Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2019-05-21

„Raban! O kościele nie z tej ziemi” Mirosław Wlekły


Wydawca: Agora

Data wydania: 22 maja 2019

Liczba stron: 400

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Instytucja i wspólnota

Mirosław Wlekły proponuje nam bardzo ciekawą książkę – zarówno dla wierzących, jak i dla ateistów. Dla mnie, z ateistycznej perspektywy, lektura była bardzo budująca. Pokazuje, w jaki sposób struktura instytucji odpowiedzialnej za pomoc i wsparcie dla swoich wiernych rozsadza konwencjonalne ramy i okazuje się właśnie instytucją w służbie ludzi. Potęga tej niekonwencjonalnej wspólnoty jest ogromna. Opisane działania proponują nie tylko inne, nowoczesne i otwarte rozumienie tego, jak powinna wyglądać rola Kościoła katolickiego, ale obrazują przede wszystkim to, co uniwersalne i konieczne w odniesieniu do różnorodności postaw oraz potrzeb ludzkich. Nieprzypadkowo jeden z bohaterów tej książki mówi: „Cały świat przecież zbudowany jest z różnic”. Wlekły opowie o różnicach, które można zatrzeć. O takim sposobie działania Kościoła, który potrafi wydestylować to, co najważniejsze – oczekiwanie, by duchowe wsparcie przekraczało wszelkie granice, by wychodziło naprzeciw różnorodnym oczekiwaniom. By nie było wsparciem sztucznym i formułowanym w dokumentach. To opowieść o roli, jaką odgrywa instytucja kościelna, ale przede wszystkim o tym, jak tę rolę powinien realizować Kościół w XXI wieku. W czasie ogromnych niedoborów, emocjonalnych potrzeb i sytuacji, w których nie budynek, nie głoszona w nim ewangelia, nie koloratka i nie cytowanie mądrości z Pisma Świętego mogą albo mają realnie pomóc wiernemu. Podoba mi się różnorodność perspektyw patrzenia na to, w jaki sposób instytucja przestaje być kostyczna. Ważny jest również rys historyczny, dzięki któremu opowieści Wlekłego rozumiemy lepiej i zwracamy uwagę na niuanse.

Można odnieść wrażenie, że „Raban!” to taki pean na cześć pontyfikatu papieża Franciszka. Ale to tylko pozór. Autor naturalnie stawia jego działania jako pewien wzór i na tym, jak Franciszek postępuje, buduje część narracji (na przykład opowieść o Birmie). Ale ta książka wskazuje na coś innego. Na to, że pod każdą szerokością geograficzną Kościół katolicki gotowy jest na niekonwencjonalne otwarcie na każdego, ale muszą mu w tym pomóc nie tyle specyficzne okoliczności, ile specyficzni, charyzmatyczni ludzie. Odwiedzając różne miejsca na ziemi, Mirosław Wlekły opowiada przede wszystkim o konfrontacjach z ludźmi gotowymi na tworzenie religijnej wspólnoty tam, gdzie religia może schodzić na dalszy plan w obliczu trudności, niebezpieczeństw i dylematów związanych z tym realnym, a nie duchowym życiem. „Raban!” sugeruje, w jaki sposób religia może wychodzić naprzeciw ludzkim wyzwaniom. Obrazuje, co można zrobić dobrego dla pojednania, miłosierdzia i dobroci, a także opowiada o tym, jak wiele definicji tych pojęć może się przed nami skrywać.

Nieprzypadkowo opowieści Wlekłego rozpoczynają się od Argentyny, ojczyzny Franciszka. Kraju, w którym ksiądz bez koloratki i wyróżnień służy ubogim i wykluczonym, nie oceniając także postaw ani sposobu życia wolontariuszy, którzy mu w tym pomagają. Argentyńska opowieść to przewodnik po skrajnej biedzie, która pozornie nie potrzebuje duchowego, ale innego rodzaju wsparcia. Nic bardziej mylnego. Autor sugeruje, jak ogromną rolę może odegrać niekonwencjonalne działanie księży tam, gdzie wszystko w jakiś sposób jest niekonwencjonalne. Odbiega od stereotypów i uproszczeń, a jednocześnie w dużym uproszczeniu opiera się na tym, że ludziom czegoś brakuje. Poszanowania godności, normalnych warunków egzystencji, zrozumienia dla dramatów prowadzących często do tego, że odchodzi się od wiary, bo nie ma na nią czasu ani energii.

Pełni tej energii, konsekwencji w działaniu i przekonania o słuszności własnych poczynań są ludzie wszędzie tam, gdzie Kościół może się zaangażować w dialog. Na przykład w pojednanie między religiami. Opowiadają o tym rozdziały dotyczące Libanu czy Belgii. W Libanie wspólna przestrzeń do dzielenia idei oraz modlitwy jest niezwykle skomplikowana, ale możliwa. Równie możliwe jest szerzenie tolerancji w brukselskiej dzielnicy wykluczenia, z której w mniemaniu opinii publicznej wydobywają się najokrutniejsi i najbardziej bezkompromisowi terroryści. Portretowani ludzie zwracają uwagę na to, że żadna religia nigdy nie stała i nie będzie stać za aktami przemocy. Działają na rzecz pokojowych rozwiązań antagonizmów, które często polaryzują samych wyznawców religii chrześcijańskiej. Okazuje się, że możliwe jest, by katolicy, muzułmanie i buddyści usiedli przy jednym stole. Są sprawy i wartości ważne dla nich wszystkich. Także dla ateistów, którzy chętnie dołączają do zbudowanej przestrzeni otwartości i dialogu.

Świetny jest rozdział, w którym podróż nie odbywa się wcale daleko, bo za naszą południową granicę. Wlekły opowiada o trudnej historii czeskich księży w epoce komunizmu, ale lekkim piórem kreśli także obraz tego, kim dzisiaj jest ksiądz w Czechach. Niewyobrażalne, że tuż obok nas, tkwiących w kostycznych wyobrażeniach o tym, co człowiek w sutannie może, a czego mu nie wypada, można swobodnie wypić piwo z czeskim księdzem i porozmawiać z nim o tym, że na przykład celibat nie jest żadną integralną częścią kapłaństwa. Opowieść o Kościele czeskim zgrabnie połączonym w jednym rozdziale z jego odpowiednikiem w Brazylii najbardziej chyba dosadnie obrazuje, że instytucja ma służyć wspólnocie, a nie dbać o strukturę. W Czechach księża mogą być żonaci, a w Brazylii mszę może odprawiać kobieta. Tak dalekie od siebie i tak różne kraje jest w stanie połączyć więcej, niż moglibyśmy przypuszczać. I to jest też siła „Rabanu!” – umiejętność nietuzinkowego kompilowania omawianych problemów, pokazywanie zaskakująco wielu czytelnych paraleli, ale przede wszystkim wskazywanie na to, że Kościół winien przede wszystkim komunikować się z wiernymi, którzy są różnorodni i mają tak samo różnorodne potrzeby. Czasami są to potrzeby materialne, bez żadnej duchowości. A jednak w nich skryty jest początek drogi ku temu, by odnaleźć w drugim człowieku kogoś, kto zaufa wspólnocie, nie instytucji.

W książce padają jeszcze inne ważne słowa: „Co z tego, że Kościół ma klucze, skoro nie otwiera nimi drzwi?”. Wlekły obrazuje mechanizmy działania i funkcjonowania instytucji, która dla zapewnienia własnego komfortu trwania obłożyła siebie oraz świat kategorycznymi zakazami oraz zbudowała granice, poza które nie może wydobyć się empatia i szacunek dla różnorodności. Analizując działania angielskiego oraz amerykańskiego Kościoła katolickiego, Mirosław Wlekły zwraca uwagę na to, jak bardzo na przestrzeni lat deprecjonowani i odsuwani przez Kościół byli ludzie innej orientacji seksualnej. Opowieść o tym, jak przywraca się wspólnocie wiernych LGBT prawa do udziału w obrządkach i uczestniczeniu w strukturze kościelnej, to pouczająca historia mówiąca o tym, że wszystkie bastiony uprzedzeń gloryfikujące bezpieczne dla instytucji status quo mogą zostać obalone, czasem bez większego wysiłku.

Bo wszystko, co kostyczne i surowe w Kościele katolickim, wydobyło się z tego, że ta instytucja chciała być wszędzie, ale nigdy nie chciała rozumieć świata, do którego zaglądała. To świetna książka o tym, co dzieje się wówczas, gdy instytucja szeroko otwiera swe drzwi w miejscu, do którego weszła zupełnie bez przygotowania na inność i różnorodność. Książka o tym, że to wierni, a nie hierarchowie tworzą faktyczne i prawdziwe oblicze Kościoła katolickiego. Wlekły sugeruje również, że poczucie wspólnoty budować można zawsze w atmosferze bez uprzedzeń. Wszystkie stworzone z podziałów i wskazywania inności jako czegoś wrogiego służą jedynie atomizowaniu. Świat i ludzie są różnorodni. Nowoczesny Kościół powinien tej różnorodności wyjść naprzeciw.

2 komentarze:

Sam Wiesz Kto pisze...

Szczerze? Klimat jest teraz w Polsce taki, że czasem naprawdę się zastanawiam, czy kiedyś nie dostanę kamieniem w łeb, kiedy będę wychodzić z kościoła. Wystarczy otworzyć fejsa, żeby na głowę wylał się hejt. Wielu ateistów już bez skrępowania nazywa nas ciemnogrodem. Łatwo się w takich warunkach zamknąć w swojej skorupie i wielu wierzących tak robi. Niektórzy wręcz przyjmują postawy defensywne. Szczerze podziwiam tych, którzy pomimo tego wychodzą do ludzi i chcą czynić dobro, budować dialog. Takich osób i w Polsce nie brakuje, choć może niewiele się o nich mówi, bo to nie są jednostki zbyt... hmmm… medialne. Sama mam dwie koleżanki, które rzuciły wszystko i bez żadnej zapłaty pojechały jako świeckie misjonarki na drugi koniec świata kopać studnie czy po prostu pomagać dzieciakom w lekcjach.

Natalia pisze...

książka wciąga - to kilkanaście reportaży z różnych stron świata, które łączy jedno - każdy z nich opowiada o koscieel, który nie może się zdarzyć w Polsce - to moje pierwsze spostrzeżenie. To bardzo smutne, że kościól jest dzis jak korporacja farmaceutyczna - wspiera szemrane interesy, sam jest po to, by zarabiać. Ale sa jeszcze księża i kapłanki (!), którzy pamiętają,c o powiedział do nich Franciszek - róbcie raban, ma być o was głośno, macie być odwazni. I tak własnie jest. Dla mnie jako osoby niewierzącej to śietna, pokrzepiająca lektura - że jednak gdziueś tam jeszcze istnieje prawdziwy kosciół dla tych, którzy wierzą.