2018-08-01

„Hashtag” Remigiusz Mróz


Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 18 lipca 2018

Liczba stron: 424

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Mnogości

To moje pierwsze spotkanie z prozą Remigiusza Mroza, w związku z tym z góry przepraszam, jeśli będę wymieniał cechy dystynktywne jego pisarstwa, analizował oswojoną przez niego strukturę albo odwoływał się do czegoś, co dla mnie nowe, a dla innych oczywiste, więc tym samym nudził swoim odbiorem gorliwych czytelników tego twórcy. „Hashtag” to powieść, która doprowadziła mnie do bólu głowy. Ogrom pomysłów autora i zwroty akcji na początku były naprawdę intrygujące, ale pod wpływem ich mnogości w pewnym momencie zacząłem się czuć, jakby ktoś trzaskał mnie po twarzy pięścią uzbrojoną w kastet. Nim zatamowałem krwawienia, udało mi się jakoś dotrzeć do finału, po którym zadawałem sobie jedno zasadnicze pytanie: jaki cel przyświecał tak zręcznie skonstruowanej postaci oprawcy w tej książce? Rozumiem, że czytelnik miał być pozostawiony w stanie zdumienia i dość mocno zmanipulowany, ale czy po tak energetycznej lekturze nie powinno pozostać we mnie coś więcej niż zwykłe zdumienie tym, po co to wszystko? Mróz w posłowiu wyraża swoje zadowolenie z „Hashtagu” i to dobre samopoczucie autora jest jak najbardziej wskazane. Nie zdarzyło mi się bowiem czytać narracji tak niebywale pomysłowej. Jednocześnie nasyconej wspomnianą mnogością – dosłownie wszystkiego. Tak, szeroko pojęta mnogość to najważniejszy zarzut wobec nowej powieści Remigiusza Mroza. Ale nie tylko to.

„Hashtag” serwuje dosłownie wszystko. Od rozważań Durkheima po filozofię Platona. Od krytyki kapitalizmu opartego na wadze pieniądza po analizę zaburzeń osobowości. Najciekawsi wydają się ci nieobecni. Ale najważniejsza właściwie jedna osoba, która bierze na siebie ogrom tych wszystkich intryg wydobywających się z siebie jak kolejne matrioszki. Trudne to do uniesienia i trudne też do zrozumienia, kiedy autor atakuje nas pojęciami z zupełnie nieprzystających do siebie dziedzin oraz rzekomym slangiem młodych ludzi, których mam przyjemność na co dzień słuchać i jakoś nie udało mi się wychwycić żadnego z interesujących neologizmów, jakie proponuje jeden z bohaterów powieści. W to wszystko włączony jest jeszcze temat mediów społecznościowych funkcjonujący tutaj dość fasadowo i raczej szybko – dla uważnego czytelnika – przestający być fundamentem zagadki. Wokół niej koncentrują się wpisy na Twitterze pochodzące od ludzi, którzy z różnych powodów nie powinni już korzystać z serwisu. Jeśli dodać fantazje o byciu swoistym demiurgiem, jakimś współczesnym Prometeuszem i wymierzającym zemstę światu psychopatą, stworzy się z tego dość niebezpieczny koktajl. Działający doskonale, jeśli stawiać na to, że w powieści naprawdę dużo się dzieje. Trujący nieco, gdy ujrzy się już w całości formę i koncepcję książki. Wciąż pozostając z zasadniczym pytaniem czytelniczym: czy kogokolwiek w tej galopadzie tropów i rozmaitych wątków pobocznych możemy tak naprawdę zrozumieć? Czy nie chodzi tutaj jedynie o zrobienie zamieszania i zachwyt nad tym, jak doskonale wodzi się czytającego za nos, nie zostawiając mu jednak żadnej istotnej myśli na sam koniec?

Wszystko zaczyna się naprawdę wybornie. Tesa, otyła bohaterka zmagająca się ze swą aspołecznością i innymi problemami życia codziennego, otrzymuje tajemniczą wiadomość tekstową, która każe jej udać się do pobliskiego paczkomatu i odebrać enigmatyczną przesyłkę. To początek gry, której końca Tesa nie jest świadoma. Dziewczyna ma za sobą przeszłość łączącą w trudny sposób obecnego męża i byłego wykładowcę. Dom i mąż tworzą jedyną ostoję ładu Tesy. Kompulsywnie liczącej kalorie, ale konsekwentnie jedzącej wciąż za dużo. Co kryje się za jej potrzebą pochłaniania pokarmu i tak silnym przywiązaniem tylko do jednego człowieka? Kim jest Tesa dla siebie, a jak postrzegają ją inni? Dlaczego to jej sartrowskie przerażenie ludźmi tak mocno się nawarstwia i ku czemu ją prowadzi? Mróz każe nam konfrontować się z bohaterką, która będzie zagadką dla samej siebie. Jednocześnie zaproponuje odważną fantazję opartą na platońskiej idei jaskini i powiązaną z przeszłością na tyle silnie, że od samego początku powinniśmy czytać tę powieść bardzo uważnie.

Ceną za to są wspomniane już nokauty. Czasem irracjonalne, niekiedy bardzo spójnie wynikające z fabuły. Zazębiające się albo wykluczające. Ciąg przyczynowo-skutkowy trochę się chwieje, ale autor panuje nad tym w miarę dobrze, bo jednak całość się nie rozpada. O mały włos. „Hashtag” jest nierówny, kiedy chce wciąż na nowo stopniować napięcie, ale w pewnym momencie można się już tylko śmiać z niektórych absurdów… albo kompletnie odkleić się od logiki i porządku zdarzeń, co w dużej mierze gwarantuje pełne zmierzenie się z zasadniczym przesłaniem książki. Remigiusz Mróz wykazuje się ogromną nonszalancją i dezynwolturą słowną – nie musimy czytać posłowia, by mieć wrażenie, że doskonale się czuje jako kreator świata przedstawionego. Taki specyficzny jego Architekt. Przytaczam to słowo, bo będzie miało duże znaczenie. Znaczenie ma też sposób, w jaki autor prowadzi czytelnika przez mroczne konfabulacje zderzające się z tym, co tworzy świat rzeczywisty. W pewnym momencie zagubienie jest już całkowite. Pozostaje pytanie o celowość tego środka. Pytanie retoryczne przynajmniej dla mnie, bo – jak wspomniałem – zwroty akcji od pewnego momentu nie są czytelniczą frajdą, lecz bolesną udręką. I znika gdzieś cały entuzjazm, z jakim rozpoczyna się lekturę „Hashtagu”.

Nie wypowiem się na temat płodności literackiej Remigiusza Mroza, ale z całą pewnością mogę zauważyć, jak kipi on pomysłami i jak trudno jest mu poradzić sobie z ich zalewem. Mam wrażenie, że to pisarz, któremu zwroty akcji przychodzą spontanicznie i który nie robi sobie żadnych drabinek czy tabelek, nim rozpocznie pisanie tak wielowątkowej narracji. Obfitość oferowanych historii, rozmaitych problemów, wykładni tych problemów, a także stopień skomplikowania wewnętrznego bohaterów – to wszystko tworzy dość zabójczą mieszankę, niekoniecznie do uniesienia i niekoniecznie do wytrzymania. Inteligencja, erudycja i bujna wyobraźnia to jednak za mało, by stworzyć naprawdę hipnotyzujący thriller. Trzeba się raczej pozbawić niecierpliwości, której potem oczekuje się od czytelnika. Mróz chyba rozpędził się za bardzo. A może po prostu napisał powieść, w której chodzi jedynie o pewną formę pogubienia się.

3 komentarze:

Izabela S. pisze...

Swego czasu przeczytałam dwie książki pana Remigiusza Mroza. Pierwszą z ciekawości, bo zrobiło się wtedy głośno o płodności twórczej tego autora, a drugą dla potwierdzenia badź zaprzeczenia, że to, co pan autor proponuje, mnie nie odpowiada. Niestety potwierdziło się i wiecej już się na pana Mroza nie skusiłam.🙃 Pozdrawiam serdecznie.

ikroopka pisze...

Z żalem, bo zdążyłam Mroza polubić za serię o Chyłce (choć z licznymi zastrzeżeniami), ale muszę to powiedzieć - 'Hashtag' to dla mnie bełkot, przepraszam.

Jardian pisze...

Wszędzie ten Remigiusz Mróz - być może dam mu szansę, u mnie w Kolporterze są nawet jego książki...