Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2013-11-14

"Palmy na śniegu" Luz Gabás

Wydawca: MUZA

Data wydania: 6 listopada 2013

Liczba stron: 624

Tłumacz: Barbara Jaroszuk

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Utracony raj i zapomniane namiętności

Aby dobrze opowiedzieć o ludzkich namiętnościach, trzeba umieć osadzić je w takim kontekście, by dać czytelnikowi prawdziwą przyjemność odkrywania nie tylko ich głębi, co wewnętrznych sprzeczności i wieloznaczności. Hiszpańskiej pisarce Luz Gabás udało się to znakomicie. Uniknęła patosu, pretensjonalności i ckliwości, bo choć opowiedziała o historii tajemnic skrytych w sidłach uczucia, nie uczyniła z „Palm na śniegu” kolejnej przewidywalnej powieści z oczywistymi rozwiązaniami fabularnymi. To taka książka, która pozostaje w pamięci na długo i nie tylko dlatego, że mocno kontrastuje zimną i śnieżną krainę w Pirenejach z duszną, kolorową i egzotyczną scenerią hiszpańskiej kolonii w Afryce. Gabás w taki sposób opowiedziała o ludzkiej naturze, że pozostawiła nam nie tylko ocenę postępowania bohaterów, ale przede wszystkim zmusiła do tego, by skonfrontować się z tym, czego bezpośrednio nie nazwała, nie opisała. Warto wyjść od symboliki huraganu – życie ludzkie wydaje się być takie, jak to oszałamiające mocą zjawisko atmosferyczne. W spokój wdziera się furia, po której spokój znowu następuje.

„Palmy na śniegu” będą opowiadać o tych momentach pomiędzy. Otwierać furtki, jakich nie otworzyli przed sobą Hiszpanie i tubylcy z Gwinei Równikowej. Sugerować pytania o to, dlaczego między tymi sprzecznościami możemy się odnaleźć. Luz Gabás odkryje nie tylko złożoność ludzkich zamiarów i pragnień gdzieś między chłodem a skwarem; stanie się przewodniczką po świecie tajemnic, które poznaje się tylko dzięki dociekliwości. Bo – jak wspomina Clarence, jedna z bohaterek -  „(…) czasami trzeba umieć pytać, a nie wystarczy przyjmować za dobrą monetę tego, co nam się opowiada”. Ta książka ma urzec zagadkowością i zmusić do stawiania pytań. Jej świat przedstawiony jest malarsko piękny i bogaty w przykuwające uwagę detale. Między nimi jest coś, czego przedstawić się nie da. Zagadka ludzkiej natury, ludzkich słabości i ludzkiego pragnienia odnalezienia raju – w sobie i wokół siebie.

Mamy rok 2003. W prowincjonalnym Pasolobino Clarence odkrywa przypadkiem tajemniczy zapis z listu. Jej ojciec Jacobo i wuj Kilian skrywają przed nią tajemnice, jakie Clarence chciałaby poznać. Dlaczego? Bo nudzi ją przewidywalność drzewa genealogicznego swojego rodu, a przeczytane słowa mogą coś jednak zmienić. Clarence nie zadaje pytań, postanawia poszukać odpowiedzi samodzielnie. Dzięki jednej tylko sugestii postanawia polecieć na Bioko, do Gwinei Równikowej. Oficjalnie – jako lingwistka – jedzie tam badać odmiany hiszpańszczyzny. Naprawdę jednak kieruje się w stronę miejsca, z którym Jacobo i Kilian związali się silnie przed pięćdziesięcioma laty. Na tyle silnie, by świat stamtąd pozostał z nimi na zawsze mimo powrotu do Hiszpanii, który dla każdego z braci odbył inaczej. Ci typowi Hiszpanie z gór są skryci i milczący. Noszą w sobie jednak historię, jaka wciąż jest w nich żywa. I nie jest tak, jak mówi Kilian, że „odległość pozwala kontrolować emocje”. One wciąż w nich są i nigdy nie zgasną. Mogą się pojawić w najmniej spodziewanym momencie. Żaru namiętności i grozy popełnionych błędów nie usunie z ich świadomości czas. Tymczasem Clarence postanawia zrozumieć to, co przeczytała i dowiedzieć się, co z minionego życia w hiszpańskiej kolonii afrykańskiej wciąż tkwi między braćmi, dzieląc ich i jednocząc w smutku, melancholii i w wyrzutach sumienia.

Kiedy młody Kilian wyjeżdżał w 1953 roku z Pasolobino, była to jego pierwsza dłuższa podróż. Od razu na jedną z wysp Gwinei Równikowej, wtedy tylko kolonii hiszpańskiej bez prawa do samostanowienia o sobie. Przewodnikiem był starszy brat Jacobo. On pokazał mu odmienne, nowe życie. Tyle tylko, że tę nowość przeżył po swojemu sam Kilian i to na własnych zasadach mierzył się z innym, trudnym przecież życiem na plantacji kakao. Wyspa Fernando Poo stała się dla braci przestrzenią, w której żyli latami inaczej, zapominając o Pasolobino, o śniegu, o chłodzie – tym atmosferycznym i tym w relacjach międzyludzkich, których afrykańskie otwarcie pozbawiało znamion czegoś opresyjnego. Kilian wdraża się do ciężkiej pracy i obserwuje brata. A ten jest impulsywnym lekkoduchem o rasistowskich przekonaniach. Fernando Poo to miejsce, które można wykorzystać. Żyć pełną piersią tak, by brać z życia to, na co nie pozwalano w Hiszpanii. Kilian tymczasem, różny przecież od brata w swej uważności, karności i obowiązkowości, zagłębia się w życie tubylców; chce poznać ich kulturę, wierzenia, zbliżyć się do obcego mu świata, nad jakim nie można panować tylko dlatego, iż jest się białym, ale który należy poznać, bo Hiszpanie to goście na gwinejskiej ziemi. Niczego tak naprawdę o niej nie wiedzą, choć czują się jej panami.

Rozgrywające się w Afryce dramaty Gabás stopniuje w taki sposób, że wciąż – wraz z Clarence – zadajemy sobie pytania o to, co tam w przeszłości się wydarzyło, do ostatnich stron nie znajdując pełnych odpowiedzi. Namiętności, jakie staną się przyczyną wielu dramatów, hiszpańska pisarka przedstawia w sposób niejednoznaczny. Czytelne są symbole. Tytułowe palmy w rozumieniu rdzennych mieszkańców Gwinei znamionują zmartwychwstanie i zwycięstwo nad czasem. Coś na kształt powstania z martwych zrealizuje się w kilku pojęciach. Upływ czasu nie przyniesie natomiast zapomnienia, a zwycięstwo nad nim osiągnie prawda, o której w końcu wszyscy muszą się dowiedzieć.

Nie dowiadujemy się od Gabás wszystkiego; jej książka trzyma nas w napięciu na styku dwóch kultur. Obrazuje dwa zmieniające się światy – dążącą ku nowoczesności Hiszpanię i cierpiącą w swej naznaczonej krwią i okrucieństwem niepodległości Gwineę Równikową. Państwo, które nie mogło się odnaleźć w prawdziwej wolności, choć tak bardzo jej pragnęło…To książka o kontrastach i o uczuciach, jakie kontrastują ze sobą silniej niż palmy i śnieg, a pojawiają się równocześnie, znienacka; każą radzić sobie z tym, co niepojęte i z tym, czego nie wyjaśni żadna szerokość geograficzna. „Palmy na śniegu” to epicka historia o winach, grzechach, wyrzutach sumienia i o miłości, jaka nie zna granic. O czasie, jaki ma się dopełnić; o transcendencji trochę, bo przecież mamy duchy, wierzenia i sygnały interpretowane często nie tak jak trzeba. To opowieść o tym, dlaczego w życiu uciekamy i dlaczego wciąż wędrujemy, szukając stale czegoś, od czego się oddalamy. Luz Gabás wnikliwie penetruje mikrospołeczności w różnych miejscach, różnych czasach i daje nam – jak wspomniałem – opowieść, w której wciąż będziemy pytać, stale nie znajdując odpowiedzi. Ta historia przedstawia czas, gdy bujnie kwitły uczucia niczym roślinność w egzotycznej dżungli i czas, kiedy lodowaciały one tak jak wzgórza Pasolobino pokryte śniegiem. Między spokojem a furią huraganu ukryte być może coś jeszcze. W „Palmach na śniegu” szukać będziemy tego, czego nie jest łatwo znaleźć. W zadumie nad tym, jak wiele gorąca i wiele cierpienia może przynieść miłość i przywiązanie do ludzi oraz miejsc, do jakich nie powinno się przywiązywać…


PATRONAT MEDIALNY

2 komentarze:

Anita Karpińska pisze...

Dziękuję za recenzję. Pomocna.

lozap.blogspot.com

renee Fernandes pisze...

Cudowna recenzja