Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2012-12-02

"W jednej osobie" John Irving

Najnowsza powieść Johna Irvinga usatysfakcjonuje wielbicieli jego talentu, bo autor wciąż na nowo i stale odkrywczo mówi o kształtowaniu się ludzkiej tożsamości w relacjach z innymi oraz w zderzeniu z samym sobą. Myślę, że „W jednej osobie” to również książka dla tych, co tylko słyszeli o „Świecie według Garpa”, dzięki któremu Irving zyskał naprawdę światowy rozgłos. Warto sięgnąć choćby po trzynastą jego powieść, by zrozumieć, że to ważny pisarz i coś mogło nas wcześniej ominąć. Jego najnowsza odsłona to proza penetrująca środowisko gejów, lesbijek i transseksualistów w czasie, kiedy środowisko to dopiero się tworzyło. Biseksualista obserwuje, jak rodziła się wolność seksualna. Jest więc nowy Irving takim anglosaskim Almodovarem nie tylko dlatego, że akcja siłą rzeczy przeniesie się na chwilę z USA do Hiszpanii. To jednak duże uproszczenie, bo ta książka to penetracja… wnętrza samego siebie.

Tym razem otrzymujemy powieść na kształt biografii własnej woli; narrator jest zarówno pisarzem, jak i człowiekiem o podobnych Irvingowi doświadczeniach. To nie jest autobiografia, ale głęboka humanistyczna rozprawa nad tym, kim jesteśmy i jacy się stajemy. Na początku pojawia się ważna konkluzja. Podobno „Kształtuje nas to, czego pragniemy”. Moim zdaniem ta książka opowiada o tym, że kształtują nas pragnienia z miejsc, gdzie rodzimy się naprawdę. Bo to opowieść o kolejnych i kolejnych narodzinach; odradzaniu się i znajdowaniu miejsca dla siebie, swojego światopoglądu, swojej seksualności i w trudnych relacjach z tymi, dla których narrator książki zawsze pozostaje niewiadomym, bo nieznanym i przerażającym w swej tajemnicy. Tymczasem czy nie jest tajemnicą sam dla siebie?

William Abbott urodził się w prowincjonalnym miasteczku w stanie Vermont, którego piętno odciśnie się na nim na tyle, że nie będzie w stanie zdystansować się od czasu, kiedy na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych minionego stulecia konstytuowała się jego tożsamość – człowieka, który wtedy starał się dowiedzieć, czy ma dla tej tożsamości jakieś wzory. Billy – Williamem nazywali go nieliczni i wyjątkowi dla niego ludzie – zadaje swojemu ojczymowi proste pytanie: „Interesuję się sobą. Czy są książki o kimś takim jak ja?”. Dorastając, poznaje literackie wzory, ale i wikła się w spektakle odgrywane nie tylko na deskach teatru amatorów w First Sister, lecz przede wszystkim w nim samym, gdy dojrzewa do tego, by poznać tajemnice z przeszłości oraz prawdę o tym, co czeka go potem.

Rodzina Billy’ego ukrywa przed nim bardzo wiele. Jedną z ważniejszych tajemnic są losy jego biologicznego ojca, którego enigmatyczną charyzmę syn przejmuje mimo woli. Matka Abbotta jest suflerką we wspomnianej grupie teatralnej i chyba nigdy tak naprawdę nie mówiła niczego za samą siebie. Pokrzywdzona przez los, wspominająca ojca Billy’ego z niechęcią; tłumi w sobie nie tylko traumę przeżyć z młodości, ale i odrazę do syna odkrywającego swą skomplikowaną tożsamość seksualną. Mary zamiotła pod prowincjonalny dywan co się dało i robi tak nadal, podobnie jak cała rodzinna Abbottów przepełniona gnuśnością i tkwiąca w gorsecie konwencjonalnych zachowań. Billy nie dowiaduje się prawdy o ojcu, ale to oczywiście tylko jedna z tajemnic Poliszynela, jaką skrywa społeczność First Sister. W rodzinie chyba tylko dziadek Harry, grający na scenie kobiece role, jest w stanie przewidzieć rozwój seksualności dorastającego Abbotta i wyjść temu rozwojowi naprzeciw. Billy bowiem interesuje się zarówno kobietami, jak i mężczyznami. Jego ojciec Richard wraz z norweskim emigrantem Nilsem reżyserują na potrzeby lokalne spektakle Szekspira, w których zmienność ról i kwestionowanie płciowości są tak wyraźne jak wyraźne mogą być tylko kierowane ręką tych, którzy pragną oddać prawdę na scenie. I to dopiero początek wyjścia naprzeciw biseksualnym pragnieniom wciąż nie do zaspokojenia, które narrator stara się oswoić.

Teatralizacja życia młodego bohatera książki to jednocześnie wstęp do dramatu porzucania masek, jaki następować będzie potem, a czego efektem będzie ujrzenie własnej rodziny i prowincjonalnego rodzinnego miasteczka jako źródeł opresji, od których Billy pragnie się uwolnić. Grając w sztukach osadzonych w konwencji dramatu elżbietańskiego, stale owe konwencje rozsadza. Zarówno on sam, jak i specyficzna trupa, w skład której wejdą i ci, dzięki którym potem będzie mógł zrozumieć, kim jest, i ci także, który chcą go od tego poznania odwieść. Na drodze dorastającego Billy’ego staną dwie bardzo wyraźne postacie. Wyraźne przez to, że każda z nich będzie kryć tajemnice, których poznanie pozwoli mu… uwolnić samego siebie i żyć naprawdę.

Mowa o bibliotekarce i zapaśniku. Niezwykłe połączenie, biorąc pod uwagę dodatkowo fakt, iż panna Frost jest dużo starsza od Billy’ego, a Kittredge to zbliżony mu wiekiem młody człowiek – prawdziwy męski samiec - który uosabia siłę i bezkompromisowość, jakich można zazdrościć, ale także można za nie znienawidzić. Panna Frost to osoba, od której bije wewnętrzna siła. Billy dzięki niej zbliży się do ważnych dla niego książek – jak choćby lektur wielokrotnego użytku, czyli „Wielkich nadziei” Dickensa czy „Mojego Giovanniego” Baldwina – ale przede wszystkim oswoi seksualne żądze i oczekiwania, jakie może mieć dorastający chłopiec względem tajemniczej królowej biblioteki. Panna Frost to postać, dzięki której Billy zrozumie, dlaczego warto walczyć o siebie, a cyniczny Kittredge wskaże mu, jak żyć nie należy. Oboje są obiektem seksualnego pożądania i oboje nie będą tymi, za kogo można ich uważać…

Chociaż znaczna część fabuły opisuje przede wszystkim okres dojrzewania Abbotta w First Sister, „W jednej osobie” jest przecież książką, która obejmuje siedemdziesięcioletni okres życia narratora. Widzimy, jak godzi się ze swoją biseksualnością, oswaja ją. Zaczynamy rozumieć, dlaczego ludzie z Vermont zachowywali się dawniej tak, a nie inaczej względem niego. Dostrzegamy ogromną niezgodę na dwuznaczności i jednoczesne zrozumienie Abbotta, że w jego życiu – nie tylko seksualnym – nic nigdy nie będzie jednoznaczne. Jego biografia to historia trudna i w dużej mierze mroczna, choć są liczne momenty, jakie bawią czytelnika do łez. To czas, w którym bohater podróżuje, ucieka i powraca, by żegnać licznych, umierających przyjaciół. Nawet jeśli jego życie jest grą, konfrontacja z czymś tak oczywistym i przerażającym jak śmierć odsłoni choć na chwilę tego, który w jednej osobie kryje wiele żądz, marzeń, tworzy niejedną biografię i nieraz będzie tylko aktorem własnej sceny. Czy wtedy, we własnej osobie, przerażonej widokiem wycieńczonych przez AIDS bliskich mu osób, ujrzymy Billy’ego takim, jaki jest naprawdę?

Każda strona nowej powieści Johna Irvinga to jednocześnie literacki kalambur i prostota opisu emocji, o jakich trudno się opowiada. William Abbott to aktor pierwszego planu. Kiedy gra siebie, kiedy sobą jest, a kiedy po prostu mówi o trudach bycia naprawdę? Na to pytanie będziemy znajdować odpowiedzi na chwilę. „W jednej osobie” to przejmujący traktat o tym, że aby być naprawdę, trzeba zagrać wiele ról i przekonać się, w której teatralnej masce jest nam najbardziej do twarzy. W końcu każdą trzeba zedrzeć, ale świadomie. O świadomym przemijaniu i trudnej seksualności oraz o byciu sobą naprawdę jest między innymi „W jednej osobie”. Książka fascynująca, trudna i zmuszająca do tak wielu refleksji, że niniejsze omówienie jest ledwie sygnalizowaniem złożonej problematyki. Bo w jednej osobie ukryć się może tak wiele, iż trudno zrozumieć, czym się kierować i jak… być naprawdę.

tłum. Magdalena Moltzan – Małkowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2012

6 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Bardzo ciekawa i wnikliwa recenzja.
Zachęcająca ;))Muszę przeczytać książkę...wtedy napiszę więcej:)
J.S.

Anonimowy pisze...

Przeczytałam tę książkę miesiąc temu. To naprawdę sztuka, by napisać tak obszerne omówienie i nie zdradzić NICZEGO ważnego z fabuły. Chylę czoła!
Viola

Dominika Fijał pisze...

Ostatnio miałam do czynienia z Irvingiem ładnych parę lat temu. Widzę, że warto sięgnąć po jego najnowszą powieść. Zwłaszcza, że postaci kreowane przez tego twórcę zwykle są niebanalne...

Anonimowy pisze...

Niestety z powieści na powieść Irving kompromituje się jako autor "Swiata wg Garpa".

Jarosław Czechowicz pisze...

J.S. - czekam zatem na wrażenia po lekturze!

Viola - starałem się, trudno było.

Dominika - chyba czas nadrobić ten czas wyborną lekturą :)

Anonimowy - argumenty, proszę, argumenty...

Pozdrawiam wszystkich :)

Iris pisze...

Bardzo podoba mi się Pana recenzja - bez ślizgania się po powierzchni i z szacunkiem dla ciekawości czytelniczej odbiorcy.
Bardzo dziękuję.