Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2018-07-27

„Mazel tow. Jak zostałam korepetytorką w domu ortodoksyjnych Żydów” J. S. Margot


Wydawca: Czarne

Data wydania: 4 lipca 2018

Liczba stron: 320

Przekład: Małgorzata Diederen-Woźniak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: O poszanowaniu

Kiedy bohaterka książki po raz pierwszy z nieśmiałością wybiera numer telefonu do swoich przyszłych żydowskich pracodawców, jednym z pierwszych pytań stawianych przez rozmówczynię jest pytanie o to, czy potrafi ich szanować. Myślę, że „Mazel tow” to przepiękna książka o szacunku właśnie. Niekoniecznie o kulturowych zderzeniach, które prezentowane są z wielu różnych punktów widzenia i mają odniesienia do sposobu życia oraz światopoglądu zarówno autorki, jak i jej ortodoksyjnych żydowskich pracodawców, którzy chcą, by pomagała ich dzieciom stać się lepszymi przede wszystkim na gruncie szkolnych sukcesów. J.S. Margot opowiada o tym, jak niewiele rozumiemy pod pojęciem szacunku i jak często tolerancję mylimy z prawdziwym poszanowaniem, ukłonem wobec inności i odmienności. Na bazie wypracowanego latami szacunku tworzy się wspaniała więź emocjonalna, którą belgijska pisarka bardzo interesująco przedstawia. Wychodzi od zaskoczeń, czasem dramatycznych zderzeń, nieporozumień i wielu pojawiających się pytań, a kończy podsumowaniem tego, jak wiele dała jej wieloletnia, niezwykła przecież przyjaźń. Taka, o którą trudno bez odpowiedniego zaangażowania oraz empatii.

„Mazel tow” to wspomnienia sprzed dekad, ale również istotna książka o tym, jak bardzo różnorodna jest społeczność żydowska na całym świecie. J.S. Margot nie rozumie początkowo tej – występującej nie tylko u ortodoksyjnych Żydów – tendencji do wyróżniania się i ujawniania publicznego swej tożsamości; tej wyjątkowej dumy po tym, gdy to samo ujawnianie się groziło kiedyś śmiercią w komorach gazowych. Z trudem jest w stanie zrozumieć, jak funkcjonuje społeczność, z której wyrastają jej pracodawcy, ale kiedy pojmie nieco więcej, zadaje najważniejsze chyba w tej narracji pytanie. Pytanie o to, jak funkcjonować w dzisiejszym różnorodnym świecie i przestrzegać na co dzień zasad starej wiary, która porządkuje wszystko – od sposobu myślenia po wybór produktów żywnościowych czy możliwości wypoczynku. Jak wokół religijnych prawideł uporządkować życie wtedy, kiedy coraz bardziej liberalny świat domaga się większej otwartości i w niej widzi szansę na dalszy rozwój ludzkości?

Autorka bardzo ciekawie przedstawia dwie perspektywy obserwacji i wzajemnego uczenia się od siebie – ludzi z żydowskiej rodziny oraz flamandzkiej singielki ateistki przywiązanej do wszystkich form życia, dzięki którym może kontestować to, co ogranicza wolność. Najpierw oswajanie codzienności ortodoksyjnych Żydów odbywa się na terenie, gdzie J.S. Margot czuje się u siebie. Jej pracodawcy również, ale wygodniej jest autorce odnosić się do systemu wartości kraju, w którym doświadcza nowych dla niej zderzeń. Potem obserwujemy ją samą jako przybysza. Odbywa podróż do Izraela i choć ma już za sobą lata spędzone z rodziną Schneiderów oraz zawiązane przyjaźnie z ich dziećmi, ponownie znajduje się w sytuacjach, które nie tylko ją zaskakują, ale każą na nowo uczyć się szacunku. Daleko w Belgii już się go nauczyła. Pobyt w Izraelu poszerza jej perspektywę, choć nie umniejsza wagi zdumień.

Interesujący jest w tej książce obraz Flamandów z ich uprzedzeniami względem tego, co inne i przede wszystkim niezrozumiałe. J.S. Margot opowiada o belgijskiej dyskryminacji i wynikających z niej animozjach, ale bez osądzania, bez wskazywania błędów w myśleniu ludzi, którzy – tak jak ona – nie doświadczyli tego specyficznego wejścia w dość hermetyczny świat w dużym stopniu niedopuszczający do siebie typowych Belgów. Widzimy rodzinę o bardzo silnej strukturze i niezwykle mocnych relacjach, wzajemnie się wspierającą. Rodzinę, w której zbudowano własne zasady na dość restrykcyjnych warunkach związanych z wyznawaną religią. To mikrospołeczność, w której w odpowiednich proporcjach kształtują się duma ze swej przynależności, świadomość własnej tożsamości i ogromne przywiązanie. Z czasem autorka przestanie być jedynie korepetytorką dzieci. Ten pozornie niemożliwy do zrozumienia świat rodzinnych zależności stanie się czymś bardzo oczywistym, oswojonym i pięknym. Nikt nikogo nie będzie przekonywał do tego, że jego sposób życia i system wartości to coś lepszego. Żydowska rodzina i zaproszona w jej progi belgijska dwudziestolatka zwiążą się na całe życie. Nikt nie spodziewa się tego, jak silna okaże się ta relacja. Jak bardzo w jej umacnianiu pomoże przede wszystkim wzajemny szacunek.

„Mazel tow” to także dość intymna opowieść o traumach i neurozach, które Żydzi zmuszeni są nieść na swoich barkach od czasu drugiej wojny światowej. W wielu przypadkach wybierają milczenie, bo tylko ono pozwala pożegnać się z tym, czego nie można zapomnieć. Wstrząsająca jest przytoczona rozmowa, w której autorka dowiaduje się, że Schneiderowie zawsze mają pod ręką paszporty i są gotowi zmienić miejsce zamieszkania, udać się na tułaczkę jak ich przodkowie. Widmo Zagłady bynajmniej nie obezwładnia. Ono daje konstruktywną siłę do działania. Zaznaczania własnej odmienności i budowania dumy z powodu tego, kim się jest.

Skomplikowana struktura życia wyznawców judaizmu tylko na początku jawi się jako coś nie do pojęcia. J.S. Margot zwraca uwagę na zadziwienia, absurdy, nonsensy oraz również śmieszne zderzenia wynikające z zetknięcia się ludzi różnych kultur. Jest w tych wspomnieniowych opowieściach ukryte bardzo dużo ciepła i takiej szczególnej ciekawości względem tego, co inne i nieoswojone. Otwarcia działają w obie strony. Dokonuje się pewien zaskakujący proces, którego jesteśmy bacznymi obserwatorami zadającymi sobie pytanie o to, czy i nas byłoby stać na taką otwartość i taktowność w trudnych na początku kontaktach. Ważne jest, że w „Mazel tow” nie pojawia się żaden rodzaj strachu ani uprzedzenia, czynnikiem sprawczym jest tutaj przede wszystkim wzajemna ciekawość. I szacunek, o którym wspominam od samego początku. Dzięki J.S. Margot możemy ujrzeć, z jaką łatwością on nam przychodzi. Jak niewiele trzeba, by przestać dziwić się drugiemu człowiekowi. Jak łatwa do przekroczenia jest granica uprzedzenia. Wystarczy chęć, by pytać i szanować. Ważna – zwłaszcza dzisiaj, w czasie nasilenia różnego rodzaju animozji między ludźmi – opowieść o tym, jak dostać się do serc ludzi, którzy pozornie nie są w stanie obdarzyć nas nawet zainteresowaniem.

1 komentarz:

Jardian pisze...

Myślę, że sięgnę po tę książkę. Koleżanka z byłej pracy przepracowała w Nowym Jorku 2 lata u ortodoksyjnych Żydów.