Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2016-04-20

"Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć" Kuba Wojtaszczyk

Wydawca: Akurat

Data wydania: 16 marca 2016

Liczba stron: 304

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Bezradność i rebelia

Nowa książka Kuby Wojtaszczyka to ciekawy materiał do rozważań o tym, czy autor para się literaturą, czy publicystyką. Jeśli stara się łączyć jedno z drugim, może to wyglądać nie do końca przekonująco. Zamiast szerszej diagnozy przedstawianego problemu otrzymujemy zlepek groteskowych życiorysów oraz imponującą rewoltę, w której biorą wszyscy główni bohaterowie, ale trudno orzec, dlaczego tak naprawdę do niej przystępują. Wojtaszczyk zastanawia i prowokuje. Zasadniczym celem tej książki jest zwrócenie uwagi na problem bezradności absolwentów uczelni humanistycznej, którzy zderzają się z brukiem rzeczywistości i uświadamiają swą zbędność. „Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć” to także książka o tym, na ile nasze działania determinuje pochodzenie oraz jak wpływa ono na widzenie świata wokół. Myślę, że można tę powieść odczytywać jako gorzką alegorię ludzkiego wykluczenia z systemu. Tego systemu, który latami utrwala iluzję wyjątkowości, by wyrzucić poza nawias wówczas, gdy moment samostanowienia powinien być startem pełnym możliwości. Autor zadaje pytanie o to, czy jesteśmy kowalami swego losu, czy też złożonością jego uwarunkowań. Prezentuje postaci z krwi i kości, które dokonują ważnych czynów, ale całe tło otula mrokiem niejednoznacznych skojarzeń i punktowania zamiast nakreślania rzeczywistych problemów swych bohaterów.

Nie jest jednak źle, bo czyta się Wojtaszczyka z niesłabnącym zainteresowaniem. Narracyjne wolty zdumiewają i prowadzą nas w ślepe zaułki. Niespodziewanie pojawiają się kolejne trupy, a to czyni książkę bardziej smakowitą, bo zabicie człowieka wydaje się w niej pozbawionym emocji czynem, jednak za tym czynem idą rozmaite zmiany w świecie, któremu brakuje denata. Kuba Wojtaszczyk portretuje przestrzeń ludzkiej izolacji, zagubienia oraz towarzyszących mu frustracji. Jesteśmy świadkami rozbijania złudzeń i towarzyszymy młodym ludziom w sytuacjach, w których muszą dokonać wyboru. To sytuacje skrajne, ale nie zmieniają wszystkich. Najpierw należy sobie zadać pytanie o to, w czyim sercu tkwi prawdziwy gniew, a w czyim jedynie bezradność kreślona w taki sposób, że irytuje, nie wywołując współczucia.

Witold Szpak czuje się angielskim lordem. Gardzi ludzkością niższych klas, a szczególnie plebsem, który wciąż go otacza. Witold sfingował sobie swój życiorys. Złożył tożsamość z lęków i pragnień, po czym… odkleił się mocno od rzeczywistości. Nie jest potomkiem brytyjskiej arystokracji, a wyimaginowana służąca nie ułatwia mu życia, bo życie dla Witolda to zamknięcie się w pewnej pozie pełnej pogardy. Ta poza to całkiem czytelny rodzaj eskapizmu. Świat, ten polski świat, jest zbyt trudny do zniesienia. Witold żyje rojeniami, ale proza życia wymusza na nim, by wynajął dwa pomieszczenia i obcował ze współlokatorami prezentującymi całkowicie odmienny styl życia. Jest dla nich niegroźnym wariatem, jednak nie spodziewają się, do jakich czynów ów wariat jest zdolny…

Evan porzucił marzenia o rzeźbie i utkwił w codzienności związku z Adamem. Cztery lata razem to czas, w którym Evan odrzucił wszystko to, co konstytuowało go jako człowieka. Artystyczna dusza domaga się wyzwolenia, bo związek przytłacza, zmuszając do przewidywalności. Evan nie przeczuwa nawet, jaki scenariusz napisze dla niego życie, a to, co się wydarzy, mogłoby być marzeniem niejednego człowieka zmęczonego związkiem. Ten bohater jest bardzo zachowawczy, nieautentyczny w swym cierpieniu, zblazowany i miałki. Opiera się codzienności, tworząc scenariusze innego, lepszego życia. On – w przeciwieństwie do Witolda – ma jednak angielskie korzenie i postanawia to wykorzystać. Polskie realia zabijają jego artyzm. Perspektywa zmiany kraju kusi. Tymczasem niespodziewanie ktoś informuje go, że jego ostatnie dzieło sztuki może zostać wystawione na widok publiczny. Evan decyduje się na to.

Brak umiejętności podejmowania decyzji charakterystyczny jest dla Weroniki. Ona lubi kolektywność, lubi ludzi, nie rozumie niechęci Witolda do nich. Działa kompulsywnie, inwestując w siebie. Planuje i realizuje swoje plany. Okaże się jednak, że świat nie czeka na nią z otwartymi rękoma, a promotorka doktoratu wystawia do wiatru. Weronika przechodzi metamorfozę. Od zachowawczego tkwienia pośród prozaicznych czynności do prowadzenia zbuntowanej młodzieży na ulice Poznania. To najciekawsza z bohaterek Wojtaszczyka i chyba jedyna obrazująca ludzkie lęki skryte w fasadowości codziennych działań oraz potencjał, by zacisnąć pięść i zadziałać wbrew dotychczasowemu uporządkowaniu.

„Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć” to książka groteskowa, ale i bardzo wyrazista. Na początku autor deklaruje, iż opisane przez niego wydarzenia nie miały miejsca. A może powinny je mieć? Być może Wojtaszczyk pisze o czymś, do czego brak woli albo przekonania, a może przede wszystkim determinacji? Ta książka obrazuje ten tragiczny moment, gdy polska edukacja przestaje stwarzać złudzenia, a życie rynku pracy odrzuca bardzo wielu. Polska kondycja humanisty jest w tej powieści wręcz tragiczna, ale czy autor proponuje jakieś zasadnicze rozwiązanie, które zapobiegałoby opisywanym problemom? Jest w tym wszystkim sporo gorzkiej ironii i niebywałej fantazji, bo – jak wspomniałem – każde wydarzenie zwodzi nas na manowce i niewiele możemy przewidzieć. Kuba Wojtaszczyk w gorzkim tonie oskarża, ale i przygląda się z empatią środowisku ludzi pozbawionych możliwości, a przecież przepełnionych właściwościami i nadal wierzących w edukacyjny model mówiący o tym, że są wyjątkowi i niepowtarzalni.

Jest to też satyra na świat mediów i przejmująco smutny portret młodych ludzi zdolnych do ucieczki, a niezdolnych do wzięcia za siebie odpowiedzialności. Na kartach tej powieści buzuje rebelia zrodzona z frustracji i lęku przed przyszłością. Myślę, że to książka wyrosła ze złości oraz bezradności. Ukazująca w krzywym zwierciadle wszystko to, co w normalnych konturach jest po prostu nie do zniesienia.

Brak komentarzy: