Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2009-02-18

"Syndykat" Dina Rubina

Zadziwiająca książka. Tak mocno potrafi zirytować i potem tak silne piętno odcisnąć… Tak statyczna (co wywołało moją irytację), a tak dynamiczna jednocześnie. Dziwna…

W powieści „Syndykat” mamy do czynienia ze specyficznym literackim patchworkiem; z opowieścią złożoną z obrazkowych scenek komiksowych, przez które przemykamy tak szybko, że nie sposób zdobyć się na jakąkolwiek refleksję nad nimi. Rubina stworzyła opowieść prześmiewczą i demaskatorską, ale podmiotem demaskacji jest w niej przede wszystkim osoba autorki, która buduje w sobie dystans do opisywanych zdarzeń. Rubina „wskakuje” w tę książkę i potem z niej „wyskakuje”. Już na wstępie każe czytelnikowi zastanowić się, czy opisana rzeczywistość oraz ludzie ją tworzący ma być traktowana serio i czy jest w jakiś sposób wyrazem głębszych refleksji o świecie. Jest i nie jest zarazem. „Syndykat” skrywa w sobie tajemnicę niedopowiedzeń i pod pozorem prostoty ukrywa kilka przejmujących prawd o istocie wyobcowania i poszukiwania własnego miejsca, swej duchowej ojczyzny, swego eldorado. Ironicznie zmrużone oko, jakie autorka puszcza do odbiorcy, widoczne jest od początku do końca, a szczególnie zaakcentowane w finale opowieści, gdy Rubina wyznaje: „Od dawna już byłam przekonana, że nie jestem w stanie wpłynąć na żadne, nawet najdrobniejsze zdarzenie, że wszystko, co się wokół mnie dzieje, musi się dziać, odbywać, iść do przodu bez mojego udziału, ponieważ fabuły te zostały wymyślone nie przeze mnie, więc nie mnie je kończyć…” Abstrahując na razie od tego, czy jest „Syndykat” zapisem bolesnych prawd czy demaskatorskim zmyśleniem twórczym, warto przybliżyć nieco fabułę książki.

Międzynarodowy Syndykat „Powrót” to jedna ze 187 organizacji żydowskich w Rosji, której najważniejszym celem jest skłonienie obywateli Izraela do rzeczywistego i mentalnego powrotu do ojczyzny. Struktura wewnętrzna Syndykatu jest tak samo skomplikowana jak warstwa fabularna opowieści o nim. Rubina, która rzekomo pisze o samej sobie, pracuje w Departamencie Spontanicznych Imprez Kulturalnych, jednak jej obowiązki wykraczają daleko poza ramy określające działalność Departamentu. Być może wynika to z tego, iż bohaterka ma problemy z asertywnością, że bardzo wszystkim się przejmuje, nazbyt emocjonalnie przeżywa liczne zdarzenia i jest wiecznie niespokojna. A ten niepokój otoczenie wykorzystuje bez żadnych skrupułów. Kobieta spełnia nie tylko obowiązki administracyjne, ale również mierzy się stale z rolą żony i matki. Wokół niej pojawia się galeria niezwykłych postaci, wśród których na czoło wysuwa się ekscentryczna pisarka, córki współpracownika wygrywające w karty majątek, o jakim nie śni się ojcu oraz tajemniczy Azarija, który w swoich mailach pozwala sobie na ontologiczny i filozoficzny komentarz do zdarzeń, jakie rozgrywają się w życiu bohaterki. To, o czym pisze Azarija ma kluczowe znaczenie dla zrozumienia przesłania „Syndykatu”, a z jego listów elektronicznych układa się specyficzna egzegeza zdarzeń. Warto podkreślić tutaj znaczenie, jakie Rubina nadaje otrzymywanym i wysyłanym mailom oraz fakt, iż „Syndykat” jest po części zbiorem zapisków czynionych w komputerowych plikach.

W Syndykacie rodzi się niezwykła koncepcja rejsu statkiem, który odbyć mają rosyjscy Żydzi do swej ojczyzny. Wielki Spływ Pokoleń determinuje myślenie niektórych bohaterów i w znacznym stopniu wpływa także na bohaterkę. Jej opowieść generalnie koncentruje się wokół pewnych idei i zamierzeń, jakie stale próbują być realizowane w życiu codziennym. Jakże jednak panować nad społecznością, która jest tak dynamiczna i efemeryczna jednocześnie, tak jednak wyraźna i dostrzegalna jak kolejne zgłoszenia z bazy danych Syndykatu, którymi inkrustowany jest tekst… Rosyjscy Żydzi podlegają specyficznym zmianom. To jakaś wyraźnie określona społeczność, a jednocześnie zbiorowisko złud i ludzkich cieni. Istotna jest tutaj koncepcja narodu żydowskiego w Rosji sformułowana przez jednego z bohaterów, który wyraża się następująco: „Do rewolucji znajdował się w stanie stałym, ponieważ Żydzi mogli mieszkać wyłącznie w granicach strefy osiedlenia, ich skupiska były bardzo skoncentrowane i widoczne. Po rewolucji przeszli w stan ciekły, ich masa zaczęła rozlewać się po całym terytorium republik radzieckich. Teraz znajdują się w stanie lotnym. Z jednej strony Żydów jest wszędzie pełno, z drugiej zaś są nieuchwytni…” Jest zatem tak, iż Rubina wraz ze swoimi pracownikami działa w jakiejś niejasnej, irracjonalnej sferze poszukiwań czegoś, co nie chce się odnaleźć. To nie jest jedyna niepokojąca niejednoznaczność, którą zawiera w sobie „Syndykat”.

Wspomniałem o istotnej roli odkrywania, odszukiwania własnej ojczyzny. Myślę, że najsilniej zagubiona w tym procesie jest sama bohaterka. Wyznaje bowiem, jak zupełnie nieprzystające są do siebie dwa światy, w jakich przyszło jej żyć. Rosja i Izrael ścierają się w niej samej, walczą. Jeden kraj stanowi kontrast dla drugiego, są także swoim wzajemnym uzupełnieniem. „Próbowałam określić i oblec w słowa różnicę w stosunku do swoich dwóch ojczyzn – Izraela i Rosji. Moje życie w Izraelu, z otaczającymi mnie tam rzeczami, przestrzenią i ludźmi, było i jest bardzo realne, toczy się tu i teraz. Natomiast wszystko, co działo się, dzieje czy będzie się dziać ze mną w Rosji, jest snem, ze wszystkimi charakterystycznymi dla niego oznakami”. Realność Izraela podkreślana jest ustawicznie opisami konfliktów etnicznych, zapisami krwawych zamachów terrorystycznych (autorkę dotyka podmuch śmierci, kiedy zostaje ranna w jednym z nich); oniryczność Rosji koresponduje ze stale przemieszczającą się granicą między tym, co symboliczne a tym, co dosłowne w opisie obyczajowości, polityki i filozofii Rosjan. Gra o samą siebie toczy się u Rubinej między dwoma krajami i między dwiema sprzecznościami, wciąż na nowo nazywanymi i określanymi.

„Syndykat” jest dodatkowo książką po prostu bardzo dowcipną. Komizm sytuacyjny i słowny idą w parze ze specyficznym sposobem wyrażania ironii przez autorkę. Myślę, że dramat przedstawiony w tej obszernej ilościowo (grubo ponad 500 stron), jak i tematycznie książce rozgrywa się między tym, z czego się śmiejemy a tym, nad czym należy płakać. I mimo wszystko uważam, że Rubina napisała książkę dramatyczną. Jej lektura będzie wyzwaniem, w dosłownym i metaforycznym znaczeniu tego słowa.

Wydawnictwo MUZA, 2008

Brak komentarzy: