Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2012-11-29

"Kamyk" Joanna Jodełka

Joanna Jodełka to rzekomo jedna z ciekawszych współczesnych polskich pisarek powieści z dreszczykiem. Kiedyś zagrzechotała mi gdzieś w świadomości jej wcześniejsza książka i mam wrażenie, że chyba wiele nie straciłem, ponieważ ta najnowsza – o kolejnym przedmiotowym, ale przewrotnym tytule „Kamyk” – mocno mnie rozczarowała. Znudziła po prostu. A to chyba największa wada prozy, którą usiłuje się wpisać gatunkowo gdzieś między thrillerem a kryminałem. Autorka zapewne obejrzała jeden z odcinków „Komisarza Rexa” albo też sięgnęła po bardziej nobliwy przykład wykorzystany już w literaturze i filmie, jakim jest morderstwo dokonane w obecności niewidomego świadka. Tytułowym Kamykiem, który nie widzi tego, jak ktoś zabija prezesa pewnej firmy i postrzela jej matkę, jest dość krnąbrna, by nie rzecz upierdliwa młoda nastolatka (skrzydełko okładki informuje, że Kamila ma lat 12, w tekście jest mowa o jedenastu wiosnach), dla której tupanie nogami, obcesowość i opryskliwość są środkami osiągania wszelkich celów.

Nie wnikajmy w to, jakie błędy wychowawcze popełniła po drodze jej matka, Ewa Kochanowska, bo przecież nad Kamilą należy się litować, jest niewidoma. To naprawdę okropne i nie ma tu ani odrobiny ironii. Kamila nauczyła się żyć w ciemnościach, oswajając swoje lęki oraz pewne egzotyczne zwierzątko, które nie wzbudza sympatii, bo takich się zwykle nie lubi. Pewnie takich dzieci jak Kamyk także. Nastoletnie dziecko może się pogodzić z faktem, iż niczego na tym świecie nie zobaczy, ale jego egzystencja w mroku może być co najmniej zaburzona. Kamila jest po prostu dzieckiem trudnym. Jednocześnie bystrym i zdecydowanie jak na swój wiek dojrzałym. Autorka wykorzystuje proste schematy, odnosząc się do ludzkiej percepcji świata. Skoro młodociana bohaterka nie może dostrzec przestępcy, z pewnością doskonale go wyczuje. I chociaż nikt nie liczy się z tym, że jej węch może popchnąć śledztwo bardziej do przodu, nie ma to chyba większego znaczenia, bo kryminalna intryga snuta przez Jodełkę jest schematyczna, przewidywalna, a co najgorsze do zasadniczej zbrodni jesteśmy wprowadzani przydługą introdukcją, z której bez problemu można rozszyfrować, kto zabije i dlaczego.

Denat to Lucjan Dąbski. W trudnych relacjach ze swoją żoną Renatą. Można by powiedzieć, że w bardzo trudnych, bo rozwód wisi na włosku i oczywiście dowiemy się bardzo dokładnie, jakie są jego przyczyny. Oboje poznajemy w japońskiej restauracji podczas kolacji biznesowej, gdzie Lucjan próbuje się pojednać, a Renata odrzuca go, oddalając się archaicznym mercedesem W123 z zażywnym taksówkarzem i bratem Lucjana, Sebastianem. Ten z kolei to klasyczny puer aeternus ze skłonnością do lekkiego traktowania życia, seksualnych partnerów i partnerów biznesowych, choć na biznesie się nie zna. Jest za to sprytny, przebiegły i chce ugrać jak najwięcej, nie wysilając się przy tym zbytnio. Dalsza charakterystyka relacji rodzinnych braci  Dąbskich doprowadziłaby już przy tym akapicie omówienia do rozwiązania proponowanej przez Joannę Jodełkę intrygi, w związku z czym skupię się na relacjach dużo mniej przewidywalnych i nawet poruszających, gdyby nie papierowość ważnego w nich bohatera, Daniela Kocha.

Daniel pojawia się w Poznaniu – bo to tutaj dojdzie do ulicznej zbrodni – tylko na chwilę i nie zamierza zajmować czasu niczym więcej poza sprawami zawodowymi. Tymczasem na jego drodze staje Ewa Kochanowska, a konsekwencje nocy z nieznajomą przecież Danielowi kobietą będą co najmniej zaskakujące. Kamila początkowo odrzuca pomoc przygodnego kochanka matki w rozwikłaniu zagadki jej postrzelenia. Potem przykleja się do Kocha, a on sam jest jak bohater jakiejś wiekowej prozy parenetycznej, w którym mamy do czynienia z gruntowną duchową przemianą pod wpływem litości, czułości i dziecka, jakim po prostu należy się zająć.

Ciekawą odmianą w tej książce może być jedynie to, że w przeciwieństwie do zalewu jej podobnych tożsamość zachowują bohaterowie powiązani z zabójstwem, natomiast dzielni i walczący o sprawiedliwość nie mają nawet imion. Mamy bowiem zasmarkanego policjanta, ciężarną psycholożkę i podstarzałego prawnika. Chcą dobrze i sprawnie działają, ale sprawiają wrażenie jedynie ruchomego tła do intrygi, która tak naprawdę nie jest  - jak już sygnalizowałem - odkrywcza ani w żaden sposób intrygująca. Czyta się „Kamyk” z nieustannym wrażeniem, iż każda kolejna strona jest do przewidzenia. Dodatkowo boleśnie dotykają stereotypy, jakie wykorzystuje Joanna Jodełka. Jeśli jeden z bohaterów ma być gejem, niechże będzie wypacykowanym fryzjerem. Jeśli drugi to wynajęty morderca, musi być wielki, potężny i mało myśleć, za to dużo kląć i popełniać wszelkie możliwe błędy kryminalisty – imbecyla wynajętego za niewielką chyba sumę, by posprzątać tam, gdzie nie da się tego zrobić w białych rękawiczkach.

„Kamyk” rozczarowuje i dowodzi, że aby napisać naprawdę dobrą powieść z dreszczykiem, trzeba się dzisiaj mocno postarać. Konkurencja ogromna, pomysły wykorzystane już praktycznie wszystkie. Po co zanudzać opowieścią, która może i ma potencjał, ale przedstawiona jest niczym wykład najnudniejszego profesora kryminalistyki?

Wydawnictwo Świat Książki, 2012

4 komentarze:

owca pisze...

Cóż, tak od wizualnej strony wygląda naprawdę zachęcająco. Fabuła też niczego sobie, bo choć pomysł rzeczywiście oklepany, to wciąż można by z niego sporo wycisnąć. W końcu sztampa może być plusem, o ile całość pisana z polotem. Szkoda, że nie wyszło.
Nieudolnie poprowadzone postacie i kiepsko rozbudowane otoczenie - z prozy tej pani raczej zrezygnuję.
Pozdrawiam ;)

Kinga pisze...

Przeczytałam Grzechotkę kiedyś i był to gniot straszny, w dodatku z bzdurami w stylu żmii grasującej po ogrodach w środku zimy.

Anonimowy pisze...

Kamyk
Książka wspaniała, emocjonująca i bardzo poznańska. Do przeczytania w 4 - 5 godzin, jednym tchem bez potrzeby jedzenia i picia. Czytam codziennie od 20 lat, dla minie 4 półki wyżej od "Drwala" i 2 półki wyżej od "Millenium"
Przeczytanie tej książki, jest trochę jak narty we Francji - nic już potem nie jest tak dobre...

Piotr Laskowski pisze...

Na początku muszę zastrzec, że po książki pani Jodełki sięgnąłem tylko dlatego, że postanowiłem pójść w Poznaniu na spotkanie autorki z czytelnikami. Bardzo się bowiem zdziwiłem, odnawiając kontakt z biblioteka publiczną, gdy na jej drzwiach wejściowych zobaczyłem plakat zachęcający do wzięcia udziału w spotkaniu. Od razu powiem, że Artur Conan Doyle, Joe Alex, Georges Simenon, Stephem King (tylko wczesny), Leslie Charteris, Raymond Chandler czy Agatha Christie, to są dla mnie AUTORZY. O autorce Joannie Jodełce nic nie słyszałem ani o tym, że umieszcza akcje swoich powieści w Poznaniu. I od razu szybka uwaga: nie jest tak źle z "Kamykiem", jak tu niektórzy piszą. Przeczytałem recenzję zamieszczoną przez Jarosława Czechowicza, zanim sięgnąłem po pierwszą książkę Jodełki pt.: "Polichromia" i później, mimo krytycznej oceny, którą wystawił jej drugiej książce, właśnie po "Kamyka".
Naświetlenie tła, budowa postaci, niegorsze od innych autorów na dobrym średnim poziomie. Myślę, że gdyby te książki sygnował np. PRL-owski mistrz kryminału Zygmunt Zeydler Zborowski, to nie musiałby się ich wstydzić. Poza tym bardzo bogate słownictwo i widać, że autorka się stara, i robi postępy. Zresztą "Polichromia" jako kryminał też nie była zła, choć tytuł dla wielu odcieni zbrodni nietrafiony, ale tu już zagrało wykształcenie autorki związane ze sztuką.
Jedyną wadą „Kamyka” jest według mnie, brak płynności czytania w naprawdę tylko niektórych momentach ważnych dla akcji. I końcówka - za mało pociągnięta, brakuje kilku fajnych stron zakończenia. Ale w sumie oceniam na dobry plus. Nie wiem tylko, czy autorka powinna marnować czas na pisanie równolegle nowego kryminału i książki fantasy o smokach, tu już wszystko zostało powiedziane. Anne McCaffrey autorka nie zostanie, to pewne.