Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2013-07-04

"Ostatni wyścig" Jean Hatzfeld

Wydawca: Czarne


Data wydania: 20 czerwca 2013

Liczba stron: 192

Tłumacz: Małgorzata Kozłowska


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Niepotrzebny nikomu…

Co znaczy Afrykanin, któremu – w każdym możliwym sensie – powinęła się noga? Jean Hatzfeld, autor "Strategii antylop", tym razem pochyli się nad innym niż ludobójstwo afrykańskim problemem. To problem wypadnięcia z gry prowadzonej przez cywilizowany świat, przez majętnych białych, przez silnie kreujące rzeczywistość media; przez wszystko to, od czego czarny człowiek najchętniej ucieka. Tak jak Ayanleh Makeda, etiopski maratończyk, dla którego bieganie było swoistą filozofią, a któremu odebrano los i zastąpiono innym, co przyjął z pokorą i zniknął z życia publicznego.

Hatzfeld w swym fabularyzowanym dokumencie dotknie wielu istotnych problemów współczesności. Wychodząc od nieszczęśliwego przypadku, w wyniku którego Makeda został zdeprecjonowany jako sportowiec nie grający fair, francuski pisarz przechodzi do diagnozy współczesności, jaka nie radzi sobie z nadmiarem bohaterów; tak szybko wynosi ich na piedestał, jak szybko zeń strąca. Najłatwiej zabawić się w ten sposób z czarnoskórym biegaczem. Dlaczego? „My, Afrykanie, boimy się kar wymierzanych przez białych”. Tak mówi bohater „Ostatniego wyścigu”. My, biali, boimy się siły, potencjału i nieprzewidywalności tych z Afryki. Dlatego czasami najlepiej wśród nich znaleźć kozła ofiarnego. Hatzfeld będzie starał się wyjaśnić, co tak naprawdę się wydarzyło wtedy, w Pekinie, kiedy w 2008 roku jakiś czas po spektakularnym zwycięstwie ogłoszono, że Ayanleh Makeda to maratończyk na dopingu.

Biegał z pasją. Codziennie wstawał o 4 rano i brał się za mordercze treningi. Mitologizował bieganie, bo opierał się na wierze w siłę przodków i zaufaniu do tego, co przekazali mu w genach. Makeda starał się pokonywać kolejne kilometry, ale także zwalczać wszelkie opory własnego ciała. Wypracował własny styl biegania. Mierzył się z przestrzenią, czasem i z samym sobą. To, że stał się medialną gwiazdą i znanym sportowcem, to zapewne splot wielu okoliczności, na jakie w pewnym momencie nie miał wpływu. Makeda mógłby swego czasu powiedzieć to, co wyznaje Murakami na kartach "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu". To taka prosta konkluzja – „biegam, więc jestem”. Kim jednak jest Ayanleh Makeda, kiedy francuski korespondent wojenny Frédéric spotyka go na pierwszej linii frontu, gdzieś na granicy Etopiii i Somalii, w pustynnym kurzu, z bronią mechaniczną na ramieniu i z trudnym do zrozumienia wyrazem twarzy? Okazuje się, że zaskakująco łatwo poddał się temu, co zgotował mu cywilizowany świat. Napiętnowany jako sportowiec na dopingu, szybko w Etiopii stracił całą wielkość. Bo to wstyd przyznawać się przed światem, że jakiś Etiopczyk jest nieuczciwym graczem. Ojczyzna Makedy szybko poradziła sobie z nierównością na idealnie światu prezentowanej wizji sportowego ducha, która sugeruje, że Afrykanin nie jest zdolny do oszustwa. Wytyczyła mu nowy los. Inny i całkiem odmienny. Kiedy Frédéric przygląda się komuś, kogo pozbawiono nie tyle zaszczytów i estymy, co możliwości robienia w życiu tego, czego pragnie, postanawia podjąć prywatne dziennikarskie śledztwo. Będzie starał się wyjaśnić, kto i kiedy strącił Makedę z piedestału, ale przede wszystkim zrozumieć, dlaczego biegacz z taką pokorą znosi fakt, iż nigdy nie będzie już mógł robić tego, co kocha…

Dziennikarz z „Ostatniego wyścigu” dociera do ludzi z otoczenia maratończyka. Rozmawia z jego żoną, z duchowym przewodnikiem; udaje mu się dotrzeć także do ówczesnej czeskiej fizjoterapeutki, która w Karlowych Warach zdradza Frédéricowi tajemnicę dnia, kiedy zwycięzca maratonu stał się za chwilę przegranym i kiedy w jego moczu odkryto niedozwolony środek o nazwie furosemid. Z czasem nie prywatne śledztwo dziennikarza wydaje się mieć znaczenie, lecz to, co mówią mu ci, dla których Makeda zawsze pozostanie kimś, kto pozostał czysty, choć świat zbrukał go, naznaczył stygmatem na wieczność. Usunąć za to można samego Makedę. Jeżeli nie w rzeczywistości, to można namieszać w wyobrażeniach rzeczywistości o nim. Dzisiaj nie ma już żadnych wyobrażeń. Kiedyś były podróże, poznawanie świata, smakowanie Paryża i bywanie tam, gdzie znani i cenieni witali przyjaźnie, łaskawie dopuszczając czarnoskórego biegacza z żoną do świata, gdzie bilet wstępu to czasem cena, jakiej wielu nie jest w stanie zapłacić, jeśli chcą żyć potem z czystym sumieniem.

Dramat opisany przez Hatzfelda to dramat człowieka odtrąconego bez słowa. Nikt właściwie nie starał się wyjaśnić afery dopingowej, w której sporo było znaków zapytania. Teraz zamieniają się one w odpowiedzi, ale niewiele z tym można zrobić. Dzisiaj sam Makeda żyje inaczej i nie chce powrotu do przeszłości. Pokorny, pogodzony z losem, wiecznie skryty i nie dający się do końca poznać. Poznajemy jego historię i na pewno zadajemy sobie pytanie o to, ilu takich zdolnych idealistów zniszczył świat, w którym nie liczy się ani talent ani też wiara w ideały… Ayanleh Makeda nigdy nie dbał o to, by było o nim głośno. Nie chciał osiągać sukcesu definiowanego miarą cywilizowanego świata. Nie dążył do doskonalenia za wszelką cenę, pokonania przeciwników za każdym razem, przy każdej biegowej rozgrywce. Był i pozostał pokorny. Jego historii nikt już nie opowie, bo on sam tego nie chce. Tymczasem Frédéric – dziennikarz subtelny, delikatny i bardzo dyskretny – próbuje zrozumieć coś, co wydaje się przecież oczywistością. Świat żądny jest bohaterów, ale takich łatwych, prostych do przyjęcia przez ogół, przewidywalnych i możliwych do sterowania. Świat nie lubi czarnoskórych maratończyków, którzy z lekkością wygrywają  i nie są skażeni showbiznesowym pojęciem o tym, co znaczy naprawdę wygrana. Makeda symbolizuje dramat tych, którzy poddają się niesprawiedliwości, bo nie wierzą, iż cokolwiek jest sprawiedliwe. Zwłaszcza w innym świecie, świecie bogatym, przepełnionym zależnościami i fałszywymi uśmiechami białych, co potrafią zniszczyć, nadal się uśmiechając.

Jean Hazfeld ponownie udowadnia, iż widzi więcej i więcej rozumie. Dla jego rodaków, dla Europejczyków w ogóle, Afryka to wciąż czarny (sic!) punkt na mapie świata, w którym dzieją się rzeczy niewyobrażalne i niezrozumiałe. Tyle tylko, że dzieją się one często w związku z tym, iż niewyobrażalnie dużo zła przenosi się tam, gdzie jego wykładnia jest już inna. Wina i kara w historii Makedy nabierają nowych, nieznośnie niejasnych znaczeń. „Ostatni wyścig” to historia wielkiej przegranej, ale jednocześnie ogromnej siły, dzięki której można przegrać z wdziękiem. Nawet wtedy, gdy ośmieszają, choć niczego nie rozumieją.

3 komentarze:

Ann RK pisze...

Mam wrażenie, że Hatzfeld ma niesamowity dar czarowania swych rozmówców tak, by wyciągnąć od nich słowa, których sami nigdy by nie wypowiedzieli.

Cykl o Rwandzie jest świetny, więc nie wątpię, że i ta książka zasługuje na uwagę.

blannche pisze...

Recenzja lepsza niż książka.
Gdybym nie przeczytała książki z pewnością byś mnie zachęcił, ale przeczytałam i wiem, ze książka jest średnia, niczym szczególnym się nie wyróżnia ... Rzadko zdarza mi się czytać tak długo tak krotka książkę.

Dominik pisze...

Wszystko ładnie, tylko chciałbym zwrócić uwagę na jeden aspekt: ta książka wyszła w serii PROZA ŚWIATA. Dlaczego? Dlatego, że to nie jest żaden dokument, tylko wymyślona historia. DO żadnych świadków Hatzfeld docierać nie musiał, gdyż ich zwyczajnie wymyślił.

Oglądałem na żywo transmisję z maratonu w Pekinie. Samuel Wanjiru (postać równie dramatyczna) zdeklasował tam rywali, nie przegrał z żadnym Ayanlehem Makedą.
Nie znajdziecie też tego nazwiska na listach zwycięzców maratonów z Bostonu, Chicago i NY. Czy ktoś ma dowód na istnienie tego maratończyka?

Więc po co taka mistyfikacja? Po co autor świetnych reportaży pisze powieść udającą reportaż? Chodzi o jakieś umowy z wydawcą, o szybką kasę, o tematykę? Nie wiem, ale dla mnie to fake.