
Przede wszystkim narrator. Mężczyzna ma za sobą bogatą przeszłość. Dowiadujemy się, że walczył z komunistycznymi władzami, że imał się szybkiej jazdy na łyżwach, że wędrował autostopem po Bałkanach, a nawet odwiedził Afrykę. W życiu P. działo się wiele i było to życie bardzo intensywne, ale w pewnym momencie bohater zwyczajnie je sobie odpuścił i rozpoczął koczownicze życie przy parkingu obok marketu o manierycznie krzykliwej nazwie Oszczędź Grosza. Słodki Śmieć ma się za przedstawiciela dysegzystencjalistów. Co to za postacie? „To ludzie, którzy dostają zwolnienie z życia, bo nie wiedzą, co z nim zrobić”. Okazuje się, że P. sam dał sobie takie zwolnienie i trudno powiedzieć, co skłoniło go do żebraczego trybu życia. I teraz zasadnicza sprzeczność tej książki. Słodki Śmieć żyje na marginesie, ale w symbiozie z miejscem, które Opłocki ośmiesza i krytykuje. Hipermarket sterujący klientami za pomocą promocji i jego zdeterminowany szef, ideowy przeciwnik głównego bohatera, to wrogowie. Nasz bynajmniej nie słodki Śmieć ironizuje i kpi z przejawów życia społecznego symbolizowanych przez maszynerię marketu. Tyle tylko, że sam jest pasożytem wykorzystującym dobra tego miejsca, bo darmowego pożywienia i napojów otrzymuje pod dostatkiem od zniecierpliwionych klientów, których nagabuje na parkingu. Bunt i kontestacja rzeczywistości przez P. są zatem nie tyle nieprzekonujące, co zwyczajnie naiwne i infantylne. W dodatku okraszone porcją wątpliwej jakości humoru, którego przykładem może być następująca wypowiedź: „Pozwalam rozwinąć się brudowi, serwując mu darmowe wakacje na mym ciele. Po co mu Majorka?”.
P. mieszka we wspomnianym już niezwykłym namiocie i jeździ po parkingu na deskorolce. Wyjaśnienie tej czynności jest i śmieszne, i pretensjonalne. „Jeżdżę, a właściwie pływam na desce, moim okręcie. Parking to ocean. Klienci to fregaty, frachtowce i inne statki kupieckie…”. Taaa… W tej morskiej symbolice drugiego sortu mamy także zbłąkanych żeglarzy odnajdujących spokojną przystań, a są nimi ludzie, którzy z sobie tylko wiadomych powodów decydują się na życiowe zwierzenia i snują opowieści sztampowe, ckliwe i papierowe. Do P. próbują dotrzeć inni ludzie, ale on sam nie pozwala sobie na wejście w jakiekolwiek bliskie relacje. „Nauczyłem się żyć w samotności i przebywanie z kimkolwiek dłużej niż pięć minut przychodzi mi tak trudno jak budowa autostrad w naszym przepięknym kraju”. Pozostaje mu bezpieczne obcowanie z kotem-przybłędą i rozmowy, jakie z nim prowadzi. Motywów postępowania naszego parkingowego menela możemy się domyślać, ale najbardziej zaskakują jednak naiwność i stereotypowość zarówno jego zachowań, jak i myśli o otaczającym świecie.
Do całej tej kontestacyjnej opowiastki doklejony jest tytułowy księżyc zmieniający barwę i prawie że beckettowskie czekanie. Czekając na Kuni Szawę, P. dokonuje rozrachunku ze swoim życiem i jednocześnie daje wyraz rozczarowaniu nim, w niewybredny i mało wyszukany sposób ironizując na temat prawie wszystkiego, co widzi i słyszy wokół siebie. Wydaje mi się, że Opłocki chciał nam zaprezentować i egzystencjalną opowieść o losie, przeznaczeniu oraz życiowych priorytetach, i powieść socjologiczną, i zjadliwą satyrę na zdobycze kapitalizmu, i jeszcze moralitetową opowieść o wędrowaniu i zdobywaniu wiedzy o samym sobie. Może autor chciał zbyt wiele. Może zwyczajnie nie potrafi pisać. Może za dużo w tej opowiastce natrętnego dydaktyzmu, a może po prostu inspiracja losami bezdomnego Polaka żyjącego na obrzeżach angielskiego Wolverhampton skłoniła autora do napisania kiepskiej powieści, dla której przypadkiem udało się znaleźć wydawcę.
Wydawnictwo Area, 2010
1 komentarz:
"pozornie odstręczający i jednocześnie barwny bohater"
czy to nie z powodu mody na serial Dr House teraz wszyscy bohaterowie "powinni być" pozornie niesympatyczni? ;)
Prześlij komentarz