Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2013-09-20

"Pan Chartwell" Rebecca Hunt

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 14 sierpnia 2013

Liczba stron: 240

Tłumacz: Szymon Żuchowski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Portret depresji

Depresja niejedno ma imię. W debiutanckiej powieści Rebecca Hunt nazywa ją Panem Chartwellem. Symboliczny zabieg animizacji stanu psychicznego prowadzącego do rozstroju, a nawet dużo większej tragedii, nie tyle jest nowatorski, co zgrabnie przedstawiony i każący zastanawiać się nad istotą cierpienia duchowego w kontekście tego wszystkiego, co tytułowy Chartwell zabiera bohaterom. Winston Churchill, jeden z nich właśnie, już za swojego życia określał depresję mianem czarnego psa. Hunt to wykorzystała i uczyniła z postaci psa klucz interpretacyjny do swej zagadkowej chwilami, ale i nad wyraz czytelnej książki o walce z samym sobą.

Bo walkę tę prowadzi nie tylko sam Churchill, którego poznajemy tuż przed dniem, w którym oficjalnie przejdzie na emeryturę, ale także wycofana i samotna bibliotekarka Esther Hammerhans, do której drzwi któregoś dnia puka specyficzny gość, proponując zawrotną sumę tysiąca funtów za wynajem na krótki okres czasu pokoju, jaki… przybyły już dobrze zna, gdyż wcześniej w nim bywał. Wielki polityk u kresu swego życia zawodowego i zamknięta w sobie kobieta, która niebawem obchodzić będzie smutną, drugą rocznicę śmierci męża – tych dwoje połączy nie tylko tytułowa postać. Hunt umieszcza akcję w pięciu lipcowych dniach 1964 roku, umiejętnie budując napięcie tak, że powstaje dramat zmierzający do finału z jednej strony przewidywalnego, z drugiej zaś zaskakującego, bo zasadniczo zmieniającego wiedzę, jaką nabywamy o bohaterach.

Pan Chartwell  fascynuje Esther i jednocześnie budzi w niej odrazę. Zamknięta w swej wiecznej żałobie i odrętwieniu, postanawia przyjąć pod swój dach lokatora, który zamieszka w dawnym gabinecie nieżyjącego Michaela, jaki został naprędce przerobiony na pokój gościnny. Co najmniej zaskoczona wydaje się faktem, iż jedynym kandydatem do wynajmu jest wielki czarny  pies, który stoi na dwóch tylnych łapach, nalewa sobie herbaty, gawędzi przyjaźnie i enigmatycznie zaznacza ledwie, kim jest i skąd się wziął. Czarny Pat – bo tak się później każe nazywać – dość szybko zamienia domowe życie Esther w koszmar. Jakby do tej pory nie było w nim znamion czegoś koszmarnego, naznaczenia odejściem nieoczekiwanym kogoś, z kim miało się być do śmierci. Śmierć przychodzi nagle i jest niewytłumaczalna, chociaż Esther z czasem zacznie rozumieć, co wydarzyło się z Michaelem; stanie się tak, gdy pozwoli Czarnemu Patowi wejść w jej życie, jej przeżycia i świat, jaki szczelnie zamknęła przed wszystkimi z zewnątrz, nawet przed najbliższą przyjaciółką Beth. Ta zaś chce ponownie zeswatać Esther, by żyło jej się lepiej i by ponownie mogła cieszyć się życiem.

Tymczasem bibliotekarka pogrąża się w coraz większej rozpaczy. Obecność Czarnego Pata burzy jej życie. Pies wdziera się tam, gdzie nie wolno mu dotrzeć i zmusza do spoglądania w głąb siebie, by przywoływać przyszłość i dręczyć. Kim jest ta enigmatyczna postać? Brzmi złowrogo, kiedy mówi: „Jestem beczką soli w oku, belką pod paznokciem”. Pan Chartwell to kumulacja zła, lęków, zdradliwych urojeń i czegoś, co przygnębia na tyle, że nie chce się oddychać, nie chce się żyć. W chwilach, kiedy nie towarzyszy Esther, przebywa tam, gdzie odchodzący na emeryturę polityk musi zmierzyć się ze świadomością, że oto żegna się ze wszystkim tym, co było treścią jego życia. A w życiu Churchilla czarny pies obecny jest od dawna. Wydaje się dręczyć kogoś zupełnie bezsilnego, ale nie jest tak do końca, bo Churchill ma świadomość, że w pewnym stopniu panuje nad nieproszonym zwierzęcym gościem. Mając 89 lat, przyzwyczaił się już do jego towarzystwa. Gardzi nim, ale nie jest w stanie pozbyć się go skutecznie, pożegnać na zawsze, przegonić tak, by nie powracał. Im skuteczniej Churchill broni się przed Czarnym Patem, tym silniej oddziałuje on na Esther, która bezwolnie poddaje się melancholii, zobojętnieniu i rozmyślaniom o przeszłości; tej mrocznej, bo wciąż niewyjaśnionej i tej, gdzie szczęście splotło się z tragedią, jakiej być może Esther mogła zapobiec, ale świadomość tego dociera do niej dopiero po dwóch latach osamotnienia.

Pan Chartwell jest dość czytelną figurą tej opowieści. Każdy zmagający się z depresją lub jej epizodami walczy z nieproszonym gościem, który chce zawładnąć całkowicie nie tyle przestrzenią, co umysłem naznaczonym chorobą i cierpieniem. Różne są drogi radzenia sobie z czarnym psem u Hunt. Intrygująca może być powstająca zależność między bibliotekarką a politykiem, kiedy uświadomimy sobie, jakie zło wyrządza w ich życiu Czarny Pat. Oboje walczą, ale przeciwnik nie ustępuje. W ciągu kilku dni jest w stanie dokonać spustoszenia w domu i w psychice bezbronnej kobiety. Od wielu lat usiłuje osiągnąć efekt chaosu w uporządkowanym życiu Churchilla, ale tutaj trafia na przeciwnika twardego i zdeterminowanego, by walczyć o sobie. Latami, często bez przekonania, zwykle w samotności. Nie zawsze. Jednak brzemię, jakie tkwi w czarnym psie, to przede wszystkim brzemię egzystencji zaburzonej i uwarunkowanej niezidentyfikowanym lękiem. Takim, który może zabić jak ostre kły Chartwella, jakimi może szybko uśmiercić ofiarę, ale woli patrzeć na jej powolną agonię.

Rebecca Hunt napisała interesującą rozprawę na temat trudów życia z depresją. Pojawia się jednak wątpliwość, ponieważ można odnieść wrażenie, iż brytyjska autorka trywializuje problem; jej analizie stanów depresyjnych brakuje psychologicznej głębi i wiarygodności. W sposób dość oczywisty pokazuje, kto z zewnątrz może zapobiec rozwojowi choroby i jakie to może mieć konsekwencje dla tego, który nie ma siły już walczyć. Hunt nie pisze o depresji niczego ponad to, co oczywiste. I tym deprecjonuje wartość tej dość ciekawie przecież skonstruowanej fabuły. Przedstawia rozwiązania podręcznikowe, gotowe scenariusze przebytych wielokrotnie walk, z których wyłuskuje tylko to, co wyraźnie dystynktywne, nie wnikając głębiej w istotę zaburzeń o charakterze depresyjnym. Należałoby to chyba zrobić, kiedy bohaterem książki czyni się jedną z ważniejszych postaci historycznych Wielkiej Brytanii, która przez całe życie zmagała się z demonem depresji. I nie mogła od niej się uwolnić. „Pan Chartwell” to przyzwoicie napisana narracja, ale książka o czymś, co nie zostaje ani dobrze nazwane, ani też trafnie opisane. Ot, garść truizmów na temat mroków ludzkiej psychiki, tyleż niezbadanych, co przede wszystkim domagających się kolejnych definicji.

Hunt daje podręcznikową, klasyczną definicję depresji. Nie wychodzi poza nią. Marnuje potencjał interesujących historii, które toczą się symultanicznie i nawet łącząc je, nie dochodzi do żadnych odkrywczych rozwiązań fabularnych. Ani też takich, które zaintrygowałyby czytelnika tak, jak choćby opis pierwszych chwil Pana Chartwella w domu Esther Hammerhans. Warto przeczytać debiut Hunt, bo czyta się to naprawdę dobrze, ale czy tylko o to miało chodzić w tej przewrotnej opowieści o mrokach naszej duszy?

Brak komentarzy: