Wydawca: Wydawnictwo Offbeat
Data wydania: 14 lutego 2026
Liczba stron: 192
Oprawa: twarda z obwolutą
Cena det.: 79,50 zł
Tytuł recenzji: Szaleńcza odyseja
Bogusz Hermaniuk stworzył książkę, na jaką mogliby nie odważyć się inni. Być może z tego powodu, że wnikliwa krytyka literacka uznałaby ją za fragmentami kompletnie odrealniony palimpsest, w którym tak naprawdę toczy się rozgrywka o zupełnie niezrozumiałych zasadach. Nawet jeśli śladami między innymi Olgi Tokarczuk. „To uczucie ALBO O'Powieść Postwigilijna” to rzeczywiście gra. Z czytelnikiem? O czytelnika? A może o to, by pokazać, że literatura może być całkiem poważną wariacją albo zupełnie niepoważnym pastiszem? To niewątpliwie narracja autotematyczna. Historia o tym, jak… tworzą się historie, ale jednocześnie w jak niezwykły sposób mogą na nie wpływać inspiracje, dzięki którym ta niewielkich rozmiarów opowieść pęcznieje znaczeniami z każdym kolejnym zdaniem. „Autor umarł. I nie żyje”. Tak brzmi początek. Dalsza część jest wydostającym się z wyobraźni życiem, które zaprzecza temu stwierdzeniu. Nie sposób zliczyć, do ilu dzieł kultury i sztuki nawiązuje autor oraz jak często sięga po Historię, by ją celowo deformować i kształtować dla własnych celów. Pewne jest jedno: albo jest to publikacja, którą czyta się – jak ja to zrobiłem – od razu i z wypiekami na twarzy, co rusz sprawdzając w Wikipedii, w jaki sposób Hermaniuk zabawił się daną postacią czy motywem literackim, albo opowieść wymagająca czytania fragmentarycznego. Bo i fragmentaryczność jest tu bardzo istotna. Nakładające się na siebie, a w zasadzie wypierające jedna drugą historie. Od tropu określanego mianem inwokacji po sugestię, że to może być przypowieść. A ja miałem wrażenie, że tej prozie i eksperymentom twórczym przygląda się uważnie „Dziewczyna z perłą” Vermeera, jej mina to coraz wyraźniejszy uśmiech. Beztroski, lecz także uroczo dziewczęcy. Bo i o kobiecym dojrzewaniu, także do tego, by uśmiechać się, zamiast dziwić, będzie ta niezwykła książka.
Dickens byłby skonsternowany i zagubiony. A może zafrapowany. Zaczyna się zima, zbliżają się święta i zanim to, co opisywane, będzie mieć swój finał w kościele, rozpoczyna się od tego, co może być dla pisarza najbardziej niepokojące. Od zaglądania do szuflad, które kryją w sobie mroczne tajemnice. I skąd wydobędą się historie. Nie jedna po drugiej. Buchnie wszystko, co może wykreować twórcza wyobraźnia. Jako filolog szukałem tam przede wszystkim odniesień literackich, ale autor absolutnie na tym nie poprzestaje, bo tkanką jego opowieści jest mieszanie motywów z szeroko pojętej kultury. Co więcej: kiedy już zorientujemy się, o jaką znaną postać chodzi, Hermaniuk zmienia część jej personaliów. Albo osobowość. Albo sposób, w jaki ona funkcjonuje. Bo najciekawsze jest rozszyfrowanie zasad, na jakich tworzy się opowieść, w której spotkają się Foucault, nereidy, Feliks Dzierżyński i teksty znanych przebojów muzycznych. I wszystko, absolutnie wszystko może się wydarzyć. Dlatego zakończenie dziwi, bo mogłoby prowadzić dalej. Być inspirowane kolejnym elementem wyskakującym z szuflady. Tu postacie dosłownie zjawiają się znikąd przed naszymi oczami i autor z pietyzmem dba o to, by pomieszać ze sobą przede wszystkim chronologię pojawiania się ich na świecie oraz funkcje tego, co napisały lub stworzyły.
Bardzo ważny jest tu styl, a raczej wszystkie naśladowania i zwracanie uwagi na charakterystyczne cechy i manieryzmy, co z kolei zmusza niejako do zrozumienia istoty intertekstualności opowiadania. Bogusz Hermaniuk wykorzystuje w celu stworzenia pastiszu absolutnie wszystko – od wulgaryzmów (choć uważam, że najpopularniejsze polskie słowo zostało tu nadużyte), przez związki frazeologiczne podlegające modyfikacjom, po skomplikowane konstrukcje imiesłowowe, prozaizmy i neologizmy także. To taki manifest mówiący o tym, jak wiele doświadczony czytelnik może doświadczyć jeszcze. Że forma literacka to nieskończona przestrzeń, w której można eksperymentować bez przejmowania się tym, kto uzna to za udane, a kto na przykład porzuci czytanie, bo będzie miał dość.
Ja nie miałem dość. Zwłaszcza gdy autor był autoironiczny, „dyskutował” ze zmianami redakcyjnymi, tworzył charakterystyczne przypisy i sam chwilami stawał się dodatkiem, literackim przypisem do konkretnej historii. Konkretnej? Jest tu miejsce i na konkret, i na chaos. Najprawdopodobniej porządkowany, choć nie wydaje mi się, by Hermaniuk dążył do konsekwencji i precyzji w pisaniu dłuższej formy niczym Proust, który pojawia się tutaj w kilku miejscach i – a jakże! – niespodziewanie wybija nas z toku myślenia o danym fragmencie jako spójnej całości.
Gdy „To uczucie ALBO O'Powieść Postwigilijna” przeniesie nas za wschodnią granicę, twórca postanowi również wykorzystać dialog, bo nie ma środka stylistycznego, którego by tutaj nie użył. Człowiek, który prawie jak u Gombrowicza ma przez dłuższy czas „rajchy na pupie”, potem dumnie kroczy przed siebie w ciżemkach. A na końcu gasi światło. Tak, ta książka może być postrzegana również jako dramat, nad którego przesłaniem panują postacie, a nie twórca. Całość to efekt nieokiełznanej i wciąż chłonnej wyobraźni pisarza – prezentuje jego fantazje, niedowierzania i zachwyty. Tym, czym nadal może być sztuka. Tym, w jaki sposób tak zwana sztuka wysoka łączy się z popkulturą oraz kiczem. I jakie to gargantuiczne, jak przemyślane w hiperbolizacjach! Czyta się Hermaniuka z przejmującym poczuciem, że wyjście od konkretu, by wejść w absurd czy niedomówienie, to nadal domena literata trochę szalonego, nieco charyzmatycznego, na pewno rozpoznawalnego, bo książka ta z pewnością wyróżni się na rynku wydawniczym już za sprawą swej świetnej okładki obrazującej, co znajdziemy w środku. Artystyczny manifest chaosu i chaos artystycznego manifestu.
Ciekawa jest też mnogość ról, w które wchodzi narrator, lecz również jego bohaterowie. To, w jaki sposób łączą się – czasem tylko na chwilę – ich losy i co wynika z tych połączeń, właściwie zderzeń. Hermaniuk przekracza literacki Rubikon swymi stylistycznymi grami, metaforyką i dosłownością, obok której na straży wciąż stoi autoironia. Bo gdy się śmiejemy, moglibyśmy płakać. Kiedy pisarz tworzy sytuacje tragiczne, zawsze znajduje z nich wyjście. Wyjść i wejść jest mnóstwo. A wszystko zaczyna się od wspomnianych szuflad, skąd wydobywa się dosłownie wszystko. I wówczas słowo nabiera wartości oraz bywa perłą, którą można uczynić jeszcze bardziej piękną, wyraźną, lśniącą.
Wszystko może się wydarzyć. Albo wszystko może się napisać. Tak jak Scylla i Charybda stają się cyckami, tak na przykład znany aktor otrzyma nowy życiorys tylko dzięki zmianie imienia. Jest też przepełniona humorem opowieść o irlandzkim duchownym i ogólnie mnóstwo komizmu sytuacyjnego oraz słownego. Można się zaczytać ze zdumieniem. Albo zatrzymywać się co chwilę, zastanawiając nad tym, jak sprytnym hochsztaplerem potrafi być Bogusz Hermaniuk. Sprawdzać w źródłach, czy nie kłamie – a przekłamuje często, świadomie i z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru. Literatura nie musi być śmiertelnie poważna. Może być trochę jak plac zabaw. Tylko trzeba zabrać odpowiednie przedmioty, by z nietuzinkowego dzieła nie uczynić zwykłej piaskownicy. Autor dobrał środki celowo, świadomie i merytorycznie. Brawa za odwagę pokazania, że w literaturze bardzo, ale to bardzo liczy się twórca i jego wyobraźnia.
---
Jeśli podoba Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz