Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2013-06-19

"Problemski Hotel" Dimitri Verhulst

Wydawca: Claroscuro

Data wydania: 13 maja 2013

Tłumacz: Sławomir Paszkiet

Liczba stron: 152

Oprawa: miękka

Cena det: 29 zł

Tytuł recenzji: Stygmat uchodźcy


Dramat rozpoczyna się w momencie, kiedy skaner na granicy odróżni skulone ciało od ładunku pomarańczy. Zaczyna się wówczas bycie uchodźcą. To status, ale jednocześnie stygmat. Czyj stygmat?

Między innymi Asi z okaleczoną pochwą. Tak to już jest, bo „wycinanie narządów płciowych to kultura. Niewycinanie narządów płciowych to cywilizacja. Człowiek jest ssakiem miłującym kulturę”. Kogo jeszcze? Lídii – nastoletniej uciekinierki, która zabiera ze sobą skrzypce, bo one są najważniejsze. Zhańbionego Shaukata, którego małżonka porzuca w obozie dla uchodźców, by szukać wolności na własną rękę. Maqsooda z przekrwionymi oczami, który widział śmierć rodziny, przekroczył 20 granic, a teraz chce przekroczyć granicę niemożliwą – ożenić się z Belgijką i uwolnić od piętna statusu uchodźcy. Jest jeszcze Stipe z przetrąconym kręgosłupem dzieciństwa. Jest Ifeanyi, podstarzały rowerzysta – amator traktujący sygnalizację świetlną jak bożonarodzeniową ozdobę. Jest również Martina, która pragnie ukatrupić dziecko, jakie właśnie urodziła i są także inni. Wielu innych. Nieszczęśliwi, zagubieni, oczekujący. Ci, którzy uciekli z piekła i wierzą, że znaleźli się w wolnym świecie. Ci, którzy często nigdy nie pojmą, czym jest prawdziwa wolność.

Książka Dimitrija Verhulsta zrobiła furorę jakiś czas temu. „Problemski Hotel” to nie tylko fabularyzowany dokument, który opisuje, z jaką niechęcią albo obojętnością Belgia traktuje uchodźców. Autor prezentuje szereg poważnych problemów w krzywym zwierciadle; czarny humor, zjadliwy chwilami, czasami wręcz doprowadzający do łez, staje się swoistym antidotum na dramaty, których opisywanie nie jest w żaden sposób łatwe, a tym bardziej nie wiąże się z komizmem. Tym niemniej jest się z czego pośmiać, bo kiedy płakać już nie ma sensu, pozostaje śmiech przez łzy. Galeria postaci mieszkających w obozowych kontenerach to ludzie, którym przyglądamy się z ciekawością i sympatią. Tacy, co przybyli do Europy w akcie desperacji, tak samo desperacko szukając w niej jakiegoś punktu zaczepienia. Chcą zacząć nowe życie. Niejednokrotnie chcą je zacząć tak w ogóle, bo tam, skąd pochodzą, nie żyli naprawdę. Verhurst wskazuje pewną różnicę i każe się zastanowić nad istotą dramatów uchodźców. Czy ci z krajów bloku wschodniego, którzy po prostu chcą poprawić swój byt równi są czarnoskórym i muzułmanom, jacy zwyczajnie o byt walczą, bo nigdy nie zaznali normalności w krajach, gdzie zabija się z taką łatwością, z jaką w Belgii wydaje pisma odmowne, skazujące emigrantów na powrót do piekła, z którego uciekli?

Narratorem jest człowiek z bolesną przeszłością. Bipul Masli rozpoczyna swą opowieść od momentu, w którym zrobił zdjęcie swego życia. Zdjęcie konającego dziecka. „Chciałem je sfotografować umierające. Nie umarłe, bo to może przecież zrobić każdy”. Takie fotografie zapewniają sławę i pieniądze. Bipul nie zdobył ani jednego, ani drugiego. Opowiada o tym, jak los związał go z fotografią. Tego dnia, gdy wykonał pierwsze zdjęcie swej starszej siostry, której głowa weszła w drogę kuli… Masli zadziwia od pierwszych stron i wzbudza ambiwalentne uczucia. Czy ten człowiek rozumie, czym jest dobro, a czym zło? Gdzie leży granica między nimi? Co jest sacrum, a co profanum? Jak wygląda kodeks człowieka moralnego? Autor „Problemskiego Hotelu” pokazuje, że my, wszyscy cywilizowani Europejczycy, mieszkańcy kapitalistycznego raju wolności, sami nie znamy odpowiedzi na te pytania. Uchodźców potraktowano by z należną im niechęcią (nikt ich nie zapraszał, nikt nie będzie łożył na ich utrzymanie, nikt się z nimi nie zintegruje), ale polityczna poprawność nakazuje grę. Dla Belgów na kartach książki Verhursta relacje z emigrantami to wieczna gra. Gra na pisma, dokumenty, nakazy, zakazy, symulowanie serdeczności, ciepła, otwartości i zrozumienia dla problemów. Czy ktoś, kto chodzi syty, ubrany, ma gdzie mieszkać i co jeść, a nad jego głową nie świstały kule i nie przemierzył tysięcy kilometrów ukryty w ciężarówce lub na statku jest w stanie zrozumieć, że uciekinierzy z innych krajów mają jakieś problemy?

Bohaterowie tej książki starają się zabić czas, podczas którego oczekują. Dwa negatywy z urzędu państwa prawa i wolności wiszą nad nimi niczym miecz Damoklesa. Trzeci negatyw i powrót do ojczyzny gwarantowany. Nikt tego nie chce, ale nikt też nie jest w stanie zbliżyć się do mentalności i kultury tych, u których goszczą. Nie wystarczy opanowanie podstaw niderlandzkiego oraz pobieżne zapoznanie się z prawami i ustawodawstwem. Nie wystarczy pojąć za żonę Belgijkę, by stać się Belgiem. Nie jest osiągalne pozostanie w tej przestrzeni i czasie tak naprawdę, kiedy nie rozumie się do końca swej tożsamości. Co rozumieć, kiedy trzeba było uciekać; kiedy jedynym przejmującym stanem był paraliżujący strach, który pchał do działania, do ucieczki, do porzucenia miejsca swych narodzin. Uchodźcy Verhulsta starają sobie umilać gorzkie życie. Prostymi sposobami. Tak, by nie zwariować. Bo skoro przeżyło się ekstremalne warunki i nielegalnie przekroczyło granice, niczego bardziej strasznego doznać już nie można. Chyba że jest to trzecia, decydująca o powrocie negatywna opinia urzędowa. Chyba że Belgia pokaże swą okrutną, mało humanitarną twarz. Chyba że przyjdzie wrócić do tego, od czego uciekło się nie tylko fizycznie. To są właściwie niemożliwe do opisania dramaty. W tej książce nabierają barw, stają się wyraźne. Ta fabuła to protest wobec bezduszności polityki państw, gdzie emigranci szukają ratunku. Każe też zastanowić się nad tym, czy rzeczywiście słusznym byłoby przyjmowanie każdego, kto zechce szukać nowego życia w innym, lepszym od swojego kraju…

„Problemski Hotel” czyta się szybko, choć opisane obrazy na długo zapadają w pamięć. Trudno się także zdecydować, czy można uśmiechnąć się podczas lektury, bo z jednej strony to zapis boleści niewyrażalnych słowami, z drugiej zaś słowa dowcipne pomagają ogarnąć i oswoić ogrom cierpienia uchodźców. Dmitri Verhulst stworzył powieść prowokacyjną i inteligentną. Chciałoby się po przeczytaniu zapomnieć o tym, co napisane. Bo przecież trudno ogarnąć ogrom zła, kiedy się go nie rozumie. A ci, którzy starają się o azyl, nie rozumieją i kraju, w którym chcą się odnaleźć i samych siebie, okaleczonych emocjonalnie oraz fizycznie; z ranami, jakich nigdy nie za się zaleczyć. To taka problemska książka o problemach, których chyba nigdy nie da się rozwiązać.

1 komentarz:

Latouche pisze...

dopisuję do listy książek do przeczytania :) wygląda bardzo interesująco!