiedy społeczeństwo potrafi osiągnąć konsensus, w szerokim znaczeniu, co do wspólnej przyszłości, i w węższym, dotyczącym konkretnych, bieżących rozwiązań. Trudno coś wybudować, eliminując znaczne grupy społeczne z decydowania o kraju, uznając, że wie się lepiej, co jest dobre dla większości. Odpowiedzią w takim wypadku mogą być bunt i polityczne wycofanie. Dla wspólnoty zabójcze.
Twoje powieści są bardziej refleksją, fantazją czy twórczą analizą dotyczącą relacji międzyludzkich?

Zapewne każdą z tych rzeczy po trochu. Z początku fantazją, która w trakcie pisania wzbogaca się o refleksje na temat opowiadanego świata i relacji międzyludzkich. Pamiętam, jak siadłem do pisania debiutu, wiedząc, o czym będzie i jaki będzie początek i zakończenie. Po zapisaniu pierwszej kartki doszedłem do wniosku, że opowiedzenie tej historii przy pomocy wyłącznie fantazji skończy się po dziesięciu stronach. Musiałem więc wzbogacić ją o refleksje i opisy relacji między bohaterami.
Eksperymentujesz z gatunkami w obrębie jednej powieści. Jakie znaczenie ma dla ciebie forma twojej narracji?
Zależy mi, żeby czytelnik nie mógł się oderwać od powieści. Stąd przetwarzanie literatury gatunkowej, dzięki czemu czytający zagłębia się w opowieść jak w dobrze nakręcony film. Sądząc po opiniach, udaje mi się trzymać czytelnika w napięciu, narracyjnie skłaniać do doczytania do końca. Porażką byłoby dla mnie, gdyby ktoś odłożył książkę jako nudną. Przy czym horror, czy szerzej – literatura grozy, wciąż wydaje się obszarem niedocenionym, a przecież u podstaw każdej liczącej się powieści z tego gatunku leżą obserwacje socjologiczne i psychologiczne. Kryminał doczekał się uznania jako gatunek mogący powiedzieć coś istotnego o współczesnym społeczeństwie, nawet fantastyka (dystopia, utopia, fantastyka socjologiczna) coraz częściej postrzegana jest jako coś więcej niż tylko zabawa. Tymczasem horror czy thriller nadal wrzucany jest do gara z napisem „rozrywka”.
Dzięki za rozmowę.

Wszystkie zdjęcia z archiwum Autora.

2018-07-03

„Utoną we łzach swoich matek” Johannes Anyuru


Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 21 czerwca 2018

Liczba stron: 328

Przekład: Dominika Górecka

Oprawa: miękka

Cena det.: 38 zł

Tytuł recenzji: Lęk z przyszłości

Jestem przekonany o tym, że ta książka była czytana w szwedzkich domach z ogromnymi emocjami. Bardzo się cieszę, że ukazała się właśnie teraz – w czasie, gdy w Szwecji narastają nastroje antyimigranckie, choć nikt nie ma jeszcze odwagi dawać im wyrazu tak bezpośrednio jak w naszym kraju. Chciałoby się – bo to powieść z naprawdę uniwersalnym, choć może najbliżej zachodnioeuropejskim adresem – by ktoś napisał tak odważnie i bezkompromisowo o Polsce. Tymczasem mamy o czym poczytać, możemy to doskonale zrozumieć, możemy się nie tylko przejąć, ale przede wszystkim ujrzeć to, jak powracają znane z historii mechanizmy opresji, jak niczego nas historia nie nauczyła, jak łatwo ulegamy złudzeniom, że porządek i kształt świata mogą kształtować proste dychotomie. Johannes Anyuru jest bardzo odważny i bezkompromisowy, ale to, co go wyróżnia, to fakt, że proponuje nam naprawdę nieoczywistą opowieść o ludzkim okrucieństwie, fanatyzmie, skłonności do przemocy, lecz przede wszystkim historię o strachu.

Tak, strach to niemy i stale obecny bohater tej dość zawikłanej i przez to intrygującej narracji. Anyuru portretuje wszelkie odcienie lęku, ale także obrazuje ten fundamentalny, paniczny strach prowadzący do rozwiązań ostatecznych, do klarownych podziałów i rosnącej przemocy. Wszyscy bohaterowie tej powieści czegoś się boją. Każdy usiłuje zniwelować lęki, ale dopada go niemoc tak charakterystyczna w momencie, w którym poza strachem nie pozostaje już nic innego. „Utoną we łzach swoich matek” to historia trudnej koegzystencji ludzi różnych kultur i religii. W bardzo tajemniczy sposób opowiada o naprawdę prostych mechanizmach wywołujących wojnę. Taką współczesną, cywilizowaną. Taką, w której można rozegrać najgorsze okrucieństwa w imię demokracji – zdemoralizowanej już samą nową wykładnią funkcjonującą w Szwecji przyszłości. Tak, to głos z czasu przyszłego, ale tak naprawdę niezwykle istotna książka, która powinna wywołać debatę o zagrożeniach dla współistnienia ludzi, którzy odsuwają się od siebie, kumulując we własnych grupach lęki i uprzedzenia. Czy Szwedzi wycofujący się z pewnych dzielnic miast i mniej lub bardziej dyskretnie odcinający od imigrantów, którym nie mają do zaoferowania niczego poza dobrocią ratujących od pierwszej opresji, nie zaprojektowali już takiej przyszłości, z jakiej wydobędzie się głos w tej powieści? Anyuru wyraźnie zaznacza w jednym z rozdziałów, że szwedzkie społeczeństwo zaoferowało dobro, a otrzymało przemoc. Czy to taka prosta droga i tak niejednoznaczna zależność? Czy rzeczywiście w tak niezrozumiały sposób ułożyły się stosunki Szwedów z imigrantami? Ostatecznie jednak trzeba zapytać: jakie stosunki? Ta książka bezlitośnie obnaży słabości zantagonizowanych stron i przeniesie nas do Szwecji, która wskazuje i stygmatyzuje swoich wrogów. Szwedzkich obywateli. Wykluczonych i napiętnowanych. W szale przemocy, której nikt nie potrafi zatrzymać…

Göteborg. Spotkanie autorskie, które ma się koncentrować między innymi na kwestii granic wolności artystycznej. Do lokalu dostaje się trójka terrorystów. Początkowo wszystko idzie zgodnie z planem. Autor bardzo sugestywnie oddaje moment, w którym rzeczywistość ulega bezwzględnemu wpływowi tych, co stosują przemoc. Wszystko toczy się przewidywalnie. Do momentu, w którym uświadamiamy sobie, że jedna z współtworzących ten akt terroru kieruje broń w stronę swego kompana. Kim jest dziewczyna, której mroczne i enigmatyczne wizje wskazują na jakąś dramatyczną historię z obozami w tle i wspomnieniem śmierci matki? Po zamachu przebywa w ośrodku psychiatrycznym o zaostrzonym rygorze. Okazuje się, że jest obywatelką belgijską, która przeszła na islam. Odwiedza ją pisarz – muzułmanin. Dziewczyna przekazuje mu zapisane kartki. Wchodzą w skomplikowaną zależność. Łączy ich nie tylko kwestia wierzeń, ale i specyficznego spojrzenia na Szwecję. Na kraj, który autor – syn imigrantki urodzony w Szwecji – uznaje za swoje państwo. Państwo, którego zacznie się bać, wchodząc w sieć konfabulacji proponowanych przez dziewczynę.

Co jednak jest tu zmyśleniem, a co realnym odzwierciedleniem tego, jak mogłaby wyglądać rzeczywistość, gdyby poczyniono inny krok, zdecydowano o czymś innym? Na wstępie tej niepokojącej powieści nieprzypadkowo przeczytamy znaczące zdanie: „Czasami jeden czyn może zbudzić świat”. Czasem również może go ocalić. Będziemy świadkami tego, jak szwedzki obywatel zacznie się bać swojego kraju. Ujrzymy, w jaki sposób kraj zamienia się w bastion uprzedzeń i przemocy. Göteborg jest centrum wszystkiego, co typowo szwedzkie, i wszystkiego, co się Szwecji może przydarzyć. Także całej Europie. Wszędzie, gdzie chce się uporządkować różnice prostymi podziałami.

„Utoną we łzach swoich matek” to także powieść, która inteligentnie fantazjuje na temat czasu i jego upływu. Zręcznie odnosi się do kluczowych dla Europy wydarzeń z niedalekiej przeszłości i równie zręcznie nawiązuje do tego, co dzisiaj polaryzuje społeczeństwo, co wywołuje coraz więcej emocji i kumuluje te negatywne. Szwecja z tej powieści pokaże muzułmanom, gdzie ich miejsce. Jednocześnie stworzy nowy, sankcjonowany przez społeczeństwo status państwa operującego narzędziami opresji znanymi z totalitaryzmów. Johannes Anyuru nie szarżuje jakoś spektakularnie, bo w zasadzie nie chodzi mu o rozbudowanie dystopijnego wizerunku, ale o pokazanie na przykładzie głównych bohaterów, do czego może doprowadzić narastający lęk przed przemocą. Nie ma tu szczegółowej analizy mechanizmów powodujących, że tolerancyjne społeczeństwo staje się opresyjną społecznością gotową na wszystko, by wskazywać i terroryzować tych, którzy są inni. Tu inny znaczy obcy. A za obcością tkwi już tylko agresja.

Czy Anyuru proponuje nam jakąkolwiek nadzieję w tej mrocznej powieści o alternatywie, która staje się rzeczywistością? Czyta się to z dużą uwagą, zatroskaniem i przerażeniem. Ale przecież nie czyta się ani o czymś nowym, ani w jakiś sposób obcym szwedzkiemu czy europejskiemu czytelnikowi. Autor zaznacza jeszcze jedną czytelną tezę. Każda przemoc domaga się tych, którzy się jej przyglądają. Zaskakujące będzie to, jak w roli obserwatora wydarzeń Anyuru umieści w tej powieści czytającego. Nietuzinkowa, groźna, sugestywna i naprawdę przejmująca powieść – nagrodzona w Szwecji, ale też z pewnością Szwecję poruszająca.