Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2012-11-06

"Cwaniary" Sylwia Chutnik

To nie jest najlepsza książka Sylwii Chutnik. „Kieszonkowy atlas kobiet” jest nie do podrobienia, choćby znowu miały się pojawić cztery buntownicze warszawianki – tym razem każda naprawdę płci żeńskiej i każda z krwi i kości, a niektóre też z raka, siniaków po ciosach męża czy wód płodowych złożone. „Cwaniary” to książka mocna i odważna. Bezkompromisowa. Tyle tylko, że z trudnym do ustalenia przesłaniem. Warszawskie bohaterki Chutnik tym razem też będą miały swoje sprawy, ale zamiast argumentów użyją narzędzi. Jakich? „Noże, kastety, siekiery i kije. Paralizatory, proce, rurki i scyzoryki. Pięści, podkute buty, twarde czoło”. Przeciwko facetom. Dlaczego? „Za wszystko, co macie w głowach, za wszystko, co chcielibyście z nami zrobić, i jeszcze za to, że jesteście”. I ostatnie, proste na pozór pytanie z odpowiedzią autorki: czym ma być ich uliczna batalia? „Czemu te dziewczyny tak się biją? Bo chcą się zemścić. A na czym? Na życiu i na śmierci. A co chcą znaleźć? Może równoległe światy”. I tutaj już jasność cytatów się kończy, bo o ile można zrozumieć kobiecą dzikość, która domaga się zemsty, o tyle lanie facetów, a potem wojna przeciwko deweloperom razem się ze sobą nie zgrywają, wspólnego mianownika za nic nie mają i przestraszyć się można, że moc i odwaga tej prozy to tylko taka demonstracja siły jak na kibolskich „ustawkach”, kiedy to po prostu się tłucze i nie jest istotne, w imię czego i na co to.

Halina Żyleta to początkująca cmentarna wdowa w wyprasowanym dresie i ze zwracającymi uwagę tatuażami. Niedawno pochowała narzeczonego Antka, którego ktoś kiedyś pobił na śmierć, bo ten uliczny rzezimieszek zaczął walczyć w słusznej sprawie. Halina to brzemienna hejterka internetowa na niepewnym etacie, ale przede wszystkim mścicielka, której – mimo ciąży – wystarczy setka i od razu wie, jak wykorzystać swoją siłę i spryt. Nie jest jej pozbawiona także Celina Cios. Codziennie uśmiechnięta na pokaz w sklepie z ubraniami, po godzinach przybiera marsową minę, z pałką i nożem ruszając na ulice. Zdarza się jej przylać nie tylko mężczyznom, w których całe życie nieszczęśliwie się zakochiwała. Kobiecą jedność w słusznej sprawie może przerwać taka, co się dostawia nie do swojego faceta i przez to musi oberwać. Obrywa za to od męża często Stefania Karwowska, właścicielka salonu kosmetycznego. Halina i Celina pomagają jej skończyć z domową przemocą. Nie wiedzą, jaki finał będą mieć ich poczynania. Łatwo za to przewidzieć koniec czwartej kumpeli, borykającej się z nowotworem Bronki. Ta ustawiła się w życiu finansowo, ale nie przewidziała, że przed śmiercią nie ma żadnych ustawień. Postanawia zatem wyjść jej naprzeciw na swoich warunkach.

„Cwaniary” to takie memento mori dla wszystkich, którzy są przekonani, że życiowa siła przezwycięży życia kres. Nieprzypadkowo w tej opowieści utkanej z legend miejskich o chuliganicach oraz złych kamienicznikach, prolog wyraźnie osadzony jest na cmentarzu. Bródnowska nekropolia to miejsce, z którego Chutnik zabierze nas wszędzie tam, gdzie życie jest bolesne i polega na walce oraz zemście. Tymczasem w tej bardzo dynamicznej przecież prozie pojawia się coś, co każe zwolnić – choćby tempo czytania. Zemsta wyrażana za pomocą twardych narzędzi jest zemstą z jednej strony fatalną, bo nastawioną na coś, czego zwalczyć nie sposób, z drugiej jednak definiuje kobiecość. „Zemsta jest kobietą” – taki tytuł nosiła ciekawa antologia opowiadań, którą wydano przed rokiem i którą określiłem mianem „antologii zagadek”. Czymś podobnym są „Cwaniary”. Nie chodzi o to, że nagle to kobiety atakują na ulicach i że są agresywniejsze od mężczyzn. Sylwia Chutnik pochyla się nad znaczeniem słowa „zemsta” i dokonuje swoistego rozrachunku z tym pojęciem, a żywoty jej bohaterek uświadomią, iż sama nie znajduje jednej definicji, ale widzi, jak wielką siłą może ona być. Dlatego też warto poznać tę książkę i zajrzeć do niej głębiej. Bo tam naprawdę nie chodzi o to, że trzydziestolatki piorą się na ulicach, gdyż takiego mają stajla i są kontestatorkami totalnymi. Wierzę, iż nie o to chodzi. Gdyby było inaczej, musiałbym wrócić do myśli rozpoczynającej niniejsze omówienie i znowu zastanowić się nad tym, czy czas poświęcony „Cwaniarom” nie był czasem straconym.

Istotna jest także – jak w każdej książce Chutnik – kwestia języka i jego roli. Obserwujemy rzeczywistość z marginesu, jarmarczną, wulgarną i odstręczającą. W niej każdy używa języka tak, jak mu się podoba. „Teraz wszyscy piszą, jakby nie znali podstawowych zasad gramatycznych, jakby język to była taka dziwka na wynajem, co jak sobie zażyczysz, to nogę zadrze, a znowuż innym razem ci zatańczy. A język to musi być stateczny pan w meloniku albo przynajmniej zwykły człowiek z klasy średniej”. Warto zwrócić uwagę, jakim językiem Chutnik wyraża to, co trudne do wyrażenia i czy potrzebny jej melonik i klasa, aby ukazać, ile znaczeń oraz symboli kryje się w słowach pozornie prostych, a czasami nieprzyjemnie zgrzytających między zębami.

Trudno przewidzieć, jak czytelnicy przyjmą tę wyrazistą historię o tym, jak to skrzywdzone przez życie dziewczyny, które chcą dodatkowo dokopać śmierci, biorą sprawy w swoje ręce. Myślę, że Sylwia Chutnik jest nadal dość hermetycznie zamknięta w obrębie tematów i motywów, których rozwijanie zwyczajnie daje jej pisarską siłę. Nie jestem jednak do końca przekonany, że „Cwaniary” mają duży potencjał i że mówią o czymś nowym. Jeżeli tylko mają prowokować – a chcę wierzyć, że tak nie jest – rolę swoją spełniają.  Ta książka na pewno wychodzi naprzeciw nowym oczekiwaniom, bo to książka z obrazkami na dodatek. Rysowniczka Marta Zabłocka, która ubarwiła opowieść Chutnik, skłania do dodatkowych refleksji nad książką. Ważną i potrzebną czy też niosącą w sobie siłę ciosu, za którą stoi… tylko jej moc, nic więcej?

Wydawnictwo Świat Książki, 2012

8 komentarzy:

Piotrek pisze...

nie brzmi to zachęcająco :)

Latouche pisze...

A dla mnie tak, bardzo lubię Sylwię Chutnik i zawsze jestem ciekawa tego, co ma do (o)powiedzenia.
Będę mogła ją pożyczyć? :)

Jarosław Czechowicz pisze...

Piotrku, ja sobie autorkę bardzo cenię i starałem się jednak znaleźć w tej pozycji coś dobrego. Myślę, że znalazłem.

Pani Agnieszko, nie ma sprawy, wezmę w czwartek :)

Bravo Girl pisze...

Gdy Marta Zabłocka rysuje, nie może być źle.

Latouche pisze...

Całkiem nieźle się czytało - ja to potraktowałam jako okrutną baśń miejską. Ale mam jedno poważne zastrzeżenie: cytat o strachu jako małej śmierci i wielkim unicestwieniu to nie jest żadne "zasłyszane powiedzenie wojskowe", tylko cytat z "Diuny" Franka Herberta! "Diuna" to jest absolutny kanon s-f, nawet jeżeli się nie lubi i nie czytało, to łatwo ustalić źródło cytatu, szperając w sieci. Chyba że przypisanie go jakimś anonimowym wojskowym było jakąś grą z czytelnikiem, której nie zrozumiałam?

Latouche pisze...

Bravo Girl, ilustracje są rzeczywiście świetne :)

Jarosław Czechowicz pisze...

Myślę, że autorka wie, co/kogo cytuje, a jej objaśnienia to po prostu element konwencji literackiej :) Życzę Chutnik i innym autorom tak wnikliwych czytelników jak Pani :)

Basia pisze...

Czytam sobie teraz recenzje "Cwaniar" na różnych blogach i co blog to inna interpretacja. Więc wydaje mi się, że jednak jakaś siła w tej książce jest, skoro skłania do tylu różnych przemyśleń.
Mi nasunęła się na myśl taka stylistyka komiksowo tarantinowska: superbohaterowie, lekka groteska, wszystko mocno przerysowane. I bardzo mi się to podobało (więcej przemyśleń tu http://pozapsem.blogspot.com/2013/04/sylwia-chutnik-cwaniary.html)