Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-05-01

„Miasteczko w Islandii” Guðmundur Andri Thorsson

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 19 kwietnia 2017

Liczba stron: 190

Przekład: Jacek Godek

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Samotność  i wspólnota

Guðmundur Andri Thorsson doskonale portretuje islandzkie osobność i wspólnotę jednocześnie. Choć ta urokliwa książka rozpoczyna się może odrobinę pretensjonalnie, potem staje się prawdziwą czytelniczą ucztą ukazującą społeczność, w której rozgrywają się kameralne dramaty mające początek w czasie przeszłym. Pozornie wszystko jest harmonijne, ale mgła otulająca fiord skrywa wiele niejednoznaczności. Z jednej strony widzimy tę niezwykłą symbiozę różnego rodzaju samotników i dziwaków, z drugiej jednak – odczytujemy „Miasteczko w Islandii” jako poetycki traktat o różnych definicjach samotności. W gruncie rzeczy być samemu ze sobą znaczy zawsze to samo. Portretowane różne formy dystansu mają za zadanie ukazanie pewnego islandzkiego paradoksu. Społeczeństwo wyspy zmuszone jest do utrzymywania kontaktów z grozy przez pustką nieokiełznanej natury. Są to jednak kontakty nasycone dużą dozą subtelności i pewności tego, do czyjego okna można zajrzeć, do czyich drzwi zastukać. Thorsson obrazuje ludzką osobność na kilka możliwych  sposobów, ale opowiada także o magicznej niemal roli miejscowości, która dla jednych zawsze jest bezpiecznym portem, dla innych zaś cmentarzyskiem dawnych idei, pragnień i śladów ludzi, z którymi trzeba było pożegnać się zbyt nagle i zbyt szybko.

Fikcyjne Valeyri w cieniu góry Svarri obrazować może ten mikrokosmos ludzkich zależności, które giną gdzieś w wielkomiejskim gwarze stolicy wspominanej tutaj na zasadzie kontrastu jakości i dynamiki życia. Guðmundur Andri Thorsson osadził swych bohaterów w bezpiecznych domkach nad zatoką, ale jednocześnie zamknął ich także w nie zawsze bezpiecznym świecie rojeń o tym, czym jest rzeczywistość i jaką rolę w jej tworzeniu odgrywają inni ludzie. Te ujmujące miniatury prozatorskie składają się na bardzo specyficzną panoramę doznań i przeżyć. Doświadczamy charakterystycznego dla Północy dotyku drugiej osoby, ale jego ciepło może się różnić. Niektórzy w Valeyri są zdystansowani od społeczności na własne życzenie, ale ta społeczność ma oczy i uszy szeroko otwarte. Można zapaść się w głąb siebie, ale jest się mimo wszystko częścią czegoś, co łączą wspólne marzenia i plany. Choćby o zwyczajnej bliskości, której na Islandii potrzebuje każdy. Thorsson zabiera nas na voyeurystyczną nieco wyprawę tam, gdzie tak naprawdę nikt nie musi nikogo podglądać. Czy rzeczywiście jednak mieszkańcy wiedzą o sobie wszystko i czy wszystko naprawdę chcą wiedzieć?

Ta społeczność ma w sobie takt i delikatność. Kontrastują one z pewną bezkompromisowością, jaką narzucają warunki przyrody. Wielebny Sæmundur walczy z używkami, hazardem i innymi grzesznymi pokusami, a wszyscy znają jego tajemnicę. Jósa czuje smak prawdziwego życia tylko wówczas, gdy słucha opowieści swego syna obieżyświata, który przy złowionym świeżo dorszu wprowadza do jej domu nowy smak, nie tylko smak potrawy. Lalli od dwudziestu lat unika własnej siostry, ale dojdzie między nimi do konfrontacji, bo nie można wciąż schodzić sobie z oczu na tak małej przestrzeni. Poeta Smyrill będzie czekał na swoje wiersze u brzegu morza. Z niego na ląd wróci Bangsi – rybak, dla którego powrót z wodnych bezkresów jest codziennym definiowaniem swojej tożsamości. Kalli – demiurg w stodole – będzie zajmował się zepsutymi pralkami, bo nie znajdzie odwagi, by naprawić to, co zepsuło się w jego życiu. Biegacz kontemplować będzie swoją samotność, nigdy jednak niepogodzony z nagłym zniknięciem osoby, którą kochał.

Jesteśmy wewnątrz i na zewnątrz jednocześnie. Bohaterowie wspominają życie, którego kształt i wartość były nieco inne od tego, czego zaznają dziś na co dzień. Otuleni ciszą nie mogą tak naprawdę odnaleźć tej ciszy w sobie. Wciąż coś z przeszłości daje o sobie znać. Tak jak w opowieści o matce i synu, którzy przy smacznej kawie i donutach oswajają wciąż na nowo grozę śmierci kogoś bliskiego. Guðmundur Andri Thorsson portretuje także trudności w związkach – opisuje to jednak bardzo punktowo, sygnalizując jedynie bardziej traumatyczne przeżycia. Z jego opowieści tworzą się tak naprawdę nowe, nieokreślone jeszcze, te powstające w czytelniczej wyobraźni. Bo ta książka oddziałuje na wyobraźnię z niezwykle wielką siłą, choć w gruncie rzeczy opisuje prozę życia zwyczajnej społeczności. „Miasteczko w Islandii” będzie zwyczajność nazywać poprzez metafory i niedomówienia. Otwierać historie, których zamknięcia nie ma. Łączyć ze sobą tych, którzy nie odnajdują kontaktu ze swoim wnętrzem, a wyjście do ludzi może graniczyć z cudem. A jednak ci wszyscy ludzie są na kartach tej podzielonej na szesnaście rozdziałów opowieści zaskakująco oswojeni. Wystarczy odnaleźć odpowiedni rytm i wejść do ich domów, do ich życiorysów. Mieszkańcy miasteczka opowiadają Islandię na kilka sposobów. Wśród historii pozornie oddalonych od głównego nurtu życia kryją się wspomnienia tego, co dla Islandczyków było trudne lub niewygodne.

Gdy rudowłosa pianistka Kata przemierza Valeyri na rowerze, w oknach tkwią ci, którzy widzą tylko przejeżdżającą kobietę. Ona sama podekscytowana koncertem nie spodziewa się tego, jak wyglądać będzie najbliższa przyszłość. Czytelnicy nie są pewni tego, kto ku czemu zmierza i dlaczego zaznaczana jest ta symultaniczność czasu opowieści, kiedy Kata jedzie przed siebie, a jej obserwatorzy cofają się do przeszłości. Ta wieloznaczność w opisie więzów międzyludzkich czyni z tej książki opowieść dość enigmatyczną. Prosty przekaz jest taki, że mała społeczność jest dla siebie jednocześnie stróżem, przyjacielem, wrogiem i zagadką. Guðmundur Andri Thorsson w poetycki sposób opowiada o różnorodności odbioru świata i o tym, jak kształtują nas na zawsze te przeżycia z przeszłości, które niczym islandzka aura są surowe i pozwalają na pewien rodzaj oczyszczenia. Dlatego „Miasteczko w Islandii” to nie tylko prosta opowieść o ludziach zjednoczonych przez wspólny adres. Thorsson proponuje nam ujmującą podróż w czasie, podczas której poznamy nie tylko specyfikę Islandczyków, ale także ich specyficzne rozumienie upływu czasu. Kiedy Bangsi bezpiecznie dobija do portu, dopiero wówczas rozpoczyna się opowieść o nim samym. Kiedy osamotniony mechanik Svenni zrobi już wszystko, co ma zrobić w danej chwili, opowie nam o sobie, sięgając wspomnieniami wstecz. Nic nie jest tutaj linearne, a część narracji rozpoczyna się dopiero w momencie, w którym zacznie działać wyobraźnia czytelnika. Dlatego ta książka to nie tylko historia Islandczyków. To opowieść o tym, w jaki sposób pojmujemy społeczność i jak wiele nas łączy z ludźmi, wobec których usiłujemy zachować taktowny dystans. Piękna rzecz. Islandzka, lecz jednocześnie bardzo uniwersalna.

1 komentarz:

nacikko pisze...

Na pewno będę częściej zaglądać i zapraszam do siebie :)
http://czytia.blogspot.com/