Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2010-12-12

"Siedem grzechów kubańskich" Yoss

Inteligencja, przewrotność i ironiczność – to cechy pisarstwa José Miguela Sánchez Gómeza ukrywającego się pod pseudonimem Yoss i spoglądającego nonszalancko ze zdjęcia, zdobiącego okładkę, na którym krwista czerwień opaski na głowie z burzą czarnych włosów nijak nie przypomina poważnego pisarza. Yoss bynajmniej nie chce być w swej prozie poważny, chociaż siedem opowiadań, które spaja w całość motyw grzechów głównych i pewnej hawańskiej ulicy, podejmuje się tematyki przejmującej oraz bolesnej.

Opowiadania Yossa przenoszą nas do Kuby sprzed blisko dwudziestu lat. Bohaterami są sfrustrowani, zagubieni, gniewni i rozczarowani życiem mieszkańcy Hawany, wśród których znajdziemy między innymi leniwego dziennikarza, zazdrosną kobietę, gniewnego cieślę czy pyszniącego się dorobkiewicza. Autor tworzy krótkie prologi do opowiadanych historii, sytuując się wobec nich z dystansem i zmuszając do zastanowienia, co tak naprawdę przekazują. Bo to przecież nie tylko kubańskie łakomstwo, gniew, lenistwo, chciwość, rozwiązłość, zazdrość i pycha tworzą te narracje. Yoss wciela się w różne role, mówi różnymi językami, opisuje rzeczywistość za pomocą różnych środków wyrazu. Stawia jednak znak równości między swymi bohaterami. Zrównuje ich smutna i ciężka rzeczywistość Kuby. W niej to mały chłopiec kolekcjonuje etykiety produktów żywnościowych, których nie ma na półkach sklepowych. W niej młoda dziewczyna woli być rozwiązła i zarabiać na swych wdziękach niż stać się np. kasjerką w markecie dewizowym. Tam zgnuśniały dziennikarz, który przemierzył świat, przemierza obecnie metry swojego mieszkania, czekając na wielką chwilę i zastanawiając się nad tym, czy nadejdzie ona wraz z pisaniem o problemach komunistycznej Kuby.


W dotychczasowych omówieniach opowiadań Yossa zwraca się uwagę na to, iż świat ten bliski będzie Polakom, którzy nie tak dawno pożegnali się ze smutnym komunizmem, pustymi półkami, tłamszeniem wolności i równością opartą na tym, że wszyscy mają tyle samo, a ten, kto odstaje i się dorabia, jest szykanowany. Myślę jednak, że „Siedem grzechów kubańskich” ma jednak swój niepowtarzalny koloryt i zwraca uwagę przede wszystkim na osadzone w problematyce lokalnej dylematy dręczące wszystkich tych, dla których życie to walka o przetrwanie.


Życie na Kubie nie jest łatwe. Między slumsami jej stolicy a ekskluzywną dzielnicą Miramar jest tak wielka różnica jak między życiem tego, który je wciąż te same produkty a tym, który urozmaicone produkty sobie sprowadza z zagranicy. Hawana Yossa mimo wszystko tętni życiem, bo chociaż jest ono trudne, nie brak mu barw. W tym znaczeniu ta bardzo lokalna w swej wymowie książka (i książka, której nie mieli okazji przeczytać Kubańczycy) jest optymistyczna i radosna, bo autor wykazuje się przede wszystkim ogromnym poczuciem humoru, ironizując i bawiąc.


Istotnym aspektem opowiadań jest wskazanie na rozwój i klęskę kapitalizmu w socjalistycznym społeczeństwie. Bohaterowie Yossa próbują otwierać własne interesy, dorabiać się, kombinować i wykorzystywać luki w prawie, by tylko zapewnić sobie dobrobyt. Większości się to nie udaje. Niektórym pozostaje albo rzucanie kamieniami albo noce z obleśnymi kochankami zapewniającymi pieniądze i złudne poczucie szczęścia. Chociaż siedem grzechów kubańskich jest jednocześnie siedmioma opowieściami o niespełnieniu, dominuje w tych opowiadaniach witalizm i są one pełne energii. Takiej, jaka cechuje pewnie na scenie ich autora, kiedy wokalnie wyżywa się wraz ze swym zespołem Tenaz.


Grzeszący Kubańczycy to rozpisana na kilka głosów dosadna i intrygująca diagnoza życia w państwie pełnym stagnacji, ale jednocześnie w państwie żywym i pełnym wewnętrznych sprzeczności. Każde opowiadanie Yossa mogłoby służyć za podstawę do dłuższej powieści. Powstałoby wtedy siedem książek o tym, jak grzeszyć i się tym nie przejmować.


A może jednak tą dwuznaczną w swej wymowie książką naprawdę trzeba się przejąć?

Wydawnictwo Claroscuro, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-12-11

"Sztuka pierdzenia" Pierre-Thomas-Nicolas-Hurtaut

Francuskie pisarstwo osiemnastowieczne ma dwa oblicza. W wydanej niedawno powiastce Pierre-Thomasa-Nicolasa-Hurtaut ujawnia się temat nie tylko w Oświeceniu i nie tylko we Francji pomijany. Trudno jednoznacznie określić, czy „Sztuka pierdzenia” to czytelna ironia względem dzieł uczonych twórców XVIII wieku, czy też tylko zabawa. Czymkolwiek byłaby ta książeczka, niewątpliwie zwraca na siebie uwagę. Typowy przykład literatury skatologicznej zamienia się w źródło quasi-naukowych wywodów i nawet jeżeli staje się chwilami nadęte, absurdalne do granic wytrzymałości i zwyczajnie niesmaczne, można je traktować jako specyficzną wędrówkę do krainy absurdu balansującą na granicy dobrego smaku. Poznajmy drugie, nienaukowe oblicze francuskiego pisania sprzed blisko trzech stuleci.

Hurtaut zwraca uwagę na istotę procesu puszczania wiatrów. Na istotę pierdzenia po prostu. Traktat rozpoczyna dogłębna analiza tego, co nazywamy pierdnięciem, a następnie autor wskazuje różnice między wypuszczaniem gazów dolną częścią ciała a pozwoleniem na ich wypuszczenie przez naszą gardziel (beknięcie wydaje się zatem mniej istotne, a już na pewno nie tak bardzo, by poświęcać mu książkę). Potem mamy do czynienia z niepowtarzalną klasyfikacją pierdnięć i wskazaniem, iż pierdzenie już w starożytności było czynnością gloryfikowaną. Co dalej? Ano wiele frapujących rozważań, między innymi na temat tego, czy pierdnięcie jest muzyką, wszak – wedle gruntownej wiedzy w tym zakresie autora rozprawy – nasz odbyt wydać może aż 62 różne dźwięki.


Rozważania obejmują także genezę i cel pierdzenia. Tylko cele zdrowotne i artystyczne zwracają uwagę Hurtaut, zatem jego rozważania próbują istotę popierdywań wpisać w ogólne kanony piękna i sztuki. Co więcej – nasze bąki przynoszą pożytek i temu także poświęconych jest kilka stron rozważań autora. Książeczka wskazuje również, jak dzięki puszczaniu wiatrów można odpędzić diabła, rozpalić lichtarz czy nawet budować specyficzną linię porozumienia międzyludzkiego. Nic co ludzkie, nie jest nam przecież obce, a traktowanie czynności fizjologicznej z uczuciem wstydu czy zażenowania nie jest właściwe, wszak „opinia jakoby pierdnięcie było nieprzyzwoite wynika tylko z dąsów i kaprysów ludzi płochych”.


Czemu służy wydanie tego typu publikacji? Dlaczego rzecz przecież literacko mierna doczekała się po swym pierwszym wydaniu w 1751 roku tak wielu wznowień? Ludzka ciekawość i potrzeba poznawania samych siebie, łącznie z fizjologiczną stroną ludzkiej natury, to przecież nie tylko coś, co wyróżniało renesansowe czy oświeceniowe poszukiwania społeczeństw. Charakterystyczną cechą „Sztuki pierdzenia” jest rubaszność i dwuznaczność. Myślę, że tłumaczenie tego traktaciku sprawiło Krzysztofowi Rutkowskiemu wiele frajdy i częściowo jako formę rozrywki należy tę lekturę traktować. Bo przecież trudno jest się powstrzymać od uśmiechu podczas czytania tak osobliwej książeczki. Trudno także nie zadać sobie pytania o to, jak bardzo pewien syn handlarza końmi musiał starać się zwrócić na siebie uwagę w XVIII wieku.


A może po prostu mu się napisało tak jak pierdziało, czyli z przyjemnością. I choć to wszystko niezbyt smaczne, jako człowiek „niepłochy” polecam ku rozrywce i rozwadze.


Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, 2010


KUP KSIĄŻKĘ