Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2018-06-30

„Zbiornik 13” Jon McGregor


Wydawca: Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik

Data wydania: 24 maja 2018

Liczba stron: 296

Przekład: Jolanta Kozak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 33 zł

Tytuł recenzji: Tajemnica i rutyna

Traciłem nadzieję przy tej książce, z każdym kolejnym rozdziałem coraz mocniej. I coraz bardziej mi było przykro, albowiem Jon McGregor pokazuje w „Zbiorniku 13”, w jaki sposób można zrujnować pomysł na genialną powieść. Jego narracja jest jakby mrocznym rewersem „Trafnego wyboru” J.K. Rowling i stara się pokazać, że dynamizowanie akcji nie musi być mocną stroną powieści panoramicznej. Zestawiam może dwie zupełnie różne książki, ale to także dwie brytyjskie narracje obrazujące codzienność małej społeczności, jakie miałem okazję ostatnio czytać. McGregor na początku bardzo imponuje. Wszystkim straumatyzowanym opisami przyrody w szkolnych lekturach przywróci wiarę w czułość, sugestywność i plastyczność portretowania świata przyrody. Świetny zabieg umieszczający na początku sprawę zaginięcia trzynastolatki w ferworze ważnych codziennych spraw mieszkańców pewnej wsi daje nadzieję na sprawnie rozegraną psychodramę o tym, jak zapominamy traumę, jak dotyka nas przede wszystkim powtarzalny nurt narzucany przez naturę oraz bezpieczna rutyna, w której zawsze prędzej czy później chcemy się ukryć. Tajemniczość i niepokój wpisywane są w oba krajobrazy – rzeczywisty, portretowany naprawdę przepięknie, i krajobraz emocjonalny mieszkańców – bardzo konsekwentnie i z dużą dozą wieloznaczności. Cóż z tego, skoro opowieści o życiu ludzi McGregor nie potrafi interesująco rozegrać ani też dramatycznie unieść.

„Zbiornik 13” to, niestety, flauta. Tonięcie w niepotrzebnych detalach i uwaga tracąca moc przy obserwacji naprawdę mało interesujących historii. Zlepek szarości i przewidywalności. Narastająca nuda. A w tej nudzie miały przecież skryć się tajemnica, dwuznaczność, niepokojące elementy rozbijające pozorną stabilność. Nie udaje się. Nawet niuansowana codzienność i szarzyzna mimo wszystko stają się narracją nieczytelności, która zmierza donikąd. To jedna z niewielu książek, przy których ziewałem. Rozczarowany tym, jak wspaniale się zapowiadała. Znużony konstrukcją i – mimo precyzji w doborze słów – także usypiającą czujność frazą. Czy można byłoby tę powieść skrócić? Nie, to nie zmieniłoby mojego odbioru. Nie chodzi o liczbę zaznaczanych zdarzeń, ale o ich literacką jakość, o świadomość, by nie zostawiać czytelnika naprawdę samego ze sobą w tym wszystkim.

A przecież – prawdopodobnie – w zamierzeniu autorskim miało być zupełnie inaczej! McGregor naprawdę chce rozegrać wszystko po mistrzowsku. Zaginiona dziewczynka nie jest członkiem społeczności. Mimo to wszyscy podejmują się jej poszukiwań. Sprawą szybko interesują się media i ten huczny świat nadmiaru wrażeń oraz faktów boleśnie wdziera się w sielską i uporządkowaną tkankę społeczną wsi. Wokół zniknięcia narastają pewne wątpliwości. Nikt nie wypowiada swoich sądów na głos, ale opinie ukształtują zarówno poszukiwaczy, jak i pozostałych członków społeczności, z różnych powodów dystansujących się od zdarzenia poruszającego wieś jak mało które wcześniej. Rodzice zaginionej – traktowani z szacunkiem, ale także z rezerwą jako obcy w wiosce – nie rezygnują tak szybko jak inni, cały czas mierzą się ze swoim dramatem, pozostając żywymi wyrzutami sumienia pośród ludzi, którzy chcieliby wrócić do swoich zajęć i codzienności. Kiedy zaginięcie przestanie elektryzować opinię publiczną, pojawiają się inne priorytety. Co jest ważne? Odbycie się lekcji, kocenie się owiec, bal wiosenny, przygotowania do żniw, spotkania w kościele czy też modyfikacja planu dnia w związku ze zmianami czasu. Wchodzimy w szarość i literacką nudę codzienności miejsca, w którym wszyscy starają się zapomnieć, bo tak jest łatwiej i dla wszystkich bardziej zrozumiale. A przecież autor podkreśla przez cały czas, że nic w tej wsi nie wróciło na normalne tory, a może też nigdy nic w niej na nich nie było, gdyż mieszkańcy sami wypracowali sobie kodeks postaw i zachowań określonych jako właściwe. W związku z zaginięciem pojawia się trop tajemniczej furgonetki. Jeden z mieszkańców zostaje zatrzymany przez policję. Niektórzy zachowują się tak, jakby mieli coś wspólnego z tym, że pewnego dnia trzynastoletnia Becky po prostu rozpłynęła się w powietrzu. A jednak w określonej przestrzeni wyznaczanej przez cementownię, wrzosowisko, trzynaście zbiorników wodnych i pole do krykieta.

Mroczna staje się niepokojąca obecność bliskich, którzy nadal szukają, choć wieś już swoje wie, wieś odpuszcza i jest gotowa poddać się oswojonemu powtarzalnemu rytmowi. Mroczne jest też wspominanie zaginionej – wciąż gdzieś niby przypadkowo, na marginesie, wciąż w zaskakującym kontekście, gdyż nikt nie rozmyśla, lecz ktoś ją widzi. Rok, trzy lata po zniknięciu, także dziesięć lat po nim. Trudno nie zauważyć przemyślanych wyrw w tym uporządkowanym rytmie i rozumiem, że „Zbiornik 13” to taka powieść usypiająca czujność, a jednak mająca pozostawiać w gotowości na coś dramatycznego, choć niewypowiadanego wprost. Problem McGregora to przede wszystkim problem konstrukcji powieści. Ale również języka, do którego kształtu autor na pewno przywiązał większą wagę niż do szkieletu świata przedstawionego, w którym ma rozegrać się niemy dramat. Motyw zaginięcia to wciąż na nowo odnawiany niepokój, symbol stale otwartej rany i rujnującego wspomnienia, a społeczność działająca w swym rytmie przez kolejne lata po zaginięciu pokazuje, że świat nie płacze nad niczyją krzywdą.

Jeśli traktować „Zbiornik 13” jako opowieść o wypieraniu niewygodnych faktów przez społeczeństwo, dostrzeżemy naturalnie ponadczasowy adres i znajdziemy dowody na to, że tak właśnie miało to zostać rozegrane – zdradliwy i niepokojący błysk, a potem już tylko odnajdywanie jego śladów w półmroku i rutynie bylejakości. Nie można jednak unieść tej powieści z odpowiednim zaangażowaniem. Wszyscy bohaterowie doskonale zlewają się w jakąś ponurą całość i McGregor tak konsekwentnie trzyma się tego rozwiązania, że w końcu tracimy prawdziwy kontakt z powieścią. Ona sama jest pewnym literackim samograjem, ale nie daje już nic – ani emocji, ani zagadki. Nie jestem przeciwnikiem powieści statycznych. Nie podobają mi się powieści rozmyte jak „Zbiornik 13”. Fascynujące swoją dwubiegunowością – tu dramat rozdzierający spokój oraz spokój okupiony zapominaniem – ale jednocześnie mało sugestywne. Dlatego rozczarowanie jest spore, ale pojawia się też świadomość, że bez względu na odbiór nie jest to powieść skierowana do każdego czytelnika.

Brak komentarzy: