Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2014-08-21

"Jetlag" Michał R. Wiśniewski

Wydawca: Wydawnictwo "Krytyki Politycznej"

Data wydania: 4 lipca 2014

Liczba stron: 262

Oprawa: miękka

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Furrysi, nieistnienie i chaos

Młoda proza polska przestała być gniewna. To, co opisuje, to świat chaosu, smutku, rozwlekłej melancholii i bycia bez znaczenia, bez celu, bez iskry witalizmu tak przecież charakterystycznego dla młodości. "Jetlag" wpisuje się w to utyskiwanie na świat bez konturów i ludzi bez charakteru. Dodatkowo wbija się również w modny od lat nurt powieści o doświadczeniach pokoleniowych tych wszystkich młodych, których łączy być może jedynie czytanie danej książki albo i nie. Zaskakująca jest ta tendencja nazywania problemów w konwencji przeżycia jakiejś grupy. Pokolenia nazywane były różnie albo też funkcjonowały bez nazwy. Wiśniewski próbuje opowiedzieć o doświadczeniu rzekomo pokoleniowym po Nahaczu, Czerskim czy po autorkach jednego tytułu jak Ożarowska i Porębiak.

"Jetlag" jest z pewnością pewną panoramą i przygnębiającym obrazem poszukiwania sensu w świecie relatywizmu oraz złudy, ale trudno jest mi orzec, do kogo autor kieruje tę książkę. Bo że odbiorcą ma być czytelnik, świadczy bezpośredni zwrot do niego już na początku. Grupa docelowa może być dość nikła tak jak wątła jest cała fabuła oparta na poszukiwaniu sensu i odkrywaniu tajemnic spotkań grupy furrysów, gdy jedna z ich przedstawicielek - z maską królika na głowie - pozostawia ślad... w ścianie. Takie to zabawy nowoczesnych i kreatywnych, bo współczesne listy w butelce to wmurowane w beton elektroniczne nośniki danych, do których z niewiadomych powodów mają podłączać swoje przenośne urządzenia ci, co nie widzą innych rozpaczliwych znaków SOS nadawanych z otoczenia, z jakiego są wyjęci tak jak wszyscy bohaterowie tej opowieści.

Główny bohater jest nieszczęśliwym i zagubionym w sobie dzieckiem miasta, które wynajmuje dwadzieścia metrów kwadratowych własnego szczęścia, a czas spędza głównie w pracy, gdzie klikając na klawiaturze, zwiększa PKB. Powiększają się także kompleksy i irytacje. Towarzystwo, które otacza bohatera, wydaje się przewidywalne; to wciąż ci sami ludzie, snujący te same jałowe opowieści i tak samo starający się wydać oryginalnymi w świecie, w którym nie ma już oryginalności, bo wszystko jest powtórzeniem, wtórnością, wszystko z czegoś wynikło i donikąd zmierza. Nasz prowadzący przez tę narrację jest mistrzem zapominania w nadmiarze bodźców. Bo tylko tak można egzystować w świecie, który rodzi się i umiera w ciągu jednej doby, nie niosąc za sobą niczego trwałego, wartościowego, godnego uwagi. Bohater ściąga więc dane z nośnika, który ktoś zainstalował w ścianie, by odkryć tajemnicze zdjęcie. Znajomi chętnie zaangażują się w odkrywanie, kim jest dziewczyna w masce królika, bo nie pozostaje już nic innego niż wkręcenie się w czyjąś ekstrawagancję i dziwność. Budowana intryga nigdzie jednak nie prowadzi, a chaotyczne działania sportretowanej grupy znajomych i ich znajomych, mają w sobie niemoc wirtualnych awatarów, które domagają się działania ze strony mocy z zewnątrz, jaka je stworzyła i nimi kieruje.

Co łączy większość z tych za późno młodzieńczych i za wcześnie dorosłych? "Nigdy się nie spotkacie, nigdy nie dowiecie się o swoim istnieniu. Dzielą was kilometry światłowodu, łączy zaś ślepy los maszyny losującej graczy do bitwy online na serwerze sieci playstation". Rzeczywistość redukowana jest do praw rządzących w sieci. Marionetkowość tych, co żyją, staje się odbiciem iluzorycznych bytów, za które starają się być odpowiedzialni przy komputerach. Elektronika, chaos i pustka. Pokolenie dorastających mężczyzn, co nie zaznali służby wojskowej, walczy w wymyślonych wojnach paintbolowych. Dorośli po hobbicku, czyli dopiero po ukończeniu trzydziestego trzeciego roku życia, żadną miarą nie są dorośli. Zabawy w koniec świata, w przebieranki, wirtualne boje. W świecie szczątkowej komunikacji, gdzie mailowanie jest już archaizmem, bo o czymś takim jak list nikt nie pamięta. W świecie, w którym jedynym buntem może być usunięcie swojego profilu na fejsbuku i gdzie panuje deficyt osobowości, bo żeby ją mieć lub odzyskać, trzeba zdobyć kostium... człowieka. Wzorce osobowe dołączane gratis. Nie dla każdego dostępny.

W tym świecie egzystują gdzieś na peryferiach ludzie, o których Wiśniewski tylko przelotnie wspomina, ale wprowadzanie tych postaci do fabuły niewątpliwie ma wyraźne znaczenie. Mamy dziewczynę gardzącą człowieczeństwem i miłującą zwierzęta tak mocno, jak mocno uwiera ją traumatyczne przeżycie z dzieciństwa, kiedy to zabiła kurczaka. Mamy młodzieńca-dziecko wolności, urodzone w chwili upadku komunizmu, wybierające w sposób wolny i nieskrępowany... grzmocenie w Bombermana przy komputerze. Są onaniści - niespełniony pisarz czy marynarz z dala od domu. Jest nękający ojca w Internecie syn. Sporo jest, nie ma tak naprawdę nic. Bo świat z "Jetlag" jest nieświeży, wczorajszy jakby, nie zasadza się w przyszłości. Pojawia się moda na nieistnienie. Nie ma nas, choć staramy się ze wszystkich sił udowodnić przede wszystkim sobie, że jest inaczej. Interesująca teza w tej niezbyt ciekawej narracji. Pytanie brzmi: stworzone przez Wiśniewskiego nieistnienie ma być kolejnym przejawem smutnych mód czy jedynie pozą, na której zasadza się cała jego książka?

Jedna z bohaterek zadaje następujące pytanie: "Mamy technologię i informacje o wszystkim. Czemu jest coraz gorzej?". Tak jakby z nowinkami technologicznymi miał do nas docierać dobrobyt i poczucie sytości świata, a życie miałoby stawać się lepsze. Technologie są martwe, natłok informacji czyni w mózgach spustoszenie. Walczący o samych siebie bohaterowie książki mają poczucie, że ktoś okrutnie się zabawił, projektując ich świat i pociągając teraz za sznurki, bo przecież wszyscy jesteśmy marionetkami w teatrze tajemniczego reżysera. "Jetlag" to dowód na to, że wciąż powtarza się to samo, mając nadzieję na wysłuchanie. I przecież to bardzo smutne, że nadal wydawane są książki o podobnej tematyce i niczego one nie zmieniają. Co jest celem portretowania wciąż pokoleń, które nie czują żadnej jedności? Alarmowanie? Diagnozowanie bez konieczności działania? Może zwyczajne wyżywanie się na własnej niemocy twórczej? Michał R. Wiśniewski próbuje być może wszystkiego jednocześnie. Żadna z jego motywacji nie jest dla mnie czytelna.

Brak komentarzy: