Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2019-08-07

„Mój rok relaksu i odpoczynku” Ottessa Moshfegh


Wydawca: Pauza

Data wydania: 8 sierpnia 2019

Liczba stron: 272

Przekład: Łukasz Buchalski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Świadomy bunt

Z jednej strony książka bardzo niebezpieczna jako rekreacyjny poradnik dla lekomanów. Z drugiej jednak – niebywale oryginalna, kiedy portretuje formę oraz strukturę buntu. Mamy tu bowiem bohaterkę, która zasadniczo nie powinna się przeciwko czemukolwiek buntować, ma pieniądze i możliwości, może ukształtować swoje życie dowolnie, może być z niego zadowolona bez większego wysiłku. A jednak wybiera dystans wobec tego życia. Rok, podczas którego chce je przespać, oddać się niebyciu, wygasić wszelkie bodźce, za którymi stoją emocje, oddalić się od dynamicznego nurtu istnienia. Szalone? Niekoniecznie. Tym bardziej że Ottessa Moshfegh bardzo szczegółowo przedstawi rzeczywistość, od której jej bohaterka się odwróci. Trochę niekonsekwentnie z tym portretowaniem – wyłącza się absolutnie na wszystko, ale proponuje nam drobiazgową wiwisekcję swojej przeszłości. Do tego trzeba czasem świadomości wyjątkowo natężonej oraz wytężonej uwagi. Musi jednak zaistnieć ta absurdalność, abyśmy mieli książkę. W jaki sposób opowiedzieć o wyłączeniu z życia, będąc z niego całkowicie wyłączonym?

Narracja jest bardzo spójna, niesłychanie dynamiczna, jej charakterystyczny rytm porywa od pierwszych zdań, ale potem przede wszystkim drażni, irytuje, prowokuje do bardzo ambiwalentnych odczuć, bohaterka nie jest jednoznaczna w ocenie, a jeżeli chciałoby się wyrazić ją jednoznacznie, na pewno nie byłaby to ocena pozytywna. Być piękną, bogatą, młodą i mającą możliwości, a wybierać sen na proszkach, zaniki pamięci, wegetację w łóżku i bierność wobec jakiejkolwiek odpowiedzialności za siebie? Moshfegh celowo pokazuje, z jakiej rzeczywistości jej bohaterka się wydobyła, by prezentowanym buntem zakwestionować ją i ośmieszyć. A dostaje się wszystkiemu, co buduje nowojorski świat pozorów i mody – każdemu opresyjnemu trendowi modelującemu ludzi w taki sposób, w jaki wymodelowana jest Reva, najbliższa przyjaciółka naszej biernej buntowniczki, jedyna bliska jej osoba reagująca jakoś na tę programową pasywność.

Reva jest żywym świadectwem tego, w jaki sposób młodzi z wielkiego miasta szumnie wkraczają w XXI wiek. Jej częste wymiotowanie to nie tylko efekt obsesyjnego odchudzania, to także symboliczny obraz niezgody na samą siebie niedopasowaną do doskonałych wzorców. A tę doskonałość prezentuje na przykład groteskowo ukazana galeria sztuki, w której bohaterka ucina sobie drzemki, jeszcze zanim programowo pozwoli sobie na sen przez całą dobę. Albo dłużej. Nowy Jork w jej obserwacjach to miasto męczących póz, miejsce intensywnych mistyfikacji, walki o dostrzeżenie. To przestrzeń pozorów stających się normami społecznymi oraz splendoru, za którym kryje się pustka i wyobcowanie. Wybór świadomej samotności w zamkniętej przestrzeni mieszkania wydaje się lepszy niż bycie samotnym symbolicznie – pośród ludzi wciąż na nowo goniących za intensywnymi doznaniami, by nie spotkać się ze swą samotnością i oczekiwaniami, które nie przystają do modnego oraz dynamicznego świata.

Nowy Jork zatem gasi światła, staje się cichy, niemy, przestaje istnieć, nie odbiera już energii życiowej. Pozostajemy z bohaterką w bezczasie, w którym dzieje się dość sporo, ale nic nie jest warte zapamiętania. I coraz bardziej rozumiemy jej potrzebę odcięcia się od wszystkiego. Tym bardziej że udaje jej się znaleźć farmaceutyczną dilerkę, charyzmatyczną lekarkę od problemów duszy, która skupiona na sobie i własnych odkryciach zawodowych zapomina o tym, że ma kogokolwiek uleczyć. W ogóle Moshfegh jest tu mistrzynią tworzenia postaci drugoplanowych. Wśród nich są rodzice bohaterki, dawno już nieobecni, wciąż jednak oddziałujący na jej świadomość, a także pozwalający na komfort niemyślenia o zarobkowaniu, bo zostawili spory spadek. Spadkiem jest też jednak emocjonalne zagubienie córki, która nigdy nie poczuła się potrzebna i kochana. Historia rodzinna bohaterki to przygnębiające studium wyobcowania i egocentryzmu. Przejmująca jest scena śmierci ojca, człowieka do ostatnich chwil życia surowego dla swego dziecka. Ale nie tylko ta scena zmusza do zweryfikowania spojrzenia na dwudziestosiedmioletnią lekomankę, dla której priorytetem jest spanie i nieuczestniczenie już w żadnej formie życia – zwłaszcza społecznego.

To wcale nie jest opowieść o bierności i bezradności. Mamy tutaj do czynienia z metodycznym planowaniem bezruchu. Bohaterka jest świadoma, że czas, kiedy porzuci kontrolę nad sobą, jest jednocześnie doskonale kontrolowany. Ta sankcjonowana w jej świadomości pauza ma być świadomym oderwaniem się od często nietrafnych wyborów i dokonywania w życiu zmian, których właściwie nikt nie popiera, nikt nie jest w stanie określić ich zasadności oraz słuszności. Mamy tutaj małą zagubioną dziewczynkę, która jednocześnie jest sprytną oraz inteligentną kobietą odpowiedzialną w pełni za własny los. Nie chce go wiązać z wielkomiejskimi światem pozorów ani od tego świata uzależniać. Chce być gotowa do konfrontacji z samą sobą. Paradoksalnie przez zapomnienie się.

„Mój rok relaksu i odpoczynku” to zmyślna satyra społeczna, która dekonstruuje pojęcie dobrobytu, nowoczesności i doskonałości. Ośmiesza trendy i mody, przekonanie o własnej wyjątkowości oraz mądrości (drwiny z chłopców czytających w metrze Fostera Wallace’a i notujących cytaty z niego), kpi ze wszystkiego, co buduje splendor i charakterystyczny sznyt między innymi Upper East Side. To z jednej strony powieść z bardzo czytelnym adresem, z drugiej jednak – interesująca rozprawa z kondycją człowieka w epoce przesytu i nadmiaru. Warto jednak zwrócić uwagę, że wydarzenia niebezpiecznie zbliżają się do najmroczniejszej w XXI wieku daty dla Nowego Jorku i Amerykanów. Bohaterka decyduje się na życiową przerwę nieco ponad rok przed atakiem terrorystycznym z września 2001 roku. I mamy przekonanie graniczące z pewnością, że ten rok opisywanych w powieści wydarzeń sfinalizuje się gdzieś w okolicach znamiennej daty.

Moshfegh zwraca uwagę na to, że pozornie zadowolony z siebie świat nigdy nie może mieć pewności, że zadowolenie jest na stałe. Bohaterka kwestionuje zarówno poczucie przywiązania się do siebie, jak również przywiązanie do otoczenia oraz do ludzi kształtujących naszą tożsamość. Jej brawurowa (albo irytująca nieodpowiedzialnością) forma wydobycia się z opresji obowiązków oraz zasad nie jest – jak często w takich przypadkach – rozpaczliwym wołaniem o pomoc. To działanie świadome i ukierunkowane. A jednak jest w nim szaleństwo. Trudno jednak orzec, gdzie go więcej – czy w przerywanych sennych wizjach bohaterki, czy też w świecie, do którego przez jakiś czas nie chce się zbliżać, by zdjąć z siebie odium irracjonalności tego, dokąd świat ów podąża.

Brak komentarzy: