Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-02-09

„Portret młodej wenecjanki” Jerzy Pilch

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 1 lutego 2017

Liczba stron: 182

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Dygresje i zagadki

Gdy czytałem „Portret młodej wenecjanki”, towarzyszyły mi refleksje podobne do tych przy lekturze „Roku królika” Joanny Bator. Czy nie jest przypadkiem tak, że umowy wydawnicze wymuszają na autorach stworzenie czegoś, co w naturalnych warunkach mogłoby nie powstać? Ta książka, podobnie jak wspomniana powieść Bator, nie jest dobra. Jest w niej jednak wszystko to, co już było, bo od pewnego czasu twórczości Pilcha nie można już odrywać od jego biografii. Potwierdzają to wydane wywiady, a początek pewnej myślowej metamorfozie dał „Drugi dziennik”. Dlaczego? Dlatego, że Pilch staje się mroczny, w pewien sposób osłabiony (fizycznie przez chorobę), zmieniający perspektywę oglądu rzeczywistości, czasami tragiczny, a momentami – jak w tej narracji – odrobinę rozpaczliwy. Portret młodej wenecjanki” to w zasadzie zbiór nawarstwiających się dygresji. Odnosi się wrażenie, że w opowieści o romansie z młodszą o ponad trzydzieści lat kobietą Pilch nie zapisuje już ani jednej frazy, która miałaby jakieś nowe znaczenie. Ta książka jest nostalgiczna, przepełniona swoistym żalem, fragmentami sztubacka, w innych zaś miejscach zaskakująco czuła. Powtarza tematy i rozważania z „Zuzy albo czasu oddalenia”. Cała w sobie jest pewnego rodzaju powtarzalnością. Świadectwem bezradności i odwagi, które umiejętnie łączy motyw miłości i umierania – walczące o siebie, ścierające się, przynoszące niepewność i niepokój.

Różnica pomiędzy seksem a miłością jest taka sama jak różnica pomiędzy głodem seksu a głodem miłości. Niby jest różnica, niby jej nie ma. Tego typu odkrywcze przemyślenia wypełniają książkę. Publikację złożoną z dykteryjek puszczających do czytelnika oko. Mamy zgadywać, co dzieje się naprawdę, co jest wyobrażeniem, ile w tym wszystkim iluzji, a ile gorzkiej prawdy. Pilch stara się za wszelką cenę uczynić to pisanie zagadkowym, ale pośród różnego rodzaju rozważań o statusie porzuconego przez miłość i przygarniętego przez starość kryje się przede wszystkim lęk. Poczucie kresu pewnych spraw, także określonych relacji i przemyśleń. Nieskomplikowane związki z kobietami mogą być przejawem życiowego witalizmu, z którym autor jakby się żegnał. Jest w tej książce kilka przejmujących zdań o chorobie i jej pacyfikowaniu przejawów życia, za jakimi można tęsknić. Pośród wspomnień o tym, jak chętnie i bezproblemowo nawiązywał relacje z płcią przeciwną, jest sporo Pilchowskiej goryczy z powodu tego ośmieszenia życia przez chorobę. Odarcia z jego tajemnic i blasku. Nie ma sensu się krygować, ostrze ironii wydaje się tępe. Dzisiaj pozostaje pewna bezradność. Dlatego „Portret młodej wenecjanki” jest – dla mnie – wyjątkowo smutny. To także książka, w której walczą o uwagę i znaczenie poszczególne frazy. Toniemy w wirze dygresji. Z obowiązkowym Lutrem czy egzegezą ważnych dzieł literackich. Toniemy i zastanawiamy się nad tym, co w nas samych po tej lekturze zostanie. Co z tego, czego Pilch nam jeszcze nie opowiedział.

Atina Milić w tych wspomnieniach jest literatką hobbystyczną i w pewnym momencie możemy przeczytać tekst rzekomo jej autorstwa. To bardzo charakterystyczna część tej książki, bo przede wszystkim inna, zaskakująca. W opowieści o emocjonalnej więzi dziadka i wnuczki, których połączyło swoiste niedopasowanie do świata, widzimy pewną zamkniętą przestrzeń przeżyć i emocji. Tak jakby nic, co istotne, nie mogło już opuścić ścian pokoju, w którym izoluje się bohater i do którego wraca potem dziewczyna. Ta książka jest świadectwem pewnego zamknięcia wspomnień – o sobie i burzliwej relacji, która pozostała w pamięci bardzo żywa. „Portret młodej wenecjanki” to wspomnienie osadzone gdzieś w przeżytym czasie przeszłym, ale również traktat o pustce czasu przyszłego, o bolesnym dotyku teraźniejszości.

Otwarcie to rozważania o rozpadzie, w zamknięciu pojawiają się groby. Nic nie jest tu złośliwe, groteskowe, autoironiczne w znanym nam stylu. To trochę książka spowiedź i odnosi się wrażenie, że chce dotykać spraw ostatecznych nad wyraz poważnie. Atina egzemplifikuje ten rodzaj piękna, którego podziwinie dawało życiowe spełnienie. Adoracja była częścią istnienia, aktywnego życia, wiecznego pobudzenia i namiastki szczęścia. Wspomnienie o niej jest nie tyle gorzkie, ile przede wszystkim uwierające. Przeradza się w swoisty traktat o samotności. Ale czym naprawdę jest? Apoteozą tej samotności czy też narracją mającą dać nam zarys jej genezy? Czy bycie samotnym to świadome bycie wolnym? Czy jakakolwiek bliższa relacja odziera tajemnicę samotniczego życia z jej wzniosłości?

To kolejna książka Pilcha o tym, jak płynna jest granica rzeczywistości i zmyślenia, oraz kolejny dowód na to, jak zręcznie tę granicę można przekraczać. Pośród rozważań o naturze zauroczenia, symbolicznych wymiarach miłości i obliczach ludzkiego strachu przed końcem ostatecznym nie kryje się już jednak nic, czego wcześniej w którejś publikacji Pilcha nie przeczytaliśmy. Czy ma to być książka ważna dla niego samego, czy w jakimś znaczeniu dla nas, czytających? Czy niesie w sobie świadectwo pogodzenia się z czymś bezkompromisowym i okrutnym? A może świadczy o tym, że wspomnienie nadaje sens życiu tak długo, jak jest wyraźne? Tak czy owak „Portret młodej wenecjanki” charakteryzuje wtórność. Kolejne rozdziały zlepione są ze sobą dość nieprzekonująco. Ta wymuszana zagadkowość może skrywać kilka oczywistych przesłań. Pilch stara się trzymać gardę, ale widzimy wyraźnie, co go uwiera i co kieruje ku wspomnieniom. Bo to przecież nie jest opowieść o tym, jakim autor był dzielnym kochankiem i ile wspaniałych kobiet obdarował namiastką swej męskości. Widzę tu sporo goryczy. Atina odeszła kilkanaście lat temu. Co odebrała autorowi i co musiał przeżyć, by zrozumieć sens utraty?

Najbardziej niepokoi mnie, że ten szereg wyznań w bardzo nierównej stylistyce został na autorze w pewien sposób wymuszony. Że poza „Drugim dziennikiem” nie ma już nic lepszego, bardziej wartościowego, wyjątkowo wnikliwego. Że Pilch po prostu opowiedział siebie do końca. „Portret młodej wenecjanki” rozczaruje, ale może też zaintrygować. To naprawdę mroczna książka. Czego jest świadectwem?

3 komentarze:

Viper pisze...

Ostatnie ksiązki Pilcha są jak późne płyty Matelliki. Obiektywnie słabsze i wtórne, ale dla fanów - i tak bezcenne. Dla mnie nawet wtórny Pilch jest zdecydowanie warty lektury. Wartością dodaną jest fakt, iż temat starości, choroby i śmierci dość rzadko pojawia się we współczesnej literaturze - w końcu żyjemy w czasach kultu młodości, sprawności i Photoshopa.

asias pisze...

@Viper
Czyta Pan/Pani dziwne książki. Harlequiny? Cała literatura poza tematyką miłości to śmierć, przemijanie, choroby, utrata, starość i trudność pogodzenia się z tym. Stawiam dolary przeciw orzechom ze nie wymieni Pan/Pani wiecej niz garsc powaznych/powazanych pisarzy, ktorzy udowadnialiby postawiona przez Pana/Pania tezy. Literatura piekna w sluzbie kultu mlodosci, sprawnosci i Photoshopa? Bylabym wdzieczna za liste i odwzajemnie sie kontrlista.

Viper pisze...

Nie czytam Harlequinów. Starość/przemijanie/utrata to istotnie częsty temat w literaturze, tyle że starość refleksyjna i estetyczna. Ja miałem na myśli starość/przemijanie jako proces brutalny i nieupiększony. Tu rekomenduję "Grochów" Stasiuka. O podobne książki bardzo trudno, gdyż w czasach kultu młodości (vide lukrowane profile na portalach społecznościowych) nawet w ambitniejszej literaturze najlepiej sprzedają się przystojni bokserzy, młode matki i zaginione dziewczynki.