Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2011-02-05

"Prom do Puttgarden" Helle Helle

Bohaterka opowieści Helle Helle, dwudziestoletnia Jane, cierpi na atrofię uczuć. Przynajmniej stwarza pozory jakby od świata jakichkolwiek przeżyć dzieliła ją granica. Ta duńska opowieść składa się z surowych, minimalistycznych opisów tego, co Jane robi. Co czuje? Czy stagnacja w życiu oznacza jednocześnie stagnację emocjonalną? Przyznam, że „Prom do Puttgarden” ujmuje przede wszystkim dwuznacznością. Chłodna narracja, krótkie zdania oznajmujące, proste dialogi… od początku do końca mamy do czynienia z prozą stwarzającą dystans. Tymczasem Helle Helle pisze o próbach przekraczania dystansu, wychodzenia naprzeciw światu i swym własnym pragnieniom. Czy jest to zatem tylko oszczędny słowny zapis tego, czego nie sposób wyrazić za pomocą słów czy też prozatorska kreacja, do wnętrza której nie sposób dotrzeć?…

Jane poznajemy przede wszystkim w jej kalekich relacjach z mężczyznami. Podobnie bolesne było doświadczanie męskiej obecności dla jej matki i babki. Obie bardzo szybko wycofywały się z jakichkolwiek kontaktów z mężczyznami. Czy Jane skazana jest na rodzinne fatum i też nie znajdzie szczęścia u boku mężczyzny? Męskich postaci jest w tej powieści wiele. Każdego z nich jednak narratorka traktuje tak, jak matka i babka Jane traktowały wszystkich mężczyzn próbujących się do nich zbliżyć. Z ogromnym dystansem. Jane potrafi z mężczyznami rozmawiać, ale nie jest w stanie wyjść poza słowa. Nie pomoże jej nawet złudzenie, że u boku pewnego duńskiego elektryka pracującego w Niemczech odnajdzie swe szczęście…


Relacje damsko-męskie nie są jednak tak istotne w prozie Helle Helle. Bardziej wyrazista staje się metaforyka przemierzania przestrzeni. Jest to morska przestrzeń między Danią a Niemcami, jaką przemierza prom, na którym Jane znajduje pracę ekspedientki. Z jednej strony stały ruch, z drugiej statyczność odbijania od jednego portu do drugiego. Na promie pracuje także siostra Jane, Tine. Obie przemierzają specyficzne przestrzenie, w których kryją swe prawdziwe pragnienia.


Doświadczenia życiowe Tine to jednocześnie sprawy, wobec których Jane jest daleko. Podobnie daleko wydaje się być od swojej siostry, chociaż na co dzień troskliwie opiekuje się jej córką i ustawicznie podkreśla chęć niesienia im obu pomocy. Tine dzieli od Jane dystans porównywalny do tego, jaki przemierzają codziennie na promie. Dystans ledwie widoczny, jedynie akcentowany, niemniej jednak bardzo wyraźny. Pustka, której nie są w stanie zapełnić słowa ani czyny. Siostry pozornie ze sobą związane, a tak od siebie oddalone…


Duńska pisarka nieszablonowo dotyka egzystencjalnej tematyki wewnętrznego zamknięcia na świat, próbując stawiać pytania o to, do czego izolacja może prowadzić. Jane nie tylko emocjonalnie jest zamknięta. Zamknęła się na doświadczenia życiowe, nie studiuje, zadowala ją tymczasowa posada… i wolność, jaką jej daje. Skomplikowane relacje z matką i siostrą dają tylko częściową odpowiedź na pytania, co dręczy Jane. Hellle Helle tworzy refleksyjną książkę o przemierzaniu dróg, które prowadzą donikąd. Gorzka to proza i zastanawiająca. Trudna do określenia. Trudno bowiem odnaleźć prawdę między słowami, które w narracji tej książki tną z chirurgiczną precyzją.


Wydawnictwo słowo obraz/terytoria, 2010
KUP KSIĄŻKĘ

3 komentarze:

October pisze...

Literatura skandynawska należy do moich ulubionych z katalogu 'literatury świata'. Początkowo myślałam, że przyczyną tego jest język, zazwyczaj oszczędny. Następnie, że sposób wyrażania emocji, bez zbędnej afektacji, prawie ascetyczny. W końcu okazało się, że za moje lubienie odpowiedzialna jest wyobraźnia - moja. Biorąc do ręki książkę autora pochodzącego z któregoś z krajów skandynawskich widzę filmy Bergmana, twarze Ullmann i von Sydowa, surowe scenerie zimnych fiordów, bohaterów Enquista i Strindberga, gorzej, przychodzą mi nawet na myśl 'Beztlenowce' Villqista, a przecież Świerszcza.
Umysł potrafi tworzyć kolaże (!), albo płatać figle - czytając aktualną notkę, nieznane mi nazwisko Helle Helle umysł mój odczytał jako Huelle. Gdańskiego Pisarza wielbię bezkrytycznie, więc prawie 'rzuciłam się' na tekst. Przeczytałam dwa zdania, po czym dopiero sformułowanie 'duńska powieść' przywiodło mnie do porządku. Jednak pod koniec notki Helle Helle zamienił się w Hulle Hulle. Ciekawa koincydencja albo i jej podobieństwo.

Jarosław Czechowicz pisze...

October, dziękuję za zwrócenie uwagi, już poprawiam nieścisłość. Huelle jakoś nawet przez sekundę nie pojawił się w moich myślach, kiedy pisałem o Helle Helle. A literatura skandynawska przyciąga jak magnez tego, kto lubi w chłodzie odnaleźć żar. Aktualnie czytam Axellson i zastanawiam się, dlaczego tegoroczny luty zrobił mi się taki skandynawski :-)

dea pisze...

od pierwszych zdań recenzji zachęciłeś mnie do książki. Ja także lubię skandynawskie klimaty. Do tej pory wyszukiwałam tytuły na własną rękę z miernym skutkiem raczej. No wyjątkiem zapewne będzie Półbrat Christensena czy Axelsson ( cokolwiek)( chciałam dorzucić jeszcze Partygirl Marlene Streeruwitz, ale sprawdziłam że była austriaczką).Tym chętniej sięgnę po proponowaną przez Ciebie pozycję, ciekawe, czy mnie tez się spodoba:-)