Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2008-12-21

"Do nowego anioła" Arno Bohlmeijer

Powoli zaczynałem zapominać, że literatura może prawdziwie wzruszyć. Arno Bohlmeijer mi o tym przypomniał, a ja chciałbym polecić jego książkę jako bardzo dobrą lekturę świąteczną. Chociaż traktuje o śmierci i opisuje dramatyczne zdarzenia, przepełniona jest jednak samymi pozytywnymi myślami i w prosty sposób opisuje to, jak wielką siłę może mieć miłość, przywiązanie, nadzieja i optymizm. Lektura zmusi do rozmyślań o sprawach i wartościach, jakim na co dzień nie poświęca się zbyt dużo uwagi. Dramaturgia zdarzeń będzie szła jednak w parze z elegancją i finezją pisania o odchodzeniu bliskiej osoby oraz o rozumieniu granicy między życiem a śmiercią, specyficznym jej odkrywaniu i akceptowaniu.

„Do nowego anioła” udowadnia, że pisanie może mieć znaczenie terapeutyczne. Kiedy niebo zbliża się do ziemi, rozpacz walczy z nadzieją, a jedynym sposobem utrwalenia ulotnych wrażeń jest ich zapisywanie, powstaje wówczas taka książka jak opowieść Bohlmeijera. Książka dotykająca bardzo wielu problemów egzystencjalnych, a jednocześnie mało skomplikowana przypowieść o sile miłości. Autor unika patosu i nie próbuje uwznioślać swego bólu za pomocą wyszukanych słów. Dzieje się coś zupełnie innego – powstaje bardzo statyczna, pozbawiona opisów histerycznych bądź impulsywnych zachowań opowieść. Nie do końca chce się wierzyć, że Bohlmeijer w tak dojrzały i mądry sposób spogląda zarówno na siebie w sytuacji rozpaczy, jak i na własne dzieci pozbawione matki i na kobietę, z którą dzielił swoje życie do momentu tragicznego wypadku. A jednak! Ta książka mówi prawdę i jest prawdziwa.

Życie Marian kończy się w jednej chwili. Niezamierzony manewr samochodowy, ułamek sekundy, uderzenie w drzewo i … rodzinna tragedia. Kobieta z poważnymi obrażeniami trafia do szpitala, a sztuczne podtrzymywanie jej przy życiu jest jedynie preludium do drogi, jaką Marian zacznie przemierzać w innym wymiarze. Tymczasem wypadek udaje się przeżyć jej mężowi oraz dwóm małym córeczkom. Arno snuje swoje rozważania człowieka pozbawionego przez chwilę jakiegokolwiek dalszego celu życia i dojrzałego ojca, który rozumie, że teraz tylko on będzie w pełni odpowiadał za dalszy los Phoebe i Rose.

Dużym walorem tej opowieści jest bardzo dokładne przedstawienie szeregu reakcji szokowych, jakie przeżyją zarówno ojciec, jak i dziewczynki. Behawiorystyczny sposób opisu zachowań idzie w parze z pogłębioną analizą psychologiczną głównego bohatera. Obok niego pojawiają się jak cienie ludzie związani ze wspólnym życiem Arno i Marian. W niezwykły sposób opisana jest ludzka solidarność w obliczu tragedii, która pozwala odbudować poczucie bezpieczeństwa i uwierzyć we własne siły borykającemu się z wyrzutami sumienia Arno (to on prowadził samochód w chwili wypadku) oraz radzącymi sobie na swój własny sposób z poczuciem straty ekstrawertycznej Rose oraz zamkniętej w sobie Phoebe.

Wspomniałem już o tym, iż jest to książka statyczna. Brakowało mi w niej opisu gwałtowniejszych zachowań, bardziej dramatycznych myśli, ukazania zwykłej złości i bezsilności wobec tragedii. Można odnieść wrażenie, że to wszystko opowiedziane jest zbyt delikatnie, zbyt lekko. Nie sposób wyobrazić sobie takiego pisania zaraz po przeżyciu dramatycznego wypadku i równie bolesnego pobytu w szpitalu. Brakowało mi konfrontacji rodziców Marian z jej mężem, brakowało czysto ludzkich, gwałtownych i pełnych pasji uniesień. Ale w tym może tkwi siła prozy Bohlmeijera i jego życiowa mądrość. Odczuwa się dystans samego autora do tego, co pisze, a z drugiej strony nie sposób nie odnieść wrażenia, że wszystkie te słowa są prawdziwe i płyną prosto z serca.

Najważniejsze w tej opowieści jest ukazanie tego, jak rodzi się życiowa siła, która nie pozwala poddać się zwątpieniu. Jest to zatem książka bardzo optymistyczna i przekonująca zarazem. Warto przyjrzeć się temu, jak z mroku cierpienia wyłania się światło nadziei.

Wydawnictwo Znak, 2008

Brak komentarzy: