Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2018-07-12

„Żywego ducha” Jerzy Pilch


Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 4 lipca 2018

Liczba stron: 200

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: W obliczu osobności

Bałem się, że po „Portrecie młodej wenecjanki” może być już tylko gorzej. I nie jest wcale dobrze. Jerzy Pilch proponuje nam kolejną gorzką, tonącą w mroku i autoironii książkę z dość ciekawym pomysłem, ale fatalną realizacją. Książkę w dużej mierze o niczym. A przecież dość inteligentnie wychodzącą od pewnego rodzaju nicości, bo otrzymujemy krajobraz po apokalipsie, czyli ocalały świat bez ludzi, na którym ostał się jedynie narrator tej prozy. Jeśli ostatni człowiek na Ziemi miałby do powiedzenia to, o czym czytamy, faktycznie nie można ubolewać nad tym, że jako ludzkość kiedyś znikniemy. Żywego ducha” to gawędy, dygresje i opowieść o różnego rodzaju imaginacjach. Sartre w tym świecie byłby szczęśliwy. Nie ma już innych. Jest eksploatowane, trochę w formie ironicznej, trochę w stylistyce literackiej autoadoracji, ustawicznie podkreślane i analizowane „ja”. Czytelnik unieszczęśliwia się na równi z opowiadającym, któremu – naprawdę czytałem uważnie – nie wiadomo o co dokładnie chodzi. O diagnozę opustoszałego świata? Analizę własnej kondycji egzystencjalnej, w której rozważania autotematyczne o statusie twórcy niczego zajmującego nie proponują? O podzielenie się tym rodzajem lęku, który dużo wyraźniej wydobywa się wtedy, gdy zostanie nakreślona ta tragikomiczna osobność? Coraz bardziej zaciera się tu jakakolwiek wyrazistość. Kompletnie nie mamy pojęcia, ku czemu ta książka zmierza. To, co może przy niej zatrzymać, to wyjątkowo sugestywne portretowanie ludzkiej samotności. Smutne, przekonujące i wywołujące stan czytelniczej apatii.

W nakreślonej wizji rzeczywistości nie chodzi tylko o osobność, lecz także o taki obraz apokalipsy mentalnej, którego nie można do niczego porównać, bo jest wyjątkowo subiektywny. Narrator korzysta ze świata, gdzie nie ma już nikogo, kto wyznaczałby granice, ustalał normy, pilnował porządku i był bacznym obserwatorem działań tego, który pozostaje sam ze sobą, ze swoimi wyborami – można wynieść z księgarń czy sklepów papierniczych tyle dobra, ile dusza zapragnie. Pozostają jednak w pamięci i wyobraźni te elementy rzeczywistości, które nakazywały jakieś posłuszeństwo, socjalizowanie się, określanie swojej roli i swojego znaczenia w kontekstach oraz relacjach. Teraz jest już tylko samotność. Uzasadniona tutaj, ale głębsza przede wszystkim dlatego, że nie ta wybrana i ceniona, lecz atakująca bezkompromisowością, nieuniesieniem jej, trudem wytrzymania w takim stanie, odczuwaniem wyobcowania jako boleści.

W tym znaczeniu „Żywego ducha” to naprawdę przejmująca książka. Świadectwo niepogodzenia się z tym, że choroba i jesień życia mogą być tak przenikliwie destrukcyjne. Narrator trzyma gardę i nie poddaje się jeszcze. W zasadzie niewiele obchodzi go los całej ludzkości, która wyparowała. Istotniejsze są po niej ślady – literackie, malarskie, kulturalne i ponadczasowe. Pilch odczytuje sobie na nowo „Wydarzenie” Guido Morsellego, odnajdując nowe interpretacje właśnie dzięki stworzonej dla siebie fikcji literackiej. Ze stanem egzystencjalnego niepokoju w sytuacji hipotetycznego osamotnienia na globie korespondują także książki, które wymieniane są tu w ważnym, choć specyficznie ironicznym kontekście. Pozostaje jednak człowiek, twórca, samotnik i kreator literatury jakby jednoosobowej, z pisarzem i odbiorcą w jednym. Wiem, wszystko w ramach luźnej konwencji spierania się o istotę pisania i autor mimo wszystko pokazuje, że zachowuje resztki poczucia humoru i że zgryźliwość nie jest dowcipem, ale konsekwencją oddalenia się od dowcipnego świata.

Takie to zatem pisanie dla samego pisania. Można odnieść to wrażenie, starając się ze wszystkich sił uchwycić któregoś rozdziału, trzymać mocno jakiegoś ważnego akapitu. Po to, by rozpaczliwie szukać celowości kolejnych. Ich zasadności oraz konieczności napisania. „Żywego ducha” to doskonała próbka stylu i frazy, którą z radością przyjmą wielbiciele pisarza. Mam jednak wrażenie, że wychodząc od ciekawej metafory bycia jedynym i wyobcowanym, Pilch proponuje ostentacyjnie skupioną na sobie narrację będącą sentymentalnym powrotem do czasu minionego oraz próbą uporządkowania sobie tego, kim się jest dla siebie w momencie trudnej konfrontacji. Bo można fantazjować o tym, czy smutny narrator nie jest rzeczywiście w stanie, w którym obecność drugiego człowieka jest dla niego już jakąś abstrakcją. Ludzi wokół nie ma, odeszli razem z pewnymi przemyśleniami, przeżytymi emocjami i światopoglądem. Jego część jest już archaiczna. Jak dziewczyny, z którymi tak ochoczo można było kraść piękne chwile, a dziś tych kobiet nie ma, niektóre nawet umarły ze starości.

Ciekawy jest sposób, w jaki autor rozlicza się tym razem ze stosunków damsko-męskich, zawsze w jakimś stopniu naznaczających jego pisanie i niejednokrotnie wywołujących kontrowersje lub żywe dyskusje. Tutaj mężczyzna Pilcha jest nie tyle pod butem kobiety, ile przede wszystkim oddalony od wszystkiego, z czym kojarzyła mu się sfera kobiecości. Wspomina defekty swoich żon i spotyka kobietę, która potrafi deprecjonować w mocno obcesowy sposób. Kobieta i sfera wolności wyboru, za którą stała jednocześnie pewna sentymentalna chęć odkrywania świata gdzieś pomiędzy granicami płci, tutaj staje się jednym z wielu dręczących wyrzutów sumienia. Wspomnień, z którymi jakoś trudno sobie poradzić. Ale równocześnie – jak każdy wątek tematyczny – dość mocno rozmywa się to w morzu dodatkowych dygresji i cały ten świat opowieści wydaje się równie niewiarygodny jak stworzona w wyobraźni rzeczywistość bez ludzkości. Czemu zatem zawierzyć? Co uznać za istotne i zapadające w pamięć po lekturze?

Zastanawiające może być jeszcze akcentowanie tego braku przynależności twórczej czy intelektualnej, mentalna osobność, dla której zawsze znajdowało się uzasadnienie. Tym razem – jak wszystko wokół – staje się ona dość opresyjna i „Żywego ducha” to taka książka o tym, że w pewnym momencie naszego życia możemy być absolutnie wyobcowani, sami ze sobą, z gorzkim bilansem życiowych zysków i strat. Na ile można się tym wszystkim przejąć, to już inna sprawa, bo każda książka Jerzego Pilcha jest przecież specyficzną grą z czytelnikiem. Tu jednak zasady tej gry i kreacji świata przedstawionego trzymają od początku do końca na dystans. Ta narracja dotyka wielu problemów, ale o żadnym właściwie nie rozprawia. Nie wiem, czy ma nas zawieszać w pustce egzemplifikowanej światem bez ludzi. Nie wiem, czy to był dobry pomysł, by tworzyć dość intrygujący koncept, ale zamurować go słowami niewiele ze sobą niosącymi. Niczego nowego. Niczego naprawdę skupiającego uwagę. Przykro jest sądzić, że Pilch nie ma nam już nic ważnego do powiedzenia, ale ta książka – inteligentnie przecież skonstruowana – jest monologiem, którego porządku nie można sobie jakoś zorganizować w wyobraźni. A może po prostu mnie się to nie udało.

2 komentarze:

Jardian pisze...

Czytałem jego "Pod mocnym Aniołem", bodajże w 2001 roku.

Iv. Smol pisze...

Jestem ciekawa tej książki - recenzja mnie zaintrygowała. Z Pilchem mam tak, że albo zachłannie pochłaniam jego książki w jeden dzień (np. Pod mocnym Aniołem, Wiele demonów) albo męczę się tygodniami (Spis cudzołożnic, Portret pięknej wenecjanki)!