Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2015-03-05

"Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro" Karolina Domagalska

Wydawca: Czarne

Data wydania: 18 lutego 2015

Liczba stron: 208

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Alternatywy, by pokochać

Zaskakująca może być świadomość, że jest się jednym z pięćdziesięciorga rodzeństwa, prawda? A bycie ojcem setki dzieci? Tak, to możliwe. To in vitro, nowy oręż medycyny dla tych wszystkich, którzy z różnych powodów nie mogą doczekać się potomka poczętego w sposób tradycyjny, na drodze aktu seksualnego. Reportaż Karoliny Domagalskiej wraz ze swoimi tezami i sugestiami nakreśla zarys nowych czasów, w których tradycyjna rodzina nie jest już czymś oczywistym i gdy późne macierzyństwo to coraz częstsza praktyka - głównie tych kobiet, które z różnych względów nie decydują się na dziecko wcześniej i nie mogą go powić później, gdy czują, że to właściwy moment. Nowe czasy to także coraz częstsze odchodzenie od idei macierzyństwa i przekonanie, iż posiadania dziecka niekoniecznie jest życiowym celem. Obok kobiet i mężczyzn, którzy świadomie nie chcą zostać rodzicami, znajduje się grupa zdesperowanych i cierpiących. Gotowych na wszelkie poświęcenia dla potomka będącego priorytetem.

"Nie przeproszę, że urodziłam" prowadzi nas przez skomplikowany świat przeżyć tych wszystkich, którzy zdecydowali się na zapłodnienie in vitro. Wychodząc od medycznej historii, autorka ujawnia rozmowy z ludźmi odpowiedzialnymi za działania w obrębie medycyny reprodukcyjnej oraz śledzi trudne często losy tych, dla których staranie o dziecko to nieustający bój, hormonalne wojny, niepewność i zatroskanie oraz dylematy, z jakimi mierzy się każdy człowiek świadomy tego, iż dziecko powstanie w zupełnie inny sposób. Ten sposób zostawia ślad już w komórce jajowej, potem w macicy, następnie w całym życiu. Zwłaszcza wtedy, gdy dziecko chce poznać swą tożsamość, a musi pogodzić się z faktem, że zostało pozbawione jednej gałęzi drzewa genealogicznego.

Domagalska sporo podróżuje, zbierając materiały do książki. Zwraca uwagę, że ta metoda leczenia bezpłodności jest wciąż nowa i mocno kontrowersyjna. Pierwsze dziecko powołane do życia metodą in vitro urodziło się w 1978 roku, pierwsze takie polskie - dziewięć lat później. Czas mija, zmienia się zapatrywanie, coraz częściej widzi się w in vitro przyszłość i spełnienie dla wszystkich cierpiących z powodu bezdzietności. Karolina Domagalska odwiedza Danię, Izrael czy Ukrainę, a wszystko w konkretnym celu - by zarysować złożoną problematykę zjawiska i pokazać, co czują szczęśliwi rodzice, na zawsze jednak naznaczeni przez niepewność tego, o co ich dziecko zapyta w przyszłości.

W Danii można sobie wybrać tatę niczym produkt z katalogu. To tam zatrzymujemy się na dłużej i zastanawiamy nad kondycją dawcy, który może zdecydować o swojej anonimowości. Dawcy spermy deklarują, że ich przyszłe dzieci mogą wyruszyć na poszukiwania ojca, kiedy tylko staną się pełnoletnie. Domagalska dotyka w rozmowach drażliwego tematu związanego z tym, w jaki sposób i czy w ogóle informować potomka o sposobie jego poczęcia. Rola ojca nazywanego bezpieczniej dawcą też nie jest do końca sprecyzowana. Ten, który decyduje się na jawność swoich danych, może oczekiwać w przyszłości na kontakt bardzo licznej grupy ludzi albo też takiego kontaktu się nie doczeka. Rozmówcy Domagalskiej wyraźnie sprzeciwiają się mitowi mówiącemu o tym, iż brak ojca bardzo krzywdzi dziecko. W jednym z cytowanych maili pojawia się następująca konstatacja: "Ojciec to nie tylko społeczna konstrukcja, to też genetyka". Opisywane są modele rodzin, w których bezpłodny ojciec nie czuje się kimś gorszym. Poznamy też historię teścia obdarzającego synową nasieniem, ponieważ jego syn nie mógł przyczynić się do powstania nowego życia. Genotyp a ojcostwo - nad tym także rozmyślają bohaterowie reportażu. Zwracają uwagę na wiele bolesnych konsekwencji braku informowania dzieci o tym, w jaki sposób powstały.

Sam problem dziecka z in vitro też jawi się w kilku różnych od siebie sytuacjach. Przeciwnicy tej formy zapładniania utrzymują, że to proces projektowania dziecka i wybierania sobie dogodnego czasu na macierzyństwo, co w gruncie rzeczy prowadzi do tego, iż granice ingerencji w ludzkie komórki rozrodcze wciąż się przesuwają. Karolina Domagalska pokazuje, jakim zbawieniem mogą być możliwości medycyny reprodukcyjnej dla wszystkich tych kobiet, które mimo splotu nieszczęśliwych wypadków nadal uważają macierzyństwo za priorytet. A przecież jest ono sprawą nadrzędną dla ludzkości, więc dlaczego znane i opracowane możliwości nie mogą w tym pomagać?

Kiedy chęć posiadania dziecka wydaje się nie do zwalczenia, coraz więcej bezpłodnych kobiet i mężczyzn rozważa opcje, dla których w Polsce nie ma aż takiego przyzwolenia społecznego jak choćby na zachodzie Europy. Ważna jest zatem polska publikacja, która w swej dyskrecji niczego tak naprawdę nie sugeruje, tezy zaznacza bardzo delikatnie, wnioskowanie pozostawia w dużej mierze czytającym. "Nie przeproszę, że urodziłam" to solidne kompendium o in vitro. Wkraczające w codzienność wielu wątpliwości, bo przecież dzieci mogą zadawać w przyszłości pytania, których nie stawiały sobie ich matki. Domagalska wplata w reportaż dramatyczne relacje ze zmagań obojga nieszczęśliwych rodziców. To nie jest tak, że płaci się za odpowiednie zabiegi, i ma się "zaprojektowane" dziecko. To dziecko powstaje nieco inną drogą, ale potem, po latach okupionych poświęceniem, może być naprawdę kochane i szczęśliwe także w związkach rodziców jednopłciowych, którym duże udogodnienia w macierzyństwie oferuje na przykład Izrael.

Czasy są zmienne, a te dzisiejsze nastrajają do smutnych refleksji o tym, że mimo wielu udogodnień jest nam w zasadzie coraz trudniej w ramach dnia codziennego. Karolina Domagalska pokazuje, jak mocno zawężają się te ramy dla samotnych kobiet, smutnych małżeństw bezdzietnych, dla czujących gorycz związków gejów i lesbijek oraz dla wszystkich tych, dla których macierzyństwo jest stanem, o jaki trzeba powalczyć. Czasami miesiącami, czasami przez lata. Dumne mamy po zapłodnieniu in vitro nie będą się wstydzić za to, że dały życie w niekonwencjonalny sposób. Ten reportaż ma kreślić coraz szersze dziś granice pojęcia rodzica i odpowiedzialności za własne dziecko.

2 komentarze:

Kasiek pisze...

Szykanowanie dzieci z in vitro w jakikolwiek sposób jest dla mnie tak samo nieludzkie, jak kiedyś gorszy status dziecka pozamałżeńskiego. Nie rozumiem tego. Sama nie mam parcia na dziecko ale nie mogę potępić ludzi którzy chcą mieć dziecko i sięgają po taki środek, który nie robi krzywdy, nie jest niemoralny.

Sylwia P pisze...

Aż przypomina się głośna sprawa z hierarchą kościoła, który twierdził,że dzieci " z in vitro" mają charakterystyczną bruzdę na czole i po tym można je poznać. Wstyd!
Na książkę czekam. Świetna recenzja.