Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2016-11-01

"Król" Szczepan Twardoch

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 12 października 2016

Liczba stron: 448

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Przemoc, testosteron i wtórność

Szczepan Twardoch wydaje nową powieść. Tuż przed ważnymi targami książki. Zupełnie przypadkowo. Nieprzypadkowo jednak ponownie uwaga opinii publicznej zostanie przykuta do jego publikacji, bo tak być po prostu musi, przynajmniej od kilku lat. Giną na rynku wydawniczym dziesiątki dobrych, ba – bardzo dobrych powieści. „Król” będzie królem recenzji i omówień. Już zauważam wzajemne uszczypliwości recenzentów, którzy uznają, kto płytko, a kto głęboko wszedł w strukturę tego tekstu. Tekstu w gruncie rzeczy mało zaskakującego. Bo w pisarzu kreślącym rzeczy świetne, pisarzu rozwijającym się, pisarzu zobligowanym do pokazywania, ile oblicz ma jego talent, widzę tego samego Szczepana Twardocha, który mówił do mnie słowami świetnej „Morfiny” i już mniej świetnego „Dracha”. Problem „Króla” to problem pisarskiej wtórności. Tematycznej, stylistycznej, może nawet trochę ideologicznej. Czyta się tę powieść z dużą trudnością i nie chodzi już nawet o to, że stężenie testosteronu na jej kartach jest wręcz zabójcze i że Twardoch usiłuje nam ukazać strukturę przemocy jako czegoś, co absolutnie dominuje nad światem. Trudność wywołują niewyobrażalne wręcz uproszczenia, które Twardoch stara się tuszować w nieco karkołomnym zakończeniu. „Król” to ponownie będzie rozprawa o kulcie męskości, samczym wyobcowaniu, o sile i upadku oraz o życiu, które wciąż uwiera, wciąż na nowo otwiera przed bohaterami otchłanie piekielne. Musi być też metafizycznie. W poprzedniej książce z ziemi grzmiał do nas drach. Tym razem specyficzna efemeryda o imieniu Litani będzie wznosić się wśród chmur i na szczęście nie będzie komentować.

Najpierw o tym, co przejaskrawione i nieprzyzwoicie męczące, bo popadające w hiperbolizacje prowadzące w stronę groteski. Jakub Szapiro, gangster dżentelmen. Żydowski bokser, pan ulicy. Bohater, którego ta ulica podziwia, choć na zawołanie swego przełożonego może wyciąć jej fragment w pień, dodatkowo oddać w ręce ludzkich rzeźników, którzy drżą przed wolą boga, ale ciało człowieka mogą bez sentymentów pokawałkować i zatopić w różnych miejscach. Szapiro jest obiektem wielkiej adoracji, a jeśli zrozumieć w zakończeniu dość specyficzną konstrukcję narratora – także autoadoracji. Piękno jest silne. Przemoc jest sankcjonowana. Prawo pięści rozwiąże każdy konflikt. Na wulgarne porykiwanie jurnego Jakuba dziewczęta ustawiają się w rzędzie, eksponując gotowe do penetracji wdzięki. Jakub Szapiro musi mieć oczywiście trudne dzieciństwo, jeszcze trudniejszą młodość i zdecydowanie trudny charakter. Jego mięśnie kruszą mury, masakrują twarze, przywabiają gotowe do dzikiego seksu kobiety. Mężczyzn też. Bohater Twardocha jest jakby superbohaterem. Niewiarygodnym. Nieprzekonującym. Marionetkowym. Tak zdecydowany i pewny każdego swego działania – w finale książki zachowuje się na pokładzie samolotu jak rozhisteryzowany dzieciak. Szapirę szanują, bo się go boją. Ot, krótka definicja wątpliwej charyzmy. To, w jaki sposób portretuje go Twardoch, staje się z czasem groteskowe. Niemalże boski, nieprzejednany, konsekwentny, a jednocześnie prosty, swój chłop. Do kogo przynależy? Co wybiera? Nie chce być królem przedwojennej Warszawy, a się nim staje. Nie chce pozostać w Polsce, a jednak będzie rządził jej stolicą. Może mieć w garści każdego – od ulicznego sprzedawcy po polskiego premiera. Nieustraszony i wszechmocny staje się jakimś fantazmatem męskości. Ociekającej potem, napinającej mięśnie, broczącej krwią, żyjącej na wódce, papierosach, seksie i właściwie bez snu. Tak, Jakub Szapiro przyciąga uwagę. Na tyle, by ją skutecznie przekuć w czytelnicze zmęczenie.

Okaże się, że Szapirę są w stanie dyscyplinować kobiety. Po tym, jak najpierw zostanie nam zaprezentowane, że nadają się tylko do tego, by z nimi kopulować i je bić, Twardoch próbuje zatrzeć ów szowinizm, budując trzy sylwetki kobiet z charakterem. One nie boją się Szapiry, ale warszawski król nie byłby królem, gdyby nie ulegały jego urokowi. Tymczasem portretowanie kobiet wychodzi autorowi nadzwyczaj oszczędnie. Chwilami można odnieść wrażenie, że tak prozaiczni są wszyscy inni mężczyźni w otoczeniu Szapiry. Nieraz myśli się o tym, że w zakończeniu powinni się po prostu nawzajem powybijać.

Nie ma co jednak ironizować, bo „Król” to powieść z mrocznym przesłaniem – bynajmniej niezwiązanym z krwawymi jatkami, komiksowymi scenami zabijania, gwałcenia, stosowania przemocy i innymi spektakularnymi czynami idącymi w parze z dzikością prostych mężczyzn. Król” kreśli przygnębiający obraz polskiej sceny politycznej 1937 roku. Manipulacje, spiski, knowania – wszystko przedstawione w bezkompromisowym języku. Elita polityczna jest spolaryzowana. W siłę rośnie ugrupowanie nacjonalistyczne Bolesława Piaseckiego. To ono chce sprzątnąć warszawskiego trybuna robotniczo-chłopskiego poczynającego sobie z równą lekkością co Jakub Szapiro. O ile jednak Kum Kaplica, pulchny wąsacz o skłonnościach pedofilskich, będzie raczej groteskowym prowodyrem ludowym wielbiącym przemoc i bogactwo, o tyle rys sylwetki Bola Twardoch kreśli mistrzowsko. Właściwie nie ma go w tej książce wcale, a jednak wiemy, że jest. Że nacjonalistyczne, antysemickie nastroje rosną w siłę. Że Warszawa kipi, zjadana przez kompleksy i niedostatki. Że z tego wszystkiego mogłaby urodzić się polska krwawa wojna, gdyby nie wyprzedzili nas atakujący III Rzeszy. „Król” kreśli tło polityczne z sensacyjnym drygiem i choć chwilami ponownie mamy do czynienia z jakimiś autorskimi ucieczkami w stronę hiperbolizacji, możemy się przestraszyć tego, czym mogłaby się stać Polska, gdyby nie wojna. Szczepan Twardoch nie tylko sugeruje i fantazjuje. Przede wszystkim stara się zobrazować, co dzieje się z krajem, którego rządzący nie cechują się skutecznością działań, właściwą charyzmą, nie są prawdziwymi mężami stanu. „Król” to ostrzeżenie. A jednocześnie książka, która nie mówi nic nowego.

Taki mam zasadniczy zarzut do tej narracji. Że nie daje mi autora skądinąd dobrego poznać lepiej, przyjrzeć mu się z jakiejś innej strony. To jest wciąż ten sam Szczepan Twardoch, wciąż ta sama narracja. Inna tematyka, położenie środka ciężkości na czymś innym niż dotychczas – nie ma jednak w „Królu” niczego, co pozwalałoby mi uznać, że autor się rozwija. Kogo kręcą opisy przemocy w natężeniu chwilami nie do wytrzymania, ten może uwierzy w wielkość fasadowego Szapiry. Warto zwrócić uwagę na enigmatyczną postać opowiadacza. Nastoletni chłopak, któremu Szapira morduje rodziców, podąża za nim jak cień i musi być absolutnie wszędzie, żeby zrelacjonować wszystkie spotkania i zdarzenia. Mocno niewiarygodne, stąd nie zaskakuje zakończenie. Szkoda, że nowa książka Szczepana Twardocha nie idzie w parze z oczekiwaniem, że z nagłaśnianą tak silnie medialnie powieścią powinien iść element zaskoczenia. Nie ma tego elementu, niestety. Jest dużo, bardzo dużo przemocy i świat, od którego zła nie sposób uciec. To już chyba było, prawda?

3 komentarze:

Katarzyna Bartnicka pisze...

Przeczytałam Pana recenzje i kamień spadł mi z serca, bo pomyślałam, ze coś ze mną jest nie tak, ale Pan w swojej recenzji oddał to czego ja nie umiałabym tak wymownie nazwać. Niemniej jednak pozwolę sobie zacytować moje wrażenia: Ale o co w tym wszystkim chodzi? No, naprawdę nie wiem. Jakiś groch z kapustą niekoszerny zupełnie. Czytałam tę powieść z otwartym pytaniem: Czytałam te powieść na przemian z zaciekawieniem i irytacją. Muszę uczciwie przyznać, że książka jest dobrze napisana, dobrze oddany klimat przedwojennej Warszawy, który mimowolnie kojarzył mi się ze Złym Tyrmanda i Spuścizną Singera i to należy zaliczyć autorowi na plus. A plusy jak wiadomo mogą być dodanie, mogą być też ujemne. Zupełnie nie rozumiałam czemu mają służyć te opisy brutalnych aktów przemocy, co przypominało też “To nie jest kraj dla starych ludzi” i tu kończą się podobieństwa. Fabularnie jest to dreptanie w miejscu. Bo książka, żeby wciągnęła nie może dreptać w miejscu, nie może być w niej zabijania dla samego zabijania czy efektownych opisów, musi iść do przodu. Na kartach tej powieści znalazło się kilku samców alfa (króli, herosów) i każdy z nich niczym pies musi zaznaczać swój teren, najlepiej cudzą krwią. Trudno powiedzieć czy powieść jest alegoryczna czy jest to powieść gangsterska, a może jednak historyczna? A im bliżej końca to byłam prawie pewna, że to fantastyka, a ilości trupów nie powstydziłby się sam George R.R. Martin . Osobiście nie miałabym nic przeciwko tylko problem w tym, że akcenty w tej powieści są jakoś dziwnie rozłożone, tak że nie bardzo ufałam własnej percepcji. Chociaż bardzo nie lubię takich dosłowności, to nie sposób nie docenić tych wszystkich opisów popełnianych aktów przemocy. Chwilami też bardzo źle mi się czytało, bo było zbyt dużo powtórzeń co czyni tę powieść chwilami monotonną. Trzeba przyznać, że Twardoch momentami bywa zabawny. Nie jestem pewna czy było to zamierzeniem autora, ale postać Pantaleona budziła moje ciepłe uczucia, a rozważania narratora, które się z tą postacią wiązały dopełniały żartu. W moim odczuciu Królowi daleko do ideału, po prostu czego innego oczekuję od książek. Czasami to dostaje czasami nie. Król nie jest aż tak dobrą historią, żeby miała zachwycić i nie tak złą, żeby odrzucić, ale nie pokocham Twardocha, no jakoś mi z nim nie po drodze i już. I tak zastanawiam się, jak byłaby odebrana ta powieść, gdyby napisał ja ktoś inny, nieznany

Jarosław Czechowicz pisze...

Dziękuję za podzielenie się refleksjami po lekturze, z wieloma się zgadzam.

a. Olasdottir pisze...

Solidna, dobra i według mnie celna recenzja. W skrócie: powieść dobrze napisana, bo Twardoch to po prostu zdolny prozaik, można nawet rzec, że świetnie skonstruowana. Jak bardzo bym nie narzekała na szczegóły, na przewidywalność pewnych kulminacji, to jednak końcowa wolta z obrazem zagłady getta w tle zrobiła na mnie silne wrażenie. Histeryczny powrót Szapiry do posępnej, zaminowanej widmem nadchodzącej wojny Warszawy, do królowania, choć wydaje się niezrozumiały i nie do końca wiarygodny, ma jednak w opisie Twardocha to tętno grozy, ten dramatyzm, po którym poznaje się dobrą literaturę. Mimo to książka robi wrażenie wyrachowanej; fragmentom świetnej prozy jakby brak spoiwa, narracja potyka się co jakiś czas, jak gdyby poszczególnym scenom, wątkom brakowało klajstru, jakby autor pozlepiał je taśmą. To spoiwo, którego tak mi brakuje, to po prostu twórcza iskra, natchnienie. Zamiast nich wyczuwa się ambicję wymieszania "Złego" i "Ojca chrzestnego", i wydestylowania z tych składników książki "większej", totalnej, bogatszej o gęste tło polityczne i historyczne, a przede wszystkim społeczne. Dla mnie to zbyt widoczne, za bardzo czytelne.
Nie chcę powtarzać po innych o przelaniu testosteronu i makabry, moim zdaniem kosztem pogłębienia postaci i wątków. Tak, jak żaden rys Szapiry, bezwzględnego wyrzynacza trzustek i mózgów, nie uzasadnia jego niezwykłej słabości do młodego Bernsztajna, która doprowadza go inkarnacji, tak powierzchownie naszkicowany wątek romansu z Anną Ziembińską nie tłumaczy jego szaleńczego zakochania. Inaczej opisuje się erotyczne opętanie! Czegoś tym postaciom brak; widzimy je i słuchamy ich na okrągło, a pozostają w pewien sposób obce, niezrozumiałe, niekonsekwentne, papierowe.
Zgadzam się ze znakomitą większością myśli tej recenzji; czuję podobnie. Jednej myśli nie podzielam: wydaje mi się, że do dyskursu o Polsce międzywojennej książka wnosi najwięcej nowego, i to jest powód, dla którego cieszę się, że magia nazwiska Twardocha, mechanizm marketingowej maszynki i aspiracje krytyków na pewno zadziałają i "Króla" przeczyta znacznie więcej osób, niż mogłoby to wynikać ze smętnych statystyk. Bo to nieprawda, że "książka, (...) nie mówi nic nowego". Świadomość tego, w jaki twór mogłaby się przerodzić nasza ojczyzna, gdyby nie kataklizm 39 roku, tego, czym ta ojczyzna nabrzmiewała, co w niej rosło jak koszmarny cuchnący czyrak, naprawdę nie jest tak powszechna. 50 lat wytrwałego amputowania historii międzywojnia zaowocowało reakcją jej późniejszego wygładzania, polerowania i mitologizowania. Każda kolejna klasa rządząca coś wyciszała, gumkowała, a Żydzi byli w tym procesie środowiskiem gumkowanym najczęściej. Myślę, że nawet w grupie czytelniczej "Króla", która wyróżnia się pewnie jakimś historycznym wyrobieniem (nie wspominając o tym, że wyróżnia się samym czytelnictwem :)), ta świadomość nie jest tak jednoznaczna. I za to Twardochowi chwała, choć siadając do "Króla" przesadził chyba z kalkulowaniem. Dzięki też Recenzentowi za intelektualne wyzwanie i pozdrowienia :))