
Tytuł sugeruje już wstępną interpretację powieści, ale z czasem można się zorientować, iż niemym bohaterem będzie lipiec 1845 roku, kiedy to rozegrają się zdarzenia, o jakich nie napisali badacze literatury i historii tego okresu. Zmyślenie Goźlińskiego ma jednak wielką siłę, bo w opowiadanej przez niego historii mamy do czynienia z prawdą, o której przez lata się nie mówiło. I dodatkowo pasjonującą intrygę sensacyjną osadzoną w niesamowicie sugestywnie przedstawionych realiach Paryża – miasta szulerni, ciemnych zaułków, domów uciechy, biedy i upokorzenia.
Głównym bohaterem, wokół którego koncentrować się będą zdarzenia „Jula”, jest Adam Podhorecki. To człowiek, który ma za sobą niejedną życiową klęskę: zesłanie, poniżanie, śmierć najbliższych, w końcu zdarzenie, o którym nigdy nie zapomni choćby z powodu blizn, czyli próba ukrzyżowania. Podhorecki jest ogarnięty obsesją śmierci i to naprawdę specyficzna obsesja; jej dowodem jest trumna, w której mężczyzna spędza wiele godzin. Podhorecki to taka polska biografia przegranego i cynika jednocześnie. Nie sposób nie zauważyć, jak bardzo poczucie zagubienia i jednocześnie wyniosłości z czasem niszczy jego psychikę. Kiedy wydaje mu się, że we Francji nareszcie zazna spokojnego żywota u boku Marie, uratowanej od zguby francuskiej prostytutki, na jego drodze stanie żywa pochodnia, której męki Podhorecki skróci strzałem z pistoletu. Szybko okazuje się, że brutalnie okaleczony i podpalony mężczyzna to bliski przyjaciel Podhoreckiego, a morderca rozpoczyna tym makabrycznym wstępem ciąg dalszych zabójstw.
Ginący zakochani w Notre-Damme, symboliczna śmierć konwulsjonistki, uratowany przez tragicznym końcem Adam Mickiewicz i ideowe spory, jakie toczą się w tle śledztwa… Tak wygląda „Jul”, dość szybko z mrocznego kryminału przeradzający się w powieść o tematyce społecznej i filozoficznej. Okazuje się bowiem, że mordercy będzie bardzo zależało na tym, by związać ze swoimi poczynaniami życie Podhoreckiego, a w efekcie doprowadzić do jedności, o jakiej polski emigrant nigdy nawet by nie pomyślał. Podhorecki tropi zatem zabójcę na własną rękę, a oficjalną drogę śledztwa wytycza komisarz Lang, zgorzkniały i cyniczny Francuz, który stara się za wszelką cenę tuszować własną bezradność wobec wydarzeń mających miejsce w Paryżu od 1 do 31 jula 1845 roku. A do zdarzeń tych misternie zostanie wpleciona jeszcze rosyjska ambasada we francuskiej stolicy…
Goźliński rozprawia się na kartach swej powieści z polskością w sposób bezceremonialny. Lang szyderczo pyta: „Wy naprawdę myślicie, że Bóg nie ma nic do roboty, tylko strugać dla Was krzyże, żebyście mogli na nich zdychać dla tej waszej Polski? Bo wy się kochacie w męczeństwie! I siebie wzajem byście ze łzami braterskiej miłości w oczach powywieszali”. Ile romantycznego męczeństwa niesie w sobie prawda o kolejnych paryskich morderstwach i jak silnie działania zabójcy zakorzenione są w pismach romantycznych myślicieli? Z drugiej strony, czym jest Francja, eldorado emigrantów, które tak bardzo sobie cenią? Co Francuzom połowy XIX wieku zajmuje umysły tak bardzo, jak Polakom profetyzm i mesjanizm? Podhorecki nie szczędzi cynizmu również wobec Langa, mówiąc: „Wy stworzyliście nowego bożka. On się nazywa postęp i panować ma nieprzerwanie przez tysiąc lat. Wierzycie, że da wam nieśmiertelność. A przynajmniej waszym kapitałom, które wiecznie będą rosnąć”. A obok tych sporów wciąż bardziej wikła się zagadka, kto i z jakich przyczyn zabija.
„Jul” to świadectwo erudycji autora, albowiem osadzenie powieści w XIX wieku i liczne mniej lub bardziej czytelne aluzje do romantycznych myśli ideowych są dowodem tego, że Paweł Goźliński wdaje się tu w spór z epoką, którą doskonale zna i rozumie. Czy współczesny czytelnik będzie w stanie do końca zrozumieć przesłanie „Jula”? Książka w tak brawurowy sposób rozprawiająca się z narodowymi mitami, nie kwestionuje przy tym ich wielkości. I dzięki temu „Jul” to świetna powieść kryminalna, ale i mądra oraz odważna diagnoza stawiana współcześnie temu, jak duże znaczenie dla Polski miał romantyzm.
Wydawnictwo Czarne, 2010
2 komentarze:
drętwe, papierowe, bez polotu, nie budzi żadnych emocji, poza potęgującym się ze strony na stronę znużeniem lekturą. dziewiętnastowieczny paryż z tektury, postaci, które kompletnie nas nie obchodzą i absolutny brak wyczucia gatunku. jeżeli ta książka kogokolwiek prowokuje, to chyba tylko polonistów ze specjalizacją z romantyzmu. ich też, być może, olśniewa erudycja autora, równie błyskotliwa, co hermetyczna. zamiast tracić czas na wyrafinowane jak reportaż z dodatku do wyborczej, wypociny goźlińskiego, proponuję przeczytać po raz kolejny 'imię róży'.
A ja myślę, że gdyby wprowadzić w szkołach taki dwugłos: lekturę dramatów romantycznych a zaraz po nich np. Goźlińskiego, to właśnie nie tylko dla polonistów ze specjalizacją byłyby takie książki. Zderzenie takie mogłoby może zwiększyć perspektywę spojrzenia na te nasze niezrozumiałe dla większości osób dziś tradycje mesjanistyczne. Oczywiście to utopia, bo ani nie ma na to w szkole czasu, ani część nauczycieli nie miałaby ochoty na rezygnację z dyktowania notatek z gotowców. A dlaczego? Bo w większości sami pojmują romantyzm przez pryzmat zdania, że Słowacki wielkim poetą był.
Prześlij komentarz