Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2013-04-17

"Pępowina" Majgull Axelsson

Pisarstwo Majgull Axelsson wydaje się być skończone. Czytając jej najnowszą książkę, nie sposób nie zauważyć, że tematycznie niewiele różni się od poprzednich, zwłaszcza od "Lodu i wody, wody i lodu". Pisząc o trudnym macierzyństwie, traumatycznych relacjach matek i córek, o bólu dorastania bez miłości lub przy jej nadmiarze oraz o życiowej nieporadności wynikłej z braku uczuć lub braku umiejętności ich okazywania, Axelsson powtarza się. Niestety. Dylematy, wybory, rysy psychologiczne bohaterek – właściwie wszystko już opisała. „Pępowina” to oczywiście bardzo dobra książka, bo wyszła spod pióra niebywale utalentowanej pisarki. Tylko… wszystko to już było; i specyficzne stopniowanie napięcia, i mówienie zagadkami oraz symbolami, i ból, którego nie sposób opisać, i dokumentalne wręcz odtwarzanie śladów, jakie pozostawia na ciele i umyśle dzieciństwo, którego z różnych powodów nie można było przeżyć.

Axelsson doskonale opanowała technikę prezentacji wiarygodnych bohaterów, którzy pokrzywdzeni przez los, sami wyrządzają krzywdy innym oraz samym sobie. Myślę, że to mistrzyni pisania o traumie relacji z najbliższymi. Nie potrafi stworzyć postaci szczęśliwej, ale za to niejedną da definicję nieszczęścia tych, którzy cierpią. Za swe pierwsze książki otrzymywała nagrody i wyróżnienia. Dwie ostatnie, w tym „Pępowina”, są świetne, ale… nagrodzić Axelsson można już tylko za całokształt twórczości. Bo w jej obrębie nie poznamy chyba żadnej nowej opowieści.

W Arvice, małej miejscowości w zachodniej Szwecji, szaleje sztorm i tygodniami pada. Furia zagniewanej przyrody będzie szła w parze z furią emocji, jakie skumulują się w ludziach, którzy na moment znajdą się wspólnie pod dachem pewnego zajazdu. Restaurację na wzgórzu, której dzięki temu nie ima się woda i zagrożenie, prowadzi Minna, taka nowa „kwietniowa czarownica”, a może przede wszystkim bohaterka prowadząca, wokół której skoncentrują się wszelkie dramaty złego macierzyństwa. U Minny  w czasie deszczu pojawiają się specyficzne postacie: życiowy nieudacznik i mruk Tyrone, była aktorka Marguerite wraz ze swym obcesowym i cynicznym mężem Henrikiem, dziennikarka Ritva z niewyparzonym językiem. Jest także Anette, pracownica Minny. Ponoć na piętrze przebywa także ktoś jeszcze i jest to córka właścicielki restauracji, Sofia. Wydaje się, że w przestrzeni, jaką wspólnie dzielą ci ludzie, napięcie rośnie nie tylko z powodu wciąż trudnych warunków pogodowych. Okazuje się, że pod jednym dachem znalazły się osoby, którym wcześniej coś odebrano, oni odebrali coś innym, a każde z nich przeżywa swój własny dramat, w którym motywem przewodnim – może poza Henrikiem – jest tytułowa pępowina, źle odcięta albo odcięta za szybko. A może taka, która pozostała, niszcząc teraźniejszość bólem przeszłości.

Axelsson jak zawsze po mistrzowsku portretuje tych, którzy sprawiają wrażenie nieco zaburzonych emocjonalnie, ale których emocje nie pozwalają na to, by mierzyć się z własną dojrzałością, dorastaniem. To przede wszystkim poszkodowane dzieci. Tyrone został odrzucony przez matkę, a zmarły mu dawno ojciec wciąż żywi się jego wspomnieniami, żyjąc w nim i niszcząc bez ustanku. Anette także nie miała lekko z rodzicami. Nigdy jej nie chwalili, nigdy nie okazali czułości, wciąż ośmieszali, a ojciec dodatkowo bił. Anette czuje się zbędna, bo takie poczucie utrwalił w niej dom rodzinny, gdzie żadnego ciepła rodzinnego nie było. Przy ciągłej obojętności mogła rodzić się tylko złość, ale mimo złości, nienawiści wręcz, Anette jest wdzięczna za życie. Chce je po prostu przeżyć. Zwyczajnie. Trudno jest żyć w ten sposób Marguerite, której śladem po tacie jest alkoholizm, a codzienność to walka o zainteresowanie bliskich i o samą siebie, pozbawioną już teatralnej maski. Ojciec Ritvy pasożytuje na niej; jest wiecznym i bolesnym wyrzutem sumienia, który zabrał Ritvie prawdziwą wolność. W końcu Minna – dziecko z przypadku, dziecko będące obiektem drwin i dziecko skandalicznej ciąży, przez którą młodocianą matkę wyrzucono ze szkoły. Wiecznie gadająca, wstydząca się wszystkiego i niebywale wrażliwa na jakąkolwiek plotkę o sobie Kristin na szczęście już nie żyje, a Minna nawet za jej życia przeniosła uczucia na siostrę, bo rodzonej matki znieść nie mogła i po niej nie płakała.

Wspomniani ludzie to także w różnym stopniu toksyczni rodzice. Nie zaznawszy w dzieciństwie uczuć, które wciąż straszą pustką, usiłują udowodnić, że mogą być lepsi niż ci, którzy ich wychowywali. Starają się ze wszystkich sił, „ale nie można dać komuś czegoś, czego samemu nigdy się nie miało”. Tyrone oddalił się od swojej córki na tyle, że kiedy odzywa się do niego po latach, nazywając „tatą”, przeżywa silny wstrząs, którego wstydzi się i boi. Córka Anette została właściwie przywłaszczona sobie przez dziadków. Postanowili dać jej wszystko to, czego nie dali córce. Sama Anette czuje się matką niepełną, upośledzoną. Tymczasem Marguerita walczy z niechęcią do życia własnego syna. Nie jest jej wdzięczny za to, co mu dała. Nie chce być wdzięczny za nic i nie ma zamiaru okazywać jej czułości. Podobnie Sofia, dziecko idealne Minny. Tyle tylko, że matka nie była dlań idealna, okłamała ją i spowodowała, że Sofia nazbyt szybko zaczęła szukać substytutu ojca, za którym wiecznie tęskniła. Sofia to dziecko wypieszczone i zagłaskane… na śmierć? A może to Minna nie rozumie, że między okrucieństwem bycia niechcianą córką a podobnym okrucieństwem nadopiekuńczej matki, nie ma w zasadzie żadnej różnicy…

„Pępowina” to przejmująca opowieść o sile pamięci, której nie można się pozbyć. Minna na wstępie oświadcza: „Pamiętam. Więc jestem. Chociaż nie chcę ani być, ani pamiętać”. Poznajemy ją wyrwaną z nicości, w sterylnej szpitalnej przestrzeni, gdzie sen miesza się z jawą, a złudzenia z okrucieństwem prawdy o tym, co było. Nie tylko Minna chce uciec od wspomnień. To niemożliwe – rzecze Axelsson. „Przecież jesteśmy naszą pamięcią. To wszystko, czym jesteśmy”. Pamięć ran zadanych w dzieciństwie to pamięć, jakiej pozbyć się nie sposób. Mimo wiarygodnych i bardzo ciekawych wizerunków uciekających od pamięci o dzieciństwie, nie udaje się Majgull Axelsson powiedzieć niczego nowego niż to, co już na kartach wcześniejszych powieści przekazała. „Pępowina” to wielowątkowa opowieść o tym, że macierzyństwo jest stygmatem oraz o stygmacie słowa, które brzmi obraźliwie przez trzy pokolenia i prowadzi do nieuchronnej tragedii. To nie jest jednak książka o fakcie, że przegrywamy życie już na wstępie, jeśli rodzice nas nie kochają. Axelsson wraz ze swymi bohaterkami stara się udowodnić, iż można uciec od zła z przeszłości; możliwe jest to, że trauma źle przeżytego dzieciństwa nie zdeterminuje naszych działań. W gruncie rzeczy wszyscy pokrzywdzeni odnajdują sens tak trudnego dla nich życia. Tym niemniej „Pępowina” pełna jest niedopowiedzeń i utkana z historii, jakie wzajemnie się zazębiają, wyjaśniając nagromadzone na pierwszych stronach tajemnice książki.

Jest przyjemność w tym, że sięga się po powieść kogoś, kogo dobrej ręki i wyraźnej kreski narracyjnej można być pewnym. Axelsson niezmiennie czyta się zachłannie i z boleścią. Niezmiennie też czyta się o tym samym i przez to pełnej, naprawdę pełnej przyjemności przy czytaniu nie ma. Szkoda. Umiejętność świetnego tworzenia narracji to jedno. Sztuka wyjścia poza tematy mocno już wyeksploatowane to drugie. Liczę na to, że Majgull Axelsson jednak jeszcze nas zaskoczy. Nie tylko potwierdzi, że jest jedną z najwybitniejszych współczesnych pisarek skandynawskich.

tłum. Katarzyna Tubylewicz
Wydawnictwo W.A.B., 2013

4 komentarze:

kasjeusz pisze...

"Nie potrafi stworzyć postaci szczęśliwej, ale za to niejedną da definicję nieszczęścia tych, którzy cierpią." - Bo wszystkie szczęśliwe rodziny/bohaterki są do siebie podobne, nieszczęśliwe natomiast są nieszczęśliwe na swój sposób. ;)

Jarosław Czechowicz pisze...

Kasjeusz, niewątpliwie masz rację, ale... czy tak genialna pisarka jak Axelsson mogłaby wyjść poza to, co już świetnie pokazała? Sportretowanie szczęśliwego bohatera tak, żeby było do dobre i zmuszało do refleksji - to dopiero sztuka:) Pozdrawiam

beatrix73 pisze...

A ja właśnie dlatego wracam niezmiennie do M.Axelsson.Lubię pogrążyć się w tym smutku jej książek. Nie przeszkadza mi, że pisze o tym samym, każda jej nowa powieść mnie cieszy, bo wiem że mogę liczyć na kolejny depresyjny styl. Akurat pomaga mi to w życiu.
Także właściwie jestem bardzo zadowolona z tego, co napisałeś... ;)

Iwona Żytkowiak pisze...

owszem - podobieństwo konstrukcji postaci, mroczność świata ( sztormy, erupcje), ale tym razem Axelsson nieco rocieńczyła prozę, która dotychczas była dla mnie tak skondensowana,że przeciskałam się przez nia, co chwilę potrzebując oddechu. Pępowinę przeczytałam jednym tchem