2026-05-04

„Szeleścidło” Tomasz Maruszewski

 

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 6 maja 2026

Liczba stron: 234

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 54,90

Tomasz Maruszewski to pisarz mający ogromną dozę empatii wobec ludzkiego cierpienia. Ale nie tego widocznego z zewnątrz, lecz tego trudnego do zauważenia. Maruszewski jest malarzem duszy melancholijnej. Udowodnił to w swoim debiucie „Do końca świata” i mam wrażenie, że zaprezentowaną tam problematykę stara się pogłębić albo nadać jej inny wyraz, inną formę, gdyż to również twórca świadomy języka i mocy, jaką dają sposoby przekształcania go. Chociaż w nowej powieści pojawiają się w symbolicznym znaczeniu tytułowe dźwięki z drugiej książki „Wrzaski”, myślę, że autor powraca do tego, co napisał w debiucie. Inaczej, lecz konsekwentnie. Punktem wyjścia staje się rozpad rodziny, nieobecna matka i relacje ojca z synem. Tym razem to wszystko służy oddaniu innej problematyki, jednak na przykład motyw zabitego psa powraca i przypomina: nie dokończyłem tamtej historii, a właściwie nie opowiedziałem jej tak, jak mogłaby zostać przedstawiona teraz. Obecnie wygląda znakomicie, choć będzie to z pewnością jedna ze smutniejszych polskich powieści tego roku.

Można odnieść wrażenie, że mamy tu do czynienia z freudowską opowieścią o id, ego i superego, jednakże proporcje ich definicji nie tyle przenikają się, ile celowo mieszają. Wiemy, że relacje między tymi strukturami są bardzo dynamiczne. Tu opowieść skonstruowana jest w taki sposób, że siłę nienawiści zabiera ze sobą jedna postać, bezradność melancholii – druga, a tęsknotę za życiem, w którym można dokonywać odkryć jak w kosmosie – trzecia. I wcale nie wymieniłem ich chronologicznie poprawnie. Ważne jest jednak to, że choć ta opowieść rozpisana być może jest na trzy struktury osobowości, to nie ma tu jednak psychoanalizy; nie takiej jak u Freuda. Bo Maruszewski nie chce i nie umie kategoryzować, nie ma na to najmniejszej ochoty i coraz mocniej zaciemnia swoją powieść. Wprowadzając do niej także kolejne dźwięki, a to przecież historia o życiu w oswojonej ciszy. O ciszy, która rozpada się, powodując dezintegrację osobowości. Ile razy jednak cichy świat staje się dużo bardziej opresyjny niż ten, z którego wydobywają się dźwięki i który jest w (pod)świadomości łagodzony tytułowym „szeleścidłem”?

Jedna prawdziwa tragedia – to tragedia człowieka”. Maruszewski opisuje kameralne dramaty, wiedząc doskonale, że bez względu na to, w jaki sposób będzie w nie ingerować otoczenie, wciąż pozostaną takie same. Bo człowiek na zawsze jest taki, jakim stworzyło go otoczenie, to najbliższe. W „Szeleścidle” bliskość jest bardzo daleko, w kosmosie. W świecie, który można poznawać i eksplorować po swojemu. Bez obaw oraz lęków pozostawianych w realnym świecie. Ojciec wręcza synowi teleskop. Jakby chciał go symbolicznie ostrzec, by nie rozglądał się wokół, lecz spoglądał w dal. Nie przyglądał domowi stworzonemu z ciszy, niechęci, wzajemnych oskarżeń, w końcu – z przemocy. Zatem malec ucieka, ale jako dorosły będzie mógł jedynie praktykować tendencje ucieczkowe. Bardzo często z poczuciem, że absolutnie nic w jego życiu się nie zmieni.

Zmiany przychodzą nagle i bardzo się cieszę, że Maruszewski wprowadził tutaj całkiem czytelny i spójnie zamknięty (bo nie o tym jest ta historia) wątek kryminalno-gangsterski albo raczej autoironicznie ten drugi. Dzięki temu odrywamy się od tego, co dość szybko rozumiemy, bo widzimy, jakie udręki przeżywa główny bohater. Łagodny bandyta, prostytutka z dobrym sercem, afera finansowa – wszystko nagle skręca w co najmniej dziwnym kierunku. Trochę to zabawne, trochę zaskakujące. Na pewno zmieniające perspektywę spojrzenia na bohatera, łącznie z tą fizjologiczną (mokre od moczu spodnie, gdy pęcherz nie wytrzymuje napięcia kryzysowej sytuacji). I z pewnością wpływające na zakończenie powieści, za którym stoi coś innego, niż do tej pory powiedziano, pokazano, zasugerowano.

Tomasz Maruszewski pozwala swojemu mężczyźnie płakać. Pozwala mu na wszystkie formy słabości, które model macho wyklucza ze świadomości społecznej. Jego mężczyzna cierpi tak bardzo, że dochodzi do momentów, w których traci świadomość, gdy przerastają go emocje, jakie zabrał z dzieciństwa, a potem w sobie ukonstytuował. Zaczyna rozumieć, że nie każdy lęk ma ten sam powód, nie każda obsesja została właściwie wyjaśniona w jego umyśle. Deficyt matki jest tu świetnym przykładem tego, co wydarzyło się realnie, a co zaczęło się rozwijać w psychice chłopca, który nie rozumie (bo nie musi rozumieć), dlaczego mama go nie kochała, gdyż – co jasne – z tego powodu odeszła.

By zbilansować labilność emocjonalną bohatera, który resztki tego, co można nazwać wolą przetrwania, umieszcza w awangardowych kompozycjach malarskich, Maruszewski we wspomniany wyżej sposób nadaje akcji dynamikę i ukazuje tym samym, że inny świat nie tylko jest możliwy, ale w tym świecie – tak odmiennym od naszego – musimy się natychmiast odnaleźć. Przestać rozmyślać nad sobą, kiedy zaczynają nas absorbować problemy innych. Bo z jednej strony – co widać tutaj wyraźnie – człowiek jest istotą całkowicie osobną w cierpieniu, z drugiej jednak – potrafi zaskakująco szybko dopasować się do relacji z innymi ludźmi, wobec których niechęć wyraża często i dosadnie.

Szeleścidło” najbardziej przejmuje jednak jako opowieść o zgliszczach rodzinnych relacji. Chłopiec pozostawiony sam wobec kosmosu, który niczego nie obiecuje, ale i nie krzywdzi, staje się mężczyzną wrastającym w nienawiść. Jest jej tutaj wiele, lecz wydaje się nieszkodliwa. Ma funkcję deklaratywną, nie sprawczą. Nie tylko za sprawą szeleszczącego talizmanu i tego, w jaki sposób cisza sankcjonuje egzystencjalną pustkę, dzięki czemu można po prostu iść naprzód. Tylko co dla głównego bohatera jest tym poruszaniem się do przodu? Życie, w którym koncentruje się na własnych traumach, a jego twory to obrazy powstałe często z tego, co człowiek porzucił lub wyrzucił? Bycie na marginesie zaczęło się już dużo wcześniej, zanim jako chłopiec otrzymał teleskop. Teraz jego umysł jest czymś na kształt teleskopu. Niemożliwe są transformacje i ucieczki, ale jak najbardziej możliwe przebodźcowanie tym, co powoduje destrukcję umysłu.

Wspomniana na wstępie empatia autora pozwala mu tworzyć powieść wyjątkowo intymną, niuansującą strach. Warto tu zwrócić uwagę na detale, jak rola cienia, użycia żyletki, bezpańskości (psa i człowieka). W tym wszystkim piękna i obezwładniająco smutna muzyka oraz cała masa inspiracji. Maruszewski w zakończeniu świadomie podkreśla, że literatura nie rodzi się bez inspiracji. A z nich wydobywają się asocjacje. I tak emocjonalnie gęsta powieść jak „Szeleścidło”. Nie wiem, dlaczego od teraz będę nosił w kieszeni szeleszczący papierek po cukierku. Nie wiem, czy nie za dużo siebie samego znalazłem w tej powieści. Wiem natomiast, że Maruszewski przełamuje wiele tabu, daje męskości przestrzeń do tego, by była słaba, jest czuły tam, gdzie potrzeba czułości, i bezkompromisowy tam, gdzie koniecznie jest wstrząśnięcie zapadającym się w sobie człowieku. To także książka o uldze – sposobach jej uzyskiwania i wchłonięcia jej w siebie. A wszystko napisane frazą łączącą dosadną realność z delikatnymi jak puch słowny metaforami pozostawania samemu ze sobą.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ