Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2012-01-29

"Życie po mężczyźnie" Hanna Samson

Dotychczasowe dokonania Hanny Samson znam dosyć pobieżnie. Jej najnowsza publikacja jest jednak jakością samą w sobie i nie trzeba (choć można) jej rozpatrywać w kontekście całej twórczości pisarki i terapeutki. Tak, pisanie „Życia po mężczyźnie”, było terapią, ale to książka, która raczej nie zadaje pytań, lecz stawia odpowiedzi; niejednokrotnie niekonwencjonalne, zaskakujące albo dojrzałością albo stanowczością sądu na dany temat. Między kartki wkrada się chwilami chaos, ale jest to chaos zamierzony, bo ma to być przecież opowieść tej, która jest kowalichą swego losu, a los – jak to on – często jest przekorny, nie da się przewidzieć i przede wszystkim trudno w sposób uporządkowany napisać o tym, co było. A opowieść Samson to właśnie opowieść o tym, co było. Rozpatrywana przez pryzmat tego co jest. Gatunkowo zbliżona do pamiętnikarskich opowieści Anny Janko, Moniki Rakusy czy Soni Raduńskiej. Tematycznie – związana z czymś, z czym trudno sobie radzić. To przemijanie tego, co piękne i starość, która nie ma pięknych barw. Warto poczytać o tym, co zrobić, żeby wszystko postawić na głowie i zmienić w życiu tyle, ile się da.

„Jak się zacznie grzebać we wspomnieniach, to dopiero widać, ile ich jest. Jedno pociąga za sobą drugie, drugie trzecie i tak dalej”. I tak to właśnie jest u Samson. Myśli o pewnym filmie, który na stałe zapadł jej w pamięci, o szkolnych koleżankach, z których jedna już nie żyje, o bolących zębach i o mężczyznach, z których jeden był za idealny, aby przy nim trwać, a z drugim związała się, bo prawdopodobnie odczuwała potrzebę przeżywania cierpienia. Zasadniczo „Życie po mężczyźnie” jest o utracie. I zaczyna się od utraty. Cennych minut o poranku, które marnotrawi się na różne sprawy. Bo każde „dzień dobry świecie” to dla autorki teraz gra z czasem i obsesja, by nie zmarnować nawet minuty. Od samego rana. Przecież tyle już zmarnowała, żyjąc nie tak, jakby chciała. Nie z tymi mężczyznami, co powinna. O ile w ogóle są tacy. W związku z tym teraz trzeba gonić czas. I dobrze go wykorzystywać, bo zostało coraz mniej.


To przecież jesień życia. I nic już nie będzie do końca takie, jakie chciałoby się, żeby było. „Coraz mniej muszę podejmować [decyzji]. Kolejna oznaka starzenia się. Wybory dawno dokonane. Jestem, gdzie jestem. Wszystko określone.” Najgorsze, co teraz trzeba zrobić, to określić się w tym, co jest, zrozumieć swoje miejsce i sytuację, która za niczym nie każe już gonić (więc Samson goni choćby minuty o poranku). Istotne jest jednak także to, by uporządkować w myślach sprawy już minione, a wciąż żywe i męczące. Tak bardzo, że niekiedy brak słów i tylko wulgaryzmy mogą zastąpić wyrażenie emocji.


Ale po kolei… Tylko czy da się w przypadku „Życia po mężczyźnie” mówić, iż coś w tej książce jest po kolei? Jakim cudem, skoro autorka tworzy nawet opowieść alternatywną do swojej, mroczną historię kobiety z piętnem żony mordercy? Ona to czy nie ona w niej? W sensie ta dzielna kowalicha, która nadal kuje gorące żelazo losu. Samson napisała książkę pełną niedopowiedzeń, a z drugiej strony opowieść zajmującą się konkretami. Pisze o tym, co było i jest ważne. O stałym poczuciu zagrożenia w dzieciństwie. O skomplikowanych relacjach z matką. O psach – jednym, który jest substytutem dziecka i drugim, wiecznym uciekinierze. O wstydzie za siebie i za to, co się robiło. O atrofii uczuć, która może kiedyś niepokoiła, a teraz staje się czymś normalnym. O wspomnieniu gwałtu, z którym nic nie da się już zrobić, to znaczy obecnie trudno jest to wspomnienie „obrobić” jakoś tak, żeby nie bolało.


Przede wszystkim jednak mężczyźni. Opisywani mało wyraziście, bo chyba nie byli wyraziści. Z całą pewnością jednak byli, a teraz ich nie ma. O tym braku Samson pisze dość przewrotnie. Nie ma bowiem żadnego rozdzierania szat, szlochu i rozpaczy, nie ma łzawych wspomnień i myślenia o tym, że bez chłopa to ja sobie nie poradzę. Nie! Radzi sobie i nadal będzie radzić, bo nie pozostało jej już nic innego, jak mężczyzn swego życia pożegnać. Mentalnie. Rzeczywiste pożegnania nastąpiły już dawno temu. Ale czy nie jest tak ze wszystkim, że wydarzy się to dopiero wtedy, kiedy nasz umysł da na to zgodę i może to zrobić nawet po wielu latach?


„Życie po mężczyźnie” to opowieść pełna sarkazmu i chwilami złośliwości, ale tak naprawdę na swój sposób dowcipna i pogodna. Zresztą co ja tam mogę o niej pisać, skoro autorka wyraźnie wskazuje, że mężczyznom między kartki jej książki wstęp wzbroniony. Złamałem zakaz, poznałem priorytety kowalichy swego losu, chwilami dobrze się bawiłem, momentami rozmyślałem o życiowych problemach, a jeśli teraz jeszcze śmiem o moich czytelniczych wrażeniach pisać to tylko z przekory, bo do „Życia po mężczyźnie” powinni mieć dostęp wszyscy. Bez względu na płeć. Przecież chodzi o doświadczanie życia i próby opisywania tego doświadczania. Panowie bowiem także czasem żyją „po kobiecie”.


Wydawnictwo Znak, 2012

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Wydaje mi się, że w przypadku H.S. życie po mężczyźnie mogło okazać się wyjątkowo trudne. Więc czapki z głów - autorka przetrwała i poradziła sobie znakomicie.
Mam jeden problem z wcześniejszymi utworami H.S. - styl: pretensjonalny, momentami pensjonarski, egzaltowany. Ale daję szansę tej książce.
Pozdrawiam,
Anna

She pisze...

O matko! To tak sie da? Żyć po mężczyźnie! ;)
Patrząc na ilość bezsensownie traconych przeze mnie minut o poranku wnioskuje, że musiał ich być minimum tuzin ;)
A poważniej... zawsze bardzo ostrożnie podchodze do książek osób, które łatwo kategoryzują swoją osobę w jakimś nurcie. Pani Samson jest zdeklarowaną feministką, a ja mam kłopot ideologiczny ze współczesnymi feministkami. Boje się, że może to niesprawiedliwie rzucić się cieniem na odbiór książki. Chyba bardzo osobistej i w sumie bolesnej, jeśli dobrze kojarze fakty.

Jarosław Czechowicz pisze...

Anno, z wymienionych przez Ciebie powodów i jeszcze kilku innych nie należę do wielkich entuzjastów pisania Samson. Myślę jednak, że akurat ta książka to jakość, która się broni.
She, feminizm jest w tej pozycji widoczny, choćby w nomenklaturze (kowalichy i inne takie), ale nie dominujący.