Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2013-01-05

"Ciemno, prawie noc" Joanna Bator

Właściwie to można by napisać bardzo obszerny esej w oparciu o nową powieść Joanny Bator. Niejeden esej. Pewnie dlatego, że problematyka „Ciemno, prawie noc” jest nie tylko skomplikowana, ale i wielobarwna. Akcja tej książki toczy się głównie w nocy i niejedną noc uczyni nieprzespaną, by rozpoznać w niej to, co za dnia kryje się za fałszywymi konturami. To rzecz nie tylko dla bezsennych czytelników. Pozycja niezwykle ważna dla wszystkich, którzy z zapartym tchem czytali wałbrzyskie opowieści w dwóch częściach, czyli „Piaskową Górę” i „Chmurdalię”. Dla kogoś po raz pierwszy wchodzącego w niezwykły świat narracji Joanny Bator, będzie to książka o roli ślepego losu i świadomego uczestnictwa w swoim życiu; o istocie zła, z którym zawsze trzeba walczyć; o polskości zaszczutej, zwulgaryzowanej, zasłoniętej katolickimi fetyszami i mało katolicką wrogością względem sąsiada. „Ciemno, prawie noc” opowiada się samo. Myślę, że o głównej bohaterce powiedzą wszystko je słowa: „Moja praca polega na zbieraniu opowieści i wypuszczaniu ich między ludzi. Każdą cudzą opowieść wyprawiam w drogę, by sobie radziła sama. Na tym kończy się moja rola”. Tak mogłaby podpisać swoją powieść Joanna Bator i w zdaniach tych jest prawie wszystko, co stanowi o znakomitej jakości tej narracji.

Opowieści jest wiele. Wysłuchuje ich i zbiera Alicja Tabor. Kobieta powraca do rodzinnego lata, poruszając się po śladach sprzed lat, których nie dało się zatrzeć. Wielki poniemiecki dom czeka na nią, bo należy do niej. Czy Alicja nadal jednak należy do miejsca, w którym przeżyła tak wiele dramatycznych chwil? Do przestrzeni, która wciąż oddycha trudną historią? Którą definiują w zasadzie trzy słowa, czyli szpara, grób i brud? Dziennikarski cel Alicji to dotarcie do ludzi, którym porwano dzieci. Dwie niekochane przez rodziców dziewczynki – Andżelika i Kalinka. Obok nich uwielbiany wnuczek Patryk, dla którego babcia uchyliłaby nieba, a który pewnego dnia w tajemniczy sposób gubi się w supermarkecie. Główna bohaterka podchodzi do problemu rzeczowo i w sposób zdystansowany. Ma wyjaśnić tyle, ile może. Chce przyjrzeć się też wałbrzyskiej histerii jakby obok tych zniknięć. Okazuje się, iż w międzyczasie ktoś morduje lokalnego proroka Jana Kołka, który przekonywał przed śmiercią, że to Matka Boska Bolesna zabrała dzieci do siebie i zwróci wtedy, kiedy wałbrzyszanie powrócą na drogę dobra i wiary. Choć wokół Alicji rzeczywistość pełna jest emocji, a jej rozmówcy emocjami mówią, ona sama stara się być względem wszystkiego oddalona. Świadoma jednocześnie, iż słuchając opowieści o porwanych i przyglądając się Wałbrzychowi, który z radością zostawiła za sobą przed laty, musi mierzyć się z inną zagadką. Zagadką tego, kim jest i jak wyglądała jej przeszłość.

Odkąd uciekła i w Warszawie z trudem zbudowała sobie jakieś stabilne życie, zawsze obok niej byli jej najbliżsi zmarli – ojciec i osiem lat starsza siostra Ewa. On za życia karmił się mirażami i marzeniami, żył wśród map i planów, nieustannie poszukując tego, czego nigdy nie mógł znaleźć. Ona zawsze odpowiedzialna za los młodszej siostry, snująca opowieści, konfabulująca w słusznej sprawie, marząca o karierze aktorki i wierząca, iż będzie w życiu w drodze. Tymczasem w wiecznej drodze jest samotna Alicja, dla której nie ma już żadnej stabilizacji i nie warto się zatrzymywać, skoro najbliższa jej osoba, Ewa, jest tylko bolesnym wspomnieniem dobitnie wskazującym, iż nigdy już Alicja – Wielbłądka nie zostanie obdarzona taką miłością, czułością i opiekuńczością. Ewa z Alicją, do czasu samobójczej śmierci tej pierwszej, stworzyły sobie w szarym wałbrzyskim świecie swoją własną Chmurdalię. Nie miał do niej dostępu nikt – ani ojciec, ani też chłopak Ewy, z którym gotowa była dzielić życie. Alicja wierzy, że nawet duch zmarłej siostry jest w stanie ochronić ją przed złem; przed tajemniczymi kotojadami; przed matką w końcu, która życie córek i męża zamieniła w piekło, sama spadając gdzieś w piekielną otchłań egzystencji.

Bohaterka najnowszej książki Joanny Bator rozwiązuje kryminalną intrygę, przede wszystkim skupiając się na opowieściach ludzi, z jakimi się spotyka. Wychodzi z prostego założenia: „Historia jest jak reportaż. Im większej grupie ludzi udzieli się głosu, tym pełniejsza będzie opowieść, a tylko tak można dotrzeć do prawdy o tym, co się stało”. Zabierają więc głos opiekunowie zaginionych dzieci. Także pan Albert, wykorzeniony Cygan wiecznie w drodze, podobny niedobitek jak Alicja. Wieloletni przyjaciel jej ojca oraz opiekun domu uświadomi jej, że przyjechała do Wałbrzycha nie tylko dla tych zaginionych dzieci. Opowieść snuje Dawid, były chłopak Ewy oraz kilka innych osób, które pozornie nie mają związku z mroczną intrygą gatunkowo sytuującą chwilami „Ciemno, prawie noc” między thrillerem a horrorem. Dodatkowym źródłem nieskładnych, ale istotnych opowieści są pełne agresji komentarze internetowe, których autorzy przecież chodzą po ulicach pośród mijanych przez Alicję wałbrzyszan.

Niemym świadkiem zdarzeń jest robiący wrażenie Zamek Książ, w którym kiedyś mieszkała księżna Daisy. Obiecała ona swe perły kobietom, które zdobywając je, będą potrafiły więcej, zdobędą wiedzę i stać je będzie na to, by zmierzyć się z tajemnicami. Zamek Książ to przestrzeń, w którym zdarzenia już się rozegrały. To, co przechodzi Alicja obecnie i o czym opowiada fabuła książki otulone jest jakby cieniem miejsca, w którym doszło do dramatów, jakie rzutować będą na zdarzenia z teraźniejszości.

Istotna jest – nie po raz pierwszy – rola neologizmów w pisarstwie Joanny Bator. Sfera niezwykłych słów wiąże się z grupą kobiet związanych z kotami. Wałbrzyskie kociary także mają swoje historie, ale nie dane jest im ich opowiedzieć, bo pewnie nawet nie chcą tego robić. Alicja doznała dziwnego uczucia spełnienia i zadowolenia, kiedy pomogła pewnej warszawskiej kociarze jako dziennikarka. Tym razem, nieco nawet magicznie, opiekunka kotów wraz ze swoim specyficznym językiem, pomoże Alicji uporać się z demonami; tymi związanymi z historiami porwanych dzieci oraz tymi obecnymi wciąż w obrębie poniemieckiego domu, w którym Alicja poznaje własne życie, od jakiego już nie zdoła uciec…

Okrutna jest ta polifoniczna powieść Bator i piękna zarazem. Zło okazuje się mieć wiele twarzy, a mimo wszystko jest niezrozumiałe. Bohaterka i jej rozmówcy doświadczyli zła tak wiele razy, że obecnie potrafią się przed nim tylko bronić, zamiast walczyć o dobro. Zło jest centralnym punktem w tej narracji, źródłem wszelkich odniesień i inspiracji, dzięki którym ten pokaźny wolumin na każdej niemal stronie błyszczy nowym blaskiem. „Zło nigdy mnie nie zaskakuje, ale zawsze dziwi”. Tak mówi Alicja i pewnie pod tym podpisałaby się sama autorka. To wcale nie jest tak, że w portretowanym już we wcześniejszych książkach Bator Wałbrzychu, gdzie żyje między sobą ludność napływowa w symbiotycznym marazmie i z dala od tego, co polskie, Zło jakoś szczególniej daje o sobie znać. Ono jest wszędzie. Wałbrzych to tylko symbol. Miasto smutku, deszczu i melancholii kryje w sobie jednak niepowtarzalną aurę małej ojczyzny, którą tak pięknie Joanna Bator portretuje od lat w swoich powieściach. „Ciemno, prawie noc” to egzystencjalny traktat o ratowaniu świata przez tych, których kiedyś ratowano przed światem właśnie. Zło jest bowiem wszędzie, ale dajemy mu wolną rękę tylko wówczas, gdy nań obojętniejemy. Ta książka, jej barwne opowieści, splątane wątki i wiele różnorakich przesłań – wszystko pobudzi wyobraźnię, bo mamy tu do czynienia z wielką pisarką i naprawdę wielką literaturą.

Wydawnictwo W.A.B., 2012

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Kochany, kup sobie słownik frazeologiczny i używaj logiki. Tylko w pierwszym akapicie: wielobarwna problematyka, książka toczy się, bezsenny czytelnik, książka opowiada się sama, wielki poniemiecki dom czeka na nią, bo należy do niej. Miej litość, pisz staranniej i z sensem. Poza tym waż proporcje między streszczeniem a recenzją. Życzliwy

Magenka pisze...

w streszczeniu powieści zauważyłam kilka merytorycznych błędów, niby mało istotnych a jednak rażących, np. dom poniemiecki był małą, biedną ruderą,pan Albert absolutnie nie jest wiecznie w drodze i wiele innych pana nadinterpretacji. Gdy czytam pana streszczenie, wydaje mi się, że czytaliśmy inną powieść. Całkowicie się nie zgadzam, iż jest to książka o roli ślepego losu i świadomego uczestnictwa w swoim życiu-potworny komunał.