Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2013-04-20

"Obok Julii" Eustachy Rylski

Eustachy Rylski to pisarz, jaki w swej twórczości prezentuje pewien poziom dostojeństwa i uroku, którego brakuje wydawanym nowym autorom. Tym bardziej cieszy, że po dłuższej chwili milczenia otrzymujemy rzecz tak elegancką i głęboką jak „Obok Julii”. Rzadko w omówieniach cytuję pierwsze zdanie, choć często to ono jest najważniejsze. Myślę, że koniecznym jest przytoczenie tego, jakimi słowy Rylski zechce zacząć opowiadać swoją niezwykłą historię o pięknie anachronizmu istnienia i piękną biografię, która wielu wydałaby się biografią pozbawioną uroku. A zaczyna się to wszystko tak: „Życie nas wycenia. Jeżeli w skali od jednego do dziesięciu dostajemy pięć, możemy być zadowoleni. Ja dostałem więcej i będę musiał za to zapłacić, gdyż życie wyceniło mnie ponad moją wartość”. Janek Ruczaj, bohater powieści, wybił się w życiu może nie w oczach innych i nie tak, jak inni by tego oczekiwali. Pozwolił sobie, a raczej zaryzykował i przeżył życie pełne. Pomogła mu w tym tajemnicza rusycystka, która podobnie jak rozkochująca w języku francuskim i życiu Madame Antoniego Libery, na zawsze zmieniła swego ucznia, nie mając pojęcia swojej roli w jego późniejszym życiu.

To nie jest ciepła i radosna powieść, ale mądra. Janka poznajemy gorącego lata 1963 roku. To był podobno czas, w którym jego istnienie osiągnęło apogeum. A przecież wiódł życie zwyczajne. Po zdanej maturze wycofał się raczej na margines życia. Stał się mechanikiem w bazie niczym bohater choćby „Bazy Sokołowskiej” Hłaski. Wraz z przyjaciółmi stworzył niepisany klan Hemingwaya. Zmarły dwa lata wcześniej pisarz całkowicie zawładnął wyobraźnią i marzeniami młodych chłopaków, z których każdy pójdzie potem inną drogą życia. A wszystko tak naprawdę zaczyna się we wrześniu 1948 roku, kiedy czwórka przyjaciół – Jan, Marta, Szymon i Ola – rozpoczynają szkołę. Janek wybiera to, co wybiera. Marta studia medyczne. Szymon drogę, u schyłku której będzie odnosił sukcesy cynicznego farbowanego lisa i cwaniaka. Ola… Ola Hnatiuk przez moment jest dla Janka czymś na kształt substytutu obiektu do lokowania niestałych uczuć. Mogłoby im wyjść razem. Mogłoby. Gdyby Olę nie zagarnął cień rodzinnej traumy i smutny koniec. Tymczasem Janek żyje. Żyje najsilniej w sierpniu 1963 roku. Wtedy do miasteczka powraca w ukryciu jego była wychowawczyni, nauczycielka Julia Neider. Co się z nią działo? Dlaczego tak niewielu poza Jankiem wspomina ją dobrze? Czy aby na pewno kobieta z tekturową walizką jest tą, za którą się podaje? I dlaczego spotkanie po latach, krótkie i fantasmagoryczne po trosze, tak silnie zmieni samego Janka, który przestanie być bierny wobec życia?

W 1963 roku błogość młodości zatruwają mu osobnicy, wobec których czuje, że życie nie jest snem czy bajką, a potrafi mocno dawać w kość. To Wasyl Horanin – nonszalancki i wulgarny kurdupel, który – by obrażać Janka – nazywa kolegę „hrabią”. To również mroczny Benio Wajszczyk – takie żyjące zło, któremu narrator przygląda się z fascynacją i odrazą jednocześnie. Bo Janek tamtego lata inaczej niż inni widzi świat. Ma sympatię dla nienawiści Fabiana Sulgowskiego, który wszystko i wszystkich ma w pogardzie. On i inni powodują, że Janek znajduje się jakby obok bandyckiego świata. Symbolicznie wskazuje na to kastet, jaki nie pasuje na jego wychudzoną dłoń. Janek może wchłonąłby zło, zgorzknienie i cynizm otoczenia, gdyby… nie wrodzone tchórzostwo, takie przed życiem też. I takie, dzięki któremu po latach Ruczaj powie, że żył dzielnie.

Wspomnienia blakną, ale postać Julii mimo lat wciąż jest wyrazista. Nawet gdy upływa ich sześćdziesiąt pięć, a Janek jest warszawskim taksówkarzem utyskującym na brak nowych przyjemności. Zaznał ich, jednak rachunek zysków i strat jest po latach co najmniej gorzki: „Jestem kolekcjonerem przyjemności, który, być może, został z niczym”. Pozostała Julia. Choćby we wspomnieniu. Taka, obok której wciąż podążał. Idealizowana i wciąż obecna. Ze swoim rewolucyjnym zachwytem, fascynacją poezją Błoka i z blizną, która nabiera znaczenia symbolicznego w momencie, kiedy bliżej poznamy biografię tajemniczej nauczycielki.

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że „Obok Julii” to chyba trochę autobiograficzna powieść Rylskiego. I o wspomnianym Błoku, i o wciąż obecnym na kartach tej książki Hemingwayu autor zdążył nam opowiedzieć w wydanym przed czterema laty zbiorze esejów "Po śniadaniu". Jest Rylski też fascynującym ekwilibrystą słownym. Obok zwrotów typu „konstytuować egzystencjalne trwogi” stoją siarczyste wulgaryzmy. Obok liryzmu, mądrości i niepowtarzalnej nostalgii wspomnień znajduje się proza życia, ze wszystkimi jej brudami i bolączkami. Janek Ruczaj to taki człowiek – zdobywca. Zdobywa samego siebie. Wciąż obok tej, która zapisała mu się w pamięci na zawsze. Starości się nie boi, bo ze starością wciąż był blisko, mieszkając z ciotką i babką. Boi się śmierci po rozstrzelaniu ojca. I nie da się jej łatwo, choć – jak się okazuje – ktoś zginie z jego ręki…

Eustachy Rylski pięknie opowiada o tym, że bez względu na czas i okoliczności każdy z nas ma wybór. Janek wybiera wielokrotnie. Jego znajomi decydują się na wybory jednorazowe, na stabilizację, na zamknięcie się w społecznych i zawodowych ramach. Tymczasem Ruczaj to – podkreśliłem wcześniej -  zdobywca samego siebie. Mężnieje. Staje się prawdziwym mężczyzną. Ucieka światu, etykietkom, konwenansom i wszelkim zasadom. Jest efemeryczny jak jego Julia, choć przecież jesteśmy z nim także wtedy, gdy starość każe mu ciężar życia znosić w dwójnasób. To ciężar przygnębienia i pustki „teraz” oraz kolorytu wspomnień i wrażeń z „kiedyś”. Rylski łączy kilka płaszczyzn czasowych i tematycznych w jedną, doskonałą książkę. Chciałoby się, by polscy autorzy potrafili wyczarować słowem piękne opowieści o tym, co wcale nie jest piękne, a czasami bywa zwyczajne. Janek Ruczaj zwyczajności się nie daje. Rylski nie daje natomiast czytelnikowi satysfakcji odkrycia pełni tego, o czym napisał. Wiele bowiem kryje się w niedopowiedzeniach, choć autor stara się od pierwszej do ostatniej strony refleksje wiązać z życiem. Tym obok. Bo ten przyimek jest ważny nie tylko w kontekście interpretacji tytułu. Wyborna i zacna rzecz. Proza, którą się naprawdę smakuje. I takich smaków jest, niestety, coraz mniej.

Wydawnictwo Wielka Litera, 2013

5 komentarzy:

Dominika Fijał pisze...

Takich smaków jest coraz mniej w twórczości Rylskiego, czy powieściach w ogóle?

Jarosław Czechowicz pisze...

W powieściach w ogóle, niestety...

malignaNT pisze...

jesteś dla mnie (jako recenzent) czymś na kształt substytutu obiektu do lokowania niestałych uczuć, jeśli wiesz co chcę powiedzieć

Wiki pisze...

Mam tę książkę na swojej półce. I czeka na swoją kolej. :)

szukaj mnie we mgle pisze...

Ja byłam pod wrażeniem stylu Rylskiego, sposób w jaki opisuje on świat, zwykłe czynności, dni, jego pióro nadaje wszystkiemu niezwykłości, subtelnego czaru.
pozrawiam