Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2009-02-19

"Ręka, której nie kąsasz" Ornela Vorpsi

Najnowsza książka Orneli Vorpsi jest uzupełnieniem i swoistą kontynuacją myśli, jakie autorka rozwinęła w wydanym przed rokiem „Kraju, gdzie nigdy się nie umiera”. Nie sposób nie zadać sobie pytania o kategoryzację gatunkową tej krótkiej opowiastki. Z uśmiechem na ustach spoglądam na etykietkę „proza podróżna” w odniesieniu do najnowszej książki Vorpsi oraz tę drugą, określającą poprzednią powieść jako książkę psychologiczną. Myślę, że tkwi w tym pewna sprzeczność, bo o ile „Kraj, gdzie nigdy się nie umiera” był mocno introwertyczny i skupiony na doznaniach wewnętrznych autorki, o tyle „Ręka, której nie kąsasz” jest dużo bardziej odważna, bardziej szczera i głębsza, jeśli chodzi o to, jak autorka traktuje siebie i przedmiot swych rozważań – ojczyznę, z której tak naprawdę nigdy nie wyjechała.

Vorpsi wychodzi od podróżowania i cały czas stwarza wrażenie bycia w ruchu, ale do mnie to wszystko jednak nie przemawia. Myślę, że w tej książce mamy do czynienia z podróżą wewnętrzną, skomplikowaną i traumatyczną, a jednocześnie wciąż maskowaną opisami nowych miejsc i wrażeń, jakich obcowanie z tymi miejscami dostarcza. Autorka po raz kolejny mierzy się z samą sobą, ze swoją albańskością, z poczuciem przynależności do wspólnoty i pragnieniem oderwania się od niej. O samej istocie podróżowania, przemieszczania się, świadczy kilka znaczących refleksji. Vorpsi już w pierwszych słowach oświadcza: „Podróżując, zrozumiałam do głębi, że nie jestem podróżniczką”. Czy chodzi tutaj o pojęcie podróżowania i implikowanego w związku z tym poczucia zmiany miejsca, czy kluczowe będzie słowo głębia? Implikacja, o jakiej wspomniałem, ma swoje rozwinięcie w następujących słowach: „Oto dlaczego podróżuję: za każdym razem, kiedy się przemieszczam, muszę liczyć się ze smutkiem, którego nie szczędzi mi żadna zmiana”. Vorpsi dokonuje w tej książce swoistego rozliczenia z własnym przygnębieniem i próbuje je oswoić. Zmieniając miejsca, zmienia siebie. Dlatego też jestem przekonany, iż ta opowieść jest świadectwem głębokiego przeżycia samej siebie. Innej siebie, która może się sobie przyjrzeć w konfrontacji ze zmieniającym się miejscami i różnymi ludźmi, których w tych miejscach spotyka.

Znaczenie tytułu interpretować można albo w odniesieniu do chińskiego przysłowia, które autorka przytacza, albo w związku z czymś nieco bardziej skomplikowanym i silnie związanym z przeżywaniem przez Vorpsi poczucia straty swej Albanii. Tam istniała możliwość dawania czegoś sobie i innym, w kapitalistycznej Europie trudno odnaleźć się w tym, iż można przede wszystkim brać. „Poza granicami Albanii tak właśnie jest: wszyscy się uśmiechają, wyciągasz rękę i bierzesz!”. Bierze zatem Vorpsi i oddaje potem, współprzeżywa smutek swego przyjaciela Mirsada, wydaje się rozumieć szaleństwo Dušana i z tych relacji chce przede wszystkim brać jak najwięcej dla siebie; z poczuciem winy wynikającym z faktu, iż nie może im nic dać (poza zupą, którą chce ugotować Mirsadowi i która ma być lekarstwem na jego lęki i przygnębienie). Zastanawiające jest także to, że autorka skupia się przede wszystkim na relacjach z mężczyznami. To oni są podmiotami, kobiety traktuje dość przedmiotowo. Płciowość może warunkować dawanie i branie w wykonaniu Vorpsi, ale na pewno nie warunkuje jej lęku przed brakiem dysproporcji między tym, co się daje a tym, co można brać. Wyciągnięta ręka jest symbolem niepewności i właśnie tego lęku. Wyraża siłę i niepewność jednocześnie. Wyraża prawdę o Orneli Vorpsi.

Podczas lektury na pewno trzeba zwrócić uwagę także na sposób patrzenia narratorki i innych, opisanych przez nią ludzi na to wszystko, co dzieje się wokół nich. W tej książce dokonuje się charakterystyczny proces podglądania samej siebie przez patrzenie na innych. Stąd też ruchomość tej prozy i wysuwający się na pierwszy plan motyw podróży. Zmiana i odnajdowanie się w niej pozwala znaleźć lepszą perspektywę patrzenia. Wczuć się w sehir. Być tym, czym jest sehir. Wstydzić się i pragnąć tego jednocześnie. „Sehir znaczy „patrzeć”, albo raczej „patrzeć na innych”, rozkoszować się patrzeniem na innych, żyć, patrząc na innych”.

Sarajewo, Paryż, Mediolan, Rzym… gdziekolwiek autorka by nie była, wciąż jest w Albanii, wciąż czuje z tym krajem zespolenie i boli ją to, iż nie może istoty tego zespolenia zrozumieć. „(…) Dziś, aby żyć, muszę być daleko”. Daleko od Albanii? Daleko od samej siebie? Od innych? Od ręki, którą trzeba całować, bo nie da się jej kąsać?

Wydawnictwo Czarne, 2009

1 komentarz:

http://alejka-blog.blogspot.com/ pisze...

Bardzo ciekawa recenzja,kto wie może mi się poszczęści i również będe mogła kilka słow o tej ksiązce napisać;)