Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2013-04-30

"Chyba strzelę focha!" Mikołaj Milcke

Zwykle staram się nie zrażać od razu na wstępie, kiedy sięgam po kontynuację powieści, która kompletnie do mnie nie przemówiła. I choć np. do czytania drugiej części stękań o Greyu nikt mnie nie zmusi, z własnej woli i naprawdę z ciekawością sięgnąłem po nową książkę pisarza kryjącego się pod pseudonimem Mikołaj Milcke. „Chyba strzelę focha!” to kontynuacja debiutu "Gej w wielkim mieście", w której to powieści jedyną cechą dystynktywną bohatera była jego seksualność. Chciałem się dowiedzieć, czy autor ma do powiedzenia coś więcej i niestety nie ma. Milcke popełnił kolejną książkę. O wzlotach i upadkach gejowskiego Pana Nikt, który po pół roku z bogatym doświadczeniem życiowym opowiada o tym, jak to się żyje młodemu homoseksualiście z Lubelszczyzny w okrutnych realiach Warszawy egocentryków i dziwaków. Tym razem narrator przez moment kwestionuje swą seksualność i wyraża powątpiewanie w to, że dane mu będzie szczęście, mówiąc: „Bycie gejem jest słabe”. Bycie gejem jest po prostu byciem – jak bycie księdzem, baletnicą, aktorem albo pisarzem. Słabym pisarzem. Bo nie bycie jest słabe, lecz to, czym po dwóch latach od debiutu raczy nas autor.

To taka książka ku rozrywce i uciesze. Jak poprzednia – dla każdego i nikogo. Ponoć – tako rzecze Sylwia Chutnik – naród oczekuje prozy bliskiej realiom życia codziennego. Pytaniem otwartym jest pytanie o to, czy kierunek rozwoju literatury ma wyznaczać oczekiwanie narodu, czy też ma ona mówić o czymś, nad czym trzeba pomyśleć i co często wygodne dla tego narodu nie jest. A nad czym myślimy podczas lektury nowej książki Mikołaja Milcke? Że związki – bez względu na płeć związanych – są trudne i niosą rozczarowania. Że miłości szuka się rozpaczliwie i w zamian za nią można poświęcić naprawdę wiele, nawet wyrzec się samego siebie. Że zdegenerowana rodzina rodzi w nas jedynie poczucie ucieczki od niej, podczas gdy tak naprawdę silnych i traumatycznych więzi zerwać się nie da, bo niosą w sobie mimo wszystko coś dobrego. Poza tym dowiemy się, że czasem podejmuje się walkę z homoseksualizmem i traktuje tę orientację jak chorobę. Co chce leczyć nasz zraniony uczuciowo bohater? Homoseksualizm czy świadomość, że życie to nie bajka u boku latynoskiego księcia z wypasionym apartamentem na Mokotowie? Czy podczas czytania myślimy o czymś, co byłoby w jakikolwiek sposób odkrywcze, nowe, pokazujące problem w jakimś nieznanym nam świetle? Już sam pretensjonalny tytuł świadczy o tym, że po znanym z pierwszej książki powiedzonku „jak dzidy pragnę”, autorowi skończyły się pomysły na chwytliwe teksty. Czyta się „Chyba strzelę focha!” bardzo szybko i – jak sporo, coraz więcej książek – równie szybko zapomina, czy pozycja ta zawiera jakiekolwiek przesłanie.

„Może to nieprawdopodobne, ale czasem zachodzą mi pod czapką procesy myślowe, z których tworzę własne poglądy”. Chciałoby się wierzyć w to, co mówi o sobie bohater, ale chwilami jego naiwność, infantylizm i prostota w negatywnym tego słowa znaczeniu po prostu zadziwiają. Ten czasownik także nie jest pochwałą. Co tu chwalić? Opowieść o dorastaniu do odpowiedzialności za siebie młodego homoseksualisty, który gdyby nim nie był, położyłby tę narrację całkowicie, bo i tak właściwie jest o niczym? Można odnieść wrażenie, że Milcke jednak się pisarsko rozwinął. Ta książka zawiera więcej chwytliwych wątków, ciekawie rozwiązanych i domkniętych. Nie traktuje tylko o homofobii. Właściwie jej tam nie ma. Jedynie jakiś drugoplanowy łysy Wszechpolak pokazuje agresję i robi młodemu bohaterowi czarny PR w rodzinnej miejscowości. Albo widać to w plotkach radiowych dziennikarzy, którzy uważają, iż geje robią karierę szybciej niż inni, niekoniecznie dzięki zawodowemu profesjonalizmowi. Ta historia ma traktować o szeroko pojmowanym dojrzewaniu do wyborów. O braniu życia w swoje ręce. Bez względu na orientację seksualną. Tyle tylko że opisanych życiorysów jest tysiące i jeśli nawet nie znamy kogoś, kto przeżywa podobne bohaterowi perypetie, to na pewno o kimś takim niejeden raz słyszeliśmy. To po co czytać, skoro już wszystko wiemy?

Fabularnie jest dość barwnie. Narrator po przejściach wreszcie trafia w ramiona Wiktora i wydaje się z nim szczęśliwy. Idyllę burzy matka kochanka, której w jednej z pierwszych scen bohater spektakularnie wymiotuje na stół. Nie tylko sprytna żmija Marta, która walczy o swego syna, zagraża naszemu studentowi dziennikarstwa. W miasteczku już wszyscy wiedzą, kim jest i z kim się zadaje. Z trudem domyka sesję, a egzamin zdaje dzięki średnio zabawnej opowieści… o dywanie. Tymże dywanem zostaje ugodzony przystojny blondyn Szymon, z jakim trzeba podjąć wspólną pracę w radiu, a gwoździem do trumny wydaje się spotkanie po latach z Mariuszem, który tak niecnie wykorzystał bohatera przed sześcioma miesiącami, o mało nie obdarowując go wirusem HIV. Jest też tajemniczy Pedro na Majorce i mnóstwo innych okoliczności, które każą bohaterowi konfrontować się z faktem, że życie jest ciężkie. Niestety nie udało mi się w tej książce znaleźć niczego, co przykułoby uwagę tak naprawdę i niczego, czego już nie powiedziano o codzienności osób homoseksualnych w Polsce.

Lekko się to czyta i podejrzewam, że równie lekko  pisało. Na szczęście Milcke zachował jako taki odstęp czasowy i nie wpisuje się w poczet autorów produkujących taśmowo do kilku książek rocznie. Tym niemniej nie pozostaje mi nic innego, jak powtórzyć za autorem – chyba strzelę focha! Zabrał mi kilka godzin z życia, nie mówiąc o nim niczego interesującego. Znowu.

Wydawnictwo Dobra Literatura, 2013

10 komentarzy:

Asec Markowski pisze...

„Bycie gejem jest słabe”. Bycie gejem jest po prostu byciem – jak bycie księdzem, baletnicą, aktorem albo pisarzem.


To zdanie dyskwalifikuje kogoś jako recenzenta. Jak można porównywać bycie aktorem z byciem gejem? Aktor to zawód, można go zmienić w każdej chwili. Orientacji nie. Książki "Chyba strzelę focha!" (tytuł świetny!!!) jeszcze nie czytałem, ale ta recenzja i ten babol na samym jej początku tylko mnie do tego zachęcił.

Asec Markowski pisze...

„Bycie gejem jest słabe”. Bycie gejem jest po prostu byciem – jak bycie księdzem, baletnicą, aktorem albo pisarzem.


To zdanie dyskwalifikuje kogoś jako recenzenta. Jak można porównywać bycie aktorem z byciem gejem? Aktor to zawód, można go zmienić w każdej chwili. Orientacji nie. Książki "Chyba strzelę focha!" (tytuł świetny!!!) jeszcze nie czytałem, ale ta recenzja i ten babol na samym jej początku tylko mnie do tego zachęcił.

Marcin Król pisze...

zgadzam się z asec markowski, też mnie poraziło te sformułowanie...
co nie zmienia faktu, że mam już kolejną książkę do przeczytania podczas majówki.
ps. polecam infografikę http://www.blog.czytio.pl/index.php/majowka-z-ksiazka/

Marta Drochomirecka pisze...

Autor recenzji ma po prostu konserwatywne poglądy. Przebija to przez cały ten tekst. Dowód? Widać niechęć do Sylwii Chutnik. Dziś w nocy skończyłam czytać "Chyba strzelę focha" i odnoszę wrażanie, że Jarosław Czechowicz czytał zupełnie inną książkę. Bo trzeba być ślepym, żeby problematyki homofobii doszukać się w jednym trzecioplanowym bohaterze. W tym przypadku po prostu homofobia została pokazana bardzo wprost. Bohater przez całą książkę walczy z homofobią!!! Bo czymże są (świetnie tu opisane) terapie leczenia z homoseksualizmu? Panie Czechowicz, pan chyba tej książki nie czytał... Polecam tę książkę.

Jarosław Czechowicz pisze...

Asec, jedno sformułowanie potrafi wedle Ciebie zdyskredytować człowieka? Za mną stoi ponad 640 omówień, ale jeśli jestem przez Ciebie zdyskredytowany przez jedno zdanie, trudno. Przeżyję.

Marcinie, uprzejmie proszę, by nie robić sobie z pola komentarzy tablicy ogłoszeń. Pozdrawiam

Marto, w czym ma się objawiać moja niechęć do Sylwii Chutnik? Bo polemizuję z jej jedną opinią? Jak w ogóle mam czuć chęć czy niechęć do kogoś, kogo nie znam? Nie wiem, co widzisz w moich poglądach konserwatywnego. Co do opisanej terapii - dobrze by było, gdyby autor opisał prawdziwe terapie, gdzie homoseksualiści przychodzą się "leczyć" i przedstawił rys, choćby takiej grupowej. Porządnej terapii. Tu mamy jakąś opowieść o hosztaplerach - malwersantach. Ślepota - sensie dosłownym i metaforycznym - chyba mi nie grozi; to ponoć cecha dobrej literatury, że czytelnicy odbierają ją inaczej. Bez agresji, z pozdrowieniami. Cieszę się, że komuś ta pozycja przypadła do gustu.

Marta Drochomirecka pisze...

Pan wszystko wie o wszystkim. A szczególnie wiele o życiu gejów i terapiach ich leczenia. Dosłownie jak Terlikowski. Ja w odróżnieniu od Pana sporo się z tych książek dowiedziałam o życiu i problemach osób homoseksualnych.

xxxcoheloxxx pisze...

Wydaje mi się,że Pan czytał inną książkę. Po za tym skoro „Bycie gejem jest słabe”, to co dopiero powiedzieć o byciu tak recenzentem? Nie ma to jak siedzieć w fotelu w rozciągniętym swetrze i dziurawych dresach i wyładowywać na kimś swoje frustracje.

magdalenika pisze...

Uważam, że trzeba bronić niesprawiedliwie ocenionej książki. Spędziłam wczoraj cały dzień na jej czytaniu i nie żałuję. Książkę łatwo się czyta, ale to chyba nie jest wada, tylko zaleta. Nie lubię książek, które ciężko zrozumieć, które źle się czyta, bo to jest właśnie strata czasu. Co do zarzutu, że łatwo się pisało, mogę zagwarantować, że nie jest łatwo napisać książkę, a jeśli tak było, to tylko należy pogratulować autorowi. Ja książkę polecam, ale nie polecam kierowania się tą recenzja, bo jej autor jest z góry uprzedzony, może ogólnie do tematu homoseksualistów i postanowił się wyżyć. Aczkolwiek ludzie mają swój rozum, a krytyczna recenzja tylko ich zachęci. Oby więcej takich książek, może pojawi się dzięki nim więcej tolerancji w naszym kraju.

Patryk pisze...

"Być gejem jest słabe". Jestem nim od urodzenia, już prawie trzydziestu lat i nigdy nikt nie opisał mi "tego wszystkiego" tak trafnie. Miłości, w tym środowisku, szuka się naprawdę ostatnim tchem, rozpaczliwie. W zamian za nią oddałbym wiele , choć próby, zwane roboczo związkami, przynoszą głównie rozczarowania.
To nie jest książka dla krytyka, jakkolwiek bardzo nie byłby utytułowany. To jest książka napisana przez geja dla gejów. A naród gejowski potrzebuje prozy bliskiej realiów, tych realiów. Chyba nikt "z nas" nie wyobrażał sobie fizjologii Wiktora dokładnie tak, jak został przedstawiony w książce. Każdy "z nas" miał tego swojego zbudowanego ze szczątków wspomnień, ostatnich przeżyć, lub z marzeń. Pożegnanie na lotnisku, choć w wielkim żalu, ale z wyrywającym się w klatce sercem... oddałbym wiele, aby móc choć raz to przeżyć. Ale ja nawet nie wiem, czy mam jeszcze serce. Do tego na co dzień słyszę, że moje życie jest jałowe. Smutne jest to, że powoli zaczynam w to wierzyć, że takie życie pozbawione jest sensu i może niebawem także będę zmuszony do szukania ratunku, "wyzdrowienia".
O tym jest ta książka. Nie o byciu księdzem, baletnicą, aktorem albo pisarzem. Nawet jeśli słabym pisarzem. Nie wiem, nie znam się. Nie umiem ocenić Pana Mikołaja.
Ale dzięki niemu mogłem być na chwilę Panem Nikt i przeżywać emocje, których nie było mi dane doświadczyć od lat.

Pozdrawiam
Patryk

Sebastian Czupryniak pisze...

Książa zarówno pierwsza jak i druga- fantastyczna. Strach przed wielkim miastem, nowe życie po szkole średniej w obcym mieście. Poznawanie smaków dorosłości, braku pieniędzy, szukania pracy aby przetrwać kolejne miesiące na studiach. Wszystko to prawda i wielu z nas miało przecież taki początek w dorosłym świecie. Książkę czytało się jednym tchem a bycie gejem w tym kraju nie jest łatwe i dlatego bardzo się cieszę, że są takie pozycje gdzie można właśnie wcielić się w chłopaka bez imienia, bo każdy z nas znajdzie w nim coś z siebie. Liczę na to, że perypetie naszego bohatera nie zakończyły się na drugiej części i Mikołaj zrobi nam prezent pisząc kolejne losy chłopaka z Warszawy :) Polecam to książkę moim znajomym i przyjaciołom zarówno orientacji homo jak i heteroseksualnej.

Pozdrawiam

Seba