Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2017-01-23

„10 grudnia. Opowiadania” George Saunders

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 12 października 2016

Liczba stron: 316

Przekład: Michał Kłobukowski

Oprawa: twarda

Cena det.: 29,99 zł

Tytuł recenzji: W stronę wolności

Wszechobecne zachwyty nad narracyjną dezynwolturą George’a Saundersa przypominają nieco te dotyczące twórczości Davida Fostera Wallace’a. O ile jednak żadnej książki tego drugiego nie udało mi się doczytać do końca, o tyle jestem w stanie zrozumieć awangardowe sztuczki autora „10 grudnia”, który – podobnie jak Wallace – pokazuje, że być może trzeba nam dzisiaj innej literatury. Czy peany na cześć tego typu narracji są pewnego rodzaju snobizmem – to już inna sprawa. Faktycznie jednak oczekujemy od form narracyjnych nie tyle zaskoczenia, ile swego rodzaju znokautowania. Saunders wytycza nieczytelne kierunki, w związku z tym o zbiorze jego opowiadań można napisać setki esejów interpretacyjnych albo uznać, że jest się uwiedzionym, tylko nie do końca wiadomo czym. Dla mnie dziesięć tekstów amerykańskiego autora to zbiór zdecydowanie nierówny. Są w nim teksty doskonałe – przy omówieniach wypada wskazać swój ulubiony, w związku z tym stawiam na „W domu”, co uzasadnię potem. Są też takie, w których tłumacz powinien domagać się dodatkowego honorarium – jak „Moje rycerskie fiasko”, współczesny epos rodem ze średniowiecza, w którym Saunders zwyczajnie sobie gdzieś odpływa. Przyznam, że zadanie Michała Kłobukowskiego było niezwykle trudne, i zauważyłem, że dostaje mu się od wszelkiej maści znawców czułych na niuanse angielszczyzny. „10 grudnia” to wyzwanie translacyjne, ale także czytelnicze. Trudno unieść ciężar proponowanych nam wizji i interpretacji świata. Z jednej strony na każdym kroku czujemy, że to wszystko, o czym czytamy, jest absolutnie amerykańskie. Z drugiej jednak – Saunders symbolicznie opowiada o opresyjnych formach niewoli i sugeruje nam drogi ucieczki tej wolnej istoty ludzkiej, dla której nie ma możliwości odnalezienia spokoju pośród kodyfikacji i zasad życia dyktowanych przez innych.

Autor portretuje outsiderów i ludzi z różnego rodzaju marginesu albo takich, których życiowe spełnienie to suma nagromadzonych frustracji. Mamy więc tych, których proste i nieudane życie dopełnia się na ich własne życzenie, albo takich, którzy nie sprostali wymaganiom. Poczynając od nastolatki z opowiadania „Zwycięska runda”, która ma być doskonała i ułożona nawet w chwili walki o życia, skończywszy na starszym mężczyźnie z narracji tytułowej, który zamiast pożegnać się z życiem w odruchu ludzkiej solidarności i śladowej empatii, ratuje od śmierci młodziutkiego chłopca. Saunders portretuje także amerykańskie rodziny ze wszystkimi ich wstydliwymi sprawami oraz relacje synów z matką. Te czytelnie zaznaczają się w wielu tekstach, świadcząc o tym, iż autor – interpretując i kontestując nakreślone biografie – zawsze zaczyna od pewnego początku, sygnalizuje ślad po stworzonych z czasem traumach.

Bliskość matki stale odczuwa więzień poddawany eksperymentom związanym z kontrolowaniem emocji i uczuć („Ucieczka z Pajęczej Głowy”). Wspomnienie matki wiąże się ze śladem tego, co kiedyś było stabilne i uporządkowane, a co zabrała chwila, w której cegła wylądowała na głowie drugiego uczestnika bójki. Za matką tęskni również Al Roosten, pozornie uczciwy i prawy, z obrzydzeniem jednak patrzący na wszelkie formy ubóstwa i żebractwa. Matka była dla niego pewnym początkiem. Pokazała drogę. Pozostaje we wspomnieniach, ale już tylko jako mglisty ślad po zgubionym azymucie. Podobnie więź z matką funkcjonuje w ostatnim, tytułowym opowiadaniu. Szczególnie skomplikowany obraz relacji syna z rodzicielką niesie wspomniany już przeze mnie tekst „W domu”.

Owa najciekawsza narracja portretuje kondycję weterana wojennego, którego zasługi dyskredytuje ślad po sądzie wojennym. Amerykański ogląd sytuacji byłego wojskowego świetnie obrazują wieczne podziękowania za służbę i lekka bezradność w określeniu tego, którego konfliktu zbrojnego ta służba miałaby dotyczyć. Przepełniony goryczą i frustracją bohater zderza się z dwiema drogami życia przyjętymi przez bliskich z dala od wojennego frontu. Matka ze swym partnerem staje przed katastrofą eksmisji. Młodsza siostra wiedzie satysfakcjonujące i syte życie w domu, którego ramy są dla członków rodziny zamknięte. To doskonały tekst o zatomizowaniu ludzkiej jednostki, o traumatycznym rozpadzie rodzinnej bliskości i o pokłosiu niezrozumienia pozwalającego na życie w światach równoległych. W tym znaczeniu „W domu” to opowieść nie tylko o przestrzeniach, ale także o rujnowaniu czegoś wspólnego, z czego wydobyli się ludzie tak obcy później. Saunders oryginalnie zastępuje wulgaryzmy, czyniąc z tekstu ironiczny wytrych do tego, jak nazwiemy świat po prywatnej destrukcji. Rola wulgaryzmów i neologizmów jest w całym zbiorze niezwykle istotna. Opowiadając o deficytach oraz utratach, George Saunders wzbogaca narrację tym, co zasadniczo uznawane jest za przejaw zubożenia języka potrzebnego do wyrażenia owych utrat. Gry słowne budują specyficzne napięcie w każdym z tekstów, ale przede wszystkim zaznaczają tę nieprzystawalność narzędzia do opisu rzeczywistości z jej skomplikowanym charakterem.

Są też w tej książce rodziny, które usiłują trwać i być zjednoczone. Wymaga to wysiłku oraz wzajemnych wyrzeczeń. Czasami odbywa się to w groteskowej (Zabrakło jakiegoś słowa). Czasem o rodzinie więcej powiedzą dwa patyki niż pamiętnik prowadzony przez udręczoną głowę tejże, która kalekim językiem usiłuje stworzyć ślad jałowej egzystencji dla kolejnych pokoleń. Mogą one żyć w sposób jeszcze bardziej jałowy. Najbardziej jednak – portretując zbiorowości i jednostki – uderza powtarzane przez bohaterów opowiadań stwierdzenie o tym, że otaczający świat jest piękny i stwarza możliwości. To bardzo ironiczne, niekiedy przepełnione złośliwością stwierdzenie. Nikomu nie jest dobrze, a odwołanie do truizmu ma przypominać, że coś poszło nie tak, ale przecież nie ze światem. Czy Leibniz nie plunąłby z pogardą na rzeczywistość, w której miotają się bohaterowie Saundersa? Być może. Ale i tak najważniejsze jest to, że nigdy nie wyjdziemy poza uwarunkowania, które nas stworzyły. Kiedy bezpieczne ramiona i wzrok matki już nas nie obejmują, pozostaną jedynie pustka i chaotyczne miotanie się w tym, co pozostało po wrażeniu porządku. 10 grudnia” to mroczny zapis traum, które przekazujemy następnym pokoleniom. Czasem jest to bieda, czasem inna forma patologii. A jednak możemy się ratować i może nieprzypadkowo tytułowe opowiadanie zamykające zbiór snuje fantazje o tym ratunku. Czy Saunders jest pesymistyczny? Niekoniecznie. Jest eksperymentatorem formy. Treść zapełniają opowieści o nieudanych eksperymentach, które przeprowadzili w swoich życiach jego bohaterowie.

Te opowiadania portretują problemy poprzez zarys rozmów, zdarzeń czy nakreślanie toksycznych często relacji. Jednocześnie wychodzą poza wszelką oczywistość, drażnią i prowokują wieloma zdaniami. George Saunders zderza ze sobą kilka światów równoległych tylko po to, by pokazać, ile pęknięć ma ten rzeczywisty. Także język służący do jego opisu. „10 grudnia” to wyzwanie, ale i książka autotematyczna, o samej istocie budowania konstruktywnej narracji. Przyznam, że ta estetyka nie przekonuje mnie do końca. Nie można jednak odmówić słuszności tezom, że na każdym etapie życia i w każdym możliwym nieszczęściu szukamy jakiejś alternatywy. Nie godzimy się na to, co mamy, i sposób, w jaki mamy to opisać.

Brak komentarzy: