
Opowieść o tym, jak małżeństwo pewnych Finów ostatecznie popada w ruinę i o tym, co na gruzowisku gasnących uczuć może się narodzić, ustępuje psychologiczną głębią dokonaniu Eliny Hirvonen. Wspominam ubiegłoroczne wydanie „Przypomnij sobie” w doskonałym tłumaczeniu Iwony Kosmowskiej, albowiem pisarstwo Anniki Idström znajduje ze swą rodaczką wspólny mianownik, którym jest umiejętność kreślenia zawikłanych życiorysów przy jednoczesnym sugestywnym malowaniu przerażających pejzaży duchowych. Bez afektacji i słownych ozdobników – „Listy do Trynidadu” stanowią pomost do zrozumienia „Przypomnij sobie” i odwrotnie. W obu książkach mamy wyraziste portrety osobowości zaburzonych, zainfekowanych wirusami własnego egoizmu i bezradnością, która wynika z tego, iż bohaterowie książek nie są w stanie nazwać swoich emocji i rozmijają się z nimi. Czas jednak, by przyjrzeć się bliżej temu, co przedstawia Idström w swej powieści o wypieraniu i powrotach do tego, co wyparte.
Głównym bohaterem książki jest Seppo Sirén, zwykły fiński urzędnik, którego identyfikuje przede wszystkim numer ewidencyjny i o którego wartości świadczy liczba rozpatrzonych wniosków. Seppo wiedzie życie puste i pozbawione jakiejkolwiek emocjonalnej głębi. Jest, a jakby go nie było. Istnieje, a cały czas wydaje się zaprzeczać swemu istnieniu. W dość konwencjonalny sposób wchodzi w rolę męża, a potem ojca; w międzyczasie także próbuje być kochankiem. Każda rola jest dla niego wyzwaniem, z jakim musi się zmierzyć. W momencie składania przysięgi małżeńskiej Elisabet jego myśl jest następująca: „Nasze małżeństwo będzie udane, jeżeli zapewnię sobie osobny pokój”. Specyficznie rozwijająca się i dorastająca córka Ursula jest jakby kolejnym przedmiotem, który musi w świadomości Seppo znaleźć miejsce w jego uporządkowanym jak życie mieszkaniu. Kochanka mężczyzny to kobieta labilna, spłoszona, niepewna swej wartości i nadwrażliwa. Bohater wchodzi w role i automatycznie z nich wychodzi. Działa, a jednocześnie stoi w miejscu. Przeżywa coś i nic nie czuje jednocześnie. Dochodzi do tego jego przerażający minimalizm, o jakim świadczyć mogą choćby następujące słowa: „Jeśli nie oczekujesz niczego, to się nie rozczarujesz. Zaczynaj zawsze od zera, najlepiej z poziomu minusowego, a może spotka cię przyjemna niespodzianka”. Wszystko zmienia się w momencie, kiedy Seppo wraz z rodziną wyjedzie na wypoczynek do Izraela.
Tutaj od razu nasuwa się jeden wyraźny trop interpretacyjny. Bohaterowie książki - toksyczne małżeństwo z nieszczęśliwym, odrzuconym dzieckiem - przeżyją metamorfozę po zmianie środowiska. Dzieje się zatem coś, czemu Seppo jest w gruncie rzeczy przeciwny. Wszystko ma dla niego bowiem swoją uporządkowaną strukturę, nic nie jest przypadkiem; dochodzi do tego jeszcze przekonanie, iż to, gdzie żyjemy, determinuje naszą wiedzę o świecie i o nas samych: „Z czarnego nie zrobi się białego, ani z białego czarnego. Jeśli mieszkaniec Północy będzie żył w Australii, to zachoruje na raka skóry, a jak kogoś z Ameryki Południowej przeniesie się do Jakomäki w Finlandii, to na pewno popełni samobójstwo”. Przemiana następuje zatem w chwili, gdy Seppo przestanie czuć chłód lodowatego fińskiego powietrza i będzie musiał zmierzyć się z izraelskim upałem. Nie bez znaczenia jest również fakt, iż rozpad małżeństwa wejdzie w szczytową fazę właśnie w Izraelu, a nie w Egipcie czy Maroku (gdzie swego czasu wybrała się na wycieczkę Elisabet wraz z córką). Symbolika ziemi świętej jest w powieści bardzo istotna, ale równie ważne wydaje się być to, iż Idström zaczyna w pewnym momencie grać niejednoznacznościami, ukazując zagubienie bohaterów w formie coraz bardziej odrealnionych obrazków (przemiana Seppo w wilka, źródełko pojawiające się w miejscu, w jakim zakopana w piasku Ursula czekała na ojca). Dramat budowany więc będzie stopniowo i równie stopniowo tłumiony po to, by – jak już wspomniałem – w finale całkiem pozbawić tę prozę dramaturgii.
To trudna książka o kwestionowaniu własnych uczuć i o niszczącej sile emocji negatywnych. Książka, która obok furii i gniewu opisuje obojętność i marazm. Książka, która te elementy w genialny sposób łączy. W końcu książka, która wypala się sama w sobie tak, jak wygasały we mnie emocje z każdym akapitem zbliżającym do jej końca.
Wydawnictwo Punkt, 2002
3 komentarze:
Takie książki jak „Listy do Trynidadu” dotykają, irytują i manipulują emocjami. --> świetnie podsumowałeś "Listy...". Pamiętam, że ta lektura nieźle mnie wymięła i cieszyłam się, że to już koniec, ale i że ją przeczytałam.
Obawiam się, że podobne uczucia będą Ci towarzyszyć przy lekturze Hirvonen.
(poza tematem) kreativ blogger dla Ciebie :)
Prześlij komentarz