2026-01-20

„Blisko domu” Michael Magee

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 4 lutego 2026

Przekład: Hanna Pustuła-Lewicka

Liczba stron: 384

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 56,90 zł

Tytuł recenzji: Dorastając

Młodziutki północnoirlandzki pisarz, który mógłby być moim synem. Synem, z którego powodu odczuwałbym ogromną dumę, bo zwykle tak dobrze się nie pisze debiutów, tak znakomicie nie łączy się frapującej fabuły z doskonale zaprezentowanym bohaterem prowadzącym, tak nie układa się zdań ani części książki, a już na pewno wielu debiutantom daleko do tego. „Blisko domu” będzie na długo blisko mnie. Bo to powieść o bardzo wielu utratach, które często są nie odrobienia, a czas miniony na zawsze nim pozostanie i rok, który Wikipedia wskazuje jako datę zakończenia konfliktu Wielkiej Brytanii z Irlandią Północną (czy można ten teren nazywać Irlandią Północną? Czytajcie uważnie), wcale nie jest tym zakończeniem. Znajdziemy się pięć lat później, w 2013 roku, i będziemy szli dalej z udręczonymi przeszłością ludźmi w każdym wieku czy każdego stanu majątkowego, obarczonymi różnorodnymi doświadczeniami związanymi z konfliktem.

Magee – znakomity w debiucie o charakterze inicjacyjnym i panoramicznym, co uważam za dużą sztukę – skupi się w swej powieści na młodym pokoleniu. Ludzi, dla których trwający dekadami konflikt północnoirlandzki to z jednej strony coś, co wciąż tkwi w nich pod skórą i we krwi, i dla tych, co po konflikcie utknęli. „Być w dupie” nabiera tu specyficznego znaczenia – zwłaszcza że autor nie nadużywa wulgaryzmów i stosuje je w bardzo przemyślany sposób. Zatem wchodzący w dorosłość bohaterowie to osobowości, które jeszcze się nie ukształtowały, ale już zdążyły politycznie i społecznie spolaryzować. Nieprzypadkowo książkę otwiera zdanie: „To było takie proste”. Przyłożyć komuś w samoobronie. W ogóle wdać się w bójkę. Ujawniać agresję nie tylko poprzez język i śpiew, ale również działania. „Blisko domu” ma piękny i paradoksalny tytuł. Kto jest tu blisko swojego domu, a kto daleko od niego? Czym w ogóle jest dom? W znaczeniu państwa, dzielnicy, czterech kątów do spania? Michael Magee rozgrywa przed naszymi oczami kameralną, jednak pełną smutku i brutalności psychodramę. Ze wspomnianym już bohaterem prowadzącym. To dzięki niemu ta powieść tak gładko wchodzi do głowy.

Sean. Też jest chłopakiem, który mógłby być moim synem, ale usiłowałbym zrobić wszystko, by być z niego dumnym, bo przedstawiony taki, jaki jest: znajduje się na równi pochyłej, po której niebezpiecznie się stacza. Z jednej strony chłonny i humanistyczny umysł. U tych złych Brytoli, w jednym z dużych miast, zrobił licencjat i uczył się kreatywnego pisania. Ale historie pisze za niego życie, nie on sam. Kiedy zdecyduje się na to drugie, jak znakomita większość pisarzy (także polskich) bez agentów (to agentowi w pierwszej kolejności dziękuje debiutant) otrzymuje odpowiedź odmowną w sprawie publikacji, ale i pewnego rodzaju wzmocnienie. Daje mu ono siłę, by uwierzyć w siebie.

Bo przecież tak łatwo komuś przyłożyć. A potem sprzątać cmentarze w ramach prac społecznych i wykonywać dziesiątki innych niesatysfakcjonujących zajęć, za które pobiera się ledwie tyle „funi”, by przeznaczyć je na to, co konieczne. Sean nie jest krystalicznie czysty, ale właściwie we wszystkim, co robi i mówi – sympatyczny, prostolinijny, godny zaufania czytelnika. To nie jest postać stworzona na potrzeby tak zwanej dobrej powieści. To po prostu znakomicie psychologicznie rozpisana postać. Bo Sean może dać w mordę, ale też przytulić ukochaną matkę, znaleźć serce dla przyjaciółki, być lojalnym wobec przyjaciół i próbować czytać Sartre’a, Hamsuna, Munro czy Kunderę, choć nie do końca mu to wychodzi. Ale Sean jest młody i nieukształtowany. W jego świadomości pozornie zakończony konflikt w miejscu, w którym przebywa, wciąż się toczy. Sean nie dobiera sobie znajomych przypadkiem, kieruje się sojuszami. A w tle opowieść o tym, do czego przeciwnicy – ci drudzy, ci źli – są zdolni: nawet do przestrzeliwania kolan włącznie. Sean dodatkowo pracuje przy cmentarzu bezimiennych. Sam nie ociera się o śmierć, ale ona jest wciąż gdzieś blisko. Na przykład symbolicznie umiera dla niego ojciec. Umiera ta część, która odpowiedzialna jest za to, by iść naprzód. Nie oglądać się za siebie, bo nie w tamtym kierunku się podąża. W Seanie jest mnóstwo emocji, które Magee znakomicie przedstawia: od radości z drobiazgów, przez kilka rodzajów furii, po ciekawość i trochę zazdrość, bo córka jego ojca nie musi pracować jak on, zarabia w social mediach, gdzie czasem „wystarczy być”.

Tak, to wystarczy wielu, zbyt wielu bohaterom tej poruszającej powieści. Stanie w miejscu. Nadużywanie środków, dzięki którym trudna do uniesienia rzeczywistość staje się lżejsza. Tu rany z przeszłości tkwią w psychice każdej osoby należącej do tych dwóch pokoleń. To starsze egzemplifikowane jest między innymi przez matkę bohatera. Retrospekcje z nią związane są jednocześnie czułe i pełne surowości. Jednak ona nadal jest, nadal kocha i nadal chciałaby dla swoich synów najlepiej. Sean nie ma najlepiej, ale zaskakująco lekko przyjmuje ciosy od losu, jak również zdroworozsądkowo analizuje sytuacje graniczne, w których pojawia się sporo agresji. Ten dorastający chłopak nie może się zdecydować: melanżować ze znajomymi i odpływać od rzeczywistości, czy chwytać ją za barki w prozie, którą może tworzyć, bo ma ku temu kompetencje.

„Blisko domu” to panorama społeczna północnoirlandzkiego społeczeństwa, którego punktem odniesienia zawsze jest jakiś konkretny podział. Widzimy to też w sferze, w której debiutant portretuje emocje swoich bohaterów. Są mocne momenty tej książki, w której nie ma nic pomiędzy – albo przemoc, albo bycie ofiarą. Pomocny i w gruncie rzeczy przecież dobry Sean kradnie w kasach samoobsługowych. Jego równie dobra matka tkwi w dysfunkcjach, które rozsadziły rodzinę i oczywiście nie była to wcale tylko jej wina. Nie ma tu wyraźnego podziału na dobre i złe postępowanie. Zasuwanie na morderczych zmianach w gastronomii łączy się tu z marzeniami, by wyjechać bliżej (Berlin) albo dalej (Australia), ale cały czas z mrzonką o tym, że daleko od domu na pewno będzie lepiej.

Sam Belfast – lata po zakończeniu otwartego konfliktu – wydaje się tu klatką, która skutecznie zamknęła w sobie ludzi podzielonych już na zawsze. Nieświadomych możliwości kreowania życia bez tworzenia w nim opozycji. Od czegoś zawsze trzeba uciekać, ku czemuś kompulsywnie dążyć i w dodatku cały czas się bać. Źródła lęku są różne, ale najważniejszym jest codzienne życie. Wtedy, kiedy jest się trzeźwym, świadomym biedy, trudności w funkcjonowaniu i spoglądającym w lustro. Sean nie będzie wiecznie chłopcem, który zasłoni się przed wszystkimi fioletowym kocem. Nie będzie obok życia, życie da mu w kość, a on stanie do walki o zrozumienie, dlaczego tak się dzieje. Dramaturgia, nostalgia, niezwykle opisane zwykłe elementy życia. Wierzę mocno, że tacy debiutanci jak Michael Magee to przyszłość literatury. Gdybym był sądem, za tak znakomicie stworzoną książkę, która jest wręcz powalającym ciosem, nakazałabym w ramach prac społecznych napisać kolejną. „Blisko domu” to przykład tego, jak pisać o twardzielach sentymentalnie i jak zachować sentymentalizm, gdy opisuje się pełne rezygnacji i smutku życie wokół.

---

Jeśli podoba Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ 


2026-01-14

„Opowieść o starym dziecku” Jenny Erpenbeck

 

Wydawca: Wydawnictwo Znak Literanova

Data wydania: 14 stycznia 2026

Przekład: Luiza Berg

Liczba stron: 112

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: w milczeniu

Bardzo mi się podoba, kiedy polski rynek wydawniczy uświadamia sobie ważność jakiejś zagranicznej twórczyni i nagle pojawia się boom na jej przekłady, a sama pisarka, dość długo w Polsce nieznana, staje się literacką gwiazdą, o ile można użyć takiego określenia. Widać to na przykładach dwóch niemieckich prozaiczek: Herty Müller wydawanej w jednej oficynie i Jenny Erpenbeck, której przekłady zostały rozproszone po różnych wydawnictwach, ale po niedawnym wielkim sukcesie „Kairos” otrzymujemy bardzo szybko od Znaku kolejną książkę tej autorki. A w zasadzie początek jej pisania, bo to debiut. Wyraźnie zaznaczający symboliczne, polityczne i moralne kwestie, które rozwijane będą w kolejnych książkach. „Kairos” jest w tej chwili na topie, jednak gdybym miał porównać debiut Erpenbeck do innej jej książki, byłby to zdecydowanie „Słownik”.

Dwie techniki obrazowania okrutnego świata, w którym zaistnieć to nazwać coś. W debiucie – nazwać siebie. O ile w „Słowniku” narracja szła torem odsłaniania tego, w jaki sposób słowa definiują bezkompromisowość świata, o tyle w „Opowieści o starym dziecku” autorka stawia na siłę milczenia. Inaczej zresztą prowadzi narrację. Najpierw dominuje sprawozdawczość. Potem wkradają się subtelne detale związane z tym, że bohaterka to uważna obserwatorka: dostrzega na przykład owłosienie dłoni nauczyciela języka angielskiego. W dalszym ciągu Erpenbeck łączy linearną opowieść i mroczne wizje. Są to najprawdopodobniej myśli głównej bohaterki. Niemej. Nijakiej. Tajemniczej i gotowej dostosować się do wszystkiego, co pozwala przetrwać. Bo najbezpieczniejsze są spokój, szpitalne łóżko, ciepła pościel, brak jakichkolwiek oczekiwań, brak wchodzenia w relacje z kimkolwiek. Bohaterka jest, a jakby chciała zniknąć. Wciąż jeszcze oddychając. Wciąż mając nadzieję na to, że demaskacja wszystkiego, co w niej może tkwić, nie nastąpi tak szybko. Że może wcale nie nastąpi.

Czas „Opowieści o starym dziecku” to sromotny koniec drugiej wojny światowej. Mimochodem wspomniane jest bombardowanie Drezna. Świat dalej dzieli się na obozy, ośrodki, skupiska, miejsca łączące ludzi – w zagubieniu, rozpaczy, niezrozumieniu samych siebie. A ona zostaje znaleziona wcześniej. Stojąca z pustym kubłem. Wypowiadająca się tylko za pomocą słów „tak” lub „nie”. Wyrośnięta dziewczynka z tajemnicą. Bardzo wyrośnięta. Niedopasowana. Ani w sierocińcu, do którego trafia, ani w szkole, w której dużo słucha i chłonie, ale nie wykorzystuje okazji, by zaprezentować, czego się nauczyła. A życie najprawdopodobniej nauczyło ją wiele. Bycia niewidzialną. Bezwzględnego posłuszeństwa i dopasowania się do każdej z form funkcjonowania, do której zostaje przyporządkowana.

Dziwne dziecko. Niespotykane. Gdy inni się śmieją, ona płacze. Zdaje się nie rozumieć, co stanowi o jej ułomności. Dziewczynka znikąd, która wydaje się donikąd zmierzać. Kim jest naprawdę? Czy to rzeczywiście dziewczynka? Jakiego rodzaju troski albo większego wsparcia potrzebuje? A może chce przekazać światu coś, co było jej osobistym doświadczeniem, a stało się niewyrażalne? „Słownik” Erpenbeck definiował wszystko to, co niewyjaśnione, wykoślawione, okrutne, złe. Tu też mamy zły świat i zagadkę istnienia człowieka. „Opowieść o starym dziecku” to wielowymiarowa opowieść o ludzkim wyobcowaniu. Na to, co złożyło się na psychikę bohaterki, nie mamy już wpływu, nie mamy również możliwości, by dowiedzieć się, co było jej udziałem. Widzimy, jak bardzo wrosła w podporządkowanie, posłuszeństwo. Nie ma osobowości albo głęboko ją ukryła przed samą sobą. Pragnie spokoju. Niezadawania pytań. Nieinteresowania się tym, kim jest, a przede wszystkim – przez co przeszła. Erpenbeck jest bezlitosna – zarówno w portretowaniu dziewczynki, która z czasem zaczyna się zamieniać w symbolicznego potwora, postać wywołującą coraz mniej współczucia czy poczucia winy wobec jej sytuacji, jak i świata otaczającego tę dziwną i nieprzystającą do niego jednostkę, choć w gruncie rzeczy kogoś, kto przeżył i doświadczył być może tego samego co inni.

Tu nie ma dopasowania do żadnej normy. Normy, nakazy, sytuacja polityczna i społeczna się zmieniają. Zmienia się też sposób przyglądania się tej, która pojawiła się z tym swoim kubłem i podkreśla na każdym kroku, że jest bardzo zmęczona. To nie jest stara maleńka. A otaczająca ją rzeczywistość nie jest tworzona przez ludzi, którzy chcą jej pomóc, nawiązując jakąkolwiek bliską relację. Wszystko w tej krótkiej powieści jest takie surowe i odpychające. A jednocześnie fascynuje tajemnica. Świat funkcjonujący wedle ustalonych zasad  zestawiony z bohaterką, która nie ma w sobie siły, by cokolwiek kontestować. Najlepiej spać. Najlepiej odpoczywać. Dużo odpoczywać. I nie rzucać się w oczy.

Intrygujący finał być może zdradza trochę za dużo, ale podkreśla, że Erpenbeck swoje literackie wprawki rozpoczęła od prozy dotyczącej pamiętania, niepamięci oraz siły wypierania doświadczeń ekstremalnie rujnujących. Symboliczny kubeł, ta ciągła gotowość, by służyć i wykonywać polecenia, niewyciąganie wniosków ze zdobytych doświadczeń. Czy to powieść o ruinie człowieka zdeterminowanej przez okoliczności, w których musiał walczyć o siebie? Cokolwiek wywalczyła, bohaterka jest niema, cicha, chciałaby być niewidzialna i robi bardzo dużo, aby taka się stać. Kto i co doprowadza człowieka do takiego stanu? Dziewczynka, która być może nie jest dziewczynką, chciałaby zatrzymać czas. Co wydarzyło się wcześniej? Bo teraz właściwie nic ma się nie dziać. Zostały pustka oraz wszechogarniające pragnienie pozostania w spokoju. Jednakże bohaterka musi być zidentyfikowana, dopisana do jakiejś grupy lub organizacji, musi mieć miejsce w społeczeństwie i ma obowiązek to miejsce świadomie zająć. Kończy się wojna, zaczyna się nowy porządek, ważna jest przyszłość, a nasze dziecko zatrzymało się gdzieś w traumatycznej przeszłości.

Twórczyni wykonała znakomitą robotę, prezentując postać człowieka, którego właściwością jest… brak właściwości. Ten debiut to literacka zagadka. Na kilku poziomach. Ale zapowiadająca już to, jaki rejon rzeczywistości i relacji międzyludzkich będzie niemiecką pisarkę dalej interesował. Erpenbeck ukryła tu wszystko, co można było sprawnie literacko ukryć. Ta książka to z jednej strony przejmujące studium wyobcowania, z drugiej jednak – by nie krzywdzić jej banalizowaniem – enigmatyczna historia tego, co jesteśmy w stanie znieść, znosimy i będziemy nieść ze sobą. Najczęściej w milczeniu. Bo po to jest dobra literatura. By o wymownym milczeniu również opowiadać jak o każdym wypowiedzianym zdaniu. Debiutancka książka zrodziła pisarkę, która zaczęła rozglądać się uważniej, a także dbać o formę wypowiedzi. Tu zaczęła od czystej karty, którą jest główna bohaterka. Ale każdy z nas zauważył, że nic tu nie jest tym, czym się wydaje, a już na pewno nie tożsamość dziewczynki znalezionej z kubłem. Zresztą jaka tożsamość? To bardziej powieść o tym, jak rozpaczliwie bohaterka chce się jej pozbyć.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ